Mordki od Ziobry czeka nikczemna przyszłość

Powołana przez PiS Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych uchyliła decyzję o awansie do sądu okręgowego dla zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michała Lasoty. Awans dała mu nowa KRS, ale Izba SN kazała powtórzyć konkurs na wolne stanowiska w sądzie okręgowym

Orzeczenie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych blokuje awans Michała Lasoty do Sądu Okręgowego w Elblągu. Nadal będzie więc sędzią rejonowym z sądu w Nowym Mieście Lubawskim, gdzie jest też prezesem z nadania ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Od ponad roku głównym zajęciem Lasoty jest jednak ściganie sędziów, którzy bronią niezależności wymiaru sprawiedliwości. Robi to wspólnie z głównym rzecznikiem dyscyplinarnym Piotrem Schabem i drugim z jego zastępców Przemysławem Radzikiem. Wszyscy są z nominacji ministra Ziobry.

Orzeczenie dotyczące awansu Lasoty Izba wydała w środę 30 października, na posiedzeniu niejawnym. Na razie wiadomo jedynie, że trzyosobowy skład uchylił uchwałę nowej Krajowej Rady Sądownictwa z marca 2019 r. W tej uchwale nowa KRS rozstrzygnęła komu dać rekomendację do powołania przez prezydenta, na dwa wolne stanowiska w Sądzie Okręgowym w Elblągu. Na pisemne uzasadnienie orzeczenia trzeba poczekać.

Awans dla sędziów, którzy poszli na współpracę z „dobrą zmianą”

Na konkurs nowej KRS na dwa wolne stanowiska w Sądzie Okręgowym w Elblągu zgłosiło się 8 kandydatów. Z informacji OKO.press wynika, że Kolegium Sądu Apelacyjnego w Gdańsku do awansu poparło sędziów, którzy potem przepadli w konkursie.

Nowa KRS dała zaś awans zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michałowi Lasocie i Krzysztofowi Korzeniowskiemu, prezesowi Sądu Rejonowego w Braniewie (z nominacji ministra Ziobry).

Prezydent Andrzej Duda nie wręczył im jednak nominacji, bo trzech przegranych kandydatów złożyło odwołania od uchwały KRS do Sądu Najwyższego. W odwołaniach podnosili, że nowa KRS nienależycie uzasadniła swój wybór i to mogło być przyczyną uchylenia przez skład Izby SN uchwały KRS. Bo już wcześniej w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej zapadały orzeczenia wytykające nowej KRS błędy w konkursach na wolne stanowiska w sądach.

Ponadto sędziowie w całej Polsce protestowali przeciwko awansom, jakie dawała nowa KRS, bo często dostawali je „swoi” sędziowie, a sam proces wyboru sędziów do awansu był mało transparentny. Z tego powodu wiele sądów odmówiło udziału w procedurze opiniowania awansów dla nowej KRS.

Lasota nagrodzony stanowiskami przez resort Ziobry

Michał Lasota jest zasłużony dla „dobrej zmiany” w sądach. Znany jest głównie z wytyczania dyscyplinarek sędziom zaangażowanym w obronę wolnych sądów. Lasota poszedł bowiem na współpracę z resortem ministra Ziobry. Dzięki temu jest prezesem w macierzystym sądzie rejonowym. Orzeka też na delegacji w największym sądzie w Polsce – w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Jest jednak zajęty obowiązkami związanymi ze ściganiem niepokornych sędziów i nie starcza mu czasu na załatwienie spraw obywateli, które ma jeszcze w swoim sądzie rejonowym.

Za jedną z zaległych spraw Skarb Państwa ma wypłacić odszkodowanie obywatelowi, bo sąd okręgowy stwierdził przewlekłość postępowania u sędziego Lasoty. By uporać się z zaległościami, jako prezes sądu przydzielił sobie do pomocy wszystkich asystentów sędziów (2), w tym syna wiceprezes sądu.

Po ujawnieniu, że sąd okręgowy stwierdził w jego pracy przewlekłość, Lasota doniósł do rzecznika dyscyplinarnego na sędziów, którzy przewlekłość orzekli.

W tej sprawie zadziałał szybko główny rzecznik dyscyplinarny, który wezwał na przesłuchanie tych sędziów. Być może sprawa zakończy się dla nich dyscyplinarkami.

To nie pierwszy raz, kiedy sędziom, którzy zadarli z Lasotą, grożą dyscyplinarki lub konsekwencje służbowe. Jak pisaliśmy w OKO.press, rzecznik dyscyplinarny zajmuje się też sędzią Ewą Mroczek z Działdowa (w tym mieście mieszka Lasota), która na jednym spotkań nie podała mu ręki. Z kolei sędzia Magdalena Modrzyńska z Elbląga na jednym z zebrań sędziów pokazała w kierunku Lasoty gest pukania się w czoło. Lasota poczuł się tym znieważony i zażądał przeprosin.

Co będzie dalej z awansem dla zastępcy rzecznika dyscyplinarnego? Nowa KRS będzie musiała powtórzyć konkurs na dwa wakaty w elbląskim sądzie.

Mordki od Ziobry – Schab i Lasota. Kiedyś zaliczą ze swoim szefem dołek w więzieniu. Tak będzie wyglądać sprawiedliwość.

Xerofas

Piotr Schab w ekspresowym tempie zajął się trzema sędziami z Krakowa, którzy w ramach rozpoznawanej apelacji chcieli zbadać legalność powołania asesora sądowego. Rzecznik działa błyskawicznie, bo może obawiać się podważania legalności sędziów wybranych przez nową KRS. Sędziom z Krakowa za normalne działania orzecznicze grożą teraz co najmniej dyscyplinarki

To będzie precedensowa sprawa. Po raz pierwszy straszy się sędziów poważnymi konsekwencjami za legalne działania podejmowane w ramach czynności sędziowskich. Groźby są zawarte w piśmie głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba, które skierował do trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie.

Sędziowie pytają kiedy powołano asesora

Pismo jest z czwartku 31 października 2019. Schab wzywa w nim sędziów – w tym sędziego Wojciecha Maczugę – do złożenia wyjaśnień w związku z czynnościami, jakie podejmowali w jednej ze spraw.

Na początku września 2019 ci trzej sędziowie działając jako sąd odwoławczy zajmowali się wyrokiem łącznym wydanym przez asesora sądowego z Sądu Rejonowego w Chrzanowie.

Sędziowie…

View original post 739 słów więcej

Wystrychnięty Duda na dudka, propozycja dla Kaczyńskiego, pisowska głupawka w Kaszmirze i dziady, dziady, dziady

Taki dzień.

Apel do pazernych klechów

„Brak wpadek odróżnia prezydenta Dudę od Bronisława Komorowskiego – ogłosił w „Kropce nad i” Kamil Bortniczuk z Porozumienia Jarosława Gowina. To ciekawa opinia. Z tym, że nie ma oparcia w faktach

Goszcząc w programie Moniki Olejnik, poseł Porozumienia Jarosława Gowina wygłosił laurkę dla prezydenta Andrzeja Dudy – jego zdaniem to najlepszy prezydent, jaki mógł się Polsce przytrafić.

Rzeczywiście, im bliżej było końca kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego, tym bardziej kojarzył się on wyborcom jako chodząca gafa. Po części była to etykieta zasłużona, po części – krzywdząca.

Natomiast jeśli uznamy, że Komorowskiemu często przydarzały się wpadki, Duda z całą pewnością mu nie ustępuje.

1. Wpadki zagraniczne

Bronisławowi Komorowskiemu pamięta się niefortunną wypowiedź podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania z Barackiem Obamą Komorowski stwierdził:

„Fundamentem naszych relacji jest umiłowanie – amerykańskie i polskie – wolności. Jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie, to najpierw musimy mieć pewność, że nasz dom, nasze kobiety, nasze dzieci są bezpieczne”.

Oprócz lekkiego zażenowania Obamy te słowa nie miały poważniejszych skutków.

Podobnie jak ta wypowiedź Andrzeja Dudy:

„Przyjechałem też po to, żeby za to podziękować. Podziękować społeczeństwu irlandzkiemu, podziękować władzom irlandzkim. Złożyłem dzisiaj podziękowania na ręce pani premier za właśnie ten wielki akt człowieczeństwa i tę wspaniałą postawę, że ci mali Polacy zostali tutaj przyjęci”

– stwierdził prezydent Duda w sierpniu 2018 r. w… Nowej Zelandii.

2. Wpadki Twitterowe

Ten tweet z oficjalnego konta Bronisława Komorowskiego wzbudził w lutym 2015 r. powszechną wesołość w sieci:

„Wysłanie sił rozjemczych ma sens, jeżeli jest rozejm, bo jak jest wojna, to trudno tam wysyłać żołnierzy”.

To jednak nic w porównaniu z szarżami Twitterowymi prezydenta Andrzeja DudyJak na początku 2016 r. odkryli dziennikarze, z niemal 800 osób, które obserwuje prezydent, większość stanowią nastolatki. Duda obserwuje i konwersuje z internautami o tak wdzięcznych ksywkach jak „Seba sra do chleba”, „Ruchadło leśne” i „Gejowa Łafka z sosny”.

3. Wpadki z żartem

W lutym 2015 r. Bronisław Komorowski był z oficjalną wizytą w Japonii. Media obiegła scena, jak prezydent wchodzi na krzesło przeznaczone dla szefa japońskiego parlamentu i woła do ówczesnego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja: „Chodź, szogunie!”.

Później okazało się, że wpadki dyplomatycznej nie było: miejsce wskazali Komorowskiemu sami Japończycy. Ale rzeczywiście, żart o Szogunie nie należał do specjalnie wyszukanych.

„Mało wyszukany” to jednak ogromny eufemizm w przypadku żartu Andrzeja Dudy, opowiedzianego 20 października 2019 r. podczas obchodów 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Żart był następujący:

„Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w Południowej Afryce i z Europy leci samolot pełen rektorów i niestety, nastąpiła awaria, samolot w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Wszyscy rektorzy zostali zjedzeni, poza jednym. Poza panem profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódź plemienia był jego kolegą, na elektrycznym na AGH”

Jak pisaliśmy w OKO.pressdowcip był zwyczajnie rasistowski.

4. Wpadki merytoryczne

Słynny stał się błąd ortograficzny Bronisława Komorowskiego. W marcu 2011 r. po tsunami w Japonii prezydent napisał w księdze kondolencyjnej: „Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”.

Ale Andrzej Duda w błędach na poziomie szkoły podstawowej nie pozostaje dłużny poprzednikowi: w OKO.press udowadnialiśmy, że prezydent ma kłopot z policzeniem polskich powstań przeciwko zaborcom.

5. Wpadki referendalne

Bronisław Komorowski walcząc przed drugą turą o głosy wyborców Pawła Kukiza, zarządził referendum dotyczące m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych. Komorowski wybory i tak przegrał, a referendum kosztowało prawie 72 miliony zł. Frekwencja wyniosła oszałamiające 7,8 proc.

Andrzej Duda również wymyślił swoje referendum: konstytucyjne. W tym wypadku upokorzenia prezydentowi oszczędzili senatorowie PiS, którzy odrzucili wniosek głowy państwa i referendum się nie odbyło.

Jak widać, wpadki nie były tylko domeną Bronisława Komorowskiego, a prezydent Duda dzielnie dotrzymuje kroku poprzednikowi. Nawet biorąc pod uwagę sympatię dla Dudy w jego zapleczu politycznym, faktom zaprzeczać nie wypada, a te są jasne: Andrzeja Dudy nie odróżnia od Bronisława Komorowskiego brak wpadek.

Były wicepremier znany prawnik mecenas Roman Giertych wpadłszy na genealogiczny wywód Minakowskiego dokonał epokowego odkrycia: jest blisko skoligacony z liderem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim, a z tego w praktyce winno jego zdaniem coś wynikać. Niewiele myśląc „wysmażył” więc do prezesa szczery list:

Drogi Jarku!” – zwrócił się poufale do „kuzyna” oznajmiając mu, że prapraprapradziadek Kacper Kazimierz Sas był prapradziadkiem Jadwigi Sarć, która wyszła za Stanisława Święckiego, którego brat Czesław Święcicki ożenił się z Kazimierą Jasiewicz, która była siostrą Aleksandra Jasiewicza – jak dowodzi – w prostej linii dziadka Kaczyńskiego.

Nawiązując do konstruowania obecnie nowego rządu Rzeczpospolitej Roman Giertych zasugerował, że prezes powinien przy tej ważnej okazji uwzględnić osobę nowo odnalezionego kuzyna, argumentując:

Cały list tutaj >>>

Skoro tatuś naszego prezydenta, kuzynka premiera, siostry, bracia, szwagierki, wujowie, siostrzenice, bratanice, fryzjerki, kierowcy, koleżanki fryzjerek etc.etc. naszych kochanych posłów PiS zajmują poczesne miejsca w obozie dobrej zmiany, to i ja pomyślałem, że dla mnie jakieś miejsce się znajdzie” – napisał z nadzieją.

Podkreślając „ciężar gatunkowy” odkrytego powinowactwa Giertych upomniał się o szczególne względy, przymierza się do stanowiska prokuratora generalnego i przekonuje świeżo upieczonego kuzyna:

„Przecież nie jestem kuzynem zwykłego posła, który może liczyć jedynie na jakąś radę nadzorczą tylko jestem kuzynem samego Ciebie. Wicepremierem już u Ciebie byłem (brrr, aż mi się zimno robi na samo wspomnienie), ale Prokuratorem Generalnym to byłbym idealnym, tym bardziej, że Ziobro w ogóle nie jest spokrewniony, czy spowinowacony ani z Tobą ani z premierem i nie wiadomo jak się znalazł w dobrej zmianie” – podsumował swój wywód.

Na koniec Giertych poprosił Kaczyńskiego o kontakt, zakładając że prezes nie wątpi w jego obiektywizm, którego wszyscy oczekują od prokuratorów.

Zapewnił Kaczyńskiego, że „we wszystkich sprawach mógłbyś liczyć na moją niezależność, szczególnie w sprawie, która boli Cię tak bardzo. Byłbym ślepy jak Temida i realizowałbym prawo i sprawiedliwość” – szczerze zadeklarował mec. Roman Giertych.

Mylił się ten, kto sądził że pani Elżbieta Witek przejmując pałeczkę po marszałku Marku Kuchcińskim cokolwiek zmieni w stylu sprawowania tego urzędu. Niedawno mianowana marszałkini dopiero co zapowiadała usunięcie kompromitującej kotary z sejmowego korytarza, lecz jak śmieją się internauci „nie zawiodła”. Okazała się godną kontynuatorką „myśli” swojego poprzednika.

Zasłona, która odgradzała PiSowskich polityków od dziennikarzy i telewizyjnych kamer – pewnie została tylko oddana do pralni – bo już triumfalnie wróciła na swoje dawne miejsce.

Opinia publiczna nie zapomniała, że tuż po objęciu urzędu marszałka Sejmu, Elżbieta Witek zorganizowała spotkanie z dziennikarzami, na którym zapowiedziała zmianę stylu urzędowania.

PiSowska funkcjonariuszka zadecydowała wtedy o demontażu kotary oraz wprowadziła konferencje prasowe przed posiedzeniami Sejmu.

Sprzed budynku na Wiejskiej miały zniknąć także barierki, które stoją w tym miejscu od protestów z grudnia 2016 roku.

To nie Parlament Europejski stał za organizacją wizyty grupy europosłów w Kaszmirze – podkreśliła na czwartkowej konferencji prasowej rzeczniczka KE ds. międzynarodowych Maja Kocijancic. Jak informuje „GW”, do Kaszmiru udało się m.in. kilkoro europarlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości.

– To była prywatna wizyta niektórych europarlamentarzystów, nie jest ona oficjalną wizytą zarówno Parlamentu Europejskiego, jak i Unii Europejskiej. Oznacza to, że uczestnictwo miało charakter indywidualny, a wygłaszane poglądy posłów są ich własnymi – tak o wizycie grupy europosłów w Kaszmirze mówiła na czwartkowej konferencji rzeczniczka prasowa Komisji Europejskiej ds. międzynarodowych Maja Kocijancic.

– Stanowisko Unii Europejskiej w sprawie Kaszmiru nie zmieniło się: uważamy, że obustronne polityczne rozwiązanie jest jedynym sposobem, by zaprzestać długotrwałego sporu powodującego niestabilność i brak bezpieczeństwa – dodała.

Wyjazd europarlamentarzystów do Kaszmiru

„Gazeta Wyborcza” opisała w czwartek, że co najmniej pięcioro posłów PiS – Ryszard Czarnecki, Grzegorz Tobiszowski, Joanna Kopcińska, Elżbieta Rafalska i Bogdan Rzońca – uczestniczyło kilka dni temu w wizycie w Kaszmirze na zaproszenie indyjskiego rządu. W delegacji znaleźli się również m.in. działacze niemieckiej prawicowej partii Afd.

Wizyta wzbudziła spore kontrowersje ze względu na panującą na tym terenie napiętą sytuację wywołaną ostatnimi decyzjami indyjskiego rządu. Zamieszkany przez muzułmanów Kaszmir jest terytorium spornym między Indiami a Pakistanem, który kontroluje jego część. W walkach o Kaszmir zginęło dotychczas łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

W sierpniu indyjskie władze zdecydowały o zniesieniu autonomii i podziale stanu Dżammu i Kaszmir, co wywołało masowe protesty jego mieszkańców. W jego miejsce powstanie terytorium Dżammu i Kaszmir oraz Ladakh. Obie te jednostki będą zarządzane przez władze w Delhi.

Odebranie regionowi regionowi autonomii wiązało się m.in. z aresztowaniami polityków, aktywistów czy naukowców. Odcięto też telewizję, a na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy

Premier Indii Narendra Modi oświadczył, że podział stanu przyczyni się do rozwoju tego terytorium. Zapowiedział budowę nowych dróg, linii kolejowych, szkół i szpitali. Tej decyzji sprzeciwiają się Pakistan i Chiny.  „Zdaniem krytyków wizytę celowo zorganizowano w tym okresie, aby pokazać, że do Kaszmiru powróciła „normalność” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Europoseł Ryszard Czarnecki w rozmowie z PAP podkreślił, że wizyty nie można określać jako „wycieczki”, bo w przeddzień i w dniu wyjazdu doszło tam do zamachów terrorystycznych. Stwierdził, że wizyta miała na celu „próbę zobaczenia sytuacji na miejscu”.

Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni – mówi ks. Wojciech Lemański. – Żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy w dzisiejszej rzeczywistości ktoś się jeszcze zastanawia nad sensem życia i śmierci?

WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, że tak. Wystarczy 1 listopada wyjrzeć przed okno przejeżdżając obok cmentarza i zobaczy pani, że żadna sytuacja – ani okupacji hitlerowskiej, ani rządu komunistycznego w kraju, ani wybór tej czy innej opcji w demokratycznych wyborach – tej naszej postawy wobec tych, którzy odchodzą, nie zmienia. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni.

To ważne święto w naszej tradycji, ale zastanawiam się, na ile jest w tym prawdy, a na ile chęci zapalenia zniczy kupionych na promocji w markecie, zjedzenia pańskiej skórki…
Nie zgadzam się z panią. To są moim zdaniem fałszywe truizmy.

DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W HISTORII POLAKÓW JEST ZAPISANY, ZWŁASZCZA W OSTATNICH DZIESIĘCIOLECIACH, JAKO DZIEŃ PAMIĘCI O ZMARŁYCH. TO NIE JEST DZIEŃ WOŻENIA ZNICZY I KWIATÓW, CHOĆ TAK TO WYGLĄDA NA ZEWNĄTRZ, BO TRUDNO JEST CZŁOWIEKOWI WSPOMINAĆ „Z PUSTĄ RĘKĄ”.

Chcielibyśmy coś po sobie na grobie zostawić, lampkę, znicz, kwiat czy cały bukiet, ale to nie jest najważniejsze. Niektórzy mówią, że to chęć pokazania się przed innymi. Kolejny truizm. Jeśli na grobach płonie kilka czy kilkanaście zniczy to znak, że kilkanaście osób przyszło na to miejsce. To dostrzegalny znak, że o tych, którzy odeszli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, wciąż pamiętamy. A to jest coś, czego żadną pańską skórką, blichtrem czy kwiatami nie da się streścić ani strywializować. Nie odbierajmy Polakom tego, co przez te dziesiątki lat w sobie ukształtowali.

Kiedyś i w tradycji Kościoła, do której należy większość Polaków, uroczystość Wszystkich Świętych nie miała nic wspólnego z pamięcią zmarłych. To ważne święto religijne, podobnie jak Boże Ciało czy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Uroczystość Wszystkich Świętych to święto radosne. Natomiast następny dzień to dzień zaduszny, czyli dzień wspominania zmarłych. Ponieważ władze komunistyczne nie pozwalały świętować dnia zadusznego, a 1 listopada był dniem wolnym od pracy, to ludzie ten dzień wykorzystywali, aby odwiedzać cmentarze i wspomnieć zmarłych. Kościół się do tego dostosował.

W WIELU PARAFIACH WIECZOREM, PO NIESZPORACH, BYŁA PROCESJA NA CMENTARZ, DZIŚ CZĘSTO TAKA PROCESJA ODBYWA SIĘ JUŻ PRZED POŁUDNIEM. TO NIE WYNIKA Z ŻADNEJ TRADYCJI KOŚCIOŁA. NIE SPOSÓB JEDNAK ZAMKNĄĆ OCZU NA TO, ŻE NA CMENTARZE PRZYJECHAŁY DZIESIĄTKI TYSIĘCY LUDZI.

Polscy europosłowie podczas ostatniego głosowania nie poparli rezolucji wzywającej do wsparcia operacji poszukiwawczo-ratowniczych na Morzu Śródziemnym. Podobnie w sprawie głosowania odnośnie do sytuacji homoseksualistów w Ugandzie. Rozumie to ksiądz?
Widzę, że odbiegliśmy daleko od tematu uroczystości Wszystkich Świętych.

Ale pozostajemy w temacie śmierci…
To prawda i myślę, że dobrze by było, gdybyśmy wspominając tych, którzy odeszli zazwyczaj naturalną śmiercią, bo Pan przeciął ich nić życia, zdali sobie sprawę, że czasem śmierć przychodzi za naszą przyczyną lub z powodu naszej obojętności. Ja od dawna uważam, że warto byłoby przy okazji przepowiadania w kościołach Ewangelii przypominać, że bierzemy na siebie jako katolicy i Polacy współodpowiedzialność za tych uchodźców, których nie chcemy wpuścić w granice naszego domu i których część ginie na Morzu Śródziemnym. Głos polskich eurodeputowanych nie musiał być przeważający, ale z całą pewnością był głęboko niestosowny. Ja uważam, że wszyscy polscy europosłowie powinni się opowiedzieć za ratowaniem życia. Oczywiście to rodzi masę złych skojarzeń. Z pewnością Polakom wypominano by, że głosują, żeby uchodźców ratować, ale dać im schronienia nie chcą. Cóż, taka jest niestety prawda, ale z nią trzeba umieć się zmierzyć. Najgorsze, co można zrobić, to nabrać wody w usta i udać że wstrzymując się od głosu, de facto milczymy w tej trudnej sprawie.

Co do Ugandy to równie trudna dla nas sprawa, bo chyba żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych.

KARANIE LUDZI ZA TO, ŻE SĄ INNI NIŻ MY, CZY INNI NIŻ CHCE TEGO PRAWODAWCA W JAKIMŚ KRAJU – TU CHODZIŁO O UGANDĘ – JEST ABSOLUTNIE WOŁAJĄCE O REAKCJĘ SPOŁECZNOŚCI MIĘDZYNARODOWEJ.

Ta decyzja nic nie kosztowało polskich europosłów, tymczasem zachowali się haniebnie.

Czy nie jest tak, że dzielimy tych, którzy odeszli, na bardziej i mniej wartościowych? Niedawno mieliśmy rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i samospalenia Szarego Człowieka, czyli Piotra Szczęsnego. Te śmierci podzieliły chociażby polityków.
Myślę, że gdy zajrzy się na cmentarz w Krakowie i na grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława Kostki, to zobaczymy, że zarówna jedna, jak i druga śmierć bardzo Polaków porusza. Będzie mnóstwo zniczy na obu grobach. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że te śmierci są różnej wartości, ale ja tak nie uważam. Dla mnie obie były strasznym męczeńskim wołaniem o zadumę nad Polską, o refleksję i opamiętanie.

PIOTR SZCZĘSNY WPROST MÓWIŁ „OBUDŹCIE SIĘ”, KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO WZYWAŁ, BY ZŁO, KTÓRE NAS ZALEWA, ZWYCIĘŻAĆ DOBREM.

Myślę, że wołanie obu pozostaje w naszym kraju ciągle bardzo aktualne. Niestety.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Upolitycznienie żałoby czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem.

Nowy Testament głosi, że oścień śmieci został pokonany przez zmartwychwstanie Jezusa, dlatego chrześcijański stosunek do śmierci powinien mieć charakter paschalny. Wiara powinna wyzwalać z lęku i chronić przed nienawiścią. Niestety, zbyt często tak nie jest. Bardzo wielu z nas nie obchodzi ani zmartwychwstanie, ani życie wieczne, umarli stają się zakładnikami w ziemskich porachunkach. Wtedy dokucza nam już nie oścień śmierci, lecz wykorzystujemy umarłych, aby ranić żywych.

W przekonujący sposób wiwisekcji tej ciemnej strony polskiej religijności dokonuje Jan Komasa w swym najnowszym filmie „Boże Ciało”. Bohater, pozorujący księdza wychowanek poprawczaka, zastaje we wsi żałobę przeżartą zbiorową nienawiścią. Ból po stracie dzieci i rodzeństwa, które zginęły w wypadku jest tak samo silny jak nienawiść do nieżyjącego sprawcy tragedii i jego żyjącej żony.

Nieprawdziwemu księdzu udaje się psychologiczna terapia i osuszenie bagna religijnej nienawiści, doprowadza do pochówku prochów człowieka, któremu wiejska społeczność nie chciała wybaczyć winy. Nie jest to dramat obyczajowy z happy endem, film Komasy ma siłę poetyckiego marzenia, jego realizm nie ulega pokusie fatalizmu. Doświadczenie śmierci, a zwłaszcza śmierci tragicznej, ściąga wiele demonów, ale dzięki prawdziwie chrześcijańskiej postawie można je pokonać.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Nie sposób nie myśleć o tym w kontekście filmu Komasy. Upolitycznienie żałoby odbierało powagę śmierci, czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem. Trudno zapomnieć te gorszące sceny świadczące o systematycznym dobijaniu powszechnej – nikogo nie wykluczającej, nie dzielącej na swoich i obcych – wspólnoty żywych i umarłych. Miesięcznice spowodowały profanację pamięci, może nawet bardziej szkodliwą niż uporczywe lansowanie, bez wiarygodnych dowodów, tezy o zamachu smoleńskim.

Akurat otrzymałem z prośbą o podpis apel środowisk obywatelskich w sprawie zniszczonych grobów ukraińskich w Polsce. Słyszałem o zniszczeniu grobów w Werchracie i Monasterzu koło Horyńca w 2014 r. Sądziłem jednak, że już je odbudowano i przywrócono do właściwego stanu. Okazuje się, że niszczenie ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski do tej pory nie spotkało się z żadną reakcją ze strony władz polskich. Sygnatariusze apelu piszą: „Pomimo upływu 4-5 lat od czasu poszczególnych prowokacji i dewastacji, władze centralne RP ani Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, IPN, ani też jakiekolwiek inne organy, w kompetencjach których leży ochrona miejsc pamięci, nie podjęły żadnych działań, by naprawić wyrządzone zło”.

Co gorsza, w ciągu ostatnich 5 lat liczba sprofanowanych grobów jeszcze się powiększyła. Oburza mnie obojętność katolickich duchownych na tych terenach, dla których profanacja grobów ukraińskich nie jest problemem. Ich milczenie jest pożywką dla nacjonalistycznego szaleństwa. Grobów nie da się podzielić na swoje i obce. Ludzkie szczątki w każdym grobie są tak samo święte, należy się im szacunek, pamięć i modlitwa.

Pawłowicz, Szumowski – postaci ze Średniowiecza. A Kaczyński chce skroić wybory

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny zadziwiła obserwatorów życia politycznego. Kiedy PiS dokonuje kolejnego skoku na Sąd Najwyższy, tym razem za pomocą fasadowego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, posłanka PiS ogłasza wszem i wobec tezę, że to sędziowie wykorzystują politycznie sądy do… nękania obozu władzy. Co jeszcze bardziej absurdalne, ta niecodzienna teza jest poparta argumentami w postaci przegranych procesów przez polityków PiS. Pawłowicz utrzymuje bowiem wypowiedzi w tonie, jakby każdy wyrok nie na rękę władzy był działaniem “stronniczym”. W myśl polityk Prawo i Sprawiedliwość, niczym niegdyś władza ludowa, jest nieomylne, a decyzje niekwestionowalne. W oczach posłanki sądy działają w celu “ochrony agresorów” – sił, jak mamy się domyślać, nękających obóz władzy – czyli “obrońców demokracji”. Obywatelski sprzeciw wobec skandalicznego skoku na instytucje wymiaru sprawiedliwości jest zatem dziś wyrazem nękania. Choć wśród protestujących znajdują się też postawy co najmniej etycznie wątpliwe, to jednak posłanka Pawłowicz jest ostatnią osoba, która może wytykać tego typu przykłady. Niewielu jest bowiem w obecnej kadencji posłów, którzy z taką chęcią i łatwością obrażają wszystkich naokoło. Poniekąd polityk w kategoriach używanego języka może uchodzić za polskiego Donalda Trumpa.

Ujęcie sprawy w powyższy sposób jest trudnym do uwierzenia postawieniem rzeczywistości na głowie. Faktem jest przecież to, że PiS wymienia prezesów sądów, upolitycznia KRS, przejął Trybunał Konstytucyjny i zaczął wybierać posłusznych sobie sędziów, szykanując krytyków reform Ziobry. To w końcu PiS już wielokrotnie próbował majstrować przy ustawie o Sądzie Najwyższym, aby pozbawić stanowisk ludzi od władzy niezależnych, czemu towarzyszyło oczernianie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym samym i samego państwa polskiego za granicą przez “patriotów” z PiS. Powyższe nie są kwestią interpretacji czy sympatii politycznych, ale rzeczywistością. Polacy mogą debatować zatem długo o sensowności i celu działań rządzących, jednak ich metody nie podlegają większej wątpliwości. PiS jednak nie od dziś stosuje strategie zamieniania kata z ofiarą.

Co jednak najbardziej zaskakujące, posłanka z lubością wykorzystuje jako przykład upolitycznienia sądów swoje potyczki z Jurkiem Owsiakiem. Przypomnijmy zatem, że tak upolityczniony warszawski sąd w październiku zeszłego roku uznał, że to lider WOŚP musi przeprosić posłankę PiS za słowa “niech pani spróbuje seksu” oraz zapłacić 10 tys. zadośćuczynienia. Niedługo potem Owsiak przegrał drugą sprawę, kiedy także musiał przeprosić posłankę. Z racji apelacji i toczących się spraw karnych spór między wspomnianymi nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty, jednak beneficjentkę dwóch korzystnych wyroków ciężko nazwać ofiarą zmowy upolityczniony sądów. Posłanka natomiast wyprawia zwyczajną oderwaną od faktów demagogię.

W systemie ochrony zdrowia narasta kryzys, który staje się coraz trudniejszy do zatuszowania. Braki kadrowe nie są bowiem niczym nowym w naszych realiach, jednak obecnie ich skala przybrała taki rozmiar, że z zatrważającą wręcz regularnością zamykane są w Polsce kolejne oddziały szpitalne, a pacjenci są kierowani do przepełnionych placówek. To ostatnie zaś dokłada kolejną cegiełkę do i tak niełatwych warunków pracy tamtejszych kadr, co tylko napędza spiralę zwolnień lekarzy i kolejnych zamknięć. Jak donosi tygodnik “Polityka”, w samym województwie zachodniopomorskim w ciągu ostatniego pół roku liczba łóżek w placówkach zmniejszyła się już o ponad 10% (827 szt.). Scenariusz w całym kraju jest podobny, liczba specjalistów w placówkach spada, do tego stopnia, że w momencie pozostania tylko jednego z nich nie jest możliwe dalsze funkcjonowanie placówki z powodu problemów w unormowaniu czasu pracy, urlopów i obsady dyżurów. Taki los spotkał m.in, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, którego działalność została zawieszona na początku wakacji. O skali problemu świadczy fakt, że w samym tylko województwie śląskim w ciągu roku zamknięto w sumie 17 oddziałów szpitali. Na horyzoncie jednak są zwolnienia w kolejnych placówkach, min. wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku, co może sparaliżować i ten podmiot.

Powody są tutaj oczywiste. Lekarze nie chcą pracować w ciężkich warunkach polskich szpitali i nawet jeśli nie emigrują, to decydują się na pracę wyłącznie w poradniach, przychodniach czy prywatnych praktykach, co sprawia, że obsada oddziałów szpitalnych staje się dramatycznie niska, a ich reputacja zniechęcająca do pracy absolwentów kierunku lekarskiego. Ten stan rzeczy nie dziwi jednak w świetle raportu “Health at a Glance 2018” OECD i Komisji Europejskiej, który mówi, że w Polsce brakuje około 30 tys. lekarzy.

Lekarze jednak nie chcą czekać na zawalenie się systemy z powodu bierności polityków i postanowili działać. Członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Porozumienia Rezydentów wznowili bowiem swój protest w postaci wypowiadania klauzuli umożliwiających wykonywanie obowiązków w nienormowanym czasie pracy. Spełnienie idei “jeden lekarz – jeden etat” nieuchronnie pokaże braki i logistyczną zapaść, co zmusi władze do działań.

Kiedy bowiem rząd oszukał młodych lekarzy i dzięki sztuczkom księgowym zabrał z budżetu NFZ 7 mld zł na swoje populistyczne obietnice, to w tym samym czasie rosły kolejki do lekarzy. Jeszcze sześć lat temu na wizytę u specjalisty czekaliśmy ok. 60 dni, a dziś niemal dwa razy dłużej.Tymczasem rząd obiecywał, że skróci kolejki, w tym do końca 2018 r. na badania w trybie pilnym, na których realizację przewidywano maksymalnie do 30 dni. W przypadku badań obrazowych takich jak rezonans magnetyczny czas ten wynosi jednak czasem aż ponad trzy miesiące. Takie oczekiwanie opóźnia postawienie diagnozy i zmniejsza niestety skuteczność leczenia.

Widać zatem wyraźnie, że zdrowie jest obszarem, który wymaga pilnej uwagi opinii publicznej. Bez priorytetu na ochronę zdrowia opieka nad polskim pacjentem będzie coraz bardziej teoretyczna i nawet dobra wola personelu medycznego niewiele pomoże na tę sytuację.

Politycy PiS chcą zmian w kodeksie wyborczym. W tym celu rozpoczęli proces w Sejmie zmiany sposobu zatwierdzania wyborów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Polska brunatnieje pod władzą PiS

Jestem pełen uznania dla administracji IKEA, nie dlatego, że zwolnili pracownika, ale że nie pozwolili na wykorzystanie agresji wiary przeciwko innym ludziom.

Jeśli pracownik chowa się za Biblią i nawołuje do karania śmiercią za preferencje seksualne, szkaluje innych obywateli naszego kraju i nawet po zwróceniu mu uwagi, nie zaprzestał nawoływania do przemocy, to znaczy, że wyznacza on, a w zasadzie wymusza na pracodawcy nowe granice ludzkiej nietolerancji.

Czy to nie jest tak, że „przymykanie oka” administracji sieci sklepów dla jego agresji światopoglądowej podzieliłoby klientów na tych, którzy mogą korzystać z usług sklepowych bez problemów i tych, którzy mogą spotkać się z agresją, a nawet śmiercią w imię Boga?

Każdy powinien czuł się szanowany i doceniany za to, kim jest i ceniony za swój wyjątkowy wkład, niezależnie od jego orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Każdy współpracownik ma prawo do obrony swojej indywidualności, ale jednocześnie szanując ją u innych.

Wszyscy pracownicy powinni dbać o zespół, jego atmosferę i sprawność w działaniu dla dobra firmy. W IKEA wydano oświadczenie, w którym podkreślono, że „zachęcamy też naszych pracowników LGBT+ do bycia sobą i nie akceptujemy żadnego rodzaju dyskryminacji”.

Okazuje się, że za nagłośnienie sprawy i narzucenie atmosfery zaszczuwania IKEA stoi osławiona organizacja światowej ciemnoty Ordo Iuris, która ujawniła, co napisał i nie chciał usunąć zwolniony pracownik powołując się na Pismo Święte:

„Biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich”. 

A także:

„Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich”.

Mam wiele tolerancji dla każdej odmienności, ale jeśli to prawda, że od prezesa począwszy, większość kierownictwa partii rządzącej i biskupów katolickich w Polsce prezentują niejednoznaczne preferencje seksualne, to czy ten zwolniony człowiek, całe to Ordo Iuris i medialni agresorzy państwa nie atakują w istocie obecnie radzących?

Medialna nagonka PiS-agresywnej propagandy na pracodawcę, to kolejny dowód na budowę rasizmu w Polsce przez kościelno-partyjne „elity” ciemnoty. Ten dumny wsparciem PiS-faszyzmu, podły człowiek i rasista nie zasługuje na uwagę mediów, a co najwyżej prokuratury, która z urzędu powinna wszcząć postępowanie za nawoływanie do przemocy i obiecywanie śmierci innym obywatelom naszego kraju.

A na zakupy pójdę z przyjemnością do szanującej wszystkich ludzi – IKEA.

Eliza Michalik też skomentowała głośną aferęzwolnienia mężczyzny ze sklepu IKEA.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych:

Prawica manipuluje faktami. Pracownik nie został zwolniony z powodu swojej wiary w Boga, lecz z powodu nawoływania do nienawiści. Odwróćmy sytuację: jeśli muzułmanin powołując się na cytaty z hadisów napisałby, że chciałby mordować katolików, to także minister Ziobro broniłby jego prawa do wyznawania wartości religijnych?

Żadne wartości religijne nie mogą usprawiedliwiać zła czynionego innym ludziom. Tak samo islamscy ekstremiści nie mają prawa strzelać do satyryków za karykatury Mahometa, jak i katolicy zasłaniać się wyznaniem w celu znieważania osób nieheteroseksualnych.

Nie poglądy stanowiły problem, ale sposób wyrażania swoich opinii, który wyklucza inne osoby. Podobne działania podjęlibyśmy w przypadku naruszenia godności każdej innej grupy (np. katolików) – brzmi fragment oświadczenia IKEA.

W biurze Ośrodka stoją meble z IKEA. I pozostaną tam. Bo podzielamy wartości takie jak zakaz dyskryminacji. Nawet jeśli rząd PiS uważa, że to prawo nie dotyczy osób LGBT.

Miliony złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia. To niektóre z ustaleń kontroli Najwyższej Izby Kontroli, do których dotarło OKO.press. NIK potwierdziła wiele rażących nieprawidłowości w Funduszu, które ujawniamy od roku.

Najwyższa Izba Kontroli, w ramach corocznej analizy wykonania budżetu państwa, przeprowadziła kilkaset kontroli instytucji, które wydają publiczne pieniądze. Badanie objęło także Fundusz Sprawiedliwości, nadzorowany przez ministra Zbigniewa Ziobrę.

Fundusz przyznaje dotacje organizacjom i innym podmiotom (w 2018 roku ponad 106 mln zł). Oficjalnie pieniądze idą przede wszystkim na pomoc ofiarom przestępstw.

OKO.press jako pierwsze dotarło do wyników kontroli przeprowadzonej w Funduszu Sprawiedliwości przez NIK. Dla ministra Ziobry są one miażdżące.

Kontrolerzy krytykują zasadność przyznawania milionów złotych na projekty, które nie mają żadnego związku z celami Funduszu.

NIK ustalił także, że wiele organizacji dostało milionowe dotacje mimo braku odpowiedniego doświadczenia. O wielu takich przypadkach pisaliśmy w OKO.press, przypominamy je w dalszej części tekstu.

W raporcie pokontrolnym opisane zostały szczegółowo krytyczne wyniki kontroli czterech konkursów.

Jeden z nich dotyczył słynnych już kamizelek odblaskowych z logo Funduszu Sprawiedliwości. Na ten projekt Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia dostała z Funduszu aż 24 mln 123 tys. złotych.

Dziś opisujemy szczegółowo jak przebiegała realizacja tego projektu oraz ujawniamy związane z nim zarzuty NIK.

Jutro przedstawimy historię ministra ds. pomocy humanitarnej Michała Wosia, który jako nadzorca Funduszu Sprawiedliwości szczególnie mocno dbał o to, by pieniądze z Funduszu – nie zawsze na uzasadnione cele – płynęły w jego rodzinne strony. Zwłaszcza wtedy, gdy w wyborach samorządowych w 2018 roku startował do śląskiego sejmiku.

Niecelowo, niegospodarnie

NIK skontrolowała 14 konkursów i naborów ofert o łącznej wartości 39 mln 754 tys. zł.

Izba oceniła jako działanie „niecelowe i niegospodarne” udzielenie 33 mln 272 tys. zł dotacji. To 86 proc. kwoty skontrolowanych wydatków. 

Niecelowo i niegospodarnie wydane pieniądze dotyczyły dotacji przyznanym czterem podmiotom na tzw. przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. To nowa kategoria zadań finansowanych z Funduszu Sprawiedliwości wprowadzona przez Ziobrę w 2017 roku.

W OKO.press wielokrotnie pisaliśmy o tym, że miliony złotych z tej właśnie kategorii wędrują

  • do organizacji katolickich (m. in. Fundacji Lux Veritatis ojca Tadeusza Rydzyka oraz związanej z redemptorystą Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu),
  • a także do fundacji i stowarzyszeń powstających naprędce, które mają personalne związki z Solidarną Polską, partią Zbigniewa Ziobry oraz z PiS.

Opisywaliśmy także, jak pieniądze na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości przeznaczane są na imprezy promujące polityków obozu władzy.

NIK: Miliony na całkowicie nieuzasadnione działania

NIK zwraca uwagę, że chociaż minister Ziobro w 2017 roku rozszerzył kategorię zadań finansowanych z Funduszu, nie zbudowano „adekwatnych struktur organizacyjnych służących weryfikacji celowości i gospodarności wydatkowanych środków publicznych. ”Nawet mimo tego, że w czerwcu 2018 roku Ziobro powołał w ministerstwie odrębny departament Funduszu Sprawiedliwości. 

Tymczasem poszerzenie zadań FS skutkowało prawie dziesięciokrotnym wzrostem liczby dotacji – z 241 w 2017 roku do 2 365  2018 roku. Jak czytamy w wynikach kontroli NIK,

„Minister sprawiedliwości nie miał wiedzy na temat prawidłowości realizacji zadań oraz celowości i gospodarności wydatkowania większości środków przekazanych beneficjentom w 2018 roku”.

NIK wskazuje także, że rozszerzenie przez Ziobrę w 2017 roku kategorii, które finansuje Fundusz „skutkowało marginalizacją podstawowych celów Funduszu”, czyli pomocy ofiarom przestępstw.

Zamiast tego Fundusz w 2018 roku finansował przede wszystkim przeciwdziałanie przyczynom przestępczości, czyli

„zadania, których związek z celami Funduszu był całkowicie nieuzasadniony (np. prace modernizacyjne w obiektach sportowych, konferencje i opracowania naukowe dotyczące współpracy międzynarodowej, tematyki społecznej, religijnej i filozoficznej)”.

Kontrolerzy krytykują także to, o czym od roku alarmuje OKO.press oraz inne media – miliony złotych trafiają do organizacji z wątpliwym lub wręcz zerowym doświadczeniem.

„W przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku

nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia” – pisze NIK.

Ekspresowy konkurs, jeden chętny

NIK przyjrzał się między innymi konkursowi dotyczącemu bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Chodzi  o czwarty konkurs na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości z lipca 2018 roku.

Konkurs, chociaż opiewał gigantyczną kwotę – 25 mln złotych, przebiegł ekspresowo. Ogłoszenie o nim ukazało się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości 29 czerwca 2018 roku, a oferty można było składać do 13 lipca. Organizacje miały więc zaledwie 2 tygodnie na przygotowanie szczegółowej oferty kampanii.

Po kolejnych 17 dniach resort Ziobry ogłosił zwycięzcę. Do konkursu przystąpiła tylko jedna organizacja – Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia(dalej nazywamy ją w skrócie Fundacją). I to ona zgarnęła 24 mln 123 tys. złotych.

Zresztą nie po raz pierwszy. W poprzednim, trzecim konkursie z czerwca 2018 roku ta sama Fundacja dostała 867 240 zł. Prawdopodobnie na kampanię informacyjno-promocyjną “Rodzina – źródło postaw i relacji”. A prawdopodobnie – bo ministerstwo Ziobry nie ujawniło, na co dało pieniądze.

Fundacja ma bardzo dobre stosunki z władzą. Od kilkunastu lat organizuje kampanie związane z obchodami Narodowego Dnia Życia. W marcu 2018 organizowała Narodowy Kongres Rodziny, na Stadionie Narodowym w Warszawie. Prelegentami byli: wicepremier Beata Szydło, ministrowie Rafalska i Ziobro, a także senator Michał Seweryński. Głównym sponsorem było kontrolowane przez państwo PZU.

Za 24 mln z czwartego konkursu Fundacja zorganizowała kampanię „Dobrze Cię Widzieć”. Za te pieniądze:

  • stworzyła stronę internetową;
  • przygotowała scenariusze lekcji o bezpieczeństwie w ruchu drogowym;
  • stworzyła animacje i spoty (z udziałem aktora Cezarego Pazury, twarzy kampanii),
  • a przede wszystkim miała dostarczyć do wszystkich uczniów szkół podstawowych (ponad 3 mln) w Polsce kamizelki odblaskowe z logo Funduszu Sprawiedliwości.

Kampanię zainaugurowano 15 października 2018 w szkole w Kuźni Raciborskiej. W wydarzeniu wzięli udział ówczesna minister edukacji Anna Zalewska, minister Zbigniew Ziobro i Michał Woś (ówczesny pełnomocnik ds. Funduszu Sprawiedliwości, obecnie wiceminister sprawiedliwości).

Trzy miliony kamizelek w pięć miesięcy? Nie, dziękuję

Z realizacją zadania od początku były problemy. Termin realizacji był bardzo krótki, zgodnie z ogłoszeniem konkursowym wszyscy uczniowie podstawówek mieli dostać kamizelki odblaskowe do końca 2018 roku.

30 sierpnia 2018 na swojej stronie internetowej Fundacja opublikowała ogłoszenie o przetargu na realizację zadania: „przygotowanie kamizelek odblaskowych dla 2 863 026  uczniów szkół podstawowych w całej Polsce oraz ich dostarczenie do wszystkich szkół podstawowych w Polsce (z wyłączeniem uczniów szkół podstawowych woj. śląskiego)”.

O tym, skąd wyjątek dla woj. śląskiego, napiszemy w jutrzejszym tekście.

Potencjalni oferenci nie mogli uwierzyć, że chodzi o wyprodukowanie tak dużej liczby kamizelek w pięć miesięcy, do 20 grudnia 2018.

Jeden z zainteresowanych oferentów pytał Fundację: „Czy zamawiający zdaje sobie sprawę z tego, że realizacja zamówienia wg podanych wyżej kryteriów (bardzo duża ilość w bardzo krótkim czasie) nie jest możliwa, nawet dla największych producentów tego typu asortymentu na świecie?”.

Do przetargu nikt się nie zgłaszał. Z tego powodu Fundacja kilka razy przesuwała termin składania ofert. W końcu unieważniła postępowanie. Uzasadnienie: do 22 października 2018 roku nie wpłynęła ani jedna oferta.

O opóźnieniach projektu pisała pod koniec grudnia 2018 roku „Rzeczpospolita”. Jak mówił wtedy gazecie prezes Fundacji Jacek Sapa, przetargu nie rozstrzygnięto, więc wybrano producenta z wolnej ręki. Sapa nie chciał ujawnić jego nazwy ani tego, ile kamizelek już rozdano.

Dziennikarze zadzwonili wtedy do 20 losowo wybranych szkół, żeby zapytać, czy dotarły do nich kamizelki. Żadna z zapytanych placówek kamizelek nie dostała.

NIK: ministerstwo bez analiz, fundacja bez doświadczenia

W połowie stycznia 2019 zapytaliśmy Ministerstwo Sprawiedliwości o opóźnienia w realizacji kampanii „Dobrze Cię widzieć” oraz o to, czy w związku z nimi resort wyciągnie jakieś konsekwencje wobec Fundacji.

Urzędnicy nie chcieli nam zdradzić, kogo ostatecznie wybrała Fundacja jako dostawcę kamizelek. Pisali, że jeśli chodzi o ewentualne konsekwencje, to ministerstwo najpierw musi ocenić wykonanie projektu (co miało mieć miejsce pod koniec I kwartału 2019 roku) Nie wiemy, czy w końcu do takiej kontroli doszło i jakie były jej wyniki.

Wiemy za to, co w sprawie kamizelek ustalił NIK. Izba skrytykowała zarówno przyznanie dotacji, jak i realizację programu „Dobrze Cię widzieć”. Kontrolerzy stwierdzili m.in., że:

  • przyznanie dotacji „nie zostało poprzedzone rzetelną analizą wskazującą na zasadność przeprowadzenia tego rodzaju akcji”;
  • ministerstwo nie przeprowadziło żadnych konsultacji z podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w ruchu drogowym, np. z Policją;
  • minister Ziobro nie oszacował precyzyjnie wartości planowanej kampanii informacyjnej;
  • podobne akcje profilaktyczne w 2018 roku przeprowadzały wszystkie komendy wojewódzkie Policji, co – zdaniem NIK – oznacza, że kampania sfinansowana z Funduszu Sprawiedliwości była powieleniem tych działań.

Izba ustaliła także, że ministerstwo przyznało ponad 24 mln złotych Fundacji, która nie była w stanie wykazać doświadczenia w organizacji przedsięwzięć będących przedmiotem konkursu ofert”. W związku z czym dostarczenie kamizelek i innych materiałów do szkół nie zostało zrealizowane w terminie.

Pierwsze informacje o wynikach kontroli konkursu z kamizelkami pojawiły się na prorządowym portalu wPolityce.pl, niedługo potem także na portalu Wirtualna Polska. Obydwa teksty mocno krytykowały… NIK. Broniły za to Ministerstwa Sprawiedliwości i finansowanego przez niej projektu.

W Wirtualnej Polsce kontrolę NIK komentował Marcin Romanowski, wiceminister sprawiedliwości, który wcześniej nadzorował Fundusz Sprawiedliwości. „NIK dla osiągnięcia doraźnych politycznych celów totalnej opozycji jest w stanie zakwestionować akcje mające na celu zapewnienie ochrony życia dzieci” – grzmiał.

O wiceministrze pisaliśmy niedawno w tekście „Numerariusz Opus Dei i twórca kuźni kadr Ziobry. Kim jest nowy wiceminister sprawiedliwości„.

Nie wiemy, czy portale miały dostęp jedynie do fragmentów publikacji NIK czy – tak jak OKO.press – do kilkustronicowego szczegółowego opracowania.

Organizacji bez doświadczenia było więcej

Jak wynika z raportu NIK, nie tylko Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia nie miała odpowiedniego doświadczenia, by zrealizować zadania finansowane z Funduszu Sprawiedliwości.

Przypomnijmy jeszcze raz – NIK pisze w swoim raporcie, że „w przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia”.

W OKO.press opisaliśmy m. in.. Fundację Altum, która wygrała Konkurs Funduszu na pomoc pokrzywdzonym i otrzymała na to 4 mln 234 tys. zł.

Fundacja została zarejestrowana w KRS 30 stycznia 2019 roku, dwa dni przed ogłoszeniem konkursu. Mimo to wygrała z kilkoma doświadczonymi organizacjami.

Opisaną przez nas organizację łatwo pomylić z Fundacją „Altum” (nazwy różni tylko cudzysłów) – dużym i prężnym NGO’sem z Poznania. Nasza Altum jest zarejestrowana w Warszawie. Pod tym samym adresem zarejestrowanych jest co najmniej kilkanaście firm. Po kilku telefonach dowiedzieliśmy się, że Altum ma tam po prostu wirtualne biuro.

Fundacja nie ma swojej rady, a zarządza nią (jednoosobowo) Karol Pietrzyk. To związany z Łodzią historyk, były sekretarz PiS w okręgu piotrkowskim. Pietrzyk działa też w stowarzyszeniu Ziemia Łódzka XXI, które w 2008 roku założyli dysydenci z PiS, później wielu z nich zostało ważnymi lokalnymi politykami. 

Zadaliśmy Pietrzykowi kilka pytań dotyczących jego fundacji i konkursu. Mimo zapewnień, że odpowie na nasze pytania, nigdy tego nie zrobił.

30 maja 2019 Fundacja Altum znowu wygrała konkurs Funduszu Sprawiedliwości. Tym razem na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. Zapytaliśmy ministerstwo na jaki projekt i ile pieniędzy tym razem dostała fundacja. Resort Ziobry nie chciał jednak zdradzić o jaki projekt chodzi. Kwoty dotacji też nie podał, bo będzie ona znana dopiero po podpisaniu umowy z Altum.

OKO.press opisało także Stowarzyszenie Patria Et Lex, które wygrało konkurs opiewający na 4 mln 137 tys. zł na pomoc pokrzywdzonym w Łodzi.

Stowarzyszenie zostało zarejestrowane na początku 2018 roku, przed wygraniem konkursu Funduszu nie zrealizowało żadnego zadania publicznego. Dlaczego więc wygrało konkurs?

Jak sprawdziliśmy, na siedem osób związanych od początku ze stowarzyszeniem trzy to byli i obecni pracownicy biura poselskiego posła Tadeusza Woźniaka, jednego z liderów Solidarnej Polski (partii ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry).

Liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych, jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają – z prof. Maciejem Kisilowskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Cztery minuty w „Wiadomościach”. Bolało?

Prof. Maciej Kisilowski: Nie bardzo. Mam doktorat Yale i etat na dobrej zachodniej uczelni, więc pisanie analiz dla polskiej opozycji nie wymaga ode mnie wyjątkowej odwagi. Ale gdybym siedział na etacie na UW, to myślę, że byłbym dziś mocno przerażony.

Bo?

No, wiadomo. Naukowiec zależy od rozmaitych grantów rozdzielanych przez państwo, a tu nagle w „Wiadomościach” mówią, że spiskujesz z opozycją w celu „osłabienia Polski” i wprowadzenia „nowego rozbicia dzielnicowego”. Pokazali mnie palcem.

Im tak naprawdę chodzi o to, żeby opozycję zagłodzić.

Zagłodzić?

Intelektualnie. Żeby każdy, komu przez myśl przejdzie wspieranie opozycji, w tym przypadku radą, dobrze się zastanowił.

Półtora roku temu stu naukowców i ekspertów o bardzo różnych poglądach politycznych postanowiło wspólnie przygotować program „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”. W marcu tego roku zrobiliśmy oficjalną konferencję, ogłosiliśmy szczegóły tego pomysłu, zaczęliśmy chodzić po mediach i o tym opowiadać. Kilka partii się zainteresowało, niedawno w Sejmie bardziej konserwatywni koledzy z naszej grupy mieli konferencję z PSL i Kukiz’15. Dla Platformy napisałem społecznie analizę pokazującą, jak nasz pomysł decentralizacji można wcielić w życie w wariancie bardzo szerokiej koalicji –  od lewicy do konserwatystów. A potem nagle fotografię mojej notatki pokazały „Wiadomości”, przedstawiając to jako tajny plan rozbioru Polski.

Przecież ja jestem politycznie nikim, outsiderem! Napisałem jeden kwit dla PO na temat czegoś, o czym publicznie mówię od dawna. I jest z tego raban. To co nas spotkało, ta fala hejtu, że jesteśmy „zdrajcy Polski”, to nieprawdopodobne.

I co z tego wynika?

Że trudno do prawicy wyciągać rękę, bo istnieje jakiś rodzaj bezwzględności po tamtej stronie.

„Zdecentralizowana Rzeczpospolita” miała być taką wyciągniętą do zgody ręką. Przecież nie ma lepszej propozycji dla prawicy, niż nasz pomysł! Bawaria, Austria, Stany Zjednoczone – tylko w krajach mocno zdecentralizowanych wartości konserwatywne są obecne w życiu publicznym i dobrze współistnieją z demokracją.

Państwa centralistyczne w kwestii wartości mogą iść w dwóch kierunkach: konserwatywnego zamordyzmu, jak w Turcji, albo totalnej liberalnej rewolucji, jak w Irlandii. Jeśli ktoś jest przyzwoitym krakowskim konserwatystą i nawet dostrzega, że PiS szybkimi krokami zmierza w stronę modelu tureckiego, a jednocześnie druga strona proponuje mu liberalną rewolucję na wzór irlandzki, to niestety może wybrać Turcję. Nasz pomysł polega na tym, żeby konserwatyście polskiemu dać jakąś trzecią drogę – na przykład Bawarię.

Tyle że oni nie chcą rozmawiać, wolą nas utopić w szambie.

Dlaczego nie chcą rozmawiać?

Bo kierownictwo PiS już wybrało: chce iść w kierunku autorytaryzmu. I nie podobają im się żadne kompromisowe pomysły, które pozwoliłyby obu stronom sporu jakoś się dogadać i ułożyć w ramach demokracji konstytucyjnej.
W Polsce trwa obecnie transformacja ustrojowa. Jeżeli nastąpi dokończenie tego procesu po wygraniu przez PiS wyborów na jesieni, to będziemy musieli kiedyś na nowo przepisać podręczniki historii. Na lata 1989-2015 będziemy patrzeć jako na kolejne polskie XX- lecie między czymś a czymś. W tym przypadku między peerelem a wyborczym autorytaryzmem.

Wyborczy autorytaryzm, czyli co?

To jest niesamowicie skuteczna innowacja polityczna, która kiełkuje w wielu miejscach na świecie. Polega na szerokim wykorzystywaniu form demokratycznych przy takim ułożeniu struktur państwa, żeby wygranie wyborów przez opozycję było w zasadzie niemożliwe. Połączenie aparatu państwa z aparatem partyjnym staje się tak ścisłe, że cała machina państwowa prowadzi nieustanną kampanię wyborczą. I nie ma jak z tym skutecznie konkurować. Wszyscy, którzy mówią: „O, to wina tego złego Schetyny, brak mu charyzmy i dobrego programu” nie doceniają elementów strukturalnych nowego systemu. W wyborczym autorytaryzmie jest tak, że Schetyna, czy nie-Schetyna – w zasadzie wszystko jedno. Nie sposób z władzą wygrać.

No ale niby na czym polega ta innowacja?

Poprzednie autorytaryzmy, po pierwsze, bały się wyborów – w ogóle ich nie organizowały, albo je fałszowały, a po drugie, bały się emigracji. Zabierały ludziom paszporty. Wyborczy autorytaryzm zrozumiał, że w czasach facebooka i mediów społecznościowych obie te rzeczy – wybory i emigracja – mogą służyć utrwalaniu władzy. Wyjeżdżają ci, którzy są niepewni, a wybory z kolei można wygrywać dzięki wspomaganej technologicznie propagandzie.
Media społecznościowe dużo bardziej działają na korzyść sił antydemokratycznych.

Dlaczego?

Bo tworzą bańki, które promują ludzi bezwzględnych. Takich ludzi, którzy są w stanie powiedzieć i napisać wszystko. Tymczasem istotą liberalnej demokracji była pewna powściągliwość i poczucie odpowiedzialności.
W wyborczym autorytaryzmie będzie inaczej, niż nam to podsuwają rozmaite analogie historyczne. Innowacje systemowe trudno opisać dotychczasowymi kategoriami i dlatego tak wielu ludzi nie widzi, że są niebezpieczne.

Niezależne media w tym nowym systemie będą istnieć?

Będą. Są nawet pomocne, bo legitymizują system. Ale nie mogą być to media zbyt masowe. Jeśli PiS wygra kolejne wybory, to dni TVN-u są policzone, ale „Wyborcza” pewnie może zostać.
Internetowe bańki działają jak kabiny pogłosowe, czyli każdy w nich słyszy mocniejsze i bardziej brutalne wersje własnych poglądów. Jeśli jakieś wydarzenie budzi ogromne oburzenie w jednej bańce, to do drugiej nie dociera, a jeśli nawet dociera, to na zasadzie: „Słychać wycie? Znakomicie!”. Skoro „oni” są wkurzeni, to na pewno działania władzy są słuszne. Jeśli „Wyborcza” o czymś źle pisze, to najbardziej wiarygodny znak, że to coś jest dobre.
Internetowe bańki powodują, że w wyborczym autorytaryzmie władza może stworzyć getto ludzi niezadowolonych, na przykład wokół „Wyborczej”. I będą to coraz bardziej zacieśniać, zmniejszać, a jednocześnie zachęcać do emigracji tych, którym władza się nie podoba.

Mnie to się wydaje naciągane. W Polsce jest podział mniej więcej pół na pół. Nie da się żadnej połówki zmarginalizować.

Da się. W tym innowacyjnym systemie ważna jest marchewka. W Polsce marchewka dla miejskiej klasy średniej na razie jest nieco ograniczona, bo Kaczyński ma lewicowe poglądy ekonomiczne i chce dawać kasę swojej bazie z klasy ludowej. Ale już pokolenie pisowskich 50-latków to są bezwzględni ekonomiczni neoliberałowie. Oni tylko czekają, żeby zrobić to co Orban, czyli zmienić kraj w tanią strefę ekonomiczną dla robienia biznesów. Klasie ludowej dajemy głównie nienawiść i strach, natomiast pieniądze wydajemy na to, żeby przekonać miejskie elity do życia w niskokosztowym państwie autorytarnym: PIT 15 proc., niskie koszty pracy, a pracowników za mordę. I moim zdaniem to przeważy. Ekipa Morawieckiego tylko na to czeka, bo Orban i Trump pokazali, że jeśli dostatecznie ludzi przestraszysz uchodźcami, LGBT albo Sorosem, to wcale nie musisz im dużo dawać.

Ziarna wyborczego autorytaryzmu kiełkują w całej Europie i USA, to nie jest nasza specyfika. Nie pierwszy też raz, kiedy liberalna demokracja na Zachodzie przechodzi kryzys. Tylko zazwyczaj w polskiej historii było tak, że Zachód się z kłopotów otrząsał, a myśmy zostawali gdzieś z tyłu. Na Zachodzie ta cała populistyczna rewolucja już zaczyna dostawać zadyszki, a my możemy zostać z innowacyjnym modelem władzy na dekady. Już parę razy było w historii tak, że prawie doganialiśmy Zachód i nagle coś się rozsypywało. Jesteśmy w podobnym momencie.

Dlaczego liberalna demokracja na całym świecie ma kłopoty?

Bo liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych – bo to są dla mnie po prostu prawa człowieka. A jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają.

Ale co znaczy, że liberałowie poszli za daleko?

Przede wszystkim udało nam się z niemal żelazną konsekwencję wprowadzić w dyskusji publicznej prymat racjonalnego argumentu. Eksperci, naukowcy, liczby – to rozstrzygało w liberalnej demokracji. Bardzo trudno racjonalnie uzasadnić, dlaczego dwóch gejów nie może adoptować dziecka. Konserwatywne think tanki wydały miliony dolarów na przekonywanie, że u dzieci w takich związkach występują problemy rozwojowe. W końcu zrobiono badania naukowe, które są dla konserwatystów bezlitosne: nie ma żadnych różnic w przystosowaniu społecznym między dziećmi wychowanymi przez pary homoseksualne i heteroseksualne.
Istnieje mocna tradycja w świecie zachodnim – tradycja konserwatywna. I ona nie uznaje zasady, że każdy argument wywiedziony racjonalnie jest słuszny. Bo ważniejsza jest na przykład tradycja, nawet irracjonalna, albo słowo boże. Tymczasem stronie postępowej udało się tak ustawić zasady gry, że racjonalny argument stał się jedynym, który ma prawo rozstrzygać w polityce. Nawet konserwatyści musieli się do tego dostosować i zamiast powiedzieć, że w coś wierzą, to tworzą teorie naukowe. Te zasady gry faworyzują naszą stronę.

Faworyzują?

Konserwatyści już na starcie stają na przegranej pozycji, bo jeżeli twoje poglądy wynikają z przesłanek religijnych, a musisz je uzasadniać naukowo, no to wychodzą z tego potworki, takie jak „bruzda dotykowa” u dzieci z in vito. Dlatego wśród konserwatystów pojawił się pomysł, żeby zmienić zasady, wywrócić stolik i z liberalną demokracją w ogóle zerwać.
Uważam, że decentralizacja jest najlepszym wyjściem z tego pata. Sprawy, w których odejście od racjonalności nie spowoduje katastrofy na skalę globalną, a w polskich warunkach nie spowoduje utraty niepodległości, trzeba po prostu zdecentralizować. Niech będą decydowane na niższym poziomie. I wtedy w systemie może funkcjonować mnóstwo sprzeczności, które nie zagrażają istnieniu państwa, ani spójności społecznej.
Michał Kulesza i Jerzy Regulski, ojcowie polskiej reformy samorządowej, zawsze twierdzili, że decentralizować należy sprawy najmniej kontrowersyjne – drogi i chodniki. A tymczasem trzeba robić odwrotnie – zdecentralizować sprawy budzące największe spory.

Zdecentralizować aborcję?

Też. Chociaż w tej sprawie są istotne różnice wsród twórców projektu „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”, więc wypowiem się tutaj we własnym imieniu. Moim zdaniem im więcej oddamy samorządom spraw, które dziś rujnują życie polityczne na poziomie państwa i powodują nieustanną wojnę o wszystko, tym dla państwa będzie lepiej. Chodzi o to, żeby nie było dyktatu, że wszystko wiedzą eksperci, a obywatel nie ma nic do powiedzenia.

Czyli Rzeszów przegłosowuje sobie zakaz aborcji, a Warszawa pełną liberalizację?

Zakaz aborcji na Podkarpaciu akurat już mamy, w 2017 roku w Polsce wykonano niewiele ponad tysiąc legalnych aborcji, w tym ani jednej na Podkarpaciu. A w całym kraju dzieli nas od całkowitego zakazu jedno orzeczenie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”. Także zostawmy już tę aborcję i popatrzymy systemowo: chodzi nie tylko o przeniesienie znacznej części prawodawstwa do województw, ale i o stworzenie mechanizmów, by nie przenieść do stolic województw patologii z ulicy Wiejskiej. Żeby wojewódzkie prawo miejscowe nie było tworzone, tak jak nowelizacje ustaw, w jedną noc.

Aby mieszkańcy mieli wpływ na ten proces, chcemy stworzyć senat wojewódzki, w którym zasiadają prezydenci, burmistrzowie oraz wójtowie z głosem ważonym do reprezentowanej populacji. Zgoda tego senatu byłaby potrzebna do wejścia w życie każdej uchwały wojewódzkiej. W ten sposób osiągamy równowagę między liberalnymi prezydentami dużych miast, a bardziej konserwatywnymi wójtami i burmistrzami z mniejszych ośrodków.

I niech się kłócą?

Niech decydują i szukają kompromisów. Dzisiaj prawie całe prawo jest ogólnopolskie i stanowione w Sejmie na Wiejskiej. Tymczasem Konstytucja wymienia tzw. akty prawa miejscowego, które – obok ustaw – są źródłem prawa w państwie. My proponujemy, żeby prawo miejscowe znacznie szerzej wykorzystać. Żeby duża część prawa powstawała w sejmikach województw pod mocną kontrolą obywatelską.

Na przykład prawo aborcyjne?

Owszem. Ale to moje zdanie.

A kto by decydował, czy w szkołach jest edukacja seksualna?

Sejmik i senat wojewódzki.

Religia w szkole?

Sejmik i senat wojewódzki.

Czyli w Warszawie religia znika ze szkół, a w świętokrzyskim nie ma w szkołach edukacji seksualnej?

Owszem, jeśli tak zdecydują lokalne władze. Przy czym może się zdarzyć, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast zrzeszeni w senacie wojewódzkim wymogą zróżnicowanie w ramach jednego województwa. Na przykład religii nie ma w Poznaniu, a w Wielkopolsce – jest. Bo marszałek województwa, chcąc zdobyć poparcie prezydenta Poznania w senacie wojewódzkim, namówi mniejsze ośrodki, żeby w stolicy regionu religię odpuściły.

A centralnie na poziomie całego państwa co zostaje?

Emerytury, ubezpieczenie zdrowotne, obrona narodowa, bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka energetyka i ekologia, infrastruktura, sprawy zagraniczne i przede wszystkim efektywniejszy głos w Unii Europejskiej, policja, sądy i inne niezależne instytucje. A także rodzaj krajowej polityki spójności, wyrównującej szanse między województwami. Nawet w najbardziej ambitnym wariancie naszego pomysłu, aż 60 proc. wydatków publicznych zostaje w centrum.

Płacę minimalną kto ustala?

Sejmik i senat wojewódzki.

Wysokość podatku PIT?

Tak samo.

No to zaraz będziemy mieli podatkowy wyścig do dna. Województwa będą konkurować między sobą w obniżkach, żeby ściągnąć inwestorów.

Zgoda. Wyścig do dna to realne zagrożenie. Dlatego obowiązywałaby zasada, że województwo może podatki podnieść, ale nie może ich obniżyć. Dzisiaj funkcjonuje tzw. wieloletnia prognoza finansowa jednostek samorządu terytorialnego. Więc można ustalić, że sejmik i senat wojewódzki nie może obniżyć swoich wpływów poniżej tych zaakceptowanych w prognozie. Niech województwa wprowadzą bardziej progresywne podatki, bo dziś mamy absurdalną sytuację, że bogaci płacą niższe stawki niż biedni.

Lewica też totalnie skrytykowała wasz pomysł. „To ostatnie podrygi zdychającego neoliberalizmu” – ktoś napisał.

Nie cała lewica. Ale rzeczywiście, niektórzy się obawiają, że decentralizacja pogłębi nierówności, czyli że zamożniejsze regiony będą sobie lepiej radzić, a biedniejsze zostaną bez kasy, infrastruktury i inwestycji.

No i?

Nasz projekt dałby lewicy szansę, żeby oprócz publikowania bardzo słusznych tekstów w „Krytyce Politycznej”, mogła przejąć w jakimś województwie np. regionalne ministerstwo polityki społecznej. Bo rośnie nam całe pokolenie Polaków, którzy nie widzieli nawet, jak w praktyce wyglądają rządy lewicy.

A kto miałby odpowiadać za jakość służby zdrowia?

Ubezpieczenie zdrowotne zostałoby na poziomie centralnym, bo to jest ważny aspekt redystrybucji w państwie. Już teraz algorytm rozdzielający pieniądze na zdrowie dosypuje biedniejszym regionom kosztem bogatszych. I tak by zostało. Natomiast za jakość usług zdrowotnych będą odpowiadały województwa. Powstałaby instytucja, która działa w Niemczech i Szwajcarii – kolegium województw. W ramach tego kolegium ministrowie zdrowia z poszczególnych regionów ustalaliby wspólnie standardy zdrowotne. Dlaczego mieliby to robić gorzej, niż minister Szumowski zza biurka w Warszawie?

Premier Cameron w Wielkiej Brytanii w ramach projektu „Big Society” zepchnął masę zadań na głowy samorządów, za czym nie poszły wystarczające pieniądze z budżetu. Więc skończyło się cięciami, kolejkami w przychodniach, szpitalach, tłokiem w szkołach, a po paru latach wkurzeniem obywateli na całą klasę polityczną i brexitem.

Dobrze, zgoda. Takie rzeczywiście są zagrożenia decentralizacji, ale przecież można uniknąć tych błędów. Tyle że o detalach „Zdecentralizowanej Rzeczpospolitej” ani lewica, ani prawica nie chcą dyskutować, tylko odpowiadają obelgami lub sloganami. Istnieją przykłady systemów mądrze zdecentralizowanych – Szwecja, Niemcy oraz Unia Europejska – które większą swobodę polityczną regionów przekuły na większą skłonność do solidaryzmu społecznego. Dlaczego Zachód chce płacić na Polskę albo Bułgarię w ramach Unii? Bo było to połączone z ważnymi dla Zachodu kwestiami politycznymi.
Dla progresywnych Polaków ważna jest wolność i swoboda obyczajowa. Jeśli więc im powiemy, że spójność społeczna jest podatkiem za tę wolność, to przynajmniej mamy jakiś argument.

Czyli ja sobie miło mieszkam w Warszawie, gdzie w szkołach są lekcje tolerancji i nie ma szczucia na gejów, a w Świętokrzyskiem zakazuje się teorii ewolucji i wprowadza obyczajowy zamordyzm.

Właśnie nie! To jest pańska wizja konserwatystów jako troglodytów, nieprawdziwa. W konserwatywnych regionach państw, które są mądrze zdecentralizowane, wcale tak się nie dzieje. W Bawarii, owszem, jest bardzo konserwatywnie, i to może niektórym doskwierać, ale nie ma zakazywania teorii ewolucji i nie ma oszołomstwa. Bo w zdecentralizowanym systemie jest dużo mniejsza skłonność do radykalizmu. To co obecnie powoduje radykalizm, to zbliżona wielkość dwóch obozów i konieczność pełnej mobilizacji. W państwie centralistycznym walka toczy się o wszystko. A jak nie walczymy o wszystko – bo w liberalnej Warszawie może być jedno prawo, a na konserwatywnym Podlasiu inne – to nie ma powodu do radykalizmu.

Czyli żebym dobrze zrozumiał: pomysł jest taki, że w jednym województwie aborcja jest zakazana i grożą za nią trzy lata więzienia, a w innym mamy kliniki aborcyjne?

Pan znowu o aborcji! W Polsce przy obecnym systemie prawnym raczej tak się nie da zrobić. Ale owszem, mogłoby to tak wyglądać – według mnie. Natomiast większość członków stowarzyszenia „Zdecentralizowana Rzeczpospolita” mówi tak: spróbujmy zwiększyć rolę prawa miejscowego w sprawach spornych, ale mniej emocjonujących, niż aborcja. W kwestii gimnazjów, szkół dla sześciolatków, może związków partnerskich. I zobaczmy, jak to będzie działać. Jesteśmy przekonani, że będzie działać lepiej, bo w systemie zdecentralizowanym radykalizmu będzie mniej niż obecnie.

Sytuacja, że w jednym województwie aborcja jest zakazana, a w Warszawie dopuszczalna, nie zadowoli konserwatystów.

Ależ konserwatyści będą mogli przekonywać do zakazu aborcji we wszystkich województwach! Podobnie jak progresywiści do prawa do aborcji. Argumentacja, że akurat w kwestii aborcji czy związków partnerskich powinniśmy bezwzględnie stosować logikę „wszystko albo nic”, prowadzi do absurdalnych wniosków. Bo dlaczego z tą logiką mielibyśmy zatrzymać się na Polsce? Może konserwatysta powinien powiedzieć: jeśli zakaz aborcji, to tylko ogólnoeuropejski? A progresywista powinien odparować: ponieważ prawa człowieka są powszechne, to żadnego wprowadzania małżeństw jednopłciowych tylko we Francji, dopóki ostatnie państwo nie uzna praw osób LGBT!

Tak czy siak obie strony ideowego sporu z waszych pomysłów są niezadowolone.

A ja uważam wręcz przeciwnie! Uważam, że w sytuacji obecnego klinczu i obiektywnych różnic między Polakami, nasza propozycja to wręcz jedyna alternatywa dla autorytaryzmu. Oczywiście kluczem do zmiany jest to, czy Polacy uwierzą, że bez jakiegoś rozsądnego kompromisu między postępowcami i konserwatystami, naprawdę możemy mieć tu państwo autorytarne. To jest ostatni dzwonek.

Ostatni?

Być może PiS już nigdy nie przegra wyborów. Na to się zanosi.

Bez przesady.

Tak samo mówili na Węgrzech moi studenci za pierwszej kadencji Orbana: bez przesady, niech się opozycja ogarnie i wygra z Orbanem. Nie rozumieli istoty wyborczego autorytaryzmu. On się instaluje powoli i sprytnie.

W Polsce nie będzie żadnego autorytaryzmu, wyborczego czy niewyborczego, bo jest podział pół na pół. Większość miast jest antypisowska, elity są mocno antypisowskie, istnieją duże środowiska, gdzie bycie pisowcem jest wręcz obciachem. Owszem, PiS rządzi i zagarnia coraz więcej, ale ta druga strona też ma ogromną siłę. I władza nie może zepchnąć opozycji do żadnego getta.

Nie docenia pan siły oportunizmu. Na Węgrzech wszystko się zmieniło w drugiej kadencji. Owszem, na razie każdy może sobie kalkulować, że jak będzie nawalał w PiS, a za chwilę wszystko się odwróci, to zostanie bohaterem. Dostanie medal kombatancki i to mu w czymś pomoże. Jeżeli ta nadzieja zniknie, to mnóstwo ludzi zacznie zmieniać zdanie. Oczywiście nie będzie tak, że przyjdą do pana znajomi i nagle powiedzą, że Kaczyński jest wspaniały. Będą mówić tak samo, jak dziś mówią elity w Budapeszcie: „Oh, ten naród jest tak głupi, że tylko nacjonalistyczny zamordyzm na niego działa”. Będą się podśmiewać z Kaczyńskiego czy Orbana, a potem brać od nich kontrakty. Bo w demokratycznym autorytaryzmie władza nie potrzebuje aplauzu, tylko oportunizmu. Pragmatycznej kooperacji. To zresztą już się dzieje. Jak wygląda sytuacja sędziów powoływanych do sądów powszechnych przez tzw. „KRS”? Zostali powołani przez ewidentnie niekonstytucyjne ciało, ale nie wszystkich spotyka negatywna ocena środowiska. Nawet liberalne media mówią co najwyżej o “wątpliwościach dotyczących ich wyboru”.
Elity społeczne to są ludzie, którzy maja dużo do stracenia. I nie mogą za bardzo z kraju wyjechać. Elity tak naprawdę są mało mobilne.
.
Elity są mało mobilne? Przecież to elity znają języki, jeżdżą na Zachód, mają kontakty i nie muszą się bać.

I co z tego, że znają języki? Pan jest mobilny? Napisze pan po angielsku ten wywiad tak samo sprawnie jak po polsku? Pozna pan tak dobrze brytyjską albo amerykańską politykę, żeby dobry felieton dla Anglika o tym napisać? Facet pracujący w fabryce przy taśmie jest bardziej mobilny od pana.
Elity mają tu swoją pozycję, znajomości, zasługi, historię. A tam musiałyby sobie wyrabiać nazwiska do zera. I to elity będą się dostosowywać do wyborczego autorytaryzmu najszybciej. Oczywiście będą to robić tak, żeby dysonans poznawczy nie był zbyt duży.
To wielki mit, że Polska jakoś świetnie się broni przed zmianą systemu politycznego. W Turcji strona progresywna trzymała się mocniej, tureckie sądy przez prawie dekadę nie dawały się złamać, a u nas już po trzech latach mamy rozszczelnienie. W styczniu nowe stanowiska będą do obsadzenia w Trybunale, za chwilę Gersdorf pójdzie na emeryturę…

No dobrze, ale jak by pan wytłumaczył normalnemu obywatelowi, że ma się tej zmiany systemu politycznego bać? Co w wyborczym autorytaryzmie będzie takiego dotkliwego? Czy niepisowski obywatel będzie mógł nadal czytać opozycyjną gazetę? Tak. Czy będzie mógł wyjść na ulicę i protestować? Owszem. Więc w zasadzie co on traci?

Najważniejszym problemem jest to, że wyborczy autorytaryzm sprzyja nadużyciom władzy. W pewnym momencie pojawia się zięć Erdogana, który zostaje ministrem finansów. Początkowo władza musi się trochę hamować, a później te hamulce puszczają, bo brakuje mechanizmów kontrolnych, a do dyspozycji są instrumenty, których być może na początku władza nawet nie chciała używać, ale jak na przykład przyjdzie jakiś kryzys i niezadowolenie społeczne, to użyje. „Powiem pani sędzi przy kolejnym obiedzie, jaki wyrok będzie w interesie Narodu Polskiego” – tak to działa. Władza pozbawiona kontroli zaczyna szaleć i pojawiają się działania nawet kompletnie niezwiązane z ich oficjalną ideologią, tylko z walką o wpływy i pieniądze.

No ale co to obchodzi obywatela, który nie pisze felietonów, nie bierze grantów od państwa, nie prowadzi teatru, nie zależy od dotacji?

Nie pisze felietonów, nie bierze dotacji, ale na przykład jego nieruchomość sąsiaduje z nieruchomością teściowej sekretarza PiS-u, który bardzo chce tę nieruchomość tanio przejąć. Albo wybudować obok fermę norek. Albo jest pan lekarzem i miał niefart operować żonę wiceprezesa. Z punktu widzenia życia w takim kraju każdy może mieć przechlapane. Przecież 99 proc. ludzi w peerelu też żyło bez specjalnych zatargów z władzą, a jednak mieli dość tego systemu i totalnej bezkarności władzy.

A jak się kończy wyborczy autorytaryzm? Od czego upada?

Tego nie wiemy. Od momentu, kiedy ta innowacja ustrojowa dostała do dyspozycji media społecznościowe i inne narzędzia technologiczne, nie było jeszcze przypadku definitywnej przewrotki. W Istambule mamy jaskółkę nadziei, ale nie wiadomo, jak to się dalej potoczy. Dlatego tak bardzo się o Polskę boję. Być może gdyby Urban z Jaruzelskim mieli do dyspozycji media społecznościowe, to by rządzili do dziś.

***

Maciej Kisilowski jest profesorem prawa i zarządzania publicznego na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (Jeszcze! Wkrótce Uniwersytet – z powodu szykan Orbana – przeprowadza się do Wiednia), jest też członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Władza Młotków: Szydło, Ziobro, Duda

Politycy PiS robią co mogą, aby zdeprecjonować najnowsze informacje biznesmena Marka Falenty skazanego przez sąd ws. afery taśmowej.

„Administracja Donalda Trumpa nadała wizycie polskiego prezydenta wysoką rangę i „rozjeżdżała czołgiem” każdą próbę jej sabotowania” – podaje dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski – powołując się na swoje źródło z MSZ.

Dodaje, że właśnie dlatego sprawa listu amerykańskich kongresmenów – na temat sytuacji w Polsce – wystosowanego do prezydenta USA, w przededniu wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, została skutecznie storpedowana, lecz teraz powoli nabiera rozgłosu.

Jego inicjatorzy Eliot L. Engel, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów w Kongresie oraz William R. Keating, przewodniczący Podkomisji ds. Europy, Eurazji, Energii i Środowiska wraz z 13 demokratycznymi członkami Izby Reprezentantów apelują w nim o zwrócenie uwagi na „pogwałcenie wolności słowa” w Polsce, „uzależnienie sądownictwa”, „zagrożenie dla praworządności” oraz nierozwiązaną kwestię „restytucji mienia pożydowskiego”.

Autorzy listu domagają się interwencji w sprawie rządów Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od 2015 r. ma „dokonywać bezprecedensowych kroków w sprawie konsolidacji władzy, kosztem instytucji demokratycznych, włączając w to kontrolę nad sądami, instalując partyjnych lojalistów na wpływowych pozycjach w wojsku i spółkach skarbu państwa oraz podważając rolę niezależnych mediów – cytuje WP.

Kongresmani są szczególnie zaniepokojeni stanem sądownictwa w Polsce oraz Sądem Najwyższym. Te same metody „co w Sądzie Najwyższym, zostały również wykorzystane przez prezydenta Andrzeja Dudę oraz ministra Antoniego Macierewicza do dokonania czystki w polskim wywiadzie” – przekonują.

Piszą również o „zagrożeniu wolności słowa”, zwracając uwagę na „media amerykańskich inwestorów w Polsce, które konfrontowane są z coraz większymi zagrożeniami dla ich biznesu oraz możliwości dostarczania niezależnych, obiektywnych i opartych na faktach wiadomości”.

Sygnatariusze listu proszą prezydenta Donalda Trumpa o podniesienie wszystkich tych problemów podczas rozmów z polską głową państwa.

„Nic takiego nie miało miejsca. Żadne z tych zagadnień nie było na agendzie, Trump ani żaden inny członek delegacji USA o nich nie wspominał w czasie rozmów w Białym Domu. Wizyta była merytorycznym i wizerunkowym sukcesem” – oświadczył Wirtualnej Polsce polityk obecny podczas rozmów 12 czerwca w Waszyngtonie.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jak podaje TVN24 Władysław Pociej, obrońca oskarżonego Sebastiana K. ws. nieumyślnego spowodowania wypadku wicepremier Beaty Szydło w Oświęcimiu złoży zawiadomienie do prokuratury. Zawiadomienie ma dotyczyć nieumyślnego uszkodzenia nagrań z wydarzenia, do którego doszło dwa lata temu.

Uszkodzeniu miały ulec dwie płyty. Pierwsza z nagraniem przejazdu kolumny Beaty Szydło, a druga zawierająca materiał TVN24 z programu „Czarno na białym”.

Adwokat oskarżonego zdążył skomentować już sprawę. „To jest niebywałe, że dowód w tak ważnej sprawie zostaje uszkodzony. Razem w porozumieniu z moim klientem podjąłem decyzję o złożeniu zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszczęcia odpowiedniego postępowania w celu wyjaśnienia sprawy i pociągnięcia osób odpowiedzialnych za ewentualne uszkodzenie nagrań” – odniósł się Władysław Pociej do sprawy w rozmowie z TVN24.

Do wypadku z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku. Z ustaleń śledczych wynika, że Sebastian K. przepuścił samochód BOR-u. Natomiast nie zauważył wozu w której znajdowała się Szydło w wyniku czego doszło do zderzenia. Kierowca Fiata Seicento nie przyznaje się do winy.

Tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach.

Władza rozdaje awanse, a że nie dyskryminuje absolutnie nikogo, bez względu na pochodzenie i gatunek, o „sortach” to już nawet nie wspominając, toteż ostatnio wielce awansowały… bobry. Zwierzątka dotąd słynęły głównie z budowania tam i grobli.

Awans dotyczy podniesienia rangi bobrów do kategorii zwierząt jadalnych, czyli takich, których zaszczytnym przeznaczeniem jest nekrolog w formie restauracyjnego menu. W ostatnich czasach bobry nie uchodziły za stworzenia do zjedzenia, podobnie jak na przykład żubry. Ale to tylko dlatego, że w narodzie, pod wpływem lewactwa i liberalizmu, upadły pradawne tradycje, w tym również te kulinarne. Bo przecież każde dziecko zna piękne polskie przysłowie: „Dobra to jest zupa z bobra”. Czyż więc – w zaistniałych okolicznościach – można się dziwić „dobrej zmianie”, że w trosce o dietę rodaków zapragnęła przypomnieć o starych dobrych czasach, kiedy bobry stanowiły podstawę smacznej i zdrowej kuchni piastowskiej?

Czy wypada też dworować sobie, jak to teraz czyni „totalna opozycja”, z jakże naturalnego pragnienia partii rządzącej, by „rewolucja” stała się wyłączną specjalnością „dobrej zmiany” i – nawet od strony kuchni – przestała się rodakom kojarzyć z Magdą Gessler?

Ale to już za nami i „twarzą” Kuchennych Rewolucji został minister Ardanowski! Bo to on jest autorem śmiałego projektu, by – jak kiedyś kura we Francji – tak teraz pyszny i pożywny bóbr znalazł się w garnku każdego Polaka. Nie tak, jak za PO, która w karcie dań miała tylko mirabelki i szczaw.

Nie dziwota, że na takiej diecie przez kolejne dekady spadał nam przyrost naturalny. Ale teraz to się zmieni i to wcale nie z powodu „pięćsetplusa”, bo ten jak na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei demograficznych. Za to wprowadzenie do diety zupy z bobra będzie mieć jeszcze i ten dodatkowy skutek, że statystyki dzietności nareszcie odbiją się od dna. Według ministra rolnictwa, płetwa bobra to bowiem… afrodyzjak. Coś jak słowiańska wersja rogu nosorożca.

Więc tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach. Całkiem niedawno byliśmy już zresztą potentatem na skalę światową w dziedzinie produkcji kiełbasy z nutrii. A bóbr do nutrii podobny jest z gatunku i urody. I nawet nieco bardziej – by tak rzec – apetyczny.

Poza tym nie takie rzeczy uchodzą na świecie za wyjątkowe przysmaki. Rosjanie zasłynęli z jaj jesiotra, które dla elegancji nazwali „kawiorem”. Francuzi wcisnęli wszystkim w charakterze rarytasów żaby i ślimaki. Wylansowali też jadanie ostryg na surowo. Albo weźmy takie raki. Też stworzenia wodne. Jak bobry prawie. A do tego wyglądają jak duże karaluchy. Ba, karaluchy też bywają jadalne. I jeszcze gąsienice, larwy i świerszcze. W ogóle zapanowała teraz na świecie moda na konsumpcję owadów ze względu na ich powszechną dostępność, niskie koszty pozyskania oraz bogate źródło łatwo przyswajalnego białka. Więc z tą zupą z bobra jako kulinarnym symbolem „dobrej zmiany” to – w sumie – nic szczególnego. Ot, taka piękna polska tradycja.

Niestety, przepis ministra na bobra na szaro nie przyjął się. Może dlatego, że Grzegorze Schetyna – znany zwolennik zachodnich mód – jako przystawkę do szczawiowej i kompotu z mirabelek niedawno zaproponował narodowi szaszłyczki z szarańczy…

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Nie oddamy Polski

Depresja plemnika

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc…

View original post 2 180 słów więcej