Opozycja walnęła PiS w nos, Kaczyńskiemu jucha ciecze

460 posłów i 100 senatorów zainaugurowało dzisiaj swoje czteroletnie prace. Obie izby wybrały marszałków, a parlamentarzyści złożyli ślubowania. Uwagę przykuły przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka seniora Antoniego Macierewicza, a także słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „końcu totalnej opozycji”.

  • Marszałkiem Sejmu została Elżbieta Witek z PiS, a marszałkiem Senatu Tomasz Grodzki z KO
  • Andrzej Duda podczas orędzia w Sejmie przestrzegał, że „ryba psuje się od głowy”. – Głowa jest tutaj – zwracał się do posłów
  • Marszałek senior Antoni Macierewicz podkreślał znaczenie konstytucji i wskazał jej trzy artykuły, które uważa za „podstawę naszego ładu państwowego”
  • Barbara Borys-Damięcka relacjonowała zaproszenie Olgi Tokarczuk na pierwsze posiedzenie Senatu. Noblistka je odrzuciła
  • Wicemarszałków wybrał już Sejm. Wciąż nie zrobił tego jeszcze Senat

Marszałkiem Sejmu została posłanka PiS Elżbieta Witek, która piastowała to stanowisko od sierpnia 2019 r. Jej kandydaturę poparła zdecydowana większość – „za” głosowało 314 posłów. Z kolei marszałkiem Senatu został Tomasz Grodzki z KO, którego poparło 51 senatorów.

Andrzej Duda: ryba psuje się od głowy

Podczas inauguracji prac Sejmu orędzie wygłosił prezydent Andrzej Duda. – Proszę o język parlamentarny w debacie, proszę o taki język, który nie będzie obrażał i nie będzie nikogo urażał, bo to jest bardzo ważne – apelował prezydent.

– Poglądy można mieć i trzeba je mieć, bo jeżeli ktoś nie ma poglądów, to nie powinien tutaj zasiadać. Zasiadacie tu państwo właśnie dlatego, że te poglądy macie, one są bardzo często bardzo wyraziste, są bardzo często bardzo mocne i głębokie, niektórzy używają słowa radykalne, ale ja proszę, żeby język debaty nie był radykalny, żeby język debaty był językiem szacunku – mówił Duda.

– Każdy z państwa ma znajomych a często i rodzinę o różnych poglądach. Powinniśmy robić wszystko, żeby tych sporów, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych, było jak najmniej. Czasem mówią: ryba psuje się od głowy. Głowa jest tutaj – tymi słowami prezydent zakończył swoje orędzie.

Po zakończeniu orędzia Duda podszedł do wszystkich zasiadających w pierwszej ławie liderów ugrupowań politycznych i kolejno ściskał im dłonie. Szef SLD Włodzimierz Czarzasty przypomniał mu, że nie powitał obecnego w Sejmie byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas Duda wrócił na mównicę.

– Szanowni państwo, pan poseł Włodzimierz Czarzasty zwrócił mi uwagę na to, że jest tutaj na sali z nami pan prezydent Aleksander Kwaśniewski – powiedział Duda. – Panie prezydencie dziękuję bardzo za obecność. Ona jest bardzo ważna – zaznaczył obecny prezydent.

Antoni Macierewicz: konstytucja ma trzy podstawowe artykuły

Po prezydencie przemówienie wygłosił marszałek senior Sejmu, poseł PiS Antoni Macierewicz. – Chociaż reprezentując wszystkie nurty polityczne narodu polskiego, jest ten Sejm bardzo zróżnicowany, to absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich – mówił Macierewicz.

– Ukształtowanie naszych instytucji państwowych, życia gospodarczego i społecznego, zgodnie z tymi wartościami, to nasze największe zadanie, jakie stoi przed obecnym Sejmem – dodał. – Odpowiedzialność spada przede wszystkim na większość rządową, bo po raz pierwszy w historii, Polacy w tak zdecydowany sposób dali jednej formacji obowiązek utworzenia jednorodnego rządu – stwierdził marszałek senior.

– Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo, muszą szanować ustawę zasadniczą. Trzy artykuły konstytucji tworzą prawną, społeczną i moralną podstawę naszego ładu państwowego – mówił podczas inauguracji nowej kadencji Sejmu marszałek senior Antoni Macierewicz. Według Macierewicza to artykuł 8., 18. i 38. konstytucji.

Art. 8 mówi o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce. Art. 18 głosi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Z kolei art. 38 gwarantuje zasadę ochrony życia.

Przemówienie Macierewicza przerywały okrzyki „konstytucja” z ław sejmowych opozycji.

Kaczyński: koniec totalnej opozycji

Na stanowisko marszałka Sejmu została zgłoszona tylko jedna kandydatka – Elżbieta Witek z PiS, która sprawowała już tę funkcję od sierpnia 2019 r.

Swoich kandydatów nie zgłosiło żadne z opozycyjnych ugrupowań. Przemawiający przed głosowaniem Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej zapowiedział, że jego klub nie będzie głosował przeciw Witek. Poparcie jej kandydatury „ze względu na poszanowanie konstytucji” ogłosił również szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że „PiS ma prawo wybrać rząd i wybrać marszałka (…) szanując werdykt i wierząc, że jest możliwa lepsza debata i lepsza Polska poprzemy kandydaturę Elżbiety Witek”. Jakub Kulesza z Konfederacji zapowiedział, że jego koło decyzję o poparciu Witek uzależnia od tego, czy otrzyma stanowisko wicemarszałka Sejmu.

Na te deklaracje polityków opozycji zareagował prezes PiS Jarosław Kaczyński, który poprosił marszałka seniora o udzielenie mu głosu. – Z wielką radością wysłuchałem oświadczeń (opozycyjnych – red.) partii i koła. Podsumowałbym to tak: koniec opozycji totalnej. Jeśli tak będzie, to będzie to wielki postęp. Będzie to zmiana, której oczekuje polskie społeczeństwo – powiedział prezes PiS.

– Bardzo proszę, żeby to były nie tylko słowa, ale i czyny – zwrócił się do opozycji Kaczyński.

– Przemówienia zawierały jednak elementy, z którymi nie możemy się zgodzić. Większość ma prawo rządzić i realizować swoją agendę. To jest oczywiste i oczywiste jest także to, że klubem, który ma najwięcej reprezentantów w Senacie, jest PiS i z tego powinny być wyciągnięte pewne wnioski – mówił szef partii rządzącej.

Ostatecznie za kandydaturą Witek na marszałka Sejmu głosowało 314 posłów. Przeciw było 11, a wstrzymało się 134.

Wicemarszałkami Sejmu zostali: Włodzimierz Czarzasty (Lewica), Małgorzata Gosiewska (PiS), Małgorzata Kidawa-Błońska (KO), Ryszard Terlecki (PiS), Piotr Zgorzelski (PSL).

Czołowe kluby parlamentarne wybrały również we wtorek swoich przewodniczących. Szefem klubu PiS został Ryszard Terlecki, a KO – Borys Budka.

Katarzyna Piekarska po rozmowie z prezesem PiS: byłam zaskoczona

Tokarczuk odrzuca zaproszenie, ale przesyła „mnóstwo dobrej energii”

O godz. 16 rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Senatu nowej kadencji. Również w tej izbie zainaugurował je prezydent Andrzej Duda. – Cieszę się, że w Senacie dzisiaj jest reprezentowane tak szerokie spektrum polityczne, prawie tak szerokie, jak w polskim Sejmie – oświadczył Duda. Jak podkreślił „wierzy w to, że to będzie dobra kadencja”.

Prezydent, zapewniając senatorów o swojej otwartości na dyskusję i rozmowy z nimi, życzył im spokojnej i merytorycznej pracy, a także „jak najmniej napięć i jak najwięcej satysfakcji ze służby dla Rzeczpospolitej”. – Chciałbym, żeby pewne obyczaje, które tutaj zawsze w Senacie były, przetrwały i żeby różnego rodzaju gorszące sytuacje się tutaj nie zdarzały – dodał.

Po Dudzie przemawiała marszałek senior Barbara Borys-Damięcka. – Ta dziesiąta kadencja daje szansę i możliwość wszystkim senatorom zrealizowania tych szczytnych celów, bo nie wolno nam zapominać z czyjego wyboru znaleźliśmy się w tych lawach. To nie partie, rząd czy ślepy traf nas wybrał. Wybrali nas obywatele miast, miasteczek, wsi, osiedli, gmin i to są nasi przełożeni, którzy nam zaufali – mówiła Borys-Damięcka.

– Postanowiłam zaprosić na dzisiejsze posiedzenie Olgę Tokarczuk. Zadzwoniłam do niej. Niczego nie obiecała, ale poprosiła o chwilę zastanowienia – relacjonowała Borys-Damięcka w swoim inauguracyjnym przemówieniu.

– Następnego dnia dostałam SMS-a. „Szanowana Pani, nie chcę przeszkadzać, dzwoniąc w niedzielę. Nie będę mogła przyjechać do Warszawy. Piszę mowę noblowską i mam mnóstwo zobowiązań. Przesyłam mnóstwo dobrej energii Senatowi” – opowiadała marszałek senior. Tokarczuk swoją nieobecność uzasadniła również jej zbliżającym się wyjazdem do Francji.

Senatorowie wybrali marszałka

Po przemówieniu Borys-Damięcka zarządziła przerwę na zgłaszanie kandydatur na marszałka Senatu. W jej trakcie troje senatorów niezależnych – Krzysztof Kwiatkowski, Wadim Tyszkiewicz i Lidia Staroń – ogłosiło utworzenie swojego własnego koła.

– W sprawach merytorycznych, dotyczących ustaw decyzje mają być efektem wcześniej przeprowadzonej wewnętrznej dyskusji – zaznaczył Kwiatkowski. Natomiast w sprawach personalnych senatorowie niezależni mają głosować „zgodnie ze swoim sumieniem”. Poinformował też, że pracami koła pokieruje senator Lidia Staroń.

Głosowanie na marszałka Senatu odbywało się na podpisanych imieniem i nazwiskiem kartach. Znajdowało się na nich dwóch kandydatów – zgłoszony przez PiS Stanisław Karczewski i zgłoszony przez KO Tomasz Grodzki. Ostatecznie Grodzki otrzymał 51 głosów, a Karczewski – 48. Jeden z senatorów się wstrzymał.

Grodzki triumfuje, ale nie chce rewanżu

– Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji – powiedział Grodzki w wystąpieniu tuż po głosowaniu. Mówiąc te słowa, uniósł w górę obie ręce, robiąc jednocześnie palcami znak „V”.

– Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu – powiedział.

Zaznaczył, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”, który „tworzą mieszankę unikalną w skali naszej ojczyzny”. – Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej – mówił nowy marszałek Senatu.

Chwilę później Grodzki wspólnie z szefem PO Grzegorzem Schetyną rozmawiał na parlamentarnym korytarzu z dziennikarzami. – Pogłoski o tym, że PiS ma nie dostać stanowiska w prezydium Senatu, są nieprawdzwie – zapewniał nowy marszałek. – Pojęcie rewanżyzmu jest nam obce – zapowiadał.

Od dziś PiS ma Sejm, a opozycja Senat. Za kandydaturą Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu zagłosowało 51 ze stu senatorów. To oznacza, że pakt senacki działa. Grodzkiego poparli wszyscy senatorowie KO, PSL i SLD, a także trzech senatorów niezależnych, czwarta z nich – bliska PiS Lidia Staroń wstrzymała się od głosu. Po tym głosowaniu politycy PiS mogą sobie powiedzieć, że łatwiej już było.

PiS nie udało się przeciągnąć żadnego z opozycyjnych senatorów na swoją stronę, chociaż próby korupcji były wyjątkowo bezczelne. Senator Robert Dowhan, tłumacząc dziennikarzom, dlaczego nie przyjął stanowiska ministra sportu w rządzie PiS, mówił, że musiałby wynieść wszystkie lustra z domu. To była jasna demonstracja stosunku do PiS i komunikat, że nie wszystko jest na sprzedaż.

Być może senatorowie obawiali się pójść na układ z PiS, bo wybory do Senatu odbywają się w okręgach jednomandatowych, a 13 października wybór był jasny – PiS albo antyPiS. Trudno byłoby im wytłumaczyć swoim wyborcom, dlaczego nagle przechodzą na drugą stronę. Z pewnością partii rządzącej nie pomogło to, że głosowanie było jawne, a nie anonimowe. Jednak PiS wpadło we własne sidła, bo to na jego wniosek w minionej kadencji zniesiono tajność głosowań. Powodem był fakt, że senatorowie PiS nie poparli wniosku o uchylenie immunitetu partyjnemu koledze Stanisławowi Kogutowi, co rozwścieczyło Jarosława Kaczyńskiego. A może po prostu siła przyciągania PiS maleje, bo chociaż partia ta wygrała wybory, to wygrana była znacznie poniżej oczekiwań, a Senat PiS właśnie straciło.

Stanowisko marszałka Senatu to pierwszy realny sukces opozycji od czterech lat. Opozycyjna większość w izbie wyższej nie zablokuje parlamentarnej maszynki PiS, ale ją spowolni. Senatorowie mają miesiąc na rozpatrzenie ustawy, nie będzie więc przepychania ustaw po nocy, jak w poprzedniej kadencji. To szansa na przywrócenie demokratycznych standardów oraz powagi chociaż w jednej izbie parlamentu. Tomasz Grodzki już zapowiedział zresztą, że jako marszałek będzie bardzo skrupulatnie przestrzegał regulaminu.

Ale nie tylko dlatego Senat w rękach opozycji będzie oznaczał trudniejsze życie dla PiS. Za kilka miesięcy parlament wybierze nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Wybór Sejmu musi zatwierdzić izba wyższa. Już dziś wiadomo, że PiS będzie musiało dogadać się z opozycją i powołanie na to stanowisko biernego, miernego, ale wiernego kandydata, wygodnego dla partii rządzącej, będzie niemożliwe.

Senat, który do tej pory był uznawany za izbę zadumy i refleksji, stanie się w tej kadencji miejscem uprawia realnej polityki. Senatorowie mają inicjatywę ustawodawczą, z której na pewno teraz będą częściej korzystać. Poza tym Senat odpowiada za kontakty z Polonią, może więc prowadzić własną dyplomację. Marszałek Senatu – obok prezydenta i premiera – może wygłaszać orędzia w TVP, a Tomasz Grodzki już zapowiedział, że zamierza z tego korzystać. To może być kanał komunikacji z wyborcami PiS.

Trzeba też jednak pamiętać, że większość opozycji w Senacie jest krucha, więc bardzo trudno będzie zachować dyscyplinę na wszystkich głosowaniach. Tym bardziej, że za każdym razem trzeba będzie przekonywać senatorów niezależnych do swoich racji.

Z punktu widzenia politycznego, wygrana w Senacie może mieć jednak znaczenie większe, niż dzisiaj się wydaje. Może ona poprawić morale opozycji, a jej wyborcom przywrócić wiarę w zwycięstwo. Opozycja bardzo dziś tego potrzebuje, bo rewolucję PiS mogą zatrzymać w najbliższym czasie tylko wygrane wybory prezydenckie.

Tomasz Grodzki dla Newsweeka: „Mam nadzieję, że staniemy się przyczółkiem normalności, przyzwoitości”

Skończyły się czasy, gdy Jarosław Kaczyński czuł się w Sejmie komfortowo, bo dysponował stabilną większością. W tej kadencji większość PiS zależy od humorów Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. A narodowcy i lewica zadbają o to, żeby komfort prezesa się skończył 

  • Wcale nie jest tak, że w tym Sejmie PiS może rządzić samodzielnie. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości
  • Przez lata Kaczyński próbował rozbijać narodową prawicę, by nie stanowiła konkurencji dla PiS. Tym razem się nie udało — do Sejmu weszła Konfederacja, która będzie atakować PiS prawicowymi i prorosyjskimi hasłami
  • Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie wracająca do Sejmu lewica
  • Jeśli opozycja utrzyma kontrolę nad Senatem, będzie mogła sypać piach w tryby PiS

W kampanii wyborczej obóz władzy złożył szczodre obietnice i wprowadził nowe programy socjalne. 500 plus na pierwsze dziecko, 13. i 14. emerytura to żywa, liczona w miliardach gotówka od państwa. Do tego obietnice wyższych dopłat dla rolników (to z budżetu UE) oraz drastycznego podniesienia płacy minimalnej (to na rachunek przedsiębiorców). Dlatego też nadzieje były ogromne. Liderzy PiS liczyli na ok. 270 mandatów, może nawet o kilka więcej, by móc odrzucać prezydenckie weto (do tego potrzebnych jest 276 posłów).

Nie udało się. Co prawda nikt nigdy w wyborach do Sejmu nie dostał ponad 43 proc. poparcia. Co prawda wynik PiS-u to wzrost o sześć punktów procentowych w porównaniu z rezultatem sprzed czterech lat. Co prawda partii Kaczyńskiego przybyło w ciągu kadencji niemal 2,5 mln wyborców.

Tyle, że mobilizacja elektoratu antypisowskiego doprowadziła do zniwelowania tego sukcesu. Dlatego obóz władzy uzyskał ledwie 235 miejsc w Sejmie. W dodatku układ sił w parlamencie wskazuje na to, że czasy pisowskiej sielanki — gdy Kaczyński robił na Wiejskiej, co chciał — właśnie się skończyły.

Po pierwsze, Ziobro i Gowin brykają

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że PiS może rządzić samodzielnie. Głosy wyborców PiS zasadniczo zmieniły układ sił w obozie władzy. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości. W 235-osobowym klubie ich ugrupowania mają po 18 posłów. Oznacza to nie tylko to, że PiS nie jest w stanie rządzić bez tych dwóch partii łącznie. Nie może rządzić bez żadnej z nich.

Co to znaczy, Kaczyński przekonał się już po wyborach. Gowin bryka umiarkowanie, bo jest w sojuszu z Mateuszem Morawieckim i nie chce mu szkodzić. Ale niesiony dobrym wynikiem przypomniał sobie, że jest liberałem i zablokował planowane podwyżki składek ZUS dla lepiej zarabiających. Za to Ziobro postawił na radykalizm — rozpoczął grę obliczoną na usunięcie premiera. Skończyło się zgniłym kompromisem: rząd pozostał praktycznie niezmieniony, jedynie współpracownicy Gowina i Ziobry dostali nieco więcej władzy.

Ale tworzenie gabinetu pokazało, że główni gracze obozu władzy — Morawiecki i Ziobro — zieją do siebie czystą nienawiścią. Skoro Ziobro jest w tej kadencji mocniejszy, a i premier w nowym rozdaniu rządowym się wzmocnił, kolejne starcia są kwestią czasu. A to nie najlepiej wróży stabilności obozu władzy.

Po drugie, narodowcy szarżują

Grzegorz Braun kocha Rosję, a każde swe wystąpienie zaczyna od pozdrowienia „Szczęść Boże!”.

Braun właśnie został posłem Konfederacji, sojuszu małych partii nacjonalistycznych i ultraprawicowych. Z Sejmowej mównicy, witając się bożym przywołaniem, będzie w tej kadencji szczególnie namiętnie atakował PiS. Nie on jeden — taki będzie polityczny priorytet większości posłów Konfederacji. Za sprzedawanie Polski Amerykanom i Unii, za blokowanie zakazu aborcji, za uleganie lobby żydowskiemu.

Kaczyński przez lata dbał o to, aby nacjonalistyczna prawica nie weszła do Sejmu. Był gotowy nawet przejmować część jej ludzi (jak były szef Młodzieży Wszechpolskiej Adam Andruszkiewicz) oraz haseł (choćby w sprawie zwrotu mienia żydowskiego). Tym razem nic to nie dało. Konfederacja weszła do Sejmu i dostanie niemal 7 mln zł rocznie dofinansowania z budżetu. Dla 11 posłów, przyzwyczajonych przez lata do robienia polityki bez pieniędzy, to zasadnicza zmiana. Pieniądze scementują Konfederację, przez co Kaczyńskiemu trudno będzie wyciągać z niej posłów — tak jak to robił w minionej kadencji z ubogimi narodowcami z klubu Kukiz’15. Dlatego prezes jest wściekły — na Nowogrodzkiej trwa poszukiwanie winnych, których można byłoby obciążyć za lekceważenie rosnących notowań Konfederacji przed wyborami. W sztabie PiS panowało przekonanie, że narodowcy do Sejmu nie wejdą, dlatego zrezygnowano z wyścigu na nacjonalistyczne hasła.

Po trzecie, wraca lewica

Poprzedni Sejm był kulawy. Tak jak w Sejmach z połowy lat 90. nie było prawicy, tak w Sejmie w latach 2015-2019 wyraźnie brakowało lewicy. To znaczy, Kaczyńskiemu jej nie brakowało, stąd jego komfortowa sytuacja w Sejmie, gdzie nie stawały postulaty liberalizacji aborcji, związków jednopłciowych czy też przykręcenia śruby Kościołowi (jeśli się pojawiały, to jako projekty obywatelskie — tak było choćby z aborcją). W tym Sejmie będzie inaczej. Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie Lewica.

Faktem jest, że lewica to bardzo różnorodne ugrupowanie. Są tam zwolennicy adopcji dzieci przez pary homoseksualne, są entuzjaści jeszcze większej pomocy społecznej, są wreszcie miłośnicy PRL. Pełna lewicowa paleta, której każdy odcień będzie dla PiS w Sejmie kłopotliwy — dlatego ten powrót do Sejmu to porażka obozu władzy.

Po czwarte, przeżyło PSL

Przez ostatnie cztery lat cała polityczna i propagandowa machina PiS zaprogramowana była na zniszczenie PSL, po to, by przejąć cały elektorat rolniczy i wiejski. Kaczyński był przekonany, że tylko wówczas zyska gwarancje trwałych rządów na lata. Efekt jest taki, że ludowcy wyszli z tej wojny silniejsi — w 2015 r. mieli 16 posłów i ledwo udało im się obronić własny klub parlamentarny, gdy PiS podkupił im ludzi. Teraz mają 30 posłów, dwa razy więcej od minimum wymaganego do utworzenia klubu.

Młody lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz pokazał, że potrafi podejmować trudne decyzje — jak rozbicie koalicji z PO po klęsce w wyborach europejskich. Przed wyborami sejmowymi zawarł taktyczny sojusz z Pawłem Kukizem, wziął na pokład niechcianych w PO konserwatystów i prowadził aktywną kampanię, uczestnicząc we wszystkich głównych debatach przedwyborczych. W efekcie nie tylko PSL się obroniło, ale po raz pierwszy w historii zdobyło mandaty w dużych miastach. Dziś ludowcy są silniejsi, także finansowo — dostaną rocznie niemal 8,5 mln zł. Marzenia Kaczyńskiego o wieczystej eliminacji PSL się nie ziściły.

Po piąte, utrata Senatu

Opozycja dokonała niemożliwego — obóz przeciwników PiS ma w Senacie arytmetyczną przewagę. I to mimo że zwycięzca sejmowy zawsze w Senacie miał jeszcze lepszy wynik z racji obowiązywania ordynacji jednomandatowej, faworyzującej duże ugrupowania.

Co prawda PiS wygrało, zdobywając 48 na 100 mandatów, ale partie opozycyjne mają tyle samo (Platforma 43, PSL trzy, zaś Lewica — dwa). Większość dają opozycji trzej senatorowie niezależni, którzy są kojarzeni z Platformą. Dlatego też głosami całej opozycji we wtorek marszałkiem Senatu został przedstawiciel PO Tomasz Grodzki.

Oczywiście, Senat nie ma możliwości blokowania ustaw sejmowych. Ale może je przez miesiąc poprawiać, co znacznie wydłuża prace. W ten sposób niemożliwe będą sytuacje, gdy PiS w ciągu jednego lub kilku dni przeprowadzało kontrowersyjne ustawy przez parlament.

Senat da także opozycji prawo zatwierdzenia nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, bo znany z krytyki PiS Adam Bodnar za rok kończy kadencję. Do tego Senat wyznacza swoich nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. No i zatwierdza wybór szefa NIK, co jest kłopotliwe dla PiS w razie, gdyby trzeba było wybrać następcę bohatera afery sutenerskiej Mariana Banasia. Ale najważniejsze jest to, że bez zgody Senatu nie da się zmienić Konstytucji.

Z przywiązywaniem wagi do opozycyjnego Senatu należy jednak poczekać. Przed pierwszym posiedzeniem politycy PiS próbowali przekupić stanowiskami kilku senatorów opozycji. Nie udało się to. Na razie się nie udało — bo PiS nie zrezygnuje z kuszenia. Dlatego też w czasie trwania kadencji może dojść do transferów i odzyskania przez PiS kontroli nad Senatem. Ten jeden element w całej układance niekorzystnych dla siebie elementów w nowym parlamencie Jarosław Kaczyński może jeszcze zmienić.

Mentalne komuchy PiS obchodzą święto niepodległości. Skradziona Polska musi wrócić do nas

Morze narodowych flag i masa tzw. normalnych rodzin. Ale nad Marszem wisi nienawistna retoryka. Osławiony homofob z USA Paul Cameron chwali Polaków za zatrzymanie islamu i LGBT, a tłum dowcipnie skanduje „Islamistów nie wpuścimy, polskie kozy obronimy”. I dla jasności: „Tu jest Polska, a nie Polin”. Bąkiewicz: „Żydzi grabią Ojczyznę, elity nawet nie mrukną”

Dużo więcej. Relacja >>>>

Więcej >>>

Świeckość nie niszczy społeczeństwa ani porządku moralnego – pisze prof. Zuckerman, polemizując z wystąpieniem W. Barra, prokuratora generalnego USA. Teza o szkodliwości świeckości, częsta w myśleniu religijnym, upada w konfrontacji z faktami. #ateizm salon.com/2019/11/09/the

Jednym z haseł przedwojennych narodowców było „umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić – mówił przed trzema laty zmarły w tym roku Ryszard Marek Groński, historyk, pisarz, poeta, satyryk, współpracownik legendarnych kabaretów, takich jak Szpak, Wagabunda, Dudek czy Pod Egidą. Przypominamy tamtą rozmowę z nim.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: Życie polityczne przerosło kabaret?

RYSZARD MAREK GROŃSKI: Gdy słyszę to pytanie, natychmiast przypomina mi się inne, zadane przez zapomnianego historyka. Co nam zostało z dwudziestolecia międzywojennego? Nazwisko Piłsudski i światopogląd endecki.

11 listopada słyszałem i jedno, i drugie.
Tak, ale pamiętajmy, że w latach dwudziestolecia, gdy ruchy narodowe były silne, wiedziano, że najlepszą odtrutką na to wszystko jest satyra, dowcip i żart. Wtedy ukazywało się sporo tekstów wyśmiewających ideały narodowe. Dziś nad śmiechem przeważa jednak lęk.

CO NAM ZOSTAŁO Z DWUDZIESTOLECIA MIĘDZYWOJENNEGO? NAZWISKO PIŁSUDSKI I ŚWIATOPOGLĄD ENDECKI.

Jak wyśmiewano narodowców?
Na przykład Tadeusz Hollender, znany wówczas satyryk, później bohater konspiracji w czasie okupacji, napisał piosenkę „Narodowcy”:

Ulicami idą chłopcy
i śpiewają bycze pieśni,
żeby Polskę wszyscy obcy
opuścili jak najwcześniej.
Idą, idą szeregami
i tak piszą na parkanach:
Precz z komuną! Precz z Żydami!
– cała Polska zapisana.
Wali marszu tupot, stukot,
aż tu serce chce wyskoczyć.
Temu szybkę bombką stłuką
tego pięścią między oczy.
Oni polscy bohaterzy,
Politycy, świetni mówcy,
Kwiat młodzieży w ONRze
Piękni chłopcy, dziarscy chłopcy,
Dzielni chłopcy faszystowscy!

To z żydowską walczą hydrą,
Narodowych chłopców szyki.
Jak Żyd zbroi to mu wydrą
podłe ślepia scyzorykiem!
Każdy z nich ojczyzny broni,
toteż patrzeć na nich miło.
Pewnie gdyby dziś nie oni,
już by Polski tej nie było.
Przed komuny wrażą tonią,
Oni dzierżą straż nad Wisłą,
Oni jedno dzisiaj bronią
I rolnictwa i przemysłu!

Oni polscy bohaterzy…

Oni kupców katolików
podtrzymują dzielnie sami.
Oni nawet robotników
bronią przed robotnikami!
Dzięki nim dziś Polska idzie
pełnić misję swą na zachód.
Im bogaci nawet Żydzi
pomagają dziś ze strachu.
Z pomocą boską i niemiecką
oni górą będą wszędzie!
Jak dorośniesz moje dziecko
Narodowcem takim będziesz!

Oni polscy bohaterzy…

Narodowcy! Narodowcy!
Piękni chłopcy! Faszystowscy!

Tak to właśnie wyglądało. Inny znowu satyryk, bardzo lewicowy, Leon Pasternak, pisał o młodych faszystach, którzy mieli “rynsztunek aż po zęby”: “Gdy walić masz, to wal, lecz prosto między oczy, niech kości miażdży stal, aż wróg twój krwią się zbroczy, na resztę, brachu, pluj, na bój, na bój, na bój”…

Czy ta satyra, dziś jednak bardzo zapomniana, była skuteczna?
Myślę, że była skuteczna, ponieważ nie należało do specjalnych honorów i zaszczytów należeć do ugrupowań faszystowskich. Pamiętajmy, że marsze faszystów były wówczas dosyć tłumne, ale marsze przeciwko nim były znacznie bardziej okazałe.

FASZYŚCI WALCZYLI O GETTA ŁAWKOWE, A RÓWNOCZEŚNIE WIELU POLSKICH STUDENTÓW I PROFESORÓW SOLIDARYZOWAŁO SIĘ Z PRZEŚLADOWANYMI ŻYDAMI. NA PRZYKŁAD PROFESOR TADEUSZ KOTARBIŃSKI SIADAŁ Z TYMI, KTÓRYCH GETTO ŁAWKOWE OBEJMOWAŁO.

Ludzie wierzyli w siłę postawy obywatelskiej?
Z pewnością bardzo wielu ludzi było aktywnych pod tym względem. Spójrzmy na to, co działo się na uniwersytetach. Faszyści walczyli o getta ławkowe, a równocześnie wielu polskich studentów i profesorów solidaryzowało się z prześladowanymi Żydami. Na przykład profesor Tadeusz Kotarbiński siadał z tymi, których getto ławkowe obejmowało. Były to ładne przykłady na to, jak naprawdę ludzie myślą i o co im naprawdę chodzi. To było bardzo ważne.

Ale jednak narodowcy byli głośni, mieli swoje media.
Tak, mieli dużo gazet, które zresztą bardzo przypominały te współczesne. Panoszyły się w nich różne straszliwe sformułowania. Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że oni sympatyzowali z Hitlerem i Mussolinim. Nawet powiadano, że ambasada włoska finansowo wspierała ruchy narodowe. Wtedy wyglądało to ostrzej niż dzisiaj. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że na przykład atak na pierwszomajowy pochód Bundu doprowadził do ofiar śmiertelnych, a we Lwowie na uniwersytecie zamordowano trzech studentów. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić.

PEWNE HASŁA SĄ WSPÓLNE. PODOBNIE JAK POCZUCIE RÓŻNIC SPOŁECZNYCH. DEMONY NARODOWE SĄ BUDZONE PRZEZ ŚWIADOMOŚĆ MŁODEGO POKOLENIA, ŻE NIE BĘDZIE MU ŁATWO. ŻE LEPSZE POSADY SĄ ROZDZIELONE, NIE JEST LEKKO ZROBIĆ KARIERĘ, PRZEBIĆ SIĘ, ZNALEŹĆ PRACĘ. TO JEST ZACHĘTA TO RADYKALIZACJI I ODRODZENIA RUCHÓW NARODOWYCH.

Ku gorszemu?
Nie można tego wykluczyć. Pamiętajmy, że przed wojną obok ONR-u istniała Falanga, czyli jeszcze bardziej radykalne ugrupowanie Bolesława Piaseckiego. Falangiści doprowadzali do starć, pogromów, mordowania, bicia na ulicy ludzi, którym nie odpowiadały ich poglądy. Nie można zapominać, że mieli poważne wsparcie Kościoła. Przemilczane jest dziś słynne ślubowanie młodzieży narodowej w 1936 roku w Częstochowie. Na szczęście tak się złożyło, że jeden z najwybitniejszych polskich dziennikarzy tamtych, ale i późniejszych czasów, Ksawery Pruszyński, zainteresował się tym. Pojechał do Częstochowy i opisał, jak to wyglądało. W swoim tekście pisał tak:

(…) Mieczyki Chrobrego błyszczą w klapach.

– Niech żyje Obóz Narodowy!
– Niech żyje. Niech żyje.

To jeszcze nie jest entuzjazm tłumów. Jest zresztą piąta rano. To ci z tej młodzieży którzy jedni przybyli tu zorganizowani i karni. Odpowiadają im tylko inni zorganizowani. Oddział kroczących przecina niegęsty tłum krótkim mieczem swego przejścia. Nieco rąk podnosi się po faszystowsku. Kilkanaście kroków dalej znowu to samo. Za tymi co przeszli idzie nowa kolumna mieczyków.

– Niech żyje Obóz Narodowy!

Znowu to samo. I znowu tak samo i to samo:
– Niech żyje. Niech żyje.

Trzy, cztery, pięć razy to samo. Aż naraz z jakiegoś boku wydziera się niezareżyserowany jeszcze, krzykliwy, suchotniczy głos:
– Niech żyje Polska narodowa, precz z Żydami!

Ale teraz masy są już rozgrzane, rozhuśtane. Wznosi się z wielu, ze wszystkich stron, spływające w jedno:
– Preeeecz!!!…

Teraz 11 listopada mieliśmy bardzo podobne hasła, jak choćby “Raz sierpem, raz młotem żydowską hołotę” czy słynne już “A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Ale były i takie, które dotyczyły uchodźców: “Płaczą Niemcy, płacze Francja, oto czym jest tolerancja”. To jest zachęta do tego, by Polska była krajem z zamkniętymi, okratowanymi drzwiami, do którego nikogo się nie wpuszcza, by nikt nie mógł się zasymilować i być owym mitycznym prawdziwym Polakiem.

Ta prawicowa, narodowa, populistyczna radykalizacja wraca cyklicznie. Dziś jednak dotyczy nie tylko Polski. Przyczyny wszędzie są te same?
Pewne hasła są wspólne. Podobnie jak poczucie różnic społecznych. Demony narodowe są budzone przez świadomość młodego pokolenia, że nie będzie mu łatwo. Że lepsze posady są rozdzielone, nie jest lekko zrobić karierę, przebić się, znaleźć pracę. To jest zachęta to radykalizacji i odrodzenia ruchów narodowych. One deklarują, że będzie wspaniale, pozbędziemy się Żydów i komunistów, wtedy będziemy rządzić. A ponieważ świadomość historyczna jest w społeczeństwie dosyć marna, można łapać do takich pułapek młodych ludzi, którzy chcą żyć, zarabiać, mieć mieszkania. Stąd się bierze zwrot w kierunku prawicy, bardzo wyraźny, zaznaczający się już nie tylko w Polsce, ale też w Europie i Stanach Zjednoczonych.

INTELIGENCI NIE SĄ PAŁKARZAMI. INTELIGENT NIE POSŁUGUJE SIĘ ŻYLETKĄ I PAŁKĄ, A TA OSTATNIA BYŁA ULUBIONĄ BRONIĄ PRZEDWOJENNYCH NARODOWCÓW. A DZIŚ JAKO SYMBOL WRACA MIECZYK CHROBREGO, TA RĘKA Z PODNIESIONYM MIECZEM. ON JEST PRZECIW KOMUŚ.

A co z rolą inteligencji? Przecież satyra – a od tego zaczęliśmy – to jej domena. To artyści, ludzie kultury, te znienawidzone elity są od tego, by symbolizować i nazywać sprawy po imieniu. Niedawno w wiadomo.co nasz publicysta Marcin Wojciechowski pisał o lenistwie, pięknoduchostwie, wydelikaceniu inteligencji.
Bo inteligenci nie są pałkarzami. Inteligent nie posługuje się żyletką i pałką, a ta ostatnia była ulubioną bronią przedwojennych narodowców. A dziś jako symbol wraca mieczyk Chrobrego, ta ręka z podniesionym mieczem. On jest przeciw komuś. Inteligencja czuje się w jakimś sensie zagrożona. Dziś trudno być inteligentem o lewicowych czy liberalnych przekonaniach, gdy ma się kontakt z ludźmi, którzy nawrócili się na prawicowość i uważają, że to będzie szczęście i zbawienie dla Polski. A wiadomo, jak te “dobre zmiany” wyglądają.

Ta świadomość i historia nie uczą hardości?
W jakimś stopniu pewnie tak, ale pamiętajmy, że inteligenci zawsze byli ofiarami prawicowych aktów przemocy. Przed wojną stosunkowo często zdarzały się napaści na inteligentów, którzy się przeciwstawiali ruchom narodowym. Nie pamięta się na przykład tego, że znany satyryk Jerzy Paczkowski został pobity na ulicy…

Autor Między innymi “Refleksji patrioty”:

Są dwa poważne powody,
Dla których Polska mi zbrzydła:
Za dużo święconej wody,
Za mało zwykłego mydła.

Tak. I właśnie wtedy, po tym pobiciu, przy protekcji swojego przyjaciela Jana Lechonia, zdecydował się na wyjazd do Francji. Pamiętajmy o głośnym napadzie na Antoniego Słonimskiego za słynny wiersz “Dwie ojczyzny”, gdzie pisał, że ci narodowcy nie bardzo mają pojęcie o prawdziwej ojczyźnie. Przyszedł do kawiarni i został zaatakowany przez faceta, który później okazał się kolaborantem hitlerowskim. Takich wypadków było znacznie więcej, zwłaszcza na terenie uniwersytetów. Inteligenci byli zawsze w stanie zagrożenia. Nie potrafili sięgnąć po tak drastyczne środki i sposoby walki, jak inni. Dlatego być inteligentem nigdy nie było wesoło.

SĄ LUDZIE, KTÓRZY UWAŻAJĄ, ŻE TWÓRCZOŚĆ LITERACKA CZY SATYRYCZNA MOŻE BYĆ FORMĄ PRZYLIZANIA SIĘ WŁADZY. ZAMIAST DZIAŁALNOŚCI KRYTYCZNEJ PREFERUJĄ LIZUSOSTWO, SĄDZĄC, ŻE ZOSTANIE TO HOJNIE WYNAGRODZONE.

A jak pan ocenia przeobrażenia osób, które przy władzy Prawa i Sprawiedliwości kwitną, choć bywało, że wcześniej krytykowali pomysły tej partii? Działacze partyjni, dziennikarze, satyrycy. Zwykły oportunizm?
Są ludzie, którzy uważają, że twórczość literacka czy satyryczna może być formą przylizania się władzy. Zamiast działalności krytycznej preferują lizusostwo, sądząc, że zostanie to hojnie wynagrodzone. Poglądy takich ludzi, jeśli obserwować je na przestrzeni lat, były różne. Kiedyś zachwycali się Wałęsą, a dziś wygrażają mu od Bolków. Pisali peany na jego cześć, a dziś wypisują najgorsze rzeczy, jakie są w ogóle możliwe. Kiedyś bohater, a dziś wróg, skazany na zagładę. Cóż, jak się nie wie, dokąd iść, to każda droga tam prowadzi. Wiele jest takich przykładów.

Jan Pietrzak? Pan był w pewnym okresie jednym z filarów jego Kabaretu pod Egidą, pisał pan skecze, występował na scenie…
Tak, występowałem tam, ale nie chcę na temat Pietrzaka mówić. Pewnych rzeczy nie rozumiem. Nie jestem w stanie ogarnąć tej ewolucji i przemiany. Za dużo na ten temat wiem, za dużo widziałem, zbyt wielu rzeczy byłem świadkiem. Ciężko mi jest zrozumieć, że po tym wszystkim można się tak całkowicie zmienić. Świadczy to o niebywałej elastyczności kręgosłupa.

JEŚLI SIĘ ŚLEDZI PRZEMIANY LUDZKIE, TO WIDZI SIĘ, ŻE TAK BYŁO ZAWSZE. TO JEST SWOISTY PĘD DO TEGO, BY BYĆ NA ŚWIECZNIKU, ALE PONIEWAŻ CIĄGLE TEN ŚWIECZNIK ZAPALA KTOŚ INNY, TRZEBA SIĘ DO TEGO DOSTOSOWYWAĆ.

A może to jest normalne w perspektywie historycznej? Może koniunkturalizm to norma, która dotyczy każdych czasów?
Och, tak! Przed wojną tak było, ale po wojnie tym bardziej. Przecież znalazło się wielu ludzi, którzy nagle zaczęli sympatyzować z komunizmem. To się zaczęło w Lublinie już w czasie wojny, gdzie wielu ludzi przyłączyło się do tego ruchu, zajęło jakieś stanowiska w redakcjach, zaczęło zwalczać tych, których dotychczas popierali. Dobrym przykładem jest Stanisław Mikołajczyk. Jeśli się śledzi przemiany ludzkie, to widzi się, że tak było zawsze. To jest swoisty pęd do tego, by być na świeczniku, ale ponieważ ciągle ten świecznik zapala ktoś inny, trzeba się do tego dostosowywać. Jako mechanizm to mnie nie zaskakuje, ale w przypadku pewnych ludzi, których dobrze znałem, to oczywiście dziwi. Jednak zapewne oni są tak samo zdziwieni, że inni nie przyłączają się do nich.

Może to ułatwia życie?
Cóż, jeśli ktoś ma tak zdecydowane poewolucyjne poglądy, to zapewne łatwiej jest pisać. Wiadomo wówczas, w kogo uderzyć, kogo pochwalić, kogo pogłaskać i kogo uważać za ideał. I nie widzieć własnej śmieszności.

Dziś mamy prorządowych dziennikarzy, byłych pracowników Trybunału Konstytucyjnego, nagle nawróconych urzędników. A czy satyra może być prorządowa?
Oczywiście, choć prorządowość prorządowości nierówna. Nie zawsze oznacza koniunkturalizm. Przed wojną przecież w znacznym procencie satyra była związana z władzą, bo kierowała się przeciwko endekom, Piaseckiemu, narodowcom. Dla satyryków zresztą było to dość wygodne, ponieważ mieli kontakty rządowe, dzięki czemu załatwiali sobie apanaże. Ale jeśli uważali, że jest już bardzo źle, starali się emigrować. Woleli nie ryzykować. Dziś wielu woli jednak zmienić poglądy tak, by było przyjemnie, miło i wygodnie.

NAGLE OKAZAŁO SIĘ, ŻE TAKI KTOŚ JAK KACZYŃSKI STAJE SIĘ WIELKIM BOHATEREM RUCHÓW KONSPIRACYJNYCH, CHOCIAŻ WIEMY, ŻE TO JEST NIEPRAWDA, BO BYŁ POSTACIĄ Z DALSZEGO PLANU I NAWET NIE BYŁ INTERNOWANY.

Gdyby narodowcy doszli do władzy, też znaleźliby się tacy nawróceni?
A czemu nie? Przecież oni chcą dojść do głosu. I robią to hucznie. Lubią manifestacje i zgromadzenia, dzięki czemu zyskują nowych zwolenników, którzy choćby z zaciekawienia biorą w tym udział. Warto wspomnieć słynne spotkanie sympatyków ruchów narodowych Piaseckiego w Cyrku Braci Staniewskich w latach 30. Wielka manifestacja poparcia dla faszyzmu w Polsce. Wprawdzie, jak twierdzą fachowcy, nie udało się zapełnić całej przestrzeni tego cyrku, ale i tak wielu zaciekawionych ludzi przyszło. Dziś też przychodzą na manifestacje, przyjeżdżają z innych miast i nie wiedzą, że to będzie procentowało.

Czy dla pana jest zagadką Jarosław Kaczyński? To on dziś rządzi niepodzielnie, choć przecież pojawiają się doniesienia o przychylności PiS wobec ruchów narodowych.
Zagadką nie jest, choć dziwi mnie, że udało mu się dorobić do swojej biografii tak silną legendę. Człowiek, który nie był w pierwszym szeregu, nie był najważniejszą postacią, nagle wykazał zdolności przywódcze, zgromadził wokół siebie sztab ludzi, którzy w niego wierzą, i przejął z nimi władzę. Nagle okazało się, że taki ktoś staje się wielkim bohaterem ruchów konspiracyjnych, chociaż wiemy, że to jest nieprawda, bo był postacią z dalszego planu i nawet nie był internowany. A gorliwość, z jaką Kaczyńscy służyli Wałęsie, przywołuje anonimowy dwuwiersz z lat 90.: “Nie matura, lecz bliźnięta zrobią z ciebie prezydenta”. Później się od prezydenta odwrócili, uznając, że sami znakomicie nadają się do sprawowania władzy.

SILNA POZYCJA ANTONIEGO MACIEREWICZA, KTÓRY JEST SWOISTYM WYCHOWAWCĄ MŁODZIEŻY PATRIOTYCZNEJ, POKAZUJE, DO CZEGO TO ZMIERZA. CHYBA ŻE OPOZYCJA W PORĘ ZROZUMIE, ŻE NAPRAWDĘ JEST DZIŚ O CO WALCZYĆ. MOŻE NAWET BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ.

Marzenie Jarosława Kaczyńskiego o władzy niepodzielnej, z którego zwierzał się kiedyś Teresie Torańskiej, spełnił się.
Tak. A silna pozycja Antoniego Macierewicza, który jest swoistym wychowawcą młodzieży patriotycznej, pokazuje, do czego to zmierza. Jednym z haseł przedwojennych narodowców było “umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Udało się przekonać, że to jest niebywale ważne i potrzebne, bo wróg czai się wszędzie, a zewsząd czyha zagrożenie. I znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki.

Czyli: wszystko już było, historia nie jest nauczycielką życia, a wylany przez Tuwima czy Słonimskiego atrament okazał się atramentem sympatycznym…
Wszystko zaczyna się od nowa. Ludzie traktują to niczym wielką, wspaniałą przygodę. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Znowu agresja i uderzanie pięścią nie tyle w stół, ile w twarz wroga. Tak to będzie wyglądało. Chyba że opozycja w porę zrozumie, że naprawdę jest dziś o co walczyć. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Więcej >>>

W niedzielę w Warszawie rozpoczęły się obchody Narodowego Święta Niepodległości połączone z obchodami „miesięcznicy smoleńskiej”.

Wieczorem o godzinie 19.00 w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela została odprawiona msza święta, w której udział wziął prezes PiS Jarosław Kaczyński. Po mszy świętej przeszedł Marsz Pamięci.

Uczestnicy marszu złożyli kwiaty pod pomnikami marszałka Józefa Piłsudskiego, Lecha Kaczyńskiego, Ofiar Katastrofy Smoleńskiej oraz na Grobie Nieznanego Żołnierza.

W czasie swojego wystąpienia na Placu Piłsudskiego prezes PiS powiedział – „Musimy iść drogą, która prowadzi ku Polsce silniejszej i szczęśliwszej”. „To droga, której się przeciwstawiają w Polsce i na zewnątrz. To musi być droga przeprowadzona w sposób roztropny, rozumny, ale jednocześnie z pełną gotowością do czynu” – stwierdził Kaczyński.

W dalszej części rozwinął swoją myśl na temat „Polski silniejszej i szczęśliwszej” kładąc szczególny nacisk na sferę kultury i obyczaju. – „Będziemy realizować polską politykę niepodległościową, będziemy bronić polskiej suwerenności zarówno w sferze politycznej, gospodarczej, jak i w sferze dziś tak ważnej – w sferze kultury i obyczaju” – uważa szef partii rządzącej

„Pierwszy rok drugiego stulecia po odzyskaniu niepodległości” przyniósł „dobre wieści” bowiem, dzięki wyborczemu zwycięstwu PiS – „mogą być kontynuowane przedsięwzięcia dla społeczeństwa oraz wartości, które były drogie wielu pokoleniom Polaków”. Były to jednak jedne z niewielu słów odnoszących się do współczesności, bowiem w dalszej części swojego wystąpienia główny strategii i ideolog „dobrej zmiany” odleciał w swoje ulubione obszary rodem raczej z XIX niż XXI wieku.

„Będziemy dążyć do tego, by Polska wypełniała swoją historyczną misję, bo nasz naród taką misję ma i musi ją wypełnić. Tą misją jest podtrzymanie wszystkiego tego, co jest fundamentem naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Powtarzam, będziemy szli tą drogą, i ta droga, jeśli będzie dobrze przemyślana i przeprowadzona w sposób rozumny i z odwagą, doprowadzi nas do zwycięstwa”. Słowa te trafnie skomentował na twitterze jeden z użytkowników pisząc „czy w tej niby cywilizacji mieści się łapówkarstwo, oszukiwanie i niepłacenie za prace kuzynom oraz ponizanie wyborców….” 

Skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Dzięki uprzejmości opozycji afera Banasia nie wywołała politycznego trzęsienia ziemi. Tak jak i poprzednie przejawy pazernej hucpy funkcjonariuszy partii władzy, skwitowano ją zwołaną naprędce konferencją prasową i serią taktownych wypowiedzi, w których zmartwieni politycy koalicji wyrazili swoje niezadowolenie i niesmak. Trudno się dziwić, że słupki popularności prawie nie reagują na liczne przekręty rządzących. A skoro rządzącym nie ubywa, to Kaczyński uznał, że już właściwie nic nie jest w stanie zaszkodzić partii sprawującej kierowniczą rolę w państwie. No i poszedł na całość. Wyciągnął ze schowków i otrzepał z naftaliny niepopularnych towarzyszy partyjnych i ściągnął uwierającą go maskę życzliwego, miłego staruszka o gołębim sercu, z ulgą przywracając naturalny marsowy wyraz twarzy zachwyconego sobą demiurga o świdrujących oczach, rozbieganych w poszukiwaniu nowych wrogów i kolejnych straszliwych zagrożeń.

Kaczyński poszedł na całość, a w ślad za nim ruszyli funkcjonariusze TVPiS oraz pracownicy wydziału propagandy i agitacji KC Partii. Idą na skróty, na rympał, po linii najmniejszego oporu.  Ich prymitywne, grubo ciosane twory propagandowe, budzą tyleż zgrozy, co wesołości. „Przekazy dnia”, nie są już zestawami informacji i argumentów, którymi posługiwać się powinni upoważnieni funkcjonariusze PiS podczas rozmów z mediami. Dzisiaj są to gotowe komentarze do wykucia na pamięć, obrazki wyekstrahowane ze świata równoległego, podane w zdobionych ramkach, gotowe do powieszenia w każdym polskim domu. Takie jak na przykład nowe życiorysy ludzi o bardzo poszkalowanej opinii, przekazywane ciemnemu ludowi do wierzenia. Tylko naiwni mogą przypuszczać, że autorami tych życiorysów są ich właściciele.

Okazuje się, że niejaki Stanisław Piotrowicz prokuratorem w stanie wojennym był tylko dla niepoznaki. W rzeczywistości to agent „Solidarności” – tak tajny że dzisiaj nikt, poza nim samym, nie ma pojęcia o jego bohaterskich czynach wspierających opozycję.  Piotrowicz nigdy nikogo nie skrzywdził, niczego nie podpisał, a nawet gdy się okazało, że jednak podpisał akt oskarżenia (wnoszący, by rozrzucającego ulotki ukarać TRZEMA latami więzienia za „zaśmiecanie ulicy papierem”), to przecież niechcący i w zastępstwie.  To człowiek o „katolickiej wrażliwości”, choć w przeszłości nieznany w swojej parafii, cichcem miłujący bliźniego swego jak siebie samego i prezesa swego. Podczas pracy w Sejmie dał się poznać jako „człowiek wielkiej kultury osobistej” – szczególnie podczas ekspresowych obrad kierowanej przez niego komisji. Należał do partii komunistycznej, a nawet pełnił tam odpowiedzialne funkcje i wykonywał zadania partyjne, ale tylko dlatego, żeby rozwalać PZPR od środka. Co do krzyża zasługi dla komuszej władzy, to odznaczenie jest tylko brązowe i w dodatku komuchy mu go po prostu wcisnęły.  W obecnym życiorysie przeczytać też można, że „jako człowiek wrażliwy zawsze angażował się na rzecz pomocy ludziom biednym, bezdomnym i potrzebującym” – takim choćby, jak proboszcz – pedofil z Tylawy.

Zachwyceni internauci piszą, że podobno to właśnie prokurator Piotrowicz wymyślił za komuny hasło PRECZ Z KOMUNĄ, które w konspiracji napisał kiedyś na drzwiach toalety męskiej w peerelowskiej prokuraturze i próbował poinformować o tym Sejm, ale go totalna opozycja zagłuszyła… Natomiast funkcjonariusze PiS, którzy dysponują jeszcze resztkami wstydu, podkreślają jedynie prawnicze kwalifikacje Piotrowicza. „Świetny prawnik, współautor ustaw reformujących sądownictwo” – tyle że ustaw pełnych błędów, wielokrotnie poprawianych przez samych twórców i kwestionowanych przez wszystkie liczące się gremia prawnicze. Ale gdyby nawet był autorem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ, to czy powinien zostać sędzią TK , od którego wymaga się nieskazitelnego charakteru, politycznego dystansu i nieposzlakowanego życiorysu?

Pewnie nikt nie poinformował o tych wymogach pani docent Pawłowicz, która ochoczo przychyliła się do propozycji, by zajęła miejsce w fotelu u boku mgr Przyłębskiej, również zwanej w TVPiS „profesorem”. Nawet najbardziej życzliwi nie odważą się nazwać charakteru posłanki Pawłowicz nieskazitelnym. Dlatego również w jej oficjalnie głoszonym życiorysie przeważają zachwyty nad prawniczą wiedzą. Ale cóż nam po wiedzy niestosowanej w praktyce? I jaką gwarancję niezależności daje człowiek, który publicznie oświadcza, że lojalność partyjna jest dla niej ważniejsza od lojalności wobec Konstytucji? A jeszcze przypomnieć warto pewne wystąpienie sprzed dokładnie dwóch lat, podczas debaty nad usunięciem I Prezes SN z powodu przekroczenia 65 roku życia. Posłanka Pawłowicz oświadczyła wtedy, że zapoznała się z ekspertyzami i „większość z nich mówiła, że jest to wiek, w którym mamy do czynienia z osobami starszymi. W tym wieku cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne”. W dalszym ciągu wystąpienia posłanka zaznaczyła, że te uwagi jej samej nie dotyczą, bo nie jest sędzią, a na koniec wezwała prezes Gersdorf, by zajęła się uprawą ogródka.  Obecna kandydatka na sędzinę TK , a także drugi kandydat, Stanisław Piotrowicz, dawno przekroczyli „graniczny” wiek i na koniec dziewięcioletniej kadencji będą mieli po 77 lat.

Wyjątkowo zabawne są prostackie zabiegi wokół postaci Andrzeja Dudy i jego antagonisty Antoniego Macierewicza. Kluczowe dla propagandystów prezydenta jest przekonanie narodu, że jest on absolutnie samodzielny i w tym celu wymachują wyliczeniem, że Duda częściej wetował ustawy niż jego poprzednik. Pominąwszy ambicjonalne demonstracje i reżyserowane ustawki – rzekomy buntownik Duda kwestionował ustawy podsuwane mu do podpisu głównie wtedy, gdy przyciskany był do ściany przez protestujących pod sądami Polaków, gdy cywilizowany świat wzywał prezydenta do zatrzymania walca demolującego praworządność. Nie on blokował ustawy, tylko polskie społeczeństwo i Unia wymuszały taktyczny odwrót. Ciemnogrodzką ustawę Ordo Juris wywrócił czarny protest, a nie prezydent. Plan pacyfikacji niezależnych mediów poległ nie z powodu protestu Dudy, tylko presji mediów krajowych i zagranicznych. Jeśli prezydent wetował, to nie bez wiedzy i zgody prezesa – a bywało, że w zamian za kwestionowaną ustawę proponował rozwiązania jeszcze bardziej szkodzące demokracji. Jedyny przypadek, kiedy naprawdę się postawił, miał miejsce wtedy, gdy mówił o ubeckich metodach Macierewicza. Długo z nim wojował o wpływy na obronność kraju i w końcu doprowadził do dymisji ministra. Tym zabawniejszy jest wybór na marszałka seniora człowieka, którego prezydent serdecznie nie znosi. I tym większa jest wtopa propagandystów usiłujących wmówić, że Andrzej Duda jest prezydentem w pełni samodzielnym i niepodlegającym niczyim wpływom.

Identyczne opinie budzi oferowany przez propagandę życiorys prezydenckiego adwersarza, który koncentruje się głównie na dokonaniach z czasów komuny. Pisowscy inżynierowie dusz nie próbują nawet bronić jego smoleńskiej ewangelii, pisanej podobno podczas ucieczki z miejsca katastrofy. Nie zagłębiają się też w szczegóły demolowania polskiego systemu obronnego. Fragment życiorysu po odzyskaniu wolności kwitowany jest wieloprzymiotnikowym zachwytem, pozbawionym wszelkich konkretów. W skrócie: To człowiek wielkiego formatu, bo ma kombatancką przeszłość i jest po naszej stronie.  Czyli z co najmniej równą estymą traktowałoby się Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka czy marszałka Borusewicza, gdyby tylko przeszli na stronę PiS…  Ale przecież pana Macierewicza honorowym marszałkiem mianowano tylko dlatego, by przypodobać się skrajnej prawicy, by zatrzymać rosnących w siłę narodowców, którzy coraz liczniej opuszczają PiS przechodząc na stronę Konfederacji.

W Polsce zawłaszczonej przez PiS nie jest możliwe obsadzenie wysokich stanowisk i funkcji zaufania publicznego ludźmi z doświadczeniem, udokumentowaną wiedzą fachową i równocześnie o wysokich kwalifikacjach etycznych. Takich ludzi już nie ma. Zniknęli z publicznego obiegu – tak jak w odmętach najnowszej historii zaginęli gdzieś żołnierze I Armii WP – Sybiracy przecież, gotowi wyzwalać ojczyznę choćby z pomocą diabła – i tak, jak ginie pamięć o bohaterach AK, wypierana przez koloryzowane opowiastki o wątpliwych czynach „niezłomnych”. A skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Święty Bałwan. Tak PiS ustanowił swego boga, Jarosława Kaczyńskiego

Myślę, że największe zniszczenia na przestrzeni ostatnich lat dokonały się w tkance mentalnej społeczeństwa. Niszczenie norm, autorytetów, prawa, przyzwoitości pozostawia po sobie truciznę wpuszczoną w umysły i sumienia. Truciznę, którą niezwykle trudno jest później usunąć i bardzo długo to trwa – pisze Krzysztof Łoziński

Czytałem dość dawno opowiadanie, niestety nie pamiętam autora, które zrobiło na mnie duże wrażenie. Bohater budzi się rano ze świadomością, że coś się stało – umarł Bóg. Ja nie jestem wierzący, nie o to chodzi. To pewna przenośnia. Umarł Bóg, czyli przestały obowiązywać normy. Normy wszystkie, moralne, prawne, prawa fizyki, logika, matematyka…

W PIERWSZEJ CHWILI NIC NIE WIDAĆ, ALE NAGLE SAMOCHODY RUSZAJĄ NA CZERWONYM ŚWIETLE, OD BUDYNKÓW ZACZYNAJĄ ODPADAĆ GZYMSY, RANNYM NIKT NIE UDZIELA POMOCY, KAŻDY ZEGAR POKAZUJE INNĄ GODZINĘ, GOTUJE SIĘ ZIMNA WODA… ŚWIAT SIĘ PO PROSTU ROZPADA.

Dlaczego to wspominam? Dlatego, że powoli zaczynamy żyć w podobnej sytuacji. Dawno już opisano fakt, że przykład, jaki daje państwo, nieświadomie zaczyna być przez społeczeństwo przyjmowany jako wzorzec. To nie przypadek, że gdy państwo staje się brutalne, to i stosunki społeczne też takie się stają. Gdy państwo wprowadza karę śmierci i zaczyna ją stosować, najczęściej rośnie liczba zabójstw. Pozornie powinno być odwrotnie, ale nie jest. Państwo daje sygnał, że odebranie komuś życia jest rozwiązaniem, coś załatwia.

Jeżeli państwo poniewiera sędziów i nie wykonuje wyroków, to czemu ja mam je wykonywać? Jeżeli państwo poniewiera ludzi wykształconych i kulturalnych, to i każdy tak może. Mamy to, co już się dzieje. Obserwujemy to na Facebooku i na ulicy.

LUDZIE ODNOSZĄ SIĘ DO SIEBIE BEZ SZACUNKU. I TO DO WSZYSTKICH. NIE LICZY SIĘ ŻADNA POZYCJA ROZMÓWCY, JEGO WIEK, WYKSZTAŁCENIE, DOKONANIA. ROZMOWA JEST W STYLU: „TE, REKTOR, CO TY TAM WIESZ?”. ALBO „TE, PAPIEŻ, NO WEŹ SIĘ POSUŃ”.

No jasne – wszyscy ludzie są równi. Tylko że normalnie są równi wobec prawa, a tu są równi dosłownie – każdy może każdemu naubliżać. Każdy może kwestionować czyjąś wiedzę, dorobek, uczciwość.

To bardzo źle rozumiana równość, równość rozumiana jako jednakowość. Urawniłowka sprowadzająca wszystkich na poziom zero. Na zero moralne, intelektualne, każde. Tylko zastanówmy się, czy nam z tym dobrze.

Obserwuję ten narastający rozpad norm z niepokojem, bo jest coraz gorzej. Uświadommy sobie, że to nie jest tylko u „onych”, u „naszych” też.

LEKCEWAŻENIE NORM PRAWNYCH I MORALNYCH PRZEZ RZĄDZĄCYCH SPŁYWA NA DÓŁ. POJAWIA SIĘ POKUSA, ŻE MOŻE BY TAK… NORMA MÓWI, ŻE KADENCJA TO OKRES, W KTÓRYM NIE MOŻNA KOGOŚ ODWOŁAĆ, ALE… ALE MOŻE „ZNAJDZIEMY SPOSOBA”.

No bo przecież ta norma przeszkadza, no bo sytuacja jest wyjątkowa, no bo jest jeszcze ludowa sprawiedliwość. A przecież „sprawiedliwość jest ważniejsza, niż prawo”. Zaraz, zaraz, gdzieś to już słyszeliśmy… Adolf Hitler, „Main Kampf”, no ale przecież my w dobrej sprawie. Że co? Że on też uważał, że w dobrej sprawie? No ale on źle uważał, a my…

No tak, kraść nie wolno, ale jak nikt nie widzi… Prawda jest prawdą, ale jak się ją trochę nagnie, to co to szkodzi…?

AUTORYTET ZASTĘPUJE SIĘ KULTEM. JAKIŚ TAM BARTOSZEWSKI, JAKIŚ TAM MAZOWIECKI, JAKAŚ TAM TOKARCZUK. A Z DRUGIEJ STRONY BÓSTWO, JAROSŁAW ZBAWICIEL, AŻ ŚWIATŁOŚĆ OD NIEGO BIJE, A STALIN BYŁ „BATIUSZKA”, „OJCIEC NARODU”, „WIELKI UCZONY”. KIM IL SUN (KIM IR SEN) TO ZNACZY KIM „BYĆ SŁOŃCEM”, KIM DŻONG IL TO ZNACZY KIM „PO PROSTU SŁOŃCE”.

Tu nie chodzi o tytuły. Chodzi o to, że wielcy mądrzy ludzie mogą być lekceważeni, poniewierani, wybuczani, postponowani. Wódz jest uwielbiany. Gdy zniszczono autorytet wiedzy, nauki, kultury, sztuki, norm moralnych, pojawia się nowy wzorzec, kult wodza. Świętego Graala zastąpił Święty Bałwan. Bałwan w znaczeniu bożka. Nasza nowa „krynica mądrości” może kraść, kłamać, ubliżać, bekać, wszystko może, a i tak jest święta.

Prawo jest szalenie ważne. To system operacyjny państwa. Ale elity, autorytety to druga część tego systemu. Elity i autorytety tworzą normy. Wyznaczają normy. Tworzą jakby regulamin naszych codziennych ruchów, wyborów, decyzji. Bez prawa i norm zaczyna być tak, jak w tym opowiadaniu, które wspomniałem na początku. Wszystko się rozpada.

ZOBACZMY, GDZIE JESTEŚMY. CO SIĘ DZIEJE W INTERNECIE I NA CO DZIEŃ MIĘDZY NAMI. WSZYSTKO MOŻNA PODWAŻYĆ, KAŻDEGO MOŻNA OBRAZIĆ, DO NIKOGO NIE MOŻNA MIEĆ ZAUFANIA. WSZYSTKO MOŻNA ZAŁATWIĆ, JAK SIĘ MA „CHODY”. WSZYSTKO MOŻNA PRZEGŁOSOWAĆ, GDY SIĘ ZBIERZE ODPOWIEDNIĄ „KUPĘ”. NIE LICZĄ SIĘ NORMY I PRZYZWOITOŚĆ, TYLKO TO, CZY MA SIĘ ODPOWIEDNIO DUŻĄ „KUPĘ” SWOICH.

Kochani, zobaczmy, gdzie jesteśmy. Nie tylko niszczone jest państwo. My się zaczynamy rozpadać jako społeczeństwo. Przestajemy być wspólnotą połączoną normami, a zaczynamy być zbiorem walczących jednostek. Co najwyżej łączących się w odpowiednie „kupy” do załatwienia czegoś.

Pora otrzeźwieć.

Przepowiednia się sprawdziła.

Ale… Czy naprawdę tacy jesteśmy? Nie? To dlaczego takich wybieramy!!!

Mateusz Morawiecki ostatnio bardzo udziela się na swoim profilu facebookowym. Tym razem premier odniósł się do niedawnej 30 rocznicy obalenia Muru Berlińskiego.

„To Solidarność rozpoczęła podkopywać mur, także Berliński Mur, który runął. Niestety, kiedy w Polsce elity polityczne nawzajem sobie gratulowały grubej kreski i „rewolucji bez rewolucji”, to w Niemczech trwał proces dekomunizacji. W dawnym NRD zwolniono około 70 procent prokuratorów i sędziów z czasów komunistycznych. U nas pozostawiono niemal wszystkich” – napisał Morawiecki.

Na tym jednak nie poprzestał. – „Dziś, po latach, wiadomo jak bardzo przydała się Niemcom weryfikacja komunistycznego aparatu wymiaru sprawiedliwości. U źródeł innej drogi III RP stało przyzwolenie na silną i rosnącą w pierwszej dekadzie wolnej Polski rolę postkomunistów. Tych samych, którym dziś zdarza się pouczać naród w kwestiach demokracji” – dodał premier.

Wpis Morawieckiego wywołał falę komentarzy w internecie. – „Mocne słowa o Piotrowiczu i Pawłowicz!”; – „Swoi postkomuniści go nie ruszają”; – „Dlatego twarzą prowadzonych przez PiS reform jest były komunistyczny prokurator Piotrowicz, śmieszni jesteście”; – „A sami tymczasem wstawiają do TK prokuratora z PRL Pana Piotrowicza”; – „Taka otwarta krytyka PiS i jego członków? Czy prezes wyraził na to zgodę?” – pisali internauci.

Część z nich kpiła: – „30 rocznica obalenia Muru Berlińskiego. Czy Morawiecki poinformował już, który odcinek muru demontował?”; – „Mateusza nie widziałam, ale on pewnie jakimś kilofem wówczas torował drogę dla mieszkańców Berlina Wsch. Był na pierwszej linii, a berlińczycy wyli z zachwytu i skandowali: Mateusz, Mateusz”.

Jak informuje lokalny portal z Suchej Beskidzkiej, młodzież z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie napisała list do dyrekcji szkoły i kurii krakowskiej w sprawie prowadzenia lekcji religii przez proboszcza z parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Skarżyli się m.in., że ksiądz jest nietolerancyjny, miał szydzić z uczniów, komentować życie prywatne uczennic.

– „Młodzież miała wymienić m.in. to, że ksiądz przekazuje im wiedzę „nierzetelną i sprzeczną z faktami naukowymi”. Tu jako przykład podają krytykę i wyśmiewanie przez katechetę pomysłu przeprowadzenia w szkole „Strajku klimatycznego”. Katecheta miał powiedzieć, że w jego trakcie najbardziej zaszkodziła planecie farba w sprayu, której użyto do pisania haseł na transparentach strajkujących” – czytamy na stronie portalu.

Licealiści napisali również, że zdaniem księdza proboszcza to nie zdrada jest grzechem, ale przyznanie się do niej, a tym samym doprowadzenie do cięższego grzechu, jakim jest rozwód. Ponadto katecheta miał wykazywać się całkowitym brakiem szacunku wobec uczniów i publicznie komentować ich życie prywatne.

Proboszcz Wiesław Popielarczyk – bo o nim mowa – sam zrezygnował. Zaprzecza przedstawionym zarzutom i twierdzi, że bardzo lubi kontakt z młodzieżą.

Sąd Okręgowy w Krakowie nakazał „Prokuraturze Regionalnej w Krakowie wstrzymanie delegowania powoda Mariusza Krasonia do wykonywania czynności w Prokuraturze Rejonowej dla Wrocławia-Krzyki Zachód we Wrocławiu na czas trwania postępowania w sprawie„. Oznacza to, że na czas trwania procesu Krasonia z jego najwyższymi przełożonymi ma on natychmiast wrócić do pracy w Krakowie.

Przypomnijmy, sprawa dotyczy lipcowej decyzji zastępcy Ziobry prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego, który wysłał Krasonia do pracy oddalonej o blisko 300 km od miejsca zamieszkania. Dla prokuratora Mariusza Krasonia była to prawdziwa tragedia, bo sam opiekuje się ciężko chorymi rodzicami. – „Mama ma stwierdzoną przez ZUS niepełnosprawność i niezdolność do samodzielnej egzystencji. Jest po neurologicznej operacji kręgosłupa, choruje także na cukrzycę. Ojciec nie jest w stanie zapewnić żonie opieki, bo sam jej wymaga z powodu licznych schorzeń, przeszedł parę operacji, terapię radiologiczną, jest pod stałą opieką onkologów. Oboje rodzice muszą regularnie stawiać się na badaniach” – mówił reporterom TVN 24 Krasoń.

Czym Mariusz Krasoń zasłużył sobie na takie „wyróżnienie” ze strony pierwszego zastępcy prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry? Najprawdopodobniej Krasonia ukarano za obronę niezależności sądów.

Ponadto w maju tego roku na posiedzeniu Zgromadzenia Prokuratorów w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, Krasoń przedstawił projekt uchwały, w której śledczy pisali m.in. o zagrożeniach niezależności prokuratury, o wywieranych naciskach.

Otwarcie mówił o złym traktowaniu pracowników i łamaniu przepisów w celu wpływania na decyzję prokuratorów. – „Prokurator Mariusz Krasoń wskazał, iż znane mu są przypadki wydawania poleceń dokonania pewnych czynności z pominięciem bezpośrednich przełożonych lub prokuratorów nadrzędnych. […] Uchwała Krasonia mocno zdenerwowała ministra sprawiedliwości, który zarzucił krakowskim prokuratorom nieznajomość prawa. Następnie rzecznik dyscyplinarny wszczął postępowanie wyjaśniające i zaczął przesłuchiwać prokuratorów z Krakowa w sprawie punktu mówiącego o ograniczaniu niezależności śledczych” – opowiadał TVN 24 jeden z prokuratorów.

Oficjalnie stanowisko Prokuratury Krajowej w sprawie przeniesienia Krasonia mówi o konieczności podniesienia efektywności pracy wrocławskiej prokuratury. – „Decyzja o tymczasowej delegacji do jednostki prokuratury we Wrocławiu była podyktowana potrzebą zapewnienia efektywności pracy tamtejszej prokuratury i ma na celu optymalizację dynamiki prowadzonych tam śledztw” – twierdziła rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Sprawa chłopca zatrzymanego przez księży w Bełchatowie za wyjęcie hostii z ust jest złym prognostykiem dla katolicyzmu w naszym kraju.

Przypadek chłopca z Bełchatowa, zatrzymanego przez księży za wyjęcie hostii z ust, demaskuje prawdziwą naturę stosunków między Kościołem a społeczeństwem polskim. Nieprawdziwa jest bowiem idealistyczna wizja Kościoła jako wspólnoty wiernych, w myśl której Kościół to po prostu wszyscy ludzie wyznający wiarę katolicką i uznający władzę Watykanu i Episkopatu. Na początku XXI wieku Kościół w Polsce to instytucja odrębna od społeczeństwa, a stosunki między nią a ogółem obywateli, także wiernych, cechują się napięciem, nieufnością, by nie rzec – wrogością.

Przypomnijmy, co się stało w Bełchatowie. 13-letni chłopiec po przyjęciu komunii wyjął hostię z ust i włożył do kieszeni. Ksiądz to zauważył, schwytał dziecko i zamknął je w zakrystii, a następnie wezwał policję. Takie potraktowanie małego chłopca – zastraszenie go, sterroryzowanie i bezprawne uwięzienie – wywołało oczywiście skandal i powszechne oburzenie.

Kościół jednak, zamiast się pokajać, stanął w obronie kapłanów – Episkopat wydał oświadczenie podkreślające, jaką świętością jest hostia, co trudno odczytywać inaczej niż jako rozgrzeszenie bełchatowskich duchownych. Sterroryzowali 13-letnie dziecko, bo zdaniem biskupów bronili zagrożonej świętości.

Czy rzeczywiście była ona zagrożona? Ksiądz z Bełchatowa mówi, że chłopiec „wypluł” hostię i że stało się to bezpośrednio przed Halloween, co wskazywało na zamiar zbezczeszczenia jej. Dzieciak zaś tłumaczył, że nie „wypluł”, tylko wyjął z ust i włożył do kieszeni, bo go bolał ząb.

Krytycy Kościoła widzą w zachowaniu bełchatowskich duchownych manifestację buty i pogardy dla praw jednostki. Oburzenie budzi też symbioza Kościoła i państwa – księża, by wymusić posłuch i szacunek dla katolickich rytuałów, wzywają państwową policję, a ta karnie stawia się na żądanie. W dodatku ofiarą tej przemocy kościelno-państwowej pada 13-letnie dziecko, najwyraźniej przebywające w świątyni bez dorosłego opiekuna, który mógłby stanąć w jego obronie i uchronić je przed terrorem.

Taka interpretacja bełchatowskiego incydentu jest uprawniona. Wejdźmy też jednak w rolę adwokata diabła i spróbujmy zrozumieć, co myśleli i co czuli zatrzymujący chłopca księża. Jakie były ich intencje i motywacje? Wątpliwe wydaje się bowiem, że po prostu chcieli go zastraszyć i siłą wymusić posłuch. Ich opowieści o hostii wyplutej i schowanej w przeddzień Halloween wskazują raczej na paranoiczny, wyolbrzymiony strach przed potężnymi siłami zła, czającymi się we współczesnym świecie, które osaczają ich ze wszystkich stron. W tej wizji Kościół jest oblężoną samotną twierdzą, atakowaną przez nieprzeliczone zastępy demonów, takich jak geje i lesbijki, feministki i heavy metalowcy, szczerzące się dynie, kolorowe skarpetki zakładane przez uczniów w Tęczowy Piątek, kotek Hello Kitty, Harry Potter, zły Dżender, no i ma się rozumieć – Jurek Owsiak.

Brzmi to humorystycznie, ale chyba naprawdę wielu kapłanów nosi w głowach taką wizję rzeczywistości. Dla osoby postronnej świat paranoika zawsze jawi się jako karykatura. Sam paranoik jednak jest święcie przekonany, że ta karykatura to prawda. I dlatego się boi, wprost umiera ze strachu. W samoobronie przed urojonym atakiem gotów jest do czynów desperackich, takich choćby jak sterroryzowanie 13-letniego dziecka, które wyjęło opłatek z ust. „Fear, she’s the mother of Violence” – śpiewał Peter Gabriel. Strach jest matką przemocy.

Mądrzy hierarchowie mogliby ten strach rozładować, klarując przerażonym kapłanom, że świat współczesny nie sprzysiągł się przeciw religii. Że kultura masowa nie jest wymierzona w Jezusa. I że wzywanie policji i zamykanie wiernych w zakrystii nie jest najlepszym sposobem głoszenia Dobrej Nowiny.

Sęk w tym, że takich mądrych hierarchów w dzisiejszym Kościele polskim jest jak na lekarstwo, a ich głos ginie w chórze biskupów pokroju Sławoja Leszka Głódzia czy Marka Jędraszewskiego. Obserwując poziom nauczania w seminariach duchownych i intelektualny format ich absolwentów, wydaje się wątpliwe, by sytuacja mogła się poprawić w przyszłości. Zła to wróżba dla katolicyzmu w Polsce.

Zamknąć mordy, Pawłowicz z Piotrowiczem idą

Znalezione……!!!!

Upadek Ursusa Bus może spowodować konieczność szukania od początku wykonawcy zapowiadanego przez premiera Morawieckiego tysiąca bezemisyjnych autobusów dla polskich miast.

Więcej >>>

„To się musi skończyć dramatem” – w ten sposób Donald Tusk opisuje rządy Prawa i Sprawiedliwości. Wywiad szefa Rady Europejskiej dla francuskiego dziennika „Le Soir” opublikowała sobotnia „Gazeta Wyborcza”.

Według Tuska pilniejszym pytaniem od tego, jaką postawę powinien przyjąć nowy prezydent, jest kwestia jaki powinien być kandydat, żeby wygrać. „Kryzys wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności” – powiedział Tusk w wywiadzie.

Kandydatem – uważa Tusk – „powinien więc być ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem będzie budował poparcie ponad połowy Polaków”. „Ja mam swoje bardzo wyraziste poglądy. Ale one nie są poglądami większościowymi w Polsce” – podkreślił b. polski premier.

Więcej >>>

Więcej >>>

Noworodek z zębami. Dobrze, że białych myszek nie ma. Może już i zarost ma. Krystyna musi pić coś naprawdę dobrego.

Prymas Polski abp. Wojciech Polak skomentował sprawę abp. Sławoja Leszka Głódzia, oskarżanego o mobbing przez 16 księży, którzy byli jego podwładnymi. Duchowny stwiedził, że choć „porusza go świadectwo tych księży”, decyzja w sprawie abp. Głódzia należy do papieża.

– Porusza mnie świadectwo tych księży, natomiast nie znam ich nazwisk. Zna je nuncjusz apostolski, ojciec święty. Jeżeli to są sprawy wiarygodne, to zostaną one kompetentnie zbadane i papież podejmie kompetentne decyzje – mówił abp Polak w rozmowie z Onetem. – Ja znam te świadectwa nie z podpisów, które widziałem, bo ich nie widziałem. Widziałem zakryte twarze, zmienione głosy, które mówiły – dodał.

Oskarżenia o mobbing pod adresem abp. Głódzia

Przypomnijmy: 16 kapłanów posądziło abp. Głódzia o mobbing. Potwierdzili tym samym doniesienia dziennikarzy TVN24. W programie stacji „Czarno na białym”, przedstawiono świadectwa anonimowych księży, którzy opowiadali, że doświadczyli poniżania i przemocy psychicznej ze strony metropolity gdańskiego. – Ksiądz arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, „(…) po czym powiedział: ‚Jak przytyjesz kilogram, wypi…lę cię po roku'” – mówił jeden z poszkodowanych księży.

W przesłanym do Polskiej Agencji Prasowej oświadczeniu szesnastu kapłanów z archidiecezji gdańskiej potwierdziło, że informacje o tym, jak Głódź traktuje podwładnych, są prawdziwe. Zadeklarowali, że są gotowi do powtórzenia zarzutów wobec Głódzia nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce (od trzech lat jest nim abp Salvatore Pennacchio).

Morawiecki upokorzony

„Kryzys polityczny wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności. Kandydatem powinien być więc ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem, będzie budował poparcie ponad połowy Polaków” – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Jurkiem Kuczkiewiczem z „Le Soir”. Wywiad publikuje „Gazeta Wyborcza”.

Tusk podkreślił, że jego bardzo wyraziste poglądy „nie są poglądami większościowymi w Polsce”. – „Poczynając od nieodpowiedzialnej polityki finansowej. Pomijam 500 plus, nikt już tego nie odbierze. Ale jak wiadomo, rząd PiS na tym nie poprzestał. I widać wyraźnie, że – na sposób południowoamerykański – on połączył to, co jest przyjemne, łatwe i atrakcyjne w lewicowej i prawicowej polityce. Wiadomo, że to się musi skończyć dramatem” – powiedział.

 „Dzisiaj mój pogląd nie jest dominujący” – przyznał Tusk, ale dodał: – „Przy czym jestem przekonany do swoich racji, będę ich bronił i o nie walczył, także w Polsce, bo uważam, że trzeba zrobić wszystko – oczywiście w ramach czystej gry – żeby wygrać wybory prezydenckie. Zawsze wolałem być na boisku aniżeli na trybunach. Ale teraz nie chodzi o to, żeby mieć satysfakcję, że się wzięło udział w walce. W tych okolicznościach trzeba spokojnie planować kilka najbliższych lat, aby zmaksymalizować szanse wygranej”.

Przewodniczący Rady Europejskiej wymienił cechy kandydata, na którego zagłosuje nadchodzących w wyborach. – „To powinien być prezydent na pierwszej linii frontu. Ale nie w imię interesów jednej czy drugiej partii, tylko w walce o ochronę Konstytucji, niezależnego sądownictwa, wolnych mediów. Tych rudymentów liberalnej demokracji. I takiego kandydata poprę, nawet jeśli w niektórych innych sprawach będzie miał inne poglądy niż ja” – powiedział.

Tusk zapytany, czy widzi osoby, które spełniają te warunki, odpowiedział: – „Tak, już się pojawili w debacie publicznej. Są tam nazwiska, które mają te przymioty. I mają szansę”.

„Odbieram tę nagrodę nie tyle w swoim imieniu, ale w imieniu polskiego społeczeństwa oraz wszystkich sędziów w Polsce, którzy mimo mowy nienawiści, ograniczania ich praw, niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sprawiedliwości stoją na straży rządów prawa, praworządności i praw człowieka” – powiedziała Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, którą uhonorowano Międzynarodową Nagrodą Demokracji Bonn.

Wyróżnienie przyznawane jest osobom lub organizacjom, które wnoszą wybitny wkład w sprawy demokracji i poszanowania praw człowieka. – „Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy przyznaliśmy Międzynarodową Nagrodę Demokracji, nawet we śnie nie pomyślelibyśmy, iż w roku 2019 będziemy musieli mówić o tym, jak zagrożone są nasze demokracje” – stwierdził podczas uroczystości wręczenia nagrody Ansgar Burghof, przewodniczący stowarzyszenia Internationaler Demokratiepreis Bonn.

Pierwsza Prezes SN podkreśliła, że jej sprzeciw oraz wielu innych sędziów skierowany jest „przeciwko tworzeniu przez tę władzę systemu, który wprawdzie opiera się na stanowionym prawie, ale faktycznie prowadzi do takiego ukształtowania wymiaru sprawiedliwości, w którym fundamentalne i przez lata niepodważalne zasady rządów prawa zostają ewidentnie naruszone. Przez ostatnie cztery lata doświadczyliśmy życia w ustroju, który można określić jako autorytaryzm wyborczy; za fasadą wolnych wyborów kryje się forma rządów prawem (rule by law), a nie rządów prawa (rule of law)”.

Prof. Gersdorf mówiła podczas uroczystości, co wydarzyło się w Polsce pod rządami PiS – o „rozpętanej za państwowe pieniądze bezprecedensowej w skali globu kampanii PR-owej przeciwko sędziom”, a także o próbach usuwania z SN najstarszych wiekiem sędziów „przedstawianych bez żadnego dowodu jako „komunistyczni oprawcy”. Przypomniała raport Komisji Weneckiej, która uznała zmiany w Polsce za „podważające demokrację, zasady rządów prawa”.

Dodała, że nie chodzi jej tylko o sytuację sędziów w Polsce. Podkreśliła wagę prawa jednostki do „niezależnego, niezawisłego i bezstronnego sądu”. – „Tak istotna ingerencja w wymiar sprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia w Polsce, stwarza ogromne ryzyko naruszenia praw człowieka” – podsumowała Pierwsza Prezes SN.

Wyróżnienie połączone jest z nagrodą pieniężną w wysokości 5 tys. euro. Prof. Gersdorf odmówiła przyjęcia pieniędzy.

W trakcie konferencji dotyczącej składu rządu prezes PiS Jarosław Kaczyński wymienił kilka słów z rzecznikiem Piotr Müllerem. Po chwili rzecznik zwrócił uwagę premierowi, że ten zapomniał wymienić nazwiska szefa MON. „Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać premiera w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – skomentował Cezary Tomczyk, poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz.

Premier Mateusz Morawiecki na wspólnej konferencji z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim zaprezentował skład nowego rządu.

Nowymi ministrami mają być: Jacek Sasin jako szef ministerstwa nadzoru właścicielskiego, jako szef resortu finansów – Tadeusz Kościński, jako szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej – Marlena Maląg. Ministrem środowiska ma zostać Michał Woś, dotychczasowy minister do spraw pomocy humanitarnej, a szefem resortu ds. klimatu – Michał Kurtyka. Szefową ministerstwa do spraw funduszy unijnych zostanie Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Pod koniec konferencji prezes PiS Jarosław Kaczyński zasygnalizował rzecznikowi rządu Piotrowi Müllerowi, że chce mu coś przekazać. Panowie po cichu wymienili ze sobą kilka słów. Gdy Mateusz Morawiecki skończył wypowiedź, Müller zwrócił uwagę premierowi.

– Panie premierze, jeszcze ministerstwo obrony narodowej pominęliśmy – powiedział rzecznik rządu, choć Mateusz Morawiecki wcześniej mówił o tym, kto obejmie ten resort.

– Wydaje mi się, że powiedziałem, ale na wszelki wypadek jeszcze: pan minister Mariusz Błaszczak, ministerstwo obrony narodowej. Dla pewności raz jeszcze to powtórzę

– zareagował Morawiecki.

„Szczyt upokorzenia”

„Dzisiejsze zachowanie rzecznika rządu RP Piotra Müllera było żenujące. Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać Premiera Mateusza Morawieckiego w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – tak tę sytuację skomentował na Twitterze poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz Cezary Tomczyk.

„Rzecznik rządu na polecenie prezesa partii poprawia i strofuje premiera rządu w trakcie wystąpienia na żywo. To jednak nowy standard” – napisał poseł PO Sławomir Nitras.

Po trzygodzinnej naradzie w siedzibie PiS przy Nowogrodzkiej premier Mateusz Morawiecki ogłosił skład nowego rządu. Większych niespodzianek nie ma.

Wicepremierami pozostają Jarosław Gowin i Piotr Gliński. Obaj zachowują też resorty, którymi wcześniej kierowali, czyli odpowiednio nauki i szkolnictwa wyższego oraz kultury i dziedzictwa narodowego.

Mariusz Błaszczak nadal ma kierować Ministerstwem Obrony Narodowej. Mariusz Kamiński ciągle będzie łączył stanowiska szefa MSWiA i koordynatora służb specjalnych, a Zbigniew Ziobro – ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Pojawiły się nowe ministerstwa. Jacek Sasin będzie teraz pilnował spółek Skarbu Państwa, bo PiS przywrócił resort, który 4 lata temu sam zlikwidował. Konrad Szymański został ministrem ds. europejskich. Jadwiga Emilewicz oprócz Ministerstwa Rozwoju będzie zajmować się budownictwem i turystyką.

Zmienił się minister finansów – zamiast Jerzego Kwiecińskiego będzie nim Tadeusz Kościński. Nowym szefem resortu środowiska – w miejsce Henryka Kowalczyka – został Michał Woś z partii Ziobry, ale z resortu wydzielono kwestie klimatu i tym zajmować się będzie nowy minister Michał Kurtyka. Reszta obsady ministerialnych tek pozostała bez zmian.

Donald Tusk w 2013 r. przeniósł połowę pieniędzy z OFE do ZUS i ludzie uwierzyli, że to była kradzież. Morawiecki, 6 lat później, robi to samo z drugą połową, pobierając 15% prowizji i ludzie sądzą, że PiS oddaje im pieniądze.

Przed nami obchody Święta Niepodległości. Dużo będzie się działo w całej Polsce, ale zapewne wzrok wszystkich będzie zwrócony na Marsz Niepodległości, który kolejny już raz zdominuje ten dzień.

Będzie msza, wspólny różaniec, oficjalne rozpoczęcie marszu przez szefa stowarzyszenia Roberta Bąkiewicza, przemówienia, okolicznościowe występy i imprezka wieńcząca dzieło na Błoniach Stadionu Narodowego. Nie udało mi się znaleźć żadnych szczegółów, więc nie wiem, czy w tym roku uczestnikami będą tylko polscy narodowcy, a nie jak dotychczas, kolesie z faszyzujących ugrupowań europejskich. Nie wiem też, jakie zespoły uświetnią narodowe obchody 11 Listopada, bo i tutaj cisza jak makiem zasiał. A może organizatorzy nas zaskoczą i na Błoniach wystąpią gwiazdy Disco Polo?  Staną przed tłumem dzielnych chłopców z racami i będą śpiewać, że „Wszyscy Polacy to jedna rodzina” czy też „Przez twe oczy zielone oszalałem”. Wiadomo, muzyka łagodzi obyczaje, więc fajnie byłoby, gdyby Marsz zakończył się taki optymistycznym, nie odwołującym się do archaicznego patriotyzmu, akcentem polskiej zgody narodowej.

Dwa lata temu brytyjski liberalno-lewicowy dziennik „The Independent” uznał marsz za jedno z najliczniejszych zgromadzeń faszystów i innej skrajnej prawicy w Europie, zwracając uwagę na publiczne głoszenie poglądów ksenofobicznych i supremacji rasy białej oraz na antysemickie korzenie części grup organizujących marsz. Jak będzie w tym roku trudno powiedzieć. Wprawdzie organizatorzy marszu od pewnego czasu starają się przekonać naród, że z faszyzmem i nazizmem nie mają nic wspólnego, jednak przyglądając się temu uważnie, nikt myślący nie da się nabrać na tę pozorną zmianę wizerunku. Fakt,  organizują różnego rodzaju akcje, ale… oddają cześć patriotyzmowi, który  ma się nijak do tego, współczesnego. Spotykają się z młodzieżą, wciskając jej tylko te elementy historii, którymi można łatwo dzieciaki zmanipulować. Dbają o groby, obnosząc się ze swoją miłością do Żołnierzy Wyklętych, nie bacząc na to, że niektórzy z nich na pamięć nie zasługują. Chełpią się przywiązaniem do zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, postrzegając to w kategoriach martyrologii, obnoszą się z symbolem Polski Walczącej, wykorzystując go do głoszenia często ostrych nacjonalistycznych poglądów.

Nie bądźmy naiwni. Wilki ziejące nienawiścią do każdego, kto innej wiary, rasy, narodowości czy orientacji seksualnej, nie zamienią się nagle w łagodne owieczki. Choćby nie wiem, jak się starali, jaki przekaz usiłowali puścić w naród polski, zawsze będą oddani ideologii, która budzi grozę.

Hasłem tegorocznego marszu będzie „Miej w opiece naród cały”, cytat z pieśni „Z dawna Polski Tyś Królową”. Według organizatorów to hasło jest bardzo na czasie, bo właśnie dzisiaj należy odwołać się do idei Kościoła Walczącego (tak na marginesie, czy ktoś mi wyjaśni, na czym polega idea Kościoła Walczącego i dlaczego właśnie w obecnych czasach taki kościół jest szczególnie potrzebny?) Jak mówi Tomasz Kalinowski z Zarządu Stowarzyszenia MN, tym hasłem organizatorzy odwołują się „ do wyższych wartości w momencie, gdy zagrożone są podstawowe wartości takie jak: rodzina, wspólnota narodowa i wiara katolicka”. Tak więc uwaga, owieczki mogą pokazać wilcze zęby, jak im się nawinie podczas marszu ktoś, kto z wyglądu, wiary czy przekonań, nie mieści się w haśle uczestników marszu.

Akcentem, który również zaprzecza tej niespotykanej nagle „łagodności” świętujących narodowców jest symbol,  z jakim pójdą „do Niepodległej”. Różaniec w zaciśniętej pięści. Sam taki wizerunek już budzi grozę. Michał Szułdrzyński, dziennikarz „Rzeczpospolitej” stwierdził, że różaniec na zaciśniętej pięści wygląda jak kastet. Jego zdaniem to narzędzie przemocy, które zastąpiło symbol modlitwy i trudno mi się z nim nie zgodzić. Jednak Robert Bąkiewicz nie widzi w tym nic złego. Mało tego, uważa, że „trzeba mieć bardzo dużo złej woli, żeby doszukiwać się w tym geście czegoś negatywnego. Różaniec trzeba zacisnąć w pięść, żeby go trzymać”. Obraca też kota ogonem i wszystkie słowa krytyki traktuje jak atak na różaniec i objaw lewackiej histerii. Podobnego zdania jak on, są też Franciszkanie z Niepokalanowa, których „ujął graficzny przekaz pięknie snujący symboliczną opowieść o tym, jak to dzisiaj dawni niepokorni chłopcy zamienili hipotetyczne kastety na różańce. Siła męskiego ramienia dumnie ściska różaniec, oddając Ojczyznę Maryi”. Bez komentarza…

Nie zapominajmy też, że zapewne nie zabraknie podczas marszu i innych symboli, które wielu kojarzą się z faszyzmem i nazizmem, ale narodowcy usiłują nam wmówić, że są one tylko objawem umiłowania celtyckiej kultury (krzyż) i niewinnego odniesienia do rozwiązanej w 1933 roku ponadpartyjnej organizacji politycznej Obozu Wielkiej Polski (Falanga). Tralalala…bujać nie nas.

Ech, czy chcemy czy nie, to ten Marsz Niepodległości sobie pójdzie. Będzie głośno i tak bardzo pompatycznie, bojowo.  Pokaz siły, patriotyzmu, przekonania, że najlepszym objawem miłości do Ojczyzny jest za nią umrzeć.

Gdyby jednak  ktoś mnie pytał, to nie wezmę udziału w tym Marszu Niepodległości, bo to nie moja bajka, bo wiary we mnie w dobre intencje organizatorów nie ma, bo to dla mnie impreza, która fatalnie mi się kojarzy historycznie i oburza mnie fakt, że w dzisiejszej Polsce, Polsce z tak tragicznymi kartami, zezwala się na marsze tych, którzy z założenia niosą to zło.

Wolę inaczej. Wolę świętować naszą Niepodległość radośnie, bez tej sztucznej fanfaronady, patriotycznego nadęcia czy zwykłej bufonady. Jeśli macie czas, to zapraszam wszystkich do Poznania, który będzie tego dnia najweselszym miastem w Polsce. Przed nami objadanie się rogalami świętomarcińskimi, spotkanie ze św. Marcinem, który w stroju rzymskiego legionisty odbierze z rąk prezydenta Poznania symboliczne klucze do miasta. To fantastyczny Korowód  przebierańców, szczudlarzy, połykaczy ognia i innych performerów. Bieg Niepodległości, liczne koncerty, warsztaty i mnóstwo, mnóstwo innych atrakcji.

Dajmy sobie tego właśnie dnia prawo do wspólnej zabawy,  uśmiechu i optymistycznego spojrzenia w przyszłość, z dala od napompowanej ideologii i rac.  Niech nam ta nasza Polska żyje, rozwija się i szybko wróci do normalności… tego właśnie Wam i sobie życzę.

Psychologia Kaczyńskiego, a nie tylko inżynieria społeczna

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Pisowskie granaty wrzucone w szambo

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas najmu służbowego lokum urzędnik kupuje własne mieszkanie.

Kopińska uważa jednak, że zachowanie Banasia należy rozpatrywać z punktu widzenia etyki. – „Taki urzędnik jak szef Krajowej Administracji Skarbowej czy minister finansów powinien kierować się najwyższymi standardami. Jeśli byśmy chcieli być trochę mniej życzliwi, to można powiedzieć, że skoro była taka możliwość, żeby nie oddawać mieszkania, to korzystałem do końca” – podsumowała zachowanie Banasia w tej sprawie Grażyna Kopińska.

Po wysunięciu przez PiS kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza na sędziów Trybunału Konstytucyjnego Roman Giertych opublikował na Facebooku kolejny list. Tym razem adresatem jest Jarosław Kaczyński.

Jak zwykle Giertych zaczyna kpiąco: – „Słyszałem o Pańskich nominacjach do TK. Brawo, brawo, po trzykroć brawo! Ale Pan załatwił za jednym razem Gowina i Dudę. Niech się teraz gimnastykują symetryści-chuligani, którzy popierali Pana reformy, ale się nie cieszyli, albo nawet je wetowali”.

Adwokat przewiduje, że i wicepremier, i prezydent przy okazji tych kandydatur zostaną przez Kaczyńskiego upokorzeni. – „Gowin, którego 17 posłów jest niezbędnych do wybrania Piotrowicza i Pawłowicz do TK, będzie to musiał zrobić i w ten sposób dokona Pan jego oficjalnego upokorzenia, dzięki któremu publicznie oświadczy, że jest Pana. Że może mu Pan kazać wszystko, a on jak niewolna maszyna zagłosuje na to, co Pan mu każe. Podobnie jest z A. Dudą. W ten sposób podkreśli Pan nad nimi dominację i to, że ci dwaj jedzą Panu z ręki” – napisał Giertych.

– „Tzw. środowiskom patriotycznym przypomni Pan, że o tym, kto jest komunistycznym aparatczykiem w czasach PRL-u nie decydują zapisy kartotek partyjnych, czy akta IPN-u, ale Pan. Jeżeli ktoś nawet wsadzał ludzi za poglądy polityczne i wiernie służył komunistom, to sam kontakt z Panem go oczyszcza i staje się on większym opozycjonistą, niż Wałęsa, Michnik, Hall razem wzięci. Również skończy się to puszenie klasy sędziowskiej. Wyobraża Pan to sobie już pewnie w swej pokrętnej głowie, jak będą się czuli upokorzeni przyzwoici sędziowie, gdy w sądzie konstytucyjnym zasiądzie pani Pawłowicz i podczas rozprawy np. spałaszuje sałatkę ze śledziem. Wszyscy będą się oburzać, a Pan ze śmiechu będzie się zwijać. A PiS ogłosi, że sędziowie się kompromitują, skoro mają takich sędziów w TK. I TVP ogłosi, że kolejny przykład kompromitacji obozu przeciwników PiS. To genialne!” – uważa Giertych.

Na koniec Giertych już zupełnie poważnie napisał: – „PiS uznał, że przegra wybory prezydenckie i TK ma być ich twierdzą. W ciągu najbliższego pół roku spróbują rozprawić się też z sądami, gdyż zakładają, że po wyborach prezydenckich już to nie będzie możliwe. Zapowiada się ciekawa zima”.

Wiceprzewodniczący (do 2017) Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, wybitny specjalista prawa i przenikliwy analityk sytuacji na Węgrzech, który potrafi pokazać, co kryje się za fasadą rządów Viktora Orbana, prof. András Sajó przyjeżdża do Warszawy z wykładem-ostrzeżeniem. Komentują m.in. Bodnar i Łętowska. Już dziś o 19. Temat wolności – wstęp wolny

„Na Węgrzech Viktora Orbana, państwie z dumą określanym przez jego przywódcę jako nieliberalna demokracja, władza zachowuje pozory i z instrumentalnych pobudek nie odrzuca otwarcie ideałów rządów prawa i praw człowieka. Jednak w praktyce, uderza w te zasady, kiedy tylko jest to potrzebne do konsolidacji władzy” – mówi András Sajó, wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU) i Uniwersytetu Harvarda.

Przyjeżdża do Polski z wykładem ironicznie zatytułowanym „Osobliwe poszanowanie zasady praworządności oraz praw człowieka w demokracjach nieliberalnych” na zaproszenie Rzecznika Praw Obywatelskich i naszego Archiwum Osiatyńskiego. Na to otwarte wydarzenie zapraszamy już dziś 5 listopada o godz. 19:00 do Austriackiego Forum Kultury (Próżna 7/9). Sajó będzie mówił po angielsku, ale zapewniamy tłumaczenie.

Do wystąpienia prof. Sajó odniosą się wybitni prawnicy i obrońcy praworządności w Polsce: dr hab. Adam Bodnar, RPO, prof. Ewa Łętowska, dyrektorka Amnesty International w Polsce Draginja Nadażdin, a także mieszkająca w Warszawie węgierska politolożka Edit Zgut.

Kilka godzin przed wykładem odbierze Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka przyznawaną przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Już dziś przedstawiamy kilka tez prof. Sajó o ustroju, jaki tworzy na Węgrzech Orban. Niektóre z nich – sprawdźcie sami – znajdują zastosowanie także do opisu Polski Kaczyńskiego i innych państwach europejskich, które zmierzają w podobnym kierunku „nieliberalnej demokracji”.

Prof. András Sajó o osobliwej węgierskiej demokracji

  1. „Demokracja nieliberalna”, czyli bez rzeczywistego wyboru

Choć samo pojęcie „nieliberalnej” demokracji bywa podważane przez badaczy prawa i polityki, faktem jest, że architekci takich ustrojów, w tym Viktor Orban, chętnie się nim posługują.

W „nieliberalnej demokracji”, ustrój jest formalnie demokratyczny, przeprowadzane są wolne wybory, przynajmniej w początkowych latach funkcjonowania nowego ustroju.

Jednak ze względu na przejmowanie mediów i dominowanie sfery kultury, faktycznie nie obowiązuje pluralizm polityczny. Wolne media istnieją – w szczątkowej formie – ale nie docierają do większości obywateli. Dlatego nie roztacza się prawdziwy wybór.

2. Prawo jest formalnie przestrzegane 

W przeciwieństwie do Polski, władza na Węgrzech operuje w granicach prawa, przynajmniej formalnie. Ważne jest dla niej sprawianie wrażenia przestrzeganie prawa. Przywiązanie do legalizmu pozwala legitymizować władzę, zarówno w oczach znacznej części własnych obywateli, jak i – do pewnego stopnia – w oczach społeczności międzynarodowej.

3. Sędziowie, urzędnicy i instytucje są podporządkowane władzy politycznej

Od fasadowego, formalnego przywiązania do praworządności jest jeden ważny wyjątek: sądy i urzędy zostają podporządkowane władzy. Kadry wymienia się na wielką skalę, sąd i urzędy zapełnia lojalistami lub przynajmniej osobami, które zawdzięczają szybszą czy bardziej spektakularną karierę władzy politycznej.

4. Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy politycznej 

Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy wykonawczej, która w razie potrzeby nagina je, czy raczej – „kreatywnie interpretuje”.

Koronnym przykładem są węgierskie regulacje dotyczące zamówień publicznych, które formalnie pozostają w zgodzie z zasadami prawa unijnego. Jednak pozwalają osobom sympatyzującym z władzą na wygrywanie przetargów. Na Węgrzech nowa elita bogaci się w majestacie prawa; niekoniecznie musi przekupywać czy zastraszać urzędników.

Prawo można też używać do tworzenia nowych monopoli. Przykładem regulacje dotyczące hazardu. Pod pretekstem ochrony moralności i zdrowia publicznego na Węgrzech zdelegalizowano hazard, by po kilku miesiącach go przywrócić, oddając licencje zausznikom.

5. Wasale władzy są równiejsi wobec prawa

Prawo służy do nieco lepszej ochrony interesów nowego establishmentu – tak długo, jak jego członkowie pozostają wierni centralnej władzy. Ta karze wybiórczo. Nie będzie raczej fabrykować dowodów przeciwko niewinnym.

Nielojalnemu właścicielowi mediów nie odbierze licencji – ale też jej nie przedłuży.

Prokuratura nie będzie ścigać zbrodni „białych kołnierzyków”, jeśli przestępstwo gospodarcze zostało popełnione przez wiernego wasala.

6. Zgodność stanowionego prawa z konstytucją jest oceniania pod dyktando polityków

Najważniejsze sądy – takie jak sąd konstytucyjny – w sprawach politycznych orzekają po myśli władzy.

6. Sądy, nawet wypełnione lojalistami, zazwyczaj orzekają zgodnie z literą prawa

Sędziowie sądów powszechnych znajdują się pod polityczną presją, jednak w większości wypadków nadal wydają wyroki zgodne z literą prawa – nawet, jeśli sędziowie zawdzięczającymi karierę władzy politycznej.

Egzekutywa z każdym rokiem zwiększa wpływ na sędziów, dokonując wymiany kadr pod pretekstem reorganizacji sądów i zmian wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku.

7. Masowo prywatyzuje się publiczny majątek 

Władza nie ściga skorumpowanych beneficjentów systemu, który w strukturalny sposób umożliwia okradanie państwa – w tym ze środków unijnych – na olbrzymią skalę.

Obywatelom mydli się oczy formalnym przestrzeganiem prawa, kiedy faktycznie dochodzi do prywatyzacji publicznego majątku.

8. Zależności wobec władzy są kreowane we wszystkich grupach społecznych

Prawo jest instrumentalnie traktowane do legalizowania działań władzy, ale też do kreowania zależności oraz dyscyplinowania społeczeństwa.

Stwarzanie feudalnych systemów zależności nie dotyczy tylko elit, takich jak sędziowie, wysokiego szczebla urzędnicy, przedsiębiorcy, ale też osób najbiedniejszych i najmniej uprzywilejowanych. Romowie, bezrobotni i bezdomni są uzależniani od wspierania lokalnej władzy, na przykład burmistrza, który rozdysponowuje prace w budżetówce w regionach o wysokiej stopie bezrobocia.

9. Rozpala się ksenofobię i tworzy przyzwolenie na przemoc

Wzniecenie nienawiści i akceptowanie przemocy wobec mniejszości i migrantów stwarzają warunki, w których społeczeństwo staje się obojętne wobec naruszeń praw człowieka, co może ułatwić wprowadzenie autokratycznego ustroju w przyszłości.

10. Prawa człowieka są przestrzegane w osobliwy sposób

Na ulicach nie ma czołgów, krytycy władzy nie są skazywani w procesach pokazowych, nie ma morderstw politycznych czy podejrzanych otruć, nie ma też dysydentów – przynajmniej w rozumieniu, jakie to słowo miało w okresie rządów komunistycznych.

Formalnie nie obowiązuje cenzura, ale pracę dziennikarzy i wolność wypowiedzi zwykłych obywateli ograniczają pozwy cywilne o ochronę dóbr osobistych.

Otwarcie nie odrzuca się idei praw człowieka – bo byłaby to rewolucja nie do zaakceptowania przez Unię Europejską – ale przeciwstawia się „węgierską” interpretację tej idei płynącym z „zachodu” trendom: otwartości, tolerancji, poszanowaniu praw mniejszości.