Złodziejstwo PiS

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje więcej pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych

– PiS robi rzecz dla przyszłych pokoleń Polaków, dla naszych dzieci, okrutną. Dzisiaj do budżetu wpłynie 5, 7, 10 mld, w przyszłości więcej, natomiast za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z tego budżetu powinno wypłynąć o wiele więcej miliardów złotych na wypłatę emerytur. Im wyższa składka, tym wyższa emerytura – tłumaczyła Leszczyna.

Kontrowersje wokół projektu

– PiS w panice szuka pieniędzy do przyszłorocznego budżetu i wprowadza drogą poselską tak naprawdę ustawę systemową dla systemu ubezpieczeń społecznych – tłumaczyła Paulina Hennig-Kloska – tak naprawdę dopiero nasze dzieci i wnuki odczują, co dzisiaj PiS robi z naszymi portfelami. Wtedy trzeba będzie oskładkować pracę dużo bardziej niż dziś, żeby utrzymać kominowe emerytury, które w wyniku tej regulacji powstaną – tłumaczyła.

KO złożyła do przewodniczącego komisji finansów publicznych Henryka Kowalczyka wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia, aby przedyskutować i ocenić skutki regulacji.

Kryzys w rządzie?

Sprzeciw wobec pomysłu zniesienia limitu składek jeszcze przed wyborami wnosił wicepremier Jarosław Gowin. Już po wyborach powtórzył, że projektu nie poprze. Zmianom sprzeciwiają się także pracodawcy i związkowcy.

Poparcie projektu rozważa część Lewicy, ale z klauzulą emerytury maksymalnej.

Marszałek Elżbieta Witek zamierza zamówić ekspertyzy ws. kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego. Witek chce sprawdzić, czy do TK może kandydować osoba w wieku 65 lat.

Do Trybunału Konstytucyjnego zamierzają kandydować Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Elżbieta Chojna-Duch. Pierwszych dwoje ma 67 lat, Chojna-Duch natomiast 71.

Po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie wiadomo, czy wspomniane osoby mogą kandydować do TK – prawicowy rząd zmienił wiek przejścia sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę, który ustalono na 65 lat. Wprowadzenie nowego wieku emerytalnego miało umożliwić pozbycie się z SN Małgorzaty Gersdorf. Zarówno Piotrowicz i Pawłowicz przekonywali wtedy, że… zmiana jest potrzebna.

W ustawie o Trybunale Konstytucyjnym widnieje zapis, że kandydaci do TK muszą spełniać takie same wymogi, co sędziowie Sądu Najwyższego. Wszystko wskazuje więc na to, że Piotrowicz, Pawłowicz i Chojna-Duch nie nadają się do kandydowania. Witek zamówiła ekspertyzę właśnie w tej sprawie.

„Gazeta Wyborcza” zapytała Witek o wiek PiS-owskich kandydatów. Marszałek odpowiedziała, że – jak podaje przywołany dziennik – „w ustawach mogą występować sprzeczności”.

Sytuacja wzbudziła rozbawienie internautów, którzy wypominają partii rządzącej niebywałą hipokryzję i obłudę. „Nazwa partii, w której jest pani marszałek, też jest w sprzeczności ze stanem faktycznym”, „Sam istniejący przepis nie wystarcza! Teraz jeszcze trzeba go przetłumaczyć z polskiego na nasze !!!”, „Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze!” –  to tylko niektóre komentarze użytkowników serwisu Wyborcza.pl.

Fantastyczne posunięcie nowego marszałka Senatu, pana Tomasza Grodzkiego. Uznał on, zresztą słusznie, że przyjmując takie stanowisko, należy przedstawić się narodowi i postanowił wygłosić orędzie w Telewizji Publicznej, zaraz po „Wiadomościach”. Dla pana Kurskiego był to zapewne szok, nie mógł przecież odmówić, jednak odpowiednio „przygotował” odbiorców swojej telewizji do tak nieoczekiwanego wydarzenia.

Sytuacja dla „reżimówki” bardzo niekomfortowa, więc trzeba było szybko odpowiednio zareagować i pokazać w „Wiadomościach”, kim jest nowy marszałek. Nie ma co, dziennikarze świetnie się przygotowali i ostro rzucili na marszałka.

Najpierw porównano jego majątek z majątkiem Elżbiety Witek, przy którym pan Grodzki wyszedł na krezusa. Przy okazji wyemitowano też fragment jego rozmowy z Robertem Mazurkiem. Dziennikarz usiłował dociec, ile tak naprawdę zarabiał pan profesor w minionych latach i nie chciał przyjąć do wiadomości, że wysokość tych zarobków obejmowała też dochód żony.

Przypomniano również, że profesor był przez 18 lat dyrektorem szpitala, który znalazł się na progu bankructwa, a wisienką na torcie była wypowiedź prof. Agnieszki Popieli, oburzonej wyborem na marszałka Senatu człowieka, któremu wręczyła łapówkę w wysokości 500 dolarów za operację matki. Zgodnie z tradycją Telewizji Publicznej, Tomasz Grodzki nie miał możliwości odnieść się do tak ostrej krytyki.

Z przekazu telewizyjnego wyłonił się nam człowiek, nieco szemrany. Tu łapówka, tam jakieś machlojki przy deklaracjach majątkowych, a do tego fatalne zarządzanie szpitalem. Jak widać, dziennikarze Kurskiego stanęli na wysokości zadania. Teraz telewidz został już odpowiednio „urobiony”, spokojnie odbierze orędzie pana profesora i nie da się nabrać, bo już zna całą prawdę. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wyłączył wcześniej telewizora, bo o wystąpieniu marszałka Sejmu „Wiadomości” nie raczyły poinformować.

Prof. Agnieszka Popiela z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego napisała we wtorek na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”.

Mimo swej niejasności wpis niepoparty żadnymi dowodami odbił się donośnym echem w mediach, a dla TVP był gwoździem programu poprzedzającego orędzie nowego marszałka Senatu.

Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne” – oświadczył Wirtualnej Polsce prof. Tomasz Grodzki.

Równocześnie marszałek dodał: „Apeluję, zgodnie z wymową mojego wczorajszego orędzia, o opamiętanie. Tym niemniej, choć z natury jestem człowiekiem łagodnym, w przypadku dalszego oczerniania mojej osoby będę zmuszony wystąpić na drogę sądową w obronie mojego dobrego imienia”.

I chyba opamiętanie przyszło dość szybko, bo pani Popiela w następnych wpisach zaczęła wyraźnie łagodzić swoje stanowisko:

„Ponieważ mój wpis wywołał dyskusje, wyjaśniam: Pan prof. T. Grodzki to wybitny torakochirurg, który pomógł mojej śp. Mamie. Dzięki niemu miała łatwiejszą śmierć i za to jestem wdzięczna. Napisałam to, co napisałam, bo objął wielką godność w Polsce, a to wymaga etyki na najwyższym poziomie” – napisała. W czym więc rzecz?

Dalej pani Popiela dodała: „Jeśli to była fundacja, a ja nie dostałam faktury/rachunku/potwierdzenia wpłaty przez pomyłkę, to chętnie przeproszę. Powinna być dokumentacja fundacji” – i powołała się na maksymę Ojca Świętego Jan Paweł II: „Prawda nas wyzwoli”.

Poproszona przez portal gazeta.pl o komentarz odpisała: „Nie komentuję tej sprawy”. Ale na Twitterze zamieściła kolejny wpis: „Liczę na wyjaśnienia Pana Marszałka. Jeśli dokumentacja fundacji jest ok to chętnie przeproszę”.

Nawiasem mówiąc – jak wynika z aktywności tej pani na Facebooku – w czasie jesiennych wyborów samorządowych wsparła ona polityka PiS i została członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Bartłomieja Sochańskiego na prezydenta Szczecina – pisze gazeta.pl.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Pojednawcze gesty obozu władzy z okazji inauguracji Sejmu nowej kadencji na razie zdały się na nic. Polacy wciąż pozostają głęboko podzieleni. Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Najlepiej dowiodły tego reakcje opozycji na sejmowe przemówienia pana prezydenta oraz marszałka seniora. Reakcje krytyczne, co niejako oczywiste. Ale krytyczne ze szczególnego powodu. Otóż wystąpienie Andrzeja Dudy niektórzy posłowie oprotestowali ze względu na brak zwyczajowych dowcipów, z których prezydent zdążył już zasłynąć w niejednym powiecie. Tymczasem w Sejmie – narzekali parlamentarzyści od centrum do lewa – nawet o Murzynach nie było ani słowa…

Co innego marszałek senior. Ten rozbawił opozycyjne towarzystwo niemal do łez, tropiąc szpiegów w „GW”, marksistów w SN i gender w podstawówkach, a też co chwila powołując się na Konstytucję. Pan marszałek „śmieszył, tumanił i przestraszał”, ani na chwilę nie wypadając ze swej zwyczajowej roli. Więc i brawa na koniec dostał całkiem zasłużenie.

No, ale właśnie na przykładzie reakcji na te dwa przemówienia widać najlepiej, jak bardzo stronnicy i przeciwnicy aktualnej władzy różnią się nie tylko pod względem poglądów, ale też poczucia humoru. Bo co jednych śmieszy, innych cieszy – i odwrotnie.

Zacznijmy od wystąpienia pana prezydenta i zarzutów opozycji, że było owszem, poprawne, ale strasznie poważne. Tymczasem można w ciemno iść o zakład, że parlamentarzyści PiS w duchu pokładali się przy nim ze śmiechu. Najzabawniejsze musiały się im wydać fragmenty o konieczności naprawy języka polityki, szacunku dla cudzych poglądów, wzajemnej tolerancji i temu podobne androny. Niektórzy musieli się chyba popłakać z uciechy.

Wewnętrznie, bo trzeba wszak było zachować pozory powagi, licząc, że ciemny antypisowski lud to kupi. Że da się nabrać na te puste gesty i nic nieznaczące deklaracje, które potrwają najdalej do majowych wyborów prezydenckich. Bowiem lud pisowski doskonale rozumie, że to tylko takie gadanie, obliczone na łagodzenie nastrojów i reelekcję prezydenta. On tak po prostu musi, bo inaczej „dobra zmiana” nie posunie się już ani o krok w kierunku Polski marzeń marszałka seniora.

Bo on, z kolei, mówił jak najbardziej serio. Owszem, lewactwo śmiało się w kułak na samo wspomnienie o „agentach”, „postkomunie” i „potworze gender”. Zresztą niektórzy „totalsi” już na sam widok marszałka seniora dostają napadu nerwowego chichotu, bo zaraz im się przypominają a to parówki smoleńskie, a to wyprawa na Caracale z widelcem. Tymczasem prawa strona sejmowej sali z pewnością wsłuchiwała się w słowa marszałka seniora z należytą powagą, a potem nagrodziła je jeszcze owacją na stojąco. Nie bez powodu wicepremier Sasin, barwna eminencja partii aktualnie rządzącej, z niekłamanym entuzjazmem wyrażał się w telewizji o treści i formie tego specyficznego przemówienia. Państwo z PiS i okolic wiedzą otóż doskonale, że pan Antoni bynajmniej nie żartował, kiedy zapowiadał polowanie na agentów w sądach i mediach, dalsze ograniczanie praw kobiet oraz „obronę wartości chrześcijańskich”. Całkiem serio zapowiadał też Polskę dla „prawdziwych” Polaków. To – drodzy totalsi – nie był żaden tam „kabaret”. Dowcipy o Konstytucji to opowiadał naiwnym rodakom pan prezydent Duda.

I tylko „totalsi” się w tym wszystkim nie zdążyli połapać tak od razu. Cóż – po prostu za grosz nie mają poczucia humoru.

Zamknąć mordy, Pawłowicz z Piotrowiczem idą

Znalezione……!!!!

Upadek Ursusa Bus może spowodować konieczność szukania od początku wykonawcy zapowiadanego przez premiera Morawieckiego tysiąca bezemisyjnych autobusów dla polskich miast.

Więcej >>>

„To się musi skończyć dramatem” – w ten sposób Donald Tusk opisuje rządy Prawa i Sprawiedliwości. Wywiad szefa Rady Europejskiej dla francuskiego dziennika „Le Soir” opublikowała sobotnia „Gazeta Wyborcza”.

Według Tuska pilniejszym pytaniem od tego, jaką postawę powinien przyjąć nowy prezydent, jest kwestia jaki powinien być kandydat, żeby wygrać. „Kryzys wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności” – powiedział Tusk w wywiadzie.

Kandydatem – uważa Tusk – „powinien więc być ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem będzie budował poparcie ponad połowy Polaków”. „Ja mam swoje bardzo wyraziste poglądy. Ale one nie są poglądami większościowymi w Polsce” – podkreślił b. polski premier.

Więcej >>>

Więcej >>>

Noworodek z zębami. Dobrze, że białych myszek nie ma. Może już i zarost ma. Krystyna musi pić coś naprawdę dobrego.

Prymas Polski abp. Wojciech Polak skomentował sprawę abp. Sławoja Leszka Głódzia, oskarżanego o mobbing przez 16 księży, którzy byli jego podwładnymi. Duchowny stwiedził, że choć „porusza go świadectwo tych księży”, decyzja w sprawie abp. Głódzia należy do papieża.

– Porusza mnie świadectwo tych księży, natomiast nie znam ich nazwisk. Zna je nuncjusz apostolski, ojciec święty. Jeżeli to są sprawy wiarygodne, to zostaną one kompetentnie zbadane i papież podejmie kompetentne decyzje – mówił abp Polak w rozmowie z Onetem. – Ja znam te świadectwa nie z podpisów, które widziałem, bo ich nie widziałem. Widziałem zakryte twarze, zmienione głosy, które mówiły – dodał.

Oskarżenia o mobbing pod adresem abp. Głódzia

Przypomnijmy: 16 kapłanów posądziło abp. Głódzia o mobbing. Potwierdzili tym samym doniesienia dziennikarzy TVN24. W programie stacji „Czarno na białym”, przedstawiono świadectwa anonimowych księży, którzy opowiadali, że doświadczyli poniżania i przemocy psychicznej ze strony metropolity gdańskiego. – Ksiądz arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, „(…) po czym powiedział: ‚Jak przytyjesz kilogram, wypi…lę cię po roku'” – mówił jeden z poszkodowanych księży.

W przesłanym do Polskiej Agencji Prasowej oświadczeniu szesnastu kapłanów z archidiecezji gdańskiej potwierdziło, że informacje o tym, jak Głódź traktuje podwładnych, są prawdziwe. Zadeklarowali, że są gotowi do powtórzenia zarzutów wobec Głódzia nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce (od trzech lat jest nim abp Salvatore Pennacchio).

Macierewicz, Jędraszewski i wartości chrześcijańskie postawione na głowie

>>>

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Psychologia Kaczyńskiego, a nie tylko inżynieria społeczna

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Targowica PiS

Senator Wadim Tyszkiewicz skomentował kandydatury PiS na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

– Stanisław Piotrowicz, Krystyna Pawłowicz i Elżbieta Chojna-Duch kandydatami PiS na sędziów Trybunału Konstytucyjnego – zapowiedział Ryszard Terlecki.

Komentarz Tyszkiewicza 

No i Trybunał Konstytucyjny zostanie zaorany przez dobrą zmianę. Nie zlikwidowany. Oj, nie. Będzie już w całej swojej okazałości narzędziem do legalizacji bezprawia i dyktatury jednego człowieka i jednej jedynie słusznej partii.

Bezczelność, buta, arogancja, polityczne chamstwo… Ta władza nie ma granicy czy bariery, jakiej by nie przekroczyła i to jest jej największa siła. Demokracja zdycha.

Prokurator stanu wojennego i prymitywna, chamska, niewychowana i nieokrzesana profesor” – żeby nie napisać dosadniej – aktywni politycy, to oni będą decydować o zgodności z Konstytucją nowo uchwalanego prawa przez PiS, czyli o sprawach najważniejszych dla Polaków. Szok. Czy możesz jeszcze niżej upaść Polsko?

Po jednym z moich wpisów rozpętała się burza. Zarzucono mi, że obrażam wyborców PiS. Nieporozumienie. Pawłowicz i Piotrowicz w Trybunale Konstytucyjnym to dowód na to, że miałem rację. Was obrażać nie trzeba, sami siebie obraziliście wybierając zamiast demokracji, autorytarne państwo politycznej comorry.

***

Prof. Andrzej Zoll: To klęska Trybunału, klęska ustroju polskiego prawnego i klęska nas wszystkich jako Polaków, społeczeństwa. Ta instytucja traci już jakiekolwiek szanse, aby zrobić coś dobrego dla naszego ustroju.

– Mamy do czynienia z ordynarnym zamachem konstytucyjnym. To, co chce zrobić Kaczyński domyka konstytucyjny zamach stanu, który dział się przez całą kadencję tego parlamentu. To jest kolejny potężny, być może potworny cios zadany zasadzie konstytucyjnej demokracji, zasadzie rządów prawa. Uważam, że jest to moment konstytucyjny, aby Sejm zmienił w ustawie o TK odpowiednie postanowienie, aby na każdy wakat kolejny sędzia wybierany był 2/3 głosów w Sejmie. Drugi przepis, że do czasu powołania sędziego na brakujące miejsce dotychczasowy sędzia pełni swój urząd – tak mają Niemcy, Włosi – wypowiadał się na antenie TVN24 były prezez TK prof. Andrzej Rzepliński.

Kamila GasiukPihowicz (posłanka, Koalicja Obywatelska): To w pewien sposób symboliczne Piotrowicz za służenie władzy komunistycznej w stanie wojennym dostał odznaczenie. Za służenie władzy PiS i niszczenie sądownictwa dzisiaj ma dostać stanowisko w Trybunale Konstytucyjnym”.

Joanna Scheuring-Wielgus (posłanka, Lewica Razem): Stanisław Piotrowicz, były poseł, któremu wyborcy PiS powiedzieli w wyborachNIE, prokurator stanu wojennego, usprawiedliwiał księdza pedofila z Tylawy, twarz podłej zmiany w wymiarze sprawiedliwości ma zostać sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Polska właśnie pada na twarz”.

Pisowskie granaty wrzucone w szambo

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas najmu służbowego lokum urzędnik kupuje własne mieszkanie.

Kopińska uważa jednak, że zachowanie Banasia należy rozpatrywać z punktu widzenia etyki. – „Taki urzędnik jak szef Krajowej Administracji Skarbowej czy minister finansów powinien kierować się najwyższymi standardami. Jeśli byśmy chcieli być trochę mniej życzliwi, to można powiedzieć, że skoro była taka możliwość, żeby nie oddawać mieszkania, to korzystałem do końca” – podsumowała zachowanie Banasia w tej sprawie Grażyna Kopińska.

Po wysunięciu przez PiS kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza na sędziów Trybunału Konstytucyjnego Roman Giertych opublikował na Facebooku kolejny list. Tym razem adresatem jest Jarosław Kaczyński.

Jak zwykle Giertych zaczyna kpiąco: – „Słyszałem o Pańskich nominacjach do TK. Brawo, brawo, po trzykroć brawo! Ale Pan załatwił za jednym razem Gowina i Dudę. Niech się teraz gimnastykują symetryści-chuligani, którzy popierali Pana reformy, ale się nie cieszyli, albo nawet je wetowali”.

Adwokat przewiduje, że i wicepremier, i prezydent przy okazji tych kandydatur zostaną przez Kaczyńskiego upokorzeni. – „Gowin, którego 17 posłów jest niezbędnych do wybrania Piotrowicza i Pawłowicz do TK, będzie to musiał zrobić i w ten sposób dokona Pan jego oficjalnego upokorzenia, dzięki któremu publicznie oświadczy, że jest Pana. Że może mu Pan kazać wszystko, a on jak niewolna maszyna zagłosuje na to, co Pan mu każe. Podobnie jest z A. Dudą. W ten sposób podkreśli Pan nad nimi dominację i to, że ci dwaj jedzą Panu z ręki” – napisał Giertych.

– „Tzw. środowiskom patriotycznym przypomni Pan, że o tym, kto jest komunistycznym aparatczykiem w czasach PRL-u nie decydują zapisy kartotek partyjnych, czy akta IPN-u, ale Pan. Jeżeli ktoś nawet wsadzał ludzi za poglądy polityczne i wiernie służył komunistom, to sam kontakt z Panem go oczyszcza i staje się on większym opozycjonistą, niż Wałęsa, Michnik, Hall razem wzięci. Również skończy się to puszenie klasy sędziowskiej. Wyobraża Pan to sobie już pewnie w swej pokrętnej głowie, jak będą się czuli upokorzeni przyzwoici sędziowie, gdy w sądzie konstytucyjnym zasiądzie pani Pawłowicz i podczas rozprawy np. spałaszuje sałatkę ze śledziem. Wszyscy będą się oburzać, a Pan ze śmiechu będzie się zwijać. A PiS ogłosi, że sędziowie się kompromitują, skoro mają takich sędziów w TK. I TVP ogłosi, że kolejny przykład kompromitacji obozu przeciwników PiS. To genialne!” – uważa Giertych.

Na koniec Giertych już zupełnie poważnie napisał: – „PiS uznał, że przegra wybory prezydenckie i TK ma być ich twierdzą. W ciągu najbliższego pół roku spróbują rozprawić się też z sądami, gdyż zakładają, że po wyborach prezydenckich już to nie będzie możliwe. Zapowiada się ciekawa zima”.

Wiceprzewodniczący (do 2017) Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, wybitny specjalista prawa i przenikliwy analityk sytuacji na Węgrzech, który potrafi pokazać, co kryje się za fasadą rządów Viktora Orbana, prof. András Sajó przyjeżdża do Warszawy z wykładem-ostrzeżeniem. Komentują m.in. Bodnar i Łętowska. Już dziś o 19. Temat wolności – wstęp wolny

„Na Węgrzech Viktora Orbana, państwie z dumą określanym przez jego przywódcę jako nieliberalna demokracja, władza zachowuje pozory i z instrumentalnych pobudek nie odrzuca otwarcie ideałów rządów prawa i praw człowieka. Jednak w praktyce, uderza w te zasady, kiedy tylko jest to potrzebne do konsolidacji władzy” – mówi András Sajó, wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU) i Uniwersytetu Harvarda.

Przyjeżdża do Polski z wykładem ironicznie zatytułowanym „Osobliwe poszanowanie zasady praworządności oraz praw człowieka w demokracjach nieliberalnych” na zaproszenie Rzecznika Praw Obywatelskich i naszego Archiwum Osiatyńskiego. Na to otwarte wydarzenie zapraszamy już dziś 5 listopada o godz. 19:00 do Austriackiego Forum Kultury (Próżna 7/9). Sajó będzie mówił po angielsku, ale zapewniamy tłumaczenie.

Do wystąpienia prof. Sajó odniosą się wybitni prawnicy i obrońcy praworządności w Polsce: dr hab. Adam Bodnar, RPO, prof. Ewa Łętowska, dyrektorka Amnesty International w Polsce Draginja Nadażdin, a także mieszkająca w Warszawie węgierska politolożka Edit Zgut.

Kilka godzin przed wykładem odbierze Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka przyznawaną przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Już dziś przedstawiamy kilka tez prof. Sajó o ustroju, jaki tworzy na Węgrzech Orban. Niektóre z nich – sprawdźcie sami – znajdują zastosowanie także do opisu Polski Kaczyńskiego i innych państwach europejskich, które zmierzają w podobnym kierunku „nieliberalnej demokracji”.

Prof. András Sajó o osobliwej węgierskiej demokracji

  1. „Demokracja nieliberalna”, czyli bez rzeczywistego wyboru

Choć samo pojęcie „nieliberalnej” demokracji bywa podważane przez badaczy prawa i polityki, faktem jest, że architekci takich ustrojów, w tym Viktor Orban, chętnie się nim posługują.

W „nieliberalnej demokracji”, ustrój jest formalnie demokratyczny, przeprowadzane są wolne wybory, przynajmniej w początkowych latach funkcjonowania nowego ustroju.

Jednak ze względu na przejmowanie mediów i dominowanie sfery kultury, faktycznie nie obowiązuje pluralizm polityczny. Wolne media istnieją – w szczątkowej formie – ale nie docierają do większości obywateli. Dlatego nie roztacza się prawdziwy wybór.

2. Prawo jest formalnie przestrzegane 

W przeciwieństwie do Polski, władza na Węgrzech operuje w granicach prawa, przynajmniej formalnie. Ważne jest dla niej sprawianie wrażenia przestrzeganie prawa. Przywiązanie do legalizmu pozwala legitymizować władzę, zarówno w oczach znacznej części własnych obywateli, jak i – do pewnego stopnia – w oczach społeczności międzynarodowej.

3. Sędziowie, urzędnicy i instytucje są podporządkowane władzy politycznej

Od fasadowego, formalnego przywiązania do praworządności jest jeden ważny wyjątek: sądy i urzędy zostają podporządkowane władzy. Kadry wymienia się na wielką skalę, sąd i urzędy zapełnia lojalistami lub przynajmniej osobami, które zawdzięczają szybszą czy bardziej spektakularną karierę władzy politycznej.

4. Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy politycznej 

Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy wykonawczej, która w razie potrzeby nagina je, czy raczej – „kreatywnie interpretuje”.

Koronnym przykładem są węgierskie regulacje dotyczące zamówień publicznych, które formalnie pozostają w zgodzie z zasadami prawa unijnego. Jednak pozwalają osobom sympatyzującym z władzą na wygrywanie przetargów. Na Węgrzech nowa elita bogaci się w majestacie prawa; niekoniecznie musi przekupywać czy zastraszać urzędników.

Prawo można też używać do tworzenia nowych monopoli. Przykładem regulacje dotyczące hazardu. Pod pretekstem ochrony moralności i zdrowia publicznego na Węgrzech zdelegalizowano hazard, by po kilku miesiącach go przywrócić, oddając licencje zausznikom.

5. Wasale władzy są równiejsi wobec prawa

Prawo służy do nieco lepszej ochrony interesów nowego establishmentu – tak długo, jak jego członkowie pozostają wierni centralnej władzy. Ta karze wybiórczo. Nie będzie raczej fabrykować dowodów przeciwko niewinnym.

Nielojalnemu właścicielowi mediów nie odbierze licencji – ale też jej nie przedłuży.

Prokuratura nie będzie ścigać zbrodni „białych kołnierzyków”, jeśli przestępstwo gospodarcze zostało popełnione przez wiernego wasala.

6. Zgodność stanowionego prawa z konstytucją jest oceniania pod dyktando polityków

Najważniejsze sądy – takie jak sąd konstytucyjny – w sprawach politycznych orzekają po myśli władzy.

6. Sądy, nawet wypełnione lojalistami, zazwyczaj orzekają zgodnie z literą prawa

Sędziowie sądów powszechnych znajdują się pod polityczną presją, jednak w większości wypadków nadal wydają wyroki zgodne z literą prawa – nawet, jeśli sędziowie zawdzięczającymi karierę władzy politycznej.

Egzekutywa z każdym rokiem zwiększa wpływ na sędziów, dokonując wymiany kadr pod pretekstem reorganizacji sądów i zmian wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku.

7. Masowo prywatyzuje się publiczny majątek 

Władza nie ściga skorumpowanych beneficjentów systemu, który w strukturalny sposób umożliwia okradanie państwa – w tym ze środków unijnych – na olbrzymią skalę.

Obywatelom mydli się oczy formalnym przestrzeganiem prawa, kiedy faktycznie dochodzi do prywatyzacji publicznego majątku.

8. Zależności wobec władzy są kreowane we wszystkich grupach społecznych

Prawo jest instrumentalnie traktowane do legalizowania działań władzy, ale też do kreowania zależności oraz dyscyplinowania społeczeństwa.

Stwarzanie feudalnych systemów zależności nie dotyczy tylko elit, takich jak sędziowie, wysokiego szczebla urzędnicy, przedsiębiorcy, ale też osób najbiedniejszych i najmniej uprzywilejowanych. Romowie, bezrobotni i bezdomni są uzależniani od wspierania lokalnej władzy, na przykład burmistrza, który rozdysponowuje prace w budżetówce w regionach o wysokiej stopie bezrobocia.

9. Rozpala się ksenofobię i tworzy przyzwolenie na przemoc

Wzniecenie nienawiści i akceptowanie przemocy wobec mniejszości i migrantów stwarzają warunki, w których społeczeństwo staje się obojętne wobec naruszeń praw człowieka, co może ułatwić wprowadzenie autokratycznego ustroju w przyszłości.

10. Prawa człowieka są przestrzegane w osobliwy sposób

Na ulicach nie ma czołgów, krytycy władzy nie są skazywani w procesach pokazowych, nie ma morderstw politycznych czy podejrzanych otruć, nie ma też dysydentów – przynajmniej w rozumieniu, jakie to słowo miało w okresie rządów komunistycznych.

Formalnie nie obowiązuje cenzura, ale pracę dziennikarzy i wolność wypowiedzi zwykłych obywateli ograniczają pozwy cywilne o ochronę dóbr osobistych.

Otwarcie nie odrzuca się idei praw człowieka – bo byłaby to rewolucja nie do zaakceptowania przez Unię Europejską – ale przeciwstawia się „węgierską” interpretację tej idei płynącym z „zachodu” trendom: otwartości, tolerancji, poszanowaniu praw mniejszości.

Krystyna Pawłowicz i Piotrowicz do Trybunału Konstytucyjnego, który Kaczyński przygotowuje na czas stanu wojennego

Stanisław Piotrowicz, Krystyna Pawłowicz i Elżbieta Chojna-Duch będą kandydatami PiS na sędziów Trybunału Konstytucyjnego – podała na Twitterze Polska Agencja Prasowa.

Informację PAP przekazał Ryszard Terlecki z PiS.