Tomasz Lis – ZABAWA w BERKA

Wielkie namiętności, według mnie zupełnie niesłusznie, wzbudziła kandydatura Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Według mnie nie dlatego, że jest to kandydatura zła, ale dlatego, że jest to kandydatura Tuska, więc kto, z różnych powodów, chce walnąć Tuska w łeb, wali go w łeb Berkiem, co stanowi nową wersję znanej chyba nam wszystkiej z dzieciństwa gry w berka.

Berka i jego kandydaturę krytykują ludzie rozmaici, od prof. Matczaka przez Krystynę Pawłowicz, po dziennikarzy symetrystów, szczególnie z redakcji, które kilka lat temu brały pieniądze od Ziobry i Romanowskiego, z Funduszu Sprawiedliwości, czyli były beneficjentami przestępstwa, bo nie na de facto łapówki za dobrą prasę były te pieniądze przeznaczone.

Charakterystyczne, że krytycy ci nie twierdzą, że Berek jest zły, niekompetentny i na sędziego się nie nadaje i sędziom będzie złym. Twierdzą, że kandydatem jest złym i sędzią być nie powinien, bo był współpracownikiem Tuska.

Przy okazji padają całkowicie absurdalne porównania Berka do pań Przyłębskiej i Pawłowicz oraz panów Piotrowicza i Święczkowskiego. Absurdalne, bo Berek nie należał i nie należy do żadnej partii, prawnikiem jest, co podkreślają wszyscy, świętym i nie tylko nie brał aktywnego udziału w niszczeniu w Polsce praworządności, jak państwo P., P., P. I Ś, ale został wymyślony właśnie po to, by praworządność na odcinku Trybunału Konstytucyjnego przywrócić. Czyli
naprawić to co wspomniani państwo przez lata niszczyli. Jest to więc porównywanie policjanta, który ma odwrócić skutki kradzieży, do złodzieja, bo obaj przecież są zaangażowani w sprawę kradzieży. Absurd, nonsens, a nawet nikczemność.

Nie odmawiam wszystkim krytykom kandydatury dobrej woli. Niektórzy mają oczywiście wolę dobrą, zarzucam im za to skrajną naiwność.

Reprezentują oni swoisty absolutyzm i puryzm prawny, który może byłby i dobry, ale nie w momencie, gdy niszczony i dewastowany przez ponad dekadę trybunał trzeba jak najszybciej odbudować. Sądzę, że mam do krytyki takiej postawy prawo, bo od 2015 roku uczestniczyłem chyba we wszystkich demonstracjach w obronie Trybunału Konstytucyjnego i naprawdę nie przede wszystkim dlatego, że mieszkam jakieś 300 metrów od jego siedziby.

Krytycy pomysłu z Berkiem nie przedstawiają niestety żadnego pomysłu na to jak problem trybunału rozwiązać, są więc jak felczerzy, którzy nie wiedzą jak pomóc pacjentowi, a skupiają się na tym by atakować i krytykować jedynego lekarza, który mówi, że wie jak pacjenta uratować. Taka postawa to już nie pięknoduchostwo, ale naiwność i krytykanctwo. Do tego to propozycja swoistej politycznej i prawnej impotencji: „przewróciło się, niech leży”. Otóż będę się upierał, że impotencja nigdy nie jest sexy i nigdy nie jest żadnym rozwiązaniem. Jest co najwyżej abdykacją i ucieczką od odwagi i decyzji. Impotencja nie jest sexy. Nieporadność i bezradność też nie. Są wyłącznie abdykacją i kapitulacją.

Dochodzimy tu do pytania o to jak radzić sobie ze złem i na ile można oraz należy sobie pozwolić w walce z nim. Z historii, powszechnej, ale i Polski, wiemy, że appeasement, próba obłaskawienia zła i przymknięcia na niego oka nigdy nie jest żadnym rozwiązaniem. Jest tyłku moralnie śmierdzącym ustępstwem, które gwarantuje, że problem za chwilę wróci, ale w jeszcze gorszym wydaniu. Krytycy Berka to więc zwolennicy swoistego prawniczego Monachium w Warszawie. Nie, nie chcemy w Warszawie Monachium, a na pewno nie w tym sensie. Ja mam przekonanie, że zła naśladować oczywiście nie można, ale trzeba mu rzucić w twarz rękawicę, wypowiedzieć mu wojnę i zdecydować się na odwagę. Potrzebna jest stanowczość, a nie miękka gra, którą zło zawsze uznaje za słabość i zachętę do dalszych aktów zła. „Gwałt niech się gwałtem odciska”, pisał nasz wielki wieszcz. W kodeksie Hammurabiego proponowano zasadę „oko za oko, ząb za ząb”, którą przyjęto uznawać za wezwanie do krwawej zemsty. Talmud tłumaczy, że to błędna interpretacja. Chodzi po prostu o to by kara była sprawiedliwa, a odszkodowanie odpowiadające szkodzie, czyli by skutki były adekwatne do przyczyn. I tyle. Z uzurpatorami trzeba twardo, bo tylko język siły, determinacji i stanowczości pojmują.

Problem adekwatności reakcji do akcji mamy nie tylko my. W sprawie na przykład Gazy wielu twierdzi, że Izrael powinien zastosować środki proporcjonalne do tych, które wywołały wojnę. Nie bardzo tylko wiadomo na czym ta proporcjonalność miałaby polegać- na mordowaniu niemowlaków i starców i robieniu z tego transmisji na Facebooku oraz gwałceniu nastolatek i ich zwłok? Toż to byłoby prawdziwe a nie rzekome ludobójstwo.

Nie byłoby lepiej, wracając do naszego trybunału, powiedzieć, że problem z Berkiem polega na tym, że to pomysł Tuska, a my korzystamy po prostu z okazji, by porównać jego i jego działania w sprawie trybunału, do Kaczyńskiego i jego działań, niezależnie od tego jak bardzo byłoby to absurdalne?

Mi Berek nie przeszkadza w ogóle. Nie mam pretensji do hydraulika, który mi naprawiał zlew, że trochę pobrudził kuchnie, ani do gościa, który naprawiał kabinę prysznicową, że zostawił mokre ślady w łazience. Od obu oczekuję jedynie, by szybko wykonali swą robotę i naprawili to co nie działa. Na zabawę w berka czasu już nie mam. Za stary jestem.

 

Tomasz Lis – SUMA POLSKICH STRACHÓW

Czasem także okoliczności imponujących zwycięstw mogą być źródłem bardzo długotrwałej traumy. Tzw. „cud nad Wisłą” to tego doskonały przykład. W polskim DNA ten wielki tryumf zapisał na stałe nieprzemijające przekonanie o śmiertelnym zagrożeniu ze wschodu, konkretnie z Moskwy.
Piszę o tzw. „cudzie”, bo wiadomo, że pojęcie to wymyśliła endecja by osłabić wrażenie tryumfu znienawidzonego przez nich Piłsudskiego. Nazwa się przyjęła, bo narodowi nie gryzły się przywództwo marszałka, chwała Wojska Polskiego i chwalebna interwencja Matki Bożej. Wręcz przeciwnie. Oczywiście pojawia się pytanie dlaczego Matka Boża nie interweniowała na naszą rzecz w roku 1939 i 1945, ale może po prostu istnieje limit jej interwencji w jednostce czasu typu stulecie. Pozostaje faktem, że gdy w drugiej połowie sierpnia 1980 roku Polska zobaczyła znaczek z Matką Bożą w kłapie przewodniczącego Lecha Wałęsy (oraz jego samego), to nikt nie widział w tym nic niestosownego.

W sierpniu 1980 i przez kolejnych 16 miesięcy Solidarności powszechnie pytano „czy Ruscy wejdą czy nie wejdą”, choć już tu byli, a po czerwcu 1989 ponownie, czy nie zablokują demokratycznych przemian w Polsce. Strach przed Ruskami miał oczywiście racjonalne podstawy. W obliczu wojny w Ukrainie ma je oczywiście i dziś. Trudno więc zrozumieć dlaczego kilka naszych prawicowych partii konsekwentnie prowadzi politykę jakby wymyśloną w Moskwie, a to torpedując program Safe, a to sącząc antyukraińską propagandę.

Większości pompowanych przez naszą prawicę strachów nie podzielam zupełnie.
Zupełnie się na przykład nie boję Ukraińców.
Oczywiście po ewentualnym wejściu do UE będą dla nas konkurencją, ale nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się jej bać i jej nie sprostać. W mieszkających w Polsce Ukraińcach też widzę głównie zastrzyk dla naszego rynku pracy i swoistą rezerwę demograficzną.

Niemców też nie boję się w ogóle. Widzę w nich, niezależnie od naszych traum i blizn, o których zapominać nie można, głównie dobrego sąsiada oraz ważnego sojusznika i partnera. Pochodzę z Zielonej Góry czyli z odebranej Niemcom po wojnie Ziemi Lubuskiej. Rodzina mojej mamy przyjechała na tzw. ziemie odzyskane w bydlęcych wagonach z Wileńszczyzny. Już w Zielonej Górze mieszkała w mieszaniu w starej poniemieckiej kamienicy, ale nigdy nie bała się, że przyjdzie Niemiec po swoje. Jeździliśmy na zakupy do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów NRD i też nie widzieliśmy żadnych wilkołaków, przecież nie tylko dlatego, że komunistyczna propaganda podpowiadała, że nasi socjalistyczni Niemcy z NRD, w przeciwieństwie do tych zachodnich, są ok.

Nie boję się też żadnych gejów i lesbijek ani związków partnerskich. Jeśli coś grozi polskiej rodzinie i małżeństwu, to nie przede wszystkim oni i one.
Nie boję się też gwałtownej ateizacji Polski i Polaków, nawet jeśli część biskupów i księży bardzo na nią pracuje. Katolicyzm jest głęboko zakorzenioną, jedyną powszechnie zaakceptowaną formą kulturową w Polsce i nie sądzę by kiedykolwiek ktokolwiek to zmienił. Nie znaczy to oczywiście, że nie widzę w istocie irytujących regularnych kpin z wierzących i praktykujących. Nasi postępowcy traktują praktykujących jako osobników niepełnosprawnych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie. Uczestników mszy jak biorących udział w gusłach lub seansach spirytystycznych, uczestników procesji w Boże Ciało jak półgłówków nie wiedzących jak spędzać wolny weekend, a uczestników pieszych pielgrzymek do Częstochowy jako wcale nie pochowanych popaprańców. Denerwuje mnie to nie tylko dlatego, że szedłem w pielgrzymce (całą trasę!), było to dla mnie wspaniałe religijne i obywatelskie przeżycie (w połowie lat 80-tych była to jak maszerująca wolna Polska w czasie gdy także wolność była towarem bardzo deficytowym). Kto o 4.30-5.00, jeszcze przed świtem, nie śpiewał Godzinek i „Kiedy ranne wstają zorze”, naprawdę wiele stracił. Ale powtarzam, katolicy w Polsce nie są gatunkiem zagrożonym.
Co nie zmienia faktu, że mają prawo się bać i prostackiego antyklerykalizmu i gwałtownej rewolucji kulturowej. W takiej Ameryce doskonała biała koszykarka ligi WNBA stała się ofiarą nagonki, bo miała czelność powiedzieć, że sport kobiet powinien być jednak dla kobiet, a nie dla facetów o wzroście 2.20 i barach 1.50 metra. Zarzucono jej transfobię, tak jak krytykom masowej imigracji zarzuca się islamofobię. Takie oskarżenia to niestety stały repertuar lewicy wobec tych, którzy nie lubią obyczajowych ekscesów i szaleństw politycznej popularności.
Nie wszystkie strachy konserwatystów są więc od czapy. Podobnie jak nie wszystkie strachy polskich demokratów. Nie ukrywam, że boję się nacjonalistycznej, faszyzującej, ksenofobicznej, antysemickiej oraz antyukraińskiej Polski, bo byłaby ona jak splunięcie na groby polskich bohaterów i wyrzucenie do śmietnika spisanego ich krwią testamentu jaki nam zostawili.

Nie ma wiec co polskich strachów in gremio bagatelizować i lekceważyć. Nie należy im też jednak ulegać. Jak powiedział prezydent Roosevelt, nie mamy się czego bać poza strachem.

 

Tomasz Lis – POCHWAŁA NIEWYGODY

W żydowskim kalendarzu przełom lipca i sierpnia uznaje się za początek końca lata, choć jeszcze w sierpniu i we wrześniu pogoda w Jerozolimie i Tel -Avivie na żaden koniec lata nie wskazuje.

U nas do chłodniejszych sierpniowych wieczorów jeszcze trochę zostało, ale wielu z nas patrząc w kalendarz na pewno zarejestrowało już przekroczenie półmetka wakacji.

We wrześniu większość wróci do kieratu, w naszym świecie, w którym największą traumą wydaje się czasem brak wi-fi, przy czym warto odnotować, że nie było żadnych kłopotów z Wi-fi przed pojawieniem się telefonów komórkowych, czyli czasem ułatwienie życia rodzi nowe kłopoty.

Życie jeszcze nigdy nie było tak wygodne jak teraz. Nawet na wakacjach się o tym przekonujemy. Czy ktoś chodzi jeszcze do biur podróży? Większość załatwia wszystko na booking. Com. Rezerwację hotelu, biletów lotniczych, samochodu, check in biletów, przewodników i wszystko inne. Załatwiamy niemal wszystko nawet nie ruszając tyłka z kanapy. Już na wakacjach nikt nie fatyguje się by kupować pocztówki i znaczki, bo nawet naszym babciom i dziadkom wystarczy wysłać sms, mejl albo pocztówkę internetową.

Cała nasza cywilizacja nastawiona jest teraz na to, by nasze życie uczynić najbardziej wygodnym i bezstresowym. W ogromnym stopniu się to udało, ale zdecydowanie nie całkowicie. Zwykłe czynności życia codziennego nigdy nie były tak proste i bezstresowe, z czego nie wynika, że życie stało się bezstresowe. Choroby i kłopoty psychiczne dzieci i młodzieży plus plaga depresji są tego dowodem. Życie stało się wygodniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, ale niekończenie łatwiejsze. Żadna aplikacja w telefonie komórkowym nie rozwiąże bowiem fundamentalnych problemów naszej egzystencji, trudów istnienia i bólu istnienia. Nie rozwiąże kłopotów z samotnością czy brakiem miłości, o chorobach nawet nie wspominając.

Tak totalnie stawiając na wygodę jako wartość naczelną, ludzkość, narody i poszczególni ludzie stwarzają sobie nie lada problemy. Brzydko mówiąc sami kręcimy sobie bicz na własne łby.

Życie ma być bezstresowe, zamiast więc pomagać naszym dzieciom rozwiązywać problemy i omijać przeszkody, sami zajmujemy się ich usuwaniem. My, urodzeni w PRL mamy obsesję, by oszczędzić dzieciom kłopotów, które były naszym udziałem. Z sukcesem. Tyle że po drodze zamiast uodparniać dzieci na kłopoty i stresy, czynimy je w ich obliczu całkowicie bezradnymi. W hymnie harcerskim śpiewanym przez dziewczyny z Szarych Szeregów, których pamięć przy okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego słusznie czcimy, śpiewano „ramię pręż, słabość krusz, ducha tęż, Ojczyźnie miłej służ, na jej zew, w bój czy trud, Pójdzie rad harcerzy polskich lud”.

Cały ten hymn jest o pracy, trudzie, służbie i harcie ducha. W takim duchu wychowywano chyba najlepsze pokolenie, jakie kiedykolwiek dostała wolna Polska.
Jakby to było dziś? Z w-fu synuś załatwimy ci zwolnienie, żebyś się nie spocił i nóżki nie skręcił. Z prac domowych zwolni cię minister Nowacka, z harcerstwem zaś to zawracanie głowy, dość jest zajęć pozalekcyjnych. Obozy harcerskie to w ogóle wygłup, po co dzieciakom sprawności jak przy okazji ich zdobywania mogą ich pogryźć komary, o kleszczach nawet nie wspominając.

W naszej podstawówce nr 14 imienia Adama Mickiewicza w Zielonej Górze, na coponiedziałkowym porannym apelu śpiewaliśmy Pieśń Filaretów wieszcza: „Cyrkla, wagi i miary, do martwych użyj brył, mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”. To była pochwała ambicji, marzeń, odwagi, a nie minimalizmu, kunktatorstwa i tchórzostwa.

Teraz celebrowany przez niektórych model idealny to życie na koszt rodziców albo ze zbiórek na Patronite, bo po co zasuwać skoro zasuwać mogą inni. Lewica dość twardo potępia tzw „kulturę zapierdolu”, choć to dzięki niej Polska odnosi najbardziej spektakularny cywilizacyjny sukces w swej historii, a siła nabywczą przeciętnego Polaka już przekracza siłę nabywczą przeciętnego Japończyka, kilka dekad temu niewyobrażalne.

Mam i kocham psa, nie wyobrażam sobie bez niego życia, nawet nie wiem czy to ja mam jego czy on mnie, nasza relacja to swoiste spokojne braterstwo, więc bliska jest mi idelooogia psizmu, specjalnej troski o nasze zwierzęta. Ale nasz piękny indywidualnie psizm ma zgubne skutki, gdy młodzi zamiast robić, rodzić i wychowywać dzieci, masowo wolą łatwiejsze w obsłudze pieski. Już jeden z najniższych przyrostów naturalnych na świecie, wkrótce będzie zerowy. Szacuje się, że w roku 2065-70 liczba Polaków dojdzie do powojennych 24 milionów ,czyli poziomu pookupacyjno- poholocaustowego. Przecież to katastrofa. Miał rację więc ostatnio Cejrowski mówiąc, że kobiety z wygody nie rodzą dzieci. Że sam dowodów prokreacyjnej działalności nie dał, to inna sprawa, zostawmy już na boku. No to jest bezstresowo. Tylko kto utrzyma kiedyś nas staruchów, kiedy zbankrutują ZUS i służba zdrowia, gdy domów starców będzie więcej niż żłobków i przedszkoli.

Nie przesadzajmy więc z tą wygodą, bo jako naród w końcu wylądujemy w wygódce, i ładnie pachnieć to nie będzie.

 

Tomasz Lis – POLAND CZYLI NO-LAND

W tym tygodniu mija rok od zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na prezydenta, co oznacza, że mija też rok moich poszukiwań odpowiedzi na pytanie dlaczego 10 milionów Polaków na niego glosowało, w czym pomagały mi liczne rozmowy ze zwolennikami PiS, w tym kilkoma moimi sąsiadami (w centrum Warszawy znalezienie zwolenników PiS nie jest łatwe).

Powiedzmy sobie szczerze, ludzie nie glosowali na niego, bo umie robić pompki. Tym bardziej nie, bądźmy poważni- ze względu na wykształcenie, wiedzę, profesjonalizm, doświadczenie czy znajomość języków obcych.

Po roku poszukiwań doszedłem do wniosku, że ludzie glosowali na Nawrockiego, bo nie był Trzaskowskim ani kandydatem Tuska.

U nas nie ma PiS-u i PO. U nas jest przede wszystkim nie-KO i nie- Tusk, na co glosują jedni, i nie- PiS i nie- Kaczyński, na co głosują inni. W zeszłorocznych wyborach prezydenckich wygrał nie-kandydat Tuska, a w parlamentarnych trzy lata temu wygrał nie-PiS i nie-Kaczyński.

Jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie polityczne. Właśnie z jednego PiS-u zrobiły się dwa PiS-y. Wcześniej z jednej Konfederacji zrobiły się dwie Konfederacje, a niedawno z jednej partii Hołowni zrobiły się trzy Hołownie. W naszej polityce najczęstsze jest mnożenie przez podział. W tej sytuacji za anomalię można uznać fakt, że nie dzieli się KO, ale być może wynika to z prostego faktu, że w polityce najlepszym klejem jest po prostu władza. PiS u władzy też się przecież nie podzielił, choc państwo żarli się już ze sobą ostro.

W psychologii istnieje zjawisko zwane kontrarianizmem. Wielu ludzi jest z założenia na nie, bo tak lubi.

Kontrarianizm w Polsce to postawa nie tylko powszechna, ale i historycznie uzasadniona oraz zrozumiała. Najpierw przez setki lat rządzili u nas magnaci i bogata szlachta, którzy byli znienawidzeni, bo lud zasadniczo traktowali jak niewolników, podludzi i bydło. Potem rządzili z założenia znienawidzeni zaborcy, potem było 20 lat przerwy, z których demokracją była mniej niż dekada. Potem była wojna i znienawidzony okupant, a potem przynajmniej nielubiana komuna. Przez te wszystkie epoki bycie na nie, było nie tylko naturalne, ale i racjonalne. Potem, to pamiętamy, przyszła demokracja, o której Lech Wałęsa, nie wiadomo czy do końca żartobliwie powiedział: „miała być demokracja, a teraz każdy glosuje jak chce”.

W ostatnich dwóch dekadach nasze naturalne poniekąd umiłowanie podziałów i antagonizmów dostało gigantyczne wsparcie technologiczne. Internet szalenie ułatwia ludziom utwierdzanie się w swych poglądach i zamykanie się w swych bańkach. Następuje swoiste sprzężenie zwrotne, im jaśniej artykułujemy swe poglądy, tym więcej dostajemy sygnałów i impulsów potwierdzających, że nasze poglądy są słuszne, a poglądy innych niesłuszne. Jak ktos przez przypadek do którejś z politycznych drużyn jeszcze nie należał, to z pomocą Facebooka czy X-a w niej wylądował. Mostu łączącego obie grupy praktycznie nie ma, a gdyby przez przypadek się pojawił, to obie strony postarają się by spłonął.

Bycie na nie z pomocą internetu zostało więc wzmocnione, utrwalone, usankcjonowane, a nawet zinstytucjonalizowane. I PiS i PO, to przy wszystkich różnicach po prostu środki wyrazu naszego polskiego nie-sizmu.

Oczywiście bywają w życiu naszego narodu momenty, gdy dosc gremialnie mówimy „tak”, ale po pierwsze nie zawsze z korzyścią dla nas samych, po drugie zwykle jest to krótkotrwałe.

Decyzja o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego poczatkowo wywołała entuzjazm, bo ludzie chcieli bić Niemca, ale sama decyzja, niezależnie od mitu i bezprzykładnego i bezdyskusyjnego bohaterstwa powstańców, przyniosła narodowi największą polityczną, militarną i humanitarną katastrofę w historii, utratę stolicy, elity i bezcennych dóbr kultury, bez osiągnięcia żadnego z zakładanych celów. Po dwóch tygodniach powstania większość cywilnej ludności miasta powstanie i powstańców przeklinała, co doskonale w ” Pamiętniku z powstania warszawskiego” opisał Miron Białoszewski.

Do Solidarności w kilka miesięcy zapisało się w 1980 i 81 roku 10 mln Polaków, ale już po roku, co pokazał zjazd w Gdańsku, wszyscy się w związku żarli, cud boski, że w 89 roku dowiozła ona Polsce wolność.

Bycie na „tak” nie zawsze więc sprawdza się u nas lepiej niż bycie „na nie”. Czasem więc nasza No-land nie jest więc taka zła.

Bycie ” na nie” nie przejdzie nam ani jutro, ani pojutrze ani pewnie nigdy. I ok. Żyliśmy z tym tak długo, to jeszcze pożyjemy. Powinniśmy więc tylko zadbać o to, by nasz nie-sizm artykułować w cywilizowany sposób, z zachowaniem szacunku dla oponentów i adwersarzy. To w naszej kochanej ojczyźnie No-land w zasadzie powinno wystarczyć.

 

Tomasz Lis – Kaczyński Tusk LAST DANCE

Wielu z Was oglądało zapewne na Netfliksie świetny film dokumentalny Last Dance, Ostatni Taniec, o ostatnim mistrzowskim sezonie najlepszego koszykarza w historii, Michaela Jordana w Chicago Bulls.

Właśnie wchodzimy w być może ostatni polityczny sezon dwóch gigantów polskiej polityki, Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, będziemy więc przez najbliższy rok oglądać polityczny Last Dance po polsku.

Wszyscy jednoznacznie i dość autorytatywnie wypowiadają się o sytuacji
na linii Jarosław Kaczyński- Mateusz Morawiecki jakby nie mieli żadnych wątpliwości co, dlaczego, jak oraz co będzie na końcu. Ja nie wiem czy spór jest prawdziwy czy sztucznie wykreowany, czy w finale będziemy mieli rozpad PiS-u czy też skłóceni wpadną sobie w ramiona i stworzą razem koalicję i rząd. Ja tego wszystkiego nie wiem, ale
czerpiąc z mądrości ewangelii według świętego Mateusza (nie tego), mogę powiedzieć tylko „po owocach ich poznacie” , owoce zaś pojawią się pewnie za rok.

Polskie Last Dance będzie zapewne miało swoją prawdziwą dramaturgię. Dla Kaczyńskiego najbliższe wybory będą zapewne ostatnią szansą na powrót do władzy i realizację jego politycznego projektu. Dla Tuska będą okazją do konsolidacji władzy, sformatowania Polski na następną dekadę lub dwie, a może i pomyślenie o swej politycznej personalnej sukcesji, do czego głowy nie miał nigdy.

Wrogiem Kaczyńskiego będzie w tej batalii nie tylko Tusk, ale i biologia. O chyba najlepszym tenisiście wszechczasów, Serbie Novaku Djokovicu mówi się, że w niezwykły sposób oszukuje czas. Ostatnie wielkoszlemowe turnieje pokazały jednak, że i on oszukuje czas z coraz większą trudnością, a ma przecież 39, a nie jak Kaczyński 77 lat, któremu czas będzie po drugiej stronie siatki sprawiał niepomiernie więcej kłopotów niż Djokovicowi Hiszpan Alcaraz czy Włoch Sinner.

Sytuacja w PiS pokazuje oczywiście rosnącą słabość Kaczyńskiego i stopniową utratą przez niego kontroli nad partią, której jak wiedzą nawę nie siedzący stale w polityce, nie tracił nigdy. Może się jednak srodze zawieść ktoś kto jest przekonany, że obecne kłopoty przekreślają PiS i szanse tej partii na wygranie wyborów. Nie z takich kłopotów Kaczyński wychodził, choć nigdy wcześniej nie był tak słaby jak teraz.

Polityka to specyficzny sport. Ta specyfika polega na tym, że na końcu każdy w nim przegrywa. Niektórzy nawet niesłusznie upokorzeni przez wyborców jak u nas Tadeusz Mazowiecki, inni odrzuceni przez własne partie jak wielka Margaret Tchatcher, jeszcze inni w niesławie, jak były prezydent Nixon, albo były premier Wielkiej Brytanii, Tony Blair, polityk i premier wybitny, ale w swoim kraju znienawidzony i pogardzany za wciągnięcie Brytanii w wojnę w Iraku. Przegrywają, czasem z kretesem, nawet bezdyskusyjnie najwięksi. Churchill przegrał wybory tuż po wygraniu światowej wojny, a de Gaulle de facto zmuszony do rezygnacji przez sytuację i sporą cześć narodu, choć poniekąd wbrew narodowi i mimo jego wojennych grzechów, dźwigał na swych barkach wielkość Francji po drodze przywracając narodowi wielkość. Potem dożywał swych dni w małym domku w Colombey les Deux Eglises, prawdopodobnie codziennie zadając sobie pytanie „dlaczego?”. I nawet gdy politykom po prostu kończą się kadencje, albo ze smutkiem patrzą jak inni robią karykaturę z ich dorobku, jak Aleksander Kwaśniewski, któremu w pewnym momencie przestano dziękować za NATO i UE, ale robiono z niego pospolitego pijaka, topiąc jego prezydenturę w półlitrówce, albo po prostu żyją tęsknotą za władzą, wpływem oraz atencją świata, publiki i mediów.

Po moim najgorszym udarze codziennie godzinami oglądałem na You Tube przyrodnicze filmiki, najchętniej o atakujących i mordujących swe ofiary lwach, gepardach i krokodylach. Być może robiłem to z tęsknoty za właśnie utraconą mocą. Ale sytuacja i nastrój skłaniały mnie też do tego by namiętnie oglądać filmiki o lwach, samotnych, porzuconych przez dawnych poddanych króla , smutnych i gasnących. Taki los, także królów.

Pamiętam Jarosława Kaczyńskiego już 35 lat, nawet z czasie gdy robiłem z nim wywiad w Sylwestra w dawnej siedzibie jego partii Porozumienie Centrum w kamienicy na placu Unii Lubelskiej, 200 metrów od miejsca gdzie teraz mieszkam. Nie mam więc żadnego schadenfreude z powodu jego starzenia się, klepsydra czasu przesypywała mu przez te wszystkie lata piasek jak mi i nam wszystkim, może poza Krzysztofem Ibiszem.

Kto interesuje się koszykarską ligą NBA albo oglądał film Last Dance, pamięta, że kończył się imponującym finiszem, jak cała kariera Jordana. Michael w ostatniej minucie ostatniego meczu zdobył 4 punkty, 16 sekund przed końcem odebrał piłkę najgroźniejszemu rywalowi, 5 sekund przed końcem rzucił z 6 metrów do kosza i dał swej drużynie zwycięstwo a sobie kolejny, już ostatni mistrzowski.

W naszym politycznym Last Dance takiej imponującej końcówki zapewne nie będzie. Ktoś w końcu wygra, jednak nie będzie to totalny tryumf, ale raczej zwycięstwo wydrapane i wyszarpane.

Netflix raczej nie zrobi serialu o ostatnim sezonie Kaczyńskiego i Tuska, ale może ktoś taki dokument jednak zrobi. Kto wie, może nawet za kilka lat oglądalibyśmy go z prawdziwą nostalgią.

 

Tomasz Lis – DOKĄD WIOSŁUJĄ POLACY?

Od kilku lat dość powszechnie zadajemy naturalne w naszych czasach i przy naszym położeniu geograficznym pytanie- czy jesteśmy bezpieczni i czy Ruscy nas nie zaatakują. Da Bóg nie, ale i tak toczy się już u nas teraz swoista wojna, nie o państwo, niepodległość czy wolność, ale nie mniej ważna i niekoniecznie łatwiejsza- wojna o duszę narodu.

W 1979 roku w muzeum narodowym w Krakowie zaprezentowano cieszącą się ogromną popularnością wystawę „Polaków portret własny”. Chwilę wcześniej Polak został papieżem, kilka chwil później urodziła się Solidarność i wystawa stała się pretekstem do zadania kilku ważnych pytań – skąd jesteśmy, jacy jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Gdy dziś słyszymy o aktach wrogości wobec Ukraińców, szczególnie wobec kobiet czy dzieci, w Żabkach czy w autobusie, musimy zadać sobie ważne pytania. Nie o
Ukraińców w Polsce, ale o nas samych.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w tak wielu z nas niechęć do innych, szczególnie słabszych. Dlaczego ulegamy prymitywnemu szczuciu? Dlaczego tak często i tak łatwo widząc zło odwracamy głowy, zachowując pseudonaturalność i obojętność. Jak powiedział więzień Auschwitz, laureat Nobla, Elie Wiesel, obojętność i neutralność są zawsze opowiedzeniem się po stronie kata, a nie ofiary.

Otóż pragnę Polski, która zawsze staje po stronie słabszych i potrzebujących, nie po
stronie nienawidzących i szczujących.

Bardzo ważne jest to jaką twarz pokazujemy światu i sobie. Twarz solidarności, dobroci, człowieczeństwa i altruizmu czy wykrzywioną nienawiścią mordę wypluwającą epitety pod adresem ukraińskiej sprzedawczyni w Żabce czy
ukraińskiej dziewczynki w autobusie. Jest wspaniałe gdy jest to twarz jaką widzimy w dniu gdy gra orkiestra Owsiaka i trwa zbiórka Łatwoganga, a szczególnie gdy jest to twarz ludzi masowo zapraszających do swych domów uciekających przed wojną Ukraińców. Nasi nacjonaliści lubią powtarzać ” jestem Polakiem i mam obowiązki polskie”. Ja wolę mówić „jestem człowiekiem i mam obowiązki ludzkie”. W kraju, w którym wymyślono hasło ” za wolność naszą i waszą”, której synowie zawsze walczyli po stronie wolności i za nią ginęli, w kraju który wymyślił Solidarność, te ludzkie obowiązki są naturalne, oczywiste i nie do zignorowania. W kraju uwielbianego u nas Jana Pawła Drugiego pewne rzeczy nie mogą mieć miejsca. Papież mówił „Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi”. Ja dodałbym nie sprzeczny z jego przesłaniem apel „nie lękajcie się być dobrymi ludźmi”

Tak, twarz jest ważna, nie tylko z powodów wizerunkowych. Cały świat przed chwilą zachwycał się norweskimi piłkarzami i kibicami, świetnie się bawiącymi na mistrzostwach świata. Wiosłującymi , życzliwymi i uśmiechniętymi. Dla wizerunku swojego kraju zrobili cos za co wielkim agencjom PR-owskim należałoby zapłacić grube miliony. I zrobili to skuteczniej.

Świat lubi i podziwia twarz Polski walczącej o wolność, solidarnej, lojalnej wobec przyjaciół i gotowej nieść pomóc innym, słabszym. Nigdy nie polubi Polski z twarzą nacjonalisty, ksenofoba i rasisty.

Jarosław Kaczyński powiedział kilka lat temu, że „Albo Polska będzie katolicka albo żadna”. Ja katolickiej tradycji i katolickiej tożsamości naszego kraju i narodu nie podważam. Nie przez przypadek przywołałem tu naszego papieża. Ale słowa prezesa Kaczyńskiego pozwolę sobie jednak sparafrazować:” albo Polska będzie chrześcijańska albo straszna”. Nie ostentacyjnie religijna, ale naprawdę chrześcijańska. Dumna godnością. Silna tolerancją i szacunkiem dla innych.
Polska odważna odwagą dumnego, wysoko latającego orła, a nie skuloną i bez powodu wystraszoną Polską zajęczego serca, która nie lubi obcych i boi się kobiet oraz dzieci. Z nimi chce wojować nasza husaria?
Serio?

To kim ma być i jaki ma być ten Polak, ten porządny człowiek z ojczyzny mojej? Warto tu przwołac fragment pięknego wiersza Antoniego Słonimskiego „Ten jest z ojczyzny mojej „Ten co o własnym kraju zapomina, jak krwią opływa naród czeski, bratem się czuje Jugosłowianinem, Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski (…)
Ten, który wszystkim serce swe otwiera, ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem”. Właśnie. Tyle. Aż tyle.

Gdy 1992 roku pojechałem na studia do Nowego Orlenu na wielu samochodach na uniwersyteckim parkingu widziałem nalepki „Celebrate diversity”, celebruj różnorodność, ciesz się nią. Na początku myślałem, że to jakieś hasło politycznej poprawności. Po jakimś czasie zrozumiałem, co było łatwe i naturalne. Uniwersytet Loyola był jezuicki, czarnoskórych, jak to w Luizjanie było sporo, Latynosów też. Za płotem był sąsiadujący z Loyolą uniwersytet Tulane, nazywany żydowskim uniwersytetem południa. Różnorodność była tam faktem. Tlenem.

My Polacy musimy celebrować różnorodność, nie ulegać złu, strachowi i małostkowości. I sądzę, że czytelnik Angory, tak jak go sobie wyobrażam,
jest dobrym adresatem tego apelu. Nie dlatego, że jest z nim coś nie tak. Przeciwnie. Dlatego, że nie jest zacietrzewiony i sfanatyzowany, ale posługuje się tym co nazywane jest zdrowym rozsądkiem.

Pytanie: „dokąd wiosłują Polacy” jest bardzo ważne. To my na nie musimy odpowiedzieć. Jeśli chcemy ocalić duszę.

Tomasz Lis – FIFA, MESSI, IGA, DARIA

Najpierw disclaimer dla czytelniczek. Mimo, że to tekst w większości o sporcie, to wcale nie tylko dla mężczyzn. Zresztą, jak wykazały moje badania terenowe, mistrzostwa świata w piłce mają moc zamazywania różnic między płciami- bardzo wiele kobiet, może nie tak obsesyjnie jak ich ojcowie, mężowie, bracia i synowie, śledzi mistrzostwa, wie komu idzie, a kto odpadł, kto ma szanse na mistrzstwo, a kto już nie.

Teraz a propos tytułu- co łączy argentyńskiego piłkarza, Leo Messiego z naszą Igą Świątek. Dość sporo- oboje to wybitni sportowcy. Ale ostatnio o wiele więcej dzieli. Najbardziej to, że światowa organizacja piłki nożnej, FIFA, pilnuje żeby Messi nie przegrał i zdobył mistrzostwo. Messi, krótko mówiąc, nie ma prawa przegrać, Iga zaś nie ma sił żeby wygrać. Dlaczego, o tym dalej.

FIFA dość ostentacyjnie robi wszystko, żeby Argentyna doszła do finslu i go wygrała. Ktoś powie, że jako zdeklarowany kibic Realu Madryt, po prostu źle życzę Messiemu, największej gwieździe w historii Barcelony. Oczywiście, mam z Leo swoje porachunki, wydałem sporo pieniędzy na wyjazdy do Madrytu i mecze Real Barcelona, gdzie regularnie, zwykle boleśnie upokarzał mój ukochany klub. Ale za bardzo kocham piłkę, by odmawiać Messiemu oczywistej wielkości. Poza tym od 40 lat i tryumfu największego według mnie piłkarza w historii, Diego Maradony, kibicuję Argentynie. Lubię tę poskromioną przez europejski pomysł na grę latynoską pasję. Do tego, już w czasie mistrzostw, islamiści różnej maski zaczęli kampanię przeciw Messiemu, nazywając go syjonistą, miłośnikiem Izraela i premiera Netanyahu, co moje wsparcie dla Argentyny wyłącznie wzmocniło. I nie jest to tylko konstrukt na potrzeby tego tekstu. Można zerknąć na moim kanale na YouTube na mój komentarz w przeddzień mistrzostw, który wręcz demonstracyjnie wygłaszam w koszulce reprezentacji Argentyny i jasno deklaruję, że właśnie jej i Messiemu kibicuję. Więc tu sprawa jest jasna, ale to nie tylko i nie przede wszystkim kwestia sympatii. Jak mówił Arystoteles: „Amicus Plato, sed magia amica veritas” Platon jest moim przyjacielem, ale większym przyjacielem jest prawda”. Czyli mogę sobie kibicować Argentynie i Messiemu, co nie znaczy, że nie widzę jak bezwstydnie są holowani w walce o tytuł. W drodze do półfinału, absolutny ewenement, nie zagrali z żadnym rywalem z pierwszej dziesiątki rankingu FIFA, sędziowie co i rusz dają Argentynie, a więc Messiemu, karne za nawet wątpliwe faule, a jego niewątpliwe faule, nawet te, po których z czerwoną kartką powinien wylecieć z boiska, po prostu ignorują. Wygląda to coraz bardziej nie na uczciwą rywalizację, ale na cyrk.

To dość brutalny cios zadany mistrzostwom i samej idei sportu. Przyzwyczailiśmy się w życiu oglądać tryumfy oszustów, cwaniaków, cyników i kłamców, w polityce i nie tylko. Ale kochamy sport także dlatego, że zwykliśmy go uważać za swoiste sanktuarium, w którym elementarne reguły uczciwości i fair play jednak obowiązują.  Tymczasem widzimy, że na największej globalnej imprezie sportowej na świecie są w dość bezczelny sposób łamane. Mit się wali, złudzenia idą w diabły. Stąd oburzenie sporej części nie tylko sportowego świata.

Podczas gdy Messiemu nie dają przegrać, naszej Idze „nie pozwalają” wygrać. Lud w coraz większym stopniu zdaje się wierzyć, że za jej ostatnie niepowodzenia w największym stopniu odpowiada jej psycholożka, Daria Abramowicz. Abramowicz została obsadzona w roli czarnego charakteru i toczy się przeciw niej absolutnie bezpardonowa kampania. Już dziś psycholożka Igi wydaje się najbardziej znienawidzoną postacią polskiego sportu. Wypisuje się o niej w internecie rzeczy wybitnie paskudne, których nie będę tu cytował, bo nie wypada. Mamy do czynienia
z czymś, co w serialach nazywa się character assasination, czyli unicestwienie postaci, na przykład w M jak miłość Małgorzata Kożuchowska ląduje samochodem w morzu kartonów, a w życiu polega na linczu i prowadzonym z premedytacją dewastowaniu czyjegoś wizerunku, reputacji i dobrego imienia.

Według mnie, paradoksalnie, za hejt na Darii w dużym stopniu odpowiada sama Iga. Zepsuła nas i rozbestwiła w czasie, gdy rywalki dosłownie zdmuchiwała z kortu. Stała się naszą dopaminą (albo dopaIgą), narodowym hormonem szczęścia, środkiem na poprawę nastroju. Gdy dopamina zniknęła, trzeba było znaleźć kozła ofiarnego. Tu pani Daria nadawała się idealnie. Nie będę odstawiał tu Pudelka i spekulował jaki jest rodzaj relacji między paniami. To ich sprawa.

Co nie zmienia faktu, że medialna ekspozycja pani Darii, jest dominująca pozycja w sztabie Igi, jest zdecydowanie ponad standardy przyjęte w świecie sportu, a w świecie psychologii tym bardziej.

W firmie pod nazwą Iga Świątek decyzje podejmuje oczywiście sama Iga, ale nie ma absolutnej pewności czy jest je w stanie podejmować naprawdę samodzielnie. Oczywiście jest sprawą Igi co jest dla niej w życiu najważniejsze. Jeśli sport i kariera, należy jej życzyć powrotu na właściwą ścieżkę. Jeśli wcale nie sport, to należy to uszanować i życzyć jej powodzenia. To nie nasze życie, ale jej.

Oczywiście pojawia się pytanie czy lepsza jest sytuacja Messiego, którego ciągną za uszy żeby nie przegrał czy Igi, którą ściągają za nogi. Według mnie jednak Igi. Przynajmniej przegrywa o własnych siłach.

Tomasz Lis – WAKACJE ZA JEDEN UŚMIECH I TRZY ŁZY

Gdy umawiałem się z redakcją Angory na te felietony, pani redaktor powiedziała, że redakcji zależy na aktualności. Aktualność to jednak nie tylko to co się przed chwilą wydarzyło, ale czasem głównie to, czym ludzie w danym czasie żyją. A w tym czasie, bardziej niż jakimikolwiek pierdołami politycznymi, żyją wakacjami i upałami.

Kiedyś z wakacjami było prościej. Jechało się nad Bałtyk, oblewało się hektolitrami olejku do opalania i smażyło się jak na grillu aż do punktu, w którym nie na miejscu było zadawane przez złośliwych znajomych pytanie „jaką mieliście pogodę”, bo człowiek już wyglądał jak skwarek. Tak zwana transformacja ustrojowa sens tego pytania unicestwiła bez użycia żadnych olejków. Zostało unicestwione przez rozmaitość słonecznych, jak to się teraz mówi, destynacji, od Egiptu po Turcję, od Tunezji po Majorkę i Teneryfę oraz dziesiątki innych miejsc, bo jeździmy teraz wszędzie i polski wszędzie rozbrzmiewa. We wszystkich tych miejscach „pogoda” jest zawsze.

Współczesne wakacje są jednak czasem ciężkiej roboty. Kiedyś, zwykle w ostatnim dniu, ludzie przypominali sobie, że trzeba kupić i wysłać kartki krewnym. Teraz wirtualne kartki ludzie wysyłają praktycznie non stop, bez wytchnienia. Mam wrażenie, że tak jak istnieje straumatyzowany łokieć tenisisty i dotknięty przewiewem zimny łokieć kierowcy, tak istnieje dziś nadwyrężony łokieć celebryty. Ja tych ludzi nawet podziwiam. Gdziekolwiek się nie ruszają wyciągają rękę, by filmować każdy swój ruch i celebrować swoją boskość. Wszystkie te selfie i rolki wymagają profesjonalnego podejścia i nastawienia. Prawdziwy celebryta nie strzela selfie nad Bałtykiem, bo tam wypoczywa lud. Prawdziwe wakacyjne selfie wymaga by w tle były palmy. Koniecznie fotografujemy żarcie, ale tak, żeby nie wyglądało na standardowe all inclusive. Jemy krewetki i ostrygi. Z owoców może być arbuz albo truskawki, ale tylko z szampanem w tle. Dobre jest zdjęcie delfinka, ewentualnie zrobione przez towarzysza podróży zdjęcie, gdy delikwent rozmarzonym wzrokiem spogląda ma zachód słońca. Szczypta romantyzmu musi być. Dobrze jest fotografować jakiś akwen, ale w tle pożądane są luksusowe jachty, żeby było wiadomo, że jak nawet na nich nie pływamy, to o ten wielki świat się ocieramy. Generalnie te wszystkie selfie i rolki to dość bezwstydna orgia samozadowolenia i festiwal sukcesów. Tu nie ma miejsca na zdarzające się nam jednak często w życiu porażki, smutki, rozczarowania, przegrane szanse, stracone złudzenia i zawody. Może więc wakacje bardziej niż odpoczynkiem są desperacką ucieczką od rzeczywistości do krainy ułudy, iluzji, blichtru, picu, udawania i marketingowo opakowanej fantazji. Może jest świadomą manipulacją na potrzeby świata i własne. Plus przekonywaniem siebie, ze życie jest takie jak na tych wszystkich zdjęciach, rolkach i pełnych rozkoszy obrazkach ze sztucznie wykreowanej arkadii beztroski.

Oczywiście wszystkiemu towarzyszy pewna premedytacja. Wakacje to czas tworzenia wizerunku i budowania, jak to się teraz mówi, marki osobistej. Czyli parafrazując dawne powiedzenie „jak cię widzą, tak cię myślą”. W naszej epoce zaś treść jest niczym, forma wszystkim, a opakowanie jest ważniejsze niż zawartość. Jak mówią Amerykanie image is everything and perception is reality., wizerunek jest wszystkim, a percepcja jest rzeczywistością.
Wakacje to jednak nie tylko czas kłopotów i wytężonej pracy, ale też przedsionek zupełnie innych kłopotów. Prawnicy od rozwodów przekonują, że rozwodowy szczyt to w Polsce wrzesień. Wiele par jedzie na wakacje, by oderwani od codzienności, patrząc sobie w oczy, kontemplować własną miłość i piękno otoczenia oraz zachodów słońca, rozczulając się przy okazji nad tym jak w ostatnim roku dzieci podrosły, celebrować życie. Wiele innych przeżywa w tym czasie koszmar. Dzień po dniu jakoś można się przeturlać. Weekendy da się wytrzymać, w czym pomaga świadomość, ze w poniedziałek wrócimy do pracy i odetchniemy z ulgą. Na wakacjach taryfy ulgowej jednak nie ma. Jesteśmy z drugą osobą non stop wiele dni. Zagryzać zęby można dzień, dwa lub trzy. W końcu wytrzymałość się jednak wyczerpuje, maski opadają i ludzi dopada zimna konstatacja, że naprawdę ciężko im ze sobą wytrzymać, że naprawdę mają sobie już niewiele do powiedzenia i że może naprawdę lepiej skrócić swoje cierpienia, zanim za rok przyjdzie przeżyć powtórkę z koszmaru. Pierwsze kroki po powrocie z wakacji wielu kieruje więc prosto do adwokatki czy adwokata. I nie byłoby tego wszystkiego, gdyby pod presją tradycji i otoczenia nie musieli zamęczać się wspólnym wysiłkiem. Wszystko to oczywiście jest wyłącznie przystankiem na drodze do nowych kłopotów, bo za rok na wakacje znowu pojechać trzeba, a do tego trzeba się jeszcze podzielić dziećmi. Finał koszmaru jest więc zaproszeniem do koszmaru o wiele większego.

Zwykliśmy uważać, ze problemy lata, to głównie globalne ocieplenie i diabelne upały. Problem z latem jest jednak zupełnie inny. W pełnym słońcu lepiej widać kim jesteśmy oraz w którym punkcie życia jesteśmy. W tym sensie „miłych wakacji” może być uznawane za formę złośliwości. Bo nie jest sztuką dobrze wyjechać na wakacje. Sztuką jest z nich wrócić w zdrowiu, małżeństwie i w pełni władz umysłowych.

 

Tomasz Lis – CZWARTA PATOWŁADZA

Dziś o mediach. Ktoś powie, że zły to ptak co własne kala gniazdo. Po pierwsze lis nie ptak, gniazda, przynajmniej od dekady nie uważam za swoje, więc będę kalał. Ktoś inny powie, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze. Po pierwsze Angora nie jest domem powieszonego, po drugie, media jeszcze dychają, choć zadziwiająca jest konsekwencja z jaką zaciskają pętlę na własnej szyi.

Cztery lata temu napisałem tekst pod tytułem: „Czwarta pseudowładza”, w której druzgocącej krytyce poddałem funkcjonowanie mediów w epoce PIS, ich tchórzostwo i oportunizm: za tekst solidnie oberwałem, ale trudno – nie jestem z porcelany, a tyłek mam twardy. W ostatnich latach z poziomu czwarta pseudowładza media wskoczyły jednak na poziom wyżej- czwartek patowładzy. Kompromitujących wpadek i nadużyć jest coraz więcej – autorefleksji żadnej. Im gorsza kondycja mediów, im więcej kompromitujących wpadek, tym większa megalomania i lepsze samopoczucie ludzi mediów i tym większa ich pogarda dla odbiorców. Media, które powinny być i miały być regulatorem życia publicznego, recenzentem polityki i oczami publiki, którymi patrzy ona na świat, kraj i sprawy publiczne, stały się jednym z największych problemów demokracji. Nawet trudno powiedzieć czy one naprawdę żyją, są w stanie agonii czy już w fazie śmierci klinicznej. Przypadki z ostatnich dni i tygodni. Oto dziennikarz śledczy, zostaje aresztowany za pogróżki wobec funkcjonariusza publicznego i nielegalne posiadanie broni. Koleżanki i koledzy stają w jego obronie w ramach zawodowej solidarności, bo w tym środowisku nie wybacza się nigdy tylko sukcesu i talentu. Państwo reflektują się dopiero, gdy żona delikwenta wyjaśnia w jakie piekło zamienił on życie jej i ich dzieci. Sprawa z ostatnich dni. Kanał zwany Zero prowadzi wielką akcję w sprawie nadużyć w warszawskim szpitalu. Słyszymy o saloniku VIP i o szybkiej ścieżce dla polityków. Ani na jedno ani na drugie nie ma grama dowodów, a źródłem informacji okazuje się lekarz, który jest w konflikcie z innym lekarzem, a sam ma ogromny żal do prezydenta Warszawy, że ten nie dał mu za darmo działki pod prywatny szpital. Cała operacja okazuje się tylko przygrywką do próby obalenia Trzaskowskiego. Jest więc doskonale skoordynowana z politykami opozycji. Dwa tygodnie wcześniej w tym samym kanale sugeruje się rozebranie do naga i publiczny lincz na urzędniczce skarbowej, która działała po prostu zgodnie z przepisami. Lincz rzeczywiście następuje, ale nie na rynku miasta, ale w Internecie. O urzędniczce, jej koleżankach i kolegach pisane są rzeczy straszne. Aż strach pomyśleć, że wszystko to czytają ich krewni i dzieci. Kilkadziesiąt godzin po historii szpitalnej dochodzi do ataku na pracowników szpitala w Jastrzębiu Zdroju. Zero zdziwień. Jest szczucie, jest reakcja. Chwilę wcześniej, inny dziennikarz śledczy myląc dokumenty i paragrafy, próbuje zrzucić winę na aferę z Zondakrypto na rząd, całkowicie pomijając oczywiste dowody wskazujące na odpowiedzialność prezydenta i polityków opozycji. W tym samym czasie znana dziennikarka telewizyjna stwierdza publicznie iż jest skandalem, że członkiem rządu jest człowiek pochodzenia ukraińskiego. Jesteśmy już więc w okolicach „ustaw norymberskich”, tyle ze tym razem nie dotyczących Żydów. W całej tej wyliczance ekscesów i nadużyć pomijam ulubionego dziennikarza PIS-u i Konfederacji, który notorycznie zaprasza do swoich programów różnych znachorów, szamanów, oszustów i kłamców, sprzedających ludziom fałszywą nadzieję, fałszywe recepty i lekarstwa. Wszystko pod hasłem, że to w imię pluralizmu, choć z prawdziwym pluralizmem nie ma to wspólnego nic, a rzetelnością dziennikarską jeszcze mniej.

Trudno się po tym wszystkim dziwić, że dziennikarze lądują na dwudziestym, ostatnim miejscu, w rankingu szanowanych zawodów. Miejsce wyżej, przedostatnie, zajmują księża.

Kto za to wszystko odpowiada? Oczywiście głównie same media. Jedna z czterech władz jest poza jakąkolwiek kontrolą. To nie jest apel o cenzurę. To stwierdzenie faktu. Każda władza korumpuje, a absolutna korumpuje absolutnie. Gdy wymontowujemy bezpieczniki zapraszamy pożar. Za tę sytuację odpowiadamy również my, odbiorcy. Gdy robotę chrzani nam hydraulik, stolarz, kafelkarz, malarz lub dentysta, reklamujemy ją i domagamy się poprawek. Jeśli puszczany płazem wpadki, ekscesy, kłamstwa i manipulacje mediów, a nawet je często nagradzamy, płacąc za nie subskrypcje, to sami prosimy się i media o więcej kłamstw, manipulacji i nędznej jakości. Nie wymagamy, to nie dostajemy. Proste jak drut.

Oczywiście pozytywnej pointy tu nie będzie. Media się nie zreflektują i nie zreformują. Desperacko walcząc o przetrwanie, ulegając jednocześnie marginalizacji i megalomanii, lecą jak Ikar, nie widząc słońca i nie czując temperatury. Wosk już się topi, ze skrzydeł już kapie, upadek już bliski. Zaczął się lot koszący, a media nie chcą słyszeć pull up i terrain ahead. To niech usłyszą. Po to jest ten tekst.

 

Tomasz Lis – NIECH ŻYJĄ ZŁODZIEJE

Z moralnego punktu widzenia złodziejstwo to złodziejstwo i nie ma żadnego znaczenia czy ktoś ukradł 300 złotych emerytce czy 300 milionów z budżetu, czyli z kieszeni nas wszystkich. Ale w przypadku złodziejstwa moralność jest jednak, umówmy się, kwestią drugorzędną, więc to kto komu, ile i jak ukradł znaczenie ma. Detaliści to jednak nie to samo co fachowcy od milionów.

Lat temu już ponad 40 zdawałem na medycynę. Najpierw byłem zdruzgotany, bo oblałem, a potem uznałem, że to palec boży, którym wiekuisty popchnął mnie w stronę tego co było moim przeznaczeniem. Na starość pogarsza nam się wprawdzie wzrok, ale widzimy lepiej, a rozumiemy więcej. Kilkadziesiąt lat zabawy (tak, zabawy) w dziennikarstwo dało mi wygodne i ciekawe życie, więc bluźniłbym cały ten długi rozdział bagatelizując. Moje liczne przygody chorobowe i obserwowanie lekarzy ratujących życie uświadomiły mi jednak, że spora cześć życia upłynęła mi na pracy społecznie w sumie bezwartościowej. Człowiek robi programy, pisze książki i artykuły, ale w sumie znaczenia nie ma to żadnego. Można przekonywać, perswadować, a na końcu ludzie i tak robią co chcą, więc wpływ na opinie innych jest iluzoryczny. Zresztą kto pamięta po latach dawne teksty i programy. Ja ich nie pamiętam, to dlaczego miałby je pamiętać ktoś inny. Lekarz to co innego, co może być bardziej szlachetne i ważniejsze niż ratowanie ludzkiego życia. Więc może palec boży wcale nie był boski i nieomylny. A tu się jeszcze na deser okazuje, że spokojnie taki lekarz może wyciągnąć rocznie tzw. dużą bańkę, czyli wstydu nie na.

Afera zrobiła się w Polsce o tego lekarza straszna, a najgłośniej japy darli ci, którzy przewalili grube miliony. Młody lekarz- radny stracił robotę, oddał pół miliona i raczej długo, sam może nigdy gówna z siebie nie zdrapie. Wygląda więc na to, że był to jednorazowy strzał, bo już zawsze będą mu patrzyli na ręce.

Myślę sobie, że politycy PiS musieli mieć niezły ubaw patrząc na frajera, który oddaje kasę i bije się w piersi. Oni tak nie robili nigdy i zapewne nawet nie przyszłoby to im do głowy.
Typowy PiS-owiec szedł bowiem zawsze w zaparte, partia stała za nim murem, a i elektorat PiS-owski zwykle twardo stał za swoim.

PiS-owcy doskonale wiedzieli, że jak już się kradnie, szczególnie dużo i na chama, to trzeba iść na bezczela i na całość. Nigdy do niczego się nie przyznawać, zawsze wszystkiemu zaprzeczać, ściemniać i odkręcać kota ogonem. Żadnych dymisji, żadnych honorowych zachowań i patetycznych gestów. Zero hamulców i jazda bez trzymanki. Tak robili i, niestety, zwykle świetnie na tym wychodzili. Gdy wybuchała afera z premiami w rządzie, nieoceniona premier Szydło Beata zakrzyknęła „nam się te pieniądze należały”. Frajer Tusk de facto skasował w rządzie wszelkie premie i oczywiście nikt tego nie docenił. Ziobro zamienił wielki Fundusz Sprawiedliwości w skarbonkę partii oraz swoich koleżków i relaksuje się gdzieś w Ameryce. Oczywiście nadal jest wiceprezesem PiS. Czarnek przewalił kilkadziesiąt milionów na wille dla kolesiów i i w nagrodę został kandydatem PiS na premiera. Bielan zamienił NCBR w skarbonkę swej partii i luzik, bryluje na salonach i w telewizyjnych studiach. Morawiecki przepisał na żonę dziesiątki milionów i wbrew swym przysięgom swego majątku oczywiście nie ujawnił. Taki Cieszyński za aferę z respiratorami awansował na ministra cyfryzacji, pewnie dlatego ze wcześniej był sprzedawcą w Orange (gdyby odkryli że widział kiedyś widły i łopatę zrobiliby go zapewne ministrem rolnictwa). Nawrocki według kontrolerów NiK traktował budżet IPN jak własny oraz prywatny i w nagrodę został prezydentem, po czym teraz jest sponsorowany przez naród na legalu, prawie duża bańka dziennie. Luzik. Bez stresów.

Patrząc na przewały notabli partii PiS, wyglądającej jak związek zawodowy złodziei, trudno się nie uśmiechnąć pamiętając, że frajerzy z PO wylecieli w powietrze na wcale nie żadnych ekskluzywnych ośmiorniczkach, a na narodzie ośmiorniczki zrobiły tak piorunujące wrażenie chyba głównie dlatego, że kojarzył mu się z ośmiornicą, czyli z mafią.
PiS-owcom prawie wszystko uszło na sucho. Po pierwsza kwestia odbioru społecznego. Naród polski nie wybaczy znajomości francuskiego, ale złodziejstwo i cwaniactwo, owszem. Przypomnijmy, że w epoce PiS naród wygenerował nawet sławną do dziś mądrość, że może i PiS kradł, ale przynajmniej się dzielił. W ten sposób partia złodziei uzyskiwała swoisty status zbiorowego Janosika, który może i jedną ręką kradł, ale za to drugą rozdawał.

Oczywiście inaczej patrzyliby dziś Polacy na drobny przewał jakiegoś lekarzyny z KO, gdyby ktokolwiek z PiS poniósł konsekwencje swego złodziejstwa. Nie ma kary, to może i winy nie było.

Lekarzyna z KO wyłożył się więc na Hipokratesie, a atakują go głównie mistrzowie hipokryzji (jedno z drugim nie ma nic wspólnego).
Jak wszyscy drodzy Państwo wiemy wiemy, pić trzeba umić . Kraść też. Tylko na chama, zero hamulców, żadnego mrugnięcia okiem. W nagrodę jest bezkarność, a może i, kto wie, za rok powrót do władzy. Chwała prawdziwym złodziejom. Śmierć frajerom.

 

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij