Mściwój Duda

„Nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd dla obywateli. To wynika z Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą Konstytucji w ten sposób czytać. Nie są elitą polskiego społeczeństwa, uzurpują sobie tę nazwę. Dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakże to nazwać inaczej?” – te słowa prezydenta zarejestrowała kamera OKO.press. Byliśmy na spotkaniu z Dudą

„Stary układ mocno się trzyma, wciąż ma władzę nad ludźmi i nie chce pozwolić zabrać sobie przywilejów. Dlatego przywrócenie w Polsce sprawiedliwych sądów jest tak trudne – mówił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego w środę 11 grudnia 2019. Aż cały się prężył i kręcił w charakterystyczny sposób głową.

Był tam z kamerą Robert Kowalski, twórca relacji filmowych OKO.press, z których powstały już trzy pełnometrażowe dokumenty.

Robert Kowalski: „Prezydent zaczął wizytę w Nowym Mieście Lubawskim od udziału w poświęceniu nowej hali fabryki »Szynaka Meble«.  Z mieszkańcami spotkał się w hali sportowej, było może 300 osób.

Duda podkreślał z dumą, że jest drugą po Piłsudskim głową państwa, która odwiedza to miasto. „Piłsudski i teraz ja”.

Przemawiał blisko pół godziny, był pełen energii, łapał kontakt z salą. Czuło się, że to kampania kandydata na prezydenta. Podkreślał, jak mu zależy na losie ludzi.

To go skłoniło, by zostać prezydentem. Żeby ludziom żyło się lepiej. Zrobi wszystko, żeby w 2020 roku była 13. emerytura. A zwykłe emerytury nie mogą rosnąć »o przysłowiowe 10 zł«, ale o minimum o 70 zł, żeby to poczuć w ręku”.

Zdziwiło mnie to, bo nie znam żadnego przysłowia o 10 zł.

Z największym zapałem mówił jednak Duda o sędziach. W konkluzji powiedział, że są dwie najważniejsze rzeczy dla ludzi i dla niego, jako prezydenta: żeby poprawić warunki bytowe ludzi i żeby sądy były sprawiedliwe. Bez tego drugiego, to pierwsze się nie uda.

Miałem wrażenie, że prezydent napuszcza ludzi na sędziów, zrzucał na nich winy za to, że ludziom  żyje się ciężko. Musiało chyba wyjść mu z badań, że to się może opłacać. Gdy obserwowałem go w Jarocinie 6 listopada 2019, koncentrował się jeszcze na 500 plus i że dzięki PiS żyje się lepiej – opowiada Kowalski.

Dostał wielkie brawa.

Duma z Dudy. Wzruszają się do łez

Kowalski: Wszyscy ludzie, z którymi rozmawiałem wyrażali dumę z Dudy. Młody rolnik mówił mi, że wzrusza się nawet do łez słuchając prezydenta. Bo jego słowa płyną z serca i wygłasza je z pasją.

A który fragment cię najbardziej wzruszył? – dopytałem.

Jak mówił, że będzie walczył ze złodziejstwem.

A co, jest złodziejstwo?

Kradną, kradli i będą kradli.

Inni ludzie mówili, że na arenie międzynarodowej prezydent Duda jest pierwszy. Że przynosi nam dumę. Wspaniale zna języki.

Parę pań i panów, w tym małżeństwo pod sześćdziesiątkę, podkreślało, że Duda dba o rodzinę. Nie używali słowa „gej” czy „LGBT”:

„Nie mam nic przeciwko tamtym, nawet mam ich wśród znajomych, ale tu trzeba pilnować tradycyjnej polskiej rodziny”.

Jeden pan powiedział, że Duda ostatecznie zdobył jego serce, jak się rzucił po upadającą hostię.

Prezydent miał czas dla każdego, kto chciał do niego podejść. Wziął na ręce dzieciaka, ale ten zaczął wrzeszczeć – opowiada Kowalski.

Prezydent zorkiestrowany z dyscyplinowaniem sądów

Duda ostro zaatakował „kastę sędziowską” już 20 listopada 2019 na spotkaniu w Brojcach w powiecie gryfickim. Niemal wykrzyczał tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

„Mam nadzieję, że nikt nie odważy się dalej psuć wymiaru sprawiedliwości” – oskarżał sędziów SN o powiązania z komunistycznym reżimem, korupcję i celowe wprowadzanie w błąd Trybunału Sprawiedliwości UE. „Byli panami życia i śmierci” – podnosił głos.

Ten ton Dudy wpisuje się w represyjne działania, jakie podejmuje PiS wobec sędziów zwłaszcza tych, którzy stosują się do wyroku TSUE z 19 listopada i orzeczenia Izby Pracy SN 5 grudnia 2019, jak Paweł Juszczyszyn z Olsztyna czy trójka z Katowic: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina. Rzecznik dyscyplinarny Ziobry z dnia na dzień zakłada im dyscyplinarki.

Nagonka prezydenta na sędziów wpisuje się też w projekt „ustawy dyscyplinującej”. Wzmacnia on pozycję prezydenta, m.in. dając mu prawo do uznania wyboru I Prezesa SN za bezprawny i stwierdzając, że akt powołania sędziego przez prezydenta jest ostateczny i „sanuje” (uzdrawia) wszystkie wcześniejsze nieprawidłowości.

Poniżej 5-minut wystąpienia Dudy na spotkaniu w Nowym Mieście Lubawskim 11 grudnia 2019 i spisane cztery fragmenty.

Duda w Nowym Mieście Lubawskim: Sędziowie nie są żadną elitą

„Przywrócenie w Polsce sprawiedliwości w znaczeniu przywrócenia w Polsce sprawiedliwych sądów, jak widzicie państwo, jest bardzo trudne. Ponieważ tam ten stary układ bardzo mocno się trzyma. I nie chce pozwolić sobie na to, aby zabrać im przywilejów i tej władzy, do której doszli nad ludźmi.

Ale muszą zrozumieć, że ich praca to także służba dla Rzeczypospolitej, a przede wszystkim dla polskich obywateli i że to jest najważniejsze i że nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd jest dla obywateli i że sędzia służy, służy ludziom i służy Rzeczypospolitej.

Tak proszę państwa, to jasno wynika z zasad polskiej Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą tej Konstytucji w ten sposób czytać, na tym polega właśnie największy problem, że niestety sami w ten sposób zaprzeczają, że są prawdziwą elitą polskiego społeczeństwa.

Uzurpują sobie tę nazwę. Bardzo przykro mi jest to powiedzieć. Prawdziwa elita dba o interesy zwykłych ludzi, bo jest do tego zobowiązana, to właśnie dlatego może się nazywać elitą, że stanowi przykład dla innych, pozytywny, a nie negatywny.

Gdyby było inaczej, to ocena wymiaru sprawiedliwości społeczna nie byłaby taka z jaką się spotykamy, że zdecydowana większość Polaków fatalnie wyraża się o wymiarze sprawiedliwości, o tym jak on działa i o tym czy polskie sądy są sprawiedliwe.

Duda: Jak ci sędziowie mogą?!

Jak nigdy nie zrozumiem tego, jak sędziowie Sądu Najwyższego mogli orzekać w tym samym sądzie, w którym obok nich siedział sędzia, co do którego, do dzisiaj możecie państwo wysłuchać w internecie, jak dyskutuje, jak załatwić sprawę w Sądzie Najwyższym.

I taki człowiek orzeka razem z nimi i im to nie przeszkadza.

Nie wyciąga się wobec niego żadnych konsekwencji. Nawet w tym sensie koleżeńskim, a potem dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakżeż to nazwać inaczej? Jeżeli jest taka obrona niesprawiedliwie uzyskanych przywilejów w postaci ewidentnej nietykalności i niemożności wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji i prawnych i dyscyplinarnych.

Bo sami wobec siebie nie umieją żadnych konsekwencji wyciągnąć.

Duda: Z takimi sędziami nie będzie sprawiedliwości

To jest proszę państwa coś, czego jeżeli nie przerwiemy, to Polska nigdy nie będzie państwem sprawiedliwości. Nigdy. I zasada sprawiedliwości wyrażana w polskiej Konstytucji zawsze będzie zasadą pustą. Trzeba ją wreszcie wypełnić treścią, a wypełnienie jej treścią wymaga zmian.

Dopiero po tych zmianach Polska naprawdę będzie mogła stać się państwem sprawiedliwym.

Wielu ludzi na zachodzie Europy nie rozumie tego, nie są w stanie zrozumieć tych procesów, ponieważ mają inną mentalność. Dla nich sędzia to jest niewyobrażalne, żeby dopuścił się czegoś takiego, jest niewyobrażalne, żeby

w internecie można było wysłuchać nagrań z propozycjami korupcyjnymi i kiedy rączka rączkę myje, że się sędziowie dogadują między sobą, jak będą sprawy załatwiali, kolesiosko. To jest coś niewyobrażalnego.

Kiedy mówi się tym ludziom, że coś takiego w Polsce ma miejsce, oni w to nie wierzą. Mówią, że to jest niemożliwe. Tymczasem każdy może tego wysłuchać w internecie, wystarczy sobie wpisać w wyszukiwarce internetowej „korupcja w Sądzie Najwyższym”, jeżeli państwo macie wątpliwości, proszę sobie wpisać na swoich urządzeniach mobilnych, na swoich komputerach i posłucha, o czym w 2014 roku rozmawiali państwo sędziowie.

Na najwyższym możliwym poziomie władzy sędziowskiej.

Duda: Musicie nam pomóc skończyć z takimi sędziami

Ten system musi, proszę państwa, zostać zmieniony i do tego konieczne jest wsparcie ze strony państwa, zwykłych obywateli, bo jeżeli tego wsparcia nie będzie, to nadal będziemy wszyscy razem żyli w tym postkomunistycznym systemie, bo to są postkomunistyczne obyczaje, w których jest grupa nietykalnych, których nie wolno dotknąć, tak jak nietykalni byli przed 89 rokiem.

Chcieliśmy to wtedy zmienić i 30 lat cały czas trwa to samo. Czas proszę państwa na to, aby to się wreszcie skończyło.

Jestem przekonany, że większość polskiego społeczeństwa, większość ludzi w Polsce tego właśnie oczekuje.

Proszę, żebyście państwo wyraźnie o tym mówili. To jest chyba najważniejsza misja na najbliższe lata naprawy Rzeczypospolitej, obok poprawy tych zwykłych warunków bytowych ludzi. Proszę, żebyście państwo takie właśnie zmiany w Rzeczypospolitej wspierali.

Jeszcze raz państwu bardzo dziękuję, dziękuję za państwa codzienny trud pracy dla Rzeczypospolitej.

Olga Tokarczuk w piątek wróciła do Polski. Na Lotnisku Chopina w Warszawie przygotowanie dla niej specjalne powitanie: salut wodny.

Olga Tokarczuk po odebraniu Nobla i pobycie w Szwecji, wróciła do Polski. Jej powrót krótko zrelacjonowały służby prasowe Lotniska Chopina w Warszawie. Zaczęło się od zdjęcia samolotu, którym noblistka wróciła do kraju i informacji „Flight #Nobel18 has landed”.

Dopiero później pochwalono się, że powitanie było daleko odbiegające od standardowego. Otóż noblistka została powitana salutem wodnym, organizowanym na specjalne okazje. Samolot z Olgą Tokarczuk podczas lądowania przejechał pod łukiem wodnym, stworzonym przez dwa wozy.

Olga Tokarczuk jest więc już w Polsce, może noblistka znajdzie czas, by na przykład nadgonić wieści z kraju. Szczególnie może zainteresować ją np. teoria posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który stwierdził, że przedstawiciel Akademii Szwedzkiej zmarnował szansę, by podczas wygłaszania laudacji dla niej, przeprosić Polaków za „potop szwedzki”.

Liczby nie pozostawiaj wątpliwości – od 1989 roku religijność Polaków spada na łeb na szyję. W tym samym czasie jeszcze szybciej rośnie liczba posłów, którzy po przysiędze poselskiej dodają „Tak mi dopomóż Bóg” – w 1989 początku było ich ledwie 15 proc., dziś jest to aż 79 proc., czyli prawie wszyscy. Dlaczego nasz naród, jeszcze niedawno był tak bogobojny, porzuca wiarę? Dlaczego politycy idą w przeciwnym kierunku?

Antoni Macierewicz czy Andrzej Gwiazda mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Partia rządząca przygotowała Polakom prezent z okazji 38 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. To kolejna nowelizacja ustaw o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Jak ustawa przejdzie, a przejdzie na bank, to sędziowie będą mieli dyscyplinarki za podważenie statusu innego sędziego (tego z nominacji Ziobry oczywiście), za działania zgodne z prawem europejskim i zatwierdzonym przez TSUE, ale niepotwierdzonym przez pisowski Trybunał Konstytucyjny, za działania podważające pisowski wymiar sprawiedliwości, działania o charakterze politycznym i uchybienie godności sądu, oczywiście podług kryteriów Ziobry i PiS. Niepokornym sędziom będzie groziła kara finansowa, przeniesienie lub usunięcie z zawodu.

I tak drodzy Państwo, historia zatoczyła koło. 38 lat temu władza wprowadziła stan wojenny, by założyć kaganiec na wolność słowa, wolną myśl i marzenia o godnym życiu w wolnej Polsce. Dzisiaj władza robi to samo. Fakt, nie strzela do nas, nie wyprowadza czołgów, ale prześladuje obywateli, którzy buntują się przeciwko tej wizji Polski, jaką nam prezes ze swoimi kolesiami funduje. Próbuje zamknąć nam usta. Likwiduje ostatni bastion, stojący na straży trójpodziału władzy, czyli właśnie wymiar sprawiedliwości, dążąc do całkowitego jego podporządkowania. Kłamie i przekonuje, że to dla naszego dobra, że ona wie lepiej, co nam potrzeba i takie kolejne tam ble ble ble.

Właśnie teraz, w rocznicę tragedii 1981 roku, przyglądam się bacznie tym, którzy w tamtej Polsce byli bohaterami, a teraz… kim są? Kim jest dzisiaj Antoni Macierewicz, Andrzej Gwiazda, Mariusz Kamiński, Ryszard Terlecki, Piotr Gliński, Marek Kuchciński i wielu, wielu innych, skupionych wokół prezesa Kaczyńskiego? Za to, co zrobili przed laty, czemu poświęcili swoje życie, wielki szacunek, ale dzisiaj aż mnie mdli, gdy patrzę na ich obecne „dokonania”. Mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Tak. To oni są dzisiaj symbolem Polski, w której prawo przestało znaczyć prawo. Polski pełnej różnych fobii. Polski pomówień, kolesiostwa, agresji, chamstwa, hejtu. To oni dzisiaj chcą nas przekonać do swojej wersji historii, w której bohaterami są tylko oni i tzw. pisolubni. Historii, w której nie ma miejsca dla Wałęsy, Frasyniuka, Kuronia, Mazowieckiego i wielu wybitnych tamtego czasu. To oni mają dzisiaj patent na to, kto ma prawo żyć w naszym kraju i jak ma żyć. Dzielą nas na lepszych i gorszych Polaków, nasyłają policję na niepokornych, chcą za wszelką cenę odebrać nam tę wolność, która była dla nich tak ważna, a teraz jest tylko pustym słowem. Tak jakby nagle diabeł ogonem zamieszał i zapomnieli o wszystkim, co kiedyś było dla nich ważne.

Można powtórzyć za Sławą Przybylską „Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Czas zatarł ślad”, bo rzeczywiście… ich już nie ma. Pożarło ich własne ego i pragnienie władzy. Wbili się dumnie na piedestał, rzucili w objęcia manii wielkości i dzisiaj szaleją, wprowadzając nas na drogę autorytaryzmu (w najlepszym przypadku). Kiedyś, w niedalekiej przyszłości młodzi Polacy zapamiętają z lekcji historii o nich tylko to, że tak chwalebnie zaczęli, a tak żałośnie, marnie skończyli.

Przepraszam, ale ja takim „bohaterom” dziękuję. Tak jak i dziękuję tej „Solidarności” pod skrzydłami pana Piotra Dudy, która skutecznie podeptała wszystko to, co leżało u podstaw wielkiego ruchu 1980 roku. Dzisiaj oni wszyscy, ci „krętacze” historii będą się pławić w samouwielbieniu, pełni uznania dla własnych dokonań i w wierze, że tylko oni zasługują na pamięć i szacunek. Będą składać wieńce, uczestniczyć w mszach i modlić się o swoją Polskę. Swoją, ale już nie naszą. Wspólną, sprawiedliwą i praworządną.

Sędziowie już mają stan wojenny

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Ziobro nie poddaje się, zastrasza sędziów

Konrad Szymański sugerował, że ministrowie państw UE dali się przekonać polskiemu rządowi ws. praworządności. Ale OKO.press dotarło do zapisów z wtorkowego posiedzenia Rady ds. Ogólnych. Mówiono na nim o wyrokach TSUE, Izbie Dyscyplinarnej w SN i postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów. Rząd utrzymywał, że dyscyplinarki są prowadzone bez jego ingerencji

Minister ds. europejskich Konrad Szymański, podsumowując dyskusję ministrów państw UE o praworządności w Polsce na Radzie ds. Ogólnych 10 grudnia 2019, podkreślał, że po prezentacji Komisji Europejskiej i polskiego rządu, delegaci nie zadali dodatkowych pytań. Niektóre media, w tym portal Niezalezna.pl, odczytały to jako dowód na rzekome znudzenie się w Brukseli sytuacją sędziów w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Szymański powiedział po posiedzeniu Rady:

„Myślę, że Komisja Europejska podchodzi do sprawy w sposób rzeczowy i konstruktywny. Mam nadzieję, że to się utrzyma”.

Jak dokładnie miało to wyglądać wg ministra?

„Państwa członkowskie przynajmniej na tym etapie uznały, że nie ma powodów do zadawania kolejnych pytań” – powtórzył Szymański.

Optymistyczną dla polskiego rządu opowieść Szymańskiego podważa oficjalna notatka z dyskusji na Radzie ds. Ogólnych, do której dotarło OKO.press.

Sędziowie w centrum zainteresowania

Jasno wynika z niej, że sytuacja sędziów w Polsce, zwłaszcza wszczynane wobec nich postępowania dyscyplinarne, stanowiły sedno obrad.

Notatka w tłumaczeniu na polski brzmi:

„Ministrowie następnie przeszli do omówienia sytuacji w związku z procedurą z Artykułu 7(1) Traktatu o UE dotyczącą praworządności w Polsce. Komisja zreferowała, co wydarzyło się od września, podkreślając, że sytuacja ogólnie dalej się pogarsza.

[Komisja – przyp.red.] Odnotowała też, że w związku z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada,  polski Sąd Najwyższy 5 listopada orzekł, że jego Izba Dyscyplinarna nie spełnia kryteriów niezależności i niezawisłości sędziowskiej w rozumieniu prawa europejskiego, a Krajowa Rada Sądownictwa nie jest niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ten wyrok był publicznie krytykowany przez polskie władze. Komisja wskazała też na negatywne zjawiska dotyczące postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów oraz Trybunału Konstytucyjnego.

W odpowiedzi, polski rząd odrzucił obawy Komisji i odnotował, że od grudnia 2018 roku nie wprowadzono żadnych zmian ustawodawczych dotyczących regulacji, które są przedmiotem zainteresowania Komisji (chodzi o skargę KE na wypracowany za PiS model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – przyp. red.).

Polski rząd odniósł się do komentarzy zaprezentowanych przez Komisję, argumentując, że władze zajęły stanowisko potępiające sędziów, którzy krytykują status innych sędziów, ponieważ takie zachowanie podważa zaufanie do sądownictwa i stoi w sprzeczności z kodeksem etyki  sędziowskiej.

Rząd bronił również nowego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej dla sędziów, mówiąc, że postępowanie dyscyplinarne są prowadzone bez ingerencji ze strony rządu.

Żadna z delegacji nie zabrała głosu, a Przewodniczący przedstawił wniosek końcowy, że Rada będzie dalej śledzić rozwój sytuacji”.

Z innego dokumentu, do którego dotarło OKO.press – oficjalnych konkluzji ze spotkania Rady ds. Ogólnych – wynika zaś, że na Radzie dyskutowano też o ostatnich wyrokach Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących praworządności w Polsce – wyroku z 5 listopada, w którym TSUE ocenił, że zaproponowany przez PiS sposób przechodzenia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów w Polsce nie spełnia standardów unijnego prawa, a także wyroku z 19 listopada, w którym TSUE  przedstawił szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej w SN.

Obraz spotkania, jaki wyłania się z tych dokumentów, przeczy wizji sugerowanej przez Ministra Szymańskiego.

Nic nie wskazuje, że ministrowie państw UE obecni na Radzie zostali przekonani do wizji przedstawionej przez polski rząd. Zostali za to szczegółowo i wyczerpująco poinformowani o rozwoju sytuacji dotyczącej praworządności w Polsce od września.

Jak zinterpretować fakt, że delegacje państw UE po prezentacji KE i polskiego rządu nie zadawały dalszych pytań? Można to rozumieć jako wyraz konsternacji po przyznaniu przez polską delegację, że rząd oficjalnie potępia niektórych sędziów i oskarża ich o podważanie zaufania do porządku prawnego.

Powód ciszy może być też jednak bardziej techniczny. Spotkanie nie miało formatu debaty, jego celem było zreferowanie wydarzeń przez obie strony, czyli Komisję i polski rząd.

Minister Szymański sugeruje, że brak pytań dowodzi przychylności argumentacji przedstawionej przez Polskę. Ale równie dobrze może być to oznaka poparcia dla argumentów KE. Symptomatyczne, że nikt też polskiego rządu głośno nie poparł.

Komisarze zaniepokojeni pogorszeniem się sytuacji w Polsce

Natomiast wystąpienia unijnych komisarzy po Radzie ds. Ogólnych, zarówno wiceszefowej Komisji Europejskiej Věry Jourovej, jak i komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, potwierdzają, że Polska pozostaje w centrum ich zainteresowań – z negatywnych powodów.

„Sytuacja w Polsce mnie martwi. Ale wysłucham dziś odpowiedzi stron rządowych. Chciałabym jak najszybciej odwiedzić Polskę, żeby posłuchać, jakie są plany rządu w Warszawie. Mam nadzieję, że fakt, iż sama pochodzę z tego regionu, pomoże mi lepiej to zrozumieć” – zapowiedziała wiceprzewodnicząca KE.

„W ostatnich tygodniach i miesiącach obserwowaliśmy pogorszenie się sytuacji sądownictwa i niektórych postępowań dyscyplinarnych” – mówił odpowiedzialny za kwestie praworządności komisarz Reynders.

Sędziowie z Katowic zadali pytanie prawne do Sądu Najwyższego o legalność nowej KRS i już następnego dnia rzecznik dyscyplinarny ministra Ziobry założył im dyscyplinarki. Rzecznik chce przestraszyć sędziów, by nie wykonywali wyroku TSUE i nie podważali legalności powołanej przez PiS nowej KRS oraz Izby Dyscyplinarnej

Postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów z Katowic wszczął w czwartek 12 grudnia 2019 zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Przemysław Radzik. Formalnie na razie jest to postępowanie wyjaśniające, ale wiedząc jak działa powołany przez ministra Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny, można się spodziewać, że sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi dla katowickich sędziów.

Radzik ściga sędziów za działalność orzeczniczą

Przemysław Radzik, na co dzień sędzia rejonowy i prezes sądu w Krośnie Odrzańskim z nominacji ministra Ziobry, będzie ścigać trzech doświadczonych sędziów z Sądu Apelacyjnego w Katowicach. W środę 11 grudnia skład orzekający tego sądu w składzie: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina wydał postanowienie o skierowaniu pytania prawnego do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpoznawali apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, który wydał sędzia nominowany przez nową, powołaną w niekonstytucyjny sposób KRS. I nabrali wątpliwości, czy sędzia ten jest właściwie powołany. Bo sędziów – członków nowej KRS wybrali posłowie PiS i Kukiz’15, głównie spośród sędziów współpracujących z resortem ministra Ziobry.

Katowiccy sędziowie zadali więc pytanie prawne do Sądu Najwyższego o status takiego sędziego, czy jest on zgodny z przepisami prawa i czy taki sędzia mógł wydawać legalne wyroki.

Pytania prawne to normalna procedura i uprawnienie każdego sędziego. Sędziowie mają prawo je zadawać i mieszczą się one w zakresie orzeczniczym. Tym bardziej, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w niedawnym wyroku wskazał, że polskie sądy mogą same badać legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej oraz dał do tego wskazówki. A potem Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym orzekł, że Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego, zaś nowa KRS nie jest niezależna od polityków.

Sędziowie z Sądu Apelacyjnego w Katowicach wykonali tylko wyrok TSUE.

Radzik zarzuca sędziom popełnienie przestępstwa

Dlaczego więc zaczął ich ścigać nominat ministra Ziobry, zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik?
Uważa on, że katowiccy sędziowie mogli popełnić przewinienie dyscyplinarne „polegające na uchybieniu godności urzędu” poprzez przekroczenie uprawnień. Bo mieli przyznać „sobie kompetencje do ustalania i oceny sposobu działania konstytucyjnych organów państwa w zakresie sposobu wyboru części członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposobu powołania sędziego orzekającego w I instancji, przez co podważając przepis art. 106i § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych [przepis ten mówi, że asesorów powołuje prezydent, na wniosek KRS – red.], wzięli udział w wydaniu postanowienia o przedstawieniu Sądowi Najwyższemu zagadnienia prawnego, którego treść stanowiła bezprawną ingerencję w ustawowy sposób powołania sędziów do składów orzekających”.

Zdaniem Radzika sędziowie mogli w ten sposób nawet naruszyć Konstytucję, a ich orzeczenie zakwalifikował jako przestępstwo przekroczenia uprawnień (art. 231 prf 1 kodeksu karnego), które jest na „szkodę interesu publicznego w postaci prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.

Taka kwalifikacja nie jest przypadkowa, bo jeśli sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi to trafi do rozpoznania od razu do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym.

Radzik sugeruje też, że sędzia sprawozdawca sprawy rozwodowej, na kanwie której zadano pytanie prawne do SN, mógł popełnić kolejny delikt dyscyplinarny. W ocenie Radzika sędzia ten powinien się wyłączyć z orzekania, bo sam uzyskał awans do Sądu Apelacyjnego dzięki nowej KRS.

To nie koniec represji

Natychmiastowe założenie dyscyplinarki katowickim sędziom za badanie legalności nowej KRS i wykonanie wyroku TSUE wpisuje się w działalność głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasotę. Wszyscy są z nominacji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Od roku ścigają niezależnych sędziów za obronę wolnych sądów. A do niedawana ścigają ich też za wydawane orzeczenia oraz za badanie legalności nowej KRS.

Represje się nasiliły po wydaniu wyroku TSUE, dotyczącym nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej. Ma to zniechęcić sędziów do jego wykonania, a kolejne dyscyplinarki mają ich zastraszyć.
Dyscyplinarki za podważanie legalności nowej KRS mają:

1. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna, który jako pierwszy w Polsce wykonał wyrok TSUE. Zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I za to spadł na niego grad represji.

2. Sędziowie z Sądu Okręgowego w Krakowie. Rafał Lisak, Wojciech Maczuga, Kazimierz Wilczek jeszcze przed wyrokiem TSUE chcieli zbadać status asesora, których wydał wyrok w pierwszej instancji. Chcieli sprawdzić czy powołała go nowa KRS i tylko za to dostali zarzuty dyscyplinarne. Potem okazało się, że asesora powołała stara, legalna KRS.

3. Sędzia Krystian Markiewicz z Katowic, szef Iustitii. Dostał aż 55 zarzutów za list, odezwę do sędziów, w której podważał legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej.

Uderzenie w Markiewicza miało wyglądać na spektakularne, bo jest liderem Iustitii, największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, które broni niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie nie dali się jednak zmrozić ilością zarzutów.

4. Sędzia Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Ona z kolei ma dyscyplinarkę za to, że nie chciała orzekać z rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem i za to, że zakwestionowała jego status jako sędziego delegowanego. Sędzia w tej sprawie zadała pytania do TSUE. Nie chciała orzekać z Radzikiem, bo jego nazwisko pojawiło się w kontekście afery hejterskiej w ministerstwie sprawiedliwości.

Sędzia 6 grudnia dostała w związku z tą sprawą 5 zarzutów dyscyplinarnych, również za to, że miała odwagę rozmawiać z prasą.

Jacek Sasin, wicepremier i od niedawna minister aktywów państwowych tą wypowiedzią niewątpliwie wbił się na wyżyny hipokryzji. – „Wszystko wskazuje na to, że do zmiany szefa NIK potrzebna byłaby zmiana Konstytucji. Nie zgadzając się na nie, to opozycja bierze na siebie odpowiedzialność, że pan prezes Banaś w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję” – powiedział Sasin w TVN24.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to tzw. pisowski przekaz dnia. W podobnym tonie wypowiada się większość prominentnych polityków tej partii, np. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk.

Politycy partii rządzącej mają krótką, a raczej wybiórczą pamięć. Marian Banaś został szefem NIK dzięki głosom posłów i senatorów PiS. Kiedy poseł PO Robert Kropiwnicki przed wyborem Banasia, chciał z mównicy sejmowej powiedzieć o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych kandydata na szefa NIK, marszałek Elżbieta Witek wyłączyła mu mikrofon.

Internauci byli oburzeni wypowiedzią pisowskiego wicepremiera: – „Panie Sasin, chyba w waszym rządze pan Banaś był ministrem, to Wy go większością głosów na stołek wsadziliście, a teraz Pan zwala na opozycje? No przepraszam za pytanie.. ale czy Pan ma jaja?”; – „Bezczelny typ. Zdołał odsunąć od siebie odpowiedzialność za organizację lotu do Smoleńska i teraz próbuje powtórzyć manewr”; – „Sasin ma najbardziej brawurowy intelekt spośród pisowców. No, może jeszcze Suski może się z nim równać”.

Część internautów po prostu kpiła z Sasina: – „Za mocne. Dzwonię do Banasia”; – „Taaa, bo Kopernik była kobietą. Typowy przykład, że jak nie uda się wyciszyć afery, to kilka najbardziej znanych twarzy PiS-u krzyczy, to nie my, to Oni”; – „Musiał się Pan Sasin w coś mocno uderzyć, by pleść takie androny”; – „A tak w ogóle to wina Tuska”.

Jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić się własnym nieuctwem i brakiem gustu, prześcigając w wyliczeniach, ilu książek noblistki się nie przeczytało…

„Słychać wycie, znakomicie!”, tak polska prawica zwykła pisać o części opinii publicznej oburzonej postępowaniem polityków PiS, łamaniem przez nich prawa, Konstytucji i dobrych obyczajów i pokazując w ten sposób niską radość, że oto udało się „dokopać” komuś, czyją niewybaczalną winą jest, że śmie wiedzieć świat inaczej, mieć inne poglądy.

Dziś owo słynne wycie słychać z prawej strony. Znam prawicę od lat, znam przecież ludzi z tego środowiska, a nie spodziewałam się, że Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk tak ich dotknie. Skoro tak się stało to znaczy, że z morale tego środowiska, z jego poczuciem własnej wartości jest już dramatycznie źle.

Sprawa Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie jest pierwsza sprawa, która pokazuje, że realnie istnieją dwie Polski (właściwie jest ich wiele, nie tylko dwie, ale mówię o głównej osi podziału): taka, która bardzo chce się otworzyć, chce różnorodności, chce doświadczać i poznawać, szanuje i jest gotowa wysłuchać, i Polska która nienawidzi sukcesu innych, chce utalentowanych ściągać w dół, zawistna, zazdrosna i mała. I nie, nie mówię o zwykłych ludziach. Mówię o tych, którzy mają się, choćby z tytułu sprawowanych urzędów czy wykonywanych zawodów za elity i powołują się często na bliżej nieokreśloną „przedwojenną inteligencję”, która dziś na ich widok umarłaby ze śmiechu lub z zażenowania.

Wyobrażam sobie czasem, co by Tadeusz Boy – Żeleński, powiedział Glińskiemu, a Tuwim napisał o Kurskim i wiem, że nie pójdziemy jako naród i społeczeństwo do przodu, dopóki nie pozbędziemy się z polityki i dziennikarstwa ludzi, reprezentujących taką mentalność i takie cechy jak kompletna głupota, prostactwo, zawiść, zazdrość, małość, małostkowość, mściwość, ograniczone horyzonty, brak dystansu do siebie i świata, niedouczenie, brak kultury i dobrego (a często w ogóle żadnego) wychowania.

To, co wyprawiają prawicowe – bo o nich mówię – elity polityczne i dziennikarskie wokół Nobla dla Olgi Tokarczuk, pokazuje, że złość, zawiść, małość i miałkość są nie tylko ich siłą napędową, ale wręcz tlenem i krwiobiegiem – nie mogąc nikogo oczernić, umniejszyć, nie mając na kogo napluć swoimi słowami, zapewne by umarli.

Nigdy nie zrozumiem, jak można powołując się latami na patriotyzm, polegający na dumie z polskości, nie być dumnym, że Polka dostaje Nagrodę Nobla, jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić własnym nieuctwem i brakiem gustu prześcigając w wyleczeniach, ilu książek Noblistki się nie przeczytało.

Jak można nie mieć na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie wiedzieć, że próba zdezawuowania osiągnięcia tej rangi, pokazuje i obnaża wyłącznie kompleksy tych, którzy to robią i ich szorujące po dnie poczucie własnej wartości.

Jak można nie inspirować się tak utalentowanymi ludźmi i nie życzyć im wszystkiego dobrego, tylko wygadywać rzeczy w stylu ministra kultury (sic!), że czułość to za mało – po doskonałym zresztą wykładzie Noblowskim Tokarczuk.

Ja wiem, że modna jest teraz wśród niektórych publicystów taka maniera, żeby każdego rozumieć, wszystko tłumaczyć i rozgrzeszać każde świństwo, podłość i małość.

Mają w nosie łamanie Konstytucji? Pewno sfrustrowani, niedouczeni, pewnie elity nie dość się postarały…łykają brewerie i złodziejstwa polityków jak pelikany – o biedni, sfrustrowani, a w ogóle to wina Balcerowicza…. Nie przeszkadza im pogrążanie i zadłużanie Polski, upadająca edukacja i służba zdrowia – pewnie jest jakieś usprawiedliwienie…

Można tak w nieskończoność, tylko to, oprócz tego, że skrajnie naiwne, nie doprowadzi do rozwoju i progresu. Bo rozwinąć się można tylko wtedy, kiedy się zrozumie, że są rzeczy na które nie ma żadnego usprawiedliwienia, na które pozwalać nie można i kropka.

W przeciwnym razie takie właśnie „elity” będą wciągać nas coraz głębiej w bagno, aż do samego dna.

Duda przegra, stanie przed Trybunałem Stanu, jak też Ziobro i Jaki

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Banaś, Jaki, Duda, Morawiecki – pisowska groteska, bajzel

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

„Za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju (2019 r.) 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł)” – pisze Onet.

Według prawników wynajętych przez Jannigera, młody człowiek towarzyszył wówczas Macierewiczowi na konferencji: „Polska i USA w obronie wolności: od pokonania komunizmu do zachowania suwerenności narodowej”.

Problem w tym – jak wskazuje w Onecie Stankiewicz – że w maju br. Macierewicz od dawna nie był już ministrem.

„Nie wiadomo więc, czemu na wyjazd do USA zabrał na koszt PFN osobę towarzyszącą. Trudno też mówić o jakichkolwiek „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza, który jest dziś szeregowym posłem” – pisze Onet.

Dziennikarze już wcześniej ujawnili, że PFN zapłaciła amerykańskiej firmie 5,5 mln dolarów za promowanie Polski w mediach społecznościowych. Efektem było m.in. konto na Instagramie, które obserwuje dziś 179 osób.

18 września Onet ujawnił kolejne fakty – na współpracy finansowo skorzystał przede wszystkim historyk Marek Chodakiewicz. Chodakiewicz otrzymywał pieniądze z agencji PR WHWG (które firmie zapłaciła PFN). Ogromne pieniądze dostali jego współpracownik oraz siostra i żona.

Według Onetu, siostra Chodakiewicza otrzymywała 120 tys. dolarów rocznie za… pisanie maili do ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Georgette Mosbacher.

Najnowsze doniesienia na temat PFN to nic nowego w tym sensie, że Fundacja od samego początku jest synonimem niejasnych transferów finansowych, kolejnych wtop wizerunkowych (choć została powołana do bronienia wizerunku Polski) i równie kuriozalnych co kosztownych pomysłów na promocję naszego kraju. Opisywaliśmy je regularnie w OKO.press.

Ta fundacja to nie trzeci sektor

Polska Fundacja Narodowa, choć oficjalnie i na papierze jest fundacją, ma niewiele wspólnego z trzecim sektorem, jak nazywane są zbiorczo pozarządowe organizacje. PFN została powołana w 2016 roku przez 17 spółek Skarbu Państwa, zaś inicjatywa wyszła od rządu PiS. Jej powstanie ogłaszała zresztą podczas konferencji premier Beata Szydło.

PFN miała „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa budować markę Polski poza granicami naszego kraju”. Zrzutka państwowych spółek wyniosła w pierwszym roku działalności 100 mln zł. Na początku roku 2018 finanse PFN osiągnęły pułap 220 milionów.

Dziwna to organizacja pozarządowa, której powstanie organizuje rząd. Ale dziwniejsze miało dopiero nadejść.

Oczernianie sędziów za 8 mln zł

W maju 2017 PFN zorganizowała akcję „Sprawiedliwe sądy”. Miała ona uzasadniać prowadzoną wtedy przez rząd PiS czystkę w sądownictwie. Na ulicach polskich miast pojawiły się billboardy informujące, że sędziowie kradną, wypuszczają na wolność pedofilów, nazywają się nadzwyczajną kastą i ogólnie chcą być bezkarni. Takie same treści promowano w telewizji i internecie.

PFN wykonanie akcji zleciła spółce Solvere, założonej przez byłych PR-owców Beaty Szydło. Maciej Świrski, ówczesny szef PFN twierdził we wrześniu 2017 roku, że usługi Solvere kosztowały 240 tys. zł. W grudniu 2017 Onet ujawnił cztery faktury wystawione dla Solvere na kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie ze sprawozdania finansowego PFN za 2017 rok wynika, że cała kampania kosztowała 8,4 mln zł.

„Sprawiedliwe sądy” są koronnym dowodem na to, że PFN jest politycznym narzędziem w rękach PiS. Potwierdził to nawet sąd. Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze jako prezydentka Warszawy wszczęła wobec fundacji postępowanie nadzorcze (miasto, na którego terenie organizacja jest zarejestrowana, ma taką możliwość).

Pierwszy wyrok stwierdzający, że kampanią o sądach PFN złamała swój statut, zapadł w listopadzie 2018.

„Zdaniem sądu podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie – znacznie go osłabiają, kreując oparty na jednostkowych przypadkach negatywny obraz władzy sądowniczej”.

W lipcu 2019 oddalono apelację fundacji.

W październiku 2019 portal Konkret24 napisał, że Polska Fundacja Narodowa przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności. Sprawy składają niezadowoleni obywatele, dziennikarze oraz organizacje pozarządowe. Pytają organizację o jej działalność, w szczególności finanse, ale ta odmawia odpowiedzi.

PFN pozywa OKO i… nie przychodzi na rozprawę

Rekordowy pod względem wpadek był dla PFN z pewnością rok 2018. W marcu okazało się, że Fundacja kupiła za prawie 5 mln zł używany francuski jacht, który miał opłynąć dookoła świat z okazji stulecia odzyskania niepodległości.

„Gazeta Wyborcza” szacowała, że cały rejs kosztować mógł nawet 20 mln. Wkrótce potem przedsięwzięcie upadło, bo w atmosferze skandalu z akcji wycofała się firma ambasadora kampanii Mateusza Kusznierewicza. Zamiast „Polska 100”, jak nazywała się akcja, jacht nazwano „I love Poland” i postanowiono, że będzie brał udział w światowych regatach. Pół roku temu na zawodach uległ jednak awarii i od tamtej pory czeka na naprawę w Ameryce.

W czerwcu 2018 PFN ogłosiła nabór na specjalne stypendium w Waszyngtonie dla badaczy chcących zajmować się postkomunizmem. Zaaplikował o nie prof. Adam Leszczyński, dziennikarz OKO.press: „Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało”. Nie wiadomo do dziś, bo PFN w swoim stylu uporczywie uchyla się od odpowiedzi.

Fundacja pozwała Leszczyńskiego i OKO.press za ten tekst, ale na pierwszej rozprawie 4 grudnia nikt z PFN się nie pojawił: ani pełnomocnik, ani świadkowie. Sąd ukarał świadków grzywną i odroczył rozprawę do czerwca 2020 r.

O Macierewiczu i jego Jnnigerze tutaj >>>

Marcin Zieliński, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), skonfrontował wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego z faktami. Zieliński wziął pod lupę pierwsze i drugie expose premiera, a następnie pokazał liczby. Gdy zestawi się słowa Morawieckiego z ekonomiczną rzeczywistością, wnioski nasuwają się same. Prawda może być dla tego rządu bolesna. Wystarczy porównać, co mówił premier o programie Mieszkanie+ z liczbą wybudowanych mieszkań w ramach tej sztandarowej rządowej inicjatywy. Dzięki Mieszkaniu+ powstało, uwaga, około jednego tysiąca lokali! Warto dodać, że branża deweloperska oddała w czasie rządów prawicy… 700 tysięcy mieszkań. Zobacz galerię zdjęć. Tam widać wszystko czarno na białym.

Mateusz Morawiecki chwalił się zmniejszeniem liczby stron ustaw. Tymczasem w 2016 roku weszło w życie rekordowe na polskie warunki ponad 35 tysięcy stron aktów prawnych. Premier mówił o zrównoważonym budżecie, ale – jak podkreśla Marcin Zieliński z FOR – pomijając wpływy jednorazowe (m. in. dzięki drugiemu skokowi na OFE) i uwzględniając wszystkie wydatki, Polska jest na budżetowym minusie. I to w czasie, gdy inne kraje oszczędzają na trudne czasy.

Premier wiele mówił o wspieraniu ekspansji polskich firm, podczas gdy polskie inwestycje zagraniczne spadają. Obiecywał pakiet wolnościowy dla biznesu, ale za jego kadencji Polska spadła w rankingach konkurencyjności i warunków do rozwoju biznesu. Chwalił się rozwojem elektromobilności, a trudno znaleźć osobę, która potrafi wymienić choć jeden sukces w tej dziedzinie.

Wizja Morawieckiego: przed 2015 roku był niewykorzystany potencjał

W wypowiedział Morawieckiego pobrzmiewał całkowity brak akceptacji dla działań władz przed 2015 rokiem. Polska przed rządami PiS była krajem, gdzie potencjał „nie został w pełni wykorzystany”. Później nastąpiła zmiana i mieliśmy – jak mówił Morawiecki – „złapać w żagle wiatr historii”. „Przebiliśmy rozwojowy szklany sufit” – stwierdzał dumnie premier. Zdaniem Morawieckiego jego rząd „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.

W drugiej kadencji, PiS ma zamiar wprowadzić w życie program „wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju” oraz stworzyć „potencjał, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Marcin Zieliński jest sceptyczny wobec tych szumnych zapowiedzi Mateusza Morawieckiego. W jego ocenie Polska była kiedyś liderem wzrostu po 1989 roku wśród wszystkich krajów byłego bloku wschodniego, a dziś działania PiS tylko „podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu”.

– Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 roku w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego – zauważa Marcin Zieliński.

Źródło: FOR

Marian Banaś nadal unika kamer, ale NIK przedstawił właśnie raport, który uderza w rządowy program. Budżet państwa stracił łącznie 152 miliony złotych – wynika z wyników kontroli NIK dotyczących programu „Praca dla Więźniów”, który realizowano pod nadzorem Ministerstwa Sprawiedliwości. Do prokuratury trafiło kilkanaście zawiadomień w sprawie.

NIK, którą kieruje Marian Banaś, na specjalnej konferencji prasowej przedstawiła raport dotyczący nieprawidłowości przy realizacji programu „Praca dla Więźniów” finansowanego ze środków Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. Raport jest wynikiem kontroli przeprowadzonej od 17 czerwca do 19 lipca 2019 r.

NIK: nieprawidłowości przy inwestycjach związanych z programem „Praca dla Więźniów”. 115 mln zł strat

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli podczas prowadzenia inwestycji w ramach programu doszło do 27 przypadków naruszeniem prawa zamówień publicznych.

Łączna kwota nieprawidłowo wydatkowanych sposób środków miała sięgnąć 115 mln zł

– czytamy w komunikacie Izby.

Ponadto na polecenie Prezesa Mariana Banasia, NIK skierowała m.in. zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Koszt jego budowy był zdaniem urzędników zbyt wysoki – na infrastrukturę wydano 369 tys. zł, a wedle biegłego jej wartość wynosi ok. 65 tys. zł.

Łącznie w związku z wynikami kontroli NIK podjęła decyzję o skierowaniu 16 zawiadomień do prokuratury.

Co kontrolerzy zarzucają zakładom karnym?

W raporcie NIK znalazło się m.in. powierzanie zamówień podmiotom prywatnym (podwykonawcom) przy braku jasnych zasad ich wyboru. Ponadto w części zakładów budowanych na terenach więzień nie było gwarancji dotyczących zatrudniania osadzonych albo zakres zatrudniania osadzonych był bardzo ograniczony. NIK stwierdził też nierzetelne sprawowanie przez zamawiających nadzoru nad realizacją umów.

1zł brutto za metr kwadratowy hali. Kolejne 37 mln zł strat

Inny zarzut izby dotyczy stawek, za które wynajmowano budowane hale. Niektóre z nich „kosztowały” przedsiębiorców zaledwie złotówkę za metr kwadratowy. Oznacza to, że wynajęcie hali o powierzchni 7,5 tys. m kw. kosztowało jedynie 7,5 tys. zł.

Zdaniem NIK wybudowane nakładem środków publicznych hale, wynajmowane były poniżej stawek rynkowych. Często ich wartość była zaniżona kilkukrotnie, np. w przypadku Zakładu Karnego w Stargardzie ustalony czynsz był dwuipółkrotnie niższy od ceny rynkowej, w przypadku Zakładu Karnego w Czarnem czynsz zaniżony był trzykrotnie, a Zakładu Karnego we Włocławku aż dziesięciokrotnie. Mogło to skutkować pomniejszeniem wpływów o kwotę odpowiednio: 811 800 zł, 144 766 zł oraz 494 213 zł (łącznie o ponad 1 mln 450 tys. zł).

Marian Banaś dostał kilka nagród od premiera. Łącznie ponad 67 tys. zł

Wyniki kontroli NIK wskazują, że czynsz zaniżano w 14 przypadkach dzierżawy hal przemysłowych, co mogło skutkować mniejszymi wpływami – w kontrolowanym okresie o ponad 2,6 mln zł, a w całym okresie trwania umów o blisko 37 mln zł. Łącznie straty mogły wynieść więc 152 mln.

Praca dla więźniów – sztandarowy program rządu

Za program „Praca dla więźniów” odpowiada resort sprawiedliwości. Projekt nadzorował Patryk Jaki, ówczesny minister sprawiedliwości, obecnie europoseł.

Program, który uruchomiono z jego inicjatywy w 2016 roku objął osadzonych w więzieniach czy aresztach. Służba Więzienna chwaliła się, że w w ciągu zaledwie 18 miesięcy od uruchomienia programu zatrudnienie skazanych zwiększyło się o 11 tysięcy, a wskaźnik powszechności zatrudnienia osadzonych osiągnął wartość 52,8 proc.

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM! – pisze Krzysztof Łoziński. „Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

Od zawsze zadziwiało mnie pewne zjawisko – przekonanie wielu moich rodaków, że do objęcia wysokiego stanowiska nie trzeba mieć wiedzy w dziedzinie, której dotyczy. Swego czasu zadziwił mnie Stanisław Alot, jeśli dobrze pamiętam nauczyciel historii, który podjął się kierowania ZUS-em.

Według Wikipedii: „W 1976 ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Później odbył studia podyplomowe z wypoczynku i turystyki na krakowskiej AWF. Od 1976 do 1981 był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Rzeszowie”.

Gdy pełnił funkcję prezesa ZUS: „Krytykowany był za ujawniony w wyniku przeprowadzonej kontroli brak prawidłowo prowadzonej księgowości w ZUS i problemy z systemem informatycznym”.

DLACZEGO GO WSPOMINAM? PAMIĘTAM SWOJĄ MYŚL Z TAMTEGO CZASU: GDYBY MNIE ZAPROPONOWANO STANOWISKO PREZESA NAJWIĘKSZEJ INSTYTUCJI FINANSOWEJ W POLSCE, TO WPADŁBYM W PANIKĘ, BO JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Dziś stanowisko prezydenta RP chce zająć Szymon Hołownia, niewątpliwie sympatyczny i inteligentny człowiek, ale:

Według Wikipedii: „Ukończył Społeczne Liceum Ogólnokształcące Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku. Studiował psychologię w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej”.

Działalność polityczna: „8 grudnia 2019 w Gdańsku oficjalnie ogłosił start w wyborach na Prezydenta RP w 2020 roku”. I koniec. To wszystko.

ABY DOBRZE SPRAWOWAĆ URZĄD PREZYDENTA, TRZEBA MIEĆ DOŚWIADCZENIE I WIEDZĘ W CO NAJMNIEJ W DWÓCH DZIEDZINACH: DZIAŁALNOŚCI POLITYCZNEJ W KRAJU I POLITYCE ZAGRANICZNEJ (ZWŁASZCZA W POLITYCE ZAGRANICZNEJ).

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Po Lechu Kaczyńskim i Andrzeju Dudzie mam już dosyć prezydentów, którzy, poza innymi powodami, SIĘ NA TYM NIE ZNAJĄ!

Szanowni rodacy, jeśli samochód do naprawy dajecie do mechanika, po leczenie idziecie do lekarza, i tak dalej, to zastanówcie się, czy kandydat na prezydenta powinien się znać na tym, czym się będzie zajmował.

Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI PYTAJCIE KANDYDATÓW O KWALIFIKACJE I DOŚWIADCZENIE POLITYCZNE.

(oczywiście od Andrzeja Dudy lepszy jest każdy)

Więcej o Hołowni tutaj >>>

Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat w prawyborach Koalicji Obywatelskiej. – Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Platforma pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

JACEK JAŚKOWIAK: To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?
Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań.

DZIAŁANIA POZYTYWNE BĘDĘ OCZYWIŚCIE WSPIERAŁ, A BLOKOWAŁ TE KARYGODNE I SZKODLIWE.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

POKAZAŁEM, ŻE POTRAFIĘ PROMOWAĆ RÓŻNORODNOŚĆ, TOLERANCJĘ, DBAĆ O NAJUBOŻSZYCH, ALE TEŻ O DOBRE RELACJE Z INWESTORAMI I POZNAŃSKIMI PRZEDSIĘBIORCAMI, KTÓRZY TWORZĄ ATRAKCYJNE MIEJSCA PRACY DLA POZNANIAKÓW.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?
Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać. Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie.

ARMIA MUSI BYĆ NIEZALEŻNA OD POLITYKÓW. POSPOLITYM RUSZENIEM I WOT NIE OSIĄGNIEMY TEGO, CO MOŻNA OSIĄGNĄĆ PROFESJONALIZMEM I JAKOŚCIĄ.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.
Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?
Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak.

PREZYDENT MUSI DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z PRAWEM. JEST STRAŻNIKIEM KONSTYTUCJI, WIĘC JEST OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRA MOŻE POZWOLIĆ SOBIE NA ŁAMANIE PRAWA, NAWET JEŚLI JEST MU TO POLITYCZNIE WYGODNE.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.
Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

POKAZAŁEM, ŻE MOŻNA MIEĆ WŁASNE ZDANIE, NAWET GDY TO NIE SPRZYJA DOBRYM SONDAŻOM. TAK BYŁO CHOCIAŻBY W PRZYPADKU MOJEGO UDZIAŁU W MARSZU RÓWNOŚCI. W POZNANIU MOGĄ CZUĆ SIĘ DOBRZE WSZYSCY, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAKIEGO SĄ WYZNANIA, KOLORU SKÓRY CZY POGLĄDÓW POLITYCZNYCH.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO. Platforma pokazała zdecydowaną twarz oraz że nie boi się jasno głosić swoich poglądów. Pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?
Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.

SĄDZĘ, ŻE NA PRZESTRZENI 5-6 LAT DOJDZIE DO ROZWIĄZAŃ, KTÓRE FUNKCJONUJĄ W PAŃSTWACH CHADECKICH, NP. W NIEMCZECH, GDZIE NIE MA ABORCJI TRAKTOWANEJ JAKO ŚRODEK ANTYKONCEPCYJNY, ALE JEST OPIEKA I TROSKA WOBEC KOBIET, KTÓRE ROZWAŻAJĄ PODJĘCIE TEJ DRAMATYCZNEJ DECYZJI.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?
Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.

ZGŁOSIŁEM SWOJĄ KANDYDATURĘ W KOPERCIE, DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ZROBIŁA TO MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA. PYTAŁEM JĄ O TO.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?
Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy Prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W POLSCE JEST WIELE OSÓB, KTÓRYM NIE UDAŁO SIĘ W ZWIĄZKACH MAŁŻEŃSKICH PRZETRWAĆ I O TYM TEŻ TRZEBA JASNO MÓWIĆ. NAJWAŻNIEJSZE, ABY DBAĆ O DZIECI I NAWZAJEM SIĘ SZANOWAĆ. WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM ZE SWOJĄ BYŁĄ ŻONĄ LEPSZE RELACJE, NIŻ W NIEJEDNYM MAŁŻEŃSTWIE, KTÓRE TRWA.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.
Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

„Były media i błysk fleszy” napisała Krystyna Pawłowicz o ślubowaniu do TK w Belwederze. Ale kancelaria prezydenta nie opublikowała nawet pół zdjęcia Dudy z Pawłowicz i Stanisławem Piotrowiczem. Prezydencki minister twierdzi – wbrew wielu faktom, które przedstawiamy – że nominacje do TK odbywają się zawsze bez mediów. Czego się boi prezydent?

Już od kilku dni Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina są sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Uroczyste ślubowanie złożyli Prezydentowi RP w czwartek, 5 grudnia 2019.

Sejm wybierał Piotrowicza i Pawłowicz – wiernych żołnierzy PiS – na oficjalnie bezstronnych sędziów TK. Na nic zdały się apele ekspertów prawnych, wskazujących dodatkowo, że w efekcie „reform” sądownictwa oboje są do Trybunału za starzy. Na nic apele opozycji, by nie wybierać do TK byłego prokuratora z czasów PRL.

Wybór Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny do TK to kolejny gwóźdź do trumny niezależnego Trybunału, który pod rządami PiS stał się marionetkowym organem władzy.

„Były media i błysk fleszy. A teraz służba Polsce” – napisała 5 grudnia na Twitterze sędzia Pawłowicz.

Jest tylko jeden problem: nie wiadomo jakie media i czyje flesze miała na myśli. Relacji fotograficznej i wideo ze ślubowania nie udostępniły na swoich stronach ani Trybunał Konstytucyjny, ani Kancelaria Prezydenta. Przebiegu uroczystości nie zrelacjonowały też żadne media, nawet te prorządowe.

Ale odkładając żarty na bok – wygląda na to, że mamy kolejny, po listach poparcia członków nowej KRS, sekret państwa PiS.

Lakoniczny TK

Wydarzenie odnotowano krótko na stronie Trybunału.

„5 grudnia 2019 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda odebrał ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Pani Krystyny Pawłowicz, Pana Stanisława Piotrowicza oraz Pana Jakuba Steliny” – czytamy w komunikacie opatrzonym jedynie zdjęciem… budynku TK przy al. Szucha w Warszawie.

To sytuacja wyjątkowa. Zakładka „Wydarzenia” w witrynie TK obfituje w informacje o uroczystościach, wykładach, spotkaniach zorganizowanych w Trybunale i z udziałem np. prezes Julii Przyłębskiej. Zwykle są one opatrzone kilkoma, kilkunastoma fotografiami.

Dość rozpaczliwą próbę wyjaśnienia utajnienia ślubowania Pawłowicz i Piotrowicza przedstawił prezydencki minister Błażej Spychalski:

We wrześniu 2017 roku ślubowanie składał nowo wybrany sędzia TK Justyn Piskorski (zastąpił zmarłego Lecha Morawskiego). Na stronie Trybunału mogliśmy przeczytać krótką biografię sędziego i zobaczyć kilka zdjęć ślubowania autorstwa fotografa z Kancelarii Prezydenta Macieja Biedrzyckiego.

Zdjęcia pokazano także po ślubowaniach sędziów Andrzeja Zielonackiego i Mariusza Muszyńskiego w czerwcu i lipcu 2017.

„Były media i błysk fleszy”

Na stronie prezydenta Andrzeja Dudy pojawiła się zaledwie lakoniczna wzmianka, że ślubowanie 5 grudnia miało miejsce.

Zabrakło fotografii, co dziwi zwłaszcza, gdy przyjrzymy się barwnej relacji z zaprzysiężenia nowej minister sportu z tego samego dnia. Ślubowanie Justyna Piskorskiego w 2017 roku opatrzono pięcioma zdjęciami oraz obszernymi cytatami z przemówienia Andrzeja Dudy. Okolicznościowe wystąpienie prezydenta opublikowano też na stronie jako filmik. Można oglądać je do dziś.

Duda miał przemawiać także na uroczystości 5 grudnia 2019. O „ważnym przemówieniu na temat wymiaru sprawiedliwości” pisała na swoim Twitterze Krystyna Pawłowicz. Jej „relacja” to w zasadzie jedyne, co wiemy na temat przyjęcia, które odbyło się w Belwederze.

Była posłanka podkreśla, że „były media i błysk fleszy”, w tym obsługa z Kancelarii. Dlaczego zatem zdjęcia nie pojawiły się na stronie prezydent.pl?

Jakub Szymczuk, osobisty fotograf Andrzeja Dudy, miał być w tym czasie na urlopie. Ale wydarzenia z udziałem prezydenta RP relacjonują także m.in. Maciej Biedrzycki i Grzegorz Jakubowski.

Prawo do informacji

Sprawa wyglądała tajemniczo, a media zaczęły dopytywać, dlaczego żadne fotografie ze ślubowania nie ujrzały światła dziennego. Zainteresowanych uspokajał rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel.

„W tajemnicy to jakby ktoś się spotykał z kimś […] na stacji benzynowej albo pod śmietnikiem czy na cmentarzu i tam coś ustalał. […] Belweder, siedziba prezydenta, trudno mówić, że jest okryty mgiełką tajemnicy. Zresztą od wczoraj wszyscy o tym mówią, więc z tą tajemniczością bym nie przesadzał” – tłumaczył w „Graffiti” Polsat News w piątek 6 grudnia.

Takie tłumaczenia nie usatysfakcjonowały jednak części komentujących, a w internecie pisano kolejnej, po listach poparcia do KRS, cegiełce do „niejawnego” państwa PiS. Marek Tatała, prawnik i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka Balcerowicza, zwrócił się do prezydenta z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

Bo art. 61 ust. 1 Konstytucji daje obywatelom prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. O prawie tym mówi także art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej.

We wniosku FOR domaga się ujawnienia:

  • imion i nazwisk osób publicznych, a zwłaszcza przedstawicieli władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, które wzięły udział w uroczystości;
  • czy podczas ślubowania dokonywano rejestracji obrazu i dźwięku za pomocą zdjęć lub nagrań wideo;
  • wyżej wymienionych zdjęć i nagrań, jeżeli takie powstały;
  • treści przemówienia Andrzeja Dudy;
  • informacji, jakie media brały udział w ślubowaniu.

Na odpowiedź Kancelaria Prezydenta ma 14 dni, chyba że skorzysta z możliwości wydłużenia terminu do dwóch miesięcy. Marek Tatała zapowiedział, że poda ją do publicznej wiadomości.

Co wypada Prezydentowi

Dlaczego Kancelaria Prezydenta tym razem nie pokazała zdjęć ze ślubowania? Najpewniej chodzi o wizerunek Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej podlega szczególnej ochronie.

Popularność Dudy jest wciąż wysoka, ale walka o prezydenturę będzie zacięta. Zwycięstwo w wyborach będzie zależeć od tego, czy uda mu się przekonać opinię publiczną, że jest „kandydatem zgody” i „mężem stanu”. Prezydent musi unikać kontrowersji, a taką z pewnością byłyby serdeczne ujęcia z „żołnierzami” PiS Piotrowiczem i Pawłowicz.

Zwłaszcza, że pod względem „sympatyczności” Dudzie wyrosła ostatnio poważna i nieco bardziej autentyczna konkurencja.

Z relacji Krystyny Pawłowicz wiemy, że prezydenckie przemówienie 5 grudnia dotyczyło sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Duda dał ostatnio próbkę tego, jak postrzega tę sytuację. Na spotkaniu 20 listopada w Brojcach, dzień po przełomowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, wykrzyczał nienawistną tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

Prezydent wspominał m.in. o potrzebie dokończenia dekomunizacji w polskich sądach. Niedługo potem odebrał ślubowanie na sędziego TK – kluczowego organu władzy sądowniczej w Polsce – od byłego komunistycznego prokuratora. Taka niekonsekwencja może nie spodobać się umiarkowanym wyborcom.

„Prezydent Duda boi się Polaków, natomiast jeszcze bardziej boi się prezesa Kaczyńskiego” – komentowała Małgorzata Kidawa-Błońska, wicemarszałek Sejmu z ramienia KO.

„Jest trzech kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają na objęcie tych funkcji od lat. Pan Prezydent nie zaprzysięga ich, natomiast zaprzysięga nowych, mówiąc, że nie może nie zaprzysiąc” – powiedziała I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Kaczyński jak szarańcza

Premiera „Szczerze” Donalda Tuska 12 grudnia. Już dziś publikujemy fragmenty bardzo osobistych dzienników byłego przewodniczącego Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Książka autorstwa Donalda Tuska ma formę osobistego dziennika. Są to zapiski z lat 2014-2019 uzupełnione i wzbogacone późniejszymi przemyśleniami. Były premier Polski opisuje kolejne dni na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej (czy, jak woli jego wnuk, Króla Europy). Relacjonuje spotkania z Angelą Merkel, Petrem Poroszenką, Francois Hollande’em, Barackiem Obamą czy Davidem Cameronem. Ujawnia kulisy narad na szczytach europejskich władz. Możemy wraz z nim śledzić m.in. pierwsze przymiarki do referendum brexitowego czy narastający konflikt w UE w sprawach dotyczących sankcji na Rosję, wsparcia dla Ukrainy oraz kryzysu w Grecji. Tusk dużo miejsca poświęca też swoim bliskim i sprawom polskim, do których jako szef RE musiał zachowywać dyplomatyczny dystans.

Poniżej pierwsze fragmenty książki Donalda Tuska. Premiera książki zaplanowana jest na 12 grudnia, a 14 grudnia w sobotę w Centrum Premier Czerska 8/10 odbędzie się spotkanie z autorem.

NIEDZIELA, 13 STYCZNIA 2019

Przez cały dzień pracujemy z Junckerem nad listem do Theresy May. Zapewniamy w nim – na jej prośbę – że będziemy gotowi na podpisanie withdrawal agreement natychmiast, jak tylko zostanie przegłosowany przez Izbę Gmin. Dodajemy też kilkanaście zdań, które mają „osłodzić” backstop i uczynić go strawnym dla brytyjskich posłów.

W domu jestem tuż przed dwudziestą. Nagle dzwoni telefon. To Michał. Mówi coś, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W czasie „Światełka do nieba”, gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ktoś zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Jeszcze nie wiadomo, czy jest ciężko ranny. „Nie, na pewno wszystko będzie dobrze” – odpowiadam. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Włączam TVN 24, reporterka wyraźnie zdenerwowana, widać, jak odjeżdża karetka. Po chwili znowu dzwoni Michał. Mówi, że sytuacja jest jednak poważna.

Całą noc telefony. Gosia jest w kontakcie z Piotrem Adamowiczem, bratem Pawła, rozmawia z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, który w szpitalu czeka na wieści od lekarzy. Około trzeciej nad ranem telefon od Piotra. Rozumiem, że jest bardzo źle. Coś mnie chwyta za gardło. Zaczynam ryczeć jak dziecko.

Na wszystkich portalach Paweł mówiący do zebranych ludzi tuż przed atakiem:

Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności.

I to światełko w jego ręku… Zasypiam po czwartej.

PONIEDZIAŁEK, 14 STYCZNIA 2019

Od rana cała polska ekipa w moim gabinecie. Mówię im, czego się dowiedziałem od Piotra Adamowicza: stan jest krytyczny, Paweł może nie przeżyć. Ktoś dopowiada, że podobno lekarze podtrzymują go przy życiu dzięki aparaturze po to, by żona, która leci ze Stanów, zdążyła go jeszcze zobaczyć.

Dzwonią z Gdańska, że mieszkańcy będą się zbierać po południu pod Dworem Artusa, żeby się modlić za Pawła i na znak solidarności z nim i jego rodziną. „Przecież nie będę tu siedział jak idiota i czekał na telefony” – pomyślałem. Dwie godziny później byłem już na lotnisku.

Tuż przed odlotem odbieram jeszcze jeden telefon od Wojtka Dudy. „To chyba koniec” – mówi. Na lotnisku w Gdańsku dziwna cisza. Twarze smutne, wściekłe, przestraszone. „Prezydent nie żyje” – mówi oficer ochrony, potwierdzając najgorsze. Jedziemy w kierunku Długiej, setki samochodów w tym samym co my kierunku, tkwimy w wielokilometrowym korku. Gdańszczanie tego wieczora chcą być razem.

Stoimy na przedprożu Dworu Artusa. Wałęsa, Borusewicz, Dulkiewicz. Przed nami morze głów; gdańskie, polskie, europejskie flagi. Ola z Wałęsą proszą, żebym coś powiedział do ludzi, ale jak tu mówić z czarną pustką w głowie, kiedy chce się płakać, milczeć albo wyć. Mówię kilka zdań przez ściśnięte gardło, trzęsąc się z zimna albo z emocji. Z głośników słychać „The Sound of Silence” i już nikt nie kryje łez.

Więcej Tuska tutaj >>>

Tak wynika z informacji, do których dotarł onet.pl. A odbywa się to za pośrednictwem amerykańskiej firmy White House Writers Group, która została wynajęta przez Polską Fundację Narodową, aby poprawiała wizerunek Polski w USA. Płacą za to wszyscy podatnicy, bo na budżet PFN – powołanej przez PiS – składają się kontrolowane przez partię rządzącą spółki skarbu państwa.

Onet dotarł do raportu finansowego WHWG. Było to możliwe tylko dzięki skorzystaniu z amerykańskiego prawa, które obliguje wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby do składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy. Sama PFN nie chciała ujawnić rozliczeń z WHWG.

Z najnowszego raportu WHGW, obejmującego okres od maja do października tego roku, wynika, że Amerykanie otrzymali ponad 1,2 mln dol., czyli ponad 4,5 mln zł. Z tych pieniędzy sfinansowano wydatki Edmunda Jannigera, młodego byłego doradcy Antoniego Macierewicza. Jak donosi onet.pl, za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł).

Janniger nie zamierza się z tego tłumaczyć i wynajął kancelarię prawną, której przedstawiciel zaczął grozić dziennikarzowi Onetu. Mecenas Richard S. Gordon twierdzi, że „Minister Macierewicz poprosił naszego klienta [czyli Jannigera], aby towarzyszył mu w podróży do Chicago i podczas tego wydarzenia, co Pan Janniger zrobił w ramach swoich obowiązków służbowych”.

Tym wydarzeniem była konferencja, którą WHWG zorganizowała za pieniądze PFN. Odbyła się w luksusowym hotelu Blackstone. Według onet.pl, to tam prawdopodobnie nocowali Macierewicz i Janniger. W sumie podczas tej konferencji na samo tylko jedzenie i picie poszło ponad 9 tys. dolarów (35 tys. zł), choć trwała ona zaledwie 90 min.

Onet przypomina, że Macierewicz od dawna nie jest już szefem resortu obrony. W jakim więc charakterze z szeregowym posłem, którym Macierewicz jest w tej chwili, podróżował Janniger? Pojawia się także pytanie, co miał na myśli jego adwokat, pisząc o „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza.

Na wtorek zapowiedziana jest konferencja prasowa NIK. Jak podejrzewają dziennikarze, zostanie na niej przedstawiony raport, dotyczący nieprawidłowości związanych z działalnością Funduszu Sprawiedliwości, działającego pod kuratelą Zbigniewa Ziobry, a za tym ma pójść informacja o złożeniu zawiadomień „do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Ma ich być co najmniej kilkanaście”.

O sytuacji w Funduszu NIK informowała już w ubiegłym roku, zarzucając wydanie milionów „złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia”.

Wówczas partia rządząca podeszła do raportu NIK-u dość beztrosko, sugerując, że prace Izby budzą wiele wątpliwości i są nierzetelne, bo przecież na czele tej instytucji stoi nie związany z PiS-em Krzysztof Kwiatkowski. W tej sytuacji trudno więc mówić o wiarygodności i obiektywizmie kontrolerów.

Pytanie, jak teraz PiS będzie tłumaczył raporty, które mogą być przedstawione jutro, na konferencji. Zarówno ten, dotyczący właśnie Funduszu Sprawiedliwości oraz dwa kolejne, związane z aferą GetBack oraz z działalnością Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) mogą być dla partii rządzącej bardzo niewygodne i trudne do schowania pod dywan.

Jedno jest pewne. Banaś tak jak obiecywał, nie podda się bez walki. Ciekawe, ile jeszcze przed nami odsłon tego konfliktu?

Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie

Nie chcę straszyć, ale naprawdę jest się czego bać. Orzeczenie sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego, którym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej powierzył zbadanie legalności działania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej SN,  nie zakończył sporu o legalność „dobrej zmiany” w sądownictwie, a przeciwnie, otworzył bezwiednie nowy etap eskalacji bezprawia. W najgorszym, ale jak najbardziej realnym scenariuszu, może się on zakończyć chaosem w gigantycznej skali i prawną anarchią, która nie raz już bywała pretekstem do przejęcia pełni władzy przez grupę trzymającą tę władzę w garści, a naród za pysk, albo do dyktatury pojedynczego despoty, sprawującego oczekiwane przez naród rządy silnej ręki.  Jest przy tym oczywiste, że pierwszą decyzją każdej autokratycznej władzy będzie wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS idzie na zderzenie czołowe. Wyrok Sądu Najwyższego to dla tej partii niewiążąca opinia. Funkcjonariusze PiS bajdurzą, że orzeczenie jest sprzeczne z Konstytucją, że kłóci się z zasadą nieusuwalności sędziów, że jedni sędziowie nie mogą usuwać drugich – tyle tylko, że nikt nie usuwa sędziów, bo ludzie skierowani przez władzę wykonawczą do KRS i ID sędziami wcale nie są! Równie bzdurny jest argument, że wyrok dotyczy tylko jednostkowej sprawy, z powodu której sędziowie Izby Pracy zwrócili się o opinię do TSUE. Przewodniczący KRS Leszek Mazur oświadczył, że wyrok Izby Pracy Sądu Najwyższego nie będzie miał konsekwencji dla funkcjonowania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. To nieprawda. Listopadowy wyrok unijnego trybunału, zrealizowany przez polski Sąd Najwyższy,  wiąże każdy sąd w kraju, od SN do szeregowego sędziego sądu powszechnego, także Izbę Dyscyplinarną, KRS, prezydenta, premiera, ministra sprawiedliwości, rzeczników dyscyplinarnych – wszystkich.  Tymczasem KRS, który zgodnie z wyrokiem nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy ustawodawczej, uznał, że wyrok SN go nie dotyczy i obraduje w najlepsze. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, która nie jest sądem w rozumieniu prawa UE – a przez to i prawa krajowego, odebrała właśnie immunitet warszawskiej prokuratorce Justynie Brzozowskiej za odmowę „trałowania” w lipnej sprawie reprywatyzacyjnej, zapowiadając, że na wokandzie ma aktualnie trzynaście kolejnych rozpraw przeciw protestującym sędziom i prokuratorom.

W normalnym kraju premier z ministrem sprawiedliwości natychmiast usiedliby do przygotowania nowej ustawy o KRS. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej, KRS oraz nominowani przez KRS, zakończyliby orzekanie, a do społeczeństwa dotarłaby wiadomość, że sprawy kierowane do sądów, które sądami nie są, rozpatrywane nie będą. Ale Polska od dawna nie jest normalnym krajem, mimo zaklęć premiera furt wzywającego do normalności – samego siebie zapewne. Cokolwiek bezradnie zabrzmiało oświadczenie Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, wzywającą „parlament, rząd, prezydenta do tego, żeby dostosowali nasze prawo do standardów unijnych, bo przecież te standardy unijne zostały przez Polskę zaaprobowane, podpisane i to są nasze standardy”. – No i co z tego?! – usłyszałaby prezes Gersdorf w odpowiedzi, gdyby ktokolwiek z rządzących zechciał jej odpowiedzieć.

Widać wyraźnie, że PiS idzie na czołówkę z sędziami, trybunałem europejskim, Unią, polską racją stanu i zdrowym rozsądkiem. Idzie z fanfarami, sztandarami, narodowymi hasłami i z Gowinem, który zamykając pochód pali za sobą mosty (pali, ale się nie zaciąga).  Co takiego stało się z wymiarem sprawiedliwości, ze trzeba go wysadzić w powietrze? Dlaczego PiS chce rządzić i egzekwować prawo na gruzowisku? Argumenty, którymi próbuje przekonać Polaków, a co gorsza również zagranicznych partnerów, są najzwyczajniej durne, a często także śmieszne. Dociera to nawet do niektórych funkcjonariuszy władzy, którzy nie mówią już, że reforma ma skrócić sądowe procedury, bo wszyscy widzą, ze sprawy wloką się teraz znacznie dłużej.  Minister Ziobro nie opowiada już o sędzim – zbrodniarzu, który poważył się wziąć w sklepie część do wiertarki i nie zapłacić, ani o byłym sędzi niezrównoważonym psychicznie, który ukradł spodnie. Ale nie przestał bredzić dlatego, że ledwie kilka takich przypadków, które zdarzyły się wśród 10 tys. sędziów w ciągu kilkunastu lat, to wręcz powód do zawodowej dumy.

Ziobro ma wiele powodów, by o tym milczeć. Wyliczmy kilka najświeższych. Afera Misiewicza, aresztowanego za łapówki w zamian za wpływy w rządzie i biznesie. Afera KNF z prezesem Chrzanowskim, prezesem Glapińskim i bliskimi Mariusza Kamińskiego w rolach głównych. Afera związana z ukrywaniem majątku premiera Morawieckiego, przepisanego na żonę. Afera sponsorującej PiS piramidy finansowej Get Back, w której Polacy utopili trzy razy więcej pieniędzy niż w Amber Gold. Afera Polskiej Fundacji Narodowej, która miała „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”, a wykonała kampanię szkalującą sędziów, która za prawie milion euro kupiła biało-czerwony jacht stojący od pół roku w porcie USA ze złamanym masztem oraz zapłaciła amerykańskiej firmie piarowej 5,5 mln USD za promocję na profilach obserwowanych przez kilkadziesiąt osób. Afera b. marszałka Sejmu Kuchcińskiego, który zarzekał się, że z transportu lotniczego korzysta sam, incydentalnie i tylko w sprawach niecierpiących zwłoki, a w rzeczywistości odbył 135 podróży, zabierając na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę oraz kolegów z PiS i partyjnych działaczy samorządowych. Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy pod wodzą wiceministra Łukasza Piebiaka szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Afera z „taśmami prawdy” Jarosława Kaczyńskiego, planami budowy dwóch wież, tajemniczym udziałem księdza Sawicza, który miał wziąć łapówkę, z oskarżeniem Kaczyńskiego o oszustwo i dziwnej reakcji prokuratury. I wreszcie afera Banasia, który mimo toczącego się przeciw niemu śledztwu został prezesem NIK. I jeszcze towarzysząca mu afera mafii VAT, której Zbigniew Ziobro długo szukał i w końcu znalazł – u siebie w ministerstwie.

I tak dysponentom koszmarnej zmiany pozostał już tylko jeden dowód degrengolady stanu sędziowskiego, wymuszający natychmiastowe drastyczne decyzje: SĘDZIOWIE TO KOMUCHY!  Niemal na każdym spotkaniu w terenie prezydent Duda łamiącym się głosem biada nad stanem polskiego sądownictwa przesiąkniętego wrażą ideologią i gromko wygraża postkomunistom ukrywającym się wśród sędziów, ze szczególnym uwzględnieniem ich głównego sztabu – Sądu Najwyższego.  Prezydentowi wtóruje premier, sypiąc z rękawa coraz to nowymi liczbami opisującymi rozmiar komuszego zagrożenia w wymiarze sprawiedliwości. Solistą tego chóru jest szeregowy poseł Kaczyński – autor „komunistów i złodziei”, „sędziowskiej kasty”, „bezkarnych synekur”, „ojkofobii, czyli nienawiści sędziów do własnego narodu” i kilku jeszcze bonmotów. Funkcjonariusze władzy rozgłaszają te i podobne bzdury na cztery strony świata nie zważając, że przed chwilą jeszcze odsądzali od czci i wiary każdego, kto o polskich kłopotach ledwie wspomniał za granicą.  Opowiadają swoje dyrdymały nie zważając, że myślący słuchacze, w tym wszyscy zagraniczni, dawno sprawdzili, jak jest naprawdę z tymi polskimi sądami splamionymi miazmatami komuny.  A jak jest?

PREZYDENT DUDA KŁAMIE. PREMIER MORAWIECKI KŁAMIE. POSEŁ KACZYŃSKI KŁAMIE.  Bo nawet Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości informuje, że w obecnym składzie Sądu Najwyższego nie ma nikogo, kto byłby w tym sądzie w poprzednim ustroju, na 101 orzekających w SN, żaden nie czynił tego przed 1989 rokiem. Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie. Podobne proporcje dotyczą byłych członków PZPR. Ciekawostką jest, że to samo biuro nie dysponuje danymi dotyczącymi Izby Dyscyplinarnej KRS oraz powołanymi na podstawie ustawy z grudnia 2017.

Mimo to Kaczyński, Ziobro, Duda i Morawiecki chórem wciskają Polakom i światu, że sądownictwo trzeba wywrócić do góry nogami, bo pełne jest komunistycznych złogów. Sugerują, że aktywiści PZPR dzielą się na przyzwoitych popierających PiS, którzy zapisali się do partii, by rozwalać komunę od środka – i na zatwardziałych postkomunistów, których należy eliminować z publicznych zawodów. Najgorszym sortem wśród nich są sędziowie, bo nie dość, że nie pomagają reformować kraju, to jeszcze przeszkadzają w tym zbożnym dziele pod pretekstem, że władza narusza praworządność.   Nie rozumieją, że władza jest praworządna z definicji, a legalnie wybranym wolno tworzyć prawo wedle swego uznania. Tacy sędziowie są po prostu kastą, która postawiła się ponad władzą PiS. To ten najgorszy sort komuchów, którzy zbierają się nocami czytając manifest komunistyczny i nucąc Międzynarodówkę.

Ciekawe, czy takie argumenty, które mają dowieść słuszności demolki w sądownictwie i usprawiedliwić wojnę wypowiedzianą Trybunałowi Sprawiedliwości UE, Sądowi Najwyższemu i niezawisłym sędziom sądów powszechnych, zwolnią obecnie rządzących od przyszłej odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej.

Uniwersytet Warszawski właśnie rozpoczął akcję „UW gratuluje Oldze Tokarczuk”. I pokazał zdjęcie noblistki z jej dyplomu ukończenia studiów.

Olga Tokarczuk, rodacy za demokracją. Małgosia, czy Jacek?

Cały wykład noblowski Olgi Tokarczuk tutaj >>>

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów; pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii. Polakom po październikowych wyborach przygląda się psycholożka prof. Krystyna Skarżyńska

Jak wprost powiedział Jarosław Kaczyński, jeszcze nie wszyscy Polacy zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość, ale „mimo wszystko jest się z czego cieszyć”. Ta wypowiedź wiele mówi o tej partii i jej oczekiwaniach. Chcą mieć pełnię władzy, myślą, że na większe poparcie zasłużyli, a tu społeczeństwo okazało się nie całkiem wdzięczne.

Jest też zawód po stronie obywateli, wspierających zarówno Koalicję Obywatelską, jak i Lewicę, którzy myśleli, że opozycja zdobędzie zdecydowanie więcej głosów.

W przeprowadzanych rozmowach (w kilku badaniach focusowych) wśród różnych grup respondentów, a także w wypowiedziach medialnych osób z różnych stron politycznej sceny, zauważam nastrój zawiedzenia oczekiwań po wyborach parlamentarnych 2019.

Tymczasem cała opozycja zdobyła więcej głosów niż Zjednoczona Prawica, choć nie przełożyło się to na większość mandatów. O tym za mało się mówi.

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów;  pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii.

Koalicja Obywatelska musi się jasno określić

Zauważono też liczne przemieszczenia między elektoratami, wiele osób odeszło z KO i to w różne strony: na lewo, ale i w kierunku PSL z Kukizem, zdecydowanie mniej do PiS.

Przepływy te są – moim zdaniem – dowodem na to, że ludzie już nie bardzo chcą głosować na partię, która oferuje mało wyrazistą ofertę dla wszystkich (nawet jak jest anty-PiS-em), tylko głosują na taką, która wydaje się bliższa ich światopoglądowi.

Jeżeli tak jest, to KO ma przed sobą poważną pracę, której efektem powinna być jasna, klarownie i atrakcyjnie opowiedziana koncepcja tego, czym jest dla niej  demokratyczne centrum, jakie państwo i społeczeństwo chce rozwijać, ile ma być w tym państwie liberalizmu, ile  (i jakiej) solidarności. Bez tego prawdopodobnie rozpadnie się na jakieś dwie mniejsze partie.

PiS „pasuje” wielu ludziom

Co do wyborców PiS (czy Zjednoczonej Prawicy) to nie jest tak, że większość z nich wybiera tę partię jedynie ze względu  na transfery materialne. Z danych, jakie zbieramy od lat, wynika, że polskie społeczeństwo jest w dużej mierze konserwatywne, więc deklarowane przez rządzącą prawicę wartości „pasują” wielu ludziom (zwłaszcza starszym, gorzej wykształconym, ale i młodym mężczyznom).

Dwa mechanizmy głosowania zadziałały w tę samą stronę: i portfel (transfery finansowe), i różaniec (podobne wizje roli Kościoła, tradycyjno-narodowe wartości).

Oba te mechanizmy (czy motywy poparcia wyborczego) współpracują ze sobą.

Wiadomo, że jeżeli oddaliśmy na kogoś swój głos (np. bo wzmocnił naszą pozycję finansową, zauważył nasze potrzeby), to mamy tendencję przypisywać mu /jej pewne ważne podobieństwo (np. w sferze wartości), żeby dodatkowo wzmocnić, uzasadnić (czy „uszlachetnić”) swój wybór.

Mniej ważne są wtedy obserwowane zachowania konserwatywnego (z deklaracji) polityka, odbiegające od jego deklaracji ideowych (oszukuje na podatkach, bije żonę, rozwodzi się trzeci raz) niż chęć dostrzegania wspólnych wartości.

Wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić

Dla badaczy społeczeństwa jest wiele wyzwań, związanych z próbami jego lokalizacji na wymiarach sekularyzacji i wartości europejskich. Jest wiele niespójnych danych.

Na przykład, prof. Mirosława Marody w książce „Społeczeństwo na zakręcie” (2019), bazując na badaniach EVS (European Voluntary Service – Wolonatriatu Europejskiego) sprzed paru lat dowodzi „postępującego procesu sekularyzacji”: od roku 1990 do 2017 stopniowo spada procent respondentów deklarujących ważność Boga i religii w ich życiu oraz częstość udziału w mszy.

Ale inne dane dowodzą, że między rokiem 1998 a 2017 nastąpił wyraźny

wzrost „katolickiego fundamentalizmu”

(określenie Bogdana Wojciszke  i jego współpracowników, „Psychologia Społeczna” 2017, nr 2), np.:

• w roku 2016 z opinią „wartości chrześcijańskie w Polsce powinny być szczególnie chronione” zgadzało się 68,5 proc., podczas gdy w 1998 – 46,5 proc.;

• „Życie poczęte powinno podlegać bezwzględnej ochronie prawnej”: 51,9 proc. w roku 2016, 45,3 proc. –  w 1998;

• „Polska powinna być krajem bardziej katolickim”: 36,3 proc. w roku 2016, 25,8 proc. – w 1998.

Jeszcze wyraźniejszy jest

wzrost ksenofobii

Oto przykłady:

• „Polska powinna być przede wszystkim dla Polaków” – 72,6 proc. wobec 56,7 proc.- w roku 1998;

• „Polska powinna bronić się przed zalewem wzorców obcych naszej kulturze narodowej”  – 77,5 proc. wobec . 60,6 proc. w roku 1998;

• „Polska powinna wprowadzić ograniczenia dla obcokrajowców przybywających z Zachodu: 56,6 proc. wobec 34,9 proc. w roku 1998.

Moje dane z lat 2014-2018 są podobne. Ale gdy do pytań światopoglądowych dodano w roku 2016 pytanie o prawo do procedury in vitro – ponad 90 proc. ogólnopolskiej próby odpowiedziało „zdecydowanie tak” i „raczej tak”.

Jesteśmy znacząco bardziej narodowo-katoliccy i ksenofobiczni  (w tym sensie – bardziej konserwatywni) niż byliśmy 20 lat temu i niż byliśmy w roku 2014. Ale „wybiórczo”.

Co to znaczy? Co wybieramy z naszej tradycji, a co odrzucamy? Co jest wynikiem autentycznej, głębokiej zmiany świadomości, co konformizmem czy efektem retoryki rządzących?  To są wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić.

Co się wylęgnie z lewicy

Część społeczeństwa myśląca prospektywnie, czyli bardziej lewicowo-liberalnie, odeszła od Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej w kierunku Lewicy.

Platforma Obywatelska w jakimś sensie zmroziła sporo swojego elektoratu różnymi działaniami, raz w prawo  – na przykład wystawiając w wyborach dawnych członków PiS-u lub PZPR, a innym razem w lewo – przyjmują pewne prospektywne postulaty Lewicy.

Lewica też nie jest jednorodna i ciekawe, co się z tego dalej wylęgnie. I tu też potrzeba poważniejszej refleksji nad mechanizmami i związaną z nimi stabilnością prospektywnych preferencji.

Dziś nie wiem,

ile w tym poparciu dla Lewicy jest przejawem głębszej refleksji, znajomości programów lewicowych partii i zgodności własnych wartości z tymi programami, a ile osób wybrało te partie, bo miało dużą niechęć do innych partii

czy „obraziło się” na tę, którą przedtem popierało.

Zjawisko negatywnego elektoratu

Zjawisko „negatywnego elektoratu” staje się coraz bardziej wyraźne w rożnych spolaryzowanych społeczeństwach; w analizach psychologiczno-społecznych poświęca się mu coraz więcej uwagi (por. Alan I. Abramowitz, Steven W. Webster, Negative Partisanship: Why Americans Dislike Parties But Behave Like Rabid Partisans, “Advances in Political Psychology”, vol. 39, 2018).

Demokracja PiS-u i opozycji

Nasze społeczeństwo jest zróżnicowane, jeśli chodzi o stosunek do demokracji. Można przywołać rysunki i komentarze Krzysztofa Pacewicza („Wyborcza”) do odpowiedzi, jakich udzielają Polacy pytani o stosunek do demokracji.

Rzeczywiście, większość – również zwolennicy PiS-u – jest za demokracją, zresztą liderzy PiS powtarzają, że jest to partia najbardziej demokratyczna. Ale ta demokracja znaczy zupełnie co innego w zależności od tego, którą stronę politycznego sporu pytamy.

Dla zwolenników PiS-u demokracja jest oparta głównie na tym, że są wolne wybory i w ogóle jest dużo wolności (w rozumieniu: robimy, co chcemy).

Większość nas wybrała, nie mamy żadnych ograniczeń, państwo jest suwerenne, to jest demokracja. Natomiast nieobecne w tym myśleniu są prawa i wolności człowieka, rola opozycji, wielopartyjność.

Tym zaś, co łączy elektoraty opozycyjne, jest określona wizja społeczeństwa i państwa, zawierająca szacunek dla indywidualnych praw i wartości jednostek oraz różnych stylów życia, ale i poczucie związku z szerszą wspólnotą

(por. Krystyna Skarżyńska, Freedom, freedom… but what freedom? Intrinsic and extrinsi sense of freedom as predictors of preferences for political community and attitudes towards democracy, Social Psychological Bulletin, v. 14, 2019).

Zadajemy sobie pytanie, dlaczego ewidentne dla demokratów naruszenia zasad demokracji przez rządzącą partię nie spowodowały przesunięcia elektoratów, tylko nawet ją wzmocniły.

Autorytaryzm odrzucany

Z moich badań wynika, że kiedy się pyta Polaków wprost nie o demokrację, ale o przejawy autorytaryzmu władzy, nie używając jednak słowa „autorytaryzm”, to respondenci w większości zdecydowanie lub raczej uważają je za niedopuszczalne: czyli deklarują, że nie godzą się na używanie siły wobec opozycji, naruszanie trójpodziału władzy i niechlujne, prowadzone bez konsultacji społecznych, ustawodawstwo, niszczenie opozycji i niesprawiedliwe traktowanie jej w sądach.

Kiedy się pyta o poziom akceptacji dla tych poczynań władzy – ostatnie takie badania przeprowadzałam w końcu 2018 roku – to okazuje się, że raczej popiera je około 18 proc. respondentów, oczywiście więcej w elektoratach partii prawicowych niż w elektoratach partii lewicowych i liberalnych.

Wymiary prawicowości a autorytaryzm

Najważniejsze jest głębsze zrozumienie społeczeństwa, bo na nim można budować oczekiwania  i plan co robić dalej.

Właściwie dzisiaj jesteśmy w systemie autorytarnym. Wybory są fasadą.

Ostatnie wybory nie były zupełnie uczciwe w tym sensie, że przewaga jednej ze stron, jeśli chodzi o propagandę i użyte środki, była zastraszająca.

Wiadomo, co się dzieje z sądami, z Trybunałem Konstytucyjnym, jakie są zapowiedzi co do mediów i samorządów. Niewielka przewaga opozycji w Senacie jest jednak wskazówką, że gdy dobrze obmyśli się dobór kandydatów, dotrzyma się ustaleń międzypartyjnych w ramach opozycji, wybory – nawet przy tak nierównych siłach państwowego wsparcia dla rządzących i opozycji, jak to było w październiku  – może wygrać opozycja.

Ale starania Zjednoczonej Prawicy [PiS plus Gowin + Ziobro], by demokratyczny werdykt wyborczy zmienić, kusząc opozycyjnych senatorów stanowiskami, demaskują kolejny raz niedemokratyczny charakter rządzących dziś Polską.

Paradoksem jest wysokie poparcie wyborcze sił autorytarnych – przy jednocześnie stwierdzanym stosunkowo niewielkim procencie Polaków dopuszczających autorytarne rządzenie.

W kilku moich badaniach stwierdziłam, że

poziom deklarowanej akceptacji różnych przejawów autorytarnego rządzenia jest wyraźnie związany z prawicowością oraz z akceptacją agresji w życiu politycznym.

W badaniach używałam różnych miar prawicowości – lewicowości respondentów. Pytałam o autoidentyfikację na skali lewica-prawica, o siłę postaw prawicowo-autorytarnych (tzw. right-wing authoritarianism), na które składają się: uległość wobec uznanego autorytetu, autorytarna agresja wobec inaczej myślących oraz konwencjonalizm, czyli podporządkowanie się tradycyjnym normom i wartościom.

Trzecią miarą lewicowości-prawicowości był stosunek do konserwatyzmu światopoglądowego (do twierdzeń takich, jak: więcej Kościoła w państwie, kobieta bez wolności wyboru, Polska tylko dla Polaków).

W roku 2016 i kolejnym wszystkie trzy miary poziomu prawicowości dodatnio istotnie korelowały z uproszczonym rozumieniem demokracji (jako rządów wybranej większości) oraz z większą akceptacją dla agresji w polityce.

Te trzy zmienne: prawicowość, proste rozumienie demokracji i akceptacja agresji w polityce – pozwalały przewidzieć wyższy poziom poparcia autorytaryzmu władzy (w tzw. analizach ścieżkowych).

Można więc zasadnie powiedzieć, że konserwatywny, narodowo-katolicki fundamentalizm (wyraźnie obecny w polskim społeczeństwie) jest istotnym czynnikiem, sprzyjającym poparciu dla autorytarnej władzy.

Zrozumienie powodów, dla których w ostatnich 20 latach wzrosła liczba osób przyjmujących taki światopogląd i jednocześnie akceptujących agresję w polityce, pozwoli sformułować takie projekty społeczne, które nie pozwolą na to, by anty-demokratyczne partie zdobywały w Polsce realną władzę.

Psychologowie od lat wskazują, że ważnym czynnikiem wzmacniającym konserwatyzm jest poczucie zagrożenia. A co jeszcze?

Przewietrzony parlament, to dobrze dla demokracji

Wybory parlamentarne pokazały że społeczeństwo potrafi się mobilizować i więcej głosowało „za demokracją” niż „za autorytaryzmem”.

Aktywistki i aktywiści społeczni dostrzegli, że trzeba współdziałać z partiami, chociaż niektóre przeżywają kryzys. Przed nami są zmiany myślenia o polityce. Wydaje się, że nie musi być ona przeciwstawiana społecznym ruchom obywatelskim.

Co jest jeszcze optymistyczne? Jednak to, że przyszła do Sejmu młoda lewica, że zmienia się auto-wizerunek i zewnętrzny odbiór PSL,  jest czymś dobrym dla demokracji.

Po prostu, dzięki tym zmianom, różne segmenty społeczeństwa zyskały swoją wyraźniejszą reprezentację w parlamencie. Teraz będą sprawdzać, czy warto się wiązać z tymi partiami na dłużej. Tym sposobem staną się bardziej aktywnymi obywatelami i docenią (mam nadzieję) rolę mniejszości w demokracji parlamentarnej.

To mówicie, że jak to było z tą Targowicą? Kto jest zdrajcą ojczyzny?

Za nami debata prawyborcza kandydatów PO na urząd prezydenta. W szranki stanęli wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska i prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Kidawa-Błońska mówiła, że kandyduje, bo nie zgadza się na „kolejnych Banasiów czy Misiewiczów”. – „Państwo musi się przed tym bronić. A prezydent jako strażnik Konstytucji ma tu dużo do zrobienia. Kandyduję, dlatego, że chcę, aby prezydent łączył Polaków, a nie dzielił. Kandyduję, bo wierzę, że łączy nas więcej niż antyPiS” – stwierdziła.

Jacek Jaśkowiak powiedział, że atmosfera na sali jest „jak na meczu Lecha z Legią”. Powoływał się na swoje doświadczenia jak prezydenta Poznania. – „Obiecuję, że zawsze będę stał po stronie poniżanych i słabszych. Kierujmy się tym, co jest ważne dla Polski – te wybory będą kluczowe, niech wygra ten, kto ma większe szanse wygrać z Andrzej Dudą” – mówił Jaśkowiak. Zaprezentował swoje hasło: „Prawdziwy prezydent, silna Polska”.

Kandydaci mówili, jak zamierzają rozliczyć rządy PiS i Andrzeja Dudę. – „Każda osoba, która łamie prawo, narusza Konstytucję, powinna być osądzona. Nie może być tak, że politycy są dziś bezkarni, bezkarnie niszczą Polskę. Musimy pokazać do jakiej sytuacji doszło, jaka to jest demoralizacja” – uważa Kidawa-Błońska.

„Nie mam żadnych wątpliwości, że należy postawić przed Trybunałem Stanu prezydenta Andrzeja Dudę za łamanie Konstytucji. Należy również postawić do odpowiedzialności karnej tych wszystkich, którzy łamali Konstytucję, prawo i nawet w elektoracie PiS-u, powiedziałbym więcej, nawet wśród rządzących nie ma już w tej chwili wątpliwości, że należy postawić akt oskarżenia Marianowi Banasiowi” – powiedział Jaśkowiak.

Kandydat na prezydenta zostanie wyłoniony 14 grudnia podczas konwencji PO.

Ofensywa „dobrej zmiany” załamała się. Teraz władza ma do wyboru dwie możliwości: albo ustąpić, albo pójść w zaparte, narażając się na odpowiedzialność karną w przyszłości.

Wyrok Sądu Najwyższego, delegalizujący Izbę Dyscyplinarną SN oraz Krajową Radę Sądownictwa, to Stalingrad Zbigniewa Ziobry. „Dobra zmiana” próbuje jeszcze robić dobrą minę do złej gry, głośno krzyczy „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!” – ale sama wie, że jest w tym zaklinaniu rzeczywistości całkiem nieprzekonująca.

Bo oczywiście stało się – i to nie tylko w sferze symbolicznej. Reżim całkiem praktycznie stracił możliwość legalnego represjonowania niezawisłych sędziów. Owszem, może ich nadal szykanować i niszczyć, ale w tym celu musi zrzucić maskę i zademonstrować światu swą prawdziwą twarz. Musi przyznać: tak, jesteśmy gangsterami i pełniąc funkcje państwowe, stosujemy gangsterskie metody.

Wyrok SN zwolnił sędziów z obowiązku stawiania się przed Izbą Dyscyplinarną SN, która została uznana za organ nielegalny. I nie ulega wątpliwości, że oskarżani sędziowie wykażą dość determinacji i konsekwencji, by z tego zwolnienia skorzystać – akurat ci, którym władza wytacza postępowania dyscyplinarne należą do elity najodważniejszych i najbardziej świadomych swej niezawisłości. Nie będą się wahać ani ustępować pod presją. Izba Dyscyplinarna będzie się więc zbierać i obradować pod nieobecność podsądnych, może nawet będzie wydawać jakieś „wyroki” – ale nikogo nie będzie to obchodzić. Poza władzą.

Reżim poprzez swych mianowanych namiestników będzie chciał nadać moc tym rzekomym „wyrokom”. Niepokornych sędziów spotkają więc represje takie, jak np. sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna, którego minister odwołał z sądu okręgowego, a „dobrozmianowy” szef sądu rejonowego zawiesił w orzekaniu. Tyle tylko, że próbując w ten sposób sterroryzować środowisko, władza odrzuci ostatnie już pozory praworządności i w pełni ujawni przestępczy charakter.

Jak na to zareaguje środowisko sędziowskie i cała opinia publiczna? Próbkę już mieliśmy: w całym kraju odbyły się protesty, a sędziowie z Olsztyna starali się zorganizować zebranie, by zażądać dymisji szefa sądu rejonowego Macieja Nawackiego. Ten zaś zakazał im tego, co już było ostatnim gwoździem do trumny i dopełniło jego wizerunku.

Po wyroku Sądu Najwyższego władza stoi więc przed wyborem: albo ustąpić, ale w praktyce będzie to polityczna kapitulacja, zwiastująca rychły koniec rządów ferajny Kaczyńskiego, albo pójść w zaparte i sięgnąć po represje jak w Olsztynie. Prawdopodobieństwo, że wybierze to drugie, wydaje się znacznie większe.

Na krótką metę będzie to bardziej bolesne dla środowiska sędziowskiego i całego społeczeństwa obywatelskiego, ale w dalszej perspektywie pożałują tego sami „dobrozmianowcy”. Gdyby podporządkowali się wyrokowi SN, staliby tylko w obliczu groźby utraty władzy. Wypowiadając posłuszeństwo prawu, narażają się na znacznie poważniejsze konsekwencje – od wydalenia z zawodu po karę więzienia.

Sugerowałbym Zbigniewowi Ziobrze, żeby starannie sobie przekalkulował, czy mu się to opłaca.

TVP nie pokazała wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. W czasie, gdy najmłodsza polska noblistka przemawiała w Sztokholmie, na antenie TVP Info pokazano m.in. materiał „Miliony z warszawskiego ratusza dla organizacji promujących dewiacje seksualne, narkotyki i prostytucje”. Odczytu nie pokazano też w kolejnych godzinach i nie informowano o nim na portalu tvp.info.