Pisizm Pawłowicz i jej kolegów mafijnych

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw. funkcji sędziowskiej. Takie wnioski do KRS są dość częste”.

– „Art. 3 ustawy o statusie sędziego TK odsyła do „wymagań stawianych sędziemu SN lub NSA”. A do nich pośrednio należy też górna granica wieku sędziego SN lub NSA czyli 65 lat (art. 37 ustawy o SN). Ergo: dotyczy też górnej granicy wieku, do którego można zostać sędzią TK. Inaczej można by powołać do TK staruszka w wieku 90 lat na 9 letnią kadencję. Co zdaje się, że bardzo Pani Profesor podkreślała, gdy były procedowanie zmiany w SN, że powinno dać się szanse młodszym, bo ci bardziej wiekowi to nazbyt geriatryczni umysłowo” – odpisał Pawłowicz prawnik Tomasz Krawczyk.

Dominika Długosz z „Newsweeka” przypomniała wypowiedzi Pawłowicz sprzed dwóch lat: – „Za starzy sędziowie są niebezpieczni dla systemu prawnego. To nie jest już wiek… cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne… To wymaga już odpoczynku, wzięcia się za ogródek… Krystyna Pawłowicz, 2017”.

– „Hipokryzja postępująca”; – Łoj-tam, łoj-tam! Przecież poprawki do ustaw to dla was pikuś. Nie tylko ten przepis „nie ma CHARAKTERU”; – „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.” Tyle warte te pani wyjaśnienia, co deklaracja o zawieszeniu konta”; – „Punkt widzenia od punktu siedzenia… Szczyt hipokryzji w pani wykonaniu” – komentowali wpisy Pawłowicz internauci.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Po zapowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, że złoży zawiadomienie na Lotną Brygadę Opozycji po happpeningu z tekturowym czołgiem, działacze postanowili mu „pomóc”. Stawili się więc w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, gotowi do odbycia „kary”.

Ubrani w pasiaki przynieśli „dowody zbrodni”. – „Tu jest corpus, a tu jest delicti” – powiedział jeden z brygadzistów, pokazując korpus czołgu i jego lufę. – „Proszę wyjść z tym przedmiotem!” – zakrzyknął strażnik.

Niewiele zdziałali w prokuraturze, choć prosili: – „Pan dzwoni do Błaszczaka” i „Przykujcie nas chociaż do stojaków na rowery na 5 minut”.

Poszli więc do Kancelarii Prezydenta, która mieści się nieopodal Sejmu przy Wiejskiej. Uznali, że skoro Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok sądu, to może zrobić to samo w ich przypadku. Tutaj jednak nie znaleźli „Duda pomocy”…

Znaleźli za to uznanie w sieci. – „Uśmiech i humor to oznaka zwycięstwa na głupotą polityków. W tekturowym państwie, to i corpus delicti z tektury”; – „Biedne ciecie, pewnie się modlą, abyście na ich zmianie nie wpadli”; – „Dawno się tak nie uśmiałem, mój typ poczucia humoru, delikatnie absurdalny i cholernie inteligentny. Szacunek, szkoda tylko, że Mariusz do usranej śmierci tego nie zrozumie” – komentowali internauci.

Depeszę o tym, jak Telewizja Polska zrelacjonowała wizytę „pierwszego Polaka w USA bez wizy” nadała czołowa agencja informacyjna Associated Press, a podały ją dalej m.in. „The Washington Post”, czy „The New York Times”. AP odnotowała, że materiał został wyśmiany. O sprawie pisze Gazeta.pl.

AP zauważa, że relacja w Polsce została wyśmiania, gdy widzowie zorientowali się, że podróżnym był pracownik stacji oraz były polityk PiS. Agencja pisała także, że TVP jest wykorzystywana przez partię rządzącą do „trąbienia o sukcesach”.

Materiał „Wiadomości” TVP1. Dziennikarze zarzucają ustawkę

Dziennikarze i użytkownicy Twittera po emisji materiału w „Wiadomościach” zarzucili TVP ustawkę. Dyrektor TAI Jarosław Olechowski zapewniał w tym serwisie społecznościowym, że lot pierwszego Polaka bez wizy do Stanów Zjednoczonych pokazany w „Wiadomościach” nią nie był. „Red. Bakalarski przeszedł standardową procedurę ESTA jak każdy podróżny. Materiał miał charakter poradnikowy, pokazujący co należy zrobić, żeby polecieć do USA bez wizy” – poinformował Olechowski.

Czytaj więcej o całej sprawie

Pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała.

Ależ gorący tydzień za nami. Zaprzysiężenie nowych posłów, lekki demakijaż rządu, rozpaczliwe poszukiwanie kasy, co już owocuje nowymi pomysłami, ile i jak ją z nas wyciągnąć. Dla mnie jednak „bohaterem” ostatnich dni jest Stanisław Karczewski i jego walka o jego Senat. To najbardziej tragiczna postać, pełna smutku i rozżalenia. Biedaczek, który zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

Zacznijmy jednak od początku. 13 października odbyły się wybory do parlamentu. Oczywiście Zjednoczona Prawica wygrała Sejm, co nie było żadnym zaskoczeniem. Wprawdzie okazało się, że PiS jest teraz bardziej uzależnione od swoich sojuszników, bo bez nich nie ma większości, że ogólnie na partie opozycyjne głosowało w sumie więcej Polaków niż Zjednoczoną Prawicę, że prezes nie krył rozczarowania, bo miał nadzieję, że zwycięstwo to będzie druzgoczące i opozycja na wieki wieków zostanie wyeliminowana, ale co tam. Wygrana to wygrana. Gorzej, gdy doszło do podsumowania wyników głosowania na senatorów i tutaj PiS poległo. To było jak uderzenie w policzek, zniewaga, nad którą ciężko przejść do porządku dziennego.

Najpierw zapadła cisza. Trzeba było ogarnąć temat i zastanowić się, co dalej. Najlepszym pomysłem okazał się ten, który już niejeden raz wspomógł prezesa i jego kolesi, czyli… przekupstwo. Sam Karczewski nie krył, że wszystko możliwe, bo przecież „nigdy nie było takiej sytuacji, że senatorowie, którzy rozpoczęli kadencję, w takich samych konfiguracjach politycznych tę kadencję kończyli”.

Ruszyła więc pisowska brać do boju, wierząc, że znajdzie kilku senatorów, którzy przejdą na ich stronę mocy, a tu klapa. Nie pomogły obietnice świetlanej przyszłości, nie pomogło zastraszanie. Senatorowie opozycyjni i niezależni zaparli się i koniec. Dla PiS-u to sytuacja nie do ogarnięcia, bo jak to. Przecież ta partia jest mistrzem w kupowaniu poparcia, a tu taka porażka. Ciężko to było przegryźć, tym bardziej, że zgłoszone protesty wyborcze, dotyczące nieprawidłowości w wyborze senatorów, też zostały odrzucone.

Fakt stał się faktem. PiS stracił Senat i choć na uszach stawał, nie udało się tego zmienić. No i tu wyskakuje nam ten biedak, pan Karczewski. Do końca, do ostatniej chwili był przekonany, że uda mu się zatrzymać stanowisko marszałka Senatu, bo przecież był takim wspaniałym marszałkiem. Jak mówił, „debaty wokół spraw nawet najbardziej dyskusyjnych, problematycznych, kontrowersyjnych, toczyły się do późnych godzin nocnych, nigdy nie ograniczałem możliwości wypowiadania się senatorów opozycji, mieli sytuację wręcz komfortową w Senacie. Moje drzwi były, są i będą otwarte dla wszystkich senatorów”, a tak w ogóle jego kadencja „była udaną kadencją. Myślę, że panowałem nad emocjami senatorów, potrafiłem prowadzić obrady, ale przede wszystkim prowadzić sprawy, za które odpowiedzialny jest Senat”.

Naprawdę nie wiem, czy to zaklinanie rzeczywistości czy też początki demencji, bo zupełnie inaczej pamiętam rządy marszałka Karczewskiego. Wyrzucenie flagi unijnej, skracanie czasu wypowiedzi, wyłączanie mikrofonów, nocne obrady, bezkrytyczne przyjmowanie każdej ustawy Zjednoczonej Prawicy, nawet tej, pełnej błędów i potem wielokrotnie poprawianej. Zapomniał o tym?

Teraz pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała. Walkę o fotel marszałka Senatu przegrał z profesorem Grodzkim i ależ ta porażka boli. Żegnaj luksusowy apartamencie w jednej z willi rządowych. Żegnaj cateringu i usługi prania oraz sprzątania w gratisie. Żegnajcie loty z rodzinką… I co teraz z tym pięknym portretem Karczewskiego, który był niezbędny „dla dobrego funkcjonowania państwa”? Pewnie zabierze do domu, powiesi w salonie i będzie się przed nim modlił o rychły upadek Senatu, który w obecnym składzie do niczego prezesowi i partii się nie przyda.

Jestem jednak przekonana, że nieraz usłyszymy jeszcze o panu Karczewskim. Już dzisiaj wieszczy on, że Senat nowej kadencji zamieni się w „izbę politycznych awantur”, bo przecież inaczej być nie może, a on sam będzie krytycznie patrzył na ręce nowego marszałka i ostro go punktował. Upokorzony i nieszczęśliwy pan Karczewski dzisiaj przywdziewa zbroję don Kichota i rusza na samotną walkę. On kontra senatorowie, którzy nie dali się przekupić. On i jego wiara, że wszystko jeszcze może się zmienić i powróci do koryta w blasku chwały i sławy. On silny, niezłomny, oddany prezesowi i pisowskiej Polsce nie odpuści. Jeszcze pokaże wszystkim, kto tu rządzi…

– Musimy teraz wybrać kandydata na prezydenta, potem czekają nas wybory szefa partii, a na końcu – wybory szefów regionów – mówił w sobotę w Swarzędzu przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Na spotkanie z działaczami przyjechał z prawdopodobną kandydatką partii na prezydenta RP Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Więcej >>>

Złodziejstwo PiS

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje więcej pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych

– PiS robi rzecz dla przyszłych pokoleń Polaków, dla naszych dzieci, okrutną. Dzisiaj do budżetu wpłynie 5, 7, 10 mld, w przyszłości więcej, natomiast za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z tego budżetu powinno wypłynąć o wiele więcej miliardów złotych na wypłatę emerytur. Im wyższa składka, tym wyższa emerytura – tłumaczyła Leszczyna.

Kontrowersje wokół projektu

– PiS w panice szuka pieniędzy do przyszłorocznego budżetu i wprowadza drogą poselską tak naprawdę ustawę systemową dla systemu ubezpieczeń społecznych – tłumaczyła Paulina Hennig-Kloska – tak naprawdę dopiero nasze dzieci i wnuki odczują, co dzisiaj PiS robi z naszymi portfelami. Wtedy trzeba będzie oskładkować pracę dużo bardziej niż dziś, żeby utrzymać kominowe emerytury, które w wyniku tej regulacji powstaną – tłumaczyła.

KO złożyła do przewodniczącego komisji finansów publicznych Henryka Kowalczyka wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia, aby przedyskutować i ocenić skutki regulacji.

Kryzys w rządzie?

Sprzeciw wobec pomysłu zniesienia limitu składek jeszcze przed wyborami wnosił wicepremier Jarosław Gowin. Już po wyborach powtórzył, że projektu nie poprze. Zmianom sprzeciwiają się także pracodawcy i związkowcy.

Poparcie projektu rozważa część Lewicy, ale z klauzulą emerytury maksymalnej.

Marszałek Elżbieta Witek zamierza zamówić ekspertyzy ws. kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego. Witek chce sprawdzić, czy do TK może kandydować osoba w wieku 65 lat.

Do Trybunału Konstytucyjnego zamierzają kandydować Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Elżbieta Chojna-Duch. Pierwszych dwoje ma 67 lat, Chojna-Duch natomiast 71.

Po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie wiadomo, czy wspomniane osoby mogą kandydować do TK – prawicowy rząd zmienił wiek przejścia sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę, który ustalono na 65 lat. Wprowadzenie nowego wieku emerytalnego miało umożliwić pozbycie się z SN Małgorzaty Gersdorf. Zarówno Piotrowicz i Pawłowicz przekonywali wtedy, że… zmiana jest potrzebna.

W ustawie o Trybunale Konstytucyjnym widnieje zapis, że kandydaci do TK muszą spełniać takie same wymogi, co sędziowie Sądu Najwyższego. Wszystko wskazuje więc na to, że Piotrowicz, Pawłowicz i Chojna-Duch nie nadają się do kandydowania. Witek zamówiła ekspertyzę właśnie w tej sprawie.

„Gazeta Wyborcza” zapytała Witek o wiek PiS-owskich kandydatów. Marszałek odpowiedziała, że – jak podaje przywołany dziennik – „w ustawach mogą występować sprzeczności”.

Sytuacja wzbudziła rozbawienie internautów, którzy wypominają partii rządzącej niebywałą hipokryzję i obłudę. „Nazwa partii, w której jest pani marszałek, też jest w sprzeczności ze stanem faktycznym”, „Sam istniejący przepis nie wystarcza! Teraz jeszcze trzeba go przetłumaczyć z polskiego na nasze !!!”, „Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze!” –  to tylko niektóre komentarze użytkowników serwisu Wyborcza.pl.

Fantastyczne posunięcie nowego marszałka Senatu, pana Tomasza Grodzkiego. Uznał on, zresztą słusznie, że przyjmując takie stanowisko, należy przedstawić się narodowi i postanowił wygłosić orędzie w Telewizji Publicznej, zaraz po „Wiadomościach”. Dla pana Kurskiego był to zapewne szok, nie mógł przecież odmówić, jednak odpowiednio „przygotował” odbiorców swojej telewizji do tak nieoczekiwanego wydarzenia.

Sytuacja dla „reżimówki” bardzo niekomfortowa, więc trzeba było szybko odpowiednio zareagować i pokazać w „Wiadomościach”, kim jest nowy marszałek. Nie ma co, dziennikarze świetnie się przygotowali i ostro rzucili na marszałka.

Najpierw porównano jego majątek z majątkiem Elżbiety Witek, przy którym pan Grodzki wyszedł na krezusa. Przy okazji wyemitowano też fragment jego rozmowy z Robertem Mazurkiem. Dziennikarz usiłował dociec, ile tak naprawdę zarabiał pan profesor w minionych latach i nie chciał przyjąć do wiadomości, że wysokość tych zarobków obejmowała też dochód żony.

Przypomniano również, że profesor był przez 18 lat dyrektorem szpitala, który znalazł się na progu bankructwa, a wisienką na torcie była wypowiedź prof. Agnieszki Popieli, oburzonej wyborem na marszałka Senatu człowieka, któremu wręczyła łapówkę w wysokości 500 dolarów za operację matki. Zgodnie z tradycją Telewizji Publicznej, Tomasz Grodzki nie miał możliwości odnieść się do tak ostrej krytyki.

Z przekazu telewizyjnego wyłonił się nam człowiek, nieco szemrany. Tu łapówka, tam jakieś machlojki przy deklaracjach majątkowych, a do tego fatalne zarządzanie szpitalem. Jak widać, dziennikarze Kurskiego stanęli na wysokości zadania. Teraz telewidz został już odpowiednio „urobiony”, spokojnie odbierze orędzie pana profesora i nie da się nabrać, bo już zna całą prawdę. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wyłączył wcześniej telewizora, bo o wystąpieniu marszałka Sejmu „Wiadomości” nie raczyły poinformować.

Prof. Agnieszka Popiela z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego napisała we wtorek na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”.

Mimo swej niejasności wpis niepoparty żadnymi dowodami odbił się donośnym echem w mediach, a dla TVP był gwoździem programu poprzedzającego orędzie nowego marszałka Senatu.

Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne” – oświadczył Wirtualnej Polsce prof. Tomasz Grodzki.

Równocześnie marszałek dodał: „Apeluję, zgodnie z wymową mojego wczorajszego orędzia, o opamiętanie. Tym niemniej, choć z natury jestem człowiekiem łagodnym, w przypadku dalszego oczerniania mojej osoby będę zmuszony wystąpić na drogę sądową w obronie mojego dobrego imienia”.

I chyba opamiętanie przyszło dość szybko, bo pani Popiela w następnych wpisach zaczęła wyraźnie łagodzić swoje stanowisko:

„Ponieważ mój wpis wywołał dyskusje, wyjaśniam: Pan prof. T. Grodzki to wybitny torakochirurg, który pomógł mojej śp. Mamie. Dzięki niemu miała łatwiejszą śmierć i za to jestem wdzięczna. Napisałam to, co napisałam, bo objął wielką godność w Polsce, a to wymaga etyki na najwyższym poziomie” – napisała. W czym więc rzecz?

Dalej pani Popiela dodała: „Jeśli to była fundacja, a ja nie dostałam faktury/rachunku/potwierdzenia wpłaty przez pomyłkę, to chętnie przeproszę. Powinna być dokumentacja fundacji” – i powołała się na maksymę Ojca Świętego Jan Paweł II: „Prawda nas wyzwoli”.

Poproszona przez portal gazeta.pl o komentarz odpisała: „Nie komentuję tej sprawy”. Ale na Twitterze zamieściła kolejny wpis: „Liczę na wyjaśnienia Pana Marszałka. Jeśli dokumentacja fundacji jest ok to chętnie przeproszę”.

Nawiasem mówiąc – jak wynika z aktywności tej pani na Facebooku – w czasie jesiennych wyborów samorządowych wsparła ona polityka PiS i została członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Bartłomieja Sochańskiego na prezydenta Szczecina – pisze gazeta.pl.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Pojednawcze gesty obozu władzy z okazji inauguracji Sejmu nowej kadencji na razie zdały się na nic. Polacy wciąż pozostają głęboko podzieleni. Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Najlepiej dowiodły tego reakcje opozycji na sejmowe przemówienia pana prezydenta oraz marszałka seniora. Reakcje krytyczne, co niejako oczywiste. Ale krytyczne ze szczególnego powodu. Otóż wystąpienie Andrzeja Dudy niektórzy posłowie oprotestowali ze względu na brak zwyczajowych dowcipów, z których prezydent zdążył już zasłynąć w niejednym powiecie. Tymczasem w Sejmie – narzekali parlamentarzyści od centrum do lewa – nawet o Murzynach nie było ani słowa…

Co innego marszałek senior. Ten rozbawił opozycyjne towarzystwo niemal do łez, tropiąc szpiegów w „GW”, marksistów w SN i gender w podstawówkach, a też co chwila powołując się na Konstytucję. Pan marszałek „śmieszył, tumanił i przestraszał”, ani na chwilę nie wypadając ze swej zwyczajowej roli. Więc i brawa na koniec dostał całkiem zasłużenie.

No, ale właśnie na przykładzie reakcji na te dwa przemówienia widać najlepiej, jak bardzo stronnicy i przeciwnicy aktualnej władzy różnią się nie tylko pod względem poglądów, ale też poczucia humoru. Bo co jednych śmieszy, innych cieszy – i odwrotnie.

Zacznijmy od wystąpienia pana prezydenta i zarzutów opozycji, że było owszem, poprawne, ale strasznie poważne. Tymczasem można w ciemno iść o zakład, że parlamentarzyści PiS w duchu pokładali się przy nim ze śmiechu. Najzabawniejsze musiały się im wydać fragmenty o konieczności naprawy języka polityki, szacunku dla cudzych poglądów, wzajemnej tolerancji i temu podobne androny. Niektórzy musieli się chyba popłakać z uciechy.

Wewnętrznie, bo trzeba wszak było zachować pozory powagi, licząc, że ciemny antypisowski lud to kupi. Że da się nabrać na te puste gesty i nic nieznaczące deklaracje, które potrwają najdalej do majowych wyborów prezydenckich. Bowiem lud pisowski doskonale rozumie, że to tylko takie gadanie, obliczone na łagodzenie nastrojów i reelekcję prezydenta. On tak po prostu musi, bo inaczej „dobra zmiana” nie posunie się już ani o krok w kierunku Polski marzeń marszałka seniora.

Bo on, z kolei, mówił jak najbardziej serio. Owszem, lewactwo śmiało się w kułak na samo wspomnienie o „agentach”, „postkomunie” i „potworze gender”. Zresztą niektórzy „totalsi” już na sam widok marszałka seniora dostają napadu nerwowego chichotu, bo zaraz im się przypominają a to parówki smoleńskie, a to wyprawa na Caracale z widelcem. Tymczasem prawa strona sejmowej sali z pewnością wsłuchiwała się w słowa marszałka seniora z należytą powagą, a potem nagrodziła je jeszcze owacją na stojąco. Nie bez powodu wicepremier Sasin, barwna eminencja partii aktualnie rządzącej, z niekłamanym entuzjazmem wyrażał się w telewizji o treści i formie tego specyficznego przemówienia. Państwo z PiS i okolic wiedzą otóż doskonale, że pan Antoni bynajmniej nie żartował, kiedy zapowiadał polowanie na agentów w sądach i mediach, dalsze ograniczanie praw kobiet oraz „obronę wartości chrześcijańskich”. Całkiem serio zapowiadał też Polskę dla „prawdziwych” Polaków. To – drodzy totalsi – nie był żaden tam „kabaret”. Dowcipy o Konstytucji to opowiadał naiwnym rodakom pan prezydent Duda.

I tylko „totalsi” się w tym wszystkim nie zdążyli połapać tak od razu. Cóż – po prostu za grosz nie mają poczucia humoru.

Orędzie marszałka Senatu prof. Grodzkiego przejdzie do historii

Całość orędzia marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego.

– Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie – stwierdził marszałek Senatu Tomasz Grodzki w orędziu wygłoszonym na antenie TVP. Poniżej pełny tekst wystąpienia.

*****

Wierzę, że stojąc w służbie prawdy, wyborcy powinni mieć pełne prawo do wiedzy na temat pracy najważniejszych instytucji naszego kraju, dlatego jest mi miło poinformować Państwa, że Senat RP X kadencji wybrał swoje władze i przystąpił do pracy. W tej kadencji naród w swej zbiorowej mądrości zdecydował, że w Sejmie przewagę będzie miał obóz rządzący, a w Senacie opozycja, czy raczej demokratycznie wybrana większość, złożona z pań i panów senatorów Koalicji Obywatelskiej, PSL, lewicy i senatorów niezależnych. Przywraca to w pewnym stopniu równowagę w zmaganiach politycznych, ale jednocześnie nakłada ogromną odpowiedzialność za słowa, czyny i decyzje na obie strony. Nie wolno nam zmarnować tego mandatu otrzymanego od milionów wyborców.

W Sejmie, ale także w Senacie, reprezentującym majestat Rzeczpospolitej i potęgę naszego narodu, widać wyraźnie, że siłą naszego społeczeństwa jest różnorodność, za którą idzie kreatywność i energia Polek i Polaków, których nigdy nie da się stłumić próbami wtłoczenia nas wszystkich w ramy jednej, sztywnej, czasem dziwacznej ideologii. Przekonali się o tym komuniści i przekonają wszyscy, którzy podejmują takie próby, skazane na niepowodzenie w krótszym lub dłuższym czasie.

Jedynym sposobem na harmonijny rozwój Polski jest przyjęcie założenia, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od ich charakteru, przekonań czy rasy. Wszyscy mają równe prawa, ale i obowiązki wobec Ojczyzny. Nikomu nie wolno dzielić ludzi na lepszych czy gorszych, gdyż przeczy to szacunkowi dla przyrodzonej godności człowieka. Tylko wtedy, gdy spowodujemy, że wszyscy będziemy czuli się w naszym pięknym kraju szczęśliwi i spokojni o swój los, będziemy mogli uwolnić ogromną energię, która drzemie w naszym narodzie i która może przekształcić się w niezwykłe osiągnięcia i dokonania. Tylko wtedy będziemy mogli zapewnić naszym dzieciom, wnukom, i nam samym bezpieczeństwo i dobrobyt.

W naszej odysei przez życie w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia marzeń jednym idzie łatwiej, innym trudniej, niektórych ta wędrówka wyrzuca na margines a jeszcze inni muszą dźwigać czasami bardzo ciężki krzyż. I tu zaczyna się rola pokornej i służebnej, roztropnej pracy polityków. Tym z Państwa, których rozpiera siła i energia, trzeba stworzyć warunki do realizacji śmiałych projektów i wykorzystania ich kreatywności dla dobra wspólnoty. Tych, których życie doświadczyło bardziej od innych, należy wspomóc i sprawić, aby znowu uwierzyli, że marzenia mogą się spełniać. Chorym należy stworzyć sprawną i dostępną ochronę zdrowia, ubogim ochronę przed niedostatkiem, dzieciom dobrą edukację a obdarzonym zdolnościami artystycznymi możliwość tworzenia i ukazania światu ich niezwykłych dzieł. Przykłady można mnożyć, ale podaję je po to, aby pokazać, jak pojmuję tworzenie dobrego prawa, które uczyni życie Polek i Polaków łatwiejszym i prostszym. Dobre prawo ma czynić nasze życie łatwiejszym i lepszym – to jest główne zadanie dla tych, którzy to prawo tworzą.

Senat jest do tego szczególnie predysponowany zgodnie z maksymą, że jest tym ciałem konstytucyjnym, które inne władze do szlachetnych uczynków pobudza, od niecnych odwodzi a emocje studzi. Zapewniam Państwa, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby korzystając z ogromnego potencjału pań i panów senatorów, wybranych przez dziesiątki i setki tysięcy wyborców, uczynić z Senatu miejsce, które będzie kuźnią najlepszego prawa, w którym będą królowały szacunek, przyzwoitość, praworządność, honor, prawda i normalna praca merytoryczna, zaś nie będą miały wstępu obłuda, cynizm, oszustwo, kłamstwo, naginanie Konstytucji czy regulaminu Senatu.

Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie.

Pochodzę ze Szczecina, miasta nigdy nie zdobytego, które najdłużej w swojej historii było stolicą potężnego księstwa pomorskiego, zaś po wojnie zostało zasiedlone przez odważnych, kreatywnych ludzi ze wszystkich stron Polski. Ci ludzie, zachowując szacunek dla swoich tradycji i obyczajów, stworzyli unikalną mieszankę, nauczyli się wzajemnej tolerancji, szacunku i wspólnego pielęgnowania ducha wolności, który unosi się nad tym miastem w sposób niezwykły, zapewniając Szczecinowi znaczące miejsce w historii walk o wolną, demokratyczną Polskę. Jestem lekarzem, który na swojej drodze spotykał zarówno chorych, których piękno umysłu czy ciała onieśmielały, jak i takich, których los zepchnął w otchłań beznadziei i upadku. Przysięga Hipokratesa i generalnie zasady etyki lekarskiej zobowiązują nas do leczenia wszystkich wg najlepszej wiedzy niezależnie od ich wyglądu, rasy, koloru skóry, poglądów czy rodzaju choroby. Dobrze jest te zasady podchodzenia z szacunkiem do wszystkich razem i każdego z osobna przenieść na normalne życie, w tym na politykę.

Senat RP z oczywistych względów nie zajmuje się leczeniem w rozumieniu medycznym, ale stanowiąc dobre, mądre prawo, tworzone z myślą o uczynieniu losu milionów Polek i Polaków lepszym czy znośniejszym, może istotnie przyczynić się do uzdrowienia Polski, dotkniętej wieloma problemami, z których najgorszy chyba polega na zatruciu naszych wzajemnych relacji wirusem wzajemnej niechęci i głębokich podziałów między rodakami, które wydają się nie do zniwelowania. Ale pragnę zapewnić, że każda choroba, nawet najcięższa, zwłaszcza jeśli jest mądrze leczona, kiedyś się kończy, czasami szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał, czego Państwu i sobie życzę, gdyż przyszłość nie potrzebuje strachu, tylko wymaga natchnienia, wizji i wiary w potęgę naszego wspaniałego narodu.

Schetyna o prawyborach prezydenckich: Jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Kidawa-Błońska faworytem

– Na pewno jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Zobaczymy. 19 [listopada upływa termin]. Nie wiem, dlatego że sprawa jest otwarta i proszę też mnie dobrze zrozumieć. Informacja, którą otrzymaliśmy, o której się mówi, że marszałek Kidawa-Błońska chce kandydować, to nie ośmiela innych kandydatów, bo wiadomo, że jej popularność pokazuje jej pozycję, tzn. że jest faworytem tych prawyborów i to nie nastawia innych optymistycznie, ale jestem przekonany, że będą inni dobrzy kandydaci – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Dorotą Gawryluk w programie „Wydarzenia i opinie” Polsat News.

– Na pewno jest [Małgorzata Kidawa-Błońska] faworytem i w prawyborach i jest bardzo dobrym kandydatem. Natomiast nie mogę dyskwalifikować innych, którzy zgłoszą się do wtorku, bo uważam, że jest kilka osób, które może aspirować i ma ogromne szanse w tym wyborczym wyścigu – mówił dalej przewodniczący PO.

Kidawa-Błońska o orędziu Grodzkiego: Pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka

To orędzie [marszałka Tomasza Grodzkiego] pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka. Nawet język tego orędzia jest inny. Odnosi się do wartości, do tego, co jest dla nas najważniejsze” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” w TVN24 wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Koalicji Obywatelskiej.

Kidawa-Błońska pytana o Sikorskiego: Jesteśmy kompletnie inni, mamy inne temperamenty

Jesteśmy [z Radosławem Sikorskim] kompletnie inni. Mamy inne temperamenty. Ci, którzy mnie znają, czasami mówią, że jestem osobą spokojną, łagodną, ale ci, którzy też znają mnie dobrze, wiedzą doskonale, że jeżeli postanowię coś przeprowadzić, jestem skuteczna w tym, co robię. Dbam, żeby nie przekraczać granicy, nie obrażać ludzi, nie zrażać ich, ale przeprowadzać to, na co się zdecydowałam” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kidawa-Błońska o zmianach w funduszu wsparcia: Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo

To jest wielki skandal. W kampanii wyborczej obiecywano bardzo wiele – trzynastą, czternastą emeryturę. Po protestach rodzin osób niepełnosprawnych stworzono fundusz, który miał im pomagać. Obiecano bardzo dużo, stworzono budżet, w którym tych zapisów nie ma, i okazuje się, że tych pieniędzy nie ma. Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo” – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja walnęła PiS w nos, Kaczyńskiemu jucha ciecze

460 posłów i 100 senatorów zainaugurowało dzisiaj swoje czteroletnie prace. Obie izby wybrały marszałków, a parlamentarzyści złożyli ślubowania. Uwagę przykuły przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka seniora Antoniego Macierewicza, a także słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „końcu totalnej opozycji”.

  • Marszałkiem Sejmu została Elżbieta Witek z PiS, a marszałkiem Senatu Tomasz Grodzki z KO
  • Andrzej Duda podczas orędzia w Sejmie przestrzegał, że „ryba psuje się od głowy”. – Głowa jest tutaj – zwracał się do posłów
  • Marszałek senior Antoni Macierewicz podkreślał znaczenie konstytucji i wskazał jej trzy artykuły, które uważa za „podstawę naszego ładu państwowego”
  • Barbara Borys-Damięcka relacjonowała zaproszenie Olgi Tokarczuk na pierwsze posiedzenie Senatu. Noblistka je odrzuciła
  • Wicemarszałków wybrał już Sejm. Wciąż nie zrobił tego jeszcze Senat

Marszałkiem Sejmu została posłanka PiS Elżbieta Witek, która piastowała to stanowisko od sierpnia 2019 r. Jej kandydaturę poparła zdecydowana większość – „za” głosowało 314 posłów. Z kolei marszałkiem Senatu został Tomasz Grodzki z KO, którego poparło 51 senatorów.

Andrzej Duda: ryba psuje się od głowy

Podczas inauguracji prac Sejmu orędzie wygłosił prezydent Andrzej Duda. – Proszę o język parlamentarny w debacie, proszę o taki język, który nie będzie obrażał i nie będzie nikogo urażał, bo to jest bardzo ważne – apelował prezydent.

– Poglądy można mieć i trzeba je mieć, bo jeżeli ktoś nie ma poglądów, to nie powinien tutaj zasiadać. Zasiadacie tu państwo właśnie dlatego, że te poglądy macie, one są bardzo często bardzo wyraziste, są bardzo często bardzo mocne i głębokie, niektórzy używają słowa radykalne, ale ja proszę, żeby język debaty nie był radykalny, żeby język debaty był językiem szacunku – mówił Duda.

– Każdy z państwa ma znajomych a często i rodzinę o różnych poglądach. Powinniśmy robić wszystko, żeby tych sporów, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych, było jak najmniej. Czasem mówią: ryba psuje się od głowy. Głowa jest tutaj – tymi słowami prezydent zakończył swoje orędzie.

Po zakończeniu orędzia Duda podszedł do wszystkich zasiadających w pierwszej ławie liderów ugrupowań politycznych i kolejno ściskał im dłonie. Szef SLD Włodzimierz Czarzasty przypomniał mu, że nie powitał obecnego w Sejmie byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas Duda wrócił na mównicę.

– Szanowni państwo, pan poseł Włodzimierz Czarzasty zwrócił mi uwagę na to, że jest tutaj na sali z nami pan prezydent Aleksander Kwaśniewski – powiedział Duda. – Panie prezydencie dziękuję bardzo za obecność. Ona jest bardzo ważna – zaznaczył obecny prezydent.

Antoni Macierewicz: konstytucja ma trzy podstawowe artykuły

Po prezydencie przemówienie wygłosił marszałek senior Sejmu, poseł PiS Antoni Macierewicz. – Chociaż reprezentując wszystkie nurty polityczne narodu polskiego, jest ten Sejm bardzo zróżnicowany, to absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich – mówił Macierewicz.

– Ukształtowanie naszych instytucji państwowych, życia gospodarczego i społecznego, zgodnie z tymi wartościami, to nasze największe zadanie, jakie stoi przed obecnym Sejmem – dodał. – Odpowiedzialność spada przede wszystkim na większość rządową, bo po raz pierwszy w historii, Polacy w tak zdecydowany sposób dali jednej formacji obowiązek utworzenia jednorodnego rządu – stwierdził marszałek senior.

– Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo, muszą szanować ustawę zasadniczą. Trzy artykuły konstytucji tworzą prawną, społeczną i moralną podstawę naszego ładu państwowego – mówił podczas inauguracji nowej kadencji Sejmu marszałek senior Antoni Macierewicz. Według Macierewicza to artykuł 8., 18. i 38. konstytucji.

Art. 8 mówi o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce. Art. 18 głosi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Z kolei art. 38 gwarantuje zasadę ochrony życia.

Przemówienie Macierewicza przerywały okrzyki „konstytucja” z ław sejmowych opozycji.

Kaczyński: koniec totalnej opozycji

Na stanowisko marszałka Sejmu została zgłoszona tylko jedna kandydatka – Elżbieta Witek z PiS, która sprawowała już tę funkcję od sierpnia 2019 r.

Swoich kandydatów nie zgłosiło żadne z opozycyjnych ugrupowań. Przemawiający przed głosowaniem Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej zapowiedział, że jego klub nie będzie głosował przeciw Witek. Poparcie jej kandydatury „ze względu na poszanowanie konstytucji” ogłosił również szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że „PiS ma prawo wybrać rząd i wybrać marszałka (…) szanując werdykt i wierząc, że jest możliwa lepsza debata i lepsza Polska poprzemy kandydaturę Elżbiety Witek”. Jakub Kulesza z Konfederacji zapowiedział, że jego koło decyzję o poparciu Witek uzależnia od tego, czy otrzyma stanowisko wicemarszałka Sejmu.

Na te deklaracje polityków opozycji zareagował prezes PiS Jarosław Kaczyński, który poprosił marszałka seniora o udzielenie mu głosu. – Z wielką radością wysłuchałem oświadczeń (opozycyjnych – red.) partii i koła. Podsumowałbym to tak: koniec opozycji totalnej. Jeśli tak będzie, to będzie to wielki postęp. Będzie to zmiana, której oczekuje polskie społeczeństwo – powiedział prezes PiS.

– Bardzo proszę, żeby to były nie tylko słowa, ale i czyny – zwrócił się do opozycji Kaczyński.

– Przemówienia zawierały jednak elementy, z którymi nie możemy się zgodzić. Większość ma prawo rządzić i realizować swoją agendę. To jest oczywiste i oczywiste jest także to, że klubem, który ma najwięcej reprezentantów w Senacie, jest PiS i z tego powinny być wyciągnięte pewne wnioski – mówił szef partii rządzącej.

Ostatecznie za kandydaturą Witek na marszałka Sejmu głosowało 314 posłów. Przeciw było 11, a wstrzymało się 134.

Wicemarszałkami Sejmu zostali: Włodzimierz Czarzasty (Lewica), Małgorzata Gosiewska (PiS), Małgorzata Kidawa-Błońska (KO), Ryszard Terlecki (PiS), Piotr Zgorzelski (PSL).

Czołowe kluby parlamentarne wybrały również we wtorek swoich przewodniczących. Szefem klubu PiS został Ryszard Terlecki, a KO – Borys Budka.

Katarzyna Piekarska po rozmowie z prezesem PiS: byłam zaskoczona

Tokarczuk odrzuca zaproszenie, ale przesyła „mnóstwo dobrej energii”

O godz. 16 rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Senatu nowej kadencji. Również w tej izbie zainaugurował je prezydent Andrzej Duda. – Cieszę się, że w Senacie dzisiaj jest reprezentowane tak szerokie spektrum polityczne, prawie tak szerokie, jak w polskim Sejmie – oświadczył Duda. Jak podkreślił „wierzy w to, że to będzie dobra kadencja”.

Prezydent, zapewniając senatorów o swojej otwartości na dyskusję i rozmowy z nimi, życzył im spokojnej i merytorycznej pracy, a także „jak najmniej napięć i jak najwięcej satysfakcji ze służby dla Rzeczpospolitej”. – Chciałbym, żeby pewne obyczaje, które tutaj zawsze w Senacie były, przetrwały i żeby różnego rodzaju gorszące sytuacje się tutaj nie zdarzały – dodał.

Po Dudzie przemawiała marszałek senior Barbara Borys-Damięcka. – Ta dziesiąta kadencja daje szansę i możliwość wszystkim senatorom zrealizowania tych szczytnych celów, bo nie wolno nam zapominać z czyjego wyboru znaleźliśmy się w tych lawach. To nie partie, rząd czy ślepy traf nas wybrał. Wybrali nas obywatele miast, miasteczek, wsi, osiedli, gmin i to są nasi przełożeni, którzy nam zaufali – mówiła Borys-Damięcka.

– Postanowiłam zaprosić na dzisiejsze posiedzenie Olgę Tokarczuk. Zadzwoniłam do niej. Niczego nie obiecała, ale poprosiła o chwilę zastanowienia – relacjonowała Borys-Damięcka w swoim inauguracyjnym przemówieniu.

– Następnego dnia dostałam SMS-a. „Szanowana Pani, nie chcę przeszkadzać, dzwoniąc w niedzielę. Nie będę mogła przyjechać do Warszawy. Piszę mowę noblowską i mam mnóstwo zobowiązań. Przesyłam mnóstwo dobrej energii Senatowi” – opowiadała marszałek senior. Tokarczuk swoją nieobecność uzasadniła również jej zbliżającym się wyjazdem do Francji.

Senatorowie wybrali marszałka

Po przemówieniu Borys-Damięcka zarządziła przerwę na zgłaszanie kandydatur na marszałka Senatu. W jej trakcie troje senatorów niezależnych – Krzysztof Kwiatkowski, Wadim Tyszkiewicz i Lidia Staroń – ogłosiło utworzenie swojego własnego koła.

– W sprawach merytorycznych, dotyczących ustaw decyzje mają być efektem wcześniej przeprowadzonej wewnętrznej dyskusji – zaznaczył Kwiatkowski. Natomiast w sprawach personalnych senatorowie niezależni mają głosować „zgodnie ze swoim sumieniem”. Poinformował też, że pracami koła pokieruje senator Lidia Staroń.

Głosowanie na marszałka Senatu odbywało się na podpisanych imieniem i nazwiskiem kartach. Znajdowało się na nich dwóch kandydatów – zgłoszony przez PiS Stanisław Karczewski i zgłoszony przez KO Tomasz Grodzki. Ostatecznie Grodzki otrzymał 51 głosów, a Karczewski – 48. Jeden z senatorów się wstrzymał.

Grodzki triumfuje, ale nie chce rewanżu

– Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji – powiedział Grodzki w wystąpieniu tuż po głosowaniu. Mówiąc te słowa, uniósł w górę obie ręce, robiąc jednocześnie palcami znak „V”.

– Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu – powiedział.

Zaznaczył, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”, który „tworzą mieszankę unikalną w skali naszej ojczyzny”. – Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej – mówił nowy marszałek Senatu.

Chwilę później Grodzki wspólnie z szefem PO Grzegorzem Schetyną rozmawiał na parlamentarnym korytarzu z dziennikarzami. – Pogłoski o tym, że PiS ma nie dostać stanowiska w prezydium Senatu, są nieprawdzwie – zapewniał nowy marszałek. – Pojęcie rewanżyzmu jest nam obce – zapowiadał.

Od dziś PiS ma Sejm, a opozycja Senat. Za kandydaturą Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu zagłosowało 51 ze stu senatorów. To oznacza, że pakt senacki działa. Grodzkiego poparli wszyscy senatorowie KO, PSL i SLD, a także trzech senatorów niezależnych, czwarta z nich – bliska PiS Lidia Staroń wstrzymała się od głosu. Po tym głosowaniu politycy PiS mogą sobie powiedzieć, że łatwiej już było.

PiS nie udało się przeciągnąć żadnego z opozycyjnych senatorów na swoją stronę, chociaż próby korupcji były wyjątkowo bezczelne. Senator Robert Dowhan, tłumacząc dziennikarzom, dlaczego nie przyjął stanowiska ministra sportu w rządzie PiS, mówił, że musiałby wynieść wszystkie lustra z domu. To była jasna demonstracja stosunku do PiS i komunikat, że nie wszystko jest na sprzedaż.

Być może senatorowie obawiali się pójść na układ z PiS, bo wybory do Senatu odbywają się w okręgach jednomandatowych, a 13 października wybór był jasny – PiS albo antyPiS. Trudno byłoby im wytłumaczyć swoim wyborcom, dlaczego nagle przechodzą na drugą stronę. Z pewnością partii rządzącej nie pomogło to, że głosowanie było jawne, a nie anonimowe. Jednak PiS wpadło we własne sidła, bo to na jego wniosek w minionej kadencji zniesiono tajność głosowań. Powodem był fakt, że senatorowie PiS nie poparli wniosku o uchylenie immunitetu partyjnemu koledze Stanisławowi Kogutowi, co rozwścieczyło Jarosława Kaczyńskiego. A może po prostu siła przyciągania PiS maleje, bo chociaż partia ta wygrała wybory, to wygrana była znacznie poniżej oczekiwań, a Senat PiS właśnie straciło.

Stanowisko marszałka Senatu to pierwszy realny sukces opozycji od czterech lat. Opozycyjna większość w izbie wyższej nie zablokuje parlamentarnej maszynki PiS, ale ją spowolni. Senatorowie mają miesiąc na rozpatrzenie ustawy, nie będzie więc przepychania ustaw po nocy, jak w poprzedniej kadencji. To szansa na przywrócenie demokratycznych standardów oraz powagi chociaż w jednej izbie parlamentu. Tomasz Grodzki już zapowiedział zresztą, że jako marszałek będzie bardzo skrupulatnie przestrzegał regulaminu.

Ale nie tylko dlatego Senat w rękach opozycji będzie oznaczał trudniejsze życie dla PiS. Za kilka miesięcy parlament wybierze nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Wybór Sejmu musi zatwierdzić izba wyższa. Już dziś wiadomo, że PiS będzie musiało dogadać się z opozycją i powołanie na to stanowisko biernego, miernego, ale wiernego kandydata, wygodnego dla partii rządzącej, będzie niemożliwe.

Senat, który do tej pory był uznawany za izbę zadumy i refleksji, stanie się w tej kadencji miejscem uprawia realnej polityki. Senatorowie mają inicjatywę ustawodawczą, z której na pewno teraz będą częściej korzystać. Poza tym Senat odpowiada za kontakty z Polonią, może więc prowadzić własną dyplomację. Marszałek Senatu – obok prezydenta i premiera – może wygłaszać orędzia w TVP, a Tomasz Grodzki już zapowiedział, że zamierza z tego korzystać. To może być kanał komunikacji z wyborcami PiS.

Trzeba też jednak pamiętać, że większość opozycji w Senacie jest krucha, więc bardzo trudno będzie zachować dyscyplinę na wszystkich głosowaniach. Tym bardziej, że za każdym razem trzeba będzie przekonywać senatorów niezależnych do swoich racji.

Z punktu widzenia politycznego, wygrana w Senacie może mieć jednak znaczenie większe, niż dzisiaj się wydaje. Może ona poprawić morale opozycji, a jej wyborcom przywrócić wiarę w zwycięstwo. Opozycja bardzo dziś tego potrzebuje, bo rewolucję PiS mogą zatrzymać w najbliższym czasie tylko wygrane wybory prezydenckie.

Tomasz Grodzki dla Newsweeka: „Mam nadzieję, że staniemy się przyczółkiem normalności, przyzwoitości”

Skończyły się czasy, gdy Jarosław Kaczyński czuł się w Sejmie komfortowo, bo dysponował stabilną większością. W tej kadencji większość PiS zależy od humorów Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. A narodowcy i lewica zadbają o to, żeby komfort prezesa się skończył 

  • Wcale nie jest tak, że w tym Sejmie PiS może rządzić samodzielnie. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości
  • Przez lata Kaczyński próbował rozbijać narodową prawicę, by nie stanowiła konkurencji dla PiS. Tym razem się nie udało — do Sejmu weszła Konfederacja, która będzie atakować PiS prawicowymi i prorosyjskimi hasłami
  • Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie wracająca do Sejmu lewica
  • Jeśli opozycja utrzyma kontrolę nad Senatem, będzie mogła sypać piach w tryby PiS

W kampanii wyborczej obóz władzy złożył szczodre obietnice i wprowadził nowe programy socjalne. 500 plus na pierwsze dziecko, 13. i 14. emerytura to żywa, liczona w miliardach gotówka od państwa. Do tego obietnice wyższych dopłat dla rolników (to z budżetu UE) oraz drastycznego podniesienia płacy minimalnej (to na rachunek przedsiębiorców). Dlatego też nadzieje były ogromne. Liderzy PiS liczyli na ok. 270 mandatów, może nawet o kilka więcej, by móc odrzucać prezydenckie weto (do tego potrzebnych jest 276 posłów).

Nie udało się. Co prawda nikt nigdy w wyborach do Sejmu nie dostał ponad 43 proc. poparcia. Co prawda wynik PiS-u to wzrost o sześć punktów procentowych w porównaniu z rezultatem sprzed czterech lat. Co prawda partii Kaczyńskiego przybyło w ciągu kadencji niemal 2,5 mln wyborców.

Tyle, że mobilizacja elektoratu antypisowskiego doprowadziła do zniwelowania tego sukcesu. Dlatego obóz władzy uzyskał ledwie 235 miejsc w Sejmie. W dodatku układ sił w parlamencie wskazuje na to, że czasy pisowskiej sielanki — gdy Kaczyński robił na Wiejskiej, co chciał — właśnie się skończyły.

Po pierwsze, Ziobro i Gowin brykają

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że PiS może rządzić samodzielnie. Głosy wyborców PiS zasadniczo zmieniły układ sił w obozie władzy. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości. W 235-osobowym klubie ich ugrupowania mają po 18 posłów. Oznacza to nie tylko to, że PiS nie jest w stanie rządzić bez tych dwóch partii łącznie. Nie może rządzić bez żadnej z nich.

Co to znaczy, Kaczyński przekonał się już po wyborach. Gowin bryka umiarkowanie, bo jest w sojuszu z Mateuszem Morawieckim i nie chce mu szkodzić. Ale niesiony dobrym wynikiem przypomniał sobie, że jest liberałem i zablokował planowane podwyżki składek ZUS dla lepiej zarabiających. Za to Ziobro postawił na radykalizm — rozpoczął grę obliczoną na usunięcie premiera. Skończyło się zgniłym kompromisem: rząd pozostał praktycznie niezmieniony, jedynie współpracownicy Gowina i Ziobry dostali nieco więcej władzy.

Ale tworzenie gabinetu pokazało, że główni gracze obozu władzy — Morawiecki i Ziobro — zieją do siebie czystą nienawiścią. Skoro Ziobro jest w tej kadencji mocniejszy, a i premier w nowym rozdaniu rządowym się wzmocnił, kolejne starcia są kwestią czasu. A to nie najlepiej wróży stabilności obozu władzy.

Po drugie, narodowcy szarżują

Grzegorz Braun kocha Rosję, a każde swe wystąpienie zaczyna od pozdrowienia „Szczęść Boże!”.

Braun właśnie został posłem Konfederacji, sojuszu małych partii nacjonalistycznych i ultraprawicowych. Z Sejmowej mównicy, witając się bożym przywołaniem, będzie w tej kadencji szczególnie namiętnie atakował PiS. Nie on jeden — taki będzie polityczny priorytet większości posłów Konfederacji. Za sprzedawanie Polski Amerykanom i Unii, za blokowanie zakazu aborcji, za uleganie lobby żydowskiemu.

Kaczyński przez lata dbał o to, aby nacjonalistyczna prawica nie weszła do Sejmu. Był gotowy nawet przejmować część jej ludzi (jak były szef Młodzieży Wszechpolskiej Adam Andruszkiewicz) oraz haseł (choćby w sprawie zwrotu mienia żydowskiego). Tym razem nic to nie dało. Konfederacja weszła do Sejmu i dostanie niemal 7 mln zł rocznie dofinansowania z budżetu. Dla 11 posłów, przyzwyczajonych przez lata do robienia polityki bez pieniędzy, to zasadnicza zmiana. Pieniądze scementują Konfederację, przez co Kaczyńskiemu trudno będzie wyciągać z niej posłów — tak jak to robił w minionej kadencji z ubogimi narodowcami z klubu Kukiz’15. Dlatego prezes jest wściekły — na Nowogrodzkiej trwa poszukiwanie winnych, których można byłoby obciążyć za lekceważenie rosnących notowań Konfederacji przed wyborami. W sztabie PiS panowało przekonanie, że narodowcy do Sejmu nie wejdą, dlatego zrezygnowano z wyścigu na nacjonalistyczne hasła.

Po trzecie, wraca lewica

Poprzedni Sejm był kulawy. Tak jak w Sejmach z połowy lat 90. nie było prawicy, tak w Sejmie w latach 2015-2019 wyraźnie brakowało lewicy. To znaczy, Kaczyńskiemu jej nie brakowało, stąd jego komfortowa sytuacja w Sejmie, gdzie nie stawały postulaty liberalizacji aborcji, związków jednopłciowych czy też przykręcenia śruby Kościołowi (jeśli się pojawiały, to jako projekty obywatelskie — tak było choćby z aborcją). W tym Sejmie będzie inaczej. Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie Lewica.

Faktem jest, że lewica to bardzo różnorodne ugrupowanie. Są tam zwolennicy adopcji dzieci przez pary homoseksualne, są entuzjaści jeszcze większej pomocy społecznej, są wreszcie miłośnicy PRL. Pełna lewicowa paleta, której każdy odcień będzie dla PiS w Sejmie kłopotliwy — dlatego ten powrót do Sejmu to porażka obozu władzy.

Po czwarte, przeżyło PSL

Przez ostatnie cztery lat cała polityczna i propagandowa machina PiS zaprogramowana była na zniszczenie PSL, po to, by przejąć cały elektorat rolniczy i wiejski. Kaczyński był przekonany, że tylko wówczas zyska gwarancje trwałych rządów na lata. Efekt jest taki, że ludowcy wyszli z tej wojny silniejsi — w 2015 r. mieli 16 posłów i ledwo udało im się obronić własny klub parlamentarny, gdy PiS podkupił im ludzi. Teraz mają 30 posłów, dwa razy więcej od minimum wymaganego do utworzenia klubu.

Młody lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz pokazał, że potrafi podejmować trudne decyzje — jak rozbicie koalicji z PO po klęsce w wyborach europejskich. Przed wyborami sejmowymi zawarł taktyczny sojusz z Pawłem Kukizem, wziął na pokład niechcianych w PO konserwatystów i prowadził aktywną kampanię, uczestnicząc we wszystkich głównych debatach przedwyborczych. W efekcie nie tylko PSL się obroniło, ale po raz pierwszy w historii zdobyło mandaty w dużych miastach. Dziś ludowcy są silniejsi, także finansowo — dostaną rocznie niemal 8,5 mln zł. Marzenia Kaczyńskiego o wieczystej eliminacji PSL się nie ziściły.

Po piąte, utrata Senatu

Opozycja dokonała niemożliwego — obóz przeciwników PiS ma w Senacie arytmetyczną przewagę. I to mimo że zwycięzca sejmowy zawsze w Senacie miał jeszcze lepszy wynik z racji obowiązywania ordynacji jednomandatowej, faworyzującej duże ugrupowania.

Co prawda PiS wygrało, zdobywając 48 na 100 mandatów, ale partie opozycyjne mają tyle samo (Platforma 43, PSL trzy, zaś Lewica — dwa). Większość dają opozycji trzej senatorowie niezależni, którzy są kojarzeni z Platformą. Dlatego też głosami całej opozycji we wtorek marszałkiem Senatu został przedstawiciel PO Tomasz Grodzki.

Oczywiście, Senat nie ma możliwości blokowania ustaw sejmowych. Ale może je przez miesiąc poprawiać, co znacznie wydłuża prace. W ten sposób niemożliwe będą sytuacje, gdy PiS w ciągu jednego lub kilku dni przeprowadzało kontrowersyjne ustawy przez parlament.

Senat da także opozycji prawo zatwierdzenia nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, bo znany z krytyki PiS Adam Bodnar za rok kończy kadencję. Do tego Senat wyznacza swoich nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. No i zatwierdza wybór szefa NIK, co jest kłopotliwe dla PiS w razie, gdyby trzeba było wybrać następcę bohatera afery sutenerskiej Mariana Banasia. Ale najważniejsze jest to, że bez zgody Senatu nie da się zmienić Konstytucji.

Z przywiązywaniem wagi do opozycyjnego Senatu należy jednak poczekać. Przed pierwszym posiedzeniem politycy PiS próbowali przekupić stanowiskami kilku senatorów opozycji. Nie udało się to. Na razie się nie udało — bo PiS nie zrezygnuje z kuszenia. Dlatego też w czasie trwania kadencji może dojść do transferów i odzyskania przez PiS kontroli nad Senatem. Ten jeden element w całej układance niekorzystnych dla siebie elementów w nowym parlamencie Jarosław Kaczyński może jeszcze zmienić.

Polska powoli wraca do normalności. Prof. Grodzki marszałkiem Senatu

Zdjęcie roku. @profGrodzki

– „Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji. Naród w swojej głębokiej mądrości zdecydował, że Sejm ma być w rękach rządzących, a Senat opozycji” – powiedział tuż po wyborze na marszałka Senatu Tomasz Grodzki.

Kiedy wypowiadał te słowa, uniósł w górę obie ręce i zrobił znak „V”. – „Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu” – stwierdził.

Nowy marszałek Senatu podkreślił, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”. – „Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej” – mówił Grodzki. Podkreślił także, że jest lekarzem: – „Przybywam ze świata medycyny, gdzie nie tylko przysięga Hipokratesa, ale całe nasze wychowanie zobowiązuje nas do leczenia wszystkich. To nas uczy tolerancji. Każdy Polak, Polka ma równe prawa. To, że jest różnorodność to jest siła naszego kraju”.

Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy, jak mało kto, majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić. Senat jest wyższą izbą parlamentu. Jeżeli ktoś myśli, że będziemy tylko rolą hamulcowego dla Sejmu, to jest w błędzie. Senat musi tylko i wyłącznie wrócić do swojej roli, czyli zamiast szybkiego prawa, ustanawiać dobre prawo, by prawo było stanowione dobrze, a nie szybko, w ciągu 24 godzin i potem kilkakrotnie poprawiane” – dodał nowy marszałek Senatu.

Tomasz Grodzki zapowiedział, że w najbliższym czasie wygłosi orędzie w TVP. – „Z pewnością skorzystam z wszystkich narzędzi, które są przypisane Senatowi i jego marszałkowi. I takie orędzie do narodu wygłoszę” – powiedział w TVN 24.

Mateusz Morawiecki – zgodnie z prawem – musiał dzisiaj złożyć dymisję swojego rządu. I zrobił to, po czym rozpoczął wygłaszanie mowy, w której wychwalał dokonania swoje i innych członków rządu. Przedziwne, że głos mu się nie załamał przy takim oto stwierdzeniu: – „Właśnie w czasach naszych rządów, przez poprzednie cztery lata mieliśmy do czynienia z rozkwitem wolności i demokracji”.

Kiedy zaczął wymieniać – jego zdaniem – sukcesy rządu PiS, robił to tak długo, że upomniała go wybrana kilka chwil wcześniej marszałkiem Sejmu Elżbieta Witek. Nie pomogło – Morawiecki tokował dalej… Witek znowu poprosiła, żeby skończył przemowę, bo o 5 minut przekroczył przeznaczony dla niego czas. Dopiero wtedy, ale po wygłoszeniu jeszcze kilku zdań, Morawiecki zszedł z mównicy.

„Posłowie opozycji często dostawali kary finansowe na wniosek marszałka PiS. Także za przekraczanie czasu wystąpienia. Ciekawe, czy premier Mateusz Morawiecki też dostanie taką karę, po tym jak dwa razy nie zastosował się do poleceń marszałek Elżbiety Witek” – zastanawiała się na Twitterze Dominika Wielowieyska z „GW”.

A poseł PO Robert Tyszkiewicz odniósł się do jednego z fragmentów przemowy premiera: – „Morawiecki jako sukces rządu PiS wymienił budowę linii kolejowej do Czeremchy. Tymczasem opóźnienia w budowie trasy Czeremcha – Hajnówka to już 17 miesięcy, czyli niewiele mniej niż miała trwać budowa. W nową kadencję PiS wchodzi ze starymi kłamstwami”.

Internauci komentowali wystąpienie i zachowanie Morawieckiego: – „Za chwilę Morawiecki sam sobie wręczy kwiaty. Samozachwyt level master”; – „Opowieści 1001 nocy w wykonaniu Prem. Morawieckiego o dokonaniach odchodzącego rządu nie mogą bawić. Mogą tylko irytować. Chwalić się reformą edukacji i osiągnięciami w ochronie zdrowia, to naprawdę kuriozum. Są granice, poza którymi nie ma już nic do powiedzenia. Premier…”; – „Premier Morawiecki w Sejmie mówi: nie ma wolności bez wiarygodności. Trochę jakby daltonista mówił o kolorach…”; – „Szczególnie świadczą wyroki sądu w jego prawdomówności”.

Antoni Macierewicz postanowił wykorzystać swoje pięć minut w roli marszałka seniora. Wygłosił przemówienie, które – eufemistycznie rzecz ujmując – nazwać można kontrowersyjnym.

Zwrócił się do posłów „o odrzucenie negacji niepodległego państwa polskiego i fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej. – „Czas zacząć wnosić gmach niepodległego państwa polskiego opartego na zasadach wywiedzionych z chrześcijańskiej nauki społecznej. Po blisko 30 latach zmagania się z postkomunizmem, doskonale wiemy, jakie decyzje budują niepodległość, a jakie prowadzą na manowce. Wiemy, jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender” – tokował Macierewicz.

Nie zabrakło „ulubionego” wątku Macierewicza. – „Wiemy, co oznacza pozostawienie środowisk agenturalnych na ważnych stanowiskach w administracji publicznej, na wyższych uczelniach, wymiarze sprawiedliwości i w mediach. Wiemy, jakie są zagrożenia geopolityczne, wynikające z utopijnej próby budowania neosocjalistycznego imperium i kto jest naszym rzeczywistym sojusznikiem strategicznym” – stwierdził marszałek senior.

Nie zawahał się nawet powołać na… Konstytucję! – Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo musza szanować ustawę zasadniczą” – stwierdził Macierewicz. Można by zapytać – i kto to mówi?!

Mowa marszałka seniora wywołała falę komentarzy. – „Wystąpienie Macierewicza było bardzo polityczne, agresywne i wykluczające” – stwierdził szef PO Grzegorz Schetyna. A poseł Borys Budka dodał: – „To jakby Nergal próbował wykładać Pismo Święte. Jeżeli ktoś potrafi wyciągnąć trzy artykuły i na nich budować narrację, a wcześniej wielokrotnie, razem z kolegami, koleżankami, łamał tę Konstytucję w zeszłej kadencji, no to jest chichot historii”.  – „Przemówienie marszałka seniora Antoniego Macierewiczem nie było przemówieniem, które by cokolwiek łagodziło. Ja i mój klub patrzyliśmy na nie z niesmakiem – powiedział szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Małość PiS przerażająca, ale małość opozycji wobec opozycji tak samo

Dlaczego obalenie Schetyny i zniszczenie Platformy Obywatelskiej stało się dla wielu ludzi z szeroko rozumianej metapolitycznej opozycji priorytetem nawet w stosunku do obalenia Kaczyńskiego i zniszczenia PiS-u? Powody są różne – pisze o nich Cezary Michalski. Przeciw trendowi

Z punktu widzenia normalnej polityki ostatnie posiedzenie Zarządu Krajowego PO zakończyło się optymalnie, bowiem nie obaliło Schetyny i nie zniszczyło Platformy. Z punktu widzenia interesów politycznych PiS-u, a także pewnej mody mówienia o polskiej polityce reprezentowanej przez ludzi od PiS-u nieraz bardzo odległych, u których jednak entuzjazm nie zawsze idzie w parze z politycznym rozsądkiem, piątkowe posiedzenia Zarządu Krajowego PO zakończyło się fatalnie, bo nie obaliło Schetyny i nie zniszczyło Platformy.

Zacznijmy jednak od pierwszego kryterium – kryterium normalnej polityki, w której instytucje i liderzy własnego obozu są wartością, a nie czymś, co rozjusza, prowokuje do szydery, sarkazmu, mobilizuje do zniszczenie jedynego politycznego narzędzia, jedynej politycznej broni, jaką mamy dziś przeciwko Kaczyńskiemu. Otóż

SCHETYNA NIE ZOSTAŁ OBALONY ANI NAWET ZDESTABILIZOWANY.

Co w sytuacji, kiedy jest szefem najsilniejszej struktury opozycji i jedynej politycznej reprezentacji mieszczańskiego centrum, a w dodatku kiedy nie ma dla niego żadnego mocnego kontrkandydata – jest wyłącznie wartością. Zarząd PO, czyli reprezentacja partyjnej większości, zgodził się też na proponowane przez Schetynę „skrócone” prawybory, które w najbardziej uporządkowany sposób, przy jak najmniejszym politycznym ryzyku wyłonienia idioty albo agenta, wskażą prezydenckiego kandydata lub kandydatkę PO, a można mieć nadzieję, że także KO, a może nawet prezydenckiego kandydata lub kandydatkę całej opozycji w drugiej turze. Takie rozwiązanie oznacza wzmocnienie, a nie osłabienie pozycji Schetyny, który to rozwiązanie zaproponował, co znowu – kiedy nie ma dla niego ani wyraźnie lepszego, ani w ogóle żadnego wyrazistego kontrkandydata – oznacza stabilizację najsilniejszej partii opozycji.

Druga dobra wiadomość to wskazanie Borysa Budki jako kandydata na przewodniczącego klubu parlamentarnego PO, w dodatku popartego (a chyba nawet zgłoszonego) przez Schetynę, co znów oznacza konsolidację Platformy zamiast jej rozbicia. Jest to w istocie powrót do sytuacji sprzed jakichś dwóch tygodni, kiedy szefem klubu też miał być Budka i też miał go wskazać Schetyna. Później

ZACZĘŁO SIĘ JEDNAK POMPOWANIE BUDKI NA BRUTUSA, KTÓRY JUŻ PRZYGOTOWUJE ZAMACH NA SCHETYNĘ, A NAWET JUŻ TEN ZAMACH PRZECIWKO SCHETYNIE ROZPOCZĄŁ, A MOŻE NAWET JUŻ GO PRZEPROWADZIŁ (TYM GORZEJ DLA FAKTÓW).

A ja – wiedząc, jak potężną siłą są media, choćby te najgłupsze – już zacząłem się bać, że Cezar i Brutus podziabią się widelcami.

Nie dziwił ten fejkowy zamach robiony przez „Wprost”, bo to pismo należy do tego samego właściciela, co „Do Rzeczy”. I podobnie jak „Do Rzeczy” żyje z pieniędzy PiS-owskich, czyli naszych, tyle że pompowanych przez PiS do obu pism za pośrednictwem spółek Skarbu Państwa. Kaczyńskiemu naprawdę zależy na zniszczeniu Platformy, bo wie, że ta partia jest dla niego jedyną przeszkodą na drodze do zbudowania w Polsce Węgier, a może i Turcji.

Bardziej było smutne, że Budkę na Brutusa Platformy (choćby po trupie Platformy) pompowali pożyteczni idioci z mediów niezwiązanych z PiS-em, a nawet zdecydowanie w swoim własnym mniemaniu opozycyjnych. Tym bardziej cieszy, że sam Borys Budka okazał się najmniej entuzjastyczny, jeśli chodzi o przyjęcie roli Brutusa w momencie, kiedy największym problemem Rzymu nie jest Cezar z Platformy, ale biegający po Kapitolu barbarzyńcy z PiS i Konfederacji.

FAKT, ŻE SCHETYNA I BUDKA, ZAMIAST NISZCZYĆ SWOJĄ PARTIĘ I SIEBIE NAWZAJEM, WYSTĄPILI RAZEM, ZNÓW JEST DOBRĄ WIADOMOŚCIĄ, BO ZAPOWIADA, ŻE PLATFORMA POTRAFI ROZEGRAĆ WEWNĘTRZNĄ WALKĘ O WŁADZĘ W SPOSÓB UPORZĄDKOWANY I W RYTMIE KADENCYJNYM, KTÓRY WYZNACZA STYCZEŃ 2020.

Trzecia dobra wiadomość to… (kiedy tak piszę, zaczynam się czuć jak mój ulubiony redaktor Michał Nogaś z “Gazety Wyborczej” rozsyłający regularnie swoje „Newslettery optymisty” pełne „dobrych wiadomości”, z których faktycznie większość jest dobra)… kolejna zatem dobra wiadomość to wyznaczenie – nie tylko przez PO, ale także dogadanie się w tej sprawie przez PO z PSL-em i SLD – kandydata na opozycyjnego marszałka Senatu, a także ustalenie przez opozycję podziału miejsc w senackim prezydium.

Zarówno wskazanie jako potencjalnego marszałka Senatu z PO i KO (podkreślam słowo „potencjalny”, gdyż dopiero w momencie głosowania zobaczymy, jak groźny jest PiS-owski bat i jak wielka PiS-owska marchewka) Tomasza Grodzkiego (świetny lekarz i kompetentny autor wielu punktów w programie opozycji dotyczącym służby zdrowia), jak też porozumienie w sprawie potencjalnych wicemarszałków Senatu z PO, SLD i PSL sugeruje (choć to tylko nadzieja, nie pewność), że opozycja jeszcze nie zwariowała i w przypadku faktycznego zdobycia Senatu (a w przyszłości faktycznego odzyskania od PiS-u państwa) będzie wiedziała, co z tym Senatem (i z tym państwem) zrobić.

TE WSZYSTKIE DOBRE DLA MNIE WIADOMOŚCI WYDAJĄ SIĘ WIADOMOŚCIAMI KATASTROFALNYMI DLA WIELU INNYCH KOMENTATORÓW I KOMENTATOREK Z MEDIÓW NIE TYLKO PIS-OWSKICH. DLA NICH WSZYSTKICH IDEA, ŻE SCHETYNA UTRZYMA SIĘ NA NOGACH JESZCZE JEDEN DZIEŃ, JEST KATASTROFĄ. BUDKA NIE BYŁ DLA NICH ATRAKCYJNY W OGÓLE, KIEDY WSPÓŁPRACOWAŁ ZE SCHETYNĄ. STAŁ SIĘ ATRAKCYJNY NA CHWILĘ, KIEDY MOŻNA GO BYŁO PRZEDSTAWIĆ JAKO WROGA SCHETYNY.

Po ostatnim Zarządzie PO Budka znów odejdzie w cień, bo z ich punktu widzenia nie sprawdził się jako Brutus.

Wcześniej, jak pamiętam, atrakcyjna była dla nich Barbara Nowacka, dopóki nie zaczęła współpracować ze Schetyną, żeby budować sensowną centrową formację. Wtedy stała się „nieinteresująca”, wręcz – jak powiedział mi pewien entuzjasta – „straciła twarz”. Nawet Kosiniak-Kamysz zaczął być ostatnio idolem paru publicystów i publicystek liberalnej prasy, którzy (i które) wcześniej przez długie miesiące skarżyli się (i skarżyły) na „nadmierny konserwatyzm” i „polityczną nieskuteczność” Schetyny. Kosiniak-Kamysz jest bardziej konserwatywny od Schetyny i mniej od niego skuteczny (pod jego władzą PSL straciło w wyborach samorządowych swoje bastiony na Wschodzie, mimo że mogło je zachować, gdyby poszło razem z KO, bo w Lubelskiem czy Świętokrzyskiem na KO, PSL i SLD głosowało więcej ludzi, niż na PiS, resztę dla Kaczyńskiego zrobiła większościowa ordynacja wyborcza).

Po wyborach europejskich Kosiniak-Kamysz rozwalił koalicję, w dodatku nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że okazał się za słaby, aby przeciwstawić się Pawlakowi, Sawickiemu i innym ludziom własnego aparatu z dołu i z góry, którzy już zostali przejęci przez PiS. Zatem Kosiniak-Kamysz ani nie jest specjalnie progresywny, ani nie jest politycznie skuteczny, a nagła miłość do niego części publicystów (i publicystek) liberalnej prasy wynika wyłącznie z faktu, że nie jest Schetyną i można go używać do walenia w Schetynę.

BYĆ MOŻE ZRESZTĄ TERAZ KOSINIAK-KAMYSZ ZNÓW STANIE SIĘ DLA TYCH SAMYCH LUDZI „NIEINTERESUJĄCY”, BO JEDNAK ZAWARŁ ZE SCHETYNĄ POROZUMIENIE DOTYCZĄCE WSPÓŁPRACY W SENACIE. JA JEDNAK WŁAŚNIE Z TEGO POWODU CHCIAŁBYM KOSINIAKA-KAMYSZA POCHWALIĆ I W ZASADZIE – JEŚLI PAŃSTWO ZDOŁAJĄ – PROSZĘ O ZAPOMNIENIE TYCH PARU NIEPRZYJEMNYCH UWAG NA JEGO TEMAT, KTÓRE SFORMUŁOWAŁEM DOSŁOWNIE PRZED CHWILĄ.

Dlaczego jest tak jak jest, że obalenie Schetyny i zniszczenie Platformy Obywatelskiej stało się dla wielu ludzi z szeroko rozumianej metapolitycznej opozycji priorytetem nawet w stosunku do obalenia Kaczyńskiego i zniszczenia PiS-u? Otóż powody są różne. Jedni przyłączają się do tego trendu, bo Schetyna i Platforma blokują drogę rozwoju Biedroniowi. Moim zdaniem w prawicowej Polsce Biedroń nie rozwinie się nigdy, jest na to zwyczajnie za słaby (o wiele od niego silniejszemu Palikotowi przeżycie w prawicowej Polsce też się nie udało). Z tego zresztą punktu widzenia wybór przez Biedronia Brukseli zamiast Warszawy był bardzo logiczny.

Inni Schetyny nie lubią, bo uważają, że 20 lat temu zniszczył im Unię Wolności (w dużo większym stopniu odpowiedzialny jest za to Donald Tusk i jemu też swego czasu nie chciano tej zbrodni darować). Jeszcze inni po prostu przyłączają się do trendu, bo są może celebrytami (czyli ludźmi kompetentnymi, ale w innych dziedzinach), lecz z samodzielnym politycznym myśleniem jest u nich dość kiepsko.

CZY DA SIĘ OCALIĆ PLATFORMĘ OBYWATELSKĄ PRZECIWKO TRENDOWI? NIE MAM PEWNOŚCI, ALE WARTO PRÓBOWAĆ. JEST TO BOWIEM OSTATNIA ZORGANIZOWANA SIŁA, KTÓRA BUDOWAŁA III RP I NADAL SIĘ DO NIEJ PRZYZNAJE. JAKIE TO WYTCHNIENIE, KIEDY WOKÓŁ WIDZI SIĘ CORAZ WIĘCEJ OPORTUNISTÓW, KTÓRZY ZAPOMNIELI, KIM BYLI I POD KIM CHODZILI JESZCZE PARĘ LAT TEMU.

Dawni bezwarunkowi wielbiciele (i wielbicielki) Leszka Balcerowicza czy Adama Michnika (z perspektywy czasu, patrząc na dzisiejszych idoli, coraz bardziej się przekonuję, że może nie był to aż tak kiepski wybór) stali się bezwarunkowymi wielbicielami (i wielbicielkami) Kaczyńskiego i Ziobry albo Zandberga i Biedronia. A wszystko po to, żeby – jak mówi poeta – móc w nowy życia strumień wstąpić.

Zbyt stadne wędrówki mamutów doprowadziły do ich wyginięcia. Nie chciałbym, aby podobny los spotkał Polaków.

Macierewicz, Jędraszewski i wartości chrześcijańskie postawione na głowie

>>>

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.