Łajdactwa PiS granic nie znają

>>>

Nic nie zapowiadało takiego zwrotu akcji w wyborczym wyścigu. Faworyt był jeden, a jego pozycja lidera wydawała się być niezagrożona. Tempo marszu po władzę totalną, najlepiej konstytucyjną miało przyspieszyć ogłoszenie przełomowych propozycji, nazwanych “hattrickiem Kaczyńskiego”. Obejmują one radykalny i skokowy wzrost płacy minimalnej, wprowadzenie 13-stej i 14-stej emerytury na stałe oraz zwiększenie dopłat dla rolników. Jak donosi dziś “Gazeta Wyborcza”, postulaty te są odpowiedzią na wyniki badań elektoratu, jakie partia rządząca przeprowadziła w okresie przedwyborczym. To właśnie przymilenie się do tych trzech grup społecznych – najmniej zarabiających, emerytów oraz rolników, ma dać ekipie Zjednoczonej Prawicy miażdżące zwycięstwo wyborcze. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak i zamiast efektu “WOW”, propozycje wywołały kryzys, z jakim PiS jeszcze w tej kadencji mierzyć się nie musiało.

Tak długo bowiem, jak działania obozu władzy koncentrowały się na uderzeniach w nieco abstrakcyjne dla przeciętnego Polaka kwestie, jak praworządność, mający zła sławę w III RP wymiar sprawiedliwości czy prawa obywatelskie (ograniczane sukcesywnie od 2015 roku), partia Kaczyńskiego pozostawała teflonowa. Po zapowiedzi radykalnego zwiększenia kosztów pracy po stronie przedsiębiorców, wsparta dodatkowo niejasną zapowiedzią premiera o uzależnieniu składek na ZUS od dochodów przedsiębiorcy, wątpliwości nabrali nawet wyborcy w takich bastionach PiS jak Podkarpacie czy Małopolski.

– “To nie jest tak, że ten wyciągnięty nagle z kapelusza pomysł uderzy tylko w przedsiębiorców. On uderzy w całą gospodarkę, a ostatecznie w pracowników. Jedni po prostu stracą robotę, bo ich firmy padną, inni będą płacić dwa razy więcej za towary i usługi, bo efektem skokowej podwyżki musi być wzrost cen. A wszystko przez nieodpowiedzialnych polityków, którzy na pytanie „skąd się biorą pieniądze”, odpowiadają zdziwieni: „Jak to skąd? Z bankomatu!” – skomentował dla dziennika “Polska The Times” Paweł Kukla, prezes Nowosądeckiej Izby Gospodarczej. Bezlitośnie też obnażył patologię polskiego środowiska gospodarczego, do której doprowadziła ekipa “dobrej zmiany”. – “Mamy konkurować z Niemcami? Niemieccy przedsiębiorcy płacą mniej od polskich za: prąd, gaz, wodę, ścieki. Nie są przytłoczeni taką biurokracją. No i nikt ich z dnia na dzień nie zaskakuje decyzjami, przez które z dnia na dzień ich biznesplany i strategie rozwoju nadają się na śmietnik – mówi rozgoryczony.

W sieci pojawia się coraz więcej doniesień, że wielu przedsiębiorców, dotychczas głosujących na Prawo i Sprawiedliwość może w ostatniej chwili zmienić zdanie, bo nic tak mocno nie burzy zaufania do partii politycznej, jak bezpośrednie uderzenie w kieszeń wyborcy, którego przyszłość finansowa może zostać zachwiana jednym nieodpowiedzialnym ruchem. Zdecydowanie nie tak to miało wyglądać i nie taki efekt wywołać. Nieważne, że premier i część ministrów w ostatnich dniach próbowała wyjaśniać, że kwestia zmian w naliczaniu ZUS obejmie tylko najsłabiej zarabiających. Na nic zapewnienia prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, że podniesienie płacy minimalnej w najmniejszym stopniu nie wpłynie na poziom cen efektów pracy przedsiębiorców. Wiele kłamstw i prób mydlenia oczu można przyjąć, ale akurat liczyć to polscy przedsiębiorcy, także Ci popierający PiS potrafią. Do świadomości społecznej przebił się przekaz, że idą radykalne podwyżki ZUS, drożyzna się pogłębi, a pan z budki z kebabem zarobi więcej, niż jego szef, co raczej nie wróży mu długiego zatrudnienia. W kontekście nadchodzących wyborów, taki samobój może partię rządzącą bardzo słono kosztować.

Dziś w “Rzeczpospolitej” sprawę próbuje ratować jeszcze wicepremier Jarosław Gowin, rzekomo wolnorynkowiec i obrońca interesów klasy średniej. Mówi nawet, że podwyżki ZUS nie obejmą wszystkich przedsiębiorców i on jest gotów postawić na szali swój honor i swoją wiarygodność, z dymisją ze sprawowanej funkcji włącznie. Pytanie jednak, czy osoba całkowicie skompromitowana przez ostatnie 4 lata, nieposiadająca moralnego kręgosłupa i głosująca “za” propozycjami, z którymi rzekomo całym sercem się nie zgadza, ma jeszcze czym szastać.

„PiS nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców. Ręczę za to swoją wiarygodnością. Jeśli tak się stanie, podam się do dymisji” – zapewniał Jarosław Gowin w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Zakwestionował pomysł zniesienia pułapu 30-krotności w naliczaniu składek: „Porozumienie zajmuje tu inne stanowisko niż PiS. W naszej ocenie likwidacja 30-krotności w oczywisty sposób doprowadzi do spadku wynagrodzeń tych grup zawodowych, które są kluczowe dla rozwoju nowoczesnego państwa: specjalistów, informatyków, kadry kierowniczej średniego szczebla czy wolnych zawodów” – zauważył.

Musimy sobie zadać pytanie, czy zależy nam na skutecznej konkurencji z najbardziej zamożnymi państwami świata. To jest wyścig o talenty, o ludzi szczególnie uzdolnionych. Jako minister współodpowiedzialny za rozwój technologii i innowacyjność jestem rzecznikiem klasy średniej. Bo jej interesy są przecież zbieżne z polską racją stanu” – dodał wicepremier.

Mówiąc o niezachwianej jednomyślności w obozie prawicy odniósł się przy okazji do zapowiedzi wzrostu płacy minimalnej. Zdradził, że decyzja o szybszym wzroście płacy minimalnej zapadła w kilku ostatnich tygodniach.

Wypracowaliśmy wspólne stanowisko. Z jednej strony, zgodnie z propozycją PiS, szybciej niż pierwotnie zakładaliśmy wzrośnie płaca minimalna. Z drugiej, PiS zaakceptowało postulat Porozumienia, aby tak obniżyć ZUS dla małych firm, żeby wzrost płacy minimalnej nie podkopał ich finansowych fundamentów” – powiedział wicepremier i minister szkolnictwa wyższego.

W przyszłej kadencji w dużo większym stopniu położymy nacisk na uruchamianie rezerw rozwojowych. To jest warunek stabilnej realizacji bezprecedensowo szerokich programów społecznych” – zapewnił Jarosław Gowin.

Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

Wczoraj znowu dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat naszej aktualnej rzeczywistości. Otóż minister Zbigniew Ziobro fantastycznym ministrem jest, a nominowani przez niego sędziowie, którzy zarządzali „farmą trolli”, to – i tu cytat z pana premiera Morawieckiego – „sędziowie, którzy chcieli naprawiać rzeczywistość”. Taka zapadła bowiem „decyzja polityczna”.

Ile ma ona wspólnego z kolekcją zielonych (i nie tylko) teczek, ukrytych gdzieś w zakamarkach ministerstwa, można się jedynie domyślać. Zdaje się jednak, że Archiwum Ziobry jest znacznie zasobniejsze od niesławnej Szafy Kiszczaka.

Wracając zaś do „decyzji politycznej”, to jest to – zdaje się – najważniejszy z czynników kształtujących wizję rzeczywistości w otoczeniu pana prezesa. Kiedyś, w epoce „towarzyszy”, jak dojrzewało żyto i pszenica, to najpierw zbierało się… posiedzenie Komitetu Centralnego. Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

W ten sposób – jak Napoleon z reklam supermarketu Carrefour – zdecydował, że choć nie ma tego w projektowanym przez jego własną partię budżecie na następny rok, pensja minimalna ma wzrosnąć do trzech tysięcy, a emerycka „trzynastka” stać się świadczeniem stałym. Polska zaś ma być „państwem dobrobytu” – takim miejscem, które rośnie w siłę, a ludzie żyją tu dostatniej. Taka decyzja – jak wykazują badania – całkowicie wystarczy na dobrze ponad 40 procent wyborczego poparcia.

Na wszelki wypadek jednak, w hołdzie „wartościom” i dla poparcia w parafiach, decyzja polityczna prezesa zdecydowała jeszcze, że nasza ojczyzna będzie krajem katolickim, ponieważ poza Kościołem jest tylko „nihilizm”, a nihilizmowi partia aktualnie rządząca mówi swoje stanowcze „nie”! Rodzina natomiast ma się składać z „kobiety, mężczyzny oraz ich dzieci”. Dzięki temu będziemy – od Odry do Bugu – strefą „wolną od ideologii LGBT”!

Gdyby zaś i tego jeszcze było mało, „decyzja” zdecydowała o wznowieniu obrad „starego” Sejmu już po wyborach. I wtedy, jak się domyślamy, w zależności od ich wyniku – będzie ona (decyzja, znaczy) decydować, co dalej.

A na razie decyzją polityczną pana prezesa (bo przecież nie stanem faktycznym, który jaki jest, każdy widzi):
– panowie Kuchciński, Piebiak i inni partyjni bohaterowie serii afer i skandali to ludzie krystalicznej uczciwości,
– „Trzy Beaty” to niedościgłe wzory manier i elegancji na aktualną epokę, choć i tak daleko im pod tym względem do absolutnego ideału – posłanki Krystyny Pawłowicz,
– tylko patrzeć, jak Niemcy wypłacą nam sowite reparacje,
– ściągalność podatku VAT wynosi sto procent,
– budżet nie ma deficytu,
– zagraniczne zadłużenie Polski spada,
– Port Lotniczy Baranów, kanał przez Mierzeję, sto tysięcy mieszkań i drugie tyle elektrycznych samochodów już – odpowiednio – stoi, działa i jeździ po naszych świeżo wybudowanych lokalnych drogach,
– służba zdrowia, edukacja i sądownictwo mają się zdecydowanie lepiej niż przed nastaniem „dobrej zmiany”,
– zdecydowanie poprawił się też klimat – bo to oczywiste, że rządy formacji prezesa natychmiast uzdrowiły polską atmosferę.

Niestety, jak na razie, to pod rządami PiS wzrosła nam – i to po raz pierwszy od transformacji – umieralność. Ale – jak uspokaja Paweł Kukiz – i na to jest rada. Tylko patrzeć, aż pan prezes podejmie decyzję polityczną, że każdy Polak będzie żył minimum 105 lat.

>>>

„Jestem naćpany!” – krzyczał Tomasz Wróblewski, dzwoniąc z hotelu w Ełku na telefon alarmowy. Policjanci powinni byli wezwać pogotowie, ale pojechali do hotelu sami. Według świadka, do którego dotarło OKO.press, zostali sam na sam ze skutym Tomaszem na kilka minut. Gdy wyszli, “miał pobitą twarz”. Zmarł chwilę później. A nagrania interwencji zniknęły

Do redakcji OKO.press zgłosiła się rodzina Tomasza Wróblewskiego (na zdjęciu), 37-latka, który w nocy z 13 na 14 sierpnia zmarł w trakcie interwencji policji z Ełku. Zdaniem najbliższych mężczyzny, przed śmiercią ktoś znęcał się nad nim, a policja próbuje zatrzeć ślady.

Rodzina udostępniła nam jego zdjęcia, zrobione w zakładzie pogrzebowym. Twarz Tomasza jest na nich zmasakrowana.

Kto doprowadził go do takiego stanu? Tego nie wiemy. Okoliczności śmierci wyjaśnia prokuratura, która wciąż czeka na wyniki sekcji zwłok. Już teraz jednak można powiedzieć, że w trakcie interwencji policji doszło do poważnych nieprawidłowości.

  • Dyżurny policjant nie wezwał na miejsce pogotowia, choć – według świadka, do którego dotarliśmy – dzwoniąc na 112 z hotelowego pokoju, Tomasz krzyczał, że “jest naćpany”. Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że dyspozytor 112 przekazał informację o narkotykach policji. W takich sytuacjach policja ma obowiązek wezwać karetkę.
  • Pogotowia nie wezwali też interweniujący policjanci, choć Tomasz na ich widok nadal wzywał pomocy policji, wyraźnie nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niego. Nie wzywając karetki, funkcjonariusze mogli dopuścić się karalnego niedopełnienia obowiązków.
  • Policjanci użyli wobec Tomasza gazu pieprzowego, przydusili go, zakuli i siłą wyprowadzili z hotelu, choć zgodnie z przepisami mogli jedynie unieruchomić go do przyjazdu pogotowia.
  • Po kilku minutach, przez które policjanci przebywali sam na sam z Tomaszem, według świadka “miał [on] pobitą twarz”. Niedługo po tym zmarł.
  • Z telefonu świadka, który został zabrany przez jednego z policjantów, zniknęły dwa nagrania z interwencji. Jeśli to funkcjonariusz je usunął, może być pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień i utrudnianie śledztwa.

Według mec. Adama Ploszki, okoliczności śmierci Tomasza Wróblewskiego przypominają sprawę Igora Stachowiaka. Ploszka był jednym z pełnomocników jego rodziny. Stachowiak zmarł po interwencji policjantów, którzy razili go paralizatorem w łazience we wrocławskim komisariacie. W tamtej sprawie nie udało się udowodnić, że policjanci przyczynili się do śmierci.

Sąd skazał ich jednak na dwa do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia za przekroczenie uprawnień, bo zamiast wezwać pogotowie, siegnęli po paralizator.

Ciało

15 sierpnia Prokuratura Rejonowa w Ełku wydała rodzinie ciało Tomasza. „Nie mogłem go poznać, a ostatnio widzieliśmy się dwa dni wcześniej” – mówi OKO.press brat zmarłego.

Rodzina Tomasza w mailu przesłanym redakcji OKO.press wyliczyła ślady na jego ciele:

  • zdarta skóra w wielu miejscach twarzy,
  • lewe oko kilkukrotnie powiększone z widocznym zasinieniem dookoła,
  • złamany nos,
  • ślady uderzeń tępym narzędziem w górną część płata czołowego,
  • wgłębienia w czaszce,
  • z tyłu głowy, po lewej stronie odcisk podeszwy buta,
  • ślady duszenia na szyi,
  • sine, wręcz czarne i zniekształcone lewe ucho,
  • wyraźne, krwawe rany w dwóch miejscach w pobliżu skroni, wyglądające jak po użyciu paralizatora,
  • zniekształcony lewy policzek
  • oraz rany i opuchlizna na nadgarstkach od kajdanek.
  • A przy tym wszystkim – brak śladów walki na dłoniach Tomasza.

Dostaliśmy też jedno zdjęcie Tomasza zrobione za życia i 39 szczegółowych zdjęć jego głowy, dłoni i sylwetki z zakładu pogrzebowego (zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich publikować).

Na fotografiach Tomasz ma już pośmiertny makijaż. Jak tłumaczą jego najbliżsi, przez silne emocje nie pomyśleli o fotografowaniu ciała wcześniej, w prosektorium. Mimo to można stwierdzić, że w przesłanym nam opisie obrażeń rodzina Tomasza nie przesadziła.

Sądowa biegła, z którą się skontaktowaliśmy, uprzedziła, że żaden szanujący się ekspert nie jest w stanie stwierdzić jedynie na podstawie fotografii, w jaki sposób powstały obrażenia. Porównanie zdjęć zrobionych przez rodzinę z wynikami sekcji zwłok, może jednak wykazać ewentualne braki w opisie z sekcji.

Jak powstały obrażenia na ciele Tomasza Wróblewskiego?

Wezwijcie policję!

Tuż przed północą Bożenę* wyrwał ze snu przeraźliwy krzyk nieznajomego mężczyzny. “Dzwońcie po policję! Policja! Ratunku! Pomocy!”. Po kilku minutach wezwanie powtórzyło się kilkukrotnie: “Pomocy! Policja!”.

“Był tak głośny, jakby dochodził z bardzo bliska” – wspomina pani Bożena. Spotkaliśmy ją przed jej domem, szukając świadków wydarzeń z nocy 13 na 14 sierpnia.

W rzeczywistości krzyk dobiegał z jednopiętrowego hotelu, który stoi kilka domów dalej. Krzyczał Tomasz Wróblewski. To on zarezerwował pokój i przyjechał do Ełku z oddalonego o 50 kilometrów Filipowa. Miał spędzić tę noc z Dianą*, dwudziestoparolatką, którą poznał kilka tygodni wcześniej na portalu randkowym. W trakcie spotkania z jakichś powodów przestał jej jednak ufać.

Kradzież auta?

Minutę po północy Tomasz napisał na Messengerze do przyjaciółki: “Zadzwoń na policjie” [pisownia oryginalna – przyp. red.]. Próbował się z nią połączyć. Wiadomość zauważyła dopiero rano.

Dwie minuty po północy zadzwonił do Pauliny, kolejnej przyjaciółki. Odebrała, ale po drugiej stronie usłyszała tylko pisk. Oddzwoniła, ale bez skutku.

Tomaszowi udało się jednak samemu dodzwonić pod 112. Powiedział, że ktoś próbuje okraść jego samochód, który stał na podjeździe przed hotelem. W środku miał cenny sprzęt stolarski, którym zarabiał na życie, budując drewniane domy w całej Polsce. Był pewien, że Diana jest ze złodziejami w zmowie.

“Był agresywny. Sugerował, że go okradam, a tak nie było” – napisała w odpowiedzi na pytania OKO.press Diana. Udało nam się z nią skontaktować przez Facebooka.

Narkotyki

Dyżurnemu Tomasz miał powiedzieć też, że jest pod wpływem narkotyków. “Mówił, że się naćpał” – relacjonuje nam Diana. I dodaje: ”Sam chciał, abym narkotyki mu ogarnęła”.

W jej wersję nie wierzy rodzina Tomasza. Zapewnia, że narkotyków nie zażywał, miał wstręt do papierosów, a z alkoholi pił co najwyżej jedno piwo.

Diana nie chce nam zdradzić, jakie narkotyki „ogarnęła” i w jakiej ilości. Prokuratura przekazała rodzinie, że znaleziono przy niej zakazane substancje.

Według wstępnych ustaleń śledczych, Tomasz zażył tamtej nocy mieszankę różnych środków psychoaktywnych.

Nie wiemy, czy wziął je z własnej woli, czy ktoś odurzył go podstępem. I czy faktycznie próbowano go okraść, czy to zażyte substancje wywołały takie urojenia. Ale to, że zażył narkotyki i informował o tym policję, jest pewne.

“Jeżeli ktoś dzwoni, w sposób chaotyczny domaga się pomocy i informuje, że »jest naćpany«, to nie jest typowe zachowanie, z którym spotykają się policjanci przy zgłoszeniach. Powinno to skutkować wezwaniem pogotowia ratunkowego. Taki obowiązek wynika z przepisów ustaw o policji i ochronie zdrowia psychicznego” – komentuje dla OKO.press dr Adam Ploszka, prawnik z kancelarii Pietrzak Sidor & Wspólnicy.

Zignorowanie przez dyżurnego informacji o zażyciu narkotyków przez Tomasza może być więc uznane przez prokuraturę za niedopełnienie obowiązków, za co grozi do trzech lat więzienia.

Tego, że tak powinna wyglądać interwencja wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, policjanci uczą się już w szkole policyjnej. Materiały szkoleniowe dla policjantów nakazują dyżurnym: „Gdy wiarygodność zgłoszenia o stanie psychicznym osoby nie budzi wątpliwości, dążyć do wyposażenia policjantów w siatkowy zestaw obezwładniający, paralizator lub kaftan bezpieczeństwa i wezwać karetkę pogotowia„.

Na sygnale

Pani Bożena pamięta, że wszystko wydarzyło się w ciągu godziny. Jakiś kwadrans po północy przed jej oknem przejechał patrol policji na sygnale. Kilkanaście minut później następny. Około pierwszej zobaczyła karetkę. Sunęła powoli i bez sygnału.

Będziesz już grzeczny?

“Policja! Otwierać!” – dwóch policjantów z prewencji komendy w Ełku stało przed drzwiami pokoju, ale Tomasz nie chciał ich wpuścić. Ze środka usłyszeli krzyk kobiety, wołającej o pomoc. Wyważyli drzwi.

Gdy wdarli się do środka, Tomasz zachowywał się, jakby nie wierzył, że są prawdziwymi funkcjonariuszami. Wciąż krzyczał: “Policja! Ratunku!”, choć mieli na sobie mundury. Zapytaliśmy Dianę, czy zrobił coś, co mogłoby uzasadnić użycie przemocy przez policjantów. Czy uderzył ją albo ich?

“Raczej był agresywny, ale żeby ich uderzyć, to nie” – odpisała.

Choć to on wezwał policję i wciąż wzywał pomocy, potraktowali go jak napastnika. Razili gazem pieprzowym, obezwładnili, przydusili i skuli ręce za plecami. Dianie kazali wyjść z pokoju.

Zeszła po schodach i stanęła przed hotelem. Nie wie, co wtedy działo się w środku, nie słyszała żadnych krzyków. Być może coś zobaczył lokator sąsiedniego pokoju. Przez otwarte drzwi hotelu Diana widziała, jak zajrzał do Tomasza i wrócił do siebie. Prokuratura przesłuchała lokatorów, ale nie udało nam się do nich dotrzeć.

Diana szacuje, że Tomasz był z policjantami sam na sam około pięć minut. Gdy drzwi do pokoju się otworzyły,

usłyszała, jak jeden z nich pyta: “Będziesz już grzeczny?”. “Tak!” – krzyknął Tomasz.

Według Diany dopiero po wyjściu na zewnątrz policjanci wezwali posiłki.

Przekroczenie uprawnień

Materiały szkoleniowe policji podkreślają, że w stosunku do osób, która może mieć zaburzenia świadomości, funkcjonariusze powinni zachować spokój, unikać gwałtownych reakcji, nie prowokować jej groźbami czy szybkimi ruchami.

Jeden z policjantów powinien próbować podjąć z nim spokojną rozmowę, a drugi – skontaktować się z dyżurnym.

“Dostrzegając, że pan Tomasz – o ile relacja świadka jest prawdziwa – zachowuje się w sposób zagrażający jego życiu i zdrowiu czy bezpieczeństwu policjantów, że nadreagowuje na bodźce, dziwnie się zachowuje albo jego zachowanie w inny sposób odbiega od standardu i wymaga pomocy medycznej, policjanci powinni wezwać pogotowie. Nie robiąc tego, mogli dopuścić się niedopełnienia obowiązków” – ocenia mec. Adam Ploszka.

Według Diany policjanci w trakcie interwencji w pokoju z nikim się nie kontaktowali. A po wyważeniu drzwi razili Tomasza gazem pieprzowym.

Użycie w tej sytuacji gazu także mogło być nadużyciem uprawnień. Wobec osoby z zaburzeniami psychicznymi policjanci nie mogą stosować wszystkich środków przymusu bezpośredniego, dozwolonych w innych sytuacjach.

Zgodnie z ustawą o policji i ustawą o ochronie zdrowia psychicznego jeśli taka osoba “dopuszcza się zamachu przeciwko życiu lub zdrowiu własnemu lub innej osoby” lub gwałtownie niszczy przedmioty, policjant może jedynie:

  • przytrzymać ją,
  • unieruchomić lub izolować
  • i podać leki, jeśli nakaże to lekarz.
Jak Igor Stachowiak

Mec. Adam Ploszka zauważa, że śmierć Tomasza Wróblewskiego przypomina sprawę Igora Stachowiaka. W grudniu 2017 roku TVN ujawnił nagranie, dowodzące, że policjanci razili go paralizatorem w toalecie we wrocławskiej komendzie. W I instancji sąd skazał czterech funkcjonariuszy na kary od dwóch do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia. Nie za doprowadzenie Igora Stachowiaka do śmierci, ale za znęcanie się nad nim i przekroczenie uprawnień.

“Sąd stwierdził, że policjanci mieli powody do wątpliwości co do poczytalności Igora Stachowiaka, dlatego powinni ograniczyć używane środki przymusu bezpośredniego i nie powinni sięgać po paralizator” – mówi OKO.press mec. Ploszka.

Policjanci z Wrocławia także nie wezwali pogotowia. Po czym powinni byli poznać, że zatrzymany może być niepoczytalny?

“Sąd oparł się na zeznaniach świadków, którzy wskazywali na trudności w komunikowaniu się z panem Stachowiakiem i brak reakcji na wydawane mu polecenia. W konkluzji sąd stwierdził, że okoliczności, z powodu których nie można było stosować środków przymusu, były obiektywne” – odpowiada mec. Ploszka.

Ślady na twarzy

Ełcka policja i prokuratura rejonowa w Augustowie, która prowadzi sprawę, powołując się na dobro śledztwa, odmówiły nam odpowiedzi na pytania o środki przymusu bezpośredniego, użyte w trakcie interwencji. Tego, co działo się w ciągu tamtych pięciu minut, możemy jedynie domyślać się na podstawie pozostawionych śladów.

Między innymi około “300 śladów obuwia gumowego na ścianie na wysokości metr, może metr trzydzieści”, które naliczył właściciel hotelu, gdy już go wpuszczono do pokoju.

Oraz „śladów pobicia”, które Diana zauważyła na twarzy Tomasza, gdy policjanci wyprowadzali go z pokoju i schodzili z nim w dół hotelowych schodów.

“Przed wejściem policji nie miał żadnych obrażeń na twarzy. Przy mnie go nie bili” – zapewnia Diana.

Dwa usunięte filmy

Na zewnątrz znów docisnęli go do podłoża, czyli do czerwonej kostki brukowej wyłożonej przed hotelem. Diana wyjęła telefon i nagrała dwa filmy “jak na nim siedzieli, przyciskali do ziemi i stali mu na nogach mimo braku odruchów”.

Na podjazd przed hotelem wjechał drugi patrol, policjanci z drogówki. Według Diany dopiero oni zauważyli, że przyciśnięty do ziemi Tomasz już nie oddycha. Zaczęli reanimację i wezwali pogotowie. Przyjechało po jakichś 15-20 minutach.

Jeden z policjantów z prewencji (z pierwszego patrolu) poprosił wtedy Dianę, by dała mu telefon.

Później w ełckiej prokuraturze kobieta zeznała, że powinny na nim być dwa filmy, które nagrała w trakcie policyjnej interwencji. Prokurator włączyła telefon, żeby je obejrzeć. Już ich tam nie było.

Czy policjant miał w tej sytuacji prawo zażądać telefonu? „Tak, ale tylko jeśli miał powody podejrzewać, że został ukradziony” – mówi OKO.press mec. Ploszka. W takiej sytuacji funkcjonariusz powinien zidentyfikować telefon w policyjnej bazie po numerze IMEI, który można sprawdzić w ustawieniach telefonu. W systemie zostaje wtedy zapisana godzina wyszukiwania.

„Żadne przepisy nie pozwalają jednak policjantowi na usuwanie nagrań. Zwłaszcza takich, które mogą być dowodem w sprawie. Jeśli to zrobił – doszło do przekroczenia uprawnień. Należy oczekiwać, że prokuratura zbada, czy takie nagranie istniało i czy może zostać odzyskane przez biegłego informatyka” – komentuje dla OKO.press mec. Ploszka.

Wynik wstępnie znany

Rano, gdy brat Tomasza wraz z kuzynem pojechał na komendę w Ełku, zostali na miejscu przesłuchani. Policjant powiedział im, że Tomasz był agresywny i nie dało się go uspokoić. Przy okazji zapytał Roberta o PIN do komórki brata, chociaż na przeszukanie telefonu powinien mieć zgodę prokuratora. Robert PIN-u nie znał.

Zgodnie z wytycznymi Prokuratora Krajowego z 2014 roku w tego typu sprawach kluczowe czynności, takie jak przesłuchanie, prokurator powinien przeprowadzać osobiście.

W międzyczasie ełcka prokuratura rejonowa już zdążyła wszcząć śledztwo. Ma ono wyjaśnić, czy policjanci zaniedbali obowiązki lub przekroczyli uprawnienia. 26 sierpnia zostało przeniesione do Prokuratury Rejonowej w Augustowie.

Jeszcze przed przenosinami prokurator z Ełku zdążyła zapewnić rodzinę Tomasza, że “obrażenia powstałe w trakcie interwencji nie przyczyniły się do zgonu”.

Osobne postępowanie dyscyplinarne w sprawie wydarzeń nocy z 13 na 14 sierpnia prowadzi ełcka komenda. Jak nas poinformowała, jej wstępne ustalenia “wskazują na prawidłowość działań podjętych podczas interwencji”.

Reklamy

Polska brunatnieje pod władzą PiS

Jestem pełen uznania dla administracji IKEA, nie dlatego, że zwolnili pracownika, ale że nie pozwolili na wykorzystanie agresji wiary przeciwko innym ludziom.

Jeśli pracownik chowa się za Biblią i nawołuje do karania śmiercią za preferencje seksualne, szkaluje innych obywateli naszego kraju i nawet po zwróceniu mu uwagi, nie zaprzestał nawoływania do przemocy, to znaczy, że wyznacza on, a w zasadzie wymusza na pracodawcy nowe granice ludzkiej nietolerancji.

Czy to nie jest tak, że „przymykanie oka” administracji sieci sklepów dla jego agresji światopoglądowej podzieliłoby klientów na tych, którzy mogą korzystać z usług sklepowych bez problemów i tych, którzy mogą spotkać się z agresją, a nawet śmiercią w imię Boga?

Każdy powinien czuł się szanowany i doceniany za to, kim jest i ceniony za swój wyjątkowy wkład, niezależnie od jego orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Każdy współpracownik ma prawo do obrony swojej indywidualności, ale jednocześnie szanując ją u innych.

Wszyscy pracownicy powinni dbać o zespół, jego atmosferę i sprawność w działaniu dla dobra firmy. W IKEA wydano oświadczenie, w którym podkreślono, że „zachęcamy też naszych pracowników LGBT+ do bycia sobą i nie akceptujemy żadnego rodzaju dyskryminacji”.

Okazuje się, że za nagłośnienie sprawy i narzucenie atmosfery zaszczuwania IKEA stoi osławiona organizacja światowej ciemnoty Ordo Iuris, która ujawniła, co napisał i nie chciał usunąć zwolniony pracownik powołując się na Pismo Święte:

„Biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich”. 

A także:

„Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich”.

Mam wiele tolerancji dla każdej odmienności, ale jeśli to prawda, że od prezesa począwszy, większość kierownictwa partii rządzącej i biskupów katolickich w Polsce prezentują niejednoznaczne preferencje seksualne, to czy ten zwolniony człowiek, całe to Ordo Iuris i medialni agresorzy państwa nie atakują w istocie obecnie radzących?

Medialna nagonka PiS-agresywnej propagandy na pracodawcę, to kolejny dowód na budowę rasizmu w Polsce przez kościelno-partyjne „elity” ciemnoty. Ten dumny wsparciem PiS-faszyzmu, podły człowiek i rasista nie zasługuje na uwagę mediów, a co najwyżej prokuratury, która z urzędu powinna wszcząć postępowanie za nawoływanie do przemocy i obiecywanie śmierci innym obywatelom naszego kraju.

A na zakupy pójdę z przyjemnością do szanującej wszystkich ludzi – IKEA.

Eliza Michalik też skomentowała głośną aferęzwolnienia mężczyzny ze sklepu IKEA.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych:

Prawica manipuluje faktami. Pracownik nie został zwolniony z powodu swojej wiary w Boga, lecz z powodu nawoływania do nienawiści. Odwróćmy sytuację: jeśli muzułmanin powołując się na cytaty z hadisów napisałby, że chciałby mordować katolików, to także minister Ziobro broniłby jego prawa do wyznawania wartości religijnych?

Żadne wartości religijne nie mogą usprawiedliwiać zła czynionego innym ludziom. Tak samo islamscy ekstremiści nie mają prawa strzelać do satyryków za karykatury Mahometa, jak i katolicy zasłaniać się wyznaniem w celu znieważania osób nieheteroseksualnych.

Nie poglądy stanowiły problem, ale sposób wyrażania swoich opinii, który wyklucza inne osoby. Podobne działania podjęlibyśmy w przypadku naruszenia godności każdej innej grupy (np. katolików) – brzmi fragment oświadczenia IKEA.

W biurze Ośrodka stoją meble z IKEA. I pozostaną tam. Bo podzielamy wartości takie jak zakaz dyskryminacji. Nawet jeśli rząd PiS uważa, że to prawo nie dotyczy osób LGBT.

Miliony złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia. To niektóre z ustaleń kontroli Najwyższej Izby Kontroli, do których dotarło OKO.press. NIK potwierdziła wiele rażących nieprawidłowości w Funduszu, które ujawniamy od roku.

Najwyższa Izba Kontroli, w ramach corocznej analizy wykonania budżetu państwa, przeprowadziła kilkaset kontroli instytucji, które wydają publiczne pieniądze. Badanie objęło także Fundusz Sprawiedliwości, nadzorowany przez ministra Zbigniewa Ziobrę.

Fundusz przyznaje dotacje organizacjom i innym podmiotom (w 2018 roku ponad 106 mln zł). Oficjalnie pieniądze idą przede wszystkim na pomoc ofiarom przestępstw.

OKO.press jako pierwsze dotarło do wyników kontroli przeprowadzonej w Funduszu Sprawiedliwości przez NIK. Dla ministra Ziobry są one miażdżące.

Kontrolerzy krytykują zasadność przyznawania milionów złotych na projekty, które nie mają żadnego związku z celami Funduszu.

NIK ustalił także, że wiele organizacji dostało milionowe dotacje mimo braku odpowiedniego doświadczenia. O wielu takich przypadkach pisaliśmy w OKO.press, przypominamy je w dalszej części tekstu.

W raporcie pokontrolnym opisane zostały szczegółowo krytyczne wyniki kontroli czterech konkursów.

Jeden z nich dotyczył słynnych już kamizelek odblaskowych z logo Funduszu Sprawiedliwości. Na ten projekt Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia dostała z Funduszu aż 24 mln 123 tys. złotych.

Dziś opisujemy szczegółowo jak przebiegała realizacja tego projektu oraz ujawniamy związane z nim zarzuty NIK.

Jutro przedstawimy historię ministra ds. pomocy humanitarnej Michała Wosia, który jako nadzorca Funduszu Sprawiedliwości szczególnie mocno dbał o to, by pieniądze z Funduszu – nie zawsze na uzasadnione cele – płynęły w jego rodzinne strony. Zwłaszcza wtedy, gdy w wyborach samorządowych w 2018 roku startował do śląskiego sejmiku.

Niecelowo, niegospodarnie

NIK skontrolowała 14 konkursów i naborów ofert o łącznej wartości 39 mln 754 tys. zł.

Izba oceniła jako działanie „niecelowe i niegospodarne” udzielenie 33 mln 272 tys. zł dotacji. To 86 proc. kwoty skontrolowanych wydatków. 

Niecelowo i niegospodarnie wydane pieniądze dotyczyły dotacji przyznanym czterem podmiotom na tzw. przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. To nowa kategoria zadań finansowanych z Funduszu Sprawiedliwości wprowadzona przez Ziobrę w 2017 roku.

W OKO.press wielokrotnie pisaliśmy o tym, że miliony złotych z tej właśnie kategorii wędrują

  • do organizacji katolickich (m. in. Fundacji Lux Veritatis ojca Tadeusza Rydzyka oraz związanej z redemptorystą Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu),
  • a także do fundacji i stowarzyszeń powstających naprędce, które mają personalne związki z Solidarną Polską, partią Zbigniewa Ziobry oraz z PiS.

Opisywaliśmy także, jak pieniądze na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości przeznaczane są na imprezy promujące polityków obozu władzy.

NIK: Miliony na całkowicie nieuzasadnione działania

NIK zwraca uwagę, że chociaż minister Ziobro w 2017 roku rozszerzył kategorię zadań finansowanych z Funduszu, nie zbudowano „adekwatnych struktur organizacyjnych służących weryfikacji celowości i gospodarności wydatkowanych środków publicznych. ”Nawet mimo tego, że w czerwcu 2018 roku Ziobro powołał w ministerstwie odrębny departament Funduszu Sprawiedliwości. 

Tymczasem poszerzenie zadań FS skutkowało prawie dziesięciokrotnym wzrostem liczby dotacji – z 241 w 2017 roku do 2 365  2018 roku. Jak czytamy w wynikach kontroli NIK,

„Minister sprawiedliwości nie miał wiedzy na temat prawidłowości realizacji zadań oraz celowości i gospodarności wydatkowania większości środków przekazanych beneficjentom w 2018 roku”.

NIK wskazuje także, że rozszerzenie przez Ziobrę w 2017 roku kategorii, które finansuje Fundusz „skutkowało marginalizacją podstawowych celów Funduszu”, czyli pomocy ofiarom przestępstw.

Zamiast tego Fundusz w 2018 roku finansował przede wszystkim przeciwdziałanie przyczynom przestępczości, czyli

„zadania, których związek z celami Funduszu był całkowicie nieuzasadniony (np. prace modernizacyjne w obiektach sportowych, konferencje i opracowania naukowe dotyczące współpracy międzynarodowej, tematyki społecznej, religijnej i filozoficznej)”.

Kontrolerzy krytykują także to, o czym od roku alarmuje OKO.press oraz inne media – miliony złotych trafiają do organizacji z wątpliwym lub wręcz zerowym doświadczeniem.

„W przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku

nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia” – pisze NIK.

Ekspresowy konkurs, jeden chętny

NIK przyjrzał się między innymi konkursowi dotyczącemu bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Chodzi  o czwarty konkurs na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości z lipca 2018 roku.

Konkurs, chociaż opiewał gigantyczną kwotę – 25 mln złotych, przebiegł ekspresowo. Ogłoszenie o nim ukazało się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości 29 czerwca 2018 roku, a oferty można było składać do 13 lipca. Organizacje miały więc zaledwie 2 tygodnie na przygotowanie szczegółowej oferty kampanii.

Po kolejnych 17 dniach resort Ziobry ogłosił zwycięzcę. Do konkursu przystąpiła tylko jedna organizacja – Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia(dalej nazywamy ją w skrócie Fundacją). I to ona zgarnęła 24 mln 123 tys. złotych.

Zresztą nie po raz pierwszy. W poprzednim, trzecim konkursie z czerwca 2018 roku ta sama Fundacja dostała 867 240 zł. Prawdopodobnie na kampanię informacyjno-promocyjną “Rodzina – źródło postaw i relacji”. A prawdopodobnie – bo ministerstwo Ziobry nie ujawniło, na co dało pieniądze.

Fundacja ma bardzo dobre stosunki z władzą. Od kilkunastu lat organizuje kampanie związane z obchodami Narodowego Dnia Życia. W marcu 2018 organizowała Narodowy Kongres Rodziny, na Stadionie Narodowym w Warszawie. Prelegentami byli: wicepremier Beata Szydło, ministrowie Rafalska i Ziobro, a także senator Michał Seweryński. Głównym sponsorem było kontrolowane przez państwo PZU.

Za 24 mln z czwartego konkursu Fundacja zorganizowała kampanię „Dobrze Cię Widzieć”. Za te pieniądze:

  • stworzyła stronę internetową;
  • przygotowała scenariusze lekcji o bezpieczeństwie w ruchu drogowym;
  • stworzyła animacje i spoty (z udziałem aktora Cezarego Pazury, twarzy kampanii),
  • a przede wszystkim miała dostarczyć do wszystkich uczniów szkół podstawowych (ponad 3 mln) w Polsce kamizelki odblaskowe z logo Funduszu Sprawiedliwości.

Kampanię zainaugurowano 15 października 2018 w szkole w Kuźni Raciborskiej. W wydarzeniu wzięli udział ówczesna minister edukacji Anna Zalewska, minister Zbigniew Ziobro i Michał Woś (ówczesny pełnomocnik ds. Funduszu Sprawiedliwości, obecnie wiceminister sprawiedliwości).

Trzy miliony kamizelek w pięć miesięcy? Nie, dziękuję

Z realizacją zadania od początku były problemy. Termin realizacji był bardzo krótki, zgodnie z ogłoszeniem konkursowym wszyscy uczniowie podstawówek mieli dostać kamizelki odblaskowe do końca 2018 roku.

30 sierpnia 2018 na swojej stronie internetowej Fundacja opublikowała ogłoszenie o przetargu na realizację zadania: „przygotowanie kamizelek odblaskowych dla 2 863 026  uczniów szkół podstawowych w całej Polsce oraz ich dostarczenie do wszystkich szkół podstawowych w Polsce (z wyłączeniem uczniów szkół podstawowych woj. śląskiego)”.

O tym, skąd wyjątek dla woj. śląskiego, napiszemy w jutrzejszym tekście.

Potencjalni oferenci nie mogli uwierzyć, że chodzi o wyprodukowanie tak dużej liczby kamizelek w pięć miesięcy, do 20 grudnia 2018.

Jeden z zainteresowanych oferentów pytał Fundację: „Czy zamawiający zdaje sobie sprawę z tego, że realizacja zamówienia wg podanych wyżej kryteriów (bardzo duża ilość w bardzo krótkim czasie) nie jest możliwa, nawet dla największych producentów tego typu asortymentu na świecie?”.

Do przetargu nikt się nie zgłaszał. Z tego powodu Fundacja kilka razy przesuwała termin składania ofert. W końcu unieważniła postępowanie. Uzasadnienie: do 22 października 2018 roku nie wpłynęła ani jedna oferta.

O opóźnieniach projektu pisała pod koniec grudnia 2018 roku „Rzeczpospolita”. Jak mówił wtedy gazecie prezes Fundacji Jacek Sapa, przetargu nie rozstrzygnięto, więc wybrano producenta z wolnej ręki. Sapa nie chciał ujawnić jego nazwy ani tego, ile kamizelek już rozdano.

Dziennikarze zadzwonili wtedy do 20 losowo wybranych szkół, żeby zapytać, czy dotarły do nich kamizelki. Żadna z zapytanych placówek kamizelek nie dostała.

NIK: ministerstwo bez analiz, fundacja bez doświadczenia

W połowie stycznia 2019 zapytaliśmy Ministerstwo Sprawiedliwości o opóźnienia w realizacji kampanii „Dobrze Cię widzieć” oraz o to, czy w związku z nimi resort wyciągnie jakieś konsekwencje wobec Fundacji.

Urzędnicy nie chcieli nam zdradzić, kogo ostatecznie wybrała Fundacja jako dostawcę kamizelek. Pisali, że jeśli chodzi o ewentualne konsekwencje, to ministerstwo najpierw musi ocenić wykonanie projektu (co miało mieć miejsce pod koniec I kwartału 2019 roku) Nie wiemy, czy w końcu do takiej kontroli doszło i jakie były jej wyniki.

Wiemy za to, co w sprawie kamizelek ustalił NIK. Izba skrytykowała zarówno przyznanie dotacji, jak i realizację programu „Dobrze Cię widzieć”. Kontrolerzy stwierdzili m.in., że:

  • przyznanie dotacji „nie zostało poprzedzone rzetelną analizą wskazującą na zasadność przeprowadzenia tego rodzaju akcji”;
  • ministerstwo nie przeprowadziło żadnych konsultacji z podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w ruchu drogowym, np. z Policją;
  • minister Ziobro nie oszacował precyzyjnie wartości planowanej kampanii informacyjnej;
  • podobne akcje profilaktyczne w 2018 roku przeprowadzały wszystkie komendy wojewódzkie Policji, co – zdaniem NIK – oznacza, że kampania sfinansowana z Funduszu Sprawiedliwości była powieleniem tych działań.

Izba ustaliła także, że ministerstwo przyznało ponad 24 mln złotych Fundacji, która nie była w stanie wykazać doświadczenia w organizacji przedsięwzięć będących przedmiotem konkursu ofert”. W związku z czym dostarczenie kamizelek i innych materiałów do szkół nie zostało zrealizowane w terminie.

Pierwsze informacje o wynikach kontroli konkursu z kamizelkami pojawiły się na prorządowym portalu wPolityce.pl, niedługo potem także na portalu Wirtualna Polska. Obydwa teksty mocno krytykowały… NIK. Broniły za to Ministerstwa Sprawiedliwości i finansowanego przez niej projektu.

W Wirtualnej Polsce kontrolę NIK komentował Marcin Romanowski, wiceminister sprawiedliwości, który wcześniej nadzorował Fundusz Sprawiedliwości. „NIK dla osiągnięcia doraźnych politycznych celów totalnej opozycji jest w stanie zakwestionować akcje mające na celu zapewnienie ochrony życia dzieci” – grzmiał.

O wiceministrze pisaliśmy niedawno w tekście „Numerariusz Opus Dei i twórca kuźni kadr Ziobry. Kim jest nowy wiceminister sprawiedliwości„.

Nie wiemy, czy portale miały dostęp jedynie do fragmentów publikacji NIK czy – tak jak OKO.press – do kilkustronicowego szczegółowego opracowania.

Organizacji bez doświadczenia było więcej

Jak wynika z raportu NIK, nie tylko Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia nie miała odpowiedniego doświadczenia, by zrealizować zadania finansowane z Funduszu Sprawiedliwości.

Przypomnijmy jeszcze raz – NIK pisze w swoim raporcie, że „w przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia”.

W OKO.press opisaliśmy m. in.. Fundację Altum, która wygrała Konkurs Funduszu na pomoc pokrzywdzonym i otrzymała na to 4 mln 234 tys. zł.

Fundacja została zarejestrowana w KRS 30 stycznia 2019 roku, dwa dni przed ogłoszeniem konkursu. Mimo to wygrała z kilkoma doświadczonymi organizacjami.

Opisaną przez nas organizację łatwo pomylić z Fundacją „Altum” (nazwy różni tylko cudzysłów) – dużym i prężnym NGO’sem z Poznania. Nasza Altum jest zarejestrowana w Warszawie. Pod tym samym adresem zarejestrowanych jest co najmniej kilkanaście firm. Po kilku telefonach dowiedzieliśmy się, że Altum ma tam po prostu wirtualne biuro.

Fundacja nie ma swojej rady, a zarządza nią (jednoosobowo) Karol Pietrzyk. To związany z Łodzią historyk, były sekretarz PiS w okręgu piotrkowskim. Pietrzyk działa też w stowarzyszeniu Ziemia Łódzka XXI, które w 2008 roku założyli dysydenci z PiS, później wielu z nich zostało ważnymi lokalnymi politykami. 

Zadaliśmy Pietrzykowi kilka pytań dotyczących jego fundacji i konkursu. Mimo zapewnień, że odpowie na nasze pytania, nigdy tego nie zrobił.

30 maja 2019 Fundacja Altum znowu wygrała konkurs Funduszu Sprawiedliwości. Tym razem na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. Zapytaliśmy ministerstwo na jaki projekt i ile pieniędzy tym razem dostała fundacja. Resort Ziobry nie chciał jednak zdradzić o jaki projekt chodzi. Kwoty dotacji też nie podał, bo będzie ona znana dopiero po podpisaniu umowy z Altum.

OKO.press opisało także Stowarzyszenie Patria Et Lex, które wygrało konkurs opiewający na 4 mln 137 tys. zł na pomoc pokrzywdzonym w Łodzi.

Stowarzyszenie zostało zarejestrowane na początku 2018 roku, przed wygraniem konkursu Funduszu nie zrealizowało żadnego zadania publicznego. Dlaczego więc wygrało konkurs?

Jak sprawdziliśmy, na siedem osób związanych od początku ze stowarzyszeniem trzy to byli i obecni pracownicy biura poselskiego posła Tadeusza Woźniaka, jednego z liderów Solidarnej Polski (partii ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry).

Liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych, jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają – z prof. Maciejem Kisilowskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Cztery minuty w „Wiadomościach”. Bolało?

Prof. Maciej Kisilowski: Nie bardzo. Mam doktorat Yale i etat na dobrej zachodniej uczelni, więc pisanie analiz dla polskiej opozycji nie wymaga ode mnie wyjątkowej odwagi. Ale gdybym siedział na etacie na UW, to myślę, że byłbym dziś mocno przerażony.

Bo?

No, wiadomo. Naukowiec zależy od rozmaitych grantów rozdzielanych przez państwo, a tu nagle w „Wiadomościach” mówią, że spiskujesz z opozycją w celu „osłabienia Polski” i wprowadzenia „nowego rozbicia dzielnicowego”. Pokazali mnie palcem.

Im tak naprawdę chodzi o to, żeby opozycję zagłodzić.

Zagłodzić?

Intelektualnie. Żeby każdy, komu przez myśl przejdzie wspieranie opozycji, w tym przypadku radą, dobrze się zastanowił.

Półtora roku temu stu naukowców i ekspertów o bardzo różnych poglądach politycznych postanowiło wspólnie przygotować program „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”. W marcu tego roku zrobiliśmy oficjalną konferencję, ogłosiliśmy szczegóły tego pomysłu, zaczęliśmy chodzić po mediach i o tym opowiadać. Kilka partii się zainteresowało, niedawno w Sejmie bardziej konserwatywni koledzy z naszej grupy mieli konferencję z PSL i Kukiz’15. Dla Platformy napisałem społecznie analizę pokazującą, jak nasz pomysł decentralizacji można wcielić w życie w wariancie bardzo szerokiej koalicji –  od lewicy do konserwatystów. A potem nagle fotografię mojej notatki pokazały „Wiadomości”, przedstawiając to jako tajny plan rozbioru Polski.

Przecież ja jestem politycznie nikim, outsiderem! Napisałem jeden kwit dla PO na temat czegoś, o czym publicznie mówię od dawna. I jest z tego raban. To co nas spotkało, ta fala hejtu, że jesteśmy „zdrajcy Polski”, to nieprawdopodobne.

I co z tego wynika?

Że trudno do prawicy wyciągać rękę, bo istnieje jakiś rodzaj bezwzględności po tamtej stronie.

„Zdecentralizowana Rzeczpospolita” miała być taką wyciągniętą do zgody ręką. Przecież nie ma lepszej propozycji dla prawicy, niż nasz pomysł! Bawaria, Austria, Stany Zjednoczone – tylko w krajach mocno zdecentralizowanych wartości konserwatywne są obecne w życiu publicznym i dobrze współistnieją z demokracją.

Państwa centralistyczne w kwestii wartości mogą iść w dwóch kierunkach: konserwatywnego zamordyzmu, jak w Turcji, albo totalnej liberalnej rewolucji, jak w Irlandii. Jeśli ktoś jest przyzwoitym krakowskim konserwatystą i nawet dostrzega, że PiS szybkimi krokami zmierza w stronę modelu tureckiego, a jednocześnie druga strona proponuje mu liberalną rewolucję na wzór irlandzki, to niestety może wybrać Turcję. Nasz pomysł polega na tym, żeby konserwatyście polskiemu dać jakąś trzecią drogę – na przykład Bawarię.

Tyle że oni nie chcą rozmawiać, wolą nas utopić w szambie.

Dlaczego nie chcą rozmawiać?

Bo kierownictwo PiS już wybrało: chce iść w kierunku autorytaryzmu. I nie podobają im się żadne kompromisowe pomysły, które pozwoliłyby obu stronom sporu jakoś się dogadać i ułożyć w ramach demokracji konstytucyjnej.
W Polsce trwa obecnie transformacja ustrojowa. Jeżeli nastąpi dokończenie tego procesu po wygraniu przez PiS wyborów na jesieni, to będziemy musieli kiedyś na nowo przepisać podręczniki historii. Na lata 1989-2015 będziemy patrzeć jako na kolejne polskie XX- lecie między czymś a czymś. W tym przypadku między peerelem a wyborczym autorytaryzmem.

Wyborczy autorytaryzm, czyli co?

To jest niesamowicie skuteczna innowacja polityczna, która kiełkuje w wielu miejscach na świecie. Polega na szerokim wykorzystywaniu form demokratycznych przy takim ułożeniu struktur państwa, żeby wygranie wyborów przez opozycję było w zasadzie niemożliwe. Połączenie aparatu państwa z aparatem partyjnym staje się tak ścisłe, że cała machina państwowa prowadzi nieustanną kampanię wyborczą. I nie ma jak z tym skutecznie konkurować. Wszyscy, którzy mówią: „O, to wina tego złego Schetyny, brak mu charyzmy i dobrego programu” nie doceniają elementów strukturalnych nowego systemu. W wyborczym autorytaryzmie jest tak, że Schetyna, czy nie-Schetyna – w zasadzie wszystko jedno. Nie sposób z władzą wygrać.

No ale niby na czym polega ta innowacja?

Poprzednie autorytaryzmy, po pierwsze, bały się wyborów – w ogóle ich nie organizowały, albo je fałszowały, a po drugie, bały się emigracji. Zabierały ludziom paszporty. Wyborczy autorytaryzm zrozumiał, że w czasach facebooka i mediów społecznościowych obie te rzeczy – wybory i emigracja – mogą służyć utrwalaniu władzy. Wyjeżdżają ci, którzy są niepewni, a wybory z kolei można wygrywać dzięki wspomaganej technologicznie propagandzie.
Media społecznościowe dużo bardziej działają na korzyść sił antydemokratycznych.

Dlaczego?

Bo tworzą bańki, które promują ludzi bezwzględnych. Takich ludzi, którzy są w stanie powiedzieć i napisać wszystko. Tymczasem istotą liberalnej demokracji była pewna powściągliwość i poczucie odpowiedzialności.
W wyborczym autorytaryzmie będzie inaczej, niż nam to podsuwają rozmaite analogie historyczne. Innowacje systemowe trudno opisać dotychczasowymi kategoriami i dlatego tak wielu ludzi nie widzi, że są niebezpieczne.

Niezależne media w tym nowym systemie będą istnieć?

Będą. Są nawet pomocne, bo legitymizują system. Ale nie mogą być to media zbyt masowe. Jeśli PiS wygra kolejne wybory, to dni TVN-u są policzone, ale „Wyborcza” pewnie może zostać.
Internetowe bańki działają jak kabiny pogłosowe, czyli każdy w nich słyszy mocniejsze i bardziej brutalne wersje własnych poglądów. Jeśli jakieś wydarzenie budzi ogromne oburzenie w jednej bańce, to do drugiej nie dociera, a jeśli nawet dociera, to na zasadzie: „Słychać wycie? Znakomicie!”. Skoro „oni” są wkurzeni, to na pewno działania władzy są słuszne. Jeśli „Wyborcza” o czymś źle pisze, to najbardziej wiarygodny znak, że to coś jest dobre.
Internetowe bańki powodują, że w wyborczym autorytaryzmie władza może stworzyć getto ludzi niezadowolonych, na przykład wokół „Wyborczej”. I będą to coraz bardziej zacieśniać, zmniejszać, a jednocześnie zachęcać do emigracji tych, którym władza się nie podoba.

Mnie to się wydaje naciągane. W Polsce jest podział mniej więcej pół na pół. Nie da się żadnej połówki zmarginalizować.

Da się. W tym innowacyjnym systemie ważna jest marchewka. W Polsce marchewka dla miejskiej klasy średniej na razie jest nieco ograniczona, bo Kaczyński ma lewicowe poglądy ekonomiczne i chce dawać kasę swojej bazie z klasy ludowej. Ale już pokolenie pisowskich 50-latków to są bezwzględni ekonomiczni neoliberałowie. Oni tylko czekają, żeby zrobić to co Orban, czyli zmienić kraj w tanią strefę ekonomiczną dla robienia biznesów. Klasie ludowej dajemy głównie nienawiść i strach, natomiast pieniądze wydajemy na to, żeby przekonać miejskie elity do życia w niskokosztowym państwie autorytarnym: PIT 15 proc., niskie koszty pracy, a pracowników za mordę. I moim zdaniem to przeważy. Ekipa Morawieckiego tylko na to czeka, bo Orban i Trump pokazali, że jeśli dostatecznie ludzi przestraszysz uchodźcami, LGBT albo Sorosem, to wcale nie musisz im dużo dawać.

Ziarna wyborczego autorytaryzmu kiełkują w całej Europie i USA, to nie jest nasza specyfika. Nie pierwszy też raz, kiedy liberalna demokracja na Zachodzie przechodzi kryzys. Tylko zazwyczaj w polskiej historii było tak, że Zachód się z kłopotów otrząsał, a myśmy zostawali gdzieś z tyłu. Na Zachodzie ta cała populistyczna rewolucja już zaczyna dostawać zadyszki, a my możemy zostać z innowacyjnym modelem władzy na dekady. Już parę razy było w historii tak, że prawie doganialiśmy Zachód i nagle coś się rozsypywało. Jesteśmy w podobnym momencie.

Dlaczego liberalna demokracja na całym świecie ma kłopoty?

Bo liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych – bo to są dla mnie po prostu prawa człowieka. A jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają.

Ale co znaczy, że liberałowie poszli za daleko?

Przede wszystkim udało nam się z niemal żelazną konsekwencję wprowadzić w dyskusji publicznej prymat racjonalnego argumentu. Eksperci, naukowcy, liczby – to rozstrzygało w liberalnej demokracji. Bardzo trudno racjonalnie uzasadnić, dlaczego dwóch gejów nie może adoptować dziecka. Konserwatywne think tanki wydały miliony dolarów na przekonywanie, że u dzieci w takich związkach występują problemy rozwojowe. W końcu zrobiono badania naukowe, które są dla konserwatystów bezlitosne: nie ma żadnych różnic w przystosowaniu społecznym między dziećmi wychowanymi przez pary homoseksualne i heteroseksualne.
Istnieje mocna tradycja w świecie zachodnim – tradycja konserwatywna. I ona nie uznaje zasady, że każdy argument wywiedziony racjonalnie jest słuszny. Bo ważniejsza jest na przykład tradycja, nawet irracjonalna, albo słowo boże. Tymczasem stronie postępowej udało się tak ustawić zasady gry, że racjonalny argument stał się jedynym, który ma prawo rozstrzygać w polityce. Nawet konserwatyści musieli się do tego dostosować i zamiast powiedzieć, że w coś wierzą, to tworzą teorie naukowe. Te zasady gry faworyzują naszą stronę.

Faworyzują?

Konserwatyści już na starcie stają na przegranej pozycji, bo jeżeli twoje poglądy wynikają z przesłanek religijnych, a musisz je uzasadniać naukowo, no to wychodzą z tego potworki, takie jak „bruzda dotykowa” u dzieci z in vito. Dlatego wśród konserwatystów pojawił się pomysł, żeby zmienić zasady, wywrócić stolik i z liberalną demokracją w ogóle zerwać.
Uważam, że decentralizacja jest najlepszym wyjściem z tego pata. Sprawy, w których odejście od racjonalności nie spowoduje katastrofy na skalę globalną, a w polskich warunkach nie spowoduje utraty niepodległości, trzeba po prostu zdecentralizować. Niech będą decydowane na niższym poziomie. I wtedy w systemie może funkcjonować mnóstwo sprzeczności, które nie zagrażają istnieniu państwa, ani spójności społecznej.
Michał Kulesza i Jerzy Regulski, ojcowie polskiej reformy samorządowej, zawsze twierdzili, że decentralizować należy sprawy najmniej kontrowersyjne – drogi i chodniki. A tymczasem trzeba robić odwrotnie – zdecentralizować sprawy budzące największe spory.

Zdecentralizować aborcję?

Też. Chociaż w tej sprawie są istotne różnice wsród twórców projektu „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”, więc wypowiem się tutaj we własnym imieniu. Moim zdaniem im więcej oddamy samorządom spraw, które dziś rujnują życie polityczne na poziomie państwa i powodują nieustanną wojnę o wszystko, tym dla państwa będzie lepiej. Chodzi o to, żeby nie było dyktatu, że wszystko wiedzą eksperci, a obywatel nie ma nic do powiedzenia.

Czyli Rzeszów przegłosowuje sobie zakaz aborcji, a Warszawa pełną liberalizację?

Zakaz aborcji na Podkarpaciu akurat już mamy, w 2017 roku w Polsce wykonano niewiele ponad tysiąc legalnych aborcji, w tym ani jednej na Podkarpaciu. A w całym kraju dzieli nas od całkowitego zakazu jedno orzeczenie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”. Także zostawmy już tę aborcję i popatrzymy systemowo: chodzi nie tylko o przeniesienie znacznej części prawodawstwa do województw, ale i o stworzenie mechanizmów, by nie przenieść do stolic województw patologii z ulicy Wiejskiej. Żeby wojewódzkie prawo miejscowe nie było tworzone, tak jak nowelizacje ustaw, w jedną noc.

Aby mieszkańcy mieli wpływ na ten proces, chcemy stworzyć senat wojewódzki, w którym zasiadają prezydenci, burmistrzowie oraz wójtowie z głosem ważonym do reprezentowanej populacji. Zgoda tego senatu byłaby potrzebna do wejścia w życie każdej uchwały wojewódzkiej. W ten sposób osiągamy równowagę między liberalnymi prezydentami dużych miast, a bardziej konserwatywnymi wójtami i burmistrzami z mniejszych ośrodków.

I niech się kłócą?

Niech decydują i szukają kompromisów. Dzisiaj prawie całe prawo jest ogólnopolskie i stanowione w Sejmie na Wiejskiej. Tymczasem Konstytucja wymienia tzw. akty prawa miejscowego, które – obok ustaw – są źródłem prawa w państwie. My proponujemy, żeby prawo miejscowe znacznie szerzej wykorzystać. Żeby duża część prawa powstawała w sejmikach województw pod mocną kontrolą obywatelską.

Na przykład prawo aborcyjne?

Owszem. Ale to moje zdanie.

A kto by decydował, czy w szkołach jest edukacja seksualna?

Sejmik i senat wojewódzki.

Religia w szkole?

Sejmik i senat wojewódzki.

Czyli w Warszawie religia znika ze szkół, a w świętokrzyskim nie ma w szkołach edukacji seksualnej?

Owszem, jeśli tak zdecydują lokalne władze. Przy czym może się zdarzyć, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast zrzeszeni w senacie wojewódzkim wymogą zróżnicowanie w ramach jednego województwa. Na przykład religii nie ma w Poznaniu, a w Wielkopolsce – jest. Bo marszałek województwa, chcąc zdobyć poparcie prezydenta Poznania w senacie wojewódzkim, namówi mniejsze ośrodki, żeby w stolicy regionu religię odpuściły.

A centralnie na poziomie całego państwa co zostaje?

Emerytury, ubezpieczenie zdrowotne, obrona narodowa, bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka energetyka i ekologia, infrastruktura, sprawy zagraniczne i przede wszystkim efektywniejszy głos w Unii Europejskiej, policja, sądy i inne niezależne instytucje. A także rodzaj krajowej polityki spójności, wyrównującej szanse między województwami. Nawet w najbardziej ambitnym wariancie naszego pomysłu, aż 60 proc. wydatków publicznych zostaje w centrum.

Płacę minimalną kto ustala?

Sejmik i senat wojewódzki.

Wysokość podatku PIT?

Tak samo.

No to zaraz będziemy mieli podatkowy wyścig do dna. Województwa będą konkurować między sobą w obniżkach, żeby ściągnąć inwestorów.

Zgoda. Wyścig do dna to realne zagrożenie. Dlatego obowiązywałaby zasada, że województwo może podatki podnieść, ale nie może ich obniżyć. Dzisiaj funkcjonuje tzw. wieloletnia prognoza finansowa jednostek samorządu terytorialnego. Więc można ustalić, że sejmik i senat wojewódzki nie może obniżyć swoich wpływów poniżej tych zaakceptowanych w prognozie. Niech województwa wprowadzą bardziej progresywne podatki, bo dziś mamy absurdalną sytuację, że bogaci płacą niższe stawki niż biedni.

Lewica też totalnie skrytykowała wasz pomysł. „To ostatnie podrygi zdychającego neoliberalizmu” – ktoś napisał.

Nie cała lewica. Ale rzeczywiście, niektórzy się obawiają, że decentralizacja pogłębi nierówności, czyli że zamożniejsze regiony będą sobie lepiej radzić, a biedniejsze zostaną bez kasy, infrastruktury i inwestycji.

No i?

Nasz projekt dałby lewicy szansę, żeby oprócz publikowania bardzo słusznych tekstów w „Krytyce Politycznej”, mogła przejąć w jakimś województwie np. regionalne ministerstwo polityki społecznej. Bo rośnie nam całe pokolenie Polaków, którzy nie widzieli nawet, jak w praktyce wyglądają rządy lewicy.

A kto miałby odpowiadać za jakość służby zdrowia?

Ubezpieczenie zdrowotne zostałoby na poziomie centralnym, bo to jest ważny aspekt redystrybucji w państwie. Już teraz algorytm rozdzielający pieniądze na zdrowie dosypuje biedniejszym regionom kosztem bogatszych. I tak by zostało. Natomiast za jakość usług zdrowotnych będą odpowiadały województwa. Powstałaby instytucja, która działa w Niemczech i Szwajcarii – kolegium województw. W ramach tego kolegium ministrowie zdrowia z poszczególnych regionów ustalaliby wspólnie standardy zdrowotne. Dlaczego mieliby to robić gorzej, niż minister Szumowski zza biurka w Warszawie?

Premier Cameron w Wielkiej Brytanii w ramach projektu „Big Society” zepchnął masę zadań na głowy samorządów, za czym nie poszły wystarczające pieniądze z budżetu. Więc skończyło się cięciami, kolejkami w przychodniach, szpitalach, tłokiem w szkołach, a po paru latach wkurzeniem obywateli na całą klasę polityczną i brexitem.

Dobrze, zgoda. Takie rzeczywiście są zagrożenia decentralizacji, ale przecież można uniknąć tych błędów. Tyle że o detalach „Zdecentralizowanej Rzeczpospolitej” ani lewica, ani prawica nie chcą dyskutować, tylko odpowiadają obelgami lub sloganami. Istnieją przykłady systemów mądrze zdecentralizowanych – Szwecja, Niemcy oraz Unia Europejska – które większą swobodę polityczną regionów przekuły na większą skłonność do solidaryzmu społecznego. Dlaczego Zachód chce płacić na Polskę albo Bułgarię w ramach Unii? Bo było to połączone z ważnymi dla Zachodu kwestiami politycznymi.
Dla progresywnych Polaków ważna jest wolność i swoboda obyczajowa. Jeśli więc im powiemy, że spójność społeczna jest podatkiem za tę wolność, to przynajmniej mamy jakiś argument.

Czyli ja sobie miło mieszkam w Warszawie, gdzie w szkołach są lekcje tolerancji i nie ma szczucia na gejów, a w Świętokrzyskiem zakazuje się teorii ewolucji i wprowadza obyczajowy zamordyzm.

Właśnie nie! To jest pańska wizja konserwatystów jako troglodytów, nieprawdziwa. W konserwatywnych regionach państw, które są mądrze zdecentralizowane, wcale tak się nie dzieje. W Bawarii, owszem, jest bardzo konserwatywnie, i to może niektórym doskwierać, ale nie ma zakazywania teorii ewolucji i nie ma oszołomstwa. Bo w zdecentralizowanym systemie jest dużo mniejsza skłonność do radykalizmu. To co obecnie powoduje radykalizm, to zbliżona wielkość dwóch obozów i konieczność pełnej mobilizacji. W państwie centralistycznym walka toczy się o wszystko. A jak nie walczymy o wszystko – bo w liberalnej Warszawie może być jedno prawo, a na konserwatywnym Podlasiu inne – to nie ma powodu do radykalizmu.

Czyli żebym dobrze zrozumiał: pomysł jest taki, że w jednym województwie aborcja jest zakazana i grożą za nią trzy lata więzienia, a w innym mamy kliniki aborcyjne?

Pan znowu o aborcji! W Polsce przy obecnym systemie prawnym raczej tak się nie da zrobić. Ale owszem, mogłoby to tak wyglądać – według mnie. Natomiast większość członków stowarzyszenia „Zdecentralizowana Rzeczpospolita” mówi tak: spróbujmy zwiększyć rolę prawa miejscowego w sprawach spornych, ale mniej emocjonujących, niż aborcja. W kwestii gimnazjów, szkół dla sześciolatków, może związków partnerskich. I zobaczmy, jak to będzie działać. Jesteśmy przekonani, że będzie działać lepiej, bo w systemie zdecentralizowanym radykalizmu będzie mniej niż obecnie.

Sytuacja, że w jednym województwie aborcja jest zakazana, a w Warszawie dopuszczalna, nie zadowoli konserwatystów.

Ależ konserwatyści będą mogli przekonywać do zakazu aborcji we wszystkich województwach! Podobnie jak progresywiści do prawa do aborcji. Argumentacja, że akurat w kwestii aborcji czy związków partnerskich powinniśmy bezwzględnie stosować logikę „wszystko albo nic”, prowadzi do absurdalnych wniosków. Bo dlaczego z tą logiką mielibyśmy zatrzymać się na Polsce? Może konserwatysta powinien powiedzieć: jeśli zakaz aborcji, to tylko ogólnoeuropejski? A progresywista powinien odparować: ponieważ prawa człowieka są powszechne, to żadnego wprowadzania małżeństw jednopłciowych tylko we Francji, dopóki ostatnie państwo nie uzna praw osób LGBT!

Tak czy siak obie strony ideowego sporu z waszych pomysłów są niezadowolone.

A ja uważam wręcz przeciwnie! Uważam, że w sytuacji obecnego klinczu i obiektywnych różnic między Polakami, nasza propozycja to wręcz jedyna alternatywa dla autorytaryzmu. Oczywiście kluczem do zmiany jest to, czy Polacy uwierzą, że bez jakiegoś rozsądnego kompromisu między postępowcami i konserwatystami, naprawdę możemy mieć tu państwo autorytarne. To jest ostatni dzwonek.

Ostatni?

Być może PiS już nigdy nie przegra wyborów. Na to się zanosi.

Bez przesady.

Tak samo mówili na Węgrzech moi studenci za pierwszej kadencji Orbana: bez przesady, niech się opozycja ogarnie i wygra z Orbanem. Nie rozumieli istoty wyborczego autorytaryzmu. On się instaluje powoli i sprytnie.

W Polsce nie będzie żadnego autorytaryzmu, wyborczego czy niewyborczego, bo jest podział pół na pół. Większość miast jest antypisowska, elity są mocno antypisowskie, istnieją duże środowiska, gdzie bycie pisowcem jest wręcz obciachem. Owszem, PiS rządzi i zagarnia coraz więcej, ale ta druga strona też ma ogromną siłę. I władza nie może zepchnąć opozycji do żadnego getta.

Nie docenia pan siły oportunizmu. Na Węgrzech wszystko się zmieniło w drugiej kadencji. Owszem, na razie każdy może sobie kalkulować, że jak będzie nawalał w PiS, a za chwilę wszystko się odwróci, to zostanie bohaterem. Dostanie medal kombatancki i to mu w czymś pomoże. Jeżeli ta nadzieja zniknie, to mnóstwo ludzi zacznie zmieniać zdanie. Oczywiście nie będzie tak, że przyjdą do pana znajomi i nagle powiedzą, że Kaczyński jest wspaniały. Będą mówić tak samo, jak dziś mówią elity w Budapeszcie: „Oh, ten naród jest tak głupi, że tylko nacjonalistyczny zamordyzm na niego działa”. Będą się podśmiewać z Kaczyńskiego czy Orbana, a potem brać od nich kontrakty. Bo w demokratycznym autorytaryzmie władza nie potrzebuje aplauzu, tylko oportunizmu. Pragmatycznej kooperacji. To zresztą już się dzieje. Jak wygląda sytuacja sędziów powoływanych do sądów powszechnych przez tzw. „KRS”? Zostali powołani przez ewidentnie niekonstytucyjne ciało, ale nie wszystkich spotyka negatywna ocena środowiska. Nawet liberalne media mówią co najwyżej o “wątpliwościach dotyczących ich wyboru”.
Elity społeczne to są ludzie, którzy maja dużo do stracenia. I nie mogą za bardzo z kraju wyjechać. Elity tak naprawdę są mało mobilne.
.
Elity są mało mobilne? Przecież to elity znają języki, jeżdżą na Zachód, mają kontakty i nie muszą się bać.

I co z tego, że znają języki? Pan jest mobilny? Napisze pan po angielsku ten wywiad tak samo sprawnie jak po polsku? Pozna pan tak dobrze brytyjską albo amerykańską politykę, żeby dobry felieton dla Anglika o tym napisać? Facet pracujący w fabryce przy taśmie jest bardziej mobilny od pana.
Elity mają tu swoją pozycję, znajomości, zasługi, historię. A tam musiałyby sobie wyrabiać nazwiska do zera. I to elity będą się dostosowywać do wyborczego autorytaryzmu najszybciej. Oczywiście będą to robić tak, żeby dysonans poznawczy nie był zbyt duży.
To wielki mit, że Polska jakoś świetnie się broni przed zmianą systemu politycznego. W Turcji strona progresywna trzymała się mocniej, tureckie sądy przez prawie dekadę nie dawały się złamać, a u nas już po trzech latach mamy rozszczelnienie. W styczniu nowe stanowiska będą do obsadzenia w Trybunale, za chwilę Gersdorf pójdzie na emeryturę…

No dobrze, ale jak by pan wytłumaczył normalnemu obywatelowi, że ma się tej zmiany systemu politycznego bać? Co w wyborczym autorytaryzmie będzie takiego dotkliwego? Czy niepisowski obywatel będzie mógł nadal czytać opozycyjną gazetę? Tak. Czy będzie mógł wyjść na ulicę i protestować? Owszem. Więc w zasadzie co on traci?

Najważniejszym problemem jest to, że wyborczy autorytaryzm sprzyja nadużyciom władzy. W pewnym momencie pojawia się zięć Erdogana, który zostaje ministrem finansów. Początkowo władza musi się trochę hamować, a później te hamulce puszczają, bo brakuje mechanizmów kontrolnych, a do dyspozycji są instrumenty, których być może na początku władza nawet nie chciała używać, ale jak na przykład przyjdzie jakiś kryzys i niezadowolenie społeczne, to użyje. „Powiem pani sędzi przy kolejnym obiedzie, jaki wyrok będzie w interesie Narodu Polskiego” – tak to działa. Władza pozbawiona kontroli zaczyna szaleć i pojawiają się działania nawet kompletnie niezwiązane z ich oficjalną ideologią, tylko z walką o wpływy i pieniądze.

No ale co to obchodzi obywatela, który nie pisze felietonów, nie bierze grantów od państwa, nie prowadzi teatru, nie zależy od dotacji?

Nie pisze felietonów, nie bierze dotacji, ale na przykład jego nieruchomość sąsiaduje z nieruchomością teściowej sekretarza PiS-u, który bardzo chce tę nieruchomość tanio przejąć. Albo wybudować obok fermę norek. Albo jest pan lekarzem i miał niefart operować żonę wiceprezesa. Z punktu widzenia życia w takim kraju każdy może mieć przechlapane. Przecież 99 proc. ludzi w peerelu też żyło bez specjalnych zatargów z władzą, a jednak mieli dość tego systemu i totalnej bezkarności władzy.

A jak się kończy wyborczy autorytaryzm? Od czego upada?

Tego nie wiemy. Od momentu, kiedy ta innowacja ustrojowa dostała do dyspozycji media społecznościowe i inne narzędzia technologiczne, nie było jeszcze przypadku definitywnej przewrotki. W Istambule mamy jaskółkę nadziei, ale nie wiadomo, jak to się dalej potoczy. Dlatego tak bardzo się o Polskę boję. Być może gdyby Urban z Jaruzelskim mieli do dyspozycji media społecznościowe, to by rządzili do dziś.

***

Maciej Kisilowski jest profesorem prawa i zarządzania publicznego na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (Jeszcze! Wkrótce Uniwersytet – z powodu szykan Orbana – przeprowadza się do Wiednia), jest też członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił 11 tys. zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Inowrocławiu. Z ustaleń „GW” wynika, że 17 tys. wpłacił Ireneusz Stachowiak, prezes oddziału Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. A Damian Polak, zatrudniony w zależnej od państwowego Orlenu spółce Inowrocławskie Kopalnie Soli „Solino”, zasilił konto komitetu wyborczego PiS kwotą 10 tys. zł.

Nowo utworzona Izba Dyscyplinarna polskiego Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem UE” – brzmi w wielkim skrócie opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Jewgienija Tanczewa, w sprawie polskiego sądownictwa. Oczywiście z tego stanowiska nie jest zadowolona prawa strona polskiej polityki.

Zarówno politycy, jak i dziennikarze związani z PiS zaczęli „prześwietlać” rzecznika TSUE, doszukując się ciemnych kart w jego życiorysie. „Rzecznik Generalny TSUE to syn prominentnego komunisty nagrodzonego Nagrodą Lenina” – można przeczytać na stronie Salon24.

Papcio Peter Tanczew był w latach 1974-1989 przewodniczącym partii odpowiedniczki naszego PSL, prawej ręki Bułgarskiej Partii Komunistycznej.” Również wiceminister sprawiedliwości, Sebastian Kaleta nie omieszkał umieścić odpowiedniego wpisu na Twitterze: „a wiecie jak jest w Bułgarii? Na czele organu dyscyplinarnego stoi…Minister Sprawiedliwości Bułgarii. 11 spośród 25 członków powołuje parlament.”

Internauci nie kryją swego oburzenia wobec wpisu wiceministra, tym bardziej, że jeszcze w lutym szef polskiego MSZ przekonywał, że „Bułgaria to kraj naszych sojuszników.”

To, że partii rządzącej nie spodoba się opinia TSUE nie powinno być zaskoczeniem. Trudno jednak zrozumieć personalny atak na Tanczewa, tym bardziej, że jako rzecznik jest przedstawicielem całego składu TSUE, który zajął krytyczne stanowisko wobec pisowskich zmian w polskim sądownictwie. Szukanie w przeszłości czy przywoływanie sytuacji w Bułgarii jest zachowaniem, delikatnie pisząc, mało dojrzałym.

OKO.press ujawnił, że w oświadczeniach ministra Michała Dworczyka nie zostały zapisane dochody ze sprzedaży nieruchomości i udziały w domu, który został później przepisany żonie.

Ponadto OKO.press poinformował o kolejnych nieścisłościach w oświadczeniach ministra, który co najmniej dwanaście razy – jako radny, poseł i minister – zataił swoje udziały w spółce zapewniającej budynki i wyposażenie placówkom oświatowym pod patronatem Opus Dei.

Po publikacji Dworczyk natychmiast napisał oświadczenie na facebooku, informując przy okazji, że złożył już stosowne korekty wyjaśniające jego niedopatrzenia w oświadczeniach. „W związku z publikacją na portalu OKO.press uprzejmie informuję, że w 2008 roku zapisałem moje dziecko do przedszkola prowadzonego przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik. Dokonując zapisu uiściłem opłatę wpisową, która de facto była nabyciem 0,13% udziałów spółki, będącej organizacją non profit, Rodzice dla Szkoły. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnych pracach związanych z funkcjonowaniem w/w podmiotu. Nigdy też nie uzyskałem żadnych przychodów.”

W podobnym tonie Dworczyk wyjaśnia swoje „zapominalstwo” dotyczące nieruchomości.

W obronie kolegi stanął poseł PiS, Zbigniew Gryglas zapewniając, że minister „to uczciwy bardzo człowiek, który chce naprawić własne niedopatrzenia.”

Zupełnie innego zdania jest Marcin Kierwiński z PO, który powiedział: „tego typu uchybienia formalno-prawne są zawsze uchybieniami. W polskiej polityce zdarzały się bardzo poważne procesy karne związane z nieuwzględnieniem pewnych drobnych rzeczy w oświadczeniu majątkowym.”


Podobnego zdania jest dziennikarka Bianka Mikołajewska, która odniosła się do „niedopatrzenia” Dworczyka na Twitterze. „Opinia publiczna ma prawo oczekiwać od pana umiejętności wypełniania oświadczeń i rzetelności we wszystkich podejmowanych przez Pana działaniach. Przypominam Panu bardzo purytańskie stanowisko Pana partii w sprawie zegarka, którego nie wpisał do swojego oświadczenia minister rządu PO, Sławomir Nowak.

Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych – podkreśla

Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest opozycja?
Opozycja w tym momencie przyjęła rozsądną taktykę. Nie wiedząc, w jakiej konfiguracji pójdzie do jesiennych wyborów, ogranicza swoje wypowiedzi na zewnątrz, minimalizując ryzyko pojawiania się niespójnych przekazów. Powinna zresztą zrobić to już wcześniej.

Niespójne przekazy to dla potencjalnych wyborców sygnał słabości, wewnętrznych rozbieżności.

Ten stan nie może jednak trwać długo. Potencjalni wyborcy partii opozycyjnych czekają teraz na spójny komunikat, który będzie miał dwie części: w jakim składzie idziemy do wyborów i główne tematy kampanii, czyli to, co ma być najważniejszymi zmianami po wygranych wyborach.

Opozycja będzie się jednoczyć?
To w dużej mierze zależy od analiz sondaży, które będą się pojawiać, i symulacji wyników wyborczych. Mam przed sobą najnowsze badanie firmy Kantar, z którego wynika, że Zjednoczona Prawica w ciągu miesiąca straciła 6 punktów procentowych (34% poparcia), PO zyskała 3 punkty (24% poparcia), a SLD i PSL znalazły się poniżej progu wyborczego (po 4%). To pokazuje, że samo zjednoczenie z PSL-em i SLD w jednym bloku (przy wszystkich zastrzeżeniach co do prostego sumowania danych sondażowych) daje mniej więcej tyle samo poparcia, ile ma Zjednoczona Prawica. To sygnał, że warto się jednoczyć. Tymczasem z przecieków medialnych dowiadujemy się, że znaczna część partii opozycyjnych rozważa wariant łączenia się w mniejsze koalicje (np. Wiosna+SLD, PSL+Kukiz). W swoich archiwach odnalazłem symulację prof. Flisa, opierającą się na podobnych wynikach sondaży.

W sytuacji, kiedy PiS (formalnie Zjednoczoną Prawicę) popiera 36% wyborców, PO 23%, a reszta głosów oddana zostaje na pozostałe partie, PiS posiada od 226 do 237 posłów. Czyli ma ponownie większość lub do większości brakuje mu kilku posłów, których z łatwością pozyska z innych partii.

Podobno liczy się tylko wygrana w wyborach.
Jeżeli PO (po fuzji z Nowoczesną) pójdzie do wyborów sama, SLD dogada się z Wiosną Roberta Biedronia i uzyska ok. 10% poparcia, a PSL być może nieznacznie przekroczy próg wyborczy, oznacza to wysokie prawdopodobieństwo, że PiS przez następne 4 lata będzie rządzić samodzielnie.

Czyli jedyne wyjście to zjednoczenie opozycji?
Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych. Najważniejsze pytanie brzmi: co jest celem opozycji? Przejęcie rządów czy zabezpieczenie kilkunastu czy kilkudziesięciu miejsc w parlamencie dla swoich liderów i uzyskanie dotacji dla swoich partii? A na to pytanie nie mamy do tej pory jasnej odpowiedzi.

Racjonalność zwycięży?
Polityk to zawód jak każdy inny. Oni też martwią się, gdzie będą pracować przez najbliższe 4 lata.

Jeżeli górę weźmie kalkulacja indywidualna obliczona przede wszystkim na przetrwanie, to będziemy mieli po stronie opozycji przynajmniej trzy bloki. To bardzo dobra wiadomość dla PiS, który okazuje się jedyną partią, która potrafiła zintegrować większość partii prawicowych w jeden blok.

Tam również są znaczne różnice poglądów i interesów. W przeciwieństwie do wielu partii opozycyjnych nie są one ujawniane publicznie.

Grzegorz Schetyna mówi, że to będzie ważny sprawdzian dla opozycji. Rzeczywiście?
Na pewno. Przyznam, że w ogóle jestem zdziwiony dyskusją, która miała miejsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Znaczna część polityków i komentatorów właściwie orzekła, że PiS wygraną w wyborach parlamentarnych ma już w kieszeni. W naukach społecznych to jest klasyczny mechanizm samospełniającej się przepowiedni – jeżeli liderzy opinii publicznej mówią, że coś się zdarzy, to automatycznie przekłada się na poglądy ludzi i ich zachowania. Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża.

Opozycja musi nakręcić własną samospełniającą się przepowiednię?
Musi przede wszystkim pokazywać, że szanse na wygraną są realne.

Jeżeli sami politycy uwierzą, że nie da się tych wyborów wygrać, to strategia zabezpieczania miejsc pracy będzie miała niestety duże szanse powodzenia.

Musi wyjść do ludzi i tam pokazać, że będzie walczyć?
Przewidywania były takie, że szczególnie wybory do Parlamentu Europejskiego będą wyborami o niskiej frekwencji i przyciągną, podobnie jak w poprzednich wyborach, wielkomiejski, lepiej wykształcony elektorat. Dlatego niektórzy politycy wyszli z założenia, że nie warto się starać. Okazało się, że skuteczna kampania zmobilizowała wyborców PiS i zdemobilizowała wyborców opozycji. W porównaniu z wyborami do sejmików wojewódzkich z jesieni 2018 roku PiS pozyskał blisko milion dodatkowych wyborców, a partie wchodzące w skład Koalicji Europejskiej straciły 1,8 mln głosów.

Opozycja odrobiła lekcje i dlatego ruszyła „w teren”?
Oczywiście warto iść w te miejsca, gdzie można pozyskać dodatkowych zwolenników, odzyskać prawie 1,8 miliona głosów, które Koalicja Europejska straciła w porównaniu z wyborami samorządowymi i zakładając wyższą frekwencję, pozyskać nowych wyborców.

Potrzebna jest jednak dobra analiza tego, kim są ludzie, którzy nie poszli głosować, także kim są ci, którzy prawdopodobnie pójdą głosować, ale do tej pory na te partie nie głosowali.

PiS może sięgnąć po bardziej konserwatywny elektorat PO?
Wyjmowanie sobie wzajemnie elektoratu jest mało prawdopodobne. Analizy powyborcze pokazują, że dwa polityczne bloki mają swoich stałych zwolenników. Ale do wzięcia i tak jest bardzo dużo – ponad połowa ludzi, którzy zostali w domach. Przy tej skali mobilizacji i konfliktu politycznego można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że frekwencja wyborcza będzie oscylowała w granicach 60%,czyli do wyborów pójdzie ok. 18 mln Polaków. To o blisko 4,5 mln więcej, niż w wyborach europejskich. O nich trzeba zawalczyć.

PO-KO powołała swój sztab wyborczy, na jego czele stanął Krzysztof Brejza. To będzie nowy początek?
Skład sztabu wyborczego pracuje zazwyczaj w zaciszu gabinetów. Najważniejsze będzie to, kim będą twarze kampanii i kto znajdzie się na czołowych miejscach list wyborczych.

Kluczową sprawą będzie też to, w jaki sposób opozycja będzie rozliczać 4 lata rządów PiS-u. Do tej pory prawie w ogóle tego nie robiła.

Niektórzy mówią, że nic innego nie robiła.
Chodzi o to, żeby dokładnie przyjrzeć się temu, co rząd PiS-u zrobił w sferze usług publicznych czy programów społecznych i co zrobił, a właściwie czego nie zrobił w ochronie zdrowia, edukacji, ochronie środowiska. To jest klasyczny element kampanii wyborczej. Do tej pory wystarczyło hasło „anty-PiS”, ale bez wnikania, dlaczego.

Czyli przede wszystkim punktowanie rządzących, a nie własny program?
W ciągu ostatnich 4 lat uwidoczniła się istotna zmiana postrzegania państwa przez obywateli. Wielu Polaków uwierzyło, że politycy nie mają recepty na zapewnienie lepszych i bardziej dostępnych usług medycznych, dostarczenie wiedzy i umiejętności umożliwiających realizację indywidualnych aspiracji czy nawet ograniczenie smogu.

Zmiana polega na tym, że przy całej niechęci do instytucji państwowych partia rządząca zaoferowała bezpośredni zastrzyk gotówki.
PiS wyszedł z założenia, że skoro ludzie i tak uważają, że państwo jest niewydolne, to zamiast zajmować się poprawą sytuacji w służbie zdrowia, edukacji czy ochronie środowiska, wykorzystując rekordowy wzrost gospodarczy odda podatnikom część ich pieniędzy. Tak dużą część, że znacząco wpłynie to na poprawę ich sytuacji materialnej. Programy typu 500+ istnieją we wszystkich państwach Unii Europejskiej. PiS postanowił jednak zgrać va banque. Polskie zasiłki dla dzieci są porównywalne z zasiłkami w znacznie bogatszych państwach (Austria, Irlandia) i znacząco niższe, niż w u naszych sąsiadów (Słowacja, Czechy, Węgry).

Hasło: jesteśmy pierwsi, którzy dzielą się wzrostem gospodarczym, jest przez 4 lata motorem napędowym obecnej władzy. Opozycja została zepchnięta do narożnika. W tej chwili politycznym samobójstwem byłoby powiedzenie, że komuś odbierzemy.

Przez cztery lata opozycji nie udało się wytłumaczyć, że tak wielka skala transferów bezpośrednich sprawi, że w kolejnych latach nie będzie możliwe zwiększenie nakładów na edukację ochronę zdrowia czy walkę ze smogiem. Opozycji nie udało się także wytłumaczyć, że za 500 czy 1500 złotych nie można kupić ani dobrej edukacji, ani dobrej ochrony zdrowia, szczególnie na wsi czy w małych miastach, skąd pochodzi znaczna część wyborców PiS.

Samorządowcy będą ważnym wzmocnieniem opozycji na listach wyborczych?
Poparcie samorządowców musi być widoczne nie tylko w dużych, ale przede wszystkim w średnich i małych miastach. To tam mogą decydować się losy wyborów.

Może powinni zawalczyć przede wszystkim o Senat?
Zwycięstwo w Senacie może tylko czasowo opóźnić zmiany proponowane przez większość rządzącą. Zakładając, że PiS będzie miał większość w Sejmie, poprawki Senatu są odrzucane w Sejmie zwykłą większością głosów.

Przy zmianach, które sygnalizuje partia rządząca, zwycięstwo w Senacie nie wystarczy.

Donald Tusk usunął się w cień?
Wydaje mi się, że czeka na rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i dopiero wtedy podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Może wspierać opozycję z boku, ale na pewno nie stanie na jej czele przed jesiennymi wyborami.

Podobno ma być kandydatem na szefa Komisji Europejskiej, tak twierdzi np. Politico. To byłoby dla niego najlepsze rozwiązanie?
Takiego rozwiązania nie można wykluczyć. Historia wyborów szefów instytucji Unii Europejskiej dostarcza wielu przykładów, kiedy efektem braku poparcia dla głównych kandydatów był wybór innego polityka. Jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w przypadku Donalda Tuska, byłoby to wyjątkowe wydarzenie – po raz pierwszy od ostatnich zmian traktatowych w UE ktoś przeszedłby z jednego kluczowego stanowiska na drugie.

W kraju jego notowania spadają. Według najnowszego sondażu IBRiS dla portalu Onet największym zaufaniem cieszy się prezydent Andrzej Duda. Donald Tusk jest poza podium. Wyprzedzają go Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, a nawet Jarosław Kaczyński. O czym to świadczy?
Takie sondaże są jednak zawodnym miernikiem. Biorą pod uwagę głosy wszystkich Polaków, a nie tych, którzy chcą wziąć udział w wyborach.

Pamiętamy, że Bronisław Komorowski przegrał wybory, chociaż miał zdecydowanie większe poparcie, niż obecnie Andrzej Duda.

Taki sondaż wyraża bardziej życzeniowe i chwilowe myślenie Polaków, a gdy przychodzi do rzeczywistej rywalizacji, często okazuje się zawodny.

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

„Eee tam” – tak z grubsza odpowiadali funkcjonariusze PiS na pytania o przewidywane reakcje instytucji Unii Europejskiej na łamanie zasad państwa prawa przez polską władzę. Starali się to formułować w sposób bardziej dyplomatyczny, ale istota komunikatu brzmiała: „Nie podskoczą nam, mogą nas pocałować gdzieś”.

Wygląda na to, że ludzie władzy przez całe lata naprawdę sądzili, że mogą bezkarnie robić, co im się podoba, nie przejmując się obowiązującymi w Europie standardami. Do niedawna. Wydana ostatnio opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Ewgenija Tanczewa, który stwierdził, że obsadzona przez ludzi PiS Krajowa Rada Sądownictwa oraz Izba Dyscyplinarna SN nie spełniają wymogów niezależnego sądownictwa, powinna być dla nich dzwonkiem alarmowym. Czas bezkarności się kończy. Zaczyna się czas kar i konsekwencji.

Opinia Tanczewa jest prognostykiem pozwalającym przewidzieć jesienny wyrok TSUE. Wprawdzie wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki zareagował bagatelizującym stwierdzeniem: „Szanujemy, ale nie musimy się przejmować” – ale zapewne była to tylko poza, mająca pokryć zakłopotanie i złość. Nawet jeśli potraktujemy PiS jako obszar strukturalnej nędzy intelektualnej, nie wydaje się możliwe, by ważny polityk tej partii naprawdę nie rozumiał powagi sytuacji.

Wyrok TSUE da sędziom podstawę do bojkotowania i ignorowania Izby Dyscyplinarnej, podważy też prawomocność decyzji KRS. W gruncie rzeczy będzie początkiem erozji panowania partii Kaczyńskiego nad wymiarem sprawiedliwości. Tylko od determinacji oraz odwagi sędziów będzie zależało, jak radykalny będzie ich bunt – czy posuną się do całościowego zakwestionowania władzy PiS i czy zaczną ignorować decyzje i polecenia płynące od Ziobry i jego nominatów (osobiście gorąco bym ich do tego namawiał).

Europejska machina ruszyła jak żółw ociężale

Dlaczego PiS uwierzył w swoją potęgę i bezkarność? Być może zasugerował się postawą UE wobec Viktora Orbána, któremu liczne wybryki długo uchodziły na sucho. Tyle tylko, że ciężar polityczny 10-milionowych Węgier jest nieporównywalny z rangą i wagą Polski. Bruksela mogła sobie pozwolić na tolerowanie polityki węgierskiego autokraty, uznając, że mały kraj na obrzeżach Unii nie stanie się rozsadnikiem antydemokratycznej gangreny i nie zagrozi spójności całego organizmu europejskiego. Zresztą sam Orbán dość umiejętnie poruszał się na brukselskich salonach i długo potrafił prezentować tu zupełnie inne oblicze niż w kraju.

Gdy jednak do kontestujących europejskie zasady Węgier dołączyła blisko 40-milionowa Polska, kraj kluczowy we wschodniej części Unii, sytuacja zrobiła się poważna. Brukselscy decydenci nie mogli dłużej przymykać oczu na problem i udawać, że nic się nie dzieje.

Unia Europejska jest wielką i skomplikowaną konstrukcją, cechuje ją spora inercja. Od wciśnięcia guzika „start” do momentu, aż machina się rozpędzi, mijają nie miesiące nawet, lecz lata. Jednak w końcu uruchomione procesy owocują konkretnymi decyzjami i posunięciami. Guzik został naciśnięty już dość dawno i teraz obserwujemy jak potężna europejska maszyneria nabiera prędkości. Para buch, koła w ruch.

Przygotujmy się na kary. Będzie bolało

„Unia poczyniła pierwsze kroki na drodze do skutecznego zwalczania przestępstw popełnianych przez państwa członkowskie – np. wprowadzając kryterium przestrzegania prawa do mechanizmu rozdziału funduszy na rozwój” – piszą w „Gazecie Wyborczej” dwaj węgierscy autorzy Bálint Madlovics i Bálint Magyar (ten ostatni, były minister edukacji, jest autorem głośnej książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”).

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

Jestem gotów się założyć, że w nadchodzących miesiącach będziemy świadkami kolejnych kar, nakładanych na kraje łamiące wspólne zasady – czyli na Polskę i Węgry. Można się spodziewać, że instytucje unijne, podejmując decyzje w różnych sprawach, w sposób demonstracyjny będą ignorować interesy Warszawy czy Budapesztu. Zapewne Polska i Węgry poniosą też dotkliwe konsekwencje finansowe, choćby przy rozdziale nowych funduszy. Także w rozliczeniach dotychczasowych programów finansowych można się spodziewać szczególnej surowości europejskich kontrolerów.

W sumie więc – będzie bolało. Niestety wszystkich – nie tylko polityków i wyborców PiS, choć tak byłoby najsprawiedliwiej.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju, odsuwając od władzy tych ancymonków

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Zamordyzm PiS coraz bliżej

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>