Podpisanie wyroku przez Dudę

Podpisanie się pod ustawą 2 mld zł dla szczujni TVP to podpisanie się pod wyrokiem.

Duda przejdzie do historii jako mentalny chłystek, człowiek złamany, ale przede wszystkim zaprzaniec.

Co z tego, że poleciała głowa Jacka Kurskiego. Na jego miejsce przyjdzie podobny troll.

Media publiczne stały się mediami gadzimi, jak onegdaj Polacy ochrzcili media wrogie Polsce. A takie są media pod zarządem PiS. Szczują na Polaków i największe osiągnięcia w historii, jakim był prestiż Polski po 89 roku i członkostwo w Unii Europejskiej.

Historia da kopa w dupę Dudzie, czyli sprowadzi go do Dupy i wyśle na śmietnik.

Małych ludzi mieliśmy multum, to oni doprowadzali kraj do upadku, do utraty niepodległości.

Pomóżmy sobie, pomóżmy historii i dajmy kopa w dupę temu niedojdzie, wykopmy go na śmietnik.

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o 2 mld dla mediów narodowych. Uzasadnił to troską o „byt rodzin pracowników telewizji” i funkcjonowanie ośrodków regionalnych. W zamian za podpis Duda zażądał głowy prezesa TVP Jacka Kurskiego – i po ostrej walce na śmierć i życie głowa Kurskiego spadła.

Więcej o dekapitacji Jacka Kurskiego i podpisie ustawy 2 mld zł dla TVP >>>

„Mają ludzi za kompletnych kretynów”, „przegrał wybory”, „obrzydliwe, wstyd” – to niektóre z komentarzy po wieczornej decyzji prezydenta Andrzeja Dudy, który podpisał ustawę przyznającą blisko 2 miliardy złotych na media publiczne. Jednocześnie rozpoczęła się procedura odwoływania ze stanowiska szefa TVP, Jacka Kurskiego. Miało to być jednym z warunków prezydenta.

O skretynieniu pisowskim w kwestii TVP – czytaj tutaj >>>

Obóz Zjednoczonej Prawicy mógł sprawę 2 mld zł na media publiczne rozegrać tak, żeby każda ze stron na tym zyskała. Zamiast tego wszyscy rzucili się sobie do gardeł, zupełnie zapominając o politycznej racji stanu swojego środowiska.

Tekst Łukasza Rogojsza o wojnie w PiS tutaj >>>

Andrzej Duda podpisał ustawę, która przekazuje mediom państwowym 1,95 mld zł. Ogłaszając decyzję w piątek w nocy w towarzystwie premiera, prezydent zaznaczył, że ustalił z nim „pewne warunki”. Wiadomo, że najważniejszym warunkiem była dymisja Jacka Kurskiego. A pozostałe?

O pozostałych warunkach Dudy w stosunku do rządu Morawieckiego tutaj >>>

„Pewien układ”, „pewne idee”, „pewien polityk”, „pewna grupa ludzi” – to od lat ulubione związki frazeologiczne prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W rozmowie w TV Trwam Andrzej Duda pokazał, że wiernie śledzi językoznawcze dokonania lidera obozu władzy.

O tym jak Duda nauczył się pluć od Kaczyńskiego tutaj >>>

W wywiadzie dla Telewizji Trwam prezydent Andrzej Duda pokazuje się jako pretorianin obozu Zjednoczonej Prawicy. Zaciekle broni zmian w sądach, w tym Izby Dyscyplinarnej w SN. Atakuje „część środowiska” sędziowskiego i instytucje unijne. Tłumaczy się ze swoich dwóch wet i pozuje na prezydenta wszystkich Polaków. I mija się z prawdą.

Opisanie Dudy u Rydzyka czytaj tutaj >>>

Więcej tutaj o wspaniałym sędzi Pawle Juszczyszynie >>>

Stan gry na dzień 7 marca 2020 tutaj >>>

Nie wolno nam zapominać, że jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej – niezwykle ważnej, bo od jej wyniku zależy, jaka będzie Polska.

Gdyby ktoś zapytał, czym żyje dzisiejsza Polska, to wiadomo – koronawirusem. Nic w tym dziwnego, bo to zjadliwa bestia, z wysokim wskaźnikiem śmiertelności. Społeczeństwo jest już lekko spanikowane, a władza pokazuje, jak serio traktuje nadchodzące zagrożenie i nawołuje, by nie wykorzystywać go politycznie, zjednoczyć siły i wspólnie z nim walczyć.

Cały felieton Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Kto w piątek oglądał w telewizji nocną konferencję prezydenta i premiera, musiał dojść do wniosku, że „dobra zmiana” weszła w fazę schyłkową.

Na godzinę przed upływem konstytucyjnego terminu Andrzej Duda zwołał dziennikarzy, by ogłosić, że podpisuje ustawę o dwóch miliardach na propagandę PiS, a na osłodę oferuje ludowi igrzyska w postaci odwołania Jacka Kurskiego. Towarzyszył mu nie tylko premier, który – jak twierdzą poinformowani – należy do krytyków prezesa TVP, ale i szefowie Krajowej Rady Radiofionii i Telewizji Witold Kołodziejski oraz Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.

Wojciech Maziarski w całości tutaj >>>

Korupcja pomoże PiS w rozpadzie

Rozpad PiS jest nieunikniony – wszelako pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, Polska pozostanie w strukturach zachodnich (UE, demokracja, NATO), a tak mimo wszystko będzie.

Polexit nam grozi, ale elektorat PiS kopnie w zadek Kaczyńskiego i jego ferajnę.

Po drugie, gdyby opozycja musi docierać do wyborców z terenów Polski B i uświadamiać, dlaczego są Polską B.

Po trzecie, młodzież jest świadoma, jak bardzo może odstawać o swoich rówieśników na Zachodzie, gdyby PiS zawłaszczył wszystkie sfery życia publicznego.

PiS w obecnym kształcie musi się rozpaść. Nie stać nas na cofnięcie się do Ciemnogrodu (słynna rechrystianizacja Mateusza Morawieckiego), a w konsekwencji utratę suwerenności, niepodległości.

Wszyscy – nie tylko opozycja polityczna – musimy PiS-owi pomagać w rozpadzie. Będą kraść (to, co dowiadujemy się, to tylko wierzchołek góry lodowej), pluć na nas i zbliżać się ideowo do autokracji typu kremlowskiego, tureckiego.

Wczoraj kilka minut po godzinie 15.00 Senat, po trzydniowej debacie, zagłosował nad tak zwaną ustawą dyscyplinującą. Większością 51 do 48 głosów odrzucono ustawę w całości.

Senat prezentuje własny projekt

W piątek o dwunastej w Senacie odbyła się również specjalna konferencja, podczas której zaprezentowano projekt uzdrowienia sytuacji w polskim sądownictwie. Pracowali nad nim senatorowie KO, Lewicy i PSL, a także przedstawiciele środowiska prawniczego m.in. Krystian Markiewicz z Iustiii, mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, mec. Michał Wawrykiewicz, prof. Marek Chmaj, dr Tomasz Zalasiński.

Projekt zakłada między innymi:

  • wygaszenie mandatów członków neo-KRS;
  • zlikwidowanie Izby Dyscyplinarnej SN, wszystkie sprawy przez nią niezakończonę trafią do Izby Karnej oraz Izby Pracy SN;
  • sędziowie powołani przez neo-KRS wróciliby na poprzednie stanowiska, chyba, że złożą specjalne oświadczenia;
  • wydane przez nich orzeczenia będą mogły być wzruszone jedynie na wniosek i w ciągu roku od wejścia w życie ustawy;
  • 15 członków KRS wybierać mają sędziowie w tajnych wyborach powszechnych, z czego aż 8 wybierać będą sędziowie sądów rejonowych;
  • kandydatów mają zgłaszać sędziowie, korporacje prawnicze, obywatele, RPO, wydziały prawa.

Więcej na temat senackiej propozycji uzdrowienia sądownictwa spieprzonego przez PiS – tutaj >>>

„O tym dokumencie można powiedzieć jedynie jako o parodii »opinii«” – Ministerstwo Sprawiedliwości nerwowo reaguje na opinię Komisji Weneckiej z 16 stycznia 2020. Komisja zaapelowała o odrzucenie tzw. ustawy kagańcowej, która zagraża niezależności sądownictwa. Ministrowie Ziobro i Warchoł próbują upokorzyć ekspertów KW, wystawiając im negatywną cenzurkę.

Oto 3 kłamstwa Ziobry i jego zastępcy.

Sprawozdawcy Komisji Wenckiej napisali, że w normalnych warunkach kwestionowanie decyzji Prezydenta byłoby niewskazane. Ale polscy sędziowie – zgodnie z przepisami Europejskiej Konwencji Praw człowieka i przy stosowaniu unijnego prawa – mają obowiązek zapewnić, że jedynie ich koledzy spełniający kryteria niezależności będą dopuszczeni do orzekania.

To dlatego, zdaniem Komisji Weneckiej, zamiast w ustawie dyscyplinującej zabraniać sędziom tego, do czego zobowiązuje ich europejskie prawo, należy powrócić do wyboru sędziowskich członków KRS przez środowisko sędziowskie. To najpewniej z tą konkluzją rząd PiS ma dziś największy problem.

Więcej o Ziobrze i Warchole, którzy nie panimaju praworządności zalecanej przez Komisję Wenecką tutaj >>>

„Zawiadamiam prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nielegalnym finansowaniu PiS” – napisał przewodniczący Nowoczesnej Adam Szłapka. „Można zakwalifikować ogromne wsparcie dla TVP z budżetu państwa jako zapłatę za świadczone na rzecz PiS usługi reklamowe”.

O gadzinówce TVP tutaj >>>

Miała sukcesywnie wyprowadzać pieniądze z kasy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Z nieoficjalnych informacji Onetu wynika, że pracownica tej instytucji mogła okraść ją na nawet blisko pięć mln zł. Kobieta została już zatrzymana i aresztowana. Wszystko wskazuje na to, że to ta sprawa miała być powodem odwołania w ostatnim czasie dwóch ważnych dyrektorów Biura.

Więcej o korupcji w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym tutaj >>>

„Prawdziwy Polak” to taki, co na pytanie, ile jest dwa plus dwa odpowiada –„a ile prezes powiedział, że ma być?”.

Ręce opadają. Już nie wiadomo, jak tłumaczyć najprostsze sprawy, żeby ci wszyscy krzykacze, panikarze i defetyści zrozumieli chociaż trochę. Do wyjaśniania, co i jak zabrali się już nie tylko politycy obozu władzy, zastępy ich panegirystów w mediach publicznych oraz tych już zrepolonizowanych, a do tego jeszcze wolontariusze z ambon w całym kraju. Ale mów tu do takich, co nie rozumieją polskiej mowy, choć wciąż mienią się – nie wiedzieć czemu – Polakami.

(…)

Nie słucha karkołomnych uzasadnień dla tej czy innej ustawy, bo one są przeznaczone wyłącznie dla nie-Polaków, którzy zresztą – jak już była mowa na wstępie – i tak nie są w stanie niczego zrozumieć. A najbardziej tego, że u nas sami załatwiamy po swojemu swoje polskie sprawy. Gadanie jest zaś dla byłych  elit, skorumpowanych i podzielonych na kasty! Unii im się zachciewa. Normalności i Zachodu… A tu jest Polska! Prawdziwy Polak wierzy, że tak właśnie ma być. Wierzy też – chyba – w rządową logikę, a nawet rządową arytmetykę! Oraz w rządowe „wartości”.

Czy to się może zmienić? Być może. Ale chyba nie wcześniej, niż kiedy inflacja  podniesie się do dwudziestu paru procent, co – zdaniem ministra Sasina – będzie znaczyło, że wcale nie wzrosła, a „wyjątkowo korzystny dla Polski budżet unijny wynegocjowany dla Polaków przez dobrą zmianę” wyniesie „najwięcej w historii”.  Czyli  dokładnie zero.

Cały esej Bożeny Chlabicz-Polak tutaj >>>

Komisja Europejska dobiera się do władzy PiS

Wchodzimy w decydujące momenty dla naszego kraju. Albo demokracja w Polsce powróci do obowiązujących standardów w Unii Europejskiej, albo nastąpi to, co najgorsze – Polexit, a w jakiejś perspektywie utrata niepodległości.

PiS zniszczył nam ojczyznę, jest jednak ona do odbudowania, myślę o prestiżu i godnym miejscu w Europie.

Skierowanie przez Komisję Europejska do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu o zastosowanie  wstrzymania w Polsce działania ustaw sądowniczych, które są kagańcem na wolność władzy sądowniczej, są radykalnym krokiem Brukseli.

Sytuacją mamy albo-albo. Albo demokracja, albo autokracja.

„Komisja zwróci się do Trybunału Sprawiedliwości UE o zarządzenie środka tymczasowego ws. reżimu dyscyplinarnego dla sędziów” – ogłosiła KE po spotkaniu komisarzy 14 stycznia. Środkiem ma być zawieszenie funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN. „Jeśli TSUE się zgodzi, postępowania w Izbie powinny zostać wstrzymane” – tłumaczy dr hab. Piotr Bogdanowicz z UW.

„Kolegium komisarzy dało zielone światło służbom prawnym Komisji, by wnioskowały do TSUE o zarządzenie tzw. środka tymczasowego w sprawie dotyczącej reżimu dyscyplinarnego dla sędziów” – poinformował po wtorkowym spotkaniu władz KE komisarz Nicolas Schmit.

Wiceprzewodnicząca KE Věra Jourová napisała na Twitterze, że w ramach środka tymczasowego Komisja będzie domagała się zawieszenia pracy Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Więcej tutaj >>>

Filozof prawa prof. Jerzy Zajadło przypomina klasyczną książkę „The Dual State” Ernsta Fraenkela – wnikliwą i trafną analizę istoty systemu państwa i prawa III Rzeszy. Znajduje w niej bardzo aktualny instruktaż jak stopniowo wygasić demokratyczne państwo prawa i zastąpić je zupełnie innym porządkiem polityczno-prawnym.

Wielce ciekawy esej prof. Zajadło czytaj tutaj >>>

Agnieszka Kaczmarska z Kancelarii Sejmu nie przyjedzie do Olsztyna, by pokazać w sądzie tajne listy poparcia do KRS. Ale udostępni je sędziemu Juszczyszynowi do wglądu na miejscu w Warszawie już 21 stycznia. Jest tylko jedno „ale”. Kancelaria chce pokazać listy z podpisami obywateli, nie sędziów.

O wyprawie Juszczyszyna do Kancelarii Sejmu tutaj >>>

Radykalnie katolicki Instytut Ordo Iuris chwali się tym, że finansuje swoje działania z darowizn i nie bierze pieniędzy z budżetu państwa. Jednak dwie inne organizacje, powiązane z Ordo Iuris personalnie i projektowo – owszem. W 2019 r. otrzymały one dotacje z budżetu państwa na prawie 2 mln zł.

O tej islamskiej organizacji katolickiej tutaj >>>

Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

NISZCZY SIĘ WSZYSTKIE STRUKTURY SPOŁECZNE, NISZCZY AUTORYTETY, JASNE WIDZENIE ŚWIATA, CO POWODUJE ZABURZENIE RELACJI I KOMUNIKACJI, KTÓRE SĄ FAŁSZYWIE ODCZYTYWANE, CO PROWADZI DO BEZRADNOŚCI.

Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej “d”, o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.

Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu.

Czytaj cały wywiad z dr. Oczkosiem >>>

JUSTYNA KOĆ: Został pan przewodniczącym senackiego zespołu doradców ds. kontroli konstytucyjności. Czym będzie się zajmował?

MAREK CHMAJ: Zespół powołał marszałek Grodzki. Kierując się kwestiami merytorycznymi, wybrał 15 znakomitych naukowców mających bogaty dorobek z zakresu prawa konstytucyjnego i pokrewnych gałęzi prawa. Zadaniem zespołu będzie badanie zgodności ustaw z konstytucją oraz z traktatami unijnymi.

Czyli będziecie zajmować się tym, czym powinien Trybunał Konstytucyjny?
Tak jest. Marszałek chciał, aby niezależny zespół składający się z wybitnych ekspertów badał ustawy, które będą, ale też obowiązują w porządku prawnym RP. Zespół będzie wydawał opinie w pełnym składzie, tzn. podpisywane będą przez wszystkich członków bądź w składach pięcioosobowych.

OPINIE BĘDĄ WYKORZYSTYWANE PRZEZ MARSZAŁKA W PROCESIE LEGISLACYJNYM PRZY UWZGLĘDNIANIU I PLANOWANIU POPRAWEK SENATU DO USTAWY, ZAŚ W PRZYPADKU OBOWIĄZUJĄCYCH USTAW OPINIE ZESPOŁU BĘDĄ MOGŁY BYĆ WYKORZYSTYWANE DO PRZYGOTOWYWANIA PROJEKTÓW I ZMIAN NOWELIZACJI USTAW W KIERUNKU NADANIA IM ZGODNOŚCI Z POLSKĄ KONSTYTUCJĄ.

Sporo pracy będzie miał zespół…
Zespół jest gotowy do podjęcia pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że zespół pracuje społecznie, zatem uczestnictwo w składach orzekających, jak również w posiedzeniach plenarnych, jest nieodpłatne. Jedynie osoba, która będzie sporządzała daną opinię, otrzyma honorarium na zasadach obowiązujących dla wydawania opinii w Sejmie i Senacie. To są niewielkie kwoty.

Wywiad z prof. Chmajem tutaj >>>

Oszust Morawiecki i Kaczyński Samo Zło

Władza pisowska wprowadziła nowe „standardy”, których nie uświadczysz w zachodnich demokracjach.

Codziennie skandal, który zmiata ze sceny politycznej rządzących, ale nie PiS.

Najważniejsze osoby kłamią w każdym wystąpieniu. Mateusz Morawiecki jest pod tym względem mistrzem. U niego często występuje wyśrubowany rekord kilka kłamstw w jednym zdaniu.

Rządzi nami oszust pisany przez duże O – Oszust Morawiecki.

A Jarosław Kaczyński to tchórz nad tchórze (otoczony kordonem ochroniarzy, których sponsorami jesteśmy myy wszyscy). Trafne jest określenie Kaczyńskiego: Kaczyński Samo Zło.

>>>

– „Pozycja szefa Rady Europejskiej ograniczała mnie, kazała zachować neutralną poprawność, ale słyszałem, że jestem zbyt ekspresyjny i naruszam reguły. To było męczące, bo przecież zaciskałem zęby. Dlatego teraz wracam do nazywania rzeczy po imieniu. Debata musi polegać na wyraźnie ciosanych argumentach. W polityce nie należy się bać walki, kiedy chodzi o poważne sprawy, ale nie powinny temu towarzyszyć pogarda czy brak elementarnego szacunku dla oponenta” – powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Donald Tusk.

Nie mogło więc zabraknąć wątku, dotyczącego największego oponenta. Były premier przypomniał, co powiedział mu prezes PiS po wyborze Tuska na przewodniczącego RE w 2014 r. – „Jarosław Kaczyński podszedł do mnie i nie przeszło mu przez gardło: „Ja ciebie w sumie lubię” czy coś w tym stylu, tylko powiedział: „Ja ciebie nie nienawidzę”. – „Uważam, że ma w sobie dużo zła, jest nieszczęściem dla Polski – co nie oznacza, że czuję nienawiść. Osobiste relacje z Kaczyńskim nie mają dla mnie znaczenia. Mam swoje emocje, jednak w polityce udaje mi się nad nimi panować. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że przed snem modlę się za jego powodzenie” – stwierdził były premier.

A propos modlitwy, zapytany, czy pójdzie do nieba czy do piekła, Tusk odparł: – „Oczywiście, że do nieba. Poszedłbym do piekła, gdybym narzekał, że zostałem politykiem, bo raczej jestem człowiekiem, któremu się udało”.

Odniósł się też do kłamliwej wypowiedzi prezydenta Putina, który oskarżył Polskę o współodpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i Holokaust. – „Bezpośrednim powodem propagandowego wzmożenia ze strony Kremla są rocznice wyzwolenia Auschwitz i zakończenia II wojny światowej. Polska jest dziś łatwym celem w tej kampanii. Putin chce być pozytywnym i głównym bohaterem obchodów – w Izraelu może liczyć na pomoc premiera Netanjahu. Poważne błędy w polityce historycznej PiS i europejskie osamotnienie Polski ułatwiają zadanie naszym przeciwnikom oraz tym, którzy chcą uczynić nas współodpowiedzialnymi za Holocaust” – zaznaczył były szef Rady Europejskiej.

Według Tuska, Putinowi chodzi „o dezintegrację Unii Europejskiej i NATO”. – „Ma w tym projekcie sojuszników i pomocników: świadomych, mimowolnych i tzw. pożytecznych idiotów. W PiS można odnaleźć wszystkie trzy kategorie. Sytuacja jest dziś poważniejsza niż w przeszłości. Zmiany w Kijowie, bliska reintegracja Moskwy i Mińska oraz polityka prezydenta Trumpa to wystarczające powody, aby starać się za wszelką cenę odbudować elementarny wewnętrzny konsensus w polityce międzynarodowej i przywrócić Polsce status regionalnego lidera integracji europejskiej. Obawiam się, że rządzący nie do końca rozumieją powagę sytuacji” – stwierdził Tusk.

Jacek Kurski pewnie oblewa jeszcze sukces Sylwestra Marzeń w Zakopanem, a tymczasem TVP pozywa własnego dziennikarza. Piotr Owczarski sugeruje, że na jaw mogą wyjść sekrety telewizji publicznej, których boi się prezes. Zapowiada się medialna masakra!

Więcej o Kurwizji czytaj tutaj >>>

Za tydzień w Warszawie „Marsz Tysiąca Tóg” w proteście przeciwko pisowskiej ustawie „kagańcowej”, która odbiera sędziom prawo oceniania prawidłowości powołania sędziów i wprowadza za to kary dyscyplinarne. Ustawy, która de facto zakazuje sędziom wykonywania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada – TSUE nakazał badać prawidłowość powołania neo-KRS i powołanej z jej udziałem Izby Dyscyplinarnej SN.

Więcej o milczeniu Marka Zirc-Sadowskiego tutaj >>>

Mam ciche marzenie, by było to ostatnie orędzie w wykonaniu pana Dudy, bo to jedyna szansa, by partia rządząca i jej prezydent przestali karmić nas papką dla idiotów i wciskać nam kit.

O szopce Dudy tutaj >>>

O akcji Lotnej Brygady Opozycji tutaj >>>

Na sędziach i Banasiu PiS się wykolei. Nareszcie będzie piękna katastrofa

PiS ma aktualnie 35% poparcia w najnowszym sondażu Kantar. Tego spadku nie zatrzyma już nic. Przedłużająca się afera Banasia ciągnie partię Kaczyńskiego w dół.

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik zrobił kolejną dyscyplinarkę sędziemu Krystianowi Markiewiczowi. Zarzuca mu 55 przewinień, m.in. podżeganie sędziów do odmowy współpracy z powołaną przez PiS Izbą Dyscyplinarną SN i podważanie legalności nowej KRS

O nowych zarzutach dla szefa Iustitii poinformował Główny Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab w środę 4 grudnia 2019. Z jego komunikatu wynika, że sędzia Markiewicz dostał zarzuty popełnienia 55 przewinień dyscyplinarnych „oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa i uchybienia godności urzędu sędziego”.

Zastępcy głównego rzecznika Przemysławowi  Radzikowi nie spodobało się to, że w maju 2019 Markiewicz jako szef Iustitii skierował do prezesów sądów i sędziów dyscyplinarnych działających przy sądach apelacyjnych list, w którym zarząd Iustitii wzywał m.in. do powstrzymania się od orzekania w sprawach dyscyplinarnych oraz do nieprzesyłania akt z odwołaniami do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, którą powołał PiS.

Zarząd Iustitii  przekonywał, by poczekać na wyrok TSUE o legalności nowej, niekonstytucyjnie powołanej KRS i Izby Dyscyplinarnej, obsadzonej głównie prokuratorami, którzy współpracowali ze stronnikami Zbigniewa Ziobry w prokuraturze.

Według Radzika, list podpisany przez Markiewicza jako przewodniczącego największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, to manifest polityczny, w którym zakwestionował niezależność i legalność nowej KRS oraz legalność i apolityczność Izby Dyscyplinarnej.

Ponadto szef Iustitii miał podżegać adresatów listu do „popełnienia deliktu dyscyplinarnego, polegającego na nierespektowaniu porządku prawnego Rzeczpospolitej Polskiej poprzez powstrzymywanie się od orzekania oraz zaniechanie przedstawiania odwołań stron i akt spraw dyscyplinarnych Izbie Dyscyplinarnej”.

Zdaniem rzecznika w ten sposób Markiewicz miał naruszyć konstytucyjną zasadę apolityczności sędziów oraz miał złamać rotę ślubowanie sędziowskiego.

Markiewicz: Nie mamy zamiaru siedzieć cicho

Krystian Markiewicz mówi OKO.press: „Rzecznicy dyscyplinarni Piotr Schab, Michał Lasota i Przemysław Radzik po wyroku TSUE wzmogli działania, by zastraszyć sędziów, by nie walczyli o praworządność i nie wykonywali wyroku TSUE.
Ale my nie mamy zamiaru siedzieć grzecznie i czekać, by jak w Turcji sędziów zastąpili polityczni urzędnicy. Nadal będziemy protestować, a ja nadal będę wydawał niezależne wyroki dopóki będzie to możliwe” – mówi Markiewicz.

Krystian M. jak przestępca

Co ważne rzecznik dyscyplinarny pisze o sędzim Markiewiczu Krystian M., tak jakby był przestępcą. Ale to nie nowość. We wszystkich komunikatach rzecznik dyscyplinarnych tak pisze o sędziach, którym stawia zarzuty. Cały komunikat w tej sprawie jest tutaj.

Zarzuty dla Markiewicza to nie zaskoczenie, bo „dobra zmiana” w sądach od wielu miesięcy pokazuje, że z sędziami broniącymi niezależności wymiaru sprawiedliwości chce rozprawić się siłowo. Czyli robiąc im dyscyplinarki, zakładając im sprawy karne i wyrzucając z zawodu.

Reakcja na wyrok TSUE

Sygnały tego, że tak będzie, pojawiły się zwłaszcza po ostatnim wyroku TSUE, w którym Trybunał dał wskazówki polskim sądom jak należy oceniać legalność Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym i nowej KRS.

Po tym wyroku sędzia z Olsztyna Paweł Juszczyszyn wykonując wyrok TSUE zażądał od Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I spadł na niego grad represji. Najpierw minister Ziobro odwołał go z delegacji w sądzie okręgowym, potem główny rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę zrobił mu dyscyplinarkę. A na koniec prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie powołany przez ministra Ziobro odsunął Juszczyszyna od sądzenia, zawieszając go w obowiązkach.

To jak potraktowano Juszczyszyna, to sygnał dla całego środowiska sędziowskiego, co zrobi władza z niepokornymi sędziami jeśli dalej będą kwestionować legalność nowej KRS, legalność awansowania przez nią sędziów i legalność Izby Dyscyplinarnej, którą PiS powołał po to, żeby wyrzucać szybciej z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i adwokatów.

Jednak sędziowie w całej Polsce stanęli w obronie olsztyńskiego kolegi.

Siłowy kurs obecnej władzy wobec niezależnych sędziów potwierdzają też przecieki do prasy o projekcie ustawy, który PiS ma złożyć w Sejmie. Kilka dni temu pisał o tym „Dziennik Gazeta Prawna”. Dziennik podał, że w najbliższym czasie ma być złożony w Sejmie projekt dyscyplinujący sędziów, wprowadzający kary dla tych, co kwestionują niekonstytucyjne „reformy” wprowadzane przez PiS w wymiarze sprawiedliwości.

Trałowanie Krystiana Markiewicza

Najnowsze zarzuty dla szefa Iustitii wpisują się w akcje rozprawy z niepokornymi sędziami. Pod rządami Markiewicza Iustitia skonsolidowała się, sędziowie są zjednoczeni i stoją za sobą murem. Dla władzy PiS to duży problem.

Najnowsze zarzuty dla Markiewicza to już kolejna dyscyplinarka jaką mu zrobił rzecznik dyscyplinarny Ziobry.

W połowie listopada wraz z czwórką innych sędziów z władz Iustitii dostał zarzuty za to, że odmówił stawienia się na przesłuchanie przed głównym rzecznikiem dyscyplinarnym. Sędziowie mają prawne powody, by podważać legalność wszczynanych przez rzeczników Ziobry postępowań dyscyplinarnych dla sędziów sądów powszechnych. I dlatego odmawiają stawiania się na przesłuchania u niego.

Markiewicz dodatkowo w tej sprawie ma zarzut podżegania innych sędziów do ignorowania głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasoty.
Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Będą kolejne dyscyplinarki?

Sędzia Markiewicz, wraz z innymi sędziami z Iustitii, może mieć kolejną dyscyplinarkę za krytykę „dobrej zmiany” w internecie. Rzecznik dyscyplinarny może chcieć zrobić z nich grupę hejtującą sędziów, którzy poszli na współpracę z resortem ministra Ziobry.

Zarzuty dla Markiewicza są jednak absurdalne. Bo jego działalność publiczna związana jest z tym, że wypowiada się jako szef stowarzyszenia Iustitia, do czego ma prawo.

Ponadto rzecznik dyscyplinarny ściga go, choć to on jest prawdziwą ofiarą hejtu, jaki organizowała Mała Emi. Akcje oczerniania Markiewicza jako lidera Iustiti omawiała ona m.in. z byłem wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem.

Media opisały to jako aferę hejterską w ministerstwie sprawiedliwości. Nikt za tę aferę nie ma postawionych zarzutów, ani dyscyplinarki. Za to rzecznik dyscyplinarny Ziobry sprawdza plotki, którymi oczerniano Markiewicza. Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Na tym jednak nie koniec. Rzecznicy dyscyplinarni systematycznie zaostrzają swoje podejście wobec niepokornych sędziów. I od niedawna składają wnioski o zawieszenie w czynnościach służbowych sędziów (którym stawiają zarzuty dyscyplinarne) i obniżenia im wynagrodzenia.

Tak zrobili wobec sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego. Rzecznik dyscyplinarny uprzedza, że taki wniosek rozważy też wobec sędziego Markiewicza. Decyzję o zawieszeniu sędziego podejmuje sąd dyscyplinarny, do którego trafia sprawa z zarzutami dyscyplinarnymi.

Jeśli sąd zgodzi się na zawieszenie, to sędzia może mieć zmniejszone wynagrodzenie w granicach 25-50 proc. To dodatkowa represja dla niezależnych sędziów.

Ostatnio Izba Dyscyplinarna dała nowe narzędzie ministrowi Ziobrze, by mógł skarżyć wszystkie decyzje dotyczące dyscyplinarek dla adwokatów. Dodajmy – skarżyć do Izby Dyscyplinarnej.

Więcej o Tusku >>>

PiS ma coraz większy kłopot z Banasiem. „Pancerny Marian” tkwi i tkwi na stanowisku szefa NIK. PiS próbuje nowych wybiegów retorycznych. Bartosz Kownacki mówi, że Banaś zapisał się do opozycji, Jacek Kurski, że Banasia pogrążyła jego telewizja. Końca nie widać

MAFIJNE PORACHUNKI W PIS >>>

Co piszą o Banasiu – tutaj >>>

Polityczna saga z Marianem Banasiem w roli głównej nie ma końca. 2 grudnia „Dziennik Gazeta Prawna” podał, że prezes NIK w piątek 29 listopada złożył na ręce Marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Dymisja nie została przyjęta, ponieważ PiS miało się nie zgodzić na treść pisma, na nową propozycję treści dymisji z kolei sam Banaś nie chciał się zgodzić.

„Dziennik Gazeta Prawna” podał dziś, że w swoim piśmie Banaś miał napisać: „Wobec utraty mandatu, jaki został mi udzielony, a także kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny składam w dniu dzisiejszym rezygnację ze stanowiska Prezesa Najwyższej Izby Kontroli”. To pismo miał przekazać Witek 29 listopada kierowca Banasia. „Potwierdziliśmy autentyczność dokumentu, który został napisany i odręcznie podpisany przez prezesa NIK” – pisze dziennik.

PiS zaproponował Banasiowi bardziej formalnie, zredagowane pismo, miał się powołać na art. 17 ustawy o NIK, a następnie wskazać na mocy art. 21 ust. 3 osobę, która będzie go zastępowała. Miał to być powołany dwa dni wcześniej wiceprezes NIK Tadeusz Dziuba. Prezes NIK miał odrzucić tę wersję.

Dlaczego „zwykła” dymisja nie wystarczyła? „Zgodnie z prawem prezes NIK pełni swoją funkcję do momentu wyboru nowego. Jeśli Banaś złoży rezygnację, nikogo nie wyznaczając, to rządzi w Izbie do zaprzysiężenia nowego prezesa. A z tym może być problem, bo na kandydaturę musi się zgodzić Senat, w którym większość ma opozycja” – tłumaczy „Wyborczej” jeden z jej informatorów.

No i mamy pat. A politycy PiS sięgają po nowe wybiegi retoryczne, które mają pokazać, że nie ponoszą odpowiedzialności za tę coraz bardziej absurdalną sytuację.

Banaś – od bohatera do zera

To pogłębia problem PiS z Banasiem, który jeszcze niedawno był ważnym członkiem rządu i „kryształowym człowiekiem”. Problemy zaczęły się 21 września, gdy reportaż śledczy TVN24 ujawnił, że w należącej do prezesa NIK kamienicy gangsterzy prowadzą hotel z pokojami na godziny.

Początkowo PiS starał się bronić Banasia. 25 września prezes PiS Jarosław Kaczyński chwalił prezesa NIK 25 września: „.Jeżeli ktoś, jak Marian Banaś, zabrał co najmniej dwieście kilkadziesiąt miliardów przestępcom, to ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji, żeby kogoś takiego skompromitować”. Dodał jednak z ostrożności: „Niczego nie przesądzamy, czekamy na rozstrzygnięcia”.

Banaś był dla PiS cenny, bo był twarzą opowieści o odbieraniu przestępcom miliardów złotych przez sprawny rząd „dobrej zmiany”. O tym, że opowieść ta jest w dużym stopniu fałszywa, pisaliśmy m.in. w tekście „PiS: PO ukradła Polakom 250 mld złotych z VAT. W takim razie PiS ukradł już 87 mld”

Tuż po wyborach parlamentarnych z 13 października publiczne wypowiedzi o Banasiu zaczęły się zmieniać, o czym pisaliśmy w tekście „Teoria dwóch Banasiów, czyli niestała miłość PiS do prezesa NIK”.

„Banaś wszedł w koalicję z opozycją”

Prezesa NIK nie można po prostu usunąć, ma mocną pozycję zapisaną w Konstytucji. Pod koniec listopada PiS uznał, że dosyć tego. Jarosław Kaczyński tupnął nogą i powiedział, że oczekuje od Banasia dymisji. Premier Morawiecki zapoznał się z raportem CBA z kontroli oświadczeń majątkowych szefa i również publicznie, razem z chórem polityków PiS, zaczął namawiać Banasia do ustąpienia ze stanowiska.

Teraz PiS idzie jeszcze dalej i próbuje zapisać prezesa NIK do opozycji.

2 grudnia wieczorem w Polsat News poseł PiS Bartosz Kownacki mówił:

„Mam wrażenie, że Banaś wszedł w koalicję z opozycją. On jest dzisiaj najbardziej przydatny dla opozycji. To widać po deklaracjach, które składali liderzy pana Tomczyka”

Cezary Tomczyk z PO był drugim gościem programu. Kownacki powiedział jeszcze do niego:

„W waszym interesie jest to, żeby Banaś nadał był szefem NIK”.

Kurski: To TVP pogrążyła Banasia

Logikę związków Banasia z opozycją do granic możliwości wykręcił Jacek Kurski w rozmowie z braćmi Karnowskimi w tygodniku „Sieci”.

Kurski powiedział: „To TVP pogrążyła szefa NIK. Słowa, które u nas Marian Banaś wypowiedział w »Gościu Wiadomości«, były dlań dużym problemem, przedmiotem ataku opozycji”.

Kurskiemu chodzi o wywiad Banasia w TVP 23 września, dwa dni po materiale „Superwizjera”. Według Kurskiego to jego telewizja pogrążyła Banasia. Zrobiła to, oddając mu głos, żeby nieniepokojony wytłumaczył się ze swojej kamienicy. Banaś powiedział wtedy, że kamienicę dostał od weterana AK. Rzeczywiście, był za ten występ w TVP krytykowany. A skoro był atakowany, to trzeba było się go pozbyć. W ten sposób to Jacek Kurski bohatersko obalił Banasia.

Przekaz dnia

Portal rmf24.pl dotarł do przekazu dnia polityków PiS na temat Banasia. Członkowie partii Kaczyńskiego mają w mediach mówić, że:

  • PiS zrobił wszystko co mógł, decyzja należy do Banasia;
  • Zbadają możliwość usunięcia Banasia za pomocą zmiany prawa;
  • PO wykazuje się hipokryzją, bo nie nawoływali do usunięcia z tej samej funkcji Krzysztofa Kwiatkowskiego, na którym ciążyły zarzuty prokuratorskie;

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu poinformował, że: „W nawiązaniu do doniesień medialnych chciałbym zakomunikować, że do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło pismo opisane w artykule. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać ani tym bardziej go odesłać”.

Bartosz Godusławski z „DGP” skomentował to na Twitterze krótko: „To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”.

Musi być grubo – jak mówią politycy – skoro lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim oświadczeniu majątkowym, złożonym na koniec minionej kadencji Sejmu, przemilczał spółkę Srebrna.

Tymczasem chociaż prezes PiS nie jest udziałowcem spółki Srebrna, to był pełnomocnikiem do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Brał też udział w rozmowach dotyczących budowy przez Srebrną wieżowca w centrum Warszawy.

Gdy wybuchła afera spółki Srebrna wyszły na jaw kompromitujące szczegóły. Okazało się, że w Warszawie miały one budować „Kaczyński tower”, 190-metrowy biurowiec, a w przygotowaniach do inwestycji miał brać udział sam Jarosław Kaczyński. Nazwa Srebrna pojawia się nawet jeszcze w oświadczeniu Kaczyńskiego majątkowym za 2018 rok.

W zeznaniu przekazanym przez prezesa PiS do Kancelarii Sejmu czytamy: „Posiadał jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane.”

W odczuciu wielu osób rezygnacja Kaczyńskiego z udziału w pracach spółki jest wielce wątpliwa, zwłaszcza, że pozostaje on nadal przewodniczącym Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, czyli większościowym udziałowcem spółek Srebrna i Srebrna media.

Związane z Prawem i Sprawiedliwości spółki to potężne przedsiębiorstwa, które zajmują się m.in. wynajmem i zarządzaniem warszawskimi nieruchomościami przy Srebrnej 16 oraz w Alejach Jerozolimskich 125/127. Jest to ścisłe centrum stolicy, gdzie każdy metr jest na wagę złota. Spółki dysponują też gruntami w centrum Puszczy Augustowskiej.

Jacka Kurskiego sowietyzm i Banasia mafijność

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Duda powinien się bać, Trybunał Stanu ma jak w banku

Aż dwie trzecie wyborców KO chciałoby jednego opozycyjnego kandydata w I turze wyborów prezydenckich. Lewica i PSL niewiele ustępują w tym entuzjazmie. Analiza wyników wyborczych wskazuje, że to wariant raczej nieracjonalny, ale wyraża marzenie, byśmy „wszyscy razem” odsunęli Dudę od prezydenckiej godności [SONDAŻ OKO.PRESS]

W październikowym sondażu Ipsos badaliśmy pojedynek kilku kandydatów opozycji z Andrzejem Dudą w I turze. Sprawdzaliśmy, kto na opozycji ma największy negatywny elektorat,  co może decydować o wyniku II tury. Ale zapytaliśmy też o inny wariant wyborczy:

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Okazało się, że:

  • 44 proc. badanych opowiedziało się za wspólnym kandydatem;
  • 44 proc. stwierdziło, że każde z trzech ugrupowań powinno wystawić swojego kandydata;
  • 12 proc. nie miało zdania.

Wśród kobiet wyraźnie wygrywa koncepcja jednego kandydata/kandydatki w pierwszej turze (50 proc.), mężczyźni opowiadają się raczej za trzema kandydatami (49 proc.).

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Oczywiście pytanie o jednego kandydata ma zupełnie inny sens dla zwolenników i dla przeciwników PiS.

Wyborcy opozycji myślą o opozycji

W elektoracie KO zwolennicy jednego kandydata stanowią aż 66 proc. wyborców, w Lewicy – 55 proc., w PSL – 52 proc. Postawa wyborców KO jest zrozumiała, w końcu to ten komitet ma najsilniejszą pozycję i przekonanie, że wspólny kandydat byłby tak naprawdę „nasz” jest uzasadnione. Poparcie na Lewicy i PSL może dziwić, wszak oznaczałoby to zapewne niewystawienie „swojego” kandydata, co osłabia pozycję partii.

Podobną postawę odkryliśmy jednak już wcześniej, analizując wyniki pytania naszego sondażu o zadowolenie z wyników wyborów do Sejmu i Senatu.

Satysfakcję z (minimalnego) zwycięstwa w Senacie podzielało aż 77 proc. wyborców PSL i Koalicji Obywatelskiej i 79 proc. wyborców Lewicy (niezadowolonych w tych trzech elektoratach było po 19-20 proc.). Odczucia wyborców trzech partii są identyczne, choć partyjne zyski były tak różne: Koalicja Obywatelska zdobyła 43 senatorskie mandaty, PSL – 3 mandaty, Lewica – 2 mandaty.

Jak widać, duża część wyborców, choć ma swoje preferencje partyjne, myśli w kategoriach „zjednoczonej opozycji”. I marzenie o sukcesie „opozycji” jest silniejsze, niż pragnienie wygranej „mojej partii”.

Podobnie może być tutaj. Jeden wspólny kandydat może być postrzegany jako sygnał jedności i siły opozycji jako całości.

Wszyscy razem, pięści w górę, obalimy dyktaturę

Nie bez znaczenia jest również efekt psychologiczny. Wyborcom partii opozycyjnych Prawo i Sprawiedliwość jawi się jako kolos i monolit. W obliczu tak wielkiego zagrożenia oczekują stworzenia wielkiego bloku, który dorównałby rozmiarami partii rządzącej. Trzy mniejsze zdają się bez szans.

Odpowiedzi wyborców PiS kształtują się dokładnie odwrotnie. Reagują na sygnał wspólnego kandydata opozycji jak na zagrożenie dla „naszego Dudy”, bo „większy” po stronie opozycji wydaje się groźniejszy. Wyborcy PiS mogą też liczyć na to, że opozycja podzielona pogrąży się we wzajemnej rywalizacji, oddając łatwo zwycięstwo obecnemu prezydentowi.

Głosy zwolenników Konfederacji wyglądają podobnie jak głosy PiS. Ale stać może za nimi inna kalkulacja. W przypadku zjednoczenia opozycji jest oczywiste, że do drugiej tury przechodzi kandydat opozycyjny i Andrzej Duda (jeśli oczywiście wybory nie kończą się na jednej turze). Konfederaci mogą liczyć na to, że rozbicie głosów na kilku kandydatów nieco wyrówna szanse kandydata Konfederacji, który dodatkowo może robić sobie nadzieję na przejęcie wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku (a to ok. 20 proc.).

Czy w ogóle warto rozpatrywać wspólnego kandydata? Warto, bo…

Założeniem pomysłu jest oczywiście zwycięstwo w pierwszej turze.

Skumulowane głosy elektoratów partii prodemokratycznej opozycji miałyby wygrać z Andrzejem Dudą, dodatkowo osłabionym o głosy kandydata Konfederacji. W II turze te głosy zasilą raczej puszczającego oko do skrajnej prawicy Dudę, choć trudno to dziś przewidzieć z większą pewnością.

Żeby to osiągnąć trzeba zdobyć jednak aż 50 proc. wszystkich głosów. Nie udało się to ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu, a nawet w wyborach do Senatu (opozycja wygrała na mandaty, remisując w liczbie głosów). Z drugiej strony, notowania PiS zachwiały się po wyborach…

W rozważaniach nad strategią na I turę chodzi też o ekonomię mobilizacji. Zwolennicy jednego kandydata podkreślają, że wspólne prowadzenie kilkumiesięcznej kampanii przyniesie lepszy efekt, niż wsparcie udzielone jednemu kandydatowi opozycji dopiero w drugiej turze.

Dodatkowo rozdrobnienie w I turze może działać demobilizująco na elektoraty partii, której kandydaci odpadną. Argumentem za formułą „jeden wspólny kandydat” jest  uniknięcie miesięcy kampanii, podczas której między kandydatami opozycji dochodziłoby do bratobójczej walki.

Ta obawa artykułowana była także przy okazji kampanii do Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak ugrupowania demokratyczne wypracowały formułę rywalizacji, w której jest miejsce na krytykę, nawet spięcia, ale nie są wytaczane najcięższe działa.

Nie warto, bo…

Najpoważniejszym argumentem przeciwko jednej kandydaturze jest fakt, że elektoraty tak łatwo się nie sumują, a raczej nieco się „odejmują”. Oparcie całej, wielomiesięcznej kampanii na jednym kandydacie z KO z przekazem „musimy odsunąć od PiS od władzy” mogłoby skutecznie zniechęcić do udziału w głosowaniu wyborców dwóch pozostałych komitetów.

Z takich zapewne powodów wynik „paktu senackiego” opozycji do Senatu był gorszy od sumy wyników trzech partii osobno do Sejmu (w powyborczym sondażu OKO.press ta przewaga urosła z 5 do 7 pkt proc.):

Poparcie dla PiS i partii opozycji w wyborach do Sejmu i Senatu 2019 (w proc.)

Dane PKW

Uwaga! Do wyniku PiS do Senatu (44,56 proc.) doliczamy poparcie niezależnej Lidii Staroń (0,58 proc.), a do wyniku opozycji (KO + PSL + SLD = 43,66 proc.) trzech niezależnych senatorów: Stanisława Gawłowskiego, Krzysztofa Kwiatkowskiego i Wadima Tyszkiewicza (razem 1,04 proc.). Gdy policzyć też poparcie kandydatów, którzy nie weszli do Senatu  (jak zrobiła Dominika Wielowieyska w „Wyborczej”) okaże się, że opozycja miała minimalną przewagę.

Dopuszczenie realnej rywalizacji w pierwszej turze, a następnie oficjalne udzielenie poparcia przeciwnikowi Andrzeja Dudy może mieć większy mobilizacyjny potencjał. Przy założeniu, że „ujemna premia za zjednoczenie” będzie mniejsza niż w wyborach do Senatu.

Mało realny scenariusz

Władysław Kosiniak-Kamysz w połowie października snuł rozważania na temat wyłonienia wspólnego kandydata opozycji w prawyborach opartych na debatach i spotkaniach. Nadal opowiada o tej koncepcji w mediach, ostatnio w TVN24. Kosiniak-Kamysz był bardzo długo liderem w rankingach zaufania wśród polityków opozycji (obecnie dogoniła go Małgorzata Kidawa-Błońska), ale jest jednak liderem najmniejszego z trzech ugrupowań. Można to czytać jako kalkulację: jestem na tyle popularny, by stawić czoła Andrzejowi Dudzie, ale jednocześnie mając konkurentów w postaci liderów dwóch większych ugrupowań, mogę nie dostać się do drugiej tury.

Lider PSL jest jednak odosobniony. Politycy KO i Lewicy jednoznacznie odrzucają formułę „jednego kandydata”. Grzegorz Schetyna określił pomysł jako mało realny, a I turę nazwał „pewnego rodzaju prawyborami”. KO liczy na to, że jako opozycyjne ugrupowanie z największym poparciem wprowadzi swoją kandydatkę (Kidawę-Błońską) lub kandydata (Donalda Tuska?) do drugiej tury, nie ryzykując ewentualnej przegranej w prawyborach.

Ale pomysł jednego kandydata odrzucają też politycy Lewicy (m.in. Krzysztof GawkowskiRobert Kwiatkowski), a start lewicowego kandydata ogłosił Włodzimierz Czarzasty. Wszystkie partie lewicowe chcą natomiast wspólnego kandydata lewicy. Dotychczas mówiło się, że ma to być Robert Biedroń, choć jak wskazuje sondaż OKO.press, Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niewiele mu ustępuje w poparciu wśród elektoratu lewicy.

Tu motywacją jest zachowanie podmiotowości własnego obozu, który rośnie po wyborach w siłę.

O Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Duszno jest w te Zaduszki. Rodziny dzielą się wzdłuż i w poprzek. Na groby chodzą oddzielnie. Nawet zmarłych dzielą na lepszych i gorszych. Ciała na cmentarzu, kości i popioły w urnach są też lepsze i gorsze. To zależy od tego, kto na kogo głosował, jaki wrzucał głos do urny. Dziwna jest ta zbieżność urny z prochami z urną z głosami. W te dni warto pamiętać, że papierowe głosy w proch się obrócą, jak ci co głosowali i ci, na których głosowano.

Zaduszki jako „przypomnienie wszystkich wiernych zmarłych” wprowadził opat z Burgundii w 993 roku. Zagospodarowanie symboli jest podstawą działania w polityce i kościele. Zalecił to ów opat zamiast pogańskiego obyczaju oddawania czci zmarłym. Uwaga: my jako kraj nie byliśmy jeszcze nawet ochrzczeni i obchodziliśmy ciągle nasze swojskie Dziady. Teraz królują dynie z otworami, czaszki, kościotrupy, amerykańskie święto dzieciaków i wesołych przebierańców. Uchodzi za grzech i jest potępiane przez Kościół bardziej niż pedofilia w jego, za przeproszeniem, łonie…

Meksykańskie przysłowie mówi, że życie jest snem, a śmierć jest przebudzeniem. Mało kto chce się jednak przebudzić z życiowego snu. Raczej boimy się kościstej Madame. Staramy się jak najdłużej zostać na tym „padole płaczu”, wspominając zmarłych i ich ostatnie słowa, ostatnie życzenie. Tata prosił, żeby dać mu kopsnąć szluga i setkę, a ty mu nie dałaś, mówi brat do siostry, a ona, że nie chciała, żeby się uzależnił…

Ostatnie słowa wielkich wchodzą do literatury czy historii. Goethe, umierając zawołał: „Więcej światła!”. Co się rozumie, że pragnął oświecenia dla społeczeństwa i tak dalej. Prawda jest taka, że trzymano go w „choralni”, czyli ciemnym pokoju. Zasłonięte kotary tłumiły światło, biedny poeta pragnął słońca.

Gdy pewnego francuskiego polityka prowadzono na gilotynę, ktoś z orszaku powiedział do niego: „Ty drżysz”, a on odpowiedział: „To z przeziębienia!’. Zastanawiam się, czy jest u nas wśród rządzących ktoś obdarzony takim dowcipem? Eee nie, oni mówią to, co przyniesie przekaz dnia.

Sokrates natomiast czując, że koniec jest bliski nakazał swemu służącemu, by zapłacił za koguta. Jako filozof wiedział, że całun nie ma kieszeni, a trumna portfela, o czym zapominają pazerni świeccy i duchowni. Neron, któremu się wydawało, że jest wspaniałym wokalistą, biadolił: „Jakiż artysta ginie we mnie!”. Cezar, jak to władca oderwany od rzeczywistości, zdziwił się: „I ty Brutusie?”, zanim otrzymał cios. To nauka dla każdego wielkiego dyktatora oraz małego dyktatorka. Każdy ma obok siebie kogoś, kto czyha na jego stanowisko. Nawet jeśli ma tylko 18%.

Bardzo brakuje nam ludzi, którzy odeszli. Niezwykłych, dowcipnych. Odczuwamy brak Marii Czubaszek, mówiącej: „To było w czasach, kiedy Ibisz był jeszcze stary”. Nawiązywała do jego coraz młodszego wyglądu. Zaatakowana przez kogoś ekobio, kto jej zarzucił, że tak kocha zwierzęta, a odżywia się parówkami, wypaliła: „Każde dziecko wie, że w parówkach nie ma mięsa”. Żal, żal, że jej nie usłyszymy.

Janusz Głowacki mawiał „Szanuję nagrody, które dostaję, gardzę tymi, których mi nie dano”. A na pogrzebie Głowackiego Kazimierz Kutz mówił: „Są wszyscy, tylko Głowy nie ma”. Gdy wybuchła afera MeToo Kutz samokrytycznie stwierdził, że gdyby to się wydarzyło w jego czasach, nie nakręciłby żadnego filmu. Chyba zabrakło mu Głowy, przyjaciela, bo zawinął się szybko po nim, spakował manatki i odjechał w ostatnią podróż.

Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”!

Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny.

Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…

Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…

Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji.

Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”.

I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…

Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”?

Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”.

Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!

Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm.

Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów?

1 listopada, dzień zadumy, refleksji, wspomnień. Lubię te leniwie płynące godziny pełne wyciszenia i nostalgii. Pomaga mi to nabrać dystansu do dość ponurej rzeczywistości, uspokoić emocje, zamknąć swój świat w dobrych myślach i przywołać do siebie tych, którzy bardzo byli mi bliscy, ale i tych, których mądrość, życzliwość, inteligencja, system wartości, odłożyły się we mnie, budując moje człowieczeństwo.

Żeby jednak nie było tak sielsko, anielsko i różowo, to warto zwrócić uwagę, że spotkania rodzinne przy grobach to też okazja, do wspólnego biesiadowania, wielokrotnie zakrapianego alkoholem, a potem powroty do domu i może znowu pobity rekord wypadków drogowych i niepotrzebnej śmierci. To przed nami, a za nami… dni poprzedzające uroczystości Wszystkich Świętych, zdominowane przez coroczną walkę o sens i rację bytu Halloween i na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić.  Nie ma co, jak każdego roku, Polskę ogarnia istne szaleństwo. Nic nie jest tak ważne jak to, czy obchodzić Halloween czy też bronić się przed nim rękami i nogami.

Kościół ostrzega przed tym świętem, bo „to niebezpieczny festiwal brzydoty dla ludzkiej duszy” i apeluje do rodziców, „byli czujni. Diabeł nie żartuje. Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie”. Rodzic chrześcijanin musi wiedzieć, że dynia z zapaloną w niej świecą to symbol dusz błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci)to nic innego jak próba nawiązania kontaktu człowieka z duchami, a wróżby, których celem zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości, to grzech śmiertelny „przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów”. Rodzic musi mieć też świadomość, że słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły to nic innego jak prosta droga do opętania i chorób psychicznych. Ponoć po Halloween wzrasta liczba właśnie opętań wśród dzieci, dacie temu wiarę?

Do tego kościelnego chóru ochoczo włączają się politycy PiS i sympatycy partii rządzącej. Posłanka Masłowska zamierza nawet wystąpić do MEN, by zablokować „tę głupotę”. Wspiera ją z całych sił minister edukacji, Dariusz Piontkowski, dla którego to święto „jest makabryczne i angażowanie w to dzieci nie jest dobre. Dziwię się nauczycielom, którzy chcą to organizować. To jest chore, że dzieciom organizuje się Halloween. Na siłę się nas zmusza, byśmy ten zwyczaj obchodzili. Idiotyczne. Ten zwyczaj kojarzy się z horrorem. Nie można tak narażać dzieci, zwłaszcza najmłodszych”. Biedne dzieci są straszone przez swoich katechetów, którzy w bardzo obrazowy sposób mówią o uleganiu szatanowi i innych okropieństwach, jakie spotkają te dzieciaczki, gdy wezmą udział w Halloween.

Swoją cegiełkę do walki z tym niecnym świętem dokładają kuratorzy oświaty. Małopolska kurator oświaty chwali szkołę w Poroninie, gdzie odbył się dzień Dyni, niby podobny w założeniach do Halloween, a jednak taki nasz, chrześcijański. Do podobnej imprezy zachęcał szkoły bydgoskie kurator Marek Gralik, do którego zwrócili się ponoć „nauczyciele i rodzice uczniów, którzy poinformowali mnie o drastycznych wydarzeniach, w tym o zmuszaniu niepełnosprawnych intelektualnie dzieci do udziału w halloweenowych zabawach”. Za zdecydowaną reakcję pan kurator otrzymał serdeczne podziękowania od pupilki Rydzyka, Anny Sobeckiej. Również i w Wielkopolsce szkoły dostały zakaz organizowania Halloween, choć rzeczniczka tłumaczy, że to nie tak, że to tylko wyjaśnienie, co dyrektorom wolno, a co nie.

Przyznam szczerze, że zupełnie mi to święto nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi jego „pogańskość”, bo przecież większość świąt kościelnych opartych jest na przedchrześcijańskich wzorach. Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów? Fakt, przekaz jest może nieco przejaskrawiony, ale najmłodsze pokolenie, wychowywane na grach komputerowych, gdzie krew sika na okrągło, bohaterowie leją się równo, jest ileś tam żyć do wykorzystania, okrucieństwo leci z każdej możliwej strony, postrzega go już zupełnie inaczej. Liczy się pomysłowość, ilość zebranych słodyczy i przede wszystkim zabawa.

To też otwartość na inną kulturę. To święto ma już ponad 2000 lat, a jego kolebką była Anglia, Irlandia, Szkocja, Walia i Francja. Celtowie obchodzili ten dzień właśnie 31 października, uważając go za święto zbiorów oraz koniec lata i początek zimy. Kapłani celtyccy uważali, że tego właśnie dnia demony i upiory wracają z zaświatów, dlatego przesądny lud przebierał się, dzięki czemu mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo i przypodobać duchom. Ot, jedna z wielu legend, która jest wciąż żywa i może tak właśnie należy Halloween traktować? Nie jako zło, ale sięganie do korzeni?

Oczywiście, każdy ma prawo mieć własne zdanie w tej sprawie, może jednak warto wziąć przykład z tych, którzy postanowili nieco ten dzień ucywilizować i zabezpieczyć się przed sąsiedzkimi kłótniami. W skrzynkach pocztowych mieszkańców ul. Namysłowskiej w Warszawie znalazły się karteczki z wydrukowaną dynią i informacją, że „W dniu 31.10.2019 r. dzieci z pobliskich bloków będą chodziły i zbierały słodycze. Wiemy, że nie każdy z Państwa toleruje powyższą zabawę, w związku z powyższym do każdej skrzynki wrzucono karteczkę z obrazkiem dyni. Ci z Państwa, którzy zgadzają się na odwiedziny dzieci w celu podarowania im cukierka, proszone są o przyklejenie karteczki do drzwi mieszkania. Dzieci nie chcą niepokoić tych z Państwa, którzy nie życzą sobie ich odwiedzin. Proszę potraktować to jako zabawę”. Świetny pomysł na pogodzenie miłośników Halloween z ich przeciwnikami, prawda?

Dzisiaj mamy głowy zajęte już czymś innym. Odwiedzamy groby, palimy znicze, oddajemy się pamięci. Jednak może warto w kolejnym roku nieco spasować, dostrzec, że każdy może po swojemu podchodzić do tych dni zadusznych i nie robić z tego wielkiego problemu, bo, po co ….