Kaczyński przystąpił do oszustwa wyborczego

Czy z ponownym liczeniem głosów będzie tak, jak z ekshumacjami smoleńskimi?

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym a drugim miejscem wyniosła zaledwie 320 głosów.

Gawłowski, formalnie z PO, startował jako kandydat niezależny – z uwagi na ciążące nad nim zarzuty korupcyjne nie otrzymał oficjalnego poparcia Koalicji Obywatelskiej.

Natomiast w okręgu nr 75 obejmującym Mysłowice i Tychy kandydata PiS Czesława Ryszkę pokonała kandydatka Lewicy Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprezeska Wiosny. Tu różnica głosów była dużo większa i wyniosła 2349. Więcej o sytuacji w okręgu >>>>>

PiS: To okręgi, w których oddano sporo głosów nieważnych

Złożenie wniosku do Sądu Najwyższego potwierdza rzecznik PiS Radosław Fogiel, który wyjaśnia „Wyborczej”, dlaczego protest dotyczy akurat tych dwóch okręgów: – Są to okręgi, w których były nieduże różnice między kandydatami oraz oddano sporo głosów nieważnych. Tych głosów nieważnych za każdym razem było więcej niż różnica głosów wśród liderów – tłumaczy Fogiel.

„Protesty trafią do nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP) SN i pewnie będą rozpoznane na posiedzeniach niejawnych tak jak protesty po wyborach do PE” – zauważyła na Twitterze Małgorzata Szuleka, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

IKNiSP jest jedną z dwóch nowych izb SN obsadzonych od zera przy udziale upolitycznionej KRS. Prezesem Izby została Joanna Lemańska, koleżanka prezydenta Andrzeja Dudy z Katedry Prawa Administracyjnego na UJ. W izbie orzeka m.in. były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel Ordo Iuris Aleksander Stępkowski. W 2019 r. izba wykazywała się niezależnością, uchylając uchwały nowej KRS w sprawie konkursów sędziowskich organizowanych przez Radę.

Sąd Najwyższy rozpatruje protesty w składzie trzech sędziów izby, a później orzeka o ważności wyborów. – Wiemy, po co była reforma w Sądzie Najwyższym. Żeby sprawy dotyczące wyborów mogły być decydowane w Sądzie Najwyższym zmienionym przez PiS – powiedział poseł Koalicji Obywatelskiej Cezary Tomczyk.

PiS znalazł nową strategię na przejęcie przegranego Senatu. Partia Kaczyńskiego zgłosiła protest wyborczy do Sądu Najwyższego w sprawie dwóch okręgów senackich. Domaga się ponownego przeliczenia głosów. Chodzi o okręgi nr 75 (Tychy) i nr 100 (Koszalin). Protest rozpatrywać będzie nowa izba SN, powołana za rządów PiS

PiS chce za wszelką cenę odzyskać władzę w Senacie. Ma na to sporo czasu. Prezydent zarządził, że pierwsze posiedzenie nowego Parlamentu odbędzie się 12 listopada, czyli w ostatnim możliwym terminie. Przypomnijmy: w wyborach 13 października opozycja zdobyła 51 mandatów (43 – KO, 3 – PSL, 2 – SLD, 3 – niezależni), a PiS 49 (48 i popierana przez PiS Lidia Staroń).

Większość jest więc delikatna – wystarczy zmiana dwóch mandatów i Senat zmienia barwy. PiS po pierwszych próbach politycznej korupcji zauważył, że przekonanie dwóch opozycyjnych senatorów do zmiany barw będzie trudne. Szuka więc alternatywy. Tą ma być ponowne przeliczenie głosów w okręgach, gdzie różnica między kandydatem lub kandydatką opozycji a kimś z PiS była niewielka.

Jak donosi PAP, PiS wniósł do Sądu Najwyższego wniosek o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach. Polsat, powołując się na zespół prasowy Sądu Najwyższego precyzuje, że chodzi o okręgi nr 75 i nr 100.

Tychy: losy mandatu ważyły się do ostatniej chwili

Okręg nr 75 znajduje się na Śląsku, gdzie PiS stracił aż sześć mandatów senackich. Okręg obejmuje Tychy i Mysłowice. Nową senatorką została Gabriela Morawska-Stanecka z Wiosny startująca z listy KW SLD/Lewica. Zdobyła 64 172 głosy i pokonała Czesława Ryszkę o 2 349 głosów.

W 2015 roku to Ryszka tutaj wygrał. Wówczas różnica była jeszcze mniejsza. Tak jak w 2019 roku, również rywalizowały tylko dwie osoby. Ryszka zdobył 54 718 głosów i pokonał Marka Spyrę z PO o 1042 głosy.

Okręg 75 był jednym z tych, w których do ostatniej chwili ważyły się losy mandatu senackiego. Cząstkowe wyniki pokazywały, że prowadzi kandydat PiS. Ale cząstkowe wyniki faworyzowały PiS – wyniki wyborów do Sejmu z 43 proc. obwodowych komisji dawały PiS 49,3 proc. głosów. Działo się tak, ponieważ do PKW szybciej spływały wyniki z gmin wiejskich – a tam PiS ma ogromną przewagę. Według sondażu exit poll Ipsos PiS wygrał na wsi z wynikiem 56,2 proc. głosów. To samo miało miejsce w wyborach do Senatu, dlatego kilka okręgów, z których cząstkowe wyniki wskazywały na zwycięstwo PiS, ostatecznie przeszło na stronę opozycji.

To jednak spora różnica – nieco ponad dwa tysiące głosów w okręgu, gdzie oddano prawie 126 tysięcy głosów to 1,86 proc. wszystkich

Koszalin: chodzi o 320 głosów

W okręgu numer 100 (Koszalin) padła najmniejsza różnica między pierwszym i drugim kandydatem. Zwycięskiego Stanisława Gawłowskiego (44 956 głosów) od Krzysztofa Nieckarza z PiS (44 636) dzieliło zaledwie 320 głosów. Trzeci Krzysztof Berezowski miał zaledwie 1023 głosy mniej od zwycięzcy. W okręgu oddano 133 525 głosów ważnych, więc różnica między pierwszym a drugim stanowi zaledwie 0,24 proc. głosów.

To też ważny z punktu widzenia narracji PiS okręg. Swoją porażkę PiS tłumaczy między innymi w ten sposób: nie wystawiamy do walki wyborczej osób z wyrokami. Na Stanisławie Gawłowskim, który pokonał kandydata PiS, ciąży siedem zarzutów, w tym cztery korupcyjne. Jest byłym sekretarzem generalnym Platformy Obywatelskiej. Startował z własnego komitetu wyborczego, ale Koalicja Obywatelska nie wystawiła kontrkandydata.

Różnica w okręgu nr 100 była najmniejsza w kraju. Ale okręgów, gdzie różnica jest mniejsza niż w Tychach, jest kilka:

  • Okręg numer 92 (Gniezno) – 1484 głosy różnicy przy 184 366 głosach ważnych;
  • Okręg numer 95 (Ostrów Wielkopolski) – 2304 głosy różnicy przy 157 864 ważnych głosach;
  • Okręg numer 96 (Kalisz) – 1586 głosów różnicy przy 143 572 ważnych głosach.

W każdym z nich w 2015 roku wygrał kandydat PiS.

Chodzi o głosy nieważne?

Jak podaje zespół prasowy SN, w okręgach, w których PiS składa protesty,

chodzi o stosunkowo dużą liczbę głosów nieważnych. W okręgu nr 100 było ich 3 344, a w okręgu nr 75 – 3 749.

Jednak w wielkopolskich okręgach, gdzie różnica między pierwszym i drugim kandydatem nie była duża, liczba głosów nieważnych była nawet większa. W Gnieźnie było ich 3064, ale w Ostrowie Wielkopolskim – 6 221, a w Kaliszu – 5 444.

PiS chciałoby, żeby protest zaowocował większością w Senacie. To znaczy, że oba protesty musiałyby zakończyć się ponownym przeliczeniem głosów i innym werdyktem niż dotychczasowy. W okręgu nr 75 różnica wynosi 2 349 głosów a głosów nieważnych padło 3 749. PiS uzasadnia protest ilością głosów nieważnych. Oznacza to, że nieważność większości z nich musiałaby zostać zakwestionowana i sąd musiałby uznać, że były to w rzeczywistości głosy na PiS. Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne.

Protest wyborczy rozpatrywać będzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jest to nowe ciało, utworzone za rządów PiS.

– Przed chwilą dostaliśmy zawiadomienie z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, że sprawa dwóch wież w związku z naszym zawiadomieniem trafia do kosza. Prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież – powiedział na konferencji w Sejmie poseł Cezary Tomczyk z PO.

– To jest sprawa wyjątkowa dlatego, że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej, jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką możliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Tomczyk.

I dalej: – Na odmowie wszczęcia postępowania jest data. 11 października w piątek przed wyborami sprawa została wyrzucona do kosza. Po to żeby Polska nie mogła się dowiedzieć o tym, że prokuratora pod wodzą PiS i Zbigniewa Ziobry umorzyła sprawę dwóch wież Jarosława Kaczyńskiego.

Tomczyk stwierdził, że „tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński”. I dodał: – Nawet prokuratura nie może go przesłuchać.

Z kolei poseł Marcin Kierwiński (PO) mówił: – To kolejna sprawa, która nie mogła się rozgrywać przed wyborami, bo mogła mieć wpływ na wynik wyborów – stwierdził. I dodał: – Okazuje się, że Jarosław Kaczyńskie jest człowiekiem wyjętym spod polskiego prawa.

W zawiadomieniu czytamy: „Prokuratura Okręgowa w Warszawie (…) uprzejmie zawiadamia, że w sprawie Pańskiego zawiadomienia z dnia 30 stycznia 2019 roku o możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego, postanowieniem z dnia 11 października 2019 roku (..) odmówiono wszczęcia śledztwa, wobec braku znamion czynów zabronionych”.

O tym, że prokuratura odmówiła wszczęcie śledztwa poinformował na Facebooku też adwokat Birgfellnera Roman Giertych.

– Możemy się teraz zażalić, ale jak prokurator ponownie odmówi, to nie możemy sami skierować własnego aktu oskarżenia, to się nazywa subsydiarny akt oskarżenia. Jeszcze tydzień temu byśmy mogli, bo 5 października weszły w życie przepisy, które wprowadziły nowelę do artykuł 330 kpk. Ogranicza ona prawo pokrzywdzonego – mówił na antenie TVN 24 Giertych.

Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel stwierdził przed siedzibą partii na ul. Nowogrodzkiej, że „nie ma żadnej wiedzy na temat tego postępowania”.

„Taśmy Kaczyńskiego” pod koniec stycznia ujawniła „Wyborcza”. Opublikowaliśmy nagrania rozmów prezesa PiS z Geraldem Birgfellnerem, austriackim biznesmenem, który na zlecenie Kaczyńskiego od maja 2017 do lipca 2018 r. pracował nad projektem budowy dwóch wież, czyli 190-metrowego budynku mającego powstać na działce zajmowanej w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna. Za swoją pracę Birgfellner nie dostał pieniędzy. Gdy nie udało mu się niczego uzyskać w drodze negocjacji, zawiadomił prokuraturę, że został oszukany przez prezesa Kaczyńskiego.

Po dubeltowym zwycięstwie PiS w 2015 r. Platforma miała cztery szanse na wygraną. Trzy już przespała. Dlaczego ma jej się udać teraz, skoro za wszystkie porażki odpowiada ta sama ekipa?

Koniec czerwca, upał, Schetyna w plenerze ogłasza, że Koalicja Obywatelska ma sztab. Przed opozycją najważniejsze wybory od 1989 r. Na czele sztabu staje Krzysztof Brejza, bardzo popularny poseł opozycji. – Temperatura jest gorąca i tak my będziemy pracować. Ciężka praca to jedyna rzecz, którą możemy państwu obiecać – mówi Brejza podczas prezentacji.

Od porażki w wyborach europejskich mija drugi miesiąc. Schetyna rzuca kilka haseł: nowy początek, nowa jakość w polityce, jedność opozycji. Chce zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej kampanii. Oddał ją ludziom odpowiedzialnym za podwójną przegraną Platformy w 2015 r. i w wyborach samorządowych 2018. Zapewnia, że Platforma wyciągnęła wnioski: „Tam gdzie okazaliśmy się słabsi, jutro będziemy dwa razy silniejsi”.

Odsunął autorów słabej kampanii, zapowiadał udział wybitnych fachowców, analizę danych, efektywną strukturę – to, czego brakowało przed majowymi eurowyborami.

Do sztabu Brejzy dołączają Bartosz Arłukowicz, Adam Szłapka, sekretarz Nowoczesnej, Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska.

Szefem sztabu Koalicji Obywatelskiej miał zostać Bartosz Arłukowicz – na fali po brawurowej wygranej w eurowyborach, którą sam sobie wychodził, bez pomocy centralnego sztabu. Szef PO Grzegorz Schetyna nie dał mu szansy, za duże ryzyko, że urośnie mu konkurencja.

Schetyna zbiera komplementy. Postawił się wpływowym działaczom PO, nowe nazwiska zapowiadają, że strategia się zmieni.

„Cygara i wino” na piątym piętrze

Gdy drużyna Brejzy urządza się na czwartym piętrze kamienicy przy Wiejskiej, gdzie PO ma biuro krajowe, działacze zaczynają opowiadać w kuluarach, że Schetyna dał krytykom tylko opakowanie. Ale będzie słuchał tych co zawsze.

Spotykają się piętro wyżej, u Schetyny. Kiedyś był tu gabinet Juliana Tuwima. Na 30 m kw. dwie skórzane sofy, ława, biurko, stół do narad, wielki telewizor. W powietrzu woń cygar. Przewodniczący z wianuszkiem najbliższych ogląda mecze. – Aha, koniecznie napiszcie, że portret Schetyny tam nie wisi – prosi bywalec.

Kampania dopiero się zaczyna. Brejza ma wielkie plany, sądzi, że się uda. Schetyna na spotkaniach wyborczych obiecuje, że KO odbierze PiS większość.

W lipcu Hanna Zdanowska odchodzi ze sztabu obrażona, bo Schetyna wtrącił się w łódzką listę Koalicji. W połowie sierpnia okazuje się, że Brejza ma startować do Senatu, więc przed nim trudna indywidualna kampania. Dwa tygodnie później Kidawa-Błońska zostaje kandydatką KO na premiera. Nie ma już czasu na sztab.

– Sztab Brejzy nigdy nie wystartował. Schetyna nie dał nam szansy. Nie mieliśmy przełożenia na biuro krajowe PO – przyznaje uczestnik kampanii.

Za to piąte piętro jest w formie. Goście szefa PO mają wpływy w strukturach i pieniądze, zaczynają przejmować kampanię. Na oficjalnej liście sztabowców ich nazwisk nie ma. Ale są partyjnymi szychami.

– O wszystkim ostatecznie decydowała góra, „cygara i wino”, ludzie z piątego piętra – mówi człowiek od Brejzy.

Nasi rozmówcy twierdzą, że główne role dostali Piotr Borys, Robert Tyszkiewicz i Mariusz Witczak.

– Ostrzegaliśmy Schetynę, że kampania prowadzona przez tę samą ekipę musi przynieść taki sam efekt, czyli przegraną – mówi „Wyborczej” członek sztabu KO. Błędy to brak autonomii sztabowców, chaos, brak planu, frakcyjne potyczki w samej PO.

– Brejza widział, że sztab jest udawany, a on sam malowany. Bez władzy wykonawczej, bez pieniędzy. Żeby było jasne, on bardzo chciał pracować, ale V piętro nie pozwoliło – irytuje się jego współpracownik. – Po pewnym czasie pojechał do siebie, do Inowrocławia, robić sobie kampanię.

Ekipa Brejzy już widzi, jakie Schetyna dał im role. – Starałem się bywać codziennie, ale nie było rozpisanej strategii, więc wynajdywałem sobie zajęcia – opowiada pracownik sztabu.

Szłapka zajął się banerami kandydatów wywieszanymi przez wyborców. – Ogromny sukces, wisiały na płotach, balkonach, w sumie z pięć tysięcy. W całej Polsce, od Stargardu po Przemyśl i od Zamościa po Poznań – mówi polityk KO. Akurat ten pomysł wolontariuszy piąte piętro zaakceptowało.

Sztab był w rozsypce. Arłukowicz pomagał kandydatom na swoim terenie, Szłapka, Brejza, Nowacka pracowali na swój wynik.

LGBT czyli panika

W kampanii nie wystarczają tylko hasła, ulotki, konwencje, program, chodzenie od drzwi do drzwi. Niezbędny jest precyzyjny plan, który wszystko spina w całość. W tej kampanii nic z tego nie zagrało.

– W najważniejszej kampanii nikt nie powiedział, o co walczymy i po co idziemy, skoro już mieliśmy unikać konfrontacji z PiS – komentuje polityk Koalicji.

Daje przykład związków partnerskich. Gdy PO wzięła hasło na sztandary, w kampanię profrekwencyjną chciały się zaangażować środowiska LGBT. – Ale wtedy Kaczyński już atakował, straszył adopcją dzieci. Co zrobiła PO? Spanikowała, do szuflady poszła karta LGBT, którą wprowadził w Warszawie Trzaskowski. Daliśmy sobie narzucić przekaz, zamiast przestawić akcenty. Nikt przecież nie kazał Schetynie trąbić o LGBT, ale stanąć twardo w obronie wartości. Powiedzieć, że walczy o ludzką godność, o słabszych, o tolerancję – opowiada polityk KO.

Magdalena Środa, Henryka Bochniarz proponowały Schetynie, że włączą ich środowiska w kampanię. Nic z tego nie wyszło.

Na starcie liderzy deklarowali: cała partia bierze się do roboty. Mała aktywność była głównym zarzutem od kampanii europejskiej. Teraz miała rządzić zasada: „Wszystkie ręce na pokład”.

Już na początku kampanii okazało się, że nie wszystkie. – Niektórzy kandydaci nie chcieli zbierać podpisów pod swoją kandydaturą. Wpadali na chwilę z 30 podpisami rodziny i zostawiali wolontariuszy samych – opowiada „Wyborczej” wolontariusz współpracujący ze sztabem KO. – Dawali do zrozumienia, że „ktoś tak znany jak ja” nie będzie przecież stał na ulicy.

Byli też kandydaci obrażeni. Wypadli poniżej oczekiwań, więc nie mieli ochoty zbierać podpisów.

Wolontariusze zostali sami

– Ale ci, którzy umieli wyjść do ludzi, dostali premię: Katarzyna Lubnauer – około 30 tys. głosów, Kamila Gasiuk-Pihowicz – prawie 35 tys., debiutujący Tomasz Zimoch – prawie 48 tys. – słyszymy.

Twitter PO pękał od zdjęć kandydatów krążących po bazarach, ściskających dłonie na ulicach. Uśmiechnięci, zadowoleni. Ale działo się różnie. Bez drobiazgowej strategii kandydaci działali na własną rękę, zwykle bez pomocy finansowej i organizacyjnej. – Kandydat jechał na spotkanie w terenie, a tu nie ma żadnego z lokalnych działaczy PO. Gdyby nie wolontariusze, nie miałby żadnego wsparcia – opowiada „Wyborczej” osoba startująca do Sejmu.

Eksperci zauważają, że KO położyła kampanię w sieci. – Ich strona na FB była martwa, a koalicja z partią, która ma w nazwie słowo „nowoczesność”, nie miała prawa być tak nienowoczesna. Koalicja miała niezłą stronę z kandydatami, ale nie potrafiła ludzi na nią doprowadzić. Sztab nie wykorzystał mediów społecznościowych. A to jeden z najtańszych sposobów przekonywania młodych.

Sztab nie przygotował też niczego mocnego na koniec, a jest to standard każdej kampanii. Czegoś, co wyborcy na długo by zapamiętali, np. jakiś emocjonalny klip. – To pomogłoby zminimalizować straty, jakie ponieśliśmy po wystąpieniu Lecha Wałęsy na konwencji i ujawnieniu taśm Neumanna – twierdzi kandydat KO.

Padł mit Schetyny

Na początku września Schetyna zdołał zaskoczyć PiS: kandydatką KO na premiera jest Kidawa-Błońska. Zrobił z niej liderkę kampanii. Ale politycy KO mówią, że zagrało to w Warszawie, gdzie Kidawa-Błońska zdobyła ponad 400 tys. głosów. Zabrakło czasu, by zmobilizowała kraj. – Idea świetna, ale budowania polityka w nowej roli nie zaczyna się na chwilę przed wyborami. Kidawa-Błońska powinna być promowana od miesięcy, ściskać ręce, spotykać się z liderami opinii, a nie widziałem jej na kongresie w Krynicy – mówi osoba związanaz PO.

Sztabowiec od Brejzy: – Ludzie przewodniczącego PO pracowali z kilkoma specami od kampanii, nie bywaliśmy na tych spotkaniach. Mieli badania, ale ich nie dostaliśmy. Wiedzieliśmy ogólnie, że Schetyna jest słabo odbierany. Może nie chcieli, żebyśmy widzieli jego problem wizerunkowy? Nie mam pojęcia. W sprawie marszałek Kidawy-Błońskiej nie było konsultacji ze sztabem, wspólnej szerszej akcji. Zdecydował Schetyna, my zostaliśmy poinformowani.

Pytamy Mariusza Witczaka, czy wpływał na sztab. – Ja? To kłamstwo.

Piotr Borys: – W jakiejś części miałem wpływ na sztab, bo jestem szefem biura krajowego i odpowiadam za partyjne eventy. Kampania była poprawna, został zrealizowany plan minimum, czyli 27,4 proc. w wyborach do Sejmu i odebranie Senatu.

Obrońcy przewodniczącego mówią, że przegrali przez d’Hondta, system liczenia głosów premiujący największe komitety. Wyborców opozycji jest o blisko milion więcej. Gdyby więc nie trzy komitety…

– A co mają powiedzieć? Że w KO położyli kluczową kampanię? – zżyma się polityk opozycji.

– Za czasów Sławka Nowaka w sztabie było łóżko polowe, bo pracowaliśmy non stop. Teraz sztab nie spotykał się nawet dwa razy dziennie – mówi inny. – Dla mnie padł mit Schetyny jako świetnego organizatora.

Cztery hasła, i to słabe

Jeden z fundamentalnych błędów marketingowych to aż cztery hasła, i to przy kampanii rekordowo krótkiej: „Jutro może być lepsze”, „Uzdrowimy Polskę”, „Współpraca, nie kłótnie”, „Silni razem”. Efekt? Dezorientacja. Na konwencji w połowie lipca Koalicja wysunęła hasło „Uzdrowimy Polskę”, potem na banerach i plakatach uwodziła wyborców sloganem „Jutro może być lepsze”, ale na Facebooku hasło Małgorzaty Kidawy-Błońskiej głosiło: „Współpraca, nie kłótnie”.

Pozbawiony władzy sztab oganiał się od wszystkich, którzy chcieli pomóc. Władysław Frasyniuk opowiada „Wyborczej”, że sam się zgłaszał. Nie chcieli. Podsyłał sztabowi ludzi, którzy mieli pomysły, czas i którym się chciało walczyć o zwycięstwo. Sztab nie był zainteresowany.

Z naszych informacji wynika, że już na początku rządów PiS w 2016 r. w Platformie istniał plan spójnej strategii na cztery elekcje – samorządową, europejską, parlamentarną i prezydencką. Wszystkie kampanie łączyło jedno hasło z lekką modyfikacją zależną od rodzaju wyborów. Kolejne kampanie miałyby własne tematy, które potem można zebrać w całość, pokazać program i wartości, do których PO przekonuje Polaków w każdych wyborach.

Latem 2018 r. spisaną strategię na cztery kampanie wyborcze dostał do ręki Schetyna. Pochwalił, ale szybko odłożył na półkę. Żaden z jego współpracowników nie potrafi wyjaśnić dlaczego.

Kim są Borys, Tyszkiewicz i Witczak?

Piotr Borys, człowiek z wrocławskiego matecznika przewodniczącego, w PO zrobił błyskotliwą  karierę od asystenta, przez wicemarszałka Dolnego Śląska, eurodeputowanego, doradcę od dyplomacji samorządowej w czasach,  gdy Schetyna rządził MSZ.

O Robercie Tyszkiewiczu mówią w PO: „od zawsze schetynowiec”, sekretarz generalny PO, baron na Podlasiu, w 2015 r. kierował sztabem wyborczym Bronisława Komorowskiego.

Mariusz Witczak, skarbnik PO, od 2016 r. trzyma partyjną kasę i na co dzień jest najbliżej przewodniczącego. Z tego, co słyszymy, to on miał najwięcej do powiedzenia. Ludzie od Brejzy opisują: – Rano sztab podejmował decyzje, po południu Witczak je blokował.

Przykład – akcja lekarzy, którzy mieli specjalnymi autobusami ruszyć w Polskę. Koalicja mogła zarobić na tym kilka punktów, bo zapaść w służbie zdrowia  to temat nośny i niewygodny dla PiS.  – Witczak akcję odwołał – opowiadają nam członkowie sztabu.

Władysław Frasyniuk: partia przegrała, obywatele nie zawiedli

– Koalicja Obywatelska nie zrobiła porządnej kampanii wyborczej. Znowu. Ale obóz anty-PiS zgarnął blisko milion głosów więcej. To fenomen – mówi „Wyborczej” Władysław Frasyniuk. – Widzę trzy przyczyny. Po pierwsze, Nobel dla Tokarczuk to był największy zastrzyk adrenaliny, żaden polityk nie potrafi tak opowiadać o współczesnym patriotyzmie jak ona. Po drugie, niebywałe zaangażowanie twórców i celebrytów, w tym raperów, co miało znaczenie zwłaszcza dla młodych. Po trzecie, zawsze można liczyć na Kaczyńskiego, który swoimi planami wykreowania nowego człowieka i napiętnowania wrogów zmobilizował wielu Polaków.

W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.

Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.

Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy.

Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.

A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.

Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?

Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.

Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”.

PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.

Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szwedzka Akademia Nauk doceniła Olgę Tokarczuk  za „narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Jak relacjonuje RMF FM Classic, pisarka w trakcie poniedziałkowego spotkania z czytelnikami zdradziła, że już od dłuższego czasu pracuje nad kolejną powieścią:

Mam rozpoczętą nową książkę, tylko od jakiegoś czasu nie mam kiedy do niej wrócić; ta książka wszystkich zaskoczy.

Jak nas zaskoczy? I na to miała gotową odpowiedź:

Na poziomie literackim, głębokiego kontekstu literackiego, do którego ta nowa książka nawiązuje.

Wiemy także, że premiera najnowszej powieści jest zaplanowana na przyszły rok, prawdopodobnie odbędzie się jesienią.

Setki ludzi pod wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. To kolejka po wejściówki na spotkanie z Olgą Tokarczuk

Jak z kolei relacjonuje Onet, pisarka ma też obawy, że czytelnicy będą mieli „niesamowite oczekiwania” wobec jej kolejnych powieści. Także do samego Nobla ciągle podchodzi z rezerwą:

Cieszę się, że dostałam tę nagrodę jako osoba młoda i mogę jeszcze porządzić. (…) Nie mogę ciągle powiedzieć o sobie „noblistka” – to dla mnie ciągle Wisława Szymborska.

Olga Tokarczuk na pierwszej konferencji prasowej, która odbyła się po ogłoszeniu, że zdobyła Nobla, tłumaczyła dziennikarzom, dlaczego literatura jest dziś potrzebna:

Ja uważam, że powieść jest jednym z największych wynalazków człowieka, być może porównywalnym do wynalezienia koła albo maszyny parowej. Bo jest to bardzo wyrafinowany sposób komunikacji międzyludzkiej. Taki, który nie opiera się na przekazywaniu wprost informacji o jakichś faktach, ale komunikuje nas na dużo głębszym poziomie.

Co najważniejsze:

A przede wszystkim uczy nas empatii. Dzięki powieści możemy przez jakiś czas w swoim życiu żyć życiami innych ludzi. Stać się po prostu kimś innym i popatrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

Nic dziwnego, że jej zdaniem powieści wcale nie odchodzą do lamusa:

I nie wierzę w koniec powieści, ja myślę, że powieść po prostu zmienia formę. Ta forma się dostosowuje do współczesnego czasu, do tempa życia, do wrażliwości. (…) Od kiedy wynaleźliśmy już tę powieść jako społeczeństwo czytające, (…) to ona przetrwa, tylko musimy szukać nowych form powieści.

Zwróciła uwagę, że sama podjęła taką próbę. „Jedną z takich prób, na którą ja się odważyłam to byli właśnie „Bieguni”, czyli szukanie opowiadania o tym, co nas otacza, o tym, jak my w tym istniejemy, ale na innych zasadach, w inny sposób. Wtedy wymyśliłam sobie tę powieść konstelacyjną i jeżeli mogę dobrze ocenić powodzenie tej powieści, to zdaje się, że ta forma działa”. I jak potwierdziła w poniedziałek, takiej nowatorskiej formy możemy się spodziewać po jej następnej książce.

Kościoły i smog. Tragizm Polski

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt, który zawiera kontrowersyjne przepisy. Jak mówiła w TOK FM, statystyki jednoznacznie pokazują, jak bardzo potrzebna jest w Polsce edukacja seksualna.

– „Różaniec jak kastet. Jeśli Episkopat nie wystąpi przeciwko użyciu symbolu religijnego do propagandy neofaszystowskiej, będzie to oznaczało, że sam używa tych symboli instrumentalnie i nimi pomiata” – tak jeden z internautów skomentował opublikowany przez narodowców motyw przewodni kolejnego Marszu Niepodległości. Przejdzie on ulicami Warszawy 11 listopada.

W tym roku hasłem marszu będą słowa z pieśni ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej: „Miej w opiece naród cały”. W internecie organizatorzy umieścili plakat, który ma zachęcać do udziału w marszu. A na nim widać zaciśniętą pięść oplecioną różańcem, który do złudzenia przypomina kastet.

– „Różaniec jako kastet. Wielu moich znajomych mocno zaangażowanych katolików trafnie rozjechało już ten idiotyzm. Wobec tej oczywistej obrazy uczuć religijnych nasz Episkopat oczywiście będzie milczał (bo boi się silnych, wojowniczy jest wobec słabych), ale mi gdy na to patrzę bardziej niż reakcja, której nie będzie, po głowie chodzi dzisiejsza Ewangelia. Jezus wysyła w niej uczniów, jak „owce między wilki”. Nie jak „wilki między owce. Różnica poważna, ale nie do wszystkich, jak widać, przez te 2 tysiące lat dotarł” – napisał na swoim profilu facebookowym Szymon Hołownia.

Pomysł skrytykowała także prawicowa blogerka Kataryna. – „Ten kto wpadł na pomysł wpisania różańca w symbol „white power” bardzo brzydko się bawi” – napisała na Twitterze.

Szykuje się przewrót w PO. Młodzi posłowie chcą odebrać partię G. Schetynie. Polecam tekst Renaty Grochal w najnowszym „Newsweeku”, który już dziś można przeczytać tutaj

newsweek.pl/schetyna-strac

– „Pan Horała w Polsacie świetnie się bawi mówiąc, że ha ha pan Banaś to ma tylko zarzuty od dziennikarzy śledczych TVN ha ha ha… Tak, pan Horała przewodniczył komisji VAT” – skomentowała jedna z internautek dzisiejszy występ posła PiS.

Jednak nie po raz pierwszy ten poseł PiS zachowuje się – eufemistycznie rzecz nazywając – przedziwnie. „We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”.

– „Wszak naczelnik państwa, a mentor Horały powiedział kiedyś: „Nikt nam nie powie że białe jest białe a czarne jest czarne”. A chłop ufa mentorowi bezgranicznie…”; – „Swoją drogą,, jakie trzeba mieć poczucie humoru, żeby swoją partię nazwać Prawo i Sprawiedliwość, a rządy dobrą zmianą” – pisali o zachowaniu Horały internauci.

A wracając jeszcze do samego Horały. Ma on ponoć w nowym rządzie zostać ministrem infrastruktury. O takich planach pisze „Nasz Dziennik” wydawany przez fundację Tadeusza Rydzyka.

– „Do niedawna myślałem, że „krótka ławka” w PiS-ie sprawia, że nominacje na urzędy wszelakie są więcej, niż groteskowe. Przykład Pana Horały zatrwożył mnie i zasmucił. Oni tam w ogóle ławki nie mają…”; – „Dla Horały powinni specjalnie stworzyć Ministerstwo Żenady”; – „Skoro już tak się stoczyliśmy, to niech PiS powoła kilka arabów z Janowa na senatorów, żeby mieć większość. Przy ministrze Horale nikt nie zauważy, że konie głosują na cztery ręce…” – komentowali internauci.

Państwo mafijne PiS.

Elektorat PiS uwierzył, że budżet państwa ma nieograniczone możliwości. Tymczasem w gospodarce idą ciężkie czasy.

Główną przyczyną niespodziewanych sukcesów Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich czterech latach jest gospodarka. W 2015 roku, gdy PiS przedstawiał swoje obietnice socjalne, mało kto przewidywał, że koniunktura potrwa tak długo, a gospodarka okaże się odporna na populistyczną politykę partii rządzącej. Przypomnijmy, że nawet Mateusz Morawiecki ostrzegał, że program 500+ finansowany będzie długiem, który będzie spłacać przyszłe pokolenie. Prognozy większości instytutów naukowych przewidywały, że w 2017, a najpóźniej w 2018 roku wzrost gospodarczy spadnie, zwłaszcza, że w 2016 roku przedsiębiorcy wstrzymali się z inwestowaniem.

Także wyborcy nie bardzo wierzyli, że będą pieniądze na obietnice PiS. Pod koniec 2016 roku rządząca partia miała poparcie nieco przekraczające 30 proc., a suma poparcia dla Nowoczesnej i PO wynosiła 35 proc. Słupki PiS zaczęły rosnąć, gdy okazało się, że gospodarka jest w dobrym stanie, a budżet jest stabilny mimo rosnących transferów socjalnych.

Wprawdzie rząd wycofał się z kilku pomysłów – nie było podniesienia kwoty wolnej od PIT do 8 tys. zł, przewalutowania kredytów frankowych, darmowych leków dla osób starszych, a przede wszystkim nie zostały zrealizowane szumnie zapowiadane obietnice wielkich inwestycji państwowych, ale transfery pieniężne – 500+, „trzynasta emerytura” – dały PiS-owi poparcie ponad 40 proc. elektoratu.

PiS rzecz jasna twierdzi, że utrzymujący się wysoki wzrost gospodarczy to jego zasługa, choć nie jest w stanie pokazać działań, które wzrostowi pomagały. Wprawdzie transfery socjalne pozwoliły zwiększyć konsumpcję, ale to działa tylko na krótką metę. Nie było działań propodażowych. Przeciwnie – wprowadzane regulacje przeszkadzały gospodarce (zakaz handlu w niedziele, ograniczenie działalności aptek, podatek bankowy) i zniechęcały do dłuższej pracy (obniżenie wieku emerytalnego, wypchnięcie z rynku pracy tysięcy kobiet).

Gospodarce pomogli imigranci zarobkowi – setki tysięcy przybyszów z Ukrainy, Białorusi, Nepalu i Bangladeszu. PiS na szczęście nie zrealizował zapowiedzi zamknięcia Polski na imigrację, choć też w żaden sposób jej nie sprzyjał. Napływ Ukraińców był znacznie większy, niż przewidywano, w dużej mierze na skutek wojny w tym kraju. Azjaci zostali ściągnięci przez przedsiębiorców, który odczuwali brak rąk do pracy. Bez fali imigrantów wzrost gospodarczy byłby o jakiś 1 punkt procentowy niższy, gorsza byłaby sytuacja ZUS i budżetu.

Polska jako kraj o niższych kosztach pracy jest beneficjentem outsourcingu – przenoszenia fabryk i centrów usługowych z państw bogatszych. Dlatego choć u naszego najważniejszego partnera handlowego – Niemiec – zaczyna się recesja, w Polsce gospodarka wciąż rośnie. Podobnie było w czasie głębokiej recesji 2009 roku. Korporacje, szukając oszczędności, przesuwały produkcję do krajów tańszych, między innymi Polski.

Nie ma jednak możliwości, by utrzymał się wysoki wzrost, gdy jedynym jego motorem jest konsumpcja. Działania rządu są nieprzyjazne dla biznesu – wkrótce większość przedsiębiorców płacących VAT obejmie mechanizm podzielonej płatności, co ograniczy ich płynność. Mogą też stracić swoje przedsiębiorstwa, gdy wejdzie w życie ustawa o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione. Zresztą Jarosław Kaczyński jawnie zapowiedział, że będzie dążył do wymiany elit biznesowych, czyli usunięcia części przedsiębiorców obecnie czynnych i zastąpienia ich ludźmi związanymi z PiS-em.

Trudno utrzymać stabilny wzrost w kraju, w którym instytucje słabo działają. Według najnowszego raportu World Economic Forum „The Global Competitiveness Report” Polska utrzymała 37. miejsce pod względem konkurencyjności na 141 ocenianych gospodarek. Wyraźne pogorszenie nastąpiło w kategorii jakość instytucji. Zajmujemy tu 60. miejsce.

Spadek na 118. miejsce nastąpił w podkategorii niezależność sądownictwa, zaś w podkategorii skuteczność ram prawnych w regulacjach zajęliśmy dopiero 121. miejsce, czyli blisko końca. Źle wypadamy pod względem: ciężarów regulacyjnych nakładanych przez państwo (miejsce 113.), skuteczności prawa w rozwiązywaniu sporów (miejsce 107.), ochrony praw własności (miejsce 90.), stabilności polityki rządowej (miejsce 123.) i długookresowej wizji rządu (miejsce 102.).

To, że ekonomiści wcześniej się pomylili, gdy przewidywali załamanie gospodarki w roku 2018 lub 2019, nie oznacza, że ono nie nastąpi – raczej wcześniej niż później. To uruchomi całą falę problemów, przed którymi stanie rząd PiS. Wyższa inflacja na krótką metę zwiększy dochody budżetu, ale na dłuższą zwiększy też wydatki. NBP będzie musiał podnieść stopy procentowe, by inflacja nie wymknęła się spod kontroli, co zwiększy wydatki na obsługę długu. Beneficjenci 500+ wkrótce się zorientują, że ich dochody z zasiłków socjalnych realnie spadają, i zażądają indeksacji, a słabnąca gospodarka nie da budżetowi wystarczających dochodów.

Wyborcy PiS, przekonywani dotychczas, że rząd ma na wszystko pieniądze, będą rozczarowani, a ich rozbudzone apetyty nie dadzą się łatwo pohamować. W czasie rządów PO-PSL (2008-15) średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 44,9 proc., a realnie o 21 proc. Wybudowano setki kilometrów autostrad i dróg, bezrobocie, które w czasie spowolnienia gospodarczego w latach 2009-13 rosło, w ostatnich dwu latach rządów PO-PSL spadło o 3,5 punktu procentowego. Ale apetyty były większe niż możliwości ich zaspokojenia, więc w 2015 roku Platforma przegrała.

PiS będzie musiał według słów Mateusza Morawieckiego „wygaszać oczekiwania” społeczeństwa, co jest znacznie trudniejsze niż rozbudzanie apetytów. W dodatku będzie to musiał robić w warunkach politycznych znacznie trudniejszych niż dotychczas.

Okazuje się, że ani podlizywanie się prezesowi, ani ślepe posłuszeństwo już nie gwarantują kariery.

Przed wyborami Jarosław Kaczyński żył w świecie własnych urojeń i iluzji podsycanych przez spin doktorów z jego otoczenia. Chyba naprawdę wierzył, że PiS zwycięstwo ma w kieszeni, a pytaniem jest tylko jego skala. Czy uda się zdobyć większość pozwalającą obalić weto prezydenckie? A może wręcz – kto wie – większość konstytucyjną? Wynik wyborów – dla ludzi trzeźwo myślących łatwy do przewidzenia – przyniósł mu srogi zawód. Jak to, tylko tyle nam daliście?! Przecież zasługujemy na więcej.

Nie tylko Jarosław Kaczyński doświadczył tego rozczarowania. Zawiedli się też ci, którzy ślepo podążali za wodzem, wierząc, że prowadzi ich od jednego oszałamiającego sukcesu do kolejnego. „Trzymajmy się z Kaczyńskim, on wie, co robi” – myśleli, zatykając uszy na wszelkie argumenty. Odwracając oczy od ewidentnych naruszeń prawa i standardów przyzwoitości. Zatykając nosy, by nie czuć moralnej zgnilizny. „Nie ciesząc się”, ale głosując za ustawami sprzecznymi z Konstytucją.

Tak działa psychologia systemu wodzowskiego – dopóki wódz odnosi sukcesy, dopóki roztacza aurę chwały i triumfu, dopóty tłum ochoczo drepcze za nim, bijąc brawo i rywalizując o to, by znaleźć się jak najbliżej umiłowanego przywódcy. Gdy jednak dobra passa się kończy, w szeregi obozu wkrada się zwątpienie, a gumowe kręgosłupy sztywnieją. Zaczadzeni entuzjazmem zaczynają trzeźwieć i dyskretnie rozglądać się na boki, wypatrując wyjścia ewakuacyjnego. Bo jakby co…

Dziś właśnie znaleźliśmy się w tym miejscu. Nie tylko strata Senatu okazała się zimnym prysznicem. Indywidualne losy takich ludzi jak Stanisław Piotrowicz, który nie załapał się do Sejmu, pokazały, że wierność Kaczyńskiemu nie gwarantuje kariery. Ten sam los spotkał Annę Sobecką, Bernadetę Krynicką i Krzysztofa Czabańskiego. Ba, do Senatu nie wszedł nawet ojciec prezydenta Jan Duda.

Szczególne znaczenie może mieć porażka w wyborach byłego posła Zbigniewa Gryglasa, który w poprzedniej kadencji został wybrany z ramienia Nowoczesnej, ale później przeszedł do PiS. Teraz nie dostał się do Sejmu – i to niewątpliwie będzie nauczką dla jego potencjalnych naśladowców. Przy ocenie korzyści i strat płynących z przyjęcia politycznej łapówki punktem odniesienia nie jest już tylko wicemarszałek województwa śląskiego Wojciech Kałuża, platformerski renegat, za którego sprawą to województwo przypadło PiS-owi, lecz także były poseł Zbigniew Gryglas, który znalazł się na lodzie.

W tym samym czasie gruchnęła sprawa Mariana Banasia, który tym, że odmówił podania się do dymisji, okazał nieposłuszeństwo prezesowi. A prezes nic nie może na to poradzić. Co więcej, nie tylko jest to demoralizujący przykład indywidualnej niesubordynacji, lecz także można przypuszczać, że pozostanie Banasia na stanowisku oznacza dla PiS utratę politycznej kontroli nad NIK. Jest prawdopodobne, że prezes Izby będzie teraz próbował się podlizywać opozycji, licząc na łagodniejsze potraktowanie, gdy już przestanie mu przysługiwać immunitet.

Z obozu „dobrej zmiany” dochodzą pierwsze trzaski sygnalizujące, że niedawny monolit monolitem być przestaje. Oto Jarosław Gowin zapowiada, że jego posłowie (których teraz ma więcej niż w poprzedniej kadencji) nie zagłosują za ustawą znoszącą w składkach ZUS barierę tzw. 30-krotności. To problem dla premiera Morawieckiego i dla budżetu państwa. Oto Zbigniew Ziobro, który teraz też ma więcej posłów niż w poprzedniej kadencji, domaga się dodatkowych tek w rządzie i stanowiska wicepremiera dla siebie…

W szeregi karnego wcześniej obozu wkraczają chaos, rywalizacja i niesubordynacja. A mit niezwyciężonego Prezesa Tysiąclecia, który prowadzi swój lud ku władzy i chwale, zaczyna się kruszyć.

Oczywiście Kaczyński będzie dokładał starań, by zatrzeć to wrażenie, możemy więc z jego strony spodziewać się kroków brutalnych, mających ratować jego wizerunek. Jednak jeśli nawet będzie to bolesne dla opozycji, społeczeństwa obywatelskiego i polskiego państwa prawa, miejmy świadomość, że apogeum PiS-owskiego autorytaryzmu jest już za nami. Weszliśmy w jego okres schyłkowy.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szczęsny, Tokarczuk, Tusk, Sterczewski – pozytywne postaci przeciw szambu pisowskiemu

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Pisowski ksiądz z dzieckiem, prezesa wynurzenie z szamba i kontroler z NIK, właściciel burdelu

BEATA I MAŁOLATA

Jeśli matka powie swojej 17-letniej córce o tym, co to jest prezerwatywa i że niekoniecznie używa się jej podczas balu maskowego, może dostać pięć lat więzienia. Takie kary za „edukację seksualną skierowaną do osoby poniżej 18 roku życia” przewiduje popierany przez PiS projekt, fałszywie przedstawiany jako oręż do „walki z pedofilią”.

Ciekawe, co na ten temat powie Beata „Brocha” Szydło, której syn ksiądz, jak głosi internetowa „wieść gminna”, uwiódł 16-letnią parafiankę i zrobił jej dzidziusia?

W rodzinie Szydło pewne zamieszanie, ale przecież z księdzem to nie grzech, a poza tym jaka radość, bo w Brzeszczach urodzi się kolejny wyborca PiS! Może Prezes, dla ocieplenia swego wizerunku zgodzi się być matką chrzestną potomstwa?

JANUSZ W RUI

Zakała polskiej polityki Janusz Korwin Mikke, po latach wraca do parlamentu i to w otoczeniu dziarskiej młodzieży. Gdy po ogłoszeniu wyników wyborów TVN nadawał relacje z siedziby Konfederacji, byłem przekonany, że to jest jakiś reportaż z przedszkola.

Korwin, aby się przypodobać kibolom zamienił muszkę na szalik, ale własnego wieku i tak nie przeskoczy i to choćby miał żonę w wieku własnej wnuczki. Korwin wśród narodowców wygląda jak stara opiekunka do dzieci na spacerze z podopiecznymi. Korwin już taki jest, po prostu lubi, gdy pcha go młodzież.

ZA MAŁO WAZELINY!

Odlot w stylu PiS! Weteran opozycji z lat 80. Krzysztof Wyszkowski oskarżył w Internecie szefa TVP Jacka Kurskiego o to, że PiS nie zdobył większości konstytucyjnej w sejmie. Wyszkowski liczył na 350 posłów, a tymczasem się nie udało. W opinii Wyszkowskiego winna jest PUBLICZNA telewizja. No to pięknie! Nikt już nawet nie udaje, że materiały TVP to rzetelna robota dziennikarska, bo wiadomo, że moloch z Woronicza, to utrzymywane z naszych podatków i abonamentu Ministerstwo Propagandy Rządu, ale jak widać dla niektórych szpakowatych jastrzębi, wazeliny i agitki było jeszcze za mało.

Wniosek? Prezesie Kurski! Zwiększyć smarowanie, bo się machina zacina.

ZAKUPY TRWAJĄ

PiS zatkał się w senacie. Nie ma tam większości i próbuje przekupić stanowiskiem oraz pieniędzmi posłów z opozycji do przejścia w szeregi Jedynej Słusznej Partii. Zakupy idą szerokim frontem. Podobno jednemu obiecali ministerstwo, drugiemu burdel po Banasiu.

ANTONI NA POWIERZCHNI

Po raz setny z piwnicy wyszedł (ukrywany tam na czas wyborów) Antoni Macierewicz. Po otrzepaniu piwnicznej pleśni, Antoni i jego topowy produkt rozrywkowy, czyli Komisja Smoleńska Fun Company ruszą zapewne jak ferrari na wiejskiej autostradzie pod Lubartowem.

Na zakończenie środowego 86 posiedzenia Sejmu VIII kadencji marszałkini Elżbieta Witek i wicemarszałek Stanisław Tyszka podziękowali posłom za pracę.

„Chciałbym przeprosić obywateli za to, że może nie do końca są zadowoleni ze swoich pracowników, czyli nas (posłów) i wyrazić nadzieję, że może uda się poprawić jakość pracy Sejmu i jego wizerunek w przyszłej kadencji” – mówił samokrytycznie Tyszka.

Jakie konkretne zdarzenia z minionej kadencji Sejmu wzbudziły refleksję odchodzącego wicemarszałka – nie wiemy. Wszystkie kompromitacje z pewnością nie zmieściłyby się w jednym artykule. Wśród posłów, za których zachowanie niewątpliwie należałoby przeprosić, palmę pierwszeństwa przyznać należy „szaremu posłowi”, który nawet na wczorajszym posiedzeniu popisał się pychą, lekceważeniem i pogardą,  opuszczając salę obrad w momencie, gdy na mównicy pojawił się jeden z Prezesów Sądu Najwyższego

Wejścia i wyjścia stały się w czasie VIII kadencji, specjalnością poruszającego się nawet po korytarzach sejmowych, w towarzystwie uzbrojonego ochroniarza – „emerytowanego zbawcy narodu”.

Wchodzi do Sejmu drzwiami przeznaczonymi dla Marszałka po czym, wkracza na mównicę, kiedy tylko chce – bez żadnego trybu i obraża posłów opozycji, by w końcu ostentacyjnie wyjść z sali, w czasie gdy czci się pamięć Wajdy, Szczęsnego czy Adamowicza.

Jest więc za co przepraszać, bo takiego pokazu buty, chamstwa i arogancji jeszcze nie było w historii naszego parlamentaryzmu.

Nie mogę się doczekać chwili, kiedy wyjdzie…  zatrzaśnie za sobą drzwi i już nie wróci!!!

czyli żul z gigantycznym majątkiem, pochodzącym cholera wie skąd, wmieszany w prowadzenie burdelu stoi na czele, uwaga, Najwyższej Izby Kontroli, a czytam tu, że włosy są rwane z głowy bo się tańczy przed kościelnym budynkiem, uwaga, w rocznicę wyboru Wojtyły na papieża…

„W czwartek przystąpiłem do wykonywania konstytucyjnych i ustawowych obowiązków w NIK; będę bronił niezależności i bezstronności Najwyższej Izby Kontroli jako naczelnego organu kontroli państwowej” – zapowiedział Marian Banaś.

Szef NIK, który dotychczas przebywał na bezpłatnym urlopie, pojawił się dziś w siedzibie Najwyższej Izby Kontroli. Poinformował o tym w komunikacie przekazanym PAP.

W ostatnich dniach, jeszcze przed wznowieniem posiedzenia Sejmu w tym tygodniu, pojawiły się sprzeczne informacje związane z ewentualną dymisją Banasia – jakoby szef NIK miał ją złożyć osobiście. Jednak Izba zdementowała te doniesienia medialne. CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia.

Jak czytamy w portalu GW, postępowanie obejmowało oświadczenia majątkowe złożone w latach 2015-2019. Teraz CBA prowadzi czynności pokontrolne. Zgodnie z prawem, kontrolowany może złożyć teraz zastrzeżenia do protokołu kontroli, ma na to siedem dni.

Formalnie, jeśli szef NIK sam nie złoży rezygnacji, Sejm może go odwołać tylko w wyjątkowych sytuacjach, m.in. jeśli z wyniku choroby zostanie uznany za trwale niezdolnego do pełnienia funkcji lub zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo.

– „Ależ to jest fajne – PiS wsadził Banasia do NIK, a teraz nie chce mieć z tym nic wspólnego!” – napisał na Twitterze jeden z internautów. Trudno się z nim nie zgodzić, kiedy słyszy się choćby wypowiedź Joachima Brudzińskiego, europosła PiS i szefa kampanii wyborczej tej partii.

– „Wierzę, że prezes NIK Marian Banaś w sytuacji, w której okazałoby się, że są poważne zastrzeżenia i zarzuty wobec niego, zachowa się tak, jak trzeba. Prezes NIK pracuje już na swój wizerunek” – powiedział Brudziński. Dziennikarze zapytali europosła o doniesienia „Rzeczpospolitej”, która napisała, że Marian Banaś miał złożyć dymisję, ale „postawił się”. – „Nie wiem, co to znaczy „postawił się”, bo pan Marian Banaś nie jest członkiem PiS i z tego co wiem nigdy nie był” – odpowiedział Brudziński. Stwierdził także, że „nie ma takiej wiedzy, aby ktoś z kierownictwa partii, czy pan premier, czy prezes w tej sprawie z panem prezesem Banasiem rozmawiał i takie oczekiwania stawiał”.

– „W sytuacji, w której funkcjonuje takie prawo jak obecnie, możliwości odwołania prezesa NIK są naprawdę właściwie niemożliwe. Trzeba by tu zmieniać prawo. Jak sytuacja by tego wymagała, to absolutnie takich działań nie wykluczam” – dodał Brudziński.

– „Pan Brudziński jest w głębokim błędzie, otóż pan Banaś pracuje na wizerunek PiS, bo to PiS wsadził go na stanowisko prezesa NIK i PiS ponosi za to odpowiedzialność”; – „Kim jest Banaś dla PiS? Od dziś: NIKim”;  – „A to nie jest według takiego scenariusza: To my Cię teraz tak na niby wezwiemy do rezygnacji, ty powiesz, że zarobiony jesteś. My wzruszymy ramionami, bo co tu można zrobić. A za miesiąc jakoś się uklepie i ludzie zapomną?”; – „Ewolucja banasiowa. Wczoraj – Banaś to kryształ Dzisiaj – Banaś nie jest z PiS i działa na własny rachunek Jutro – Banaś? Coś słyszałem, ale nie znam człowieka” – komentowali internauci.

Dodajmy tylko, że Marian Banaś do kręgu bliskich współpracowników braci Kaczyńskich należał jeszcze w epoce Porozumienia Centrum, poprzedniczki PiS. Doradzał też Antoniemu Macierewiczowi jako szefowi MSW w rządzie Jana Olszewskiego. A w obecnie urzędującym rządzie PiS najpierw był wiceministrem, a potem ministrem finansów. Głosami posłów i senatorów PiS został powołany na szefa NIK.

Po dokonaniu analizy doniesień medialnych oraz wyjaśnień złożonych na posiedzeniu plenarnym KRS przez sędziów KRS, Rada przyjmuje, że nie ujawniono w dostępnych i analizowanych źródłach wypowiedzi sędziów członków KRS, które pozwalałyby na sformułowanie wobec nich zarzutów naruszenia prawa, ślubowania sędziowskiego ani zasad etyki sędziowskiej” – brzmi przyjęte w czwartek przed południem stanowisko Krajowej Rady Sądownictwa.

Jednocześnie potępiła ona i uznała za naganne zachowanie sędziego, który mając uzasadnione podejrzenie czynu naruszającego prawo i zasady etyki sędziowskiej przez innego sędziego, poinformował o tym media bez jednoczesnego zawiadomienia organów ścigania. W stanowisku Rada podkreśliła, że uważa za naganne zachowanie sędziego, który uczestniczy w zorganizowanej akcji insynuacji i fałszywych oskarżeń – czytamy w portalu Polsat News.

Przypomnijmy: chodzi o członków KRS Jarosława Dudzicza, Macieja Nawackiego i Dariusza Drajewicza, którzy mieli brać udział w koordynowanej w resorcie akcji dyskredytowania i hejtowania sędziów sprzeciwiającym się zmianom w sądownictwie. Proceder ten opisał w sierpniu portal Onet.

Zaangażowany miał być w niego m.in. także ówczesny wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz Tomasz Szmydt z biura prawnego Rady. Po medialnych doniesieniach o kontaktach Piebiaka z kobietą o imieniu Emilia, która miała prowadzić akcje dyskredytujące za wiedzą wiceministra, podał się on do dymisji. Z kolei sędzia Szmydt został odwołany z funkcji dyrektora i czasowo odsunięty od orzekania przez prezesa WSA, a następnie przywrócony do obowiązków przez Sąd Dyscyplinarny NSA.

Tymczasem do działania przystąpił także minister Zbigniew Ziobro, tyle że wcześniej. Dziesięć dni po pierwszych tekstach o działalności hejterskiej sędziów, czyli 29 sierpnia 2019 r. bez rozgłosu podjął decyzję w sprawie zespołu, który zajmował się dyscyplinarkami dla niepokornych sędziów. Dlaczego? Otóż większość sędziów uczestniczących w procederze oczerniania innych sędziów była także członkami tego zespołu.

Minister sprawiedliwości powołał go 10 września 2018 r. na mocy zarządzenia, pod kierownictwem wspomnianego Łukasza Piebiaka. Nazwano go „zespołem do spraw czynności Ministra Sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych”.

Jak czytamy w portalu GW, początkowo chciano, aby zajął się weryfikacją sędziów nadal aktywnych zawodowo, a w przeszłości orzekających w sprawach politycznych. Wkrótce jednak poszerzono zakres zainteresowań specgrupy tak, aby zajmowała się wszystkimi sędziami, których zachowania naruszały zasady etyczne. Decyzją Ziobry zespół został rozwiązany.

Prezes PiS jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać.

Słabość Jarosława Kaczyńskiego to coś, co widzimy niezwykle rzadko. Szef PiS konsekwentnie nosi maskę stratega i ojca narodu, spod której jego prawdziwa natura wyziera niezwykle rzadko: jak wtedy, gdy krzyczał o zdradzieckich mordach i posłowie PiS musieli otoczyć go szpalerem, żeby ukryć przed społeczeństwem jego gniew i histerię oraz jak dziś, po wyborach, kiedy niezadowolenie, irytacja i frustracja widoczne były w każdym niemal słowie i geście pierwszego powyborczego przemówienia.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać. Jeśli im się uda, zmieni się nie tylko układ sił w Prawie i Sprawiedliwości, ale (także z tego powodu) układ sił politycznych i sytuacja w Polsce. I pierwsze tego symptomy już się pojawiły.

Wybory nie przebiegły tak jak chciał PiS. Udało się zdobyć tyle samo mandatów co cztery lata temu, ale zważywszy na ilość wydanych kosztem zadłużania Polski pieniędzy, zmasowaną, nachalną, łamiącą wszelkie standardy propagandę TVP, liczbę nadużyć i przypadków złamania czy obejścia prawa przez członków i nominatów PiS, skalę kompromitacji tego ugrupowania wewnątrz i na zewnątrz Polski, nie jest to wynik, z którego PiS może się cieszyć.

Mówiąc najprościej: najgorsze już zrobiono. Upodlono kraj i własną partię, wyrzucono publiczne pieniądze w błoto, złamano prawo, narażając partię na delegalizację, a konkretnych jej członków na odpowiedzialność karną lub konstytucyjną w przyszłości, kłamano rano, w południe i wieczorem także za pomocą skrajnie zepsutych i upolitycznionych mediów, których misję zaprzepaszczono – i nic. Nie zrobiono ani jednego kroku do przodu! Nic więcej już zrobić się nie da, teraz PiS może tylko starać się utrzymać zdobyte wcześniej pozycje, ale wobec nowego składu parlamentu (lewica – agresywna, recenzująca PiS i kłótliwa, infantylna Konfederacja), będzie to skrajnie trudne.

Jeśli do tego dodamy nikłą co prawda, ale jednak większość opozycyjną w Senacie i niepewny dla PiS wynik wyborów prezydenckich, nerwowość prezesa i niepewność posłów PiS, którzy w sposób widoczny złagodnieli w mediach, stają się w stu procentach zrozumiałe.

Oczywiście, nie oznacza to że opozycja może spocząć na laurach, przeciwnie, teraz właśnie zaczyna się jej prawdziwa praca. Rozliczenie winnych wyborczej porażki, szybkie wyciągnięcie z niej wniosków, stworzenie długoterminowej politycznej strategii, współpraca i zjednoczenie w czasie kolejnych wyborów, postawienie (czego dotąd wyraźnie brakowało) dobra kraju ponad dobrem szefów partii, konkretna, pozytywna wizja Polski, stanowczość, konsekwencja w działaniu i wymiana liderów na nowych, młodszych, bardziej lotnych i energicznych – to jest moim zdaniem plan niezbędny.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kiedy Kancelaria Sejmu zapytała, czy kupić mu bilet na lot z Poznania do Warszawy, nowo wybrany poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej Franciszek Sterczewski odpowiedział: „Wystarczy PKP, druga klasa”. W swoim wpisie na Instagramie i w rozmowie z Polsat News wytłumaczył, że to rozwiązanie bardziej ekologiczne.

Franciszek Sterczewski w wyborach startował z ostatniego miejsca na liście KO w Poznaniu. Uzyskał ponad 25 tys. głosów, co dało mu trzeci wynik wśród jego partyjnych kolegów. W rozmowie z polsatnews.pl powiedział, że lubi latać samolotem, jednak jest świadomy, że nadmiar lotów oznacza zwiększenie emisji dwutlenku węgla, co przyczynia się do ocieplenia klimatu. Stwierdził, że jest ono wielkim wyzwaniem dla Polski i świata.

Franciszek Sterczewski stawia na kolej

– Chciałbym się poruszać głównie koleją, która w ciągu ostatnich 30 lat była zaniedbana. Jako poseł w swojej pracy chciałbym przyczynić się do odbudowy i rozwoju dworców w całej Polsce z Dworcem Głównym w Poznaniu na czele – dodał Sterczewski.

Nowy poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej stwierdził również, że kolej to najtańszy i najbardziej przyjazny środowisku środek transportu. Po mieście natomiast porusza się na rowerze. Nie wyklucza jednak, że w przyszłości będzie korzystał również z samolotu. – Zrobię to w ostateczności. Imponuje mi Greta Thunberg, która do Stanów Zjednoczonych popłynęła zeroemisyjnym jachtem – powiedział.

Tusk, Kidawa-Błońska, pisowskie dewotki od zabraniania seksu i Banaś

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej. Jego zwolennicy przekonują, że był to gest roztropny i szlachetny, który działacze powinni docenić. Nie przez przypadek Schetyna podczas wieczoru wyborczego ogłosił, że teraz KO idzie po wygraną w wyborach prezydenckich, które odbędą się już wiosną.

– Wbrew pozorom Schetyna ma wciąż bardzo mocne karty. Ludzi w regionach, kontrolę nad finansami partii, ludzi w samorządach, pulę posad i ludzi, którzy są mu wdzięczni – słyszymy od ważnego polityka Koalicji. – Ma też Małgorzatę Kidawę-Błońską, którą słusznie, choć za późno, zrobił twarzą kampanii. Są dogadani. W scenariuszu bez Donalda Tuska, na który się zanosi, to ona będzie kandydatką na prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, jak Kidawa-Błońska tonuje rewolucyjne nastroje w partii. Ta kandydatura zostanie ogłoszona bardzo szybko, by nie dać czasu wewnętrznej opozycji. Pozamiatane na jedną albo na drugą stronę będzie do grudnia.

Inny dorzuca: – Schetyna musi wystawić kandydata, nim zaczną się porachunki. Opowiem, jak to będzie. Już za chwilę wyjdzie pan przewodniczący, obok kandydatka, z tyłu duże logo KO i ludzie machający partyjnymi chorągiewkami, może baloniki. Wszyscy będą się uśmiechać. Do tego przekaz – fantastyczny wynik Kidawy-Błońskiej, ponad 400 tys. głosów, najlepsze nazwisko do walki o prezydenturę, słowa przewodniczącego: Koledzy, zróbmy to razem!

Tuska raczej nie będzie

Czy Tusk może jeszcze wejść do gry? – Żeby zatrzymać rząd PiS w robieniu szkód, trzeba mieć siłę prezydenckiego weta – mówił w środę w Brukseli szef Rady Europejskiej. – Czy ja jestem człowiekiem, który może przekonać wątpiących? Nie wiem, wcale nie byłbym o tym tak bardzo przekonany. Przyjąłbym absolutnie bez żadnego żalu inną interpretację, że są kandydaci, którzy może budzą mniej entuzjazmu, ale na końcu wezmą więcej po tej stronie, która rozstrzygnie te wybory. Na pewno jest kilka nazwisk, które rokują nadzieję na zwycięstwo.

Głosami głównie PiS, przy protestach osób zebranych przed gmachem parlamentu, Sejm skierował do dalszych prac obywatelski projekt ustawy mającej pozwolić na karanie za edukację seksualną. Bo ta rzekomo przyczynia się do deprawacji i demoralizacji dzieci oraz młodzieży.

– Dlaczego wprowadzacie taki gniot legislacyjny, ideologiczny? Dlaczego z premedytacją wprowadzacie ludzi w błąd, zrównując edukację seksualną z pedofilią? – pytała tuż przed głosowaniem Joanna Scheuring-Wielgus (Teraz!). To ona złożyła wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. – Jako matka trojga dzieci chciałabym powiedzieć: wara od naszych dzieci! – dodawała.

– To projekt, który nie ma nic wspólnego z przeciwdziałaniem pedofilii – dodawała Monika Wielichowska (PO-KO). – To o waszej wolności, o waszym życiu i o waszym dostępie do edukacji jest ten projekt! – zwracała się do uczniów.

Oficjalnie chodzi o „publiczne propagowanie lub pochwalanie podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”, za co – wedle projektu ustawy – mogłoby grozić do dwóch lat więzienia. Jeśli odbywałoby się to „za pomocą środków masowego komunikowania” – już trzy lata. Podobnie jak w przypadku osoby zajmującej się edukacją czy leczeniem młodych (one odpowiedzą już nie tylko za propagowanie „obcowania płciowego”, ale również „innej czynności seksualnej”).

Jednak już w uzasadnieniu obywatelskiego projektu, pod którym podpisało się ponad 263 tys. osób, czytamy: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. ‚edukacji’ seksualnej”.

Fundacja Pro – Prawo do Życia, która stoi za projektem, przestrzega: „Odpowiedzialne za ‚edukację’ seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Edukacja seksualna. Debata wśród protestów

Podczas wtorkowej debaty projekt zachwalali przedstawiciele PiS i Konfederacji. Zresztą partia rządząca mówiła o podniesieniu górnej granicy kary do nawet pięciu lat. W środę przeciw wnioskowi o odrzucenie projektu opowiedziało się 243 posłów, głównie z PiS, Kukiz’15 i Konfederacji. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek skierowała go do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Jako że jest to projekt obywatelski, posłowie będą mogli zająć się nim w kolejnej kadencji.

– W projekcie bardzo mętnie jest określone, co jest nawoływaniem do współżycia seksualnego, a co nim nie jest. To rodzi pole do uznaniowości w stosowaniu prawa i manipulacji, a w praktyce ta ustawa jest młotem, który ma zniszczyć jakąkolwiek edukację seksualną – przemawiała we wtorek Scheuring-Wielgus.

Arkadiusz Myrcha (PO-KO): – Uzasadnienie projektu jest wypełnione twierdzeniami niepopartymi jakimikolwiek dowodami. To bardziej manifest lub oświadczenie polityczne niż merytoryczne uzasadnienie projektu ustawy. Brakuje jakichkolwiek badań, analizy orzecznictwa, samej oceny zjawiska, opinii ekspertów.

W środę, w czasie kiedy posłowie decydowali o losach projektu, przed Sejmem zebrali się obywatele protestujący przeciw „jesieni średniowiecza”.

„Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, których dzieci cierpią z rąk pedofilów, także tych w sutannach – wciąż bezkarnych – żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich, zamiast pozwalać państwu na karanie syna/córki za uprawianie seksu ze swoją dziewczyną/chłopakiem” – napisali organizatorzy protestu, a więc Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Na Facebooku zainteresowanie bądź chęć wzięcia udziału w warszawskim wydarzeniu zadeklarowało ponad 50 tys. osób.

Prawo młodzieży do rzetelnej edukacji seksualnej

Do projektu krytycznie odniósł się m.in. Sąd Najwyższy. W opinii przesłanej Sejmowi wskazał, że wedle prawa podejmowanie obcowania płciowego lub dopuszczanie się innej czynności seksualnej wobec osób, które mają już 15 lat, nie jest karalne; zaś zgodnie z wykładnią słownika PWN słowo „propagować” ma wydźwięk neutralny, „związany z poszerzaniem wiedzy i przekazywaniem jej innym osobom”.

„Samo propagowanie rozumiane jako upowszechnianie wiedzy zdaje się także realizować konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia wyrażone w art. 68 ust. 1 Konstytucji RP, jak również prawo wolności badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników wyrażone w art. 73” – czytamy w piśmie sygnowanym przez I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

SN przypomina, że wiedzę o życiu seksualnym człowieka czy metodach i środkach świadomej prokreacji wprowadza do programów nauczania ustawa z 1993 r.: „Racjonalny ustawodawca nie może przewidywać jednocześnie z jednej strony w ramach obowiązku realizowania programu nauczania szkolnego przez nauczyciela przekazywania pewnych treści, a z drugiej kryminalizować tego zachowania”.

Do odrzucenia projektu wezwała Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, która pisze wprost, że celem proponowanej zmiany jest z jednej strony zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia, z drugiej – uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji.

„Mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja kodeksu karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki ‚po’) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków” – przestrzega Ponton.

Mikołaj Czerwiński, koordynator ds. równego traktowania w Amnesty International Polska: „Brak dostępu do edukacji seksualnej w szkołach i jej społeczne napiętnowanie skutkuje tym, że młodzi ludzie pozostawieni są sami sobie wtedy, gdy najbardziej potrzebują rzetelnej informacji”.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka.

„Stary“ Sejm zaskoczył nas wielokrotnie. Nocnymi głosowaniami, sposobem procedowania projektów ustaw, językiem, przy którym lapsus marszałka Zycha („kurwa“ przy włączonym mikrofonie) jawi się jako wspominany z sentymentem obraz dawno minionej epoki, czy sposobem traktowania przez rządzącą partię przeciwników politycznych. Pewne było, że zaskoczy nas i nowy Sejm, w którym skrajni, twardogłowi konserwatyści objęli 11 mandatów. A jednak to, co wydarzyło się na ostatnim, odwieszonym posiedzeniu tego Sejmu, stanowi kuriozum w swojej własnej klasie, której standardy ustanowiły „zdradzieckie mordy“.

To, że 15 października odbędzie się czytanie kuriozalnego projektu „Stop pedofilii“, który przewiduje karę trzech lat więzienia za edukację seksualną, było wiadome. Ale to, że PiS zażąda zwiększenia wymiaru kary do lat pięciu, jest pewnym novum. Zaskakuje także argumentacja – jeśli o zaskoczeniu w przypadku surrealnego projektu można mówić.

Chodzi o projekt nowelizacji art. 200b kodeksu karnego, który traktuje o karach za „pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim“. Jako pierwsze o sprawie napisało Okopress.

W paragrafie 4 napisano: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3“.

Teraz posłowie PiS chcą, by edukatorzy seksualni i wydawcy magazynów, dziennikarze, pisarze, którzy podejmują temat seksu i antykoncepcji, byli zagrożeni nie tylko ogniem piekielnym, z którym, być może, byliby w stanie sobie jakoś poradzić, ale także perspektywą spędzenia pięciu lat za kratami.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka, tylko penis i pochwa, a nastolatek – że od ciąży nie uchroni pięć zdrowasiek i różaniec, tylko antykoncepcja.

To kłóciłoby się z „ochroną życia od poczęcia“. Życie po poczęciu interesuje posłów PiS-u jakby mniej, a widać to w dziurawej argumentacji. „Jak widzimy – obecna ochrona jest niepełna i niewystarczająca” – mówił, cytowany przez OKO, poseł PiS Andrzej Matusiewicz.

„Projekt zapewnia pełniejszą realizację praw człowieka, realizuje ochronę dóbr dziecka, poszanowania godności, wolności od przemocy psychicznej, ochrony jego prywatności i wrażliwości. To wszystko wartości konstytucyjne. Projektowana zmiana w pełni realizuje prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z przekonaniami” – dodał.

Ci, którzy ten zły, szkodliwy i zwyczajnie głupi projekt napisali, chcą sprzeciwić się „demoralizacji i seksualizacji dzieci“. Świetnie. Niech maszerują natychmiast do tych, którzy mówią o seksualności publicznie: arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który z ambony mówi o „tęczowej zarazie“, do abp. Michalika, który opowiadał w kontekście pedofilii bzdury, jak to „dziecko lgnie do drugiego człowieka“ czy autorów podręczników szkolnych, którzy w książkach dla dzieci umieszczają złote myśli w rodzaju „homoseksualizm to choroba“. Po drodze – niech zahaczą o katechetów, którzy chętnie straszą dzieci wiecznym potępieniem za to, że są ciekawe świata.

W następnej kolejności niech idą na pielgrzymkę do fundacji i osób, które pomagają ofiarom pedofilów w sutannach, i do Amnesty International, która chce zmienić definicję gwałtu w kodeksie karnym, by opierała się na braku zgody, nie zaś oporu, jak jest w tej chwili (w 2015 roku do prokuratury trafiło 23 proc. spraw). Niech zasuwają do domów samotnych matek, gdzie chronią się kobiety z dziećmi, które doświadczyły przemocy (łatwo znaleźć, ośrodków pomocy ofiarom przemocy w rodzinie jest w Polsce ledwie 35 – dane za lata 2015-17, jak wynika z raportu NIK), a jest w nich 591 miejsc, przy czym rocznie (dane za 2017 rok) przemocy w rodzinie doznało 93 tys. osób (głównie kobiet i dzieci). Niech wpadną z duszpasterską wizytą do ofiar gwałtów i zapytają, co słychać i jak się miewa ich „demoralizacja“ po tym, jak ktoś, kto pozostał bezkarny, zabrał im wszystko. Niech zapytają matkę z małym dzieckiem, jak jej się żyje z mężem potworem, który bije tak regularnie, jak chodzi do kościoła. Niech pójdą do rodziców, których dziecko odebrało sobie życie, bo nie mogło się dodzwonić tam, gdzie wiedziało, że ktoś je wysłucha.

I niech uważają na tego potwora LGBT, bo w końcu, w całej swojej potwornej łagodności, ich połknie. Przeżuje i wypluje. Żeby zatrzymać demoralizację. I nawet jeśli dostanie za to pięć lat więzienia – zrobi to.

Anja Rubik: Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Anja Rubik od dwóch lat działa na rzecz poprawy edukacji seksualnej w Polsce. Zainicjowała ruch #sexedpl i wydała pierwszy w Polsce podręcznik (pod tym samym tytułem) do edukacji seksualnej dla młodzieży i ich rodziców (non profit). To bestseller, który od ponad roku jest topem w księgarniach. Do rozmów zaprosiła edukatorów seksualnych, psychologów, psycholożki, psychoterapeutów, seksuolożki. W jej książce nie ma tabu. Jest masturbacja, pierwszy raz, rozmowa z dzieckiem o seksie, antykoncepcja, świadoma zgoda, badanie w kierunku HIV, LGBT+, aborcja. Tymczasem PiS zapowiedział, że będzie pracował nad ustawą, która kara więzieniem edukatorów seksualnych: – Musieliby nas wszystkich aresztować – mówi Anja Rubik.

W kampanii #sexedpl wzięli udział m.in.: Maciej Stuhr, Magdalena Szumowska, Mary Komasa, Marta Frej, Dorota Masłowska, Robert Biedroń, Sebastian Fabjański. Wystąpili w filmach, które wyreżyserowała Rubik.

–  Polskiej młodzieży należy się rzetelna edukacja seksualna. Brakuje jej w szkołach, a rodzice nie rozmawiają z dziećmi w domu – mówi Anja Rubik. – Wielu nastolatków wciąż myśli, że po pierwszym razie nie można zajść w ciążę i że kalendarzyk małżeński to skuteczna metoda antykoncepcji. Skąd to wiem? Kiedy ruszyłam z kampanią #sexedpl, tysiące młodych ludzi pisało do mnie, czego dowiadują się w szkole na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W 180-stronicowym podręczniku do tego przedmiotu słowo „seks” pojawia się dwa razy, w negatywnym kontekście. Na zajęciach nastolatki słyszą, że jeśli kobieta naprawdę nie chce zajść w ciążę, to nie zajdzie. A jeżeli zaszła w ciążę przez gwałt, to znaczy, że jednak tego chciała.

Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że prawie połowa 18-latków nie potrafi poprawnie odpowiedzieć na pytania dotyczące budowy narządów rozrodczych. 37 proc. rodziców  jest skrępowanych, kiedy ma rozmawiać z dzieckiem o seksie.

– Bez edukacji seksualnej młodzi ludzie stają się bezbronni wobec przemocy seksualnej i bezradni wobec progagandy, która próbuje wpędzić ich w poczucie winy za to, kim są i kogo kochają – mówi Anja Rubik. – Dajemy młodym ludziom wiedzę, odpowiadamy na tysiące pytań, widzimy uczucie ulgi, które pojawia się na ich twarzach, kiedy słyszą od nas, że są normalni, że wszystko jest w porządku, że nie trzeba mieć poczucia winy, kiedy w czasie dorastania pojawia się jakiś niepokój.

Już przed wyborami alarmowała, że projekt nowej ustawy zakładającej nawet trzy lata (wczoraj posłowie mówili już o pięciu) więzienia dla edukatorów seksualnych trafi do Sejmu zaraz po wyborach. I trafił.

– To jeden wielki absurd – mówi Anja Rubik. – Osoby, które wyszły z pomysłem tego projektu, kompletnie nie wiedzą, czym jest edukacja seksualna. Atakują równość, różnorodność, zapominając, że zgodnie z konstytucją każdej osobie należy się szacunek. To wbrew prawu. W Polsce można uprawiać seks z osobą, która skończyła 15 lat, a nie można z nią porozmawiać na temat seksu, dopóki nie ukończy osiemnastki? Przecież to kompletna bzdura.  Poza tym, żeby zakazać edukacji seksualnej, to trzeba najpierw zmienić ustawę antyaborcyjną z 93 roku, która gwarantuje w Polsce edukację seksualną. Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Prawicowe portale atakują Anję Rubik za to, że „seksualizuje młodzież” i boi się zakazu edukacji seksualnej.

– Niczego się nie boję. Nie wycofam się ze swoich działań i ruchu #sexedpl. Nie poddam się. Od dwóch lat wspólnie ze wspaniałym zespołem edukatorów seksualnych wykonujemy robotę, którą tak naprawdę powinno wykonać państwo – odpowiada.

Przed Sejmem odbył się protest przeciwko projektowi ustawy, który wprowadza karę więzienia za edukację seksualną. Posłowie w trakcie manifestacji przegłosowali skierowanie projektu do dalszych prac w komisji.

Przed budynkiem parlamentu zgromadziło się w środę około tysiąca osób, które protestowały przeciwko projektowi zmian w Kodeksie karnym. Jego autorzy żądają więzienia za edukację seksualną nieletnich. W trakcie protestu Sejm, głównie głosami posłów PiS, skierował do dalszych prac w komisji obywatelski projekt ustawy.

Manifestację pod hasłem „Jesień średniowiecza” zorganizował Ogólnopolski Strajk Kobiet. Uczestnicy przynieśli plakaty „Strajku kobiet”, tęczowe flagi i kartony z hasłami „Nie dla zakazu edukacji”, „Karzcie lepiej za pedofilię w kościele”, „Edukacja prawem”, „Witamy w Średniowieczu”, „Lepiej w szkole niż z pornosów”, „Pornhub dla posłów, edukacja seksualna dla dzieci”. Policja zamknęła dla ruchu ulicę Matejki.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet otworzyła zgromadzenie przy Wiejskiej. – Tym, co dzieje się w parlamencie zarządzają fundamentaliści z Ordo Iuris, w których agendzie jest zakaz aborcji i walka z osobami homoseksualnymi. Teraz wzięli na warsztat edukację seksualną – powiedziała ze sceny Marta Lempart. Tłum skandował: „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”.

– Są ludzie, którzy chcą mówić o chorobach przenoszonych drogą płciową i to ich chcą wsadzać do więzienia. Wiedza to potężna broń – mówił Tomasz Piątek. Tłum zaczął skandować: – Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek.

Na proteście pojawiła się Anja Rubik, która została przywitana entuzjastycznymi brawami. – Żadna władza nie może nam odebrać prawa do edukacji. Edukacja seksualna nie jest deprawacja seksualną. Deprawacja to pozbawianie młodych wiedzy o ich ciałach i uczuciach. Bez edukacji jesteśmy bezbronni wobec propagandy, która mówi, żebyśmy czuli dyskomfort. Rząd prowadzi wojnę z niewinnymi i przerażonymi dzieciakami – mówiła ze sceny Anja Rubik.

– Ja się nie boję. Mówimy o prawach człowieka, żadna ustawa nie może nam tego odebrać. Nie pozwolimy na to – dodała. Tłum zaczął krzyczeć: „Edukacja seksualna”!

Sędzia Jarosław Wyrembak oficjalnie zażądał dymisji prezes TK Julii Przyłębskiej – podaje Onet.pl w tekście Andrzeja Stankiewicza.

Stało się to 17 września na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Podczas posiedzenia sędzia Wyrembak przekazał na piśmie wszystkim członkom Trybunału swoje oświadczenie. Zarzucił Przyłębskiej „łamanie prawa”. Napisał też – jak podaje Onet – o podejmowaniu działań, dla których nie znajduje żadnej legitymacji prawnej, które rażąco naruszają elementarne reguły praworządności”. Twierdzi też, że prezes TK unika dyskusji o sytuacji Trybunału. Zaapelował o jej dymisję.

Wyrembak ma 50 lat. Jest karnistą i doktorem habilitowanym nauk prawnych zatrudnionym na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. W przeszłości pracował na UW, był adwokatem, później został notariuszem i prowadził własną kancelarię notarialną. W 2010 r. wstąpił do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Ten fakt nie przeszkadzał PiS zgłosić go w 2015 r. najpierw do Trybunału Stanu, a potem do Trybunału Konstytucyjnego.

W TK zajął miejsce sędziego Henryka Ciocha, który zmarł w 2017 roku. Cioch był dublerem, a zatem Wyrembak został dublerem dublera. Wszedł na jedno z trzech prawomocnie obsadzonych miejsc sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, od których prezydent Andrzej Duda nie odebrał przysięgi.

Jeszcze w ubiegłym roku, przed wyborem, chwalił Przyłębską.

– Chcę podkreślić, że wysiłkiem pani prezes Julii Przyłębskiej w TK przywrócono pewną normalność. Chciałbym podkreślić, że wysiłkiem pana prezydenta i Sejmu udało się przywrócić względny spokój wokół funkcjonowania Trybunału – mówił podczas posiedzenia komisji, która oceniała jego kandydaturę.

Prezes NIK Marian Banaś nie chce złożyć rezygnacji ze stanowiska. Po południu CBA miało ogłosić wyniki kontroli jego oświadczeń majątkowych. Zwlekało. PiS najwyraźniej pogodził się, że plan „ratowania” NIK będzie trudniejszy – dowodzi tego ogólna treść wydanego w końcu komunikatu.

CBA zakończyło swoje czynności, a teraz „Pan Marian Banaś ma 7 dni na zgłoszenie uwag do zastrzeżeń CBA, które nie zostały wyjaśnione w trakcie trwania kontroli oświadczeń majątkowych” – tyle wynika z komunikatu. Jakie są te zastrzeżenia? Nie wiadomo. Nie ma też na razie mowy, by CBA kierowało na Banasia zawiadomienie do prokuratury.

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb specjalnych, mówi „Wyborczej”, że wyniki kontroli nie muszą być podane do wiadomości publicznej.

Ogólna treść komunikatu dowodzi, że w PiS pogodzili się z tym, że nie uda się Banasia skłonić do rezygnacji z funkcji. Tym samym opisany wczoraj przez „Wyborczą” plan „ratowania” NIK przez partię rządzącą jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Rano na stronie NIK ukazało się oświadczenie dementujące wtorkowe informacje o dymisji Banasia. „Informacja ta jest nieprawdziwa. Prezes NIK przebywa na urlopie bezpłatnym, a zadania Najwyższej Izby Kontroli realizowane są zgodnie z przyjętym planem pracy” – podało biuro prasowe NIK.

Ultimatum dla Banasia

Dobrowolna rezygnacja była częścią planu PiS, który chciał ratować stanowisko prezesa NIK i szybko zastąpić Banasia swoim człowiekiem. Byłoby to możliwe tylko za zgodą obecnego Senatu, gdzie PiS ma większość. Nowy Senat wybrany 13 października daje już większość opozycji. Do zaprzysiężenia nowego parlamentu jest jeszcze prawie miesiąc, więc szansą na wybór prezesa NIK po myśli PiS byłoby zwołanie posiedzeń obu starych izb przed 13 listopada.

To, że rezygnacja Banasia była już podpisana, potwierdzają nasi informatorzy. – Banaś dostał we wtorek ultimatum. Miał do południa złożyć do PAP oświadczenie, że rezygnuje z powodu stanu zdrowia, kierując się odpowiedzialnością za państwo – mówi jeden z nich.

Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że plan ratowania NIK został uznany za „niemal niewykonalny”. Przeszkodą jest regulamin Sejmu oraz Ustawa o NIK. Regulamin określa na 21 dni czas zgłaszania kandydatów na prezesa. Ustawa mówi, że wybranego przez Sejm kandydata Senat zatwierdza w ciągu miesiąca. W PiS uznano, że nie da się tak nagiąć prawa, by zmieścić się w tych terminach. Tym bardziej że sam Banaś nie kwapił się do złożenia rezygnacji. Był do tego nakłaniany od wtorkowego poranku m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nie chciał się poddać.

Obawy opozycji

Mimo to opozycja wciąż podejrzewa, że PiS rzutem na taśmę będzie chciał, by przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu stary parlament wybrał następcę Banasia. O tym, że szykowane jest dodatkowe posiedzenie starego Sejmu, mówiła „Wyborczej” Izabela Leszczyna (KO-PO) Podobną informację podał w TOK FM poseł Cezary Tomczyk (też KO- PO). Jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, reprezentująca w Sejmie Koalicję, mówi nam, że na razie nie ma wniosku o kolejne posiedzenie.

„Obciążenie dla PiS”

Co będzie dalej?  W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS mówią, że Banaś jest dla partii obciążeniem. Otwarcie mówił to w TVN24 Kamil Bortniczuk, poseł Porozumienia, wybrany z list PiS. Zaznaczył, że rezygnacja Banasia byłaby „dobrym rozwiązaniem”. W podobny sposób wypowiedział się Patryk Jaki (też w TVN24). Stwierdził, że Marian Banaś powinien „co najmniej rozważyć dymisję”. – Uważam, że ta sprawa była niedostatecznie przez niego wyjaśniona – podkreślił. Przyznał też, że dymisja prezesa NIK jest możliwa i „nie można wykluczyć, że coś się będzie działo w najbliższych dniach”.

Czy Banaś wróci z urlopu?

Kontrolę oświadczeń Banasia wszczęto w kwietniu 2019 r., ale tempa nabrała po wrześniowym materiale TVN. W filmie „Pancerny Marian i pokoje na godziny” stacja pokazała nieznane oblicze Banasia, który przez całe lata pełnił odpowiedzialne funkcje w resorcie finansów. Był tam wiceministrem, szefem służb skarbowych, a przed wyborem na szefa NIK ministrem finansów. Jak ustalił TVN, Banaś w swoich oświadczeniach majątkowych manipulował informacjami o 400-metrowej kamienicy, którą posiada w Krakowie. Kamienicę przez lata wynajmowali od niego ludzie z półświatka, oferując tam „pokoje na godziny” wykorzystywane przez prostytutki. To nie wszystko. Jak się okazało, kamienicę Banaś przez lata wynajmował po zaniżonej cenie, co jest oszustwem skarbowym. Sprzedał ją dopiero w sierpniu 2019, tuż przed wyborem na prezesa Izby.

Po wybuchu afery Banaś udał się na urlop. Miał się on skończyć po ogłoszeniu wyników kontroli CBA. W poniedziałek „Rzeczpospolita” podała, że kontrola nie wypadła korzystnie dla Banasia, jego majątek Banasia „nie spina się” z jego dochodami, a „kontrola majątku Mariana Banasia zakończy się najprawdopodobniej zawiadomieniem do prokuratury”. Na razie jednak CBA unika potwierdzenia tych informacji.

Czy teraz – po skończonej kontroli – Banaś wróci na stanowisko? Tak deklarował. PiS może argumentować (takie głosy już się pojawiały przed wyborami), że poprzedni szef NIK, Krzysztof Kwiatkowski, dwa lata swojej kadencji przepracował, mając prokuratorskie zarzuty o udział w ustawianiu konkursów na urzędników Izby. Nie podał się do dymisji, a bez prawomocnego wyroku w sprawie karnej prezes NIK jest nieusuwalny.

Widać wyraźnie, że PiS nie jest w stanie poradzić sobie ze sprawą Mariana Banasia. W trakcie kampanii wyborczej, dzięki kreowaniu go na ofiarę mafii VAT, deklaracji „o wzięciu urlopu” i propagandowym przykrywkom udało się ukryć niebywały skandal. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli, najważniejszej instytucji kontrolnej państwa polskiego, decyzją PiS, został polityk, w którego kamienicy był hotelik na godziny kierowany przez gangsterów. Banaś, wcześniej szef Krajowej Administracji Skarbowej i minister finansów, unikał płacenia podatków, a jego oświadczenia majątkowe są mętne.

Problem Banasia może służyć za symbol sposobu działania państwa PiS – nadmiar wiary w „polityczną wolę” przy braku szacunku do instytucji, zasad demokracji i zaufania do ludzkiej inteligencji.

Tego problemu nie da się „modelowo rozwiązać”

Wszak w czasie debaty nad kandydaturą Mariana Banasia przedstawiciele opozycji ustami posła Roberta Kropiwnickiego alarmowali, że kandydat PiS ma niewyjaśnione kwestie majątkowe i trwa postępowanie CBA. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyłączyła mu wówczas mikrofon, uznając, że od tych informacji i troski o państwo ważniejsze jest wypełnianie partyjnych poleceń. Tak powstał „problem Banasia”.

PiS, gdy miał kłopoty, zwykł argumentować: każda partia ma swoje problemy, jednak PiS rozwiązuje problemy modelowo – szybkimi decyzjami o dymisji. Tylko że problemu szefa NIK nie da się „modelowo rozwiązać”. To stanowisko jest szczególnie chronione. W zasadzie jedyny sposób odwołania prezesa Izby ze stanowiska to jego rezygnacja. Potem powinna nastąpić procedura wyboru nowego szefa, która trwa minimum około 21-30 dni, bo tyle trzeba na zgłoszenie kandydatury i opinie komisji. PiS chce jednak wybrać „swojego” szefa NIK, by zaakceptował go jeszcze „swój” Senat.

PiS może wybrać drugiego „Banasia”

Jeśli PiS będzie chciał wymóc dymisję Banasia i wybrać swojego szefa NIK, zapewne zaproponuje opozycji udział w kolejnym sejmowym galopie bez oglądania się na procedury, bez rozpatrywania wątpliwości.

Czy opozycja powinna to akceptować? Wręcz przeciwnie, powinna zrobić wszystko, by procedury związane z wyborem zostały zachowane. Nie ma bowiem żadnych gwarancji, że PiS w ten sposób nie wybierze sobie drugiego „Banasia” kompromitującego kraj.

Stoimy nie przed alternatywą: NIK z Banasiem czy bez Banasia. Ale przed alternatywą: albo pisowski Banaś, albo szanowany przez polityków wszystkich ugrupowań prezes NIK wybrany z zachowaniem demokratycznych procedur przez nowy Senat.

Jarosława Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Ostatnie posiedzenie Sejmu tej kadencji jest naprawdę dziwne. Poseł Platformy Sławomir Nitras ogłosił, że na biurku marszałek Elżbiety Witek jest już dymisja prezesa NIK Mariana „Mam kamienicę z pokojami na godziny” Banasia. Witek tę informację zdementowała, obrady Sejmu zostały przerwane, a posłowie PiS kpili z fake newsa. Tyle że informację o dymisji – i że następcą Banasia ma zostać minister rozwoju Jerzy Kwieciński – potwierdziło mi poważne źródło rządowe. Polityk PiS spoza rządu przyznaje zaś, że szef NIK był do dymisji namawiany.

PiS po wyborach się spieszy

Partia rządząca chciała posprzątać w NIK jeszcze w tej kadencji, bo potem może być ciężko z wyborem nowego prezesa, gdyż nie da się tego zrobić bez zgody Senatu, a tam większość zdobyła opozycja. Informacja o dymisji – choć podana przez posła PO – mogła zatem być wypuszczona z obozu władzy. Żeby spalić Kwiecińskiego? Ocalić Banasia? Żeby pokazać siłę przed negocjacjami składu rządu? Koniec tej kadencji byłby w takiej sytuacji zapowiedzią kłopotów PiS w przyszłej.

Po czterech latach rządów przy dobrej koniunkturze, po rozdaniu kilkudziesięciu miliardów, przy wsparciu finansowym największych spółek i po końskiej dawce prorządowej propagandy w mediach publicznych PiS wylądował w niemal tym samym miejscu w 2015 r. – z 235 posłami, za to bez większości w Senacie. Nic zatem dziwnego, że Jarosław Kaczyński w znamiennym przemówieniu na wieczorze wyborczym nie brzmiał jak zwycięzca wyborów. Brzmiał jak człowiek zły, rozczarowany i bezradny; o czymże innym świadczą bowiem słowa: „Jeśli przed nami kolejne cztery lata rządzenia, to czeka nas najpierw refleksja nad tym wszystkim, co się udało, ale także nad tym, co się nie udawało i co spowodowało, że poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać”, a także fragment jeszcze dobitniejszy: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.

Kaczyński brzmiał jak człowiek, który po długiej wspinaczce zdobył szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że teraz może już tylko schodzić. Nie ma komfortowej większości, nie udało się wykończyć PSL, wypączkowała Konfederacja. PiS po długiej i udanej kampanii na finiszu popełnił błędy. Obietnica podniesienia płacy minimalnej wystraszyła przedsiębiorców (bo to oni mieli te płace podwyższać), co sprawnie wykorzystał PSL w spotach. O tym politycy PiS mówią chętnie; bez zahamowań krytykują też Jacka Kurskiego, widząc w nim akuszera sukcesu konfederatów (bo TVP na finiszu zaczęła poświęcać im bardzo dużo miejsca).

Nikt głośno nie powie natomiast, że wynikowi PiS zaszkodził sam Kaczyński, który w ostatnim tygodniu zlitował się nad Koalicją Obywatelską i postanowił zmobilizować jej zwolenników głośną obietnicą piętnowania elit, które „pracują dla wrogów”. To był dobry, stary prezes, który przez większość kampanii krył się za maską dobrotliwego ojca narodu.

Więcej posłów dla Ziobry i Gowina

Zły humor prezesa po zwycięskich wyborach można też tłumaczyć nadmiernym z jego punktu widzenia rozrostem Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. W porównaniu z 2015 r. PiS stracił, a oni zyskali: Solidarna Polska i Porozumienie mają po 18 posłów. I myślą o następnych. Ziobryści rozmawiają ponoć z paroma konfederatami, gowinowcy kuszą platformersów. Ani Ziobro, ani Gowin nigdzie się na razie nie wybierają, ale stanowią siłę, z którą Kaczyński musi się liczyć przy podziale tortu w rządzie, urzędach wojewódzkich i spółkach. Ziobro domaga się co najmniej drugiego ministerstwa („ważniejszego niż sport”, jak to ujął jeden z moich rozmówców), za co łaskawie zgodzi się na nominację dla Mateusza Morawieckiego. Gowin Morawieckiego popiera, ale w zamian chce stanowisk w spółkach oraz ważnego resortu gospodarczego lub prestiżowego MSZ. A więcej kawałków tortu dla koalicjantów to mniej syty PiS, bo pula stanowisk jest ograniczona.

Powie ktoś, że w poprzedniej kadencji było podobnie, ale to nieprawda. Obaj koalicjanci byli wówczas dużo słabsi, a bezpieczeństwo PiS zapewniał klub Kukiz ’15, który co głosowanie dzielił się na frakcje pro- i antyrządową, aż się podzielił całkiem. Ziobro w 2015 r. miał ledwie kilku posłów i łatkę zdrajcy – dziś to jeden z najpotężniejszych polityków w Polsce, który stworzył sobie całą armię. Jej częścią są posłowie bliscy Patrykowi Jakiemu: młodzi, radykalni i zapatrzeni w europosła, który wspierał ich w kampanii. To m.in. Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta, Paweł Kowszyński czy Aleksandra Szczudło. Na tę gromadę z respektem spoglądają pisowcy. O ile bez problemu pokpiwają sobie – nawet w rozmowach z „Polityką” – z Gowina, o tyle do Ziobry podchodzą z niejakim szacunkiem. A otoczenie Morawieckiego patrzy – wręcz z lękiem.

Jak rządził premier Kaczyński

– Moim marzeniem jest wyeksportowanie go za granicę na jakieś stanowisko, którego nie będzie mógł nie przyjąć – mówił na Kongresie 590 w Rzeszowie rozmówca zbliżony do premiera, przyznając tym samym, że Morawiecki nie będzie miał nic do powiedzenia w sprawie przyszłości Ziobry w rządzie. Ziobryści ze swej strony podgryzają premiera. – W 2017 r. Ziobro nie chciał, żeby Morawiecki zostawał premierem, bo uważał, że byłoby nieroztropnie dawać tę funkcję komuś, kto w którymś śledztwie może zmienić status świadka na podejrzanego – mówi prominentny ziobrysta. Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka zatem niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kaczyński i rewolucja seksualna. Sisiorki i piczki związać, zakneblować

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Uzasadnienie projektu wprost mówi o edukacji w szkole: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej. Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Dalej autorzy powołują się na słynną już, lansowaną przez PiS i Kościół po podpisaniu przez prezydenta Warszawy Deklaracji LGBT plus, interpretację Standardów Edukacji Seksualnej WHO, że od czwartego roku życia należy prowadzić naukę masturbacji.

Jak przeciwnicy edukacji seksualnej widzą świat

W uzasadnieniu projektu uderza przede wszystkim przerażający opis współczesności, pełnej zagrożeń dla dzieci i rodziny, gdzie seksualność człowieka służy do zniszczenia obecnego porządku i jest narzędziem sił ciemności walczących o dusze i ciała. Przerażający jest obraz dziewczynek wpychających sobie do pochwy ostre przedmioty lub masturbujących się tak intensywnie, że ich „łona” stają się sine. Przyczyną takich zachowań jest, oczywiście, edukacja seksualna. Także prowadzona przez rodziców, którzy nie reagują właściwie (czyli zakazami i zawstydzaniem) na masturbowanie się przez dzieci.

Nie dziwię się przerażeniu i determinacji ludzi, którzy tak widząc świat, napisali ten projekt, ani tym, którzy go podpisali. Ta wizja jest w istocie koszmarna. Mało tego, uzasadnienie projektu przywołuje dowody, przykłady z życia na to, że edukatorami seksualnymi są pedofile, którzy w ten sposób rekrutują swoje ofiary.

„Benjamin Levin był wiceministrem edukacji kanadyjskiej prowincji Ontario i doradcą premier Ontario Kathleen Wynne, lesbijki i działaczki LGBT. Pod ich kierownictwem napisano program »edukacji« seksualnej dla dzieci, w ramach którego uczniowie mieli opanować takie tematy jak masturbacja, stosunek analny, seks oralny, nawilżanie pochwy i homoseksualizm. Gdy program wprowadzano do szkół, Benjamin Levin został aresztowany przez policję. W jego domu znaleziono dziecięcą pornografię. Levin był bardzo aktywny na pedofilskich stronach internetowych, gdzie jako ekspert z zakresu »edukacji« seksualnej »doradzał« innym pedofilom. Udzielał instrukcji, jak przygotować dzieci na seks i jakich technik manipulacji użyć, aby obejść naturalne u dzieci blokady i zahamowania”.

Ta historia jest prawdziwa, tyle że jednostkowa – takich mogą być na świecie może dziesiątki, ale nie dziesiątki tysięcy. Tymczasem – jak pokazują doświadczenia wielu krajów, które zdobyły się na uczciwe potraktowanie tematu – pedofilia duchownych i ukrywanie jej przez kościelną hierarchię, łącznie z Watykanem, to zjawisko masowe, a nie jednostkowe. Ale to samo środowisko, które chce karalności edukacji seksualnej, nie przyjmuje do wiadomości zagrożenia ze strony księży (a precyzyjniej mówiąc: zagrożenia polegającego na przedkładaniu przez Kościół interesu tych księży i Kościoła nad dobro dzieci).

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”

Argumenty przeciwników edukacji seksualnej

Kolejny przykład, który dowodzi, że dzieciom grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony edukatorów seksualnych, to organizacja LGBT Youth Scotland. Podobno miała prowadzić zajęcia w szkołach (nie znalazłam potwierdzenia – szkoliła, owszem, ale fachowców), a jej szef James Rennie został skazany na dożywocie za wielokrotne molestowanie dziecka znajomych. Rzeczywiście, został skazany, ale czy dowodzi to pedofilskiego charakteru organizacji? Czy to, że były prezes fundacji Nie lękajcie się oszukał jedną z podopiecznych, wyłudzając od niej pieniądze, oznacza, że problem pomocy ofiarom księży pedofilów jest wymyślony? I że unieważnia dorobek fundacji w sprawie udzielania pomocy i nagłaśniania problemu?

Dalej czytamy, że edukacja seksualna prowadzi do legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe, a to do wykorzystywania seksualnego adoptowanych dzieci. Tu autorzy projektu opisują parę australijskich gejów, Petera Truonga i Marka Newtona, którym matka surogatka urodziła dziecko, a oni je seksualnie wykorzystywali. Znowu: historia prawdziwa, tyle że w Australii (i nie tylko) są tysiące przypadków takich „adopcji”, a tak patologiczny okazał się jeden. 90 proc. dzieci wykorzystywanych jest w rodzinach heteroseksualnych. Zaś jeśli już pozostać przy przykładzie Australii, to znacznie większym echem odbiło się tam skazanie za pedofilię abp. George′a Pella, metropolity Melbourne, gdzie przy okazji ujawniono skalę pedofilii w Kościele i system ukrywania problemu.

Uzasadnienie projektu wiąże edukację seksualną nie tylko z masturbacją, ale też z uzależnieniem od pornografii. Kwestia punktu widzenia, bo równie dobrze można powiedzieć, że uzależnienie od pornografii jest efektem braku edukacji seksualnej, braku otwartej rozmowy na temat seksu i wychowania przez zawstydzanie.

Uzależnienie od pornografii to choroba

Deprawacja czai się wszędzie

Ściganie edukacji seksualnej jest, zdaniem autorów projektu, konieczne dlatego, że owa edukacja – czyli deprawacja – czai się wszędzie, używając rozmaitego kamuflażu: „Tematy inspirowane Standardami Edukacji Seksualnej w Europie pojawiają się w polskich szkołach między innymi w trakcie lekcji, apeli, zajęć i warsztatów na takie tematy jak: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, homofobia, tożsamość płciowa, gender. Tematyka o charakterze deprawacji seksualnej pojawia się również w trakcie wyjść pozaszkolnych, m.in. na pokazy filmów, sztuk teatralnych oraz wycieczek do siedzib stowarzyszeń, fundacji i organizacji zajmujących się tematyką »edukacji« seksualnej. Zamieszanie i dezorientację potęguje fakt, iż »edukatorzy« seksualni zakładają w Polsce liczne stowarzyszenia i fundacje o pozytywnie brzmiących nazwach, które dobrze się kojarzą i nie budzą podejrzeń. Podają się za wychowawców, psychologów i pedagogów, którzy w swojej ofercie mają przeprowadzanie ciekawych zajęć na terenie szkoły lub przedszkola. Często legitymują się dyplomami wyższych uczelni lub zaświadczeniami o ukończeniu kursów na temat wychowania i edukacji. W rezultacie zarówno rodzicom, jak i nauczycielom ciężko jest rozpoznać zagrożenie i podjąć adekwatne działania”.

Przypomina mi się koniec lat 90. i wzmożenie pod hasłem walki z „sektami” – sekty widziano ukryte m.in. w kursach angielskiego, jogi i medytacji, w rozmaitych terapeutycznych metodach pracy z ciałem, a także w wegetarianizmie nazywanym „wyniszczającą dietą”.

Na koniec autorzy przekonują, że zakaz edukacji seksualnej realizuje ochronę praw dziecka, w tym ochronę jego prywatności i wolności od demoralizacji. A także broni praw rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnym światopoglądem.

Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Co z wychowaniem w zgodzie z poglądami

Jeśli uchwalone zostanie prawo, w założeniu którego edukację seksualną uznaje się za demoralizację, to spokojnie można sobie wyobrazić odbieranie czy ograniczanie władzy rodzicielskiej z powodu demoralizacji przez edukację seksualną. Zdarzało się, że sądy orzekały ograniczanie praw rodzicielskich z powodu diety wegetariańskiej i to bynajmniej nie z powodu stwierdzenia u dziecka niedożywienia. A więc prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnym światopoglądem nie byłoby wspierane, ale zagrożone. A naruszone będzie wprost, jeśli np. rodzice poślą dziecko do społecznego lub prywatnego przedszkola czy szkoły, gdzie będzie edukacja seksualna. Taka placówka mogłaby bowiem zostać decyzją kuratora (podlegającego ministerstwu edukacji) zamknięta, a dyrekcja i nauczyciel – skazani.

Można to wszystko obśmiać. Można współczuć autorom życia w wyobrażonym świecie opresji. Ale można sobie spokojnie wyobrazić, że to prawo zostanie uchwalone. A wtedy realnie znajdziemy się w opresji.

Edukacja seksualna według katolickich ortodoksów

>>>

Niezłe zamieszanie w sieci wywołało zdjęcie, które jedna z internautek opatrzyła takim podpisem: – „Nostalgicznie…. Białystok, końcówka lat 70-tych. Przyszły naczelnik Polski wybiera się na pochód pierwszomajowy (od Marek Skwarski fb)”. – „Kaczyński od roku akademickiego 1976/77 był przez kilka lat adiunktem w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. To by się zgadzało” – skomentował ktoś inny.

I nawet jeśli to tylko żart, to fotografia stała się dla internautów inspiracją do wielu komentarzy. – „Oczywiście; symbolicznie stał półkroczek z tylu podkreślając tym samym osobista pogardę”; – „Ech… jak ten czas leci. Toż to już 50 lat jak walczy z komuną… I ta walka była i jest tak zacięta, że nawet nie pozwoliła mu znaleźć normalnego zatrudnienia…”; – „Jarek w każdym systemie potrafi się ustawić. III RP głównie ze względów ambicjonalnych i osobistych bardzo go uwierała. PRL to taka arkadia młodości i miłości. On PRL kochał, ale na użytek wyborców, twierdzi że nienawidził”; – „Jaśniejące Słońce XXI wieku, Wieczny Marszałek, Król Porannej Gwiazdy, Wskazujący Drogę Promieniowi Słońca”.

– „Maszerując z czerwoną kokardą na pochodzie z okazji 1 Maja nasz najdroższy przywódca wykonywał misję Wallenroda odstraszając innych swoim płaszczem. To był element jego ukrytej, ale skutecznej walki z komunizmem” – podsumował na Twitterze Roman Giertych.

Internauci komentowali też szczegóły garderoby Kaczyńskiego: – „Ten płaszczyk taki chińsko-północnokoreański. Jakby żywcem ściągnięty z Przewodniczącego Mao lub szlachetnych pleców Umiłowanego Przywódcy”; – „On od zawsze chodził w ubraniach o kilka numerów większych?”; – „O, już wówczas miał słabość do butów”.

Pojawił się też wątek innego „zasłużonego” w walce z komuną: – „Podobnie jak Piotrowicz, on też będąc prokuratorem pomagał Solidarności”. „Piotrowicz i Krynicka nie mają sobie nic do zarzucenia. „Przeszłość mam piękną, przysłużyłem się Polsce”.

Po przejęciu przez opozycję Senatu dotychczasowy marszałek Stanisław Karczewski w niedługim czasie przestanie nim być. A to oznacza na przykład, że będzie musiał wyprowadzić się z zajmowanej przez niego w Warszawie połowy wilii przy ul. Parkowej, której wynajęcie kosztuje nas podatników prawie 6 tys. zł miesięcznie.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak obywatele w „czynie społecznym” postanowili pomóc marszałkowi Karczewskiemu w wyprowadzce. „Lotna brygada opozycji” stawiła się przed bramą willi przy Parkowej. Działacze przynieśli kartony oraz drabinkę, żeby mógł zdjąć obraz ze ściany.

Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

– „Panie hrabio Karczewski! Pan nie zapomni zabrać portretu za 7.700 złotych polskich z pałaców senackich! Szkoda by się zmarnował” – radził jeden z internautów.

Internauci mieli też inne rady dla Karczewskiego: – „I może popracuje na jakimś SORze dla idei. Lekarzy brakuje w Ojczyźnie naszej przecież…”. Jak pamiętamy, Karczewski „radził” protestującym młodym lekarzom rezydentom, żeby pracowali dla idei.

Posłanka PO Izabela Leszczyna przypomniała o jeszcze jednej sprawie. – „Pan marszałek Karczewski nie rozliczył jeszcze usług gastronomicznych z willi przy ul. Parkowej, do korzystania z których nie przyznał się, wmawiając nam, że sam kupuje bułki dla Żony” – napisała na Twitterze. A chodzi o doniesienia medialne, z których wynikało, że marszałek z budżetu Kancelarii Senatu miał wydać ponad 300 tys. na „greckie frykasy”.

Spójrzmy szerzej i głębiej. Wynik tych wyborów może zacząć powoli zmieniać scenę polityczną w Polsce. Wzrośnie znaczenie nowoczesnej Lewicy, jej aspiracji, odważnej artykulacji problemów i chęci prawdziwej walki o nowe prawa, rozwiązania oraz przyszłość, na miarę wyzwań roku 2030/2040. Ważne – by zachować demokratyczną otwartość na dyskusję i nie zajechać się na śmierć nieadekwatnymi już dziś niektórymi spojrzeniami na świat.

PSL ma szanse przeobrazić siebie w ugrupowanie centrowe, z nowoczesnym rozumieniem konserwatyzmu, osadzone w miastach i wśród liderów w końcu emancypującej się wsi. Ale musi też pamiętać, że kluczem do politycznych celów jest utrzymywanie siły i sprawności całego obozu demokratycznego, który w tej kadencji znalazł się w Sejmie, i głównie w Senacie. Na razie widać niedobre napięcia dotyczące przywództwa w Senacie – co szczerze mówiąc może przekreślić szanse tej Izby na udział w odnowie demokratycznej Polski.

PiS pozostanie partią wspólnoty czujących kiedyś swoje przegrane, dumę ze spowolnienia procesu zmian, silnie tożsamościowo osadzoną w przeszłości.

Koalicja Obywatelska, jeśli nie zmieni wizerunku, programu i przywództwa – stanie się po 20 latach od powstania Platformy odpływającym w niebyt kontynentem. Najlepsze w jej kampanii były kobiety i Małgosia Kidawa-Błońska, ale to na przyszłość może nie wystarczyć.

Wynik tych wyborów utrwalił polaryzację w Polsce – i to jest największe wyzwanie.

Nie chodzi o to, by dezawuować którąkolwiek ze stron. Ale zrozumieć, iż polaryzacja w takiej skali zabija szanse rozwojowe Polski. Jeżeli po jednej stronie trwa rewolucja narodowo-katolicka małych miast i wsi (w symbolicznym, choć nie tylko ujęciu), której celem jest leczenie po-transformacyjnych cierpień i doświadczeń związanych z utratą busoli oraz poczucia pewności i stabilności, bolesnością zbyt szybkich zmian (i nie chodzi o powiedzenie, że one były niepotrzebne – były niezbędne) – to rewolucja spowolnienia, zatrzymania procesów, także np. zmian obyczajowych będzie dalej kontynuowana. A socjalne rozdawnictwo jest tej rewolucji nie tylko ozdobą, nagrodą, ale i paliwem.

 

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego będzie trwała. Ludzie żyjący w tym świecie są i będą Polsce potrzebni. Dziś ufają Prezesowi, telewizji państwowo-propagandowej i proboszczom. Czy tak musi być zawsze….

Co więc można zrobić – wśród tych, którzy zbudowali sukces Polski po 1989 roku, którzy stali się pracowitymi nosicielami sukcesu (to ludzie różnych grup społecznych i dochodów, też nie zawsze przez te 30 lat doceniani), dla których tożsamościowym symbolem jest równocześnie flaga europejska i polska, którzy uczą się żywego uczestnictwa w codziennej demokracji, którzy wygenerowali wielki po 2015 zryw obywatelskiego oporu, a teraz mówią, że potrzebna im będzie odporność ?

Nie mogą się zniechęcić i odpuścić.

Ale partie polityczne muszą stać się ich partnerami, a nie fałszywymi ojcami chrzestnymi. Partie, jeśli chcą odnowić demokrację – muszą same stać się demokratyczne, bo nie są. Muszą uczyć się, jak obywatele mogą uzupełniać politykę, bo to obywatele są źródłem wiedzy władz i administracji. Wtedy będzie szansa na odnowienie demokracji. A o to dzisiaj chodzi, a nie już tylko o prostą obronę demokracji. Lata ostatnie nauczyły nas, część z nas – szacunku dla Konstytucji, jakiego w historii Polski nigdy na taką skalę nie było. Więc rozsiewajmy tę wartość dalej.

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego musi się odnowić. Ale przede wszystkim musi się otworzyć na potencjał rozmowy z tą Polską, która stoi koło sklepu wiejskiego, jest obecna w aktywności kół gospodyń wiejskich, jeszcze stara się spotykać wokół Orlików, walczy o drogę i szkołę gminną, czy średnią szkołę zawodową i dobry szpital w powiecie.

Tam trzeba być na co dzień i siać wartość rozmowy, wysłuchiwania się wzajemnego, ale też i może wspólnego rozwiązywania wspólnych problemów, małych problemów.
Tam trzeba być i żyć. Ale nie w formie odwiedzin, by strzelić sobie fotkę z bazarku. Tylko z zadaniem i poczuciem sensu budowy wspólnej tożsamości – przez małe kina, małe lokalne radia internetowe, dostępność sieci w każdej zagrodzie i uczestnictwo w Internecie, aktywność domów kultury. Ktoś powie – utopia. Nie da się, nie odzyskamy tej Polski.

Pewnie, że to nie jest łatwe. Partyjniacy tego nie zrobią. Ale obywatele z samorządowcami – tak. A partie muszą zacząć nadążać. Wektor się musi zmienić – to machiny partyjne muszą zacząć nadążać za społecznościami, a nie na odwrót.

To zajmie czas – jak kluby Gazety Polskiej, które potrzebowały 10 co najmniej lat, a Radio Maryja prawie 25, by budować swoistą i swoją tkankę społeczną.

Dlaczego to jest potrzebne, dlaczego należy pochylić się nad ludźmi oraz razem zresztą z nimi samymi nad sobą ! By osłabić dawne lęki transformacyjne… i zacząć odbudowywać demokratyczną tkankę społeczną oraz wiarygodność świata przyszłości.

Bo w świecie, w cywilizacji idą takie czasy, że zmiany będą musiały zachodzić coraz szybciej – przyjdzie konieczność turbotransformacji.

I jeśli chcemy świadomie ją wykorzystać ( zamienić niepewności na szanse), bez błędów, z których lekcję z przeszłości powinniśmy wyciągnąć – to trzeba iść do przodu mądrze i z ludźmi, a nie przeciw nim.

A jakie to wyzwania niesie świat, które musimy w Polsce naprawdę usłyszeć, by nie spaść na margines Historii ?

To potrzeba odnowienia ładu demokratycznego w jego nowej, sprawiedliwej wersji. To potrzeba naprawdę poważnej odpowiedzi na rewolucję cyfrową i nie odpuszczenia kontroli człowieka nad technologiami. To konieczność radykalnego odwrócenia zabójczych trendów w środowisku, które zabiją człowieka i mogą zniszczyć Ziemię. To wreszcie konieczność odbudowania ładu demograficznego, a przynajmniej osłabienia zagrożeń w tej dziedzinie, co wymaga innego podejścia do współpracy między pokoleniami oraz otwarcia w mądry sposób na migracje.

No, to startujemy !

Przejęcie Senatu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji. Do jej pełnej formy potrzebny jest jeszcze opozycyjny prezydent. Była wicemarszałek Sejmu ma największe szanse w starciu z Andrzejem Dudą.

Zdobycie 408 766 głosów i najwyższy wynik wyborczy to nie czysta statystyka, tylko realna decyzja indywidualnych ludzi, którzy postawili na Małgorzatę Kidawę-Błońską. W tym sensie jest ona drugim obok Jarosława Kaczyńskiego zwycięzcą wyborów. Jarosław Kaczyński wygrał Sejm. Wygrał mocą swojego autorytetu. Ale zabrakło tego autorytetu na Senat. W tym sensie Senat wygrał Grzegorz Schetyna, bo nie byłoby formalnej czy niedopowiedzianej koalicji senackiej, gdyby nie lider Platformy Obywatelskiej.

Ale oderwijmy się na chwilę od personaliów. Wynik wyborczy powoduje wyłom w systemie monowładzy Prawa i Sprawiedliwości. Nie przeceniając ustrojowej roli Senatu, sam fakt przejęcia wyższej izby parlamentu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji, o czym pisałem już na łamach „Plusa Minusa na wybory”. A kohabitacja odzwierciedla ducha naszego systemu konstytucyjnego i chroni państwo przed pokusą nadmiernej dominacji i autokratyzmu. Dziś wiemy, że pojawiła się szansa, by niezależny Senat uczestniczył w poprawianiu jakości legislacji, czynnym obsadzaniu stanowisk państwowych czy rozliczaniu instytucji, których sprawozdania mocą konstytucji akceptuje.

Ale niezależny Senat to nie jest pełna forma kohabitacji. Pełna – to niereprezentujący monopartii władzy prezydent. Czy pierwszy obywatel Andrzej Duda spełnia to kryterium? Jeśli będzie startował z poparciem partii rządzącej, to nie. Jedynym więc wyjściem dla opozycji jest prezydent wywodzący się z jej szeregów. A tu mamy praktycznie dwie kandydatury. Były premier i aktualny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i liderka wyników wyborczych Małgorzata Kidawa-Błońska. Oboje mają zalety, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie była wicemarszałek Sejmu ma większe szanse. Po pierwsze, po wyborach parlamentarnych ma wysoką rozpoznawalność i realny mandat demokratyczny, podobny do tego, jaki niedawno miała wybrana do Parlamentu Europejskiego z gigantycznym, półmilionowym, poparciem Beata Szydło. Po drugie, MKB, w przeciwieństwie do wiecznie hamletyzującego Donalda Tuska, może wystartować z kampanią już jutro, a nie w grudniu, co byłoby możliwe w wypadku przewodniczącego Rady Europejskiej. A data startu kampanii jest kluczowa. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło ją dzień po wyborach. Zatem i opozycja nie powinna się ociągać.

Po trzecie i najważniejsze, MKB jest dużo trudniejsza do „ustrzelenia” przez przeciwników niż „czarny Piotruś” z politycznej narracji PiS – były lider Platformy. Tusk jest i zawsze będzie obciążony nie tylko swoim sukcesem, ale też błędami. Nie wydaje się, że w kampanii mógłby się wyzwolić z negatywnego wizerunku, jakim obciążali go przez lata przeciwnicy. I sprawa ostatnia. W drugiej turze wyborów prezydenckich (w pierwszej pewnie konkurować będą również Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń) sukces kandydata opozycji będzie możliwy tylko z poparciem wszystkich formacji kontestujących kandydata PiS, a do tej roli zdecydowanie bardziej nadaje się MKB niż Donald Tusk. I to właściwie tyle, prócz pełnej świadomości tego, że MKB ma jako kandydat pewne słabości. Są jednak moim zdaniem do pokonania, kiedy otoczy się ją sztabem profesjonalistów i dobrze zaplanuje kampanię. Bez wątpienia mają szanse wygrać jej atuty. Jeśli oczywiście kampania zacznie się dostatecznie szybko i będzie, co nawet w PO jest możliwe, pełna wigoru i profesjonalna.

Te wybory to dopiero wstęp. W niedzielę wieczorem Lewica zaczęła rozbieg do najważniejszego skoku, który wykona za cztery lata.

Jeszcze w wakacje nie było wiadomo, czy w Sejmie IX kadencji znajdzie się w ogóle lewicowa reprezentacja. Dziś Lewica zjednoczona na listach SLD wraca do parlamentu z dwucyfrowym wynikiem jako trzecia siła polityczna w kraju. Jeden z jej liderów Adrian Zandberg w kluczowym stołecznym okręgu osiąga rewelacyjny wynik 137 tysięcy głosów.

PiS i Koalicja Europejska powtarzały w tej kampanii, że to najważniejsze wybory od 1989 roku. Dla Lewicy jednak najważniejsze będą nie te, ale następne. W tych pokazała, że ciągle liczy się jako istotna polityczna siła. W przyszłych pokaże, czy jest w stanie podjąć realną walkę o udział we władzy i przekształcenie kraju zgodnie z własnymi wartościami i poglądami. W niedzielę wieczorem Lewica tyleż zamknęła kampanię, co rozpoczęła rozbieg do nowej – do kluczowego dla własnej przyszłości skoku.

Jakie ma szanse, by odnieść sukces? Na jej korzyść przemawia kilka aktywów, choć jednocześnie będzie musiała wykonać dużo pracy, by poradzić sobie z już dziś widocznymi ograniczeniami jej potencjalnego wzrostu.

Aktywa Lewicy: ludzie i słabość rywali

Na pewno zasobem jest to, kogo Lewica wprowadziła do parlamentu. Do Sejmu wchodzi wyrazista reprezentacja pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, grupa świetnie wykształconych ludzi, sprawnie posługujących się językiem nowoczesnej Lewicy. Do tej pory działali poza parlamentem: w trzecim sektorze, akademii, ruchach społecznych, samorządzie. Dzięki obecności w Sejmie zyskają nowe narzędzia działania i niedostępną wcześniej widoczność. Ich doświadczenie z aktywności społecznej przyda się w umacnianiu przyczółków Lewicy w społeczeństwie obywatelskim.

Wiele tych młodych osób ma też ekspercką wiedzę – Magdalena Biejat na temat trzeciego sektora, Agnieszka Dziemanowicz-Bąk – edukacji, Maciej Gdula – nauki i szkolnictwa wyższego, Hanna Gill-Piątek – mieszkalnictwa i samorządu, Krzysztof Śmiszek – polityki antydyskryminacyjnej. To może się przełożyć na bardzo merytoryczną opozycję wobec PiS zdolną szachować rządzącą partię przemyślanymi, obchodzącymi ją z lewa pomysłami.

Kolejnym atutem Lewicy jest słabość KO. Nie oszukujmy się – to ona jest głównym przegranym tych wyborów. Tworzącą trzon KO Platformę czeka teraz trudny czas powyborczych rozliczeń. Ich efektem będzie albo walka o schedę po Grzegorzu Schetynie, albo dalsze dryfowanie partii pod jego przywództwem. W tej sytuacji wielu centrowych wyborców będzie naturalnie patrzyć w kierunku lewicy jako głównej siły zdolnej potencjalnie powstrzymać PiS. W takiej sytuacji wybrani z list KO Zieloni czy aktywiści obywatelscy będą spoglądać ku lewej stronie parlamentu, szukając tam przestrzeni dla swoich przyszłych działań.

To nie Balcerowicz jest teraz wrogiem

Tu jednak pojawia się pierwsze stojące przed Lewicą w najbliższych czterech latach wyzwanie: prawidłowego zdefiniowania tego, kto jest jej politycznym wrogiem. Wyniki z niedzieli wyraźnie pokazują jedno: nie jest, a przynajmniej nie powinna być nim Polska liberalna. Antagonistą w najbliższych czterech latach będzie nie Balcerowicz, ale Kaczyński. Nie polski neoliberalizm rodem z lat 90., ale konserwatywno-paternalistyczny projekt „polskiego państwa dobrobytu”, gdzie selektywne transfery socjalne służą umocnieniu głęboko reakcyjnego porządku społecznego.

Jeśli Lewica chce kiedyś wrócić do władzy w Polsce, jeśli chce przebić szklany sufit kilkunastu procent, musi lepiej komunikować się także z elektoratem liberalnym. Co oznacza z jednej strony współpracę z konserwatywno-liberalnym centrum w takich kwestiach jak np. praworządność, z drugiej zaś cierpliwe wychowywanie sobie potencjalnych wyborców z liberalnego centrum. Do czego? Po pierwsze, do tego, by w takich kwestiach jak prawa osób LGBT czy zdrowie reprodukcyjne byli faktycznie liberalni, a nie konserwatywni. Po drugie, do tego, by zrozumieli, że system wymaga głębokiej solidarystyczno-socjalnej korekty – ta nie zawsze oznacza „populizm” i „nieodpowiedzialne rozdawnictwo”.

Tu pojawia się kolejne wielkie zadanie dla Lewicy: musi ona znaleźć język, który pozwoli sformułować jej cywilizacyjną propozycję nowoczesnego państwa dobrobytu w taki sposób, by dotarła do szerokich grup wyborców. Będzie to wymagało połączenia wiedzy, intuicji, instynktu, szczęścia. Trudno powiedzieć dziś, jak konkretnie miałby ten projekt wyglądać. Na pewno musi zawierać modernizacyjne aspiracje, przedstawiając wydatki na usługi społeczne i infrastrukturę jako długofalowe inwestycje w rozwój. Z drugiej strony powinien też się odwoływać do języka praw człowieka i godnościowych rewindykacji, który tak sprawnie w ostatnich czterech, pięciu latach nauczył się politycznie obsługiwać PiS.

Wyjść ze swojej bańki

Kolejne wyzwanie stojące przed Lewicą to, paradoksalnie, konieczność nawiązania kontaktu z ludowym wyborcą. Exit poll pokazały, że po Koalicji Obywatelskiej to Lewica ma w swoim elektoracie najwięcej absolwentów wyższych uczelni. Lepiej niż wśród bezrobotnych czy emerytów radzi sobie wśród specjalistów i przedsiębiorców.

Nie jest to wyłącznie cecha polskiej lewicy. Badania Thomasa Piketty’ego z 2018 roku, oparte na analizach przepływów elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku dekadach, wyraźnie pokazały, że o ile prawica na Zachodzie reprezentuje osoby zamożniejsze, to lewica nie tyle ubogie, ile lepiej wykształcone.

Także w Polsce centrolewica nie będzie wyłącznie partią plebejską. Jako taka nigdy nie usadowi się w miejscu, z którego można efektywnie sprawować władzę. Musi postarać się budować ponadklasowy pakt na rzecz bardziej społecznie sprawiedliwej, inkluzywnej, egalitarnej, a przy tym szanującej prawa człowieka i osobiste wolności Polski. By to się udało, trzeba połączyć ogień z wodą, połączyć w jednym bloku część ludowego elektoratu PiS i wyborców odebranych liberalnemu centrum.

Sukces takiego projektu jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia szans Lewicy, ale także przyszłości demokracji w Polsce. Dzisiejsze związanie uboższego elektoratu nastawionego na sprawiedliwość społeczną i transfery, z partią kierującą się populistyczną, skrajnie konserwatywną, mniej lub bardziej autorytarną agendą jest głęboko toksycznym splotem zdolnym generować wyłącznie kryzysy.

Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna

Zanim jednak Lewica zabierze się do pracy na wszystkich tych polach, musi poradzić sobie z jednym problemem, bez rozwiązania którego nie ma co marzyć o dalszych sukcesach: jednością. Lewica wróciła do parlamentarnej gry, bo na czas kampanii była w stanie zakopać historyczne, personalne i polityczne spory. Jeśli w Sejmie IX kadencji spory te ponownie odżyją, jeśli Lewica zajmować się w nim będzie wyłącznie sobą, błyskawicznie zaprzepaści szansę, jaką dostała w niedzielę.

Pewnie tworzenie od razu jednej partii z Razem, Wiosny i SLD byłoby przedwczesne. Być może ma nawet sens – choć osobiście bym tego Lewicy nie doradzał – utworzenie przez szóstkę posłów i posłanek Razem własnego koła w Sejmie. Niezależnie od tego, czy ono powstanie, czy nie, Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna w parlamencie i poza nim – przede wszystkim w wyborach prezydenckich. Wystawienie więcej niż jednego kandydata skończy się bowiem zupełną, bardzo politycznie kosztowną katastrofą. Jeden lewicowy kandydat – dziś najpewniej Robert Biedroń, choć może warto byłoby pomyśleć o jakiejś kandydatce – ma zaś szansę na co najmniej mocne trzecie miejsce.

Polska to nie Portugalia, gdzie rząd tworzą trzy startujące osobno lewicowe i centrolewicowe partie. Nawet jeśli zachowanie organizacyjnej odrębności Partii Razem czy SLD ma swoje racjonalne przesłanki, partie te nie mogą startować przeciw sobie w wyborach. Grają o zbyt podobny elektorat. Liderzy lewicy muszą teraz zrozumieć, że są na siebie skazani, a elektorat nie wybaczy im frond i rozłamów. Jeśli Lewica wróci kiedyś do gry o władzę, to tylko jako bardzo wielki namiot gromadzący ludzi o bardzo różnych biografiach, priorytetach i wrażliwościach.

Opozycja ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – W przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia “sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Oficjalne wyniki wyborów pokazują, że będzie samodzielnie rządzić nami ugrupowanie, które nie ma większości.

PROF. UW RAFAŁ CHWEDORUK: W demokracji trudno wyobrazić sobie inną sytuację, może poza krajami, gdzie mamy system dwupartyjny, jak Malta. Gdyby korzystać z tego argumentu, to w zasadzie żaden rząd po 89 roku nie cieszył się poparciem większości Polaków, nawet tylko tych uczestniczących w wyborach. Prawdą jest, że przy rekordowej frekwencji PiS zrobił rekordowy wynik.

Mamy natomiast do czynienia z innym paradoksem. PiS wygrał przy rekordowej frekwencji i takim rezultatem, a mimo to najwyraźniej w tej partii dominuje ambiwalencja w ocenie wyniku. Trochę to przypomina sytuację po wyborach samorządowych rok temu. Co do pozostałych partii opozycyjnych, to one przegrały wybory, ale każda z osobna ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma  żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić. Nie ulega też wątpliwości, że tak jak

PIS DOSTAŁ MOCNY MANDAT DO RZĄDZENIA, TAK OTRZYMAŁ SŁABSZE NIŻ POPRZEDNIO PODSTAWY DO SPRAWOWANIA WŁADZY. TA SYTUACJA BĘDZIE WYMAGAŁA BARDZO DUŻEJ EKWILIBRYSTYKI OD PIS-U.

I jeszcze jedno: mieliśmy rekordową frekwencję, ale mało kto zauważył, że mieliśmy też najniższą w historii ilość ogólnokrajowych komitetów. Zatem do wielkiego pulchnego wyborczego tortu było zaledwie 5 chętnych konsumentów i myślę, że największe partie nie uwzględniły tego w swojej kalkulacji.

Problem PiS-u polega na tym, że mając niewielką większość mandatów będzie miał do czynienia z dwoma biegunami po obu stronach. Z jednej strony będzie Konfederacja, która choć dostała się, korzystając głównie z retoryki libertariańskiej, skoncentrowana na kwestiach ekonomiczno-społecznych, to będzie w kwestiach kulturowych atakowała PiS i to z radykalnie konserwatywnej pozycji – np. aborcja, migranci, ustawa 447, prowokując PiS do licytacji. Jeżeli partia rządząca wejdzie w taką licytację, to z pewnością utraci poparcie olbrzymiej części umiarkowanych wyborców, którzy doszlusowali do PiS-u, zainteresowanych bardziej kwestiami społecznymi. Jeżeli nie podejmie, to Konfederacja będzie próbowała tych najbardziej radykalnych prawicowo-konserwatywnych wyborców od PiS-u oderwać. Na drugim biegunie znajdzie się PSL, którego zwycięski lider zapewniał o szacunku dla wszystkich, nie przedstawiał w wielu kwestiach konkretów, a jedynie dystansował się od głównych podmiotów politycznych w kraju i to, jak się okazuje, wystarczyło na przyzwoity wynik wyborczy i solidny klub. PSL będzie atrakcyjny dla wahających się wyborców.

PIS ZNAJDZIE SIĘ ZATEM MIĘDZY DWOMA BIEGUNAMI, CO BARDZO UTRUDNI FUNKCJONOWANIE TEJ PARTII NA CO DZIEŃ, ZWŁASZCZA ŻE WKRÓTCE WYBORY PREZYDENCKIE I PRAWIE Z MARSZU PRZYSTĄPIMY DO KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

W mijającym Sejmie ze względu na obecność Kukiza i kryzys PSL, który dostał dużo gorszy wynik poprzednio, a także ze względu na upadek Nowoczesnej, większe partie miały skąd czerpać posłów, teraz tak prosto nie będzie.

Czyli dobrze i łatwo dla partii rządzącej już było. Ja dołożyłabym do tego jeszcze kryzys gospodarczy, który widać na horyzoncie. Czy ten Sejm przetrwa zatem 4-letnią kadencję?
Mogę sobie wyobrazić sytuację, że gdyby kryzys gospodarczy nieuchronnie do Polski zmierzał, PiS mógłby spróbować wcześniejszych wyborów, aby ponowić swój mandat. Tym bardziej, że każdy z 3 podmiotów opozycyjnych będzie dążył do przedstawienia swojego kandydata na prezydenta. To będzie rodziło konflikt na stronie opozycji i sprzyjało PiS-owi. Ale to jedyny czynnik, który działać może na plus tej partii w obecnym składzie parlamentu.

Dodajmy jeszcze, że

PIS BĘDZIE MIAŁ TAKŻE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ SYTUACJĘ WEWNĘTRZNĄ: PARTIE GOWINA I ZIOBRY DYSPONUJĄ WIĘKSZĄ ILOŚCIĄ POSŁÓW NIŻ W POPRZEDNIEJ KADENCJI. TEGO PROBLEMU PIS KOMPLETNIE NIE MA JAK OBEJŚĆ. A TO OZNACZA, ŻE KOSZTY SPRAWOWANIA WŁADZY BĘDĄ DUŻO WIĘKSZE.

Po raz pierwszy od czasów Sejmu kontraktowego mamy inną większość w Senacie niż w Sejmie. Na ile to ważne?
Myślę, że ze wszystkich pozytywnych aspektów dla opozycji ten ma wymiar bardziej symboliczny. Wobec wyzwań, przed którymi stanie PiS, to nie jest największy problem dla tej partii.

Czyli bardziej porażka wizerunkowa niż faktyczna?
Tak, to coś, co kierownictwo PO może przedstawiać jako nadzieję na przyszłość.

Do Sejmu wraca lewica. Na ile to znaczący powrót?
Przyznam, że dla mnie ten powrót jest zaskoczeniem, bo choć od wejścia SLD do sejmików rok temu było jasne, że ta partia wróci, natomiast wynik ponad miliona innych niż SLD-owskich wyborców jest moim zdaniem niespodzianką. Lewica zawdzięcza to zarówno wysokiej frekwencji, ale też temu, że wiele środowisk opiniotwórczych, które od lat wspierały PO przeciw Lewicy, tym razem zachowała względną neutralność w tym sporze. Dla Włodzimierza Czarzastego i pozostałych to niewątpliwie olbrzymi sukces. Wszelkie narzekania, że to 12 proc., a nie 15 czy 16, nie mają żadnych podstaw bytu. Przypominam, że Lewica przystępowała do kampanii z realnym poparciem w przedziale 7-9 proc.

DO WYBORÓW PREZYDENCKICH NA PEWNO WSZYSTKO BĘDZIE PROSTE, JEDNAK JEŻELI ROBERT BIEDROŃ ZAJĄŁBY NIŻSZE NIŻ TRZECIE MIEJSCE, TO MOGĄ POJAWIĆ SIĘ STRUKTURALNE PROBLEMY WEWNĘTRZNE.

Lewica trafiła na dobry moment?
Niewątpliwie wielkim sukcesem jest wykorzystanie okazji. W polityce to jest bardzo ważna umiejętność. Pamiętajmy, że ta koalicja powstała niejako z przymusu, a nie w zaplanowany sposób. Na pewno Lewica w Polsce, jak i w całej Europie stoi przed dylematami dotyczącymi tego, czy bardziej iść w stronę lewicowości kulturowej czy społeczno-gospodarczej. W Polsce to dodatkowo musi być skorelowane ze stosunkiem do historii, tym razem udało się różne grupy wyborców, często od siebie odległe, połączyć. Już na podstawowych analizach na poziomie geografii wyborczej widać, że to już nie tylko tradycyjny elektorat SLD. W przypadku ostrej konkurencji z PO i PSL dużo pracy będzie wymagało utrzymanie wspólnego mianownika wśród tych wyborców. Warto zwrócić uwagę, że Lewica powinna dbać o kwestie programowe, tożsamościowe, pracować cały czas z grupami społecznymi, które ją wsparły, a nie orientować się na wielki przełom, bo póki co

TO PLATFORMA ZDUBLOWAŁA WYNIK LEWICY. NAJPRAWDOPODOBNIEJ SAMA PO SKRĘCI WYRAŹNIE W LIBERALNĄ STRONĘ W KWESTIACH GOSPODARCZYCH, CZEGO OCZEKUJE ZNACZNA CZĘŚĆ KLASY ŚREDNIEJ W POLSCE.

Czy możemy spekulować, że PiS osiągnął maksimum swoich możliwości, czyli niewiele ponad 8 mln wyborców?
Moim zdaniem tak – w przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia „sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia. Zaangażowanie ludzi i środków, bardzo mocne argumenty, jakie PiS miał za sobą, bo oprócz obietnic miał też argument sprawstwa; to wszystko pozwoliło zmobilizować rekordową liczbę wyborców, także tych biernych. Teraz powstaje oczywiste pytanie, czy sprawując dalej władzę uda się ponawiać taką mobilizację.

Do tej pory PiS był teflonowy i wychodził ze wszystkiego niemal bez szwanku. Teraz to się zmieni?
Z dzisiejszej perspektywy rywalizacja PiS-u z KOD-em czy z ówczesnymi partiami opozycyjnym z udziałem PO i Nowoczesnej wydaje się wyzwaniem jednak trochę mniejszym.

PIS PRZETRWAŁ I POKONAŁ OPOZYCJĘ WYBORCZO, DZIŚ JEDNAK SKALA WYZWAŃ JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA.

Problem PiS-u nie bierze się ze słabego wyniku tej partii czy super wyniku PO czy SLD. Problem tej partii bierze się stąd, że są w Sejmie dwie partie mniejsze. Absencja chociaż jednej z nich podwyższyłaby wynik PiS-u w mandatach. Partii Kaczyńskiego nie udało się pozbawić podmiotowości PSL, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że zagnanie na polityczne meandry Kukiza nie wystarczyło. Sądzę, że dla wszystkich obserwujących politykę ta kadencja Sejmu będzie o wiele ciekawsza niż poprzednia, i to nie tylko dlatego, że rząd będzie miał mniejszą przewagę mandatów nad opozycją w Sejmie niż poprzednio.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Krótka pamięć osłów PiS

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

Można o Grzegorzu Schetynie wiele mówić, ale nie można mu odmówić woli walki i tego, że naprawdę chciał i robił wszystko, żeby powstała szeroka koalicja, żeby powstrzymać to, co robi PiS i robił wszystko, żeby uzyskać większość w Senacie. To nie Grzegorz Schetyna jest problemem w tych wyborach

– mówiła Kidawa-Błońska, dodając przy tym, co padało również z ust Schetyny, że rywal KO, czyli PiS „nie przestrzegało żadnych reguł”.

Wybory parlamentarne 2019. Kidawa-Błońska szefową PO?

Wicemarszałek Sejmu oceniła też, że na pewno potrzebne będzie „rozliczenie kampanii”, napomknęła również, że przecież w PO są pewne procedury, a od stycznia startuje wewnętrzna kampania. Natomiast w lutym możliwa jest zmiana szefa partii. Nie chciała jednak odpowiedzieć wprost na pytanie, czy będzie kandydować na szefową PO, mówiąc:

Pierwsze, co musimy zrobić, to podsumować tę kampanię i na zimno bez emocji ją ocenić. Drugi krok to stworzyć klub, a trzeci to wstąpić w proces wyborczy na szefa partii.

Dobrze jest czasem być strasznym pesymistą, bo potem cieszy byle co.

Ale tak: cieszy mnie silna opozycja w sejmie: sporo nowych twarzy, silnych głosów i mądrych poglądów (brawo dziewczyny z Kongresu Kobiet!!). Nie będzie to opozycja potulna i kunktatorska. Będzie to opozycja waleczna.

Poza tym cieszy mnie, że Prezes, który zmobilizował tyle środków na wybory: rozkręcił Kościół, oplótł Polskę różańcem, obwiesił bilbordami swoich wyznawców i rozkręcił medialną machinę kłamstw, otrzymał mniej niż zapłacił. Bo z pewnością liczył na więcej.

Za cztery lata to już zdrowie prezesa będzie nie to i mniej pieniędzy na jego polityczne ambicje (chyba że wycofa się z obietnic), więc nie da rady. Rzecz jasna może wprowadzić stan wojenny; będzie wtedy taniej i skuteczniej dla utrzymania władzy ale w demokracji już nie wygra.  A rolą opozycji jest przede wszystkim przywrócić funkcje parlamentu, żeby nie był kościołem jednego polityka.

Materiał filmowy >>>

Czyżby Prawo i Sprawiedliwość wycofywało się z przedwyborczych obietnic? Jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński obiecywali „piątkę na 100 dni” (budowę 100 obwodnic, mały ZUS dla małych firm etc.), która miała być planem rządu na pierwsze 100 dni po wyborach. Okazuje się, że Zjednoczona Prawica zapomina o swoich wyborcach i nie jest zbyt skłonna do realizacji wcześniejszych zapowiedzi.

W ciągu pierwszych 100 dni zostaną uchwalone ustawy albo przygotowane programy rządowe dot. małego ZUS13. i 14. emerytury, pakietu kontrolnych badań profilaktycznych, budowy 100 obwodnic i planu dojścia do równych dopłat dla rolników” – obiecywał na początku października prezes Kaczyński, który wypowiedział te słowa na wspólnej konferencji z premierem Morawieckim.

Do tematu powrócił minister Michał Dworczyk z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. „My tego nie mówiliśmy, że (założenia „piątki na 100 dni”) zostaną w ciągu stu dni zrealizowane. Część ustaw pewnie uda się uchwalić, część trafi do Sejmu jako projekty rządowe. Proces legislacyjny ma też swoją dynamikę, więc może się nie udać wszystkich tych projektów uchwalić w ciągu pierwszych stu dni, czyli trzech miesięcy” – przyznał w rozmowie w Radiu ZET.

Możliwość realizacji „piątki na 100 dni” jest również krytykowana przez ekonomistów. Stanisław Gomułka uważa, że rząd jest w stanie wypłacić 13. emeryturę, jednak wypłata 14. jest zwyczajnie niemożliwa i doprowadziłaby do pojawienia się w budżecie dużego deficytu. „Po prostu pojawi się deficyt, którego w pierwszej wersji nie było. Nie sądzę bowiem, że PiS wycofa się ze wszystkich obietnic, raczej tylko z obietnicy wypłaty czternastej emerytury. Trzynastą wypłaci, bo inaczej wyborcy przeżyliby szok” – stwierdził Gomułka w powyborczej rozmowie z Bussines Insider Polska. Takie rozdawnictwo pieniędzy – zdaniem ekonomisty – doprowadzi do tego, że w latach 2020-2021 rząd „będzie musiał zacisnąć pasa”.

Równie krytyczny jest Witold Orłowski, który uważa, że dojdzie do wzrostu inflacji i spadku tempa gospodarczego wzrostu. Świadczenia obiecywane przez PiS – według Orłowskiego – będą miały wyłącznie jednorazowy charakter; bardziej przydatne miałoby być wprowadzenie nowych, innowacyjnych rozwiązań i zwiększenie konkurencyjności gospodarki.

Ponadto – jak podkreśla Orłowski – realizacja obietnic przyczyni się do najprawdopodobniej do nieuniknionego podwyższenia podatków. Już wcześniej liczni ekonomiści poddawali krytyce propozycje gospodarcze Prawa i Sprawiedliwości; skrytykowano m.in. pomysł podwyższenia płacy minimalnej do 4000 zł.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>