Sędziowie już mają stan wojenny

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Duda przegra, stanie przed Trybunałem Stanu, jak też Ziobro i Jaki

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Prusak Ziobro, prostak Duda i inne pisizmy obnażane przez Donalda Tuska i prof. Zajadło

Dlaczego PiS-owi podoba się instytucja Rechtsbeugung? Przy pewnej interpretacji nadaje się wręcz modelowo do politycznego sterowania wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była wykorzystywana w niemieckiej historii

Obecnie rządzący mają pewną dziwną manierę – dokonują w polskim systemie prawa pewnych, niekiedy bardzo kontrowersyjnych zmian, a następnie próbują na siłę udowodnić, że są to rozwiązania powszechnie stosowane w innych państwach europejskich. Takie uzasadnienie ma jakby dodatkowo legitymizować racjonalność tych legislacyjnych propozycji, a zwłaszcza podkreślać ich rzekomą zgodność z europejską kulturą prawną.

Zupełnie abstrahuje się jednak przy tym od tylko pozornego podobieństwa tych propozycji do regulacji przyjętych w innych państwach, a przede wszystkim od kontekstu tradycji i kultury politycznej, w których one tam funkcjonują.

Typowym przykładem było stworzenie nowego systemu kreacji sędziowskiej części Krajowej Rady Sądownictwa (słusznej nazywanej przez większość środowiska prawniczego neo-KRS), a w konsekwencji także do pewnego stopnia nowego systemu nominacji sędziów i oceny ich orzecznictwa.

Ostatnio ta perwersyjna implantologia prawna przybrała jednak zupełnie nowy wymiar. Oto bowiem prasa („Dziennik Gazeta Prawna” z 2 grudnia 2019) doniosła o planowanej regulacji wprowadzającej karno-prawną odpowiedzialność sędziów za wydane orzeczenia – miałaby ona być wzorowana na rozwiązaniach niemieckich (§ 339 niemieckiego kodeksu karnego, Strafgesetzbuch – StGB) i/lub francuskich (art. 10 ustawy o statusie sądownictwa).

Na szczególnie krytyczną uwagę zasługuje moim zdaniem zwłaszcza pierwsza z tych propozycji, a chodzi o następujący przepis StGB: „Sędzia, inna osoba sprawująca urząd publiczny lub arbiter, który jest winien naginania prawa na korzyść lub niekorzyść jednej ze stron w prowadzonym postępowaniu lub wydanym orzeczeniu w sprawie prawnej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do pięciu lat”.

Ktoś tu niewiele wie

Wszystko wskazuje na to, że pomysłodawcy wprowadzenia do polskiego systemu prawa tego specyficznego przestępstwa określanego w skrócie mianem „naginania prawa” (niem. Rechtsbeugung) mają dosyć blade pojęcie na temat istoty tej instytucji. Chyba niewiele wiedzą:

  • po pierwsze, na temat jej genezy i miejsca w historii niemieckiego prawa karnego;
  • po drugie, na temat kontrowersji, które zawsze wywoływała i do dziś wywołuje w niemieckiej dogmatyce prawa karnego materialnego i procesowego;
  • po trzecie, na temat celów, w których była/nie była  wykorzystywana w niemieckiej praktyce prawnej;
  • po czwarte, na temat gigantycznej literatury prawniczej i orzecznictwa sądowego, którymi obrosła.

Planowany prawny implant wydaje się więc być przypadkiem „lekarza” działającego bez należytego rozeznania zarówno istoty wszczepianego „organu”, jak i stanu zdrowia „pacjenta” oraz potrzebnej mu „terapii”.

Ograniczone ramy tego felietonu nie pozwalają na szczegółowe omówienie wszystkich podnoszonych w niemieckiej literaturze prawniczej wątpliwości i kontrowersji, skupmy się więc tylko na niektórych z nich.

Już na wstępie możemy się jednak domyślać, dlaczego PiS-owi bez bliższego rozeznania problemu podoba się instytucja Rechtsbeugung – przy pewnej interpretacji nadaje się ona bowiem wręcz modelowo na polityczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była ona wykorzystywana w niemieckiej historii.

Trafnie podsumował to niemiecki uczony Ingo Müller, profesor prawa i procesu karnego, a przy tym wybitny krytyczny badacz perwersji nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości: „Stan faktyczny naginania prawa był wykorzystywany, w zależności od potrzeb, zarówno po to, by dyscyplinować niechcianych kolegów [tj. głównie sędziów, ale także prokuratorów – JZ], ale także po to, by immunizować sędziów przed jakimikolwiek zarzutami karno-prawnymi”.

Groźba politycznej instrumentalizacji

Po pierwsze, pojęcie Rechtsbeugung pojawiło się w niemieckim prawie karnym w połowie XIX. wieku, następnie zostało przyjęte w kodeksie karnym z 1871 roku i tak przetrwało różne próby reform aż do dnia dzisiejszego (wcześniej był to § 336, od 1998 roku § 339 StGB).

Pewną ciekawostką może być to, że prawdopodobnie zostało przejęte z języka biblijnego, takim terminem Recht beugen  (naginać prawo) posłużył się bowiem Marcin Luther w swoim tłumaczeniu Księgi Powtórzonego Prawa (27, 19; na marginesie w polskim wydaniu pojawia się zwrot „łamie prawo”, a nie „nagina prawo”, a to zdecydowanie nie jest to samo). Przeniesienie tak niedookreślonego i nieprecyzyjnego pojęcia do języka prawnego musiało zrodzić problemy.

Już pobieżna lektura przepisu § 339 StGB może budzić cały szereg wątpliwości interpretacyjnych.

Czymże bowiem jest w swojej istocie „naginanie” ze skutkiem określonym w tym przepisie – każdym błędnym zastosowaniem/wykładnią prawa, czy wyłącznie czymś znacznie dalej idącym i poważniejszym, a jeśli tak – to czym?

W jakim zamiarze musi działać sędzia, by postawić mu zarzut Rechtsbeung – wyłącznie w zamiarze bezpośrednim, czy też może także w zamiarze ewentualnym?

Jaką teorią uzasadnić istotę stosunku sprawcy do czynu – subiektywną, obiektywną, mieszaną? Czy Rechtsbeugung dotyczy tylko nagięcia prawa materialnego, czy także formalnego?

Co się dzieje w sytuacji, gdy sąd działał w składzie kolegialnym – odpowiedzialni są tylko sędziowie głosujący za orzeczeniem, czy wszyscy?

Jak to ustalić wobec tajemnicy narady sędziowskiej w sytuacji, gdy wszyscy złożyli swój podpis pod orzeczeniem, a żaden nie złożył zdania odrębnego? Itd. itp. Wprawdzie w ostatnich latach szereg z tych kontrowersji rozstrzygnięto w tę czy w drugą stronę i doprecyzowano ekstraordynaryjny charakter Rechtsbeugung, ale i tak litania wątpliwości zgłaszanych w licznych publikacjach w niemieckiej literaturze prawniczej i w orzecznictwie sądowym w zasadzie nie ma końca.

Po drugie, na te problemy dogmatyczne nakłada się też pewna fundamentalna kwestia ustrojowa. Zgodnie z art. 20 ust. 3 niemieckiej Ustawy Zasadniczej z 1949 roku (de facto konstytucji w powszechnym rozumieniu – Grundgesetz (GG)) „władza wykonawcza i sądownicza są związane ustawą i prawem”.

W ramach trójpodziału władzy towarzyszą temu zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów. I tutaj pojawia się u niektórych niemieckich komentatorów pewna wątpliwość: czy w związku z tym da się pogodzić groźbę odpowiedzialności za popełnianie Rechtsbeugung z niezawisłością sędziowską?

W powszechnej opinii nie ma tutaj sprzeczności – w demokratycznym państwie prawa § 339 StGB powinien stanowić dodatkowe wzmocnienie art. 20 ust. 3 GG, wyznaczając sędziemu pewne granice, których nie może przekroczyć pod groźbą odpowiedzialności karnej. Pod warunkiem wszakże, że jest poprawnie stosowany i interpretowany, a nie politycznie instrumentalizowany.

Nie zmienia to jednak faktu, że Rechtbeugung jest instytucją specyficznie niemiecką i trudno odnaleźć jej bezpośredni odpowiednik w kodeksach karnych współczesnym państw europejskich.

Jeśli zdarzyłby się jakiś wyjątek, który umknął mojej uwadze, to potwierdza on tylko regułę – najczęściej zawarte są tam jedynie regulacje zbliżone do przepisu art. 231 polskiego kodeksu karnego (nadużycie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego).

Po trzecie wreszcie i najważniejsze, stosowanie i wykładnia Rechtsbeugung może zależeć w dużej mierze od woli politycznej i wpisywać się idealnie w pewien model relacji pomiędzy polityką i prawem.

Mówiąc wprost – jest to niebezpieczny instrument do łatwej politycznej instrumentalizacji sędziów i prokuratorów, a taki jest przecież sens całej PiS-owskiej tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości.

Bat na sędziów z NRD

Spójrzmy na doświadczenia niemieckie. Po drugiej wojnie światowej od początku lat 50. w niemieckim wymiarze sprawiedliwości nastąpił de facto proces renazyfikacji, a nie denazyfikacji systemu sądownictwa i do urzędów powróciły osoby, które w okresie nazizmu popełniły nie tylko przestępstwa naginania prawa, lecz dopuściły się wręcz ewidentnych zbrodni sądowych. Trudno się więc dziwić, że sprawy dotyczące Rechstbeugung  zdarzały się relatywnie rzadko, a jeśli się już zdarzały, to kończyły się wyrokami uniewinniającymi.

Po zjednoczeniu Niemiec wahadło odbiło w drugą stronę. Wprawdzie Federalny Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń podkreślił, że nie da się porównać NRD z Trzecią Rzeszą, to jednak nie chcąc powtórzyć błędu zaniechania z przełomu lat 50. i 60., na początku lat 90. wytoczono szereg spraw, bardzo często słusznie ale i często niesłusznie z neoficką nadgorliwością, sędziom i prokuratorom z byłej NRD.

W przypadku jednego i drugiego bezprawia, nazistowskiego i komunistycznego, decyzja na tak lub nie Rechtsbeugung była niestety zdeterminowana politycznie.

Konkludując – trzeba bardzo uważać z prawnymi implantami. Dla propisowskich prawników mam dodatkowo informację niezbyt dobrą. Jeśli przyjrzeć się np. przypadkowi sędziego Juszczyszyna, to w mojej ocenie jego orzeczenie ma się nijak do znamion Rechtsbeugung.

Nie byłbym jednak tego już taki pewien w odniesieniu do sędziego Lasoty i jego wniosku dyscyplinarnego w sprawie sędziego Juszczyszyna.

W jeszcze większym stopniu dotyczy to prokuratorów tzw. dobrej zmiany i licznych decyzji w sprawie umorzenia postępowania lub odmowy wszczęcia postępowania. Vide – umorzenie postępowania w sprawie portretów europosłów zawieszonych na szubienicach.

Rechtsbuegung? Niech sobie każdy obywatel, nie tylko prawnik, sam odpowie na to pytanie.

Tak jak byłem sceptyczny co do tegorocznych wyborów – nie mówiłem o tym, żeby nie demobilizować – tak samo jestem przekonany, że system zbudowany przez PiS zapadnie się nawet nie ze względu na skuteczność opozycji, ale pod ciężarem łajdactwa, jakie nam fundują” – powiedział szef Europejskiej Partii Ludowej Donald Tusk w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Według byłego polskiego premiera, „to tylko kwestia przesunięcia w czasie, ale PiS nie będzie rządzić w Polsce za cztery lata”. – „Oni teraz nie spoczną w wysiłkach, by rozwalić system do końca, bo wiedzą, że już stracili władzę. Widać teraz każdego dnia, jak to zaczyna się kruszyć. Proszę sobie wyobrazić, jak z miesiąca na miesiąc będzie narastał ich strach. Strach tych, którzy teraz rozwalają system sędziowski, obrażają sędziów, szantażują ich, wyrzucają z pracy, organizują hejt przeciw nim. Ta władza najzwyczajniej w świecie boi się odpowiedzialności, i słusznie – jest wiele ewidentnych powodów do pociągnięcia wielu funkcjonariuszy tej władzy do odpowiedzialności karnej i procesowej” – stwierdził Tusk.

Były przewodniczący Rady Europejskiej odniósł się do postępowań KE, dotyczących przestrzegania praworządności w Polsce. – „Od pierwszego dnia do dziś miałem i mam ambiwalentny stosunek wobec tego, co robi się w Brukseli względem Polski. Niezależnie od idiotycznej retoryki PiS nikt z nas nie chciałby, żeby Europa zajmowała się Polską jako pacjentem. Trzeba było robić wszystko dla chronienia polskiej reputacji, a z drugiej strony Warszawa robiła bardzo dużo, żeby tę reputację zniszczyć. Gdyby działania Komisji Europejskiej były agresywniejsze, to jeszcze bardziej osłabiałoby naszą reputację, a ich brak jeszcze bardziej ośmielałby PiS do rujnowania tej reputacji. To łamigłówka bez dobrego rozwiązania” – podkreślił.

Wrócił też do jednego z większych kryzysów, który w minionych latach dotknął UE. – „Można się spierać o różne prawne rozwiązania dotyczące np. kontroli napływu migrantów, ale to, co PiS i jego patroni potrafili mówić w czasie kryzysu migracyjnego albo na temat mniejszości seksualnych, to jest po prostu antychrześcijańskie i antydemokratyczne” – powiedział Tusk.

Nawiązał do napisanej przez siebie książki „Szczerze”, która zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu. To zapis jego 5-letniej kadencji jako przewodniczącego RE. – „Oczywiście najwięcej czasu zabierała praca w sprawach unijnych. Nie ukrywam, że emocjonalnie zdecydowanie bardziej przeżywałem to, co dzieje się w Polsce, niż funkcję szefa Rady Europejskiej. Niestety, polska władza dostarczała wystarczająco dużo powodów, żeby przejmować się właściwie każdego dnia”.

Więcej Tuska tutaj >>>

Andrzej Duda przyjął ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza za zamkniętymi drzwiami. Nie w Pałacu Prezydenckim, ale w Belwederze. Zaprzysiężenie nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego obyło się bez dziennikarzy. Ślubowanie złożyli Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina. Z tego grona najwięcej kontrowersji budzi powołanie Stanisława Piotrowicza, który w okresie stanu wojennego był prokuratorem. Andrzej Duda wielokrotnie krytykował sędziów za to, że nie „oczyścili” swojego środowiska po upadku komunizmu. (http://www.tvn24.pl/)

Zobacz, jak to jest, urządziłeś Pan sobie kompromitację na pełną skalę, publiczne kpiny ze swoich dotychczasowych wystąpień, nawet poza granicami kraju. Jak zwierzę z podwiniętym ogonem ze wstydu, w ukryciu, urządzasz Pan tajną przysięgę z „tak mi dopomóż Bóg”.

Tak postępują tylko ludzie zakłamani i nieodpowiedzialni, dla których lizusostwo dla kariery jest przyzwyczajeniem. To dowód na brak samodzielności myślenia i działania, brak autorytetu i dziecinadę. Wykonanie tak podłego zadania prezesa, którego zadowolenie może skutkować wystawieniem grzecznego Andrzejka do wyborów w maju, nie dla wszystkich jest uzasadnieniem.

Wstydź się Pan!

Przynajmniej raz wiesz, jak to jest.

Znaczna część świadomego narodu i sam wstydzę się za Pana, za każdym razem, kiedy tylko otwierasz publicznie usta, aby wykrzyczeć kolejne brednie i kłamstwa albo, pożal się boże, opowiesz Pan dowcip. Nie wiem, jak te pół roku wytrzymam z Panem jako chodzącym przykładem wstydu i kompromitacji Polski. Jednak wspiera mnie przekonanie, że Pana immunitet się skończy. Wiesz Pan dobrze, co mi uczyniłeś. Czekam.

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat…

No i stało się. W Belwederze, z dala od kamer, po cichu, tak jakby z pewnym zawstydzeniem pan Duda zaprzysiągł Piotrowicza i Pawłowicz na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wielkie oburzenie, gniew, mnóstwo pełnych złości komentarzy, a ja pytam, skąd te nerwy?

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat, od czasów, gdy Zjednoczona Prawica – ku chwale Ojczyzny – prowadzi nas w coraz większą przepaść. Trybunał to tylko atrapa, która nawet już nie zachowuje pozorów instytucji demokratycznej. Tak więc naprawdę nie ma się czym entuzjazmować i wydziwiać, że takie „gwiazdy” tam trafiły. Jaki Trybunał, tacy w nim sędziowie.

Przykre jest to, że do rozwalenia Trybunału przyłożyli ręce politycy PO. Wszyscy pamiętamy ostatnie posiedzenia Sejmu przed jesienią 2015 roku. To wówczas wybrano trzech sędziów do TK na miejsce tych, którym kadencja się kończyła, a przy okazji również dwóch, których powinien wybrać dopiero nowy Sejm. „Pięknie” wykorzystał to prezes PiS i jego partia. Otwarto mu drzwi, co pozwoliło pójść dalej w kierunku bezprawia i załatwić sprawę po swojemu. Pisowski Sejm, nie bacząc już na nic, biegiem wybrał sobie swoich 5 sędziów (odrzucając jednocześnie tych trzech legalnie wybranych). Duda równie szybko „namaścił” tę piątkę i po ptakach. Jeszcze przez prawie rok, gdy prezesem był Andrzej Rzepliński Trybunał Konstytucyjny funkcjonował, choć już jego orzeczenia nie były publikowane. Jednak od grudnia 2016, gdy rządy w Trybunale objęła marna prawniczka, ale dobra przyjaciółka prezesa – Julia Przyłębska, instytucja ta stała się atrapą.

Julia Przyłębska wzięła się ostro do roboty, ale tej związanej z remontem, zakupem nowego samochodu, zmianami przepisów związanych z organizacją i trybem postępowania przed Trybunałem, zmianami organizacyjnymi, w tym likwidacją Biura Trybunału Konstytucyjnego. Wzięła też na siebie rolę uroczej gospodyni, witając w progach Trybunału takich gości, jak Zbigniew Ziobro, poseł Arkadiusz Mularczyk, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł czy też Mariusz Kamiński. Spędzała czas na towarzyskich spotkaniach z Jarosławem Kaczyńskim i innymi politykami Zjednoczonej Prawicy. Często odwiedzała też Berlin, by małżonkowi ambasadorowi nie było za nią zbyt tęskno.

Ech, szybko pokazała, że bezstronność, samodzielność i rzetelność sędziowską są jej obce, że liczy się tylko dobry układ z obecną władzą. No cóż, kobieta ambitna, a gdy nie starczyło talentu, gdy wyniki jej dotychczasowej pracy nie znalazły uznania, to co jej pozostało? Wybić się tylko dzięki własnemu urokowi osobistemu, obiecać to i owo, złamać zasady etyki prawniczej oraz zadeklarować bezgraniczną lojalność PiS i to pani Przyłębskiej wyszło najlepiej. Osiągnęła sukces. Teraz rządzi… atrapa, ale co tam.

Za panowania tej pani TK wydał najmniej wyroków od 20 lat. Od 2005 roku liczba spraw rozstrzyganych rocznie przez Trybunał wynosiła sto kilkadziesiąt, w 2015 r. do Trybunału wpłynęły rekordowe 623 wnioski, pytania prawne i skargi konstytucyjne. W 2016 r. było ich już 360, a w pierwszym roku rządów Przyłębskiej, tylko 285, a w pierwszych miesiącach 2019 raptem 17. Znacznie zmniejszyła się liczba spraw składanych do TK, co wynika głównie z braku zaufania do tej instytucji i przeświadczenia, że i tak orzeczenie będzie zgodne z wolą prezesa Kaczyńskiego. Liczba orzeczeń spadła ze 173 w 2015 roku do 89 w 2017 roku.

Trybunał działa zgodnie z linią polityczną PiS. Czasami tylko błyśnie orzeczeniem niby przeciwko partii rządzącej, ale to taka gra pozorów i element gierki. Podrzucono więc Trybunałowi sprawę aborcji eugenicznej i inne, mając świadomość, że Przyłębska tego nie ruszy, poczeka cierpliwie i wraz z wyborem nowego parlamentu wywali je do kosza, podobnie jak reparacje od Niemiec czy sprawę list poparcia kandydatów do neoKRS.

Czy w tej sytuacji naprawdę warto się wkurzać, że taka Pawłowicz czy taki Piotrowski znaleźli się w takim Trybunale Konstytucyjnym? Nie ma sensu, bo to nie ten Trybunał, bo to nie ta instytucja, która miała stać na straży polskiej Konstytucji i polskiej demokracji. Szkoda czasu i nerwów.

Ważne byśmy teraz skupili się na czymś innym. Na nadchodzących wyborach prezydenckich. Musimy ostro powalczyć o jeszcze większą mobilizację niż w wyborach parlamentarnych, musimy powstrzymać na wodzy własne emocje, sympatie czy antypatie i postawić na kontrkandydata Dudy w II turze, no chyba… że II tury nie będzie. Musimy twardo stać za naszymi sędziami, by byli silni nami i naszym wsparciem. Musimy przestać walić w siebie, bo tylko tak się osłabiamy. A Trybunał? Prokuratura, wojsko, policja, Kościół? Przyjdzie czas, odbudujemy morale i przywrócimy prawidłowe funkcje i relacje.

Jacka Kurskiego sowietyzm i Banasia mafijność

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Resort Ziobry manipuluje, mataczy, zachowuje się jak recydywista

„Jego działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii” – tak resort Ziobry tłumaczy odwołanie z delegacji sędziego Juszczyszyna, który zastosował się do wyroku TSUE. „To propaganda. Sędzia musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony” – mówi prof. Marcin Matczak

„Minister Sprawiedliwości, korzystając z przysługujących mu uprawnień, odwołał z delegacji do Sądu Okręgowego w Olsztynie sędziego Sądu Rejonowego w Olsztynie Pana Pawła Juszczyszyna” – czytamy w komunikacie na stronie resortu we wtorek 26 listopada 2019.

Jako pierwsi napisaliśmy, że odważny sędzia, który zastosował się do wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada, będzie musiał wrócić na niższe stanowisko w Sądzie Rejonowym. Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało o tym w poniedziałek 25 listopada, faksem. Nie podało powodu, a jedynie podstawę prawną.

W środę 27 listopada w Olsztynie odbyła się pierwsza demonstracja w obronie sędziego. Kolejne, w całej Polsce, zaplanowane są na niedzielę, 1 grudnia. OKO.press będzie relacjonowało przebieg manifestacji w Warszawie pod budynkiem ministerstwa sprawiedliwości o 16.00.

Tymczasem resort Zbigniewa Ziobry w oficjalnym komunikacie tłumaczy się z powodów wycofania delegacji.

„[Sędzia Juszczyszyn – red.] w toku postępowania w sposób nieuprawniony podważył on status powołanego przez Prezydenta RP sędziego. W ocenie Ministerstwa […] takie działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii. Żaden sędzia nie ma prawa oceniać statusu innego sędziego, wykorzystując do tego celu postępowanie dowodowe w konkretnej sprawie” – czytamy na stronie ministerstwa.

„To prawnicza propaganda ministerstwa sprawiedliwości” – komentuje w rozmowie z OKO.press prof. Marcin Matczak z WPiA UW.

„Sędzia sądu wyższej instancji zawsze musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony. To wymóg, który obowiązywał w polskim prawie jeszcze zanim zapadł wyrok TSUE. A wyrok ten wyraźnie instruuje polski Sąd Najwyższy. Na mocy skutków tego wyroku każdy sąd w Polsce i za granicą może, a wręcz musi, oceniać sposób powołania sędziów. To wyraźna instrukcja” – dodaje.

Matczak: działanie na mocy polskiej Konstytucji

„Sędzia nie może samowolnie stawiać się ponad władzę ustawodawczą, wykonawczą i ponad Prezydenta RP. Tego typu działania nie są związane z niezawisłością sędziowską” – pisze resort Zbigniewa Ziobry.

Profesor Matczak jest zdania, że to niebezpieczny argument.

„»Samowolnie stawiać się« to szkodliwe sformułowanie. Sugeruje, że sędziowie są anarchistami, dokonują zamachu stanu. Ministerstwo wykorzystuje nieznajomość prawa opinii publicznej w tak złożonym aspekcie, jakim jest relacja prawa międzynarodowego do prawa polskiego” – tłumaczy.

I dodaje, że sędziowie stosują się do wyroku TSUE i działają na mocy polskiej Konstytucji.

„Konstytucja mówi, że prawo międzynarodowe ma pierwszeństwo przed polskimi ustawami, jeżeli nie da się z nimi pogodzić. Nie ma mowy o stawianiu się ponad władzą ustawodawczą. Sąd wykonuje wolę tej władzy. Tej, która przyjęła Konstytucję i prawo UE jako nasze wewnętrzne prawo” – podkreśla Matczak.

Ministerstwo w komunikacie próbuje zatrzeć złe wrażenie, jakie zrodziło ekspresowe odwołanie sędziego Juszczyszyna.

„Sędzia delegowany do orzekania w innym sądzie może być odwołany z delegacji w każdym czasie” – przypomina resort Ziobry.

To kuriozalne tłumaczenie, bo problemem nie jest tu brak podstawy prawnej. A fakt, że do odwołania doszło zaraz po niekorzystnej z punktu widzenia władzy decyzji sędziego, bez podania powodu.

„Kluczowe dla oceny wskazanej sytuacji jest to, że mimo odwołania z delegacji, sędzia Paweł Juszczyszyn jest zobowiązany do zakończenia wymienionej sprawy, jak też wszystkich innych przydzielonych mu spraw w Sądzie Okręgowym w Olsztynie” – tłumaczy się ministerstwo.

Fakt, że sędzia będzie mógł zakończyć przydzielane mu dotychczas sprawy, to marna pociecha.

Odważny sędzia

Historię olsztyńskiego sędziego Juszczyszyna, który niezwłocznie zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, opisaliśmy w OKO.press jako pierwsi.

Sędzia postanowił samodzielnie zbadać, czy nowa KRS, której członków-sędziów po „reformie” PiS powołała w marcu 2018 roku sejmowa większość, jest gwarantem niezależnego sądownictwa.

W tym celu wnioskował do Kancelarii Sejmu o udostępnienie mu:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Dokumenty te stanowią jeden z najlepiej strzeżonych sekretów „państwa PiS”. Choć Naczelny Sąd Administracyjny nakazał ich ujawnienie, wykonanie wyroku w lipcu 2019 wstrzymał nominowany przez partię Kaczyńskiego prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Na pomoc wezwano także TK.

Niedługo po złożeniu wniosków sędzia Juszczyszyn został odwołany z delegacji w olsztyńskim Sądzie Okręgowym. Jak mówił, spodziewał się tego. Podczas konferencji prasowej nazajutrz po odwołaniu powiedział, że prawo stron do rzetelnego procesu jest dla niego ważniejsze od jego sytuacji zawodowej.

„Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę” – podkreślił.

Wyrok TSUE

Sędzia Juszczyszyn zwrócił się do Kancelarii Sejmu na podstawie przełomowego wyroku TSUE z 19 listopada.

Jak pisaliśmy w OKO.press unijny Trybunał odniósł się w nim do pytań prejudycjalnych Izby Pracy SN. Pytania dotyczyły statusu Izby Dyscyplinarnej SN, której wszystkich członków rekomendowała nowa KRS. TSUE nakazał SN samodzielnie zbadać niezależność ID i niezawisłość jej sędziów.

W tym celu podał szereg szczegółowych kryteriów. To na ich podstawie SN powinien dokonać swojej oceny.

TSUE potwierdził tym samym, że organizacja sądownictwa podlega ocenie z niewygodnego dla władz punktu widzenia: czy ma wpływ na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów, czyli np. KRS.

W wyroku TSUE wymienił główne wątpliwości dotyczące statusu Rady:

  • skrócenie kadencji poprzedniego składu KRS;
  • obsadzenie aż 23 z 25 miejsc w KRS przy pomocy sił politycznych;
  • „występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS w nowym składzie”, czyli utajnione listy poparcia.

Zdaniem 13 organizacji broniących praworządności w Polsce – konsekwencje wyroku są jednoznaczne.

Każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania przepisów, które skutkowałyby rozpoznaniem spraw przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

Tak właśnie postąpił sędzia Juszczyszyn, badając apelację w sprawie cywilnej, która trafiła do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Chodziło o sprawę konsumencką, w której zastosowanie ma prawo UE, a sędzia który wydał wyrok w pierwszej instancji był rekomendowany przez neo-KRS.

Kaleta: „KRS lepsza niż Rada Państwa PRL”

Ale wtorkowy komunikat to nie koniec medialnej ofensywy ministerstwa sprawiedliwości. W czwartek 28 listopada rano w poranku radia TOK FM wystąpił wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta. Komentował oświadczenie Prezesa Izby Cywilnej SN wydane poprzedniego dnia.

W OKO.press podaliśmy je jako jedni z pierwszych. Prezes Dariusz Zawistowski również postanowił zastosować się do wyroku TSUE i napisał, że

do czasu orzeczenia SN na podstawie wyroku TSUE z 19 listopada, osoby rekomendowane przez neo-KRS do zarządzanej przez niego Izby nie będą wyznaczane do składów orzekających.

„Ten wyrok jest adresowany do wszystkich sądów w Polsce, […] zatem do wszystkich osób powołanych na stanowiska sędziowskie z udziałem obecnej KRS” – napisał Zawistowski.

„Pan sędzia Dariusz Zawistowski został powołany przez Radę Państwa PRL. Jego działania są bezprawne i kuriozalne” – denerwował się Sebastian Kaleta w rozmowie z Dominiką Wielowieyską.

Sędzia Zawistowski trafił do Sądu Najwyższego w 2005 roku. 30 sierpnia 2016 prezydent Andrzej Duda powołał go na stanowisko prezesa SN kierującego Izbą Cywilną.

Argumenty Kalety odpiera w rozmowie z OKO.press profesor Matczak.

„Minister Kaleta próbuje wmówić opinii publicznej, że wyrok TSUE za jedyny dowód zależności politycznej sędziów powołanych przez KRS uznaje sposób powołania KRS. A to nieprawda, to jeden z elementów. Trybunał mówi o całokształcie, także o późniejszej działalności Rady. O tym, jak ten organ się zachowuje, dlaczego nie staje w obronie sędziów. To wszystko razem decyduje o wadliwym powołaniu sędziów” – tłumaczy.

„Idąc drogą tego rozumowania, należałoby zapytać, czy pan sędzia Zawistowski obawia się Wojciecha Jaruzelskiego. Czy generał ma na niego wpływ? Czy może go zdegradować? Wytyczyć mu dyscyplinarkę? Czy Rada Państwa decyduje wciąż o awansach sędziów?

To absurd. Nawet jeżeli Rada Państwa PRL powoływała sędziów kiedyś, to nie ma żadnego wpływu na ich orzekanie dzisiaj. A neo-KRS i minister Zbigniew Ziobro ten wpływ mają. To podstawowy problem”

– podkreśla Matczak.

„Przed chwilą zakończyło się spotkanie Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oraz wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego z prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Władze partii wyraziły wobec prezesa Banasia oczekiwanie złożenia dymisji z zajmowanej funkcji” – napisał na Twitterze wicerzecznik PiS Radosław Fogiel.

Spotkanie odbyło się oczywiście w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Jak pamiętamy,  Mariusz Kamiński to nie tylko wiceprezes partii, ale także minister spraw wewnętrznych, a przede wszystkim koordynator ds. służb specjalnych.

W internecie zawrzało. – „Jak? Taki kryształ?”; – „Czy Prezes Kaczyński wyraził oczekiwanie złożenia dymisji również wobec premiera Morawieckiego, który dopuścił do nominacji pana Banasia mimo, że urzędnicy MF i KAS ostrzegali go przed nieprawidłowościami? To dowodzi, że szef rządu nie panuje nad obsadą najważniejszych stanowisk”;

„Ale jak to? Przecież prezes Banaś jest kryształowy!”; To partia nie wiedział kogo wybiera??????? A od czego są służby w Polsce kierowane przez Kamińskiego??? Sutenerzy, kamienicę, podatki…..wszystko jest w tej sprawie co śmierdzi”; – „Jak to? Wczoraj mówił, że to kłamstwa, oszczerstwa, że nagonka…”.

Śmierdzi coraz bardziej. I to nie tylko w Polsce śmierdzi, ale jakby śmierdzi Polska. To już nie tylko smog z opalanych plastikiem i szmatami pieców. To już nie tylko nielegalne, gnijące wysypiska śmieci w lasach, to już nie tylko fekalia wylewane do rzek i jezior, przemysłowo zabijane zwierzaki, których resztki producenci w pośpiechu zakopują pod ziemią, to już nie tylko syf sprowadzany masowo z zagranicy w ramach przekrętu mafii śmieciowej (obecny rząd zezwolił na sprowadzanie gówna i chemicznych odpadów z całego świata), ale śmierdzi polityka polska.

Gdy słyszysz, że parlamentarzyści PiS w UE głosują za mordowaniem gejów w Ugandzie (tak wiem nie poprali protestu przeciwko mordowaniu, ale to przecież tak jakby popierali, bo rozumieją motywy morderców), gdy do głosu wyrywa się anemik w okularach, poseł Winniczek, dawny działacz Młodzieży Wesz-polskiej, miłośnik hitlerowskich plakatów i mówi z trybuny sejmowej, że etniczna jedność Polaków jest ważniejsza niż gospodarka, gdy czytasz te napastliwe i kłamliwe artykuły w jawnie antysemickiej Gazecie Warszawskiej, gdy widzisz te marsze z pochodniami, w których jedność tworzą jad i nienawiść i gdy dowiadujesz się, że wieszanie portretów znanych parlamentarzystów na szubienicach, to niewinny happening, to czujesz ten zgniły naziolski smród, który z premedytacją rozlano w polskie serca, którym zatruto umysły głupków, który rozlewa się po Polsce jak brudna woda w czasie powodzi.

Śmierdzi ta nasza kochana Polska. Śmierdzi coraz bardziej. I nie pomogą tańce na rurze, ani tańce z gwiazdami, ani puder, ani cukier, ani wygrana na Eurowizji, ani uśmiechnięty Kurski, ani ładna pani z „Pytania na śniadanie”. Bo ona też śmierdzi. Śmierdzi kłamstwem. Im bardziej elegancko ubrany jest Prezes z Nowogrodzkiej, im bardziej ma wyglancowane buty pan Gowin, im bardziej nerwowo uśmiecha się minister Ziobro, i im bardziej radośnie piszczy pani Holecka w „Wiadomościach”, tym bardziej to wszystko śmierdzi i szambem jedzie tak, że nawet nowoczesne maski p-gas nie pomogą.

Według katowickich śledczych, wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu.

Zdolną mamy młodzież. Po reformie oświaty nasze pacholęta są nie do pobicia nie tylko w konkursach biograficznych o Janie Pawle II i Lechu Kaczyńskim, ale także na polu… sztuki współczesnej.

Byłe elity, rugowane systematycznie z teatrów i galerii, utrzymują wprawdzie, że nowi mecenasi od kultury zamiast Nowosielskiego, wolą Kossaka, nawiązując złośliwie do upodobań pana prezydenta, ale rzeczywistość przeczy temu na każdym kroku. Ostatnio zaprzeczyła w Katowicach.

Po dwóch latach śledztwa z udziałem licznych choć przeważnie anonimowych (RODO) ekspertów, tamtejsza prokuratura okręgowa wydała opinię w sprawie młodych patriotów, którzy powiesili na szubienicach portrety europosłów z opozycji. I się okazało, że inkryminowani „opozycjoniści” nie tylko są przewrażliwieni na punkcie swoich wizerunków, ale – choć niby tacy nowocześni i proeuropejscy – w ogóle nie znają się na sztuce współczesnej.

Zamiast docenić kreatywność i kunszt artystyczny młodych narodowców, zrobili aferę i polecieli się skarżyć do prokuratury. A było do krytyka jakiegoś zadzwonić.

Inna sprawa, że krytycy i to wszyscy, którzy liczą się w branży, należą do byłych elit, więc ich rolę, chcąc nie chcąc – musieli wziąć na siebie podwładni ministra Ziobry. Ale cóż to za problem dla młodych, prężnych prokuratorów z nadania tegoż ministra. Im żaden tam happening niestraszny. Przecież sami występują w comedii dell’arte. I czasami nawet mylą im się role.

Może się wydać trochę dziwne, że śledztwo poszło od razu w kierunku sztuki, zamiast skupić się na znacznie bardziej oczywistym wątku historycznym. Od lat narasta wszak moda na rekonstrukcje, a i sami młodzi patrioci z Katowic oświadczyli, że ich spektakl miał za temat Konfederację Targowicką.

No, ale wtedy trzeba by wytłumaczyć państwu spod szubienic, że dwa, trzy wieki temu wieszano na nich nie demokratów od Konstytucji, którzy chcieli Polskę zmodernizować i uczynić z niej normalny kraj europejski, tylko „obrońców tradycji”, co dla swoich interesów sprzymierzyli się z największym wrogiem kraju – Rosją. I że Targowica była przez wieki symbolem zdrady, jakiej wobec demokratycznych i wolnościowych dążeń światlejszej części społeczeństwa dopuścili się konserwatyści w przymierzu z Kościołem. No, niestety.

Jak widać historia nie jest najmocniejszą stroną naszych młodych patriotów, no ale co się dziwić, skoro nawet pan premier, z wykształcenia historyk, ma z tym spore problemy. Co innego sztuka współczesna. Na niej znają się wszyscy, bo tutaj bardziej od dat i faktów liczą się interpretacje. A opinię to mamy przecież na każdy temat. I takie nasze prawo!

Tak więc, to już oficjalne. Wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… performance, czyli działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu. A jako takie, podlega ono – zdaniem katowickiej prokuratury – ochronie nie tylko z paragrafu o swobodzie wypowiedzi, ale też kolejnego – o wolności artystycznej ekspresji. Po takim orzeczeniu tylko czekać na kolejne „działania artystyczne” młodych adeptów sztuki z obu stron sceny politycznej. Chodzi nie tylko o szubienice z portretami albo i bez. W zakresie swobody wypowiedzi mieszczą się też – jak rozumiemy – tarcze strzelnicze. Oraz nekrologi.

Brawo prokuratorzy! Dzięki wam każdy Polak wie, albo już za chwilę będzie wiedział, co to takiego „happening” i o co chodzi z tym całym „performansem”. Jeszcze nikt dotąd nie zrobił w Polsce tak wiele dla upowszechnienia sztuki współczesnej!

W PiS jak w mafii

– Prezydent Andrzej Duda od początku umywa ręce od decyzji wyboru pięciu sędziów do Trybunału Konstytucyjnego. Twierdzi, że wykonał „decyzję polityczną”. Tyle że prezydent stoi na straży Konstytucji i miał w ręku narzędzia, które mogłyby zweryfikować legalność decyzji ws. nowych sędziów – pisze prof. Stanisław Biernat, były wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego i analizuje rozmowę, w której prezydent – jak uważa autor – przyznał się do złamania Konstytucji.

Cały wywód prof. Bernata o złamasie Dudzie tutaj >>>

Lotna Brygada Opozycji pojawiła się przez Ministerstwem Sprawiedliwości z nietypowym bałwanem – nie z kul śniegowych, a z główek kapusty. Po decyzji prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie powieszenia zdjęć europosłów na szubienicach, członkowie Brygady przyszli zapytać Zbigniewa Ziobrę, jaka jest „jedynie słuszna wykładnia” happeningu.

Przynieśli rekwizyty, które okazywali ministrowi – a to zdjęcia prominentnych polityków PiS, a to taczki, a to drabinkę… – „Panie prokuratorze, panie ministrze. Nie wiem, jak się zwracać do tego bałwana” – miała kłopot jedna z brygadzistek.

Lotna Brygada chciała się dowiedzieć, jaka będzie teraz interpretacja, co wolno, a czego nie wolno happenerom. – „A przede wszystkim komu i kogo wolno” – uściśliła brygadzistka. Padła też prośba, żeby w pierwszej kolejności (bo idzie zima) zalegalizować palenie kukieł.

Brygadziści napisali na kartce propozycję nadawania certyfikatu happenera. Kartkę razem z bałwanem przekazali – jak się okazało – funkcjonariuszom Służby Więziennej, którzy ochraniają to wejście do Ministerstwa Sprawiedliwości, przy którym pojawiła się Lotna Brygada.

„Ten bałwan to z pewnością nawiązanie do ironicznej rzeźby Dawickiego „Bałwan cytatów”. Na guzikach bałwana Dawickiego znajdują się cytaty z Rozmyślań rzymskiego filozofa i cesarza Marka Aureliusza. Na marchewkach lotnego bałwana są pewnie głębokie myśli Prezesów” – kpiła jedna z internautek, parafrazując uzasadnienie prokuratury w Katowicach. Dopatrzyła się ona w wieszaniu przez narodowców zdjęć nawiązania do „historycznych wydarzeń z XVIII wieku, a utrwalonych na obrazie Jana Piotra Norblina”.

Są dwa światy – jest taka piękna piosenka mojej ukochanej Agnieszki Osieckiej i słowa te znakomicie pasują do obecnej polskiej smutnej rzeczywistości.

Jeden świat to pisowskie kłamstwa, załgane reżimowe media, puste obietnice, w które nie wierzy nawet ich stękający autor, patriotyczne frazesy jak za komuny i ocean obłudy.

Drugi świat to emeryci przeliczający bilon w aptekach i przy kasach, koszmar gasnącej niewydolnej umierającej służby zdrowia, coraz starsze pielęgniarki i nauczyciele ubożejący niedołężni, podwyżki cen, kryzys rozpaczliwie odwlekany byle do najbliższych wyborów.

Rzeczywistość komunistycznej propagandy była zaprzeczeniem tej realnej, a uśmiechnięte radosne dzieci otaczające towarzysza Stalina i pomniejszych satrapów miały ukryć istnienie gułagu, nędzy zbrodni i strachu.

Teraz nie ma gułagu i zbrodni, strach jeśli jest to przed utratą pracy i zepchnięciem do nędzy, a przemoc to ciągle tylko raczej „wypadki przy pracy” policji jak w Koninie, w przypadku Igora Stachowiaka, czy Barbary Blidy. Ale dwie rzeczywistości mamy tak samo jak w komunizmie, tę smutną ponurą prawdziwą i radosną propagandową chronioną przez barierki, kordony policji pełną limuzyn, flag, biskupów i orderów.

Mamy też coraz większą pychę i arogancję reżimu, który przestał zwracać uwagę na jakiekolwiek pozory. Nominacje pp. Pawłowicz, Piotrowicza, czy Banasia są tego kolejnym potwierdzeniem.

Pytaniem jest – jak długo te dwa światy będą istniały obok siebie i czy dojdzie do ich konfrontacji co z pewnością dla reżimu nie będzie miłe? Jak mówił w obozie internowanych wielki chociaż trochę zapomniany Janusz Szpotański – wierzę w Chronosa. I jak wykazała przyszłość miał całkowitą rację.

Pewną nowością w polskiej polityce jest osoba pana Marszałka Grodzkiego, którego orędzie było pierwszym wystąpieniem polskiego wysokiego polskiego urzędnika państwowego wypowiedziane ludzkim głosem, spokojne rzeczowe, kulturalne.

Zasadniczo różniło się od pisowskiej nowomowy, pełnej pogróżek, kłamstw, insynuacji bełkotliwych wynurzeń pisowskich dygnitarzy powtarzających otrzymany na ogół rano przekaz dnia. Różniło się też od uroczych pod każdym względem wynurzeń i analiz p. Schetyny mających coś z popiskiwania uśmiechniętego kretoszczura.

Dla mojego pokolenia w tym kontraście było coś z kontrastu pomiędzy politykami Praskiej Wiosny, a zwolennikami doktryny Breżniewa. Taka pisowska doktryna Breżniewa polegająca na nie ustępowaniu nigdy w żadnej sprawie i bez względu na wszystko, na twierdzenie, że my pisowcy musimy rządzić, nie możemy nie rządzić bo bez nas nie ma Polski, Polska to my, a reszta to zdrajcy, a w najlepszym przypadku idioci, którymi nie warto się przejmować, właśnie zaczyna się sypać.

Oczywiście Praska Wiosna to tylko daleka historyczna analogia, ale słuchając Marszałka Grodzkiego takie porównanie nasuwało się samo. Spór o to czy można reformować PiS jest moim zdaniem równie jałowy, jak spór o możliwość reformowania komunizmu. Ten zmurszały reżim musi odejść ponieważ nie jest zdolny do rozwiązania żadnego z istotnych problemów, przed którymi stoi nasz kraj. Każdy dzień trwania tego rządu (obojętne Szydło, Morawieckiego czy kogoś w tym rodzaju – niezły byłby rząd Suskiego, Budy, Horały, lub Sasina?, gdyż miałby coś z cesarstwa Romulusa Augustulusa), jest nieszczęściem dla Polski.

Jest niewątpliwie zagadką co p. Schetyna i jego otoczenie chcą ugrać przez jakieś dziwaczne ruchy przy tzw. prawyborach? Same prawybory są bardzo złym pomysłem, gdyż siłą rzeczy wymuszają podczas debaty kandydatów jednej partii spór, który ich osłabia, a z kolei brak sporu rodzi słuszny zarzut, że te całe prawybory to fikcja i ukartowana gra. I tak źle i tak niedobrze.

Twierdzenie, że geniusz Schetyny doprowadził do wprowadzenia drugiego kandydata z PO jest co najmniej niejasne, bo po pierwsze ten kandydat (jeśli to pomysł Schetyny, a tak twierdzi część komentatorów) osłabia Małgorzatę Kidawa-Błońska, którą już skłócił ze Schetyną, a po drugie co się stanie jak wygra prawybory? Kogo w końcu popiera Schetyna, oczywiście poza sobą. Prawybory i jakieś podchody i zagrywki z nimi związane są szkodliwe dla głównego celu jakim jest pokonanie Dudy.

I jeszcze jedno. Jak przemawia Morawiecki, Duda, czy ktoś w tym rodzaju to moim zdaniem szanująca się opozycja powinna opuścić salę sejmową, a nie bezmyślnie kiwać głowami i robić im publiczność. Oni tego błędu nie popełniali.

Przewodniczący komisji ds. kontroli państwowej Wojciech Szarama z PiS nagle zakończył jej posiedzenie. Tym samym Marian Banaś nie odpowiedział na żadne pytanie posłów opozycji.

„To jest skandal, mieliśmy zadać pytania panu Banasiowi, a pan Banaś odczytał niczym Nikodem Dyzma swoje oświadczenie” – protestował poseł PO Marcin Kierwiński.

Wcześniej Szarama pozwolił Banasiowi na odczytanie oświadczenia. Kilka minut prezes NIK „tłumaczył”, że… jest czysty jak łza i będzie bronił swojego „dobrego imienia”.

Salwy śmiechu wywołał taki oto fragment oświadczenia, które wygłosił Banaś: – „W Krakowie jest wiele hoteli, gdzie można wynająć pokoje na godziny, po to, żeby na przykład odpocząć w trakcie podróży lub przednią. Albo przygotować się do zaplanowanego spotkania”.

A tak Banaś „tłumaczył” się z rozmowy telefonicznej z jednym z braci K., którzy w jego kamienicy prowadzili hotel na godziny: – „Dziennikarz Bertold Kittel ukrytą kamerą nagrał wymianę zdań przez telefon. Nie miałem wpływu na to, że dzierżawca kamienicy dał numer telefonu swojemu ojczymowi. Gdy zorientowałem się, ze rozmawiam z kimś innym niż dzierżawca kamienicy, natychmiast przerwałem połączenie”.

Po nagłym zamknięciu posiedzenia komisji przez przewodniczącego Szaramę, Banaś szybko wyszedł z sali, chroniony przez Straż Marszałkowską. Na pytania dziennikarzy też nie odpowiedział.

W środę prezes NIK pojawił się na posiedzeniu sejmowej komisji ds. kontroli państwowej. Pod koniec jej obrad Marian Banaś odczytał oświadczenie i wyszedł z Sali, zaraz po tym, jak przewodniczący komisji Wojciech Szarama z PiS zakończył posiedzenie. Towarzyszył mu nieznany mężczyzna. Pytania posłów opozycji pozostały bez odpowiedzi.

Poseł Sławomir Nitras przy wyjściu z sali Banasiowi zastąpił drogę. – Ministerstwo Finansów donosi do prokuratury, że dostawał pan pieniądze od braci K. Dlaczego pan nie odpowiada? Pan przyszedł na komisję odpowiadać na pytania. A pan przeczytał oświadczenie i ucieka – dopytywał podniesionym głosem.

Marian Banaś nie zareagował, a towarzyszący mu mężczyzna bezceremonialnie „przestawił” posła. Doszło do szarpaniny i przepychanek. Straż Marszałkowska ku oburzeniu obecnych nie zareagowała. Chwilę później Poseł Michał Szczerba wystąpił z prośbą do szefa Straży Marszałkowskiej o zbadanie całego zajścia.

 Doszło do jakiejś dziwnej sytuacji, bo Straż Marszałkowska powinna reagować. Jest powołana przede wszystkim po to, żeby chronić posłów. W tej sytuacji Straż Marszałkowska nie zareagowała. Przeciwnie, sprowadzono ją do roli osobistej ochrony prezesa Banasia – powiedział po incydencie Nitras

– Obrazek uciekającego z Sejmu z drżącymi rękami prezesa Najwyższej Izby Kontroli jest symbolem państwa PiS. Prezes NIK, który powinien być twardym człowiekiem, o nieskazitelnym charakterze, na tyle silnym, by potrafić kontrolować wszystkie instytucje państwa, ucieka przed posłami, bojąc się pytań o samego siebie – zaznaczył Sławomir Nitras na konferencji prasowej, zorganizowanej krótko po incydencie z Banasiem. Marcin Kierwiński podkreślił, że „zachowanie posłów PiS świadczy o tym, że jest deal pomiędzy PiS a Banasiem”.

Wojciech Szarama, pytany przez dziennikarzy o oświadczenie prezesa NIK i jego zachowanie na posiedzeniu sejmowej komisji ds. kontroli państwowej, wyraził przekonanie, że szef NIK … odpowiedział na większość pytań. – Do sprawy pana Banasia z pewnością wrócimy, bo oświadczenie jej nie zamyka, dlatego czekamy na informację o raporcie CBA. W trakcie całego posiedzenia komisji pod adresem pana Banasia padł szereg zarzutów, padło bardzo wiele pytań. On w swoim obszernym oświadczeniu na znaczną część z tych pytań odpowiedział – powiedział.

Zaznaczył, że dobrze byłoby, aby komisja przyjrzała się sprawie szefa NIK wówczas, gdy otrzyma informacje z raportu CBA, bo „wszyscy na raport czekamy” i uzyskane informacje „zdecydują o stanowisku rządu wobec sytuacji pana prezesa NIK-u”.

Banaś u Corleone Kaczyńskiego – czytaj tutaj >>>

„Łańcuch Światła — murem za sędzią Juszczyszynem” — pod takim hasłem zorganizowany został w Olsztynie wiec poparcia dla sędziego Pawła Juszczyszyna. Sędzia został odwołany przez Ziobrę z delegacji do olsztyńskiego Sądu Okręgowego po tym, gdy w jednym z procesów zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia kandydatów do neoKRS. To o nim traktował nasz artykuł: „Czapki z głów! Juszczyszyn: „Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę”.

Przed olsztyńskim sądem rejonowym pojawiło się mnóstwo ludzi. – „My sami się bez państwa nie obronimy. Zapewniam państwa, że Paweł jest osobą bardzo odważną. Znam go od wielu lat. Jest naprawdę odważnym człowiekiem. Jest wielu odważnych, uczciwych sędziów, którzy są gotowi na to, żeby poświęcić nawet swoje urzędy, żeby bronić swojej niezależności, niezawisłości w wydawaniu wyroków w sprawach obywateli” – powiedziała do zgromadzonych sędzia sądu rejonowego w Bartoszycach Ewa Kurasz.

Głos zabrał też adwokat Wojciech Wrzecionkowski. – „Gdy w kraju jest łamane prawo, to nam nie wolno milczeć. Sędziowie nie mogą być karłami. Muszą być wolni, niezależni, po to byśmy mogli w tym kraju spokojnie spać. Bo nie może być takiej sytuacji, że sędzia będzie wykonywał polecenia polityków” – mówił.

W geście solidarności z sędzią Juszczyszynem demonstrujący zapalili świeczki, znicze i latarki w telefonach.

Dodajmy, że w najbliższą niedzielę 1 grudnia w kilku miastach Polski odbędą się demonstracje poparcia dla sędziów oraz sprzeciwu wobec upolityczniania sądów.

Przewodniczący Szarama z PiS zamiast bronić państwa polskiego przed skrajnie podejrzanym prezesem, który zagraża bezpieczeństwu NIK, bronił Banasia przed pytaniami opozycji.

Włos mi się na głowie jeży po obejrzeniu posiedzenia sejmowej komisji ds. kontroli państwowej, bo przewodniczący Szarama z PiS zamiast bronić państwa polskiego przed skrajnie podejrzanym prezesem, który zagraża bezpieczeństwu NIK, bronił Banasia przed pytaniami opozycji. A na końcu zamknął posiedzenie, dopuszczając do tego, by Banaś po wygłoszeniu swojego oświadczenia po prostu wyszedł z sali, nie odpowiadając na pytania dziennikarzy.

Patrzyłam i nie wierzyłam: Marian Banaś, który z racji ciążących na nim podejrzeń i mnóstwa bardzo poważnych zastrzeżeń do jego działalności, także gospodarczej, sprzecznej z piastowanymi funkcjami państwowymi, nigdy nie powinien był zostać szefem NIK, siedział z twarzą bez wyrazu, a przewodniczący Szarama bronił go jak lew i zasłaniał własną piersią – przerywając, pohukując, wyzłośliwiając się – przed pytaniami opozycji. Zakończył też posiedzenie tak, by szef NIK mógł wyjść, nie odpowiadając na pytania dziennikarzy, choć, zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej, powinien za ich pośrednictwem zdać ludziom sprawę ze swojej działalności.

Przypomnę tylko, że komisja ds. kontroli państwowej to komisja, której jedynym zadaniem jest strzec państwo polskie przed nieuczciwymi, podejrzanymi czy skorumpowanymi urzędnikami. Sytuacja, w której posłowie bronią podejrzanego urzędnika jest zatem kuriozalna, wysoce niepokojąca i sama potencjalnie zagraża bezpieczeństwu państwa.

Najwyższa Izba Kontroli to najważniejsza i jak dotąd ciesząca się największym zaufaniem Polaków instytucja, kontrolująca wszystkie urzędy publiczne i polityków. Marian Banaś, którego najbliżsi współpracownicy wyłudzali VAT w czasie, kiedy on – jako urzędnik państwowy – tworzył system, mający zapobiegać wyłudzeniom VAT, co jest alarmujące i jest sprawą, którą bardziej niż wnikliwie powinny zbadać (zresztą już dawno) służby specjalne; Marian Banaś, mający podejrzane kontakty ze światem przestępczym, z których się nigdy nie wytłumaczył, którego oświadczenie majątkowe badało CBA, ponieważ są co do niego wątpliwości; Banaś, w którego kamienicy półświatek prowadził dom publiczny i Banaś, który kamienicę z pokojami na godziny wynajmował po nienaturalnie niskich cenach, rodzących podejrzenia o oszustwo podatkowe, wreszcie Banaś, który nie tłumaczy się, choć ma taki obowiązek, przed opinią publiczną – jest chroniony przed odpowiedzialnością przez naszych przedstawicieli w Sejmie, których ustawowym obowiązkiem jest chronić obywateli przed takimi sytuacjami.

Bez względu na to, czy Banaś jest winny czy niewinny – bo same już podejrzenia o tak poważne przestępstwa i kontakty zwyczajnie z miejsca go dyskwalifikują z każdej funkcji publicznej – może i powinien swojej niewinności dowodzić, ale jako prywatny obywatel. W NIK ani nigdzie indziej nie powinno być dla niego miejsca.

Od dawna sądzę, że afera Banasia to największa afera (a konkurencja jest duża!) rządów PiS, w której nie powiedziano zresztą jeszcze ostatniego słowa i że z jej powodu powinno się zdymisjonować nie tylko Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, ale też premiera Morawieckiego – ponieważ jest szefem służb, które w tym przypadku się skompromitowały.

Ale premier zawinił czymś jeszcze – od miesiąca trzyma na biurku raport CBA dotyczący Banasia i… twierdzi, że go nie przeczytał, nie ujawnił go też opinii publicznej – co jest dowodem skrajnej nieodpowiedzialności.

Nie pamiętam nigdy wcześniej sytuacji, żeby bezpieczeństwu państwa zagrażali tak bezpośrednio ludzie, powołani na najwyższe stanowiska, by to państwo chronić: premier, szef koordynator służb specjalnych i prezes NIK oraz niektórzy członkowie sejmowej komisji ds. spraw kontroli państwowej. To jakiś absolutny i przerażający precedens. Co będzie dalej – zobaczymy, bo sprawa się wciąż toczy.

Autokracja PiS stosuje klasykę reżimów: zastrasza sędziów

„Prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej” – ogłosił Paweł Juszczyszyn, sędzia z Olsztyna, który został w trybie natychmiastowym odwołany z delegacji po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia KRS. Jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE. Łętowska: władze próbują efektu mrożącego

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie, do wczoraj delegowanym do orzekania w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. W związku z odwołaniem mnie z delegacji do Sądu Okręgowego chcę podkreślić, że

prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej. Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę. Apeluję do koleżanek i kolegów sędziów, aby zawsze pamiętali o rocie ślubowania sędziowskiego, orzekali niezawiśle i odważnie”.

– ogłosił podczas porannej konferencji prasowej 26 listopada 2019 Paweł Juszczyszyn. Ograniczył się do tego oświadczenia, nie chciał odpowiadać na pytania.

„To było właściwe, stonowane, godne zachowanie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska.

Sędzia Juszczyszyn został w poniedziałek 25 listopada odwołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości z delegacji. OKO.press jako pierwsze podało tę informację.

Przyczyną represji było postanowienie, które sędzia wydał 20 listopada, w którym zobowiązał Kancelarię Sejmu do przedstawienia tzw. list poparcia KRS, czyli:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS, którzy zostali 6 marca 2018 roku wybrani do KRS przez Sejm;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Znaczenie wyroku TSUE

Sędzia Juszczyszyn jako pierwszy w Polsce zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, który orzekł, że orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego. Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że  SN będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Wyrok TSUE  jest istotny nie tylko dla Izby Pracy Sądu Najwyższego, która zadała Trybunałowi pytanie prejudycjalne. Zdaniem ekspertów, zgodnie z wyrokiem TSUE

każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania tych przepisów krajowych, które skutkowałyby możliwością rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

I właśnie to zrobił sędzia Juszczyszyn rozpatrując apelację w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekał sędzia powołany przez neo-KRS.

W poniedziałek 25 listopada zgromadzenia sędziów sądów w całej Polsce wydają uchwały w związku z wyrokiem TSUE, w których decydują o wstrzymaniu się z nominacjami i rekomendacjami sędziów do neo-KRS do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Najwyższy. Niektóre sądy jednocześnie wzywają Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia.

Wczoraj informowaliśmy o uchwale z PoznaniaGdańskaWrocławia i Białegostoku. Dołączył do nich także Sąd Apelacyjny w Krakowie.

Prof. Łętowska: Władze próbują efektu mrożącego

„Wyrok TSUE, odpowiadający na pytania prejudycjalne SN, formułuje kryteria, jakie trzeba spełnić, aby móc dopatrywać się  zagrożenia niezależności (Krajowej Rady Sądownictwa) i niezawisłości sędziów. Podkreślić trzeba (punkt 121, 125 uzasadnienia), że bierze się pod uwagę nie tylko treść przepisów, lecz także ukształtowanie praktyki organów  i okoliczności faktyczne w ich działaniu oraz oddziaływaniu na wymiar sprawiedliwości. Dotyczy to m.in. także odbioru społecznego rozstrzygnięć podejmowanych przez sędziów, którzy w każdym momencie mogą być odsunięci od sprawy lub przeniesieni do innego sądu przez arbitralne cofnięcie delegacji przez Ministra Sprawiedliwości.

Takie okoliczności jak

  • intensyfikacja działań wobec sędzi już objętej postępowaniem  dyscyplinarnym (zawieszenie jej  w czynnościach plus obniżenie jej uposażenia);
  • publiczne wypowiedzi osób reprezentujących Ministerstwo Sprawiedliwości zawierające sugestie popełnienia „ciężkiego deliktu dyscyplinarnego” przez  sędziego, który w trybie procesowym zażądał ujawnienia list poparcia co KRS;
  • wyrok dyscyplinarny z 23 listopada wobec sędzi Czubieniak

są widomym dowodem na to, że w sferze działań faktycznych rzeczywiście istnieją naciski na wymiar sprawiedliwości, obliczone na wytworzenie efektu mrożącego”.

Politycy naciskają

O tym, że Kancelaria Sejmu nie zamierza zastosować się tak łatwo do zarządzenia sądu, mówił wprost w niedzielę 24 listopada w programie „Kawa na ławę” Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości:

„To jest prosta droga do anarchii. Nie może być tak, że jeden sędzia kwestionuje status innego sędziego”.

Wójcik nie tylko krytykował postępowanie sądu, ale sugerował też, że wobec sędziego należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

Redakcja TVN24 zwróciła się do Centrum Informacyjnego Sejmu z prośbą o ustosunkowanie się do kwestii zarządzenia sądu. W odpowiedzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka stwierdził, że dopiero oczekują na pisemną korespondencję. Powołał się jednak również na postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, w którym to zakazano udostępniania list poparcia do KRS.

Powołany przez PiS, najprawdopodobniej z naruszeniem ustawy, nowy prezes UODO Jan Nowak wydał postanowienie zaraz po tym, jak Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnie orzekł, że listy mają zostać opublikowane. Postanowienie Rzecznika Praw Obywatelskich zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Petycja do podpisania >>>

To pierwszy taki przypadek próby zawieszenia sędziego w obowiązkach z powodu krytyki, czyli – de facto – z przyczyn politycznych. Wniosek rozpatrzy Izba Dyscyplinarna złożona z sędziów, o których TSUE w zeszłotygodniowym wyroku orzekł, że są powody, by wątpić w ich niezależność od politycznych wpływów. Sprawa jest więc wyjątkowo drastyczna.

Rzecznik Dyscyplinarny Przemysław Radzik postawił sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego zarzut naruszenia etyki sędziowskiej polegający na pomówieniu ministra Ziobry i jednego z prokuratorów. I wystąpił do Izby Dyscyplinarnej o zawieszenie sędzi w obowiązkach i obniżenie jej wynagrodzenia. Sprawa może potrwać nawet osiem lat, bo Sąd Dyscyplinarny nie ma żadnego terminu, w jakim musi osądzić. W praktyce zawieszenie może więc trwać do przedawnienia się zarzutu dyscyplinarnego, czyli właśnie lat osiem.

Wypowiedzi, za które Przemysław Radzik ściga sędzię Barańską-Małuszek, dotyczą twitterowych wpisów z sierpnia tego roku, które pojawiły się po ujawnieniu afery hejterskiej. O ministrze Ziobrze sędzia napisała, że jest ministrem, który „wyprodukował aferę” hejterską, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”. Zaś o prokuratorze kandydującym do SN, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”.

„Oczywistym jest, że obwiniona sędzia Olimpia B.-M., bez narażenia na szwank dobra wymiaru sprawiedliwości, nie może w wiarygodny sposób wykonywać obowiązków służbowych” – napisał rzecznik Radzik w komunikacie o zawieszeniu. Nie wytłumaczył, dlaczego jest „oczywiste”, że sędzia, który skrytykował działania czy zaniechania ministra, nie może „w wiarygodny sposób wykonywać swoich obowiązków”.

Podobnej „oczywistości” rzecznicy dyscyplinarni nie dopatrzyli się w przypadku ujawnienia antysemickich wypowiedzi sędziego, członka neo-KRS Jarosława Dudzicza na twitterze w 2015 r. ( m.in. „Podły, parszywy naród, nic im się nie należy…”). Nie wpadło im do głowy odsuwać go od orzekania.

Wniosek o zawieszenie sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek rzecznik Radzik sporządził kilka dni po wyroku TSUE w sprawie legalności neo-KRS i Izby Dyscyplinarnej SN, gdy sądy zaczynają odmawiać współpracy z neo-KRS i podważać prawo sędziów mianowanych przez neo-KRS do orzekania. Wniosek o zawieszenie sędzi Barańskiej-Małuszek, jednej z najbardziej znanych działaczek Stowarzyszenia Iustitia, często i krytycznie wypowiadającej się w mediach na temat PiS-owskiej „reformy” sądownictwa, może być próbą zastraszenia środowiska. Takie przedłużające się zawieszenie, oprócz ukarania wydaleniem z zawodu, jest chyba najgorszym, co sędziego może spotkać. A wielu sędziów – jak sędzia Barańska-Małuszek – publicznie krytykuje ministra i sędziowskie nominacje neo-KRS-u.

Sam Przemysław Radzik potrafi się wypowiedzieć w bulwersujący sposób. Dziennikarzom TVN-u, którzy robili program o aferze hejterskiej, której był jednym z medialnych bohaterów, zapowiedział do kamery: „Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy”.

Słowa, że nie zapomni „jako sędzia”, można potraktować jako groźbę karalną – i tak też były komentowane. Być może dlatego po wyemitowaniu materiału przez TVN sędzia Radzik odwołał swoje słowa, przyznając, że się zagalopował.

Teraz dąży do odsunięcia sędzi od orzekania za krytykę ministra.

„PiS swoje obietnice spełniło i w ten sposób odnowiło polską demokrację” – przekonywał w exposé 19 listopada premier Mateusz Morawiecki. „Dziesięć krajów na całym świecie doświadcza obecnie niebezpiecznego regresu demokracji. Najpoważniejsze przypadki to Polska, Węgry, Rumunia, Serbia i Turcja” – czytamy w raporcie International IDEA z tego samego dnia

„Regres demokracji łączy się z nadużyciem władzy przez rządy, które rozbrajają system konstytucyjnych kontroli. Naruszają praworządność, by uniknąć odpowiedzialności, zawłaszczyć środki publiczne i opleść instytucje siatką protegowanych zauszników” – piszą badacze Międzynarodowego Instytutu na rzecz Demokracji i Pomocy Wyborczej w raporcie o stanie światowej demokracji w 2019 roku.

International Institute for Democracy and Electoral Assistance (w skrócie: International IDEA) to międzyrządowa organizacja utworzona w 1995 roku w Sztokholmie, posiada status obserwatora przy ONZ. Jej celem jest pomoc państwom w koordynacji procesów wyborczych, wzmacnianie udziału społeczeństwa w życiu publicznym oraz działanie na rzecz rozwoju i umacniania demokracji. Jej sekretarzem generalnym od sierpnia 2019 jest Kostarykańczyk Kevin Casas-Zamora.

Instytut co roku publikuje raport o globalnym stanie demokracji. Najnowszą edycję z 19 listopada 2019 zatytułowano „Odpowiedź na bolączki, odnowienie obietnicy”. Autorką studium przypadku Polski jest dr Magdalena Solska, politolożka i wykładowczyni na Uniwersytecie we Fryburgu.

Badacze podkreślają, że choć liczba krajów demokratycznych na całym świecie rośnie, część demokracji, zwłaszcza w Europie, jest dziś słabsza niż kiedyś.

„Bardzo trudno żyć w państwie, w którym nie ma praworządności, podziału władz i w którym nie można ufać sądom” – powiedział podczas prezentacji raportu Josep Borrell, nowy szef dyplomacji UE.

Choć Borell nie wypowiedział tego na głos, mowa między innymi o Polsce pod rządami PiS.

Polska demokracja w gorszej formie

Współczynnikami dobrze funkcjonującej demokracji zdaniem badaczy International IDEA są:

  • demokracja przedstawicielska (sprawiedliwe i powszechne wybory, wolne partie polityczne);
  • partycypacja społeczna (zaangażowanie NGO, partycypacja w wyborach, demokracja lokalna);
  • sprawiedliwa administracja (przewidywalne egzekwowanie prawa, brak korupcji);
  • kontrola rządu (skuteczny parlament, niezależne sądownictwo, uczciwe media);
  • prawa podstawowe (prawa społeczne i równość, swobody obywatelskie, prawo do sądu).

Na ich podstawie Instytut dzieli kraje na trzy rodzaje ustrojów politycznych: demokracje, reżimy hybrydowe i nie-demokracje.

Wszystkie kraje europejskie, poza Białorusią, sklasyfikowano jako demokratyczne, ale w niektórych z nich jakość demokracji słabnie.

„Europa musi mierzyć się z regresem demokracji oraz z tendencjami autorytarnymi, które przejawia część rządów w regionie. To Turcja w Europie Południowej, Węgry, Polska i Rumunia w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych krajach obserwujemy spadki w największej liczbie współczynników. Widoczne jest znaczące, stopniowe i zaplanowane osłabianie systemu demokratycznej kontroli rządów oraz ograniczanie swobód obywatelskich” – podkreślają badacze.

„Poważny regres demokracji”

Choć Polska zaliczana jest w poczet krajów demokratycznych, badacze zwrócili uwagę, że w latach 2013-2018 doświadczyła poważnego regresu demokracji. Regres ten, to, jak podkreślają w raporcie

„odgórne i zaplanowane wyjaławianie demokratycznych instytucji za pomocą demokratycznego procesu decyzyjnego”.

„Rządzące partie w krajach takich jak Węgry, Polska i Turcja, zręcznie wykorzystały reguły demokracji, by zawłaszczyć demokratyczne instytucje (w tym parlament, sądownictwo i media) i zmieniać zasady (np. prawo wyborcze, wybór sędziów, przepisy konstytucji) w celu utrzymania bezterminowej kontroli nad tymi instytucjami” – czytamy w opracowaniu.

International IDEA podkreśla, że coraz wyraźniejsze wtrącanie się polityków w sprawy sądownictwa, uciszanie parlamentarnej opozycji, ograniczanie przestrzeni obywatelskiej i swobody mediów spowodowało wyraźny spadek w sześciu elementach składowych polskiej demokracji. Odnotowano:

  • ograniczenie swobód obywatelskich, w tym zwłaszcza swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń;
  • słabszą kontrolę rządu poprzez mniej uczciwe media, mniej niezależne sądy i mniej skuteczny parlament.

Badacze zwrócili też uwagę na kwestię równości płci. O ile wyniki krajów takich jak Chorwacja, Polska, Serbia i Turcja nie pogorszyły się dramatycznie, wyraźna i niepokojąca jest tendencja spadkowa w ostatnich pięciu latach.

„Tendencje autokratyczne”

Zdaniem autorów raportu, część partii politycznych w Europie, a zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, przejawia tendencje autokratyczne. Jedną z nich jest PiS.

„Partie te oraz tworzone przez nie rządy opierają się na platformach ideologicznych będących kombinacją konserwatyzmu, nacjonalizmu i odrzucenia liberalnej demokracji. Typowe przykłady to Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, Fidesz na Węgrzech i WMRO-DPMNE w Macedonii Północnej (u władzy do 2016 roku)” – piszą badacze.

W raporcie zwrócono uwagę na fakt, że te partie i rządy chętnie nazywają przeciwników politycznych „zdrajcami” i retorycznie wykluczają z narodowej wspólnoty. Kładą nacisk na narrację historyczną, ideologie natywistyczne i globalne teorie spiskowe.

„Od zdobycia władzy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość umacnia władzę wykonawczą i zmienia strukturę prawną i konstytucyjną tak, by poszerzać bastion swoich rządów. Aby usprawiedliwić daleko idące zmiany, PiS podkreśla rolę tradycyjnych wartości i moralność. Skupia się na redystrybucji społecznej i odrodzeniu zaufania do instytucji publicznych” – czytamy w raporcie.

Sądy, media…

Zdaniem badaczy International IDEA w Polsce dostrzegalny jest schemat działania, którego celem jest centralizacja władzy i kontrolowanie opozycji. Polska przypomina w tym inne kraje regionu, które w ostatnich latach otarły się o autorytaryzm.

„PiS przejął kontrolę nad mediami. Zmienił zasady wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Dał sobie kontrolę nad procesem nominacji sędziowskich. Partia ta obsadziła swoimi zwolennikami kluczowe stanowiska w sądach i poddała je ścisłej kontroli ministra sprawiedliwości” – piszą autorzy opracowania.

Sądy to nie wszystko. W raporcie czytamy także o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności, w ramach którego scentralizowano finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego. O absurdalnych decyzjach kierownictwa Instytutu, w tym wicepremiera Piotra Glińskiego.

International IDEA przypomina o ustawach antyterrorystycznych z 2016 roku. Polski rząd dał sobie w nich prawo do nadzoru komunikacji internetowej z pominięciem nakazu sądowego. Wydłużono okres tymczasowego aresztowania, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uzyskała szerszy dostęp do danych osobowych.

Na poniższych wykresach przedstawiono, jak w latach 1988-2018 ewoluowały wskaźniki swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń oraz kontroli nad rządem w Polsce, na tle innych krajów, Europy i świata.

Prześladowane NGO

W raporcie International IDEA zwrócono szczególną uwagę na ograniczenia narzucane organizacjom społeczeństwa obywatelskiego.

Ograniczenia te, jak zauważają badacze, często idą w parze z naruszeniami praworządności, redukcją swobód, praw podstawowych i słabszą kontrolą nad egzekutywą. „Są silnie związane z regresem demokracji m.in. w Polsce, Serbii, na Węgrzech i w Turcji” – czytamy w opracowaniu.

To np. więcej biurokracji przy rejestrowaniu nowych inicjatyw czy poszerzenie definicji tego, co uznaje się za działanie polityczne, czyli niedopuszczalne. NGO cierpią z powodu nowych praw zakazujących „obrażania” rządów i liderów politycznych. A także przez ograniczenia w wolności zgromadzeń i dostępie do finansowania.

Z badań wynika, że mniej swobody działania mają zwłaszcza NGO działające na rzecz praw człowieka, w tym praw migrantów i uchodźców, osób LGBT i mniejszości etnicznych. Wzrost znaczenia prawicowych populistów oraz mowa nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi, de facto ograniczyły przestrzeń obywatelską dla przedstawicieli tych mniejszości.

A organizacje, które ich bronią, stały się obiektem ataków także przestawicieli partii politycznych.

Jak podkreślają badacze tendencję tę widać w całej Europie. Także w krajach, w których dotąd władze wspierały społeczeństwo obywatelskie takich jak np. Austria, Holandia i Wielka Brytania.

Nowy ład w Europie?

Z raportu International IDEA wynika, że polskie „reformy” to nie tylko specyfika kraju nad Wisłą, a fenomen ogólnoeuropejski.

W wielu krajach starego kontynentu rośnie popularność „demokracji nieliberalnej”, polaryzacja społeczeństw i rozczarowanie partiami politycznego mainstreamu. Główne powody? Jest ich wiele, ale kluczowy wydaje się lęk przed globalizacją i rozwojem technologicznym, które uwypuklają nierówności oraz bezbronność wobec kaprysów gospodarki. I zagrażają tradycyjnym wartościom.

„Część partii politycznych wykorzystuje te lęki, dając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. […] To klimat polityczny, w którym ochronie mniejszości i głoszonych przez nie poglądów przeciwstawiany jest wyraźny lęk, że to wartości wyznawane przez większość są zagrożone” – napisano w raporcie.

Takie historie znają nie tylko Polska i Węgry, ale także Austria i Włochy, gdzie do władzy doszły partie o profilu skrajnie prawicowym – FPÖ i Liga.

Jednocześnie obywatele i obywatelki okopują się we wrogich obozach, przede wszystkim politycznych. Coraz częściej tracą kontakt także na poziomie społeczno-kulturowym i konsumują inne treści medialne.

Jest jednak nadzieja – także dla Polski. Badacze wskazują na pozytywne przykłady Armenii i Macedonii Północnej, w których widać demokratycznie ożywienie i pierwsze oznaki zatrzymania regresu demokracji.

Demokracja na świecie

Badacze przyjrzeli się stanowi demokracji z perspektywy globalnej. Odnotowali szereg pozytywnych tendencji:

  • liczba krajów demokratycznych rośnie, dziś jest ich 97, czyli 62 proc., w 1975 roku było to zaledwie 26 proc.;
  • w demokracjach żyje ponad połowa ludności na świecie (57 proc., w porównaniu do 36 proc. w 1975);
  • demokracji domagają się społeczeństwa krajów, które nigdy nie doświadczyły rządów w pełni demokratycznych, np. w Armenii, Malezji, Algierii, Egipcie czy Sudanie;
  • pierwsze oznaki demokratycznych reform w krajach niedemokratycznych, np. w Etiopii;
  • aż 81 proc. z 97 światowych demokracji jest stabilna.

Ale raport International IDEA zawiera też listę ostrzeżeń:

  • choć liczba państw demokratycznych rośnie, jakość demokracji słabnie;
  • mamy coraz więcej krajów, w których niedawne demokratyczne przemiany są odwracane; demokracje są kruche zwłaszcza w Afryce;
  • krajów, które doświadczają erozji demokracji, jest dziś dwa razy więcej niż 10 lat temu;
  • erozja widoczna jest w ponad połowie państw w Ameryki Północnej (w tym w Stanach Zjednoczonych), Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku oraz w nieco mniej niż połowie krajów Afryki oraz Ameryki Łacińskiej i Karaibów;
  • rośnie też liczba krajów przejawiających regres demokracji, w których władza rozmontowuje mechanizmy kontroli i ogranicza swobody obywatelskie – jest ich dziś 10 (w tym Polska);
  • najpoważniejszym przypadkiem regresu jest Wenezuela, która z kraju demokratycznego przekształciła się w nie-demokrację;
  • przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego kurczy się na całym świecie i we wszystkich rodzajach rządów;
  • rośnie liczba reżimów hybrydowych, wśród których 71 proc. nigdy nie było demokracjami;
  • osiągnięcie parytetu kobiet i mężczyzn w parlamentach przy obecnym tempie potrwa jeszcze kolejnych 46 lat.

Prezes Kaczyński lubi spotkania w mediach mu przychylnych a teraz, im bliżej wyborów prezydenckich, jego aktywność wzrasta. Ostatnio udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, w którym odniósł się do Stanisława Piotrowicza i reelekcji Andrzeja Dudy.

Kaczyński nie ukrywa, że po zgłoszeniu kandydatur Piotrowicza i Pawłowicz do TK, spodziewał się ostrego ataku na nich, ale nie zamierza wierzyć w te kłamstwa, głoszone przez nieprzychylne PiS-owi media. Nagonka na Piotrowicza to nic innego jak rodzaj zemsty za przeprowadzenie przez niego reformy sądownictwa, a zarzuty związane z pełnieniem funkcji prokuratora w stanie wojennym, są bezzasadne. Fakt, był w „PZPR, ale należał do tej grupy prokuratorów i sędziów, którzy starali się maksymalnie łagodzić represje”.

Kaczyński nie ukrywa, że jest przekonany, iż „Stanisław Piotrowicz jest zły, ponieważ nie jest po „właściwej stronie” i jednocześnie przypomina, że ci, z tej drugiej strony „z honorami żegnali Wojciecha Jaruzelskiego, oni wysłali do Parlamentu Europejskiego całą ekipę PZPR na czele z Leszkiem Millerem, członkiem Biura Politycznego i sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii (…) Ale Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz aktywista partyjny i Danuta Huebner, która miała podobną przeszłość – są dla nich dobrzy”.

W rozmowie padły też ciepłe słowa dotyczące Andrzeja Dudy.  Prezes wspominał początki jego kampanii wyborczej, które nie były zbyt optymistyczne, jego trudną drogę do zwycięstwa i przyznał, że, według niego, „Andrzej Duda ma tak duże szanse na reelekcję, iż niespecjalnie chcę rozważać sytuację, że przegra”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy obserwuje się stoicki spokój partii opozycyjnych, którym wydaje się, że mają mnóstwo czasu do wyborów i jakoś się zorganizują, zdążą, przekonają Polaków do swojego kandydata, którego wciąż nie ma.