Niepraworządność pisowska wskazana przez KE

Komisja Europejska ma plan w stosunku do niepraworządności w Polsce.

Stanowczo wymagane są standardy demokratyczne, a nie jakieś podejrzane eksperymenty demokratyczne w stylu Putina.

A więc sądownictwo ma być nizależne od polityków, czyli wyroki nie mogą być dyktowane na Nowogrodzkiej.

Kaczyński też ma być pozbawiony dyktatu w sprawie wyników wyborów, gdy PiS przegra.

A przegra Duda. Co wtedy prezes PiS postanowi? Wyśle policję i służby specjalne przeciw protestującym?

Zadam pytanie: czy społeczeństwo już nie jest inwigilowane, a liderzy towarzyszeń pozarządowych nie zastraszani.

Znając PiS można po nich spodziewać się, że arkana zabijania wolności posiedli w równym stopni jak komuniści i naziści.

Komisja Europejska orzekła, że przepisy dyscyplinujące sędziów są niezgodne z unijnym prawem i to potrójnie.

Nowa ustawa dyscyplinująca sędziów potrójnie niezgodna z unijnym prawem – twierdzi rzecznik Komisji Europejskiej. Christan Wigand powtórzył, że KE nie zawaha się użyć dostępnych środków – co według naszej korespondentki w Brukseli – oznacza zapowiedź wszczęcia procedury o naruszenie unijnego prawa.

Więcej o Komisji Europejskiej wobec bezprawia PiS tutaj >>>

O tym, że Polska pisowska zapłaci ogromną cenę – pozbawieniem kasy z Brukseli – tutaj >>>

Podczas debaty w PE o praworządności w Polsce europosłom PiS brakowało sojuszników. Prawie wszyscy mówili jednym głosem: Polska narusza zasady UE i kpi z dialogu. Argumentacja PiS pozostała bez zmian: „Odmawia się Polsce podejmowania suwerennych decyzji. Inicjatorzy tej debaty chcą wpłynąć na wynik wyborów w Polsce”.

Więcej o samotności pisowskich europarlamentarzystów (1:27) w PE tutaj >>>

Iustitia składa zawiadomienie o popełnieniu deliktu dyscyplinarnego przez członków Izby Dyscyplinarnej, którzy 4 lutego zawiesili w obowiązkach i obcięli pensję sędziemu Juszczyszynowi. Stowarzyszenie wzywa też wszystkich sędziów do pójścia w ślady Juszczyszyna i badania umocowania KRS i jej członków. 

O obszczymurkach z Izby Dyscyplinarnej SN tutaj >>>

Generalnie mam prośbę do tych wszystkich, którzy dobrze życzą Polsce, a więc nie chcą drugiej kadencji p. Dudy, aby nie atakowali polityków i partii opozycji, a zwłaszcza Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Felieton Stefana Niesiołowskiego tutaj >>>

Wraz z oficjalnym startem kampanii wyborczej ujawnił się jej duch: będzie to brutalna walka PiS o zachowanie w Polsce władzy, bez reguł i z kłamstwem w roli głównej. Walka o wszystko, bowiem tylko Andrzej Duda wybrany na drugą pięcioletnią kadencję jest gwarantem utrzymania destrukcji państwa w duchu nihilistycznej rewolucji bezprawia. Rewolucji, którą chce dokończyć Jarosław Kaczyński.

Esej Przemysława Szubartowicza tutaj >>>

Gdzie towarzyszu Kaczyński idziemy?

Chyba już nie mamy wątpliwości, gdzie Kaczyński prowadzi Polskę.

Chciałoby się go zapytać:

– Dokąd towarzyszu, prezesie zmierzamy?

– Na Wschód – taka jest odpowiedź.

Będą się wypierać. Pisowcy jako formacja mentalna nigdy nie weszli do Unii Europejskiej. Nie odpowiada im wolność i decydowanie o sobie przy wsparciu krajów cywilizowanych o tradycji demokratycznej.

Oni muszą być trzymani za mordę. Kaczyński, Duda, Morawiecki, Szydło – nigdy nie wyszli z PRL, tam zostało ich rozumienie świata.

Erich Fromm nazywa to „ucieczką od wolności”. Boją się jej, a jeżeli dodamy taka przypadłość, iż najbliższe im pasożytowanie na obcym ciele, więc ie dziwmy się, że tyle kradną.

Kongresmeni USA apelują do Dudy o odrzucenie ustaw sądowych PiS. „Wejście tego prawa [ustawy dyscyplinującej] w życie stanowić będzie znaczący krok w tył. Erozja zasad demokracji niweczyć będzie wielki postęp, jaki przez dekady uczyniła Polska, budując nowoczesne, demokratyczne państwo”.

O liście kongresmenów USA do Dudy czytaj tutaj >>>

Ostra reakcja na słowa Andrzeja Dudy. „Sugerowanie, że sędziowie są nieodpowiedzialni i »powinni być eliminowani«, gdyż inaczej »Polska nigdy nie będzie normalnym państwem« jest przykładem mowy nienawiści, która może skutkować aktami przemocy skierowanymi wobec poszczególnych sędziów” – pisze Iustitia, największe stowarzyszenie sędziowskie w Polsce.

O sprzeciwie stowarzyszenia sędziowskiego Iustitia wobec mowy nienawiści Dudy tutaj >>>

Co roku przed startem Światowego Forum Ekonomicznego w Davos organizatorzy publikują „Global Risks Report” (raport o globalnych ryzykach). Po raz pierwszy aż pięć najczęściej wymienianych prawdopodobnych zagrożeń jest związanych z katastrofą klimatyczną.

Więcej o zagładzie ludzkości, która jak Jeźdźcy Apokalipsy zbliża się czytaj tutaj >>>

Podczas ostatnich obrad Europarlamentu świat zobaczył oblicze Polski – wykrzywione w aroganckim poczuciu supremacji i natchnione prostacką wersją godności narodowej.

Kiedy kraj obiegła wiadomość, że ustanowiona przez rząd fundacja odpowiedzialna za wizerunek Polski za granicą wydała 111 milionów nie wiadomo na co, pan premier zdecydowanie zaprotestował, bo przecież wiadomo na co, tyle że nie wszystkim wiadomo, bo kogo może obchodzić np. detaliczne rozliczenie czterech milionów wydanych na wizytę biało-czerwonego jachtu w kilku portach? Pan premier, a za nim kilku funkcjonariuszy PiS wyjaśnili przy okazji, że polski rząd ma niebywałe sukcesy w promowaniu Polski za granicą i że odzyskując godność zaczęliśmy się wreszcie liczyć w świecie i cieszyć takim szacunkiem jak nigdy dotąd.

(…)

Wymienione wyżej wytwory robaczywej wyobraźni nie są tylko gadżetami przeznaczonymi dla nielicznych Polaków wzmożonych patriotycznie. W rubryce OPIS PRODUKTU na E-bay.de przeczytać można (w dosłownym tłumaczeniu), że wymieniane wyżej wyroby to: Idealny polski T-shirt z godłem dla wszystkich Polaków, Polek i wszystkich warszawiaków, którzy lubią imprezy, „kurwa” i piwo i alkohol i jedzą pierogi, oglądają piłkę nożną i odpalają petardy na meczach. (…) Ładna, zabawna koszulka na prezent urodzinowy lub pod choinkę dla rodziny, wujka, ciotki, mamy, taty, dla pań, panów i dzieci”… Zacytowana wiadomość interesuje nie tylko Polaków, o czym świadczy liczba wyświetleń – wielokrotnie większa od liczebności rodaków przebywających w Niemczech. Można oczywiście powiedzieć, że takie knajackie oblicze Polski to drobiazg i że to tylko jedna z wielu twarzy Polski w świecie. Ale podczas ostatnich obrad Europarlamentu świat zobaczył bardzo podobne oblicze Polski – wykrzywione w aroganckim poczuciu supremacji i natchnione prostacką wersją godności narodowej.  Obawiam się, że tego obrazu nie przesłonią dokonania rządowej fundacji narodowej, wydającej 111 milionów na jakieś bliżej niezidentyfikowane projekty.

Esej Andrzeja Karmińskiego tutaj >>>

Powstańmy przeciw PiS

Zdaje się, że docieramy do punktu krytycznego, poza którym już nie ma miejsca dla takiej Polski, jaką zgotował PiS.

Wóz, albo przewóz.

Albo jak pisze Eliza Michalik: jak wojna – to wojna.

Innego wyjścia nie ma. Polskę należy ratować, aby Targowica PiS nie sprzedała nam ojczyzny. PiS – partia aferzystów i sprzedawczyków.

W rezolucji stwierdzono, że pomimo procedury z art. 7 Traktatu UE, sytuacja w Polsce i na Węgrzech się pogarsza. Zaproponowano wprowadzenie kolejnych mechanizmów dyscyplinujących. Najpoważniejszy z nich to powiązanie wypłacania środków unijnych z praworządnością

Więcej o groźbie sankcji finansowych czytaj tutaj >>>

„Ustawa wprowadza nowe kategorie przewinień dyscyplinarnych, a wpływ Ministra Sprawiedliwości na postępowania dyscyplinarne zostanie zwiększony” – piszą w pilnej opinii o tzw. ustawie kagańcowej eksperci Komisji Weneckiej, którzy odwiedzili Polskę 9-10 stycznia. Zalecają odrzucenie projektu PiS, bo może on stanowić zagrożenie dla niezależnego sądownictwa.

O groteskowym Ziobrze i komedianctwie jego czytaj tutaj >>>

Parodia i komedia — tak Zbigniew Ziobro określa raport Komisji Weneckiej dotyczący kontrowersyjnej ustawy, którą PiS chce dyscyplinować sędziów. Szkopuł w tym, że największym parodystą i komediantem w tej historii jest sam Ziobro. To on tak zdeformował wybory do Krajowej Rady Sądownictwa, że część sędziów postanowiła sprawdzić legalność KRS. Dlatego Ziobro chce ich uciszyć ustawą. I dlatego wkroczyły instytucje europejskie.

Polska została poniżona przez takich małych ludzi jak Ziobro. Czytaj tutaj >>>

Sąd dyscyplinarny we Wrocławiu w precedensowym orzeczeniu orzekł, że rzecznicy dyscyplinarni Michał Lasota, Piotr Schab i Przemysław Radzik wbrew prawu wytaczają dyscyplinarki sędziom broniącym niezależności sądów. Sąd uznał, że ustawa o sądach nie daje im takiego prawa. A to oznacza, że rzecznicy Ziobry sami mogą mieć teraz problemy.

O przydupasach Ziobry, którzy mogą pocałować go w d…pę, czytaj tutaj >>>

Może zamiast się „oburzać”, co jest kompletnie bezproduktywne – powalczmy u boku prześladowanych. Pomóżmy?

Swoją drogą to niesamowite: w biały dzień, w świetle jupiterów, na oczach wszystkich zabijani są ludzie. Zabijani cywilnie, zawodowo, emocjonalnie, zabijany jest komfort ich rodziny, kariera, wiara, honor, dobra opinia. I co? I nic.

Gdy piszę ten felieton, minister Ziobro w Senacie oczernia z imienia i nazwiska sędziów Żurka, Tuleyę, Łączewskiego, a później, po wygłoszeniu oświadczenia wychodzi z sali, uciekając przed pytaniami senatorów. Przypominam, że chodzi o ustawę ostatecznie likwidującą niezależne sądownictwo w Polsce, sprzeczną z prawem UE, grożącą wyprowadzeniem nas z Unii i nałożeniem na nas wysokich kar finansowych.

(…)

Dla jasności: wojny są zawsze złe, zawsze tracą na nich wszyscy, nawet zwycięzcy (bo i oni ponoszą często w walce dotkliwe straty), zawsze jest niepotrzebna i jest ostatecznością. Niemniej, czasem jest konieczna. Jest czas i okoliczności w życiu każdego człowieka i społeczeństwa, kiedy nic już nie dają wyrazy oburzenia i moralne wzmożenie, gdy po prostu trzeba walczyć o życie.

Ta metafora jest dziś w Polsce bardziej niż dosłowna, bo żyjemy w kraju, gdzie, na co dzień, w praktyce, ludzie walczą o życie. O wszystko, co do czasów rządów PiS ich życiem było. Może zamiast się „oburzać”, co jest kompletnie bezproduktywne – powalczmy u boku prześladowanych. Pomóżmy?

Bo dziś sędziowie, jutro dziennikarze i samorząd, a później każdy obywatel.

Cały felieton Elizy Michalik tutaj >>>

PiS ośmiesza Polskę

Przyzwyczailiśmy się, że Polska przez PiS jest ośmieszana, nasz kraj na zewnątrz jest postrzegany, jako republika bananowa z groteskową demokracją.

Przyzwyczailiśmy się. Godzimy na ośmieszenie, gdyż w innych wypadku protestami wymusilibyśmy odsunięcia od koryta ferajny Kaczyńskiego, której jedynym celem jest czerpać profity nie posiadając niemal żadnych umiejętności rządzenia.

PiS uruchomił dla siebie program Koryto+.

Komisja Europejska chce wstrzymania przez Trybunał Sprawiedliwości UE działania sądowniczej ustawy kagańcowej, która de facto jest wyjściem z Unii Europejskiej (Polexit).

W Parlamencie Europejskim odbyła się debata nad nierządem pisowskim. Europosłowie PiS zaprezentowali się groteskowo, skandalicznie, znowu ośmieszyli nas.

Prym wiodła Beata Szydło, pani od sukcesu 1:27.

To co pisowska propaganda wyprawia ostatnio przekracza wszelkie granice przyzwoitości i zdrowego rozsądku, chociaż zasadniczo nie jest to nic zaskakującego. Nagonka na prof. Grodzkiego trwa, uruchomione zostały pisowskie media. Z całą odpowiedzialnością jako jeden z organizatorów oporu w stanie wojennym stwierdzam, że poziom, kultura, prawdomówność mediów stanu wojennego w wielu przypadkach były większe niż obecnych reżimowych. Jeden z tytułów w „Gazecie Polskiej” – ubek ostatnią nadzieja Grodzkiego, a informacja o wielkiej manifestacji w obronie praworządności sprowadzała się do kłamstw w rodzaju – grupki przechodniów i spacerowiczów, sędziowie bardzo nieliczni. Gratuluję jednak na tym tle tvp w stanie wojennym to był poziom.

Więcej Stefana Niesiołowskiego tutaj >>>

23 stycznia połączony skład trzech Izb SN zadecyduje, czy sędziowie nominowani przez nową, upolitycznioną KRS powinni orzekać. „Stare” kadry SN w Izbach Cywilnej, Karnej i Pracy poprosiła o to I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf. Uchwała będzie wiązała cały Sąd Najwyższy. Pod koniec grudnia w OKO.press taką decyzję zaproponowali I Prezes eksperci prawni.

Jeżeli PiS nie zastosuje się do postanowienia Sądu Najwyższego będziemy mieli anarchię w kraju. Czytaj tutaj >>>

50 senatorów opozycji – z PO, Lewicy, PSL – napisało oświadczenie w obronie marszałka senatu Tomasza Grodzkiego: „Marszałek Grodzki ma nasze niesłabnące zaufanie, a jego bliscy – wsparcie” – czytamy w liście ogłoszonym w Senacie przez Marcina Bosackiego (PO).

Więcej o senatorach broniących marszałka Grodzkiego przed nagonką medialną PiS tutaj >>>

O nagonce na Godzkiego pisze prasa na całym świecie, w tym niemiecka.

Oskarżenia bez dowodów

„PiS najwyraźniej nie zamierza przyjąć do wiadomości tego, że wraz z nastaniem Senatu Grodzkiego czas ekspresowego uchwalania ustaw się skończył. W Szczecinie kilkoro rzekomych byłych pacjentów Grodzkiego utrzymuje, że oni albo ich zmarli bliscy musieli mu płacić za operacje, albo opinie. Wśród oskarżycieli jest związana z PiS radna i bliska partii profesor biologii.

„Kontrolowana przez PiS telewizja państwowa oraz niektóre bliskie PiS-owi gazety i strony internetowe, powtarzają te oskarżenia. Jednka nie znajdują na nie na żadnych dowodów” – pisze „Sueddeutsche Zeitung”. Gazeta przypomina, że „media PiS” przemilczały oświadczenia szczecińskiej izby Lekarskiej, że przez 36 lat pracy Grodzkiego nie było żadnych skarg z powodu naruszenia przez niego zasad etyki lekarskiej, a tym bardziej z powodu korupcji.

„Zamiast tego prokuratura i podporządkowane rządowi Centralne Biuro Antykorupcyjne prowadza oficjalne postępowania z powodu podejrzenia o korupcję w szpitalu Grodzkiego” – relacjonuje „SZ”.

O Grodzkim w „„Sueddeutsche Zeitung” tutaj >>>

Wirtualna Polska na garnuszku Zbigniewa Ziobry. Zdziwieni?

O zaprzaństwie tego portalu więcej tutaj >>>

Jeszcze jeden pedofil w sukience

O pedofilskich skłonnościach ks. Mariusza W. poinformowała Szkoła Podstawowa nr 5 w Nowym Targu, gdzie uczył on religii. Sprawa została ujawniona podczas zajęć wychowawczych – nauczycielka poruszyła z dziećmi temat molestowania seksualnego. Kilka uczennic przyznało, że takich zachowań dopuścił się ich katecheta.

Szkolni pedagodzy zawiadomili o tym prokuraturę. Ksiądz Mariusz W., początkowo, zaprzeczał oskarżeniom i twierdził, że jest niewinny. Uznawał się nawet za „duszpasterza dzieci”.

Duchowny – jak poinformowała „Gazeta Krakowska” – zmienił zdanie w zeszłym tygodniu i przyznał się do zarzucanych mu czynów. „Przyznaję się, zrobiłem to” – oznajmił. Deklaracja nie kończy sprawy. Proces dalej trwa, a wyrok jeszcze nie zapadł.

Sprawa jest o tyle bulwersująca, że po nagłośnieniu sytuacji ksiądz został przeniesiony do innej parafii. W Nowym Targu zorganizowano pożegnalną mszę, a część wiernych deklarowało swoje poparcie dla zboczeńca w sutannie, który „umiał zjednywać do siebie ludzi przez swoją otwartość”.

Ofiary zboczeńca miały od 9 do 12 lat. Do molestowania doszło podczas szkolnych wycieczek w góry i na basen.

PE „potępia niedawne wydarzenia w Polsce, które miały na celu dezinformację, stygmatyzację i zakazanie edukacji seksualnej”. Chodzi o projekt „Stop Pedofilii”, którym zajmie się nowy Sejm: za szerzenie wiedzy o seksie poniżej 18 r.ż. nawet do 3 lat więzienia. Europosłowie apelują, by polski parlament odrzucił projekt i zapewnił młodzieży rzetelną edukację

Projekt rezolucji potępiającej projekt „Stop Pedofilii” złożyli 6 listopada 2019 eurodeputowani z czterech największych ugrupowań Parlamentu Europejskiego:

  • Europejskiej Partii Ludowej (w której zasiadają PO i PSL);
  • Socjalistów i Demokratów (której członkami są politycy SLD i Wiosny oraz Sylwia Spurek);
  • Liberalnej frakcji „Odnowić Europę”;
  • Zielonych;
  • Zjednoczonej Lewicy Europejskiej.

W głosowaniu podczas sesji plenarnej 14 listopada 2019 projekt przyjęto znakomitą większością głosów: 471 do 128, wstrzymało się 57. Przepadły wszystkie 23 poprawki zgłaszane m.in. przez polityków PiS zrzeszonych we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR).

O wyniku głosowania poinformowała na Twitterze lewicowa europosłanka Sylwia Spurek.

Wynik był trudny do przełknięcia dla polityków PiS. Swoje oburzenie wyraziła była rzeczniczka partii, dziś eurodeputowana PiS Beata Mazurek.

Rzeczywiście nie ma mowy o przypadku. Bo groźny projekt, którym zajmie się już nowy Sejm, jest pełen prawnych nieścisłości i może pozbawić polską młodzież dostępu do edukacji. Ta stanowi jedno z praw podstawowych UE. Nic dziwnego, że sprawą zainteresował się więc Parlament Europejski.

Co przyjął PE?

W przyjętej w czwartek rezolucji Parlament Europejski przypomina, że:

„Zdrowie seksualne ma podstawowe znaczenie dla ogólnego zdrowia i dobrostanu jednostek, par i rodzin, dodatkowo przyczyniając się do społecznego i gospodarczego rozwoju społeczności i państw, a dostęp do zdrowia, w tym zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, jest prawem człowieka”.

PE wyraża też zaniepokojenie „niezwykle niejasnymi, szerokimi i nieproporcjonalnymi przepisami projektu ustawy, które de facto zmierzają do penalizacji upowszechniania edukacji seksualnej wśród nieletnich i których zakres potencjalnie grozi wszystkim osobom – a w szczególności edukatorom seksualnym, w tym nauczycielom, pracownikom służby zdrowia, pisarzom, wydawcom, organizacjom społeczeństwa obywatelskiego, dziennikarzom, rodzicom i opiekunom prawnym – karą pozbawienia wolności do trzech lat za nauczanie o ludzkiej seksualności, zdrowiu i stosunkach intymnych”.

Eurodeputowani zachęcają wszystkie państwa członkowskie do wprowadzenia w szkołach kompleksowej, dostosowanej do wieku edukacji seksualnej i edukacji o relacjach międzyludzkich.

Przypominają też, że edukacja seksualna jest niezbędną częścią programu nauczania w szkołach w celu spełnienia standardów WHO dla Europy. O standardach tych pisaliśmy wielokrotnie w OKO.press.

PE podkreślił, że brak edukacji seksualnej zagraża bezpieczeństwu młodzieży, która jest bardziej narażona na wykorzystywanie seksualne i cyberprzemoc. Zwrócił uwagę na fakt, że zasadniczą rolą zajęć tego typu powinno być przekazywanie uczniom wiedzy na temat równości płci.

W końcu potępił

„niedawne wydarzenia w Polsce, które miały na celu dezinformację, stygmatyzację i zakazanie edukacji seksualnej, a w szczególności surową, niewłaściwą i błędną treść uzasadnienia przewidzianego w projekcie ustawy”.

Eurodeputowani apelują do polskiego parlamentu, by

„wstrzymał się od przyjęcia proponowanego projektu ustawy oraz zapewnił młodzieży dostęp do kompleksowej edukacji seksualnej” oraz „udzielił wsparcia osobom zapewniającym taką edukację i informacje w sposób rzeczowy i obiektywny”.

PE wezwał też Radę UE do zajęcia się tą kwestią podczas planowanych wysłuchań Polski w ramach procedury z art. 7 Traktatu o UE. Bo edukacja jest samodzielnym prawem podstawowym oraz warunkiem wstępnym korzystania z innych podstawowych praw i wolności zagwarantowanych w art. 2 TUE, Konstytucji RP i Karcie Praw Podstawowych.

Więzienie za edukację

O obywatelskim projekcie zatytułowanym przewrotnie „Stop Pedofilii” pisaliśmy w OKO.press już na początku października, gdy okazało się, że trafi on na ostatnie obrady starego Sejmu. Ostrzegaliśmy, że pod pozorem walki z „demoralizacją i seksualizacją dzieci”, autorzy chcą zakazać przekazywania uczniom podstawowej wiedzy o seksualności człowieka.

Kara więzienia do lat 3 miałaby grozić edukatorom seksualnym, ale też nauczycielom, lekarzom, wydawcom czy dziennikarzom. Wszystkim, którzy dopuszczają się „propagowania zachowań seksualnych wśród małoletnich”. Małoletnich, czyli takich, którzy nie ukończyli 18 lat.

W uzasadnieniu autorzy projektu mówią wprost o tym, jaki przyświeca im cel. „Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne” – ostrzegają.

Jak pisała w OKO.press Dominika Sitnicka uzasadnienie szkodliwości edukacji seksualnej to zbiór anegdot, niepopartych badaniami opinii i kuriozalnych sformułowań. Jako przykłady podejrzanych treści autorzy projektu wprost wymieniają m.in. zajęcia dotyczące antykoncepcji, profilaktyki ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS) oraz dojrzewania i dorastania.

PiS: wspaniały pomysł

Choć absurdalny i niebezpieczny, projekt spotkał się z przychylnością polityków prawicy. Jako pierwsi poinformowaliśmy, że podczas pierwszego czytania w Sejmie 15 października 2019, posłowie PiS i Konfederacji mówili o nim w samych superlatywach.

Politycy PiS stwierdzili wręcz, że projekt powinien mocniej penalizować, bo przestępstwo zagrożone karą do trzech lat więzienia może zostać warunkowo umorzone. Dlatego ich propozycją była kara pięcioletniego więzienia. Projekt pomyślnie przeszedł głosowanie 16 października i został skierowany do prac komisji. Zajmie się nim już wkrótce nowy Sejm.

Inicjatywa „Stop Pedofilii” wzbudziła ogromne emocje wśród opinii publicznej. Przez całą Polskę przetoczyły się obywatelskie protesty, wady projektu punktowali eksperci. Z najnowszego sondażu OKO.press z października wynika, że aż 65 proc. Polek i Polaków uważa, że w szkole trzeba mówić otwarcie o seksie, antykoncepcji i orientacjach.

Projektu bronili prawicowi politycy, w tym na forum PE europoseł Patryk Jaki. W OKO.press krok po kroku rozbrajaliśmy wszystkie manipulacje i przekłamania, jakich dopuścili się m.in. politycy PiS oraz przedstawiciele władz Kościoła.

W przeciwieństwie do swej partyjnej koleżanki Krynickiej, Marek Suski wykazał się przynajmniej poczuciem humoru… Lotna Brygada Opozycji sfilmowała spotkanie z politykiem na Krakowskim Przedmieściu:

„Panie Suski, pan się nie chowa, jest pan otoczony. Pośle Suski, coś panu wypadło, o tutaj” – zaczepił Marka Suskiego jeden z aktywistów z Lotnej Brygady Opozycji.

Kiedy szef gabinetu politycznego premiera odwrócił się, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście mu coś upadło, wtedy aktywista pospieszył mu z „pomocą”: Pan się nie schyla, to przyzwoitość” – powiedział.

Zgoła inaczej było wcześniej z cieszącą się nie największą sympatią mediów byłą posłanką Prawa i Sprawiedliwości Bernadettą Krynicką.

W podobny sposób zaczepiona niedaleko budynku Sejmu odgryzła się żartownisiowi w dość typowym dla siebie stylu: „zamknij się pan”.

Eliza Michalik pisze o tym, czego możemy oczekiwać po opozycyjnym Senacie.

Opozycja w Senacie musi stanowczo i konsekwentnie wykorzystywać wszystkie – zgodne z prawem – możliwości.

Słuchając triumfalnych wypowiedzi i okrzyków radości po wyborze Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu, można by pomyśleć, że opozycja już wygrała z PiS. Nic podobnego. To nie jest koniec, to nie jest nawet początek końca. Stanowisko trzeciej osoby w państwie w rękach opozycji to zaledwie, jakby to ujął Winston Churchill, koniec początku. Teraz dopiero zacznie się prawdziwa polityka.

Prawdziwa, czyli układanki, łamigłówki, żmudne targi i negocjacje oraz przeciąganie senatorów przez PiS na swoją stronę przy każdej pojedynczej ustawie i głosowaniu. Bo, że PiS nie zrezygnuje z walki o senacką większość, w to chyba nikt nie wątpi. Zresztą, czemu miałoby? Polityka to przecież sztuka wygrywania i skuteczności w realizacji swoich celów.

Pierwsza większa bitwa być może rozegra się o lukę w prawie opisaną przez Romana Giertycha, który uważa, że w Konstytucji jest furtka, umożliwiająca opozycji całkowite zablokowanie niekonstytucyjnych projektów pisowskich ustaw. Zdaniem Giertycha, Konstytucja nakazuje co prawda Sejmowi przekazać ustawę przez siebie uchwaloną do Senatu, nie precyzuje natomiast, w jakim terminie Senat ma ją rozpatrzyć. – „Wystarczy więc, aby większością głosów wprowadzić poprawkę do Regulaminu Senatu, która wprowadziłaby zasadę, że w przypadku zasadniczych wątpliwości co do konstytucyjności ustawy Marszałek Senatu ma obowiązek przed przekazaniem uchwały Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Marszałka Sejmu upewnić się, że wszystkie organy konstytucyjne uczestniczące w procesie legislacyjnym, czyli Sejm, Prezydent i Trybunał Konstytucyjny zostały obsadzone zgodnie z Konstytucją. W przypadku, gdyby orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego (tak jest obecnie w odniesieniu do trzech sędziów TK) uznano, że [skład] któregoś z tych organów jest nieprawidłowo obsadzony, to Marszałek Senatu miałby obowiązek się powstrzymać z przekazaniem uchwały Senatu do Sejmu RP do czasu prawidłowego obsadzenia tego organu” – pisze były wicepremier. Jeśli luka prawna wskazana przez Giertycha jest prawdziwa, oznacza to, że PiS może znaleźć się w ogromnym politycznym niebezpieczeństwie.

W tym kontekście zwracam uwagę na to, że prawdziwa polityka zaczyna się teraz i radość z wyboru opozycyjnego marszałka Senatu, która niewątpliwie działa na emocje wyborców i parlamentarzystów opozycji, niewiele znaczy w kontekście pragmatycznej politycznej gry. Oczywiście, jak już Państwu pisałam marszałek Senatu może wiele – łącznie z wygłaszaniem do Polaków telewizyjnych orędzi, które będzie musiała emitować TVP Jacka Kurskiego i doprowadzeniem do tego, że do Senatu przeniesie się zlikwidowana przez PiS debata parlamentarna, ale jednak deklarowanym politycznym celem opozycji jest powstrzymanie PiS przed dalszym łamaniem prawa i Konstytucji.

Czy uda się ten cel osiągnąć będzie zależało od najbardziej prozaicznych sprawności polityków opozycji, jak wyszukiwanie takich właśnie furtek w prawie i sprawne posługiwanie się nimi dla własnych celów. Zgodnie z prawem, acz stanowczo i konsekwentnie.

Oto wspomniany tekst Giertycha:

Dlaczego PiS do końca walczył o Senat, aby wreszcie dzisiaj ostatecznie przegrać? Bo w zapisach Konstytucji drzemie opcja atomowa Senatu, która może całkowicie zablokować niekonstytucyjne przepisy ustaw.

W trakcie obowiązywania obecnej Konstytucji nie było przypadku, aby partia rządząca utraciła Senat. Stąd nikt się nie przyglądał zapisom Konstytucji rozważając co może Marszałek Senatu, a czego nie. Tymczasem Konstytucja RP zawiera dosyć enigmatyczny zapis dotyczący uprawnień Senatu. Cytuje w całości art. 121 Konstytucji:

„1. Ustawę uchwaloną przez Sejm Marszałek Sejmu przekazuje Senatowi.

2. Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy może ją przyjąć bez zmian, uchwalić poprawki albo uchwalić odrzucenie jej w całości. Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm.

3. Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.”

Jak łatwo zauważyć Konstytucja narzuca obowiązek przekazania ustawy uchwalonej przez Sejm do Senatu. Obowiązek ten ciąży na Marszałku Sejmu i jak każdy tego typu obowiązek należy go wykonać niezwłocznie.

Konstytucja milczy natomiast w jakim terminie Marszałek Senatu ma przekazać uchwałę Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Sejmu. Termin 30 dni jest wyznaczony tylko na samo podjęcie uchwały i tylko w razie uchybienia temu terminowi uznaje się ustawę za uchwaloną w wersji sejmowej.

Nie jest jednak nic powiedziane o tym co się dzieje, gdy uchwała Senatu podjęta w czasie tych 30 dni nie zostaje przekazana do Sejmu. Zgodnie z art. 112 i art. 124 Konstytucji to Senat w swym regulaminie przyjmuje organizacje wewnętrzną i porządek prac. Wystarczy więc, aby większością głosów wprowadzić poprawkę do Regulaminu Senatu, która wprowadziłaby zasadę, że w przypadku zasadniczych wątpliwości co do konstytucyjności ustawy Marszałek Senatu ma obowiązek przed przekazaniem uchwały Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Marszałka Sejmu upewnić się, że wszystkie organy konstytucyjne uczestniczące w procesie legislacyjnym, czyli Sejm, Prezydent i Trybunał Konstytucyjny zostały obsadzone zgodnie z Konstytucją. W przypadku, gdyby orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego (tak jest obecnie w odniesieniu do trzech sędziów TK) uznano, że któregoś z tych organów jest nieprawidłowo obsadzony, to Marszałek Senatu miałby obowiązek się powstrzymać z przekazaniem uchwały Senatu do Sejmu RP do czasu prawidłowego obsadzenia tego organu. Ewentualnie takie uprawnienie można określić w Regulaminie Senatu dla Marszałka Senatu w przypadku ustaw dotyczących sądownictwa w odniesieniu do niekonstytucyjnego obsadzenia KRS.

Czy użycie tej opcji atomowej jest możliwe? Nie łamie ona Konstytucji, ale z pewnością narusza pewien dobry zwyczaj parlamentarny. Zwyczaj jest czymś dobrym, co należy chronić. Jednakże dobre zwyczaje muszą ustępować w sytuacji, gdy mamy zamach na Konstytucję. PiS w poprzedniej kadencji dopuścił się zamachu na Konstytucję. Mamy niekonstytucyjny skład KRS, a przede wszystkim mamy niekonstytucyjny Trybunał Konstytucyjny.

Jak wiemy TK uczestniczy w procesie legislacyjnym, gdyż Prezydent do TK może skierować ustawę przed jej podpisaniem. Stąd uważam że gdyby np. PiS chciał przegłosować odejście wszystkich sędziów sądów powszechnych i możliwość wybierania ich przez rząd, to uznałbym, że mamy oczywiste naruszenie Konstytucji, w której na bok należy odłożyć dobre obyczaje parlamentarne i skorzystać z opcji atomowej Senatu.
PiS doskonale wie, że opozycja może wywołać taki kryzys legislacyjny. Przyjęta bez przesłanej przez Marszałka Senatu uchwały ustawa (nawet gdyby Sejm przegłosował odrzucenie tej nieprzesłanej uchwały) nie stanowiłaby prawa i sądy nie miałyby podstaw do jej stosowania.

Regulamin Senatu stanowi bowiem obowiązujące prawo i sądy muszą stosować je wprost. Zawarta w tym regulaminie kompetencja Marszałka Senatu do faktycznego blokowania niekonstytucyjnych przepisów w przypadku stwierdzenia (co zrobił już w wyroku TK) nieprawidłowego obsadzenia któregoś z konstytucyjnych organów RP, nie mogłaby zostać podważona, gdyż Regulamin Senatu nie podlega pod niczyją ocenę. Czyli prawo uchwalone przez Sejm nie weszłoby w fazę stosowania.

Samo istnienie teoretycznej możliwości tej opcji atomowej powoduje, że PiS może zapomnieć o rewolucyjnych zmianach w sądach. Tym samym 321 głosów oddanych na stora z opozycji, który wygrał najmniejszą różnicą głosów i które przesądziły o wyniku wyborów, zadecydowały o tym, że PiS stracił możliwość złamania sądów. Dzisiejszy wybór Marszałka Senatu z opozycji, to koniec najgorszej części rewolucji PiS. I początek ich końca.

PiS prowadzi Polskę do Moskwy. Towarzyszy faszyzm

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Kaczyński kombinuje, jak orżnąć Polaków

„Podobno prezes zapowiada pojednanie z opozycją, czyli pakiet demokratyczny 2.0. Super. Pewnie teraz poseł Nitras nie będzie płacił kary na każdym posiedzeniu tylko co drugim, a posłowie opozycji dostaną tyle czasu na wypowiedź, że zdążą dojść na mównicę, zanim im mikrofon wyłączą” – tak skomentował jeden z internautów kolejną już Jarosława Kaczyńskiego zapowiedź łagodzenia nastrojów przed wyborami. O tej wcześniejszej pisaliśmy w artykule „Kaczyński zapowiada koniec z agresywnym językiem. Słyszycie mordy zdradzieckie i kanalie?”.

Prezes PiS w dzisiejszym wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej zapowiedział, że „do wyborów przedstawimy propozycję porozumienia, które miałoby zakończyć wojnę na polskiej scenie politycznej”. Swoim zwyczajem, szczegółów nie podał…

Internauci nie uwierzyli w te zapewnienia: – „Będziecie pisać u Przyłębskiej na obiedzie? To zaproście jeszcze Piotrowicza i Ziobrę”; – „I to się nazywa wiarygodność? Przed wyborami obiecać łagodny język, pakiet demokratyczny, a po wyborach wyzywać od kanalii zdradzieckich mord! Jak można tak traktować Polaków?”;

„To tylko cykliczny żart prezesa”. Przypominali też słowa Kaczyńskiego z 2015 r., który mówił, że trzeba zapomnieć o urazach. Zapowiadał wprowadzenie pakietu demokratycznego, który miał dać opozycji więcej uprawnień. Wszyscy pamiętamy, że w krótkim czasie okazało się, że żadnego pakietu nie będzie.

Parlament Europejski wybrał przewodniczącą Komisji Europejskiej. Za jej kandydaturą zagłosowało 383 deputowanych.

Więcej >>>

Niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy.

Zrobiłam to! Czyli dwie rzeczy. Po pierwsze – razem z kilkorgiem przyjaciół nagraliśmy teledysk #MyWolniLudzie (do obejrzenia na moim kanale YouTube tutaj https://www.youtube.com/watch?v=OI5J6vl1lts). Nagraliśmy go jako ludzie mediów, kultury, prawa i liderów opinii (w klipie wystąpili m.in: Zbigniew Hołdys, Władysław Frasyniuk, Piotr Schramm, Renata Kim, Krzysztof Skiba) zupełnie apolitycznie, po to, żeby przypomnieć o tym, że ludzi nie dzieli się na lepszych i gorszych, nie ma Polski ani ludzi klasy B i klasy A, a my mamy prawo dokonywać własnych wyborów, nie będąc z tego powodu obiektem wulgarnych i agresywnych ataków i nagonki medialnej.

To proste stwierdzenie jeszcze prostszego faktu wzbudziło histerię i prawdziwe szaleństwo fake newsowych portali typu wpolityce.pl, o których nie pisałabym w ogóle, bo nie warto, gdyby nie to, że mają poparcie rządu, od którego dostają reklamy spółek skarbu państwa. No bo jak można – zgorszyli się prawicowi propagandyści – mówić głośno o demokracji? O potrzebie wolności? O miłości do Polski realizowanej normalnie i na luzie, a nie z obłąkanym fanatycznym religijno- niedouczonym zacięciem? Bez opluwania i szczucia na interlokutorów? I w dodatku robią to ludzie znani? Głośne nazwiska, które znamy z mediów? Skandal! Wiadomo przecież, że jak ktoś coś osiągnął i ma jakiś dorobek, powinien siedzieć cicho i się nie wychylać.

Ludzie zresztą w ogóle powinni siedzieć cicho i się nie wychylać, a już – Boże Broń! – nie krytykować chorej na autorytaryzm władzy. Najlepiej wcale nie mieć politycznych poglądów, a jeśli już się ma, to zakopać się z nimi pod kołdrą, w domu, po kryjomu.

Druga „straszna” rzecz, którą zrobiłam, dotyczy tekstu. Napisałam felieton, w którym wyraziłam opinię, że niektóre rzeczy, które mówią biskupi nie kwalifikują się do tego, żeby z nimi polemizować i niesłusznie są traktowane jak żenujące co prawda intelektualnie, ale jednak publicystyczne tezy, kwalifikują się natomiast, żeby pozywać Episkopat do sądu. Że homoseksualizm, zgodnie z polskim prawem jest normalną orientacją seksualną, taką samą jak heteroseksualna, w związku z tym nazywanie publicznie gejów, lesbijek i osób transpłciowych, jak to czyni nagminnie część polskiego kleru „dewiantami”, „wykolejeńcami” czy „zboczeńcami” jest nie tylko opinią, ale zwyczajnie – złamaniem prawa. Z tym się nie polemizuje, za to się powinno karać.

Na marginesie: zwracam Państwu uwagę, że Polska przestała być państwem, którego obywatele są równi wobec prawa, bo księżom i prawicy wolno zdecydowanie więcej. Nie wierzycie? Spróbujcie publicznie nazwać biskupów „dewiantami”, „zboczeńcami” czy „wykolejeńcami”, a uczestnikom procesji Bożego Ciała powiedzcie, że nie życzycie sobie, żeby obnosili się ze swoją wiarą – mogą być katolikami, ale tylko u siebie w domu, bo nie macie życzenia oglądać publicznych przemarszów dziwnych facetów w białych sukienkach, okadzających się kadzidłem. I zaczekajcie na to, co się stanie.

A przecież te same „argumenty” (biorę w cudzysłów, bo to nie żadne argumenty, tylko poniżanie) słyszą od lat choćby uczestnicy parad równości, choć nie tylko, bo w podobny sposób są traktowania uczestnicy marszów KOD czy Obywateli RP, do których kierowany jest jasny przekaz: miejcie sobie swoje poglądy, ale ich nam nie pokazujcie, nie chcemy na to patrzeć, gardzimy wami, samo wasze istnienie obraża nasze uczucia.

Cóż… jak już Państwu powiedziałam, zrobiłam to. Powiedziałam, że ludzie są równi wobec prawa i że Episkopat należy pozywać do sądu, tak jak każdą inną organizację, a księży traktować tak, jak wszystkich innych ludzi. Od prawicowych portali usłyszałam, że nawołuję do „ataku” na Kościół i że działam na zlecenie opozycji. Czyli insynuacje, wypaczenie moich słów, sugerowanie, że działam z niskich pobudek i personalny atak zamiast uczciwej kontrargumentacji.

I tak jest i będzie traktowany każdy, kto podniesie rękę na przywileje Kościoła, szczególnie zaś na prawo jego ludzi oraz polityków PiS do stania ponad prawem. Będą krzyczeć, zastraszać, obrażać, atakować, zniesławiać, pomawiać o złe intencje i nasyłać hejterów. Mam to jednak gdzieś i Państwu radzę to samo, a wiecie, dlaczego? Bo mamy rację.

I niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy. I że nie ma normalności bez wolności i szacunku dla kogoś (przede wszystkim dla kogoś!), kto ma inne zdanie i zastąpienia przemocy dyskusją. Howgh!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>