Kardynał molestujący ucznia. Wielkie mi odkrycie

Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie kard. Henryka Gulbinowicza, którego oskarżono o molestowanie seksualne. Decyzję podjęła prokurator Dorota Białkowska z powodu przedawnienia się czynu.

Hierarchę oskarżył były uczeń Niższego Seminarium Duchownego w Legnicy. O sprawie w artykule „Karol Chum oskarża kardynała Gulbinowicza o molestowanie”.

– „Spodziewałem się tego. Znaczy, że prawnie nic im zrobić nie mogę. Kościół może natomiast nadal w tym temacie prowadzić swoje postępowanie, gdyż w przypadku dostojnika tej rangi nie stosuje się przedawnień i pozostaje to w gestii papieża. Oczywiście, zakładam, że Kościół zbagatelizuje sprawę i sprawcy pozwoli spokojnie umrzeć. Jednocześnie, nie ma żadnych narzędzi by zamknąć mi usta, a to oznacza, że będę kardynała Gulbinowicza bezkarnie nadal nazywał przestępcą seksualnym” – napisał w oświadczeniu Karol Chum. Rozważa skierowanie sprawy do sądu.

Głos w sprawie zabrał rzecznik prasowy wrocławskiej kurii ksiądz Rafał Kowalski. – „W postępowaniu świeckim krajowym, w przypadku przedawnienia czynu, trzeba sprawę umorzyć. W Kościele to Stolica Apostolska będzie decydowała, co dalej. Watykan może postanowić o cofnięciu umorzenia i o przeprowadzeniu dochodzenia kanonicznego. O podjęcie takiej decyzji poprosimy na pewno Watykan” – powiedział w rozmowie z onet.pl.

Nazwisko kard. Gulbinowicza pojawiło się także w raporcie o pedofilii w polskim Kościele. Został tam wymieniony jako jeden z hierarchów, którzy tuszowali przypadki molestowania seksualnego nieletnich przez księży.

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

– „Panie premierze, w sposób stanowczy, zdecydowany, zwracam się do pana o możliwie niezwłoczne odwołanie Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości. Jeżeli tak się nie stanie, panie premierze, przecież jest pan historykiem, historia tego panu nie zapomni” – apeluje do Mateusza Morawieckiego prof. Adam Strzembosz. Przesłanie byłego Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego i przewodniczącego Trybunału Stanu opublikowała na Facebooku i YouTubie inicjatywa Wolne Sądy.

Niekwestionowany autorytet prawniczy przypomniał premierowi, że działał w dawnej „Solidarności”. Powiedział, że został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz najwyższym odznaczeniem państwowym Orderem Orła Białego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

– „Panie premierze, w sposób stanowczy, zdecydowany, zwracam się do pana o odwołanie pana Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości i to nie tylko dlatego, że pod jego bokiem działała grupa, właściwie przestępcza, bo ujawniająca niedostępne materiały personalne i dokonująca hejtu o znamionach zniesławienia, na której czele stał wiceminister sprawiedliwości, którego pan powołał. Równocześnie w grupie tej znaleźli się nominaci pana Zbigniewa Ziobry na stanowiska prezesów sądów, zastępcy rzecznika dyscyplinarnego czy członków KRS. Również znalazła się tam osoba z Sądu Najwyższego wybrana z udziałem przynajmniej ministra sprawiedliwości” – podkreślił prof. Strzembosz.

To oczywiste nawiązanie do ujawnionej przez Onet i „Gazetę Wyborczą” afery hejterskiej z udziałem m.in. byłego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebaka. Akcja miała na celu zdyskredytowanie sędziów, krytykujących pisowskie zmiany w sądownictwie. – „Pomawiano o haniebne czyny członków stowarzyszenia Iustitia i tych adwokatów, którzy w ramach Wolnych Sądów zorganizowali obronę nas przed łamaniem Konstytucji i innymi nadużyciami władzy” – stwierdził były Pierwszy Prezes SN.

Według prof. Strzembosza, to „Ziobro odpowiada za nominacje na wysokie stanowiska sędziowskie często ludzi sfrustrowanych, gotowych na wszelkie kompromisy moralne dla uzyskania wysokich stanowisk”. Zdaniem wybitnego prawnika, Ziobro „musi ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje”.

W nowym programie PiS znalazł się zaskakujący zapis dot. zawodu artysty. Partia rządząca planuje bowiem odgórnie regulować ten fragment rynku i ustalać, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Czy to początek wpływania ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego na wolność wypowiedzi w sztuce?

Kto jest artystą?

Dziś polityka państwa względem działalności artystycznej jest dość liberalna. Np. na przesłuchania do opery może przyjść teoretycznie każdy. Jeśli tylko będzie cechował się dobrym warsztatem, ma szansę na angaż.

To zdroworozsądkowe podejście. Prawdziwym artystą trudno stać się bowiem w wyniku zdawania egzaminów w szkole. Historia kina czy muzyki zna wiele przykładów genialnych samouków. Topowy dziś aktor Sebastian Fabijański miał problemy z dostaniem się do szkoły aktorskiej, a gdy to w końcu mu się udało, nie ukończył jej. Adam ‘Nergal Darski, którego zespół metalowy Behemoth dziś święci tryumfy na całym globie i jest jedną z niewielu polskich grup, która sprzedaje płyty zarówno w Europie, Azji czy USA, nie potrafi nawet czytać nut.

Pomysł PiS-u nie dotknie jednak artystów niezależnych, ale w dużej mierze tych, którzy swoją karierę opierają na publicznych dotacjach czy pracy w operach, teatrach lub domach kultury. To o ich przyszłości chce decydować partia. Z dokumentu wynika bowiem, że każdy, kto zawodowo zajmuje się rozrywką, musiałby wystąpić o potwierdzenie statusu “artysty zawodowego” oraz dostać specjalną kartę:

Status artysty zawodowego przysługuje absolwentom studiów II stopnia uczelni artystycznych lub ogólnokształcących szkół baletowym oraz osobom fizycznym, które mają udokumentowany dorobek artystyczny, potwierdzony przez stowarzyszenie reprezentatywne” – czytamy w programie PiS, którego fragment na Twitterze opublikował Tomasz Skory z RMF.

Status potwierdza Rada Funduszu na wniosek samego zainteresowanego. By przejść weryfikację, wnioskodawca musi dostarczyć Radzie dyplom ukończenia studiów albo potwierdzenie dorobku artystycznego wystawione przez “stowarzyszenie reprezentatywne”.

Cenzura w wersji light?

Jakie mogą być efekty nowych pomysłów PiS-u?

-To niejako powrót do PRL-u – ostrzega Bogdan Desoń, kandydat na posła Koalicji Obywatelskiej z Bielska-Białej i zarazem zawodowy śpiewak operowy –  Choć pozornie pomysł może wydać się komuś całkiem rozsądny, przy dalszych regulacjach zaistnieje problem. Status artysty mogą otrzymywać tylko faworyci władzy.

W konsekwencji pomysł partii Kaczyńskiego wprowadzi w środowisko muzyków czy aktorów cenzurę. Ci pierwsi będą obawiać się nagrać piosenki z tekstem, który uderzałby w rząd. Z kolei reżyserzy pokroju Wojciecha Smarzowskiego czy Patryka Vegi mogą zacząć mieć problemy z obsadzaniem ról we własnych filmach.

PRL-bis

Trudno ocenić, jakie podejście do sztuki ma Jarosław Kaczyński, zapisy z programu jego partii sugerują jednak na próbę stworzenia nowej kasty artystów. Czy czeka nas socrealizm-bis? Ktoś tu usilnie stara się zafundować nam karykaturalną podróż w przeszłość…

Część 1 dostępna tutaj >>>

Na kontrakcie Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską firmą PR-ową White House Writers Group najbardziej skorzystała rodzina związanego z PiS-em polonijnego historyka Marka Chodakiewicza, który w Polsce zasłynął atakiem na homoseksualistów. W rozliczeniach WHWG znaleźliśmy olbrzymie przelewy dla jego siostry, żony, współpracownika i dla niego samego.

  • W ciągu dwóch lat Chodakiewiczowie dostali z kieszeni polskiego podatnika w sumie ponad ćwierć miliona dolarów, czyli ponad milion złotych
  • Najlepiej zarabia siostra Chodakiewicza — za pracę przy projekcie PFN inkasuje 120 tys. dol. rocznie i zwrot kosztów
  • W dokumentach są także przelewy dla żony i współpracowników Chodakiewicza oraz dla niego samego
  • Chodakiewicz to dobry znajomy Macieja Świrskiego, byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej, który podpisywał kontrakt w USA

Wczoraj ujawniliśmy, że Polska Fundacja Narodowa zapłaciła w ciągu kilkunastu miesięcy ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — amerykańskiej firmie PR-owskiej White House Writers Group za promowanie naszego kraju w USA. Amerykanie wzięli pieniądze m.in. za stworzenie w mediach społecznościowych profili o Polsce, które na całym świecie obserwuje po kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. Dla porównania — ambasada RP w Waszyngtonie dostaje rocznie na swoje wydatki i utrzymanie podobną kwotę.

Czemu PFN podpisała taki lukratywny kontrakt właśnie z White House Writers Group? Według ustaleń Onetu, kluczową postacią w tej historii jest prof. Marek Jan Chodakiewicz, kontrowersyjny polonijny historyk. Chodakiewicz ostatnio stał się głośny, gdy podczas wykładu organizowanego przez Instytut Pamięci Narodowej wulgarnie wypowiadał się o homoseksualistach, przypisując im skłonności do zoofilii.

Chodakiewicz jest związany z PiS — z nadania Ministerstwa Kultury jest m.in. członkiem rady programowej Muzeum II Wojny Światowej. Jego bliskim znajomym jest Maciej Świrski, który w momencie tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej w 2016 r. został wiceprezesem fundacji ds. współpracy międzynarodowej. To właśnie Świrski zdecydował, by lukratywny kontrakt na promowanie Polski w USA trafił do firmy WHWG.

Marek Jan Chodakiewicz Foto: Stefan Maszewski / East News

Marek Jan Chodakiewicz

Siostra

W White House Writers Group zatrudniona jest osoba, której jedynym zadaniem jest współpraca w imieniu firmy z Polską Fundacją Narodową. Wynika to jasno z dokumentacji, którą WHWG przesłało do Departamentu Sprawiedliwości USA, gdzie firma musi składać informacje dotyczące pieniędzy otrzymywanych od instytucji podległych obcym rządom. Osoba ta została zgłoszona jako pracownik WHWG zajmujący się współpracą z Fundacją w pełnym wymiarze godzin, inni pracownicy firmy zostali zgłoszeni jako zajmujący się kontraktem z PFN w niepełnym wymiarze czasu.

Ową osobą jest Polka Anna Wellisz, która od ćwierć wieku ma amerykański paszport. Na kontrakcie WHWG z Polską Fundacją Narodową zarabia bardzo dobrze: rocznie 120 tys. dolarów, czyli nieco ponad 39 tys. zł miesięcznie. Z dokumentacji wynika, że jest jedyną pracownicą WHWG, której płaca wprost zależy od kontraktu z Polską Fundacją Narodową. Pracuje więc w WHWG dlatego, że płaci za to fundacja z Warszawy.

Pełne nazwisko tej pracownicy to Anna Chodakiewicz-Wellisz. Pani Wellisz jest siostrą prof. Chodakiewicza.

Poza sowitym — nawet jak na waszyngtońskie warunki — wynagrodzeniem Wellisz korzysta z kontraktu z PFN także na inne sposoby. W umowie jest zapis, zgodnie z którym PFN zwraca pracownikom WHWG „uzasadnione” wydatki, które powinny być związane z wykonywaniem obowiązków dla fundacji. W praktyce owe wydatki to studnia bez dna, sięgają milionów dolarów, a ich weryfikacja przez PFN jest iluzoryczna. W wykazie owych dodatkowych kosztów, zwracanych firmie przez PFN, wielokrotnie znaleźliśmy nazwisko Wellisz.

Wedle pierwszego rozliczenia — obejmującego półrocze między listopadem 2017 r. a kwietniem 2018 r. — Wellisz dostała zwrot za bilet lotniczy do Polski (1660 dol.), hotele (1168 dol.) i przejazd koleją między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem (198 dol.). Jednak już w drugim rozliczeniu, za okres maj — październik 2018 r., koszty zwrócone pani Wellisz wzrosły drastycznie i przekroczyły w sumie 23 tys. dol. (90 tys. zł). Poza przelotami, przejazdami i hotelami, pojawiły się m.in. wydatki na jedzenie. Trudno je przypisać do spotkań w polskich sprawach — bo takie zadeklarowała tylko jedno.

W ostatnim sprawozdaniu — kończącym się w kwietniu br. — WHWG przestała w ogóle podawać, którzy pracownicy odpowiadają za konkretne wydatki. Ale rachunków na posiłki jest sporo, zwłaszcza w restauracjach położonych blisko waszyngtońskiej siedziby WHWG, choćby Ristorante Piccolo czy Bangkok Joe’s.

Co konkretnie robi Wellisz? Najzupełniej poważnie WHWG napisała w sprawozdaniu dla rządu USA, że w ramach kontaktów z amerykańskimi oficjelami w sprawach dotyczących Polski, Wellisz pisała e-maile do Georgette Mosbacher, ambasador USA w Warszawie.W sprawozdaniach znajduje się jeszcze informacja, że udzieliła wywiadu na temat Polski katolickiemu radiu Ave Maria — to lokalna stacja radiowa ze stanu Michigan. To wywiad telefoniczny, w większości poświęcony polskiej historii, choć słychać, że Wellisz sprzyja obecnej władzy w Polsce.

Żona

W sprawozdaniach WHWG znaleźliśmy też informacje o przelewach dla p. Moniki Jabłońskiej. To także Polka, która od 2001 r. ma obywatelstwo USA. Jej pełne nazwisko to Monika Jabłońska-Chodakiewicz. Pani Jabłońska jest żoną prof. Chodakiewicza. Jabłońska jest badaczką spuścizny Jana Pawła II i została przez WHWG zatrudniona, gdy firma organizowała konferencję „Ronald Reagan i papież Jan Paweł II: partnerstwo, które zmieniło świat”. Odbyła się ona we wrześniu 2018 r.

Jednym z zadań Jabłońskiej było zaproszenie na konferencję ambasador USA w Watykanie Callisty Gingrich, żony byłego republikańskiego polityka. W tym celu Jabłońska wraz z małżonkiem poleciała do Watykanu. Chodakiewicz zresztą też znajduje się na liście kosztów WHWG — dostał 1000 dol. Pieniędzmi PFN-u Amerykanie zapłacili mu za udział w konferencji organizowanej przez jego siostrę i żonę. W tej konferencji udział wziął także znajomy prof. Chodakiewicza, ówczesny wiceprezes PFN Maciej Świrski.

Do kosztów rozliczeń z polską fundacją, WHWG wpisała nawet maile, które żona Chodakiewicza wysyłała potem za Spiżową Bramę w sprawie planów podobnej konferencji w Rzymie. Jabłońska zainkasowała w sumie 24 tys. dol. (prawie 100 tys. zł).

Ludzie Chodakiewicza

To wciąż nie wszystkie osoby związane z Chodakiewiczem, których zarobiły na kontrakcie z Polską Fundacją Narodową. Jesienią ub.r. Amerykanie z WHWG zatrudnili 36-letniego Pawła Styrnę. To kolejny Polak z paszportem USA. W rozliczeniach znaleźliśmy informację, że przysługuje mu 1600 dol. za każde zlecenie wykonywane dla WHWG. Są też konkretne przelewy na niemal 40 tys. dol. (ponad 150 tys zł) do końca kwietnia br.

Styrna jest pracownikiem naukowym w waszyngtońskim think-tanku The Institute of World Politics, tak jak Chodakiewicz. Pracują w tej samej katedrze studiów polskich.

Założyciel Institute of World Politics John Lenczowski był wraz z Chodakiewiczem uczestnikiem konferencji o Reaganie i papieżu — za udział także otrzymał z pieniędzy PFN 1 tys. dol. Za inną konferencję — kolejny tysiąc dolarów.

Chodakiewicz nie odpowiedział na nasze pytania dotyczące pieniędzy, które jego rodzina i współpracownicy zarabiają na kontrakcie z Polską Fundacją Narodową. Za to PFN po otrzymaniu naszych pytań wydała oświadczenie. Napisała w nim, że Anna Wellisz jest stypendystką Fulbrighta i absolwentką UC Berkeley, gdzie skończyła komparatystyczne studia doktoranckie. „Prowadzi ten projekt na co dzień, włącznie z organizowaniem wizyt studyjnych z USA w Polsce” — napisała fundacja.

PFN chwali także Chodkiewiczów za konferencję o papieżu i Reaganie: „Wykorzystanie dwóch waszyngtońskich ekspertów z polskim doświadczeniem było kluczowe dla przekazu: prof. Marek Jan Chodakiewicz, autor kilkuset publikacji i ekspert najnowszej historii Polski i Europy, który doktoryzował się na Columbia University, wystąpił w panelu historycznym; Monika Jabłońska, autorka jedynej w języku angielskim monografii o Janie Pawle II jako autorze poezji, prozy i dramatów uczestniczyła w panelu o polskim Papieżu. Monika Jabłońska ma magisterium z literatury i prawa w Polsce i USA. Studiowała w Rzymie i znała osobiście polskiego Papieża, który zachęcił ją do napisania tej książki.”

Reklamy

Cofka Kaczyńskiego

PiS po raz kolejny podbija medialnie stawkę tych wyborów. Tym razem Jarosław Kaczyński mając na celu mobilizację wolontariuszy stwierdził, że mają one wręcz historyczną wagę. Jednak ton wypowiedzi prezesa powoli przekracza granicę powagi i zmierza w kierunku śmieszności. – “Stawką wyborów parlamentarnych jest to, czy Polska pójdzie w kierunku państwa dobrobytu, sprawiedliwości i solidarności, czy też zacznie wracać w stronę postkomunizmu” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Walka do ostatniego dnia?

W miniony piątek w Warszawie odbyło się spotkanie Kaczyńskiego oraz Morawieckiego z wolontariuszami, sympatykami oraz członkami sztabów regionalnych Prawa i Sprawiedliwości. To spotkanie ma być sygnałem do walczenia o wygraną, a motywować zgromadzonych zaczął Joachim Brudziński: – “To, czym możemy się pochwalić, to fakt, że wszyscy młodzi ludzie, którzy tutaj przyjechali nie wstydzą się PiS, swoich przekonań, swojej pracy na rzecz naszych kandydatów. Ponieście dalej tę energię, radość i przekonanie, że warto stać u boku (prezesa PiS) Jarosława Kaczyńskiego, bo (on) jest gwarantem tego, że ta Polska, którą konsekwentnie budujemy od 2015 r., będzie Polską wszystkich Polaków” – podkreślił Brudziński.

Pojawiające się wątpliwości o uzyskanie większości w Sejmie, zachęciły Kaczyńskiego do retoryki postkomunistycznej, co już na wstępie nie budzi powagi. Mówił o Polsce, “czy pójdzie do przodu, ku rozwojowi, ku państwu dobrobytu, polskiej wersji państwa dobrobytu, ku sprawiedliwości, solidarności, czy też pójdzie w tył, zacznie wracać na tej historycznej drodze, zacznie się odwrót, odmarsz w stronę postkomunizmu, w stronę tego wszystkiego, co ograniczało nasze możliwości, co krzywdziło tak wielu ludzi, co doprowadziło do tego, że szanse tych 30 lat, które już za nami, zostały wykorzystane tylko po części” – mówił lider PiS.

W wypowiedzi Kaczyńskiego widać oderwanie w rzeczywistości. Jakby nie zauważył zmian w ostatnich latach, także w odbiorze naszego kraju przez obcokrajowców: -“Podkreślam to, bo to jest naprawdę niesłychanie ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, bo przecież czasu nie cofniemy, że można bardzo dużo, także w przyszłości. Można zbudować ten kraj, o którym będzie można mówić, że to szczęśliwy kraj. Kraj bez żadnych kompleksów, którego obywatele, kiedy będą jeździć na Zachód, ten mityczny kiedyś Zachód, będą się czuli jak u siebie w domu, w tym sensie, że nie będzie tam lepiej niż tu – dodał Kaczyński.

Historyczna waga wyborów.

Kaczyński porównuje tegoroczne wybory do tych sprzed 30 lat: –To jest dzisiaj kwestia dla naszej przyszłości – naprawdę nie przesadzam – równie ważna, jak to zaangażowanie sprzed 30 lat, przeszło 30 lat, to z końca kwietnia, maja i początku czerwca 1989 r.” – stwierdził. Jak dodał, wtedy decyzja dotyczyła spraw, wydawałoby się jeszcze ważniejszych. “Oczywiście one były superważne i tamte wybory przyniosły Polsce sukces. Ja tego nigdy nie kwestionowałem, sam w tym uczestniczyłem” – zaznaczył lider PiS.

Powracała też kwestia tego, by zwolennicy PiS walczyli do ostatnich godzin. “Chciałbym wam z jednej strony serdecznie podziękować, a z drugiej prosić o to, by to wasze zaangażowanie trwało (…) ale także chciałbym, byście byli żołnierzami Prawa i Sprawiedliwości i później, bo przed nami – jeśli zwyciężymy – wielkie zadania, wielkie zadania zmiany naszego kraju, zmiany naszego kraju pod wieloma względami” – dopingował Kaczyński.

Morawiecki: III RP obrzydziła politykę Polakom

Gdy do głosu doszedł Morawiecki, postanowił wyjaśnić młodym zwolennikom PiS arkana polityki. -“Otóż polityka to jest jeszcze prostsza gra. Możemy tylko albo wygrać albo przegrać. I nic nie jest przesądzone, bo to, żeby zmienić dalej Polskę na lepsze jest w waszych rękach” – mówił Morawiecki.

Jego zdaniem III Rzeczpospolita “starała się do szpiku kości być antypolityczna, apolityczna. Po to, żeby Polakom obrzydzić (politykę), zniechęcić ich do polityki, a młodych ludzi w szczególności” – mówił. “Wasze przekonanie o tym, że poprzez politykę można zmienić rzeczywistość jest piękne i bardzo wam za to dziękuję”.

Decydujące starcie

PiS gra o wszystko – podkreślają to jego liderzy. Partia ma małe zdolności koalicyjne. Jedynie Konfederacja – jeśli w ogóle wejdzie do Sejmu – może stać się naturalnym aliantem PiS. Pozostałe partie i koalicje wyborcze – raczej nie. Stąd zapewne apele Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Małgorzata Kidawa-Błońska podczas konwencji KO w Poznaniu podziękowała małym i mikroprzedsiębiorstwom za to, że tworzą w całym kraju ponad 4 miliony miejsc pracy. – „To jest naprawdę potęga, a ludzie pracy muszą być szanowani i doceniani – ci, którzy ją wykonują, ale także ci, którzy ją dają, bo jedni i drudzy są od siebie zależni i muszą współdziałać” – mówiła Kidawa-Błońska.

– „To wy jesteście także sercem gospodarki i siłą polskiej gospodarki – małe przedsiębiorstwa i ludzie, którzy z odwagą i optymizmem podejmują ryzyko, by te firmy założyć i prowadzić. I nie można im mówić, że się do tego nie nadają” – powiedziała Kidawa-Błońska.To oczywiście nawiązanie do słów Jarosława Kaczyńskiego, o tym w artykule „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach to znaczy, że się do niej nie nadaje”.

A przewodniczący PO Grzegorz Schetyna dodał: – „Ludzie pracy, Polki, Polacy chcę was ostrzec: pan Kaczyński idzie po wasze pieniądze. Dla was propozycje PiS mogą oznaczać dwie rzeczy. Albo zamrożenie pensji na obecnym poziomie, bo pracodawca będzie rozpaczliwie szukał środków na ustawowe podniesienie najniższych wynagrodzeń albo po prostu utratę pracy, jeśli firma splajtuje. To plan wykończenia niezależnej przedsiębiorczości”.

Kidawa-Błońska przedstawiła propozycje KO dla przedsiębiorców. – „Obniżymy składki na ZUS małym firmom, będą liczone od pensji minimalnej. Jeżeli płacicie CIT, a wasze firmy rosną szybciej niż gospodarka, będziecie płacić niższy podatek, będzie mieli pieniądze na inwestycje. Koniec z blokowaniem zwrotu VAT i uciążliwymi kontrolami, tam gdzie to możliwe będą odbywały się elektronicznie i nikt już więcej was nie będzie nękał” – zapowiedziała kandydatka KO na premiera.

– „Dla obecnej władzy szczególnie pracodawcy to najwięksi wrogowie. Czemu akurat na pracujących tak się uwzięli? Bo człowiek, który sam się utrzymuje, czuje się po prostu niezależny. Człowiek, który dobrze pracuje, wymaga też dobrej pracy od rządu. Człowiek, który wie, że sam ciężko zapracował na swój chleb, nie da sobie sobą pomiatać. Bo człowiek ma swoją dumę, swoje prawa, wie co mu się należy. Pielęgniarka, która wiedzę i bezcenne doświadczenie, zna swoją wartość, swojej pracy i po 12 godzinach bez przerwy na nogach nie da się jej wmówić, że jej wyplata to jakaś łaska. Handlowiec, który ma dar przekonywania, nauczyciel który oddaje dzieciom połowę swojego życia, właściciel warsztatu czy sklepu, firmy albo robotnik budowlany, który zna się na swojej robocie. To prawdziwa lista wrogów dzisiejszej władzy. I moglibyśmy wymieniać dużo dłużej. Pracownicy sklepów, magazynów, informatycy, kierowcy. Wszyscy ci, którzy dobrze znają dźwięk budzika o 6 rano, oni są dla tej władzy wrogiem. Bo każdy zna swoją wartość i każdy kto wie, że za jego pracę coś mu się należy, każdy kto wie, że bez codziennego trudu wszystko by się zawaliło, każdy wolny człowiek dla tej władzy jest wrogiem” – powiedział Schetyna.

Za populizm i demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie zapłacić nam wszystkim.

PiS w tej kampanii wyborczej idzie szlakiem utartym już 4 lata temu. Wówczas, po dogłębnych badaniach nastrojów Polaków, znalezieniu grup docelowych, do których mógł śmiało uderzyć ze swoim populizmem i obietnicami, wygrał i zafundował nam niezłą karuzelę w postaci „dobrej zmiany”, której celem demolka wszystkiego, co się dało. Dzisiaj robi to samo. Znowu szczegółowe badania i pod lupą znaleźli się pracownicy kiepsko zarabiający, emeryci oraz rolnicy. Ogarnijmy więc to jakoś i zobaczmy, kto i dlaczego również w tym roku postawi na prezesa.

Część rodzin z dziećmi udało mu się kupić za 500 Plus. Zwłaszcza te, które poprzednio borykały się z dużymi problemami finansowymi i korzystały z pomocy społecznej oraz te, dla których pieniądze na dzieci stały się podstawowym źródłem utrzymania. Do tego PiS dorzucił wyprawkę szkolną w wysokości 300 zł. Pytanie tylko, jeśli jest tak dobrze, to dlaczego wzrosła liczba rodzin z dziećmi, żyjących w ubóstwie? Jak podaje GUS, w 2018 roku wśród gospodarstw domowych z jednym dzieckiem wzrost ten sięgnął ponad 6 %, a gospodarstwach domowych z co najmniej trójką dzieci ok. 10%. Mało tego, efektem tego programu jest spadek aktywności zawodowej kobiet, co odbije się na nich ostro, gdy dojdą do wieku emerytalnego i znajdą się w finansowej dziurze. No, ale to jakaś tam przyszłość, a przecież żyje się dzisiaj i to dzisiaj właśnie jest ważne.

Prezes nieustannie przypomina, czym dla niego jest Rodzina, jak będzie o nią walczył i dbał. Wytyka poprzedniej władzy, że nie dbała o rodziny, że odbierano kochającym rodzicom dzieci tylko z powodu biedy w domu, a teraz, gdy rządzi jego partia, jest zupełnie inaczej. Fakt, jest, bo nigdy wcześniej nie czytałam tylu newsów o maltretowaniu dzieci, zaniedbaniach prowadzących do kalectwa, a nawet śmierci. Mało tego, jak podaje wp.pl jego partia może chcieć zaostrzyć przepisy aborcji eugenicznej, bo przecież trzeba chronić Rodzinę i związane z nią życie poczęte. Kobieta, w imię tej partyjnej „miłości”, będzie więc rodziła ciężko okaleczone dzieci, skazane z góry na bolesne umieranie, bo jak mówił poseł Żalek „Każda matka wie, że jej dziecko umrze. Tak jest każdy z nas umiera”, więc w czym problem?

To wszystko nieważne. Ważny jest przekaz, który łapią rodziny z wdzięcznością. Prezes im daje, prezes ich kocha, prezes o nich zadba. Nie ma co się nadmiernie aktywizować, nie ma co się przejmować, bo prezes dobry na każdą bolączkę i pomoże…

Kolejna grupa, która zapewne chętnie poleci do urn i odda swój głos Zjednoczonej Prawicy to Młodzi, przed 26 rokiem życia. Dzięki prezesowi mają zerowy podatek, więc chyba wypada mu jakoś za to podziękować. A czy to ważne, że teraz samorządy będą miały mniej kasy na inwestycje? Może dzięki temu posunięciu padną jakieś szpitale, drogi lokalne staną się bardziej wyboiste, nie będzie pieniędzy na rozwój lokalny? Spoko, ich to przecież nie dotyczy. Ważne, że dostali swój kąsek, a reszta niech się wali.

Dalej mamy rolników. Prezes obiecuje im zwiększone dotacje do hektara, dopłatę do każdej krowy i świnki, więc czy to nie powód do euforii? Zapomniał dodać, że te pieniądze nie pójdą z kieszeni partii rządzącej, ale z UE, bo to nieistotny drobiażdżek. Nieważne, kto daje, ważne, że daje. Tak więc rolnicy zapomną o tym bałaganie, jaki opóźniał im kasę, gdy PiS przejęło władzę, bo liczy się to, co teraz. Zapomną o skali pomocy, uzyskanej z powodu suszy. Teraz PiS da coś, to i oni dadzą PiS-owi swoje poparcie.

Górnicy, których prezes tak szanuje, również zagłosują na PiS. W końcu, jak obiecał Morawiecki, mamy węgla na 200 lat i nie zrezygnujemy z jego wydobycia i z jego wykorzystania. A co nas tam obchodzi klimat… Będziemy się truć CO2, będziemy chodzić w maskach, będziemy umierać przez to rosnące zanieczyszczenie środowiska. To wszystko jednak nieistotne. Ważne, by górnik był zadowolony, pewny pracy i postawił w odpowiednim miejscu krzyżyk na karcie do głosowania.

O odwdzięczeniu się prezesowi już myślą pracownicy, zarabiający minimalną pensję. Prezes podniesie im pensje do 3 tys. zł, a później nawet do 4 tys. zł. Ależ im się życiowo polepszy, ale czy rzeczywiście? Wyższe pensje to większe wydatki przedsiębiorców. Trzeba się liczyć z tym, że małe, a nawet i średnie firmy tego nie udźwigną. Jedne padną, inne będą się ratować, zatrudniając na np. pół etatu, a resztę wypłacając pod stolikiem. Tak więc trzeba się liczyć z bankructwem, a co za tym idzie, wzrostem bezrobocia oraz umocnieniem tzw. umów śmieciowych. Ta radość pracowników szybko zamieni się w smutek i rozżalenie, ale co tam. Po co się martwić na zapas. Po co słuchać ekspertów, którzy zapewne tylko tak głupio gadają, bo prezesa nie lubią.

Dla emerytów prezes też przygotował małą niespodziankę. Podwyższenie emerytury, wprowadzenie na stałe trzynastki, a z czasem nawet i czternastki. No po prostu żyć, nie umierać. Radość wielka i warto zapomnieć o nietrafionych listach darmowych leków dla seniora, o coraz większych trudnościach z leczeniem się u specjalistów, o umieraniu na SOR-ach, drożyźnie w sklepach i czekającego wzrostu opłat za prąd.

Za PiS-em twardo będą stali ci sędziowie, prokuratorzy, naukowcy, intelektualiści, aktorzy, dziennikarze, którzy za poprzedniej władzy nie mogli się wybić, bo kompetencje niewielkie i dość słabe umiejętności. Teraz mają to swoje 5 minut i gdyby mogli, to głosowaliby za partią prezesa nawet na dziesięć rąk. Teraz to ich czas na wykarmienie niespełnionych dotąd aspiracji zawodowych, teraz to oni są „pany nad panami” i nie pozwolą sobie tego odebrać.

Tam, gdzie prezes sobie nie poradzi, tam wspomoże go Polska Instytucja Kościelna, która w państwie PiS-u ma się jak pączek w maśle. PIK, urastający do rangi „pierwszej władzy w Polsce”, odwdzięczy się swej partii za płynącą wartkim strumieniem kasę, budowanie społeczeństwa chrześcijańskiego, uznanie prawa kościelnego za ważniejsze od tego stanowionego. Tak więc księdza będą prowadzić agitację na rzecz prezesa z ambony, udostępniać swoje kościoły na spotkania z politykami PiS, mieszać wiernym w głowach, byle tylko nie odważyli się samodzielnie myśleć i zagłosowali tak, jak ksiądz im każe.

Wszystkie te grupy, które prezes uważa za już kupione, łączy jedno. Mają one w nosie przyszłość i nie chcą lub nie potrafią myśleć perspektywicznie. Dzisiaj czują się docenione, hołubione. Dzisiaj jest im bardzo dobrze i co ich obchodzi to, co będzie kiedyś tam. Nie zastanawiają się nad tym, że gospodarka kieruje się pewnymi stałymi zasadami i złamanie choćby jednej z nich, zapowiada niezłą katastrofę. Katastrofę, którą i oni, dzisiejsi wielbiciele PiS, odczują bardzo boleśnie. Nie zastanawiają się, że budżet państwa to nie worek bez dna, że dając jednym, odbiera się innym, że sami zapłacą wysoką cenę za wszystko, za co w październiku podziękują prezesowi swoim wsparciem. Nie wiedzą tego, czy nie chcą wiedzieć? Nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć?

Nic nie trwa wiecznie. Za populizm, demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie nam wszystkim zapłacić, a wtedy płacz i zgrzytanie zębów nie pomoże. Sprzedanie się za lepsze dzisiaj, zbierze swoje gorzkie owoce jutro i tylko pytanie… do kogo wielbiciele PiS będą mieli wówczas pretensje?

Schizofrenia PiS, na pewno na nią choruje Jarosław Kaczyński, a Pawłowicz ma do tego paranoję

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake newsów”, które wymierzone są w reformę i – rzekomo – napędzane przez osoby broniące swoich interesów. Reforma – zdaniem J. Kaczyńskiego – nie zaszkodzi małym i średnim przedsiębiorcom. „Małe firmy nie będą bankrutować, jeżeli nauczą się funkcjonować w tej nowej rzeczywistości. Będzie rósł popyt, więc będzie możliwość utrzymania się na rynku” – podsumował to prezes PiS.

Polityk w wywiadzie przyznał, że celem reformy, jest skłonienie Polaków do… powrotu z emigracji. Reforma – jego zdaniem – doprowadzi do powrotu do RP rzesz pracowników, którzy opuścili nasz kraj w poprzednich latach. „Robimy dużo, aby populacja Polski była liczniejsza” – nie zabrakło również starej śpiewki, która wiąże się z kwestiami demograficznymi. Wiele wskazuje na to, że doktor J. Kaczyński, żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

Lider populistów odniósł się również do jednej ze swoich wcześniejszych wypowiedzi, a mianowicie tej z konwencji PiS w Lublinie; szeregowy poseł mówił wtedy o tym, że „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci”. Wypowiedź spotkała się z krytyką ze strony tysięcy Polaków; wskazywali oni na to, że rodzinę stanowić może np. matka wychowująca samotnie swoje dzieci.

Kaczyński stwierdził, że jego wypowiedź nie miała na celu dyskryminacji kobiet. „My, oczywiście, jesteśmy w pełni za szacunkiem dla kobiet – bo to są zwykle kobiety, ale zdarzają się i mężczyźni – którzy dzieci wychowują samotnie (…). Natomiast uważamy, że to, co jest fundamentem naszej cywilizacji, czyli ten trwały związek między mężczyzną a kobietą i dziećmi, które przychodzą z tego związku na świat, jest czymś niezwykle cennym i to właśnie w tym wymiarze cywilizacyjnym” – stwierdził.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, człowiek, który od 1997 r. nieprzerwanie zasiada w Sejmie, a i wcześniej zajmował się głównie polityką, ponad dwa lata temu postanowił dać lekcję przedsiębiorcom, jak prowadzi się firmę. Dziś wypominają mu to internauci.

Niespodziewanie krótki film video, w którym Kaczyński mówi przedsiębiorcom, co to znaczy prowadzić biznes, zyskuje od wczoraj wielką popularność. Każdy chce chyba spić choć trochę mądrości z ust prezesa.

Kaczyński – dobra rada

Słynny już fragment przemówienia Kaczyńskiego pochodzi z 4 lutego 2017 r. i zawiera trochę ponad minutę zarejestrowanej wtedy wypowiedzi, którą wygłoszono w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej podczas konferencji gospodarczej zatytułowanej „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę”. Całość transmitowała Telewizja Trwam.

Jak więc powinno prowadzić się firmę? Należy spełniać pewne „wymogi”! Wiem, co teraz pomyśleliście: trzeba być osobą zaradną, przedsiębiorczą, pracowitą, kreatywną, wstawać rano przed innymi. „Bla, bla, bla” – odpowiada wam lider PiS. Najważniejszą cechą przedsiębiorcy jest pamiętanie o państwie i innych. Jeśli nie spełniasz tego wymogu… Cóż, po prostu nie nadajesz się na biznesmena i idź na etat.

Skąd jednak Kaczyński wie o powyższym? Otóż, spotykał się z „tymi środowiskami” i w czasie tych rozmów nasłuchał się – jego zdaniem – straszliwych bzdur. Przedsiębiorcy sugerowali prezesowi, że aby rozwinąć przedsiębiorczość Polaków, trzeba rozluźnić odpowiedzialność na linii pracodawca – pracownik. Możemy tylko domyślać się o co chodziło – możliwe, że o stale podnoszony ZUS i wysokie opodatkowanie pracy.

Prezes #Kaczyński z pogardą do polskich przedsiębiorców. „Jak nie potraficie działać i płacić #ZUS, na naszych warunkach, zajmijcie się czymś innym” Nie nadajecie się po prostu do biznesu”

Dojna zmiana

„Dobra zmiana” dziś pozytywnie kojarzy się zapewne beneficjentom programów z dopiskiem „plus”. Niekoniecznie przedsiębiorcom, którym nie tylko podnosi się składki ZUS, ale wkrótce – jeśli spełnią się zapowiedzi PiS – będą oni musieli wziąć na swoje barki wyższą płacę minimalną i wszystkie tego typu konsekwencje. Gdy dodamy do tego rosnącą inflację – którą napędzi z pewnością planowana obniżka stóp procentowych przez NBP – zapewne niejednemu rozumiejącemu, jak działa rynek, robi się gorąco.

Sam Kaczyński „cieszy się” zaś opinią człowieka, którego gospodarka wręcz nudzi i który jej nie rozumie. Obecnie popularny klip dobitnie to podkreśla…

Decyzja o przerwaniu trzydniowych obrad Sejmu i przesunięciu dwóch z nich   na „po wyborach” jest całkowicie zgodna z regulaminem – przekonywała podczas konferencji prasowej marszałkini Elżbieta Witek. „15-16 października to będzie ten sam parlament, który zgodnie z regulaminem może się zbierać do ostatniego dnia przed nowym posiedzeniem nowego parlamentu” – mówiła.

Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być pomiędzy swoimi wyborcami” – uzasadniła te słowa i podkreślała, że z taką prośbą wyszedł nie tylko klub PiS, ale nawet kilkunastu posłów opozycji.

Nie będę ujawniać [kto], bo nie jestem do tego upoważniona. Ten temat jest zakończony. Prezydium Sejmu zakończyło, przegłosowało i sprawa jest dla mnie zakończona” – oznajmiła.

Witek zarzekała się, że partia rządząca nie ma w tym żadnego interesu i wbrew zarzutowi – jak podkreślała – że nie łamie regulaminu, lecz uczciwie trzyma się harmonogramu.

Na „po wyborach” przesunięte zostało m.in. rozpatrzenie sprawozdania Prezesa Sądu Najwyższego którego termin mija 17 października.

W odpowiedzi na wczorajszy skandaliczny atak PiSowskiej funkcjonariuszki Pawłowicz na Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara – którego nazwała „wyjątkowym szkodnikiem” – opozycja zapowiedziała, iż składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znieważenia RPO.

„Ta sytuacja pokazuje główną zasadę PiS – walka z każdą niezależną osobą i instytucją w państwie. Najpierw RPO obcinano budżet na działalność, potem grożono bezprawnie odwołaniem, czy teraz hejt siany przez opłacanych trolli, a nawet polityków stał się jednym z narzędzi PiS?” – mówiła podczas briefingu Gasiuk-Pihowicz. „Krystyna Pawłowicz zmienia się w Małą Emi” – zauważył poseł Szczerba z KO.

Podczas obrad sejmowej komisja sprawiedliwości i praw człowieka, Adam Bodnar przedstawił informację o działalności RPO oraz o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2018 r. Przy okazji wymienił 15 najważniejszych problemów z zakresu wolności i praw obywatelskich, które jego zdaniem wymagają pilnego rozwiązania.

Ośmiesza się w tej swojej nienawiści. Wrzuca pan nieczystości w swoje gniazdo. W sposób skandaliczny obraża pan sędziów legalnie wybranych” – gestykulując wykrzykiwała Pawłowicz, przy całkowitym braku reakcji szefa komisji Stanisław Piotrowicza.

Lokaje Kaczyńskiego i Niderlandy

W zeszły wtorek Małgorzata Kidawa-Błońska została kandydatką na premiera Koalicji Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna podczas prezentacji podkreślał, że potrzebny jest ktoś, przed kim nawet najwięksi szczekacze muszą się zacząć miarkować. Stwierdził także, że ludzie chcą nowej jakości, kogoś kto nie będzie się zajmował polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą – “Trzeba słuchać ludzi, a Małgorzata, warszawianka, kobieta sukcesu, matka, ludzi potrafi słuchać. Z taką samą uwagą i szacunkiem rozmawia z ambasadorem w filharmonii, jak i ze sprzedawczynią na miejskim bazarku” – tłumaczył przewodniczący Platformy Obywatelskiej.

Pierwszą próbą ogniową była wczorajsza wizyta u Moniki Olejnik w “Kropce nad I”, którą Małgorzata Kidawa-Błońska zadała koncertowo. Miałem obawy przed programem, że coś pójdzie nie tak, że zostanie zaskoczona, że dojdzie do jakiejś pomyłki, ale po zakończeniu programu okazało się, że strach był na wyrost. Wczoraj zobaczyliśmy osobę kompetentną, spokojną , logicznie argumentującą oraz merytoryczną, a gdy zaszła taka potrzeba, stanowczą. I co chyba najważniejsze, nie było żadnej agresji, brudnych ataków czy pomówień. Na tle całej klasy politycznej objawiła się kobieta zdolna do zasypywania podziałów w społeczeństwie.

Potrzebę budowania zgody podkreśliła już na samym początku programu – “Podziały w Polsce są tak wielkie, że boję się, że już za parę lat w ogóle nikt ze sobą przy stole wigilijnym nie usiądzie: albo ludzie będą wygłaszali sobie jakieś prztyczki, albo będą się wzajemnie obrażali. Kiedy patrzę, jak wygląda polska polityka, to jest ostatni moment na to, żeby to zatrzymać” – zwróciła uwagę. Przyznała także, że były popełnione błędy, które polegały na zaniedbaniu kontaktów ze zwykłymi ludźmi, ale zostały z tego wyciągnięte daleko idące wnioski – “Przez całą kadencję, kiedy jesteśmy w opozycji, tych kontaktów było mnóstwo” – powiedziała.

Wicemarszałkini powiedziała również, że jest gotowa do debaty z Jarosławem Kaczyńskim – “On jest jedynką w Warszawie i to my powinniśmy tutaj w Warszawie ze sobą rozmawiać, nie szukać jakichś innych zastępczych rozwiązań. Jako jedynki z jednego miasta powinniśmy ze sobą rozmawiać. Zawsze w tradycji było, że jedynki z jednego miasta ze sobą debatują, żeby ludzie mogli poznać ich poglądy i zobaczyć, jak się zachowują” – wyjaśniła. Pół godziny wcześniej poseł Prawa i Sprawiedliwości, Łukasz Schreiber był pytany, czy premier Mateusz Morawiecki stanąłby do debaty z Kidawą-Błońską i wyraźnie było widać, że kluczy w tej sprawie. Nie padło stanowcze “tak, jest gotowy i będzie debatował”, tylko zaczął mydlić oczy sprawami związanymi z programem wyborczym.

Lawirowanie Schreibera potwierdza tylko doniesienia medialne o tym, że obóz rządzący został zaskoczony Małgorzatą Kidawą-Błońską, a chyba już w szczególności przekazem o zatrzymaniu postępujących podziałów. Wskazywanie, kto jest dobry, a kto zły, kto się nadaje na prawdziwego Polaka, a kto nie, jest zapisane w DNA Prawa i Sprawiedliwości. Było to widać nawet podczas sobotniej konwencji, gdy Kaczyński mówił, że poza Kościołem jest tylko nihilizm, a modelowa polska rodzina to jedna kobieta, jeden mężczyzna, stały związek i dzieci, odrzucając tym samym np. matki samotnie wychowujące dzieci.

Dodatkowym smaczkiem w budowie wizerunku Kidawy-Błońskiej jest przejęcie sztandarowego hasła Roberta Biedronia. To dzisiejszy eurodeputowany powtarzał cały czas w trakcie ostatniej kampanii wyborczej, że Polacy są bardzo podzieleni i należy to zacząć niwelować. Zresztą lewica ma podobny problem z wicemarszałkinią co Zjednoczona Prawica. Po lewej stronie sceny politycznej ton nadają trzej mężczyźni, którzy już się ochrzcili mianem trzech tenorów i na próżno można szukać tam kobiet, które powinny być znakiem rozpoznawczym ugrupowań sytuujących się na lewo od Koalicji Obywatelskiej. Z szumnych zapowiedzi o dominacji kobiet na pierwszym miejscu list wyborczych lewicy też niewiele zostało i nawet nikt do tego nie chce wracać. Na jedynkach Koalicji Obywatelskiej jest tyle samo kobiet, co na listach lewicy.

Należy przyznać rację komentatorom i publicystom, że jest za mało czasu na dogonienie Prawa i Sprawiedliwości. Ale już jak się spojrzy na to z perspektywy roku i wyborów prezydenckich, to ten wyścig jest wielką niewiadomą. Wczorajsze badanie zaufania do polityków w którym debiutowała Małgorzata Kidawa-Błońska uplasowało ją na bardzo dobrym piątym miejscu z trzydziestoprocentowym wynikiem. W tym sondażu na szczególną uwagę zasługuje fakt, że 24 proc. respondentów nie kojarzy kandydatki na premiera, a to oznacza, że badanym trzeba Kidawę-Błońską przedstawić i tu otwiera się szerokie pole do popisu, ponieważ różnica w zaufaniu do Andrzeja Dudy to tylko 14 proc., więc poduszka do budowania wizerunku jest bardzo duża i spokojnie można w ciągu roku dosięgnąć urzędującą głowę państwa. Uzyskanie przez Kidawę-Błońską bardzo dobrego wyniku w Warszawie sprawi, że będzie realna szansa na pokonanie Andrzeja Dudy, ale też na pierwszą panią prezydent w najnowszej historii Polski. I nie będzie to kobieta związana z lewicą.

Nasz program jest lepszy i Polacy zyskają na nim dużo więcej, niż na programie PiS-u, w dodatku zyskają wszyscy, nie tylko ci otrzymujący minimalne wynagrodzenie – mówi Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów w rządzie PO-PSL. – PiS jak Zagłoba w “Potopie” rozdaje Niderlandy. Uzależnienie ZUS od dochodów, ogłoszone przez PiS, idzie w parze ze zniesieniem limitu podstawy wymiaru składek emerytalno-rentowych (w wysokości 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia). To podwójny atak PiS-u na przedsiębiorczość Polaków. Średnio każdy przedsiębiorca zapłaci rocznie o około 18 tys. zł więcej, niż w obecnym systemie. W efekcie PiS wydrenuje z ich kieszeni dodatkowo ponad 40 mld zł – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konwencji partii w Lublinie zapowiedział podwyższenie płacy minimalnej z obecnych 2250 złotych do 3 tysięcy złotych pod koniec 2020 roku, później do 4 tysięcy na koniec 2023 roku. Jak to możliwe i czym to grozi?

IZABELA LESZCZYNA: Zacznijmy od tego, że Polacy są mądrzy i potrafią liczyć. Ponieważ nasz program jest dla nich lepszy i zyskają na nim dużo więcej, niż na programie PiS-u, w dodatku zyskają wszyscy, nie tylko ci otrzymujący minimalne wynagrodzenie, to jestem przekonana, że wybiorą Koalicję Obywatelską. Może więc szkoda czasu na mówienie o gorszym programie, gdy na stole leży lepszy: przemyślany, prorozwojowy i niedrenujący kieszeni pracodawców nasz program. Ale niech będzie, powiedzmy o zagrożeniach, jakie niesie program PiS. Otóż

KACZYŃSKI CHCE ZAFUNDOWAĆ PRACODAWCOM DRASTYCZNY WZROST KOSZTÓW.

To negatywnie wpłynie przede wszystkim na małe przedsiębiorstwa i te z mniejszych miejscowości, gdzie wynagrodzenia są niższe. Wydaje się też, że lepszy czas w gospodarce właśnie się kończy, a wzrost obciążeń pracodawców w przeddzień spowolnienia nie służy ani firmom, ani pracownikom. To jest zagrożenie dla gospodarki, tym bardziej, że PiS chce rzucić przedsiębiorcom jeszcze kilka kłód pod nogi.

PiS obiecał “drugą” trzynastą emeryturę w 2021 r. i pełne dopłaty do hektara dla rolników. Czy budżet to wytrzyma?
Kaczyński na konwencji w Lublinie przyznał, że w projekcie budżetu na 2020 rok nie przewidziano środków na 13. emeryturę. A przecież zarzekali się, że to nie jest jednorazowy deal przed wyborami do PE. Można by spytać: ile jeszcze kłamstw ukrywa PiS?

A wyższe dopłaty dla rolników to już prawdziwy samobój prezesa, bo póki co, po wielu miesiącach kuluarowych rozmów i nieformalnych dyskusji szefów rządów,

MAMY PROJEKT BUDŻETU, W KTÓRYM NA POLSKIE ROLNICTWO JEST O JEDNĄ CZWARTĄ ŚRODKÓW MNIEJ, NIŻ WYNEGOCJOWAŁA PLATFORMA OBYWATELSKA W OBECNEJ PERSPEKTYWIE!

To Koalicja Obywatelska jest gwarantem wysokich dopłat z Unii Europejskiej dla rolników. Natomiast rządy PiS to groźba zawieszenia funduszy unijnych dla Polski, bo z powodu PiS-owskiej szarży na demokrację zmieniono nawet nazwę polityki spójności. Dzisiaj nazywa się Spójność i Wartości.

Joachim Brudziński, szef sztabu wyborczego PiS, oświadczył, że będzie nowelizacja budżetu i trzynasta emerytura będzie zachowana. Wcześniej PiS zapomniał?
Jeśli PiS zapominał o 9 milionach emerytów, to nie zasługuje na to, żeby na niego głosować. A jeśli nie zapomniał, to znaczy, że kłamie. Obietnice PiS-u w ogóle są wyborczą ściemą, bo:

– albo nie ma na nie środków, jak na 13. emeryturę,

– albo obietnice finansują samorządy, bo za obniżenie PIT nie dostaną żadnej rekompensaty, a przecież ok. 50 proc. wpływów z PIT to dochody własne samorządu,

– albo obietnice są finansowane wprost z kieszeni przedsiębiorców, jak wyższa płaca minimalna.

PIS JAK ZAGŁOBA W “POTOPIE” ROZDAJE NIDERLANDY.

Po wprowadzeniu małej działalności gospodarczej, czyli od przychodu, idziemy w kierunku liczenia ZUS-u od dochodu i takiego zagwarantowania, żeby było łatwiej tym, którzy mają niższe dochody, którzy się rozkręcają, inwestują – zapowiedział premier podczas konwencji.

Plany PiS-u uderzą w przedsiębiorców?
Koalicja Obywatelska proponuje, żeby podstawą wymiaru ZUS dla przedsiębiorców była pensja minimalna. Dzięki temu ich obciążenie ZUS-em spadnie o ponad 200 zł miesięcznie, prawie 2,5 tys. zł w skali roku. Dlaczego pensja minimalna ma być podstawą wymiaru ZUS? Bo chcemy, żeby przedsiębiorcy mieli zagwarantowane zabezpieczenie społeczne na minimalnym poziomie.

Natomiast

PIS CHCE Z PRZEDSIĘBIORCÓW WYDUSIĆ DUŻO WIĘCEJ, NIŻ DOTYCHCZAS.

Uzależnienie ZUS od dochodów, ogłoszone przez PiS, idzie w parze ze zniesieniem limitu podstawy wymiaru składek emerytalno-rentowych (w wysokości 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia). To podwójny atak PiS-u na przedsiębiorczość Polaków. Co to znaczy w wymiarze finansowym? Średnio każdy przedsiębiorca zapłaci rocznie o około 18 tys. zł więcej, niż w obecnym systemie. W efekcie PiS wydrenuje z ich kieszeni dodatkowo ponad 40 mld zł.

PiS mówi, że zapłacą przede wszystkim ci z wyższymi dochodami, ale to nieprawda. Czy dochód wyższy niż 60 proc. średniego wynagrodzenia czyni z przedsiębiorcy krezusa? Chyba nie. Jedno jest pewne,

POLITYKA GOSPODARCZA PIS DOPROWADZI DO TEGO, ŻE GDY SKOŃCZY SIĘ KONIUNKTURA, BĘDZIEMY DZIELIĆ SIĘ NIE DOBROBYTEM, A BIEDĄ.

“Niższe podatki, wyższe płace. To fundament naszego programu” – mówiła pani na konwencji KO. Plan zakłada m.in. obniżenie dla wszystkich pracujących obciążeń podatkowych i składkowych z dzisiejszych średnio 50 do 35 proc. Jak to zrobić, żeby nie zrujnować finansów państwa?
To nie tylko niższe podatki dla wszystkich pracujących, czyli wyższe pensje dla każdego, ale też premia za aktywność, czyli dodatkowe pieniądze dla tych, którzy zarabiają mniej, niż dwukrotność minimalnego wynagrodzenia. W sumie osoba, która zarabia minimalną pensję, zyska ponad 600 zł!

Program „Niższe podatki, wyższa płaca” to rzeczywiście koszt dla finansów publicznych. Ma on wynieść około 30 mld zł i będzie finansowany z 3 głównych źródeł. Pierwszym z nich są oszczędności budżetowe – zwłaszcza na aparacie władzy i propagandzie. Koalicja Obywatelska do ustawy budżetowej na 2019 r. zgłosiła poprawki ograniczające wydatki o 6 mld zł. Drugim źródłem jest wzrost tych dochodów budżetu, które PiS zaniedbuje. Są to dochody z dywidend, które w przyszłym roku mają wynieść 1,5 mld zł, a w 2015 roku było to 6 mld zł. Trzecim źródłem jest wzrost gospodarki.

Nasz program podniesie opłacalność pracy.

DUŻO WYŻSZE ZAROBKI NA RĘKĘ ZACHĘCĄ LUDZI DO WIĘKSZEJ AKTYWNOŚCI, A POD TYM WZGLĘDEM JESTEŚMY W OGONIE EUROPY.

Jeśli firmom łatwiej będzie znaleźć pracowników, to chętniej będą inwestować, a to przekłada się na trwały i długoterminowy wzrost gospodarczy, który z kolei przekłada się na wyższe dochody budżetowe.

Eksperci pytają, czy KO nie przesadziła z obietnicami wyborczymi – poprawa w służbie zdrowia, darmowy Internet, bony dla emerytów… Skąd na to finansowanie?
Bony dla emerytów to akcje spółek Skarbu Państwa, więc nie będzie to wprost obciążało budżetu, darmowy Internet dla młodych to konieczna inwestycja w ich edukację, szczególnie ważna po deformie minister Zalewskiej, która zabrała młodym ludziom szanse na równy start. Ten wydatek będzie można sfinansować ze sprzedaży pasma częstotliwości dla sieci 5G. A zdrowie? Tu nie ma wyjścia i każdy odpowiedzialny rząd wie, że więcej pieniędzy na ochronę zdrowia musi się znaleźć, bo państwo ma obowiązek zapewnić obywatelom podstawowe usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia i edukacja. Tylko rządzący dzisiaj zapomnieli o tym, uważając, że 500+ załatwi wszystko. Nie, nie załatwi.

Sympozjum Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychologów Politycznych stało się miejscem wygłoszenia referatu, który może się okazać bardzo złą wróżbą dla świata. 68-letni profesor Shawn Rosenberg z Uniwersytetu Kalifornijskiego stwierdził bowiem, że… demokracja sama się niszczy i ostatecznie upadnie.

Jeśli jednak myślicie, że oberwało się Trumpowi, Kaczyńskiemu czy Orbanowi, jesteście w błędzie. Winni jesteśmy MY WSZYSCY. Zawodzą elity, eksperci i osoby publiczne. Sami „zwykli” obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją, twierdzi psycholog.

Gdy większość jest wkurzona…

W konsekwencji owego upadku elit miliony poirytowanych wyborców zaczynają głosować na populistów.

– W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – wnioskuje Rosenberg.

Jak to możliwe? – pomyśli ktoś, kto jeszcze trochę ponad dekadę temu zaczytywał się w książkach mędrców, którzy uważali, że historia już się skończyła i to właśnie wraz z sukcesem  demokracji.

Teraz psycholog uważa, że w ciągu najbliższych paru dekad liczne duże demokracje w stylu zachodnim zaczną obumierać. Te które zostaną, będą w istocie wydmuszkami, fasadowymi republikami, którymi będą rządzić subtelni dyktatorzy.

Główny problem demokracji? Jest to… ciężka praca. Stoi ona jednak w sprzeczności z tym, czego nauczyła nas ewolucja. Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie. Mówić prościej: demokracja nie działa, bo nie jest dostosowana do działania naszych mózgów.

Internet dobije demokrację?

Tym, co ma dobić „władzę ludu”, jest narzędzie, które teoretycznie miało ją wzmocnić. Chodzi o Internet. Dzięki mediom społecznościowym już każdy może prowadzić bloga, promować sprawę, w którą wierzy, ale jednocześnie może generować fake newsy, w które – o zgrozo – jakaś część wyborców wierzy. Przed nastaniem ery Internetu elity potrafiły (i mogły) demaskować takie fałszywe doniesienia. Mogły tłamsić je nieraz w zarodku. Dziś staje się to nierealne.

Aż 10 milionów ludzi widziało na Facebooku fake newsa o tym, że papież Franciszek poparł Trumpa w wyborach w 2016 r. Choć sieć miała otworzyć nas na świat, zbudowała – a konkretnie sprawiły to algorytmy firm technologicznych – inną, więlką bańkę informacyjną. Z tego faktu korzystają dziś populiści.

Nie, historia się nie skończyła. Możliwe, że kończy się demokracja i świat, który dotąd znaliśmy.

Ja, Lech Wałęsa

jako współtwórca i były Przewodniczący „Solidarności” największego związku zawodowego w Europie, który zmienił oblicze Polski i sąsiednich krajów 30 lat temu.

– laureat pokojowej Nagrody Nobla
– były Prezydent Polski

Zwracam się do Was:

1. Ludzi polskiej wsi, z której się wywodzę, polskich chłopów i ich rodzin, którzy byli przez wielki solą tej ziemi. Nie pozwólcie obecnemu rządowi odwrócić naszego kraju od Unii Europejskiej, do której tak nas namawiał Papież Polak — skłócenie z Unią najbardziej ujemnie odbije się na polskim rolnictwie

2. Polskich robotników — to Wam Polska zawdzięcza najlepsze 25 lat w swej tysiącletniej historii. Nie pozwólcie zmarnować Waszego osiągnięcia, które podziwiał cały świat.

3. Mieszkańców mniejszych i większych miast, których oblicze zmieniło się w tym czasie całkowicie w stosunku do poprzednich dziesięcioleci.

4. Milionów młodych ludzi w Polsce, którzy po raz pierwszy mogą i chcą głosować, aby wpłynąć na swoją przyszłość i tego kraju. Dzięki Solidarności staliście się Europejczykami nieodgrodzonymi „żelazną kurtyną” od możliwości i osiągnięć świata Zachodu. Wy młodzi, możecie dokonać kolejnej pokojowej rewolucji. Uwierzcie w siebie, nie siedźcie „na kanapie”, weźcie sprawy w swoje ręce, abyście byli w przyszłości dumni z tego, że wpłynęliście na bieg historii.

GŁOSUJCIE NA PRZEDSTAWICIELI OPOZYCJI TEGO SKORUMPOWANEGO RZĄDU LUDZI NIEKOMPETENTNYCH, NIEMORALNYCH, ŻĄDNYCH WŁADZY I PIENIĘDZY, DĄŻĄCYCH DO REALIZACJI WŁASNYCH INTERESÓW KOSZTEM PRZYSZŁOŚCI MIESZKAŃCÓW I OBYWATELI NASZEGO KRAJU.

Duda to tylko dudek

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła katolickiego, polityki Willego Brandta, Helmuta Schmidta i Helmuta Kohla, ale też zaangażowanie zwykłych Niemców, którzy popierali “Solidarność”. Mimo wszystko dodał, że II wojna światowa była dla Polski katastrofą. – “Staliśmy się państwem satelickim sowieckiego imperium – jeńcami komunizmu. Chociaż zawsze odważnie walczyliśmy po dobrej stronie. Podczas wojny ani rząd, ani polska elita nie kolaborowała. Ani z Hitlerem, ani ze Stalinem. A mimo to zostaliśmy gorzko ukarani. Członkowie armii państwa podziemnego, którzy walczyli o prawdziwie wolną Polskę, aż do lat 60. byli prześladowani, więzieni i mordowani przez reżim komunistyczny” – mówi Duda.

“Fort Merkel”

Andrzej Duda ma wobec Niemiec określone oczekiwania. Wymienił wśród nich np. rezygnację z budowy gazociągu Nord Stream 2 i więcej zrozumienia dla reformy wymiaru sprawiedliwości. – “Co Niemcy by zrobiły, gdyby w Trybunale Konstytucyjnym wciąż siedzieli wysoko postawieni sędziowie z NRD, którzy orzekali przeciwko działaczom na rzecz praw obywatelskich? Ci starzy komuniści nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Chcemy to zmienić – tłumaczy Andrzej Duda.

Nasz prezydent zachęca też do budowy „Fortu Merkel: – Nie mielibyśmy nic przeciwko rozszerzeniu niemieckiej obecności w ramach NATO. Ale jedno jest pewne: armia amerykańska jest najsilniejsza na świecie. Stała obecność wojsk amerykańskich w Polsce przyczyniłaby się do zwiększenia bezpieczeństwa całej Europy, w tym Niemiec” – mówił. W to wszystko wpisał polskie doświadczenia z lat 30. XX w. – “gdyby Anglia i Francja zaatakowały Niemcy we wrześniu 1939 r. (…) wojna skończyłaby się w ciągu kilku tygodni. One jednak pozwoliły Polsce się wykrwawiać. Dlatego życzymy sobie dzisiaj poważnych sojuszników, którzy dotrzymają słowa i nie uciekają” – spuentował.

Czy to ma sens?

Czy domaganie się przez rząd PiS reparacji wojennych od Niemiec ma sens? W istocie to tylko gra obliczona pod kampanię wyborczą, która ma pokazać, że „wstaliśmy z kolan”. Tego typu reparacje są nierealne w obecnych warunkach i w oczach trzeźwo myślących osób Duda raczej się kompromituje.

– To zaproszenie się pojawiło wczoraj (29 sierpnia) na moim biurku. Pewne reguły, standardy, obowiązują. Jeśli kogoś chce się traktować jak gościa, to powinno się go traktować poważnie. (…) Nie mam żadnych wątpliwości, że organizatorzy tej bardzo ważnej uroczystości postępują w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że nie chcą mnie tam widzieć. A ja nigdy nie narzucam się ze swoją obecnością, gdy wiem, że nie jestem mile widziany – powiedział w „Faktach po Faktach” przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Komentując sposób, w jaki został potraktowany przez PiS-owskich organizatorów uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej, Donald Tuska zwrócił uwagę, że przyjętym standardem jest wysyłanie zaproszeń wcześniej. – Zaproszenie na uroczystości narodowe Francji 14 lipca wysyła się do mnie i do kolegów, z którymi współpracuję, prezydentów, premierów, na trzy miesiące przed takimi uroczystościami. Na uroczystości do Izraela prezydent Izraela wysyłał z rocznym wyprzedzeniem i to są pewne standardy – zaznaczył.

Tusk przypomniał również, że gdy 2009 roku organizował obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej to na Westerplatte pierwszy przemawiał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. – Nasze relacje nie były łatwe, spór polityczny był wówczas też bardzo gorący, ale szczerze powiedziawszy do głowy by mi nie przyszło, żeby łamać reguły i traktować kogoś w sposób taki nieprzystający do dyplomacji.

Zamieszanie wokół zaproszenia Donalda Tuska

– Donald Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa – mówił w środę Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta. Tłumaczył, że na uroczystości „zostali zaproszeni przywódcy państw”, a „Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa”. – Klucz zaproszeń był prosty, zapraszani byli przywódcy państw Unii Europejskiej, NATO i Partnerstwa Wschodniego – stwierdził w rozmowie z gazeta.pl.

Już po rozmowie z Gazeta.pl, Spychalski na Twitterze sprostował swoją wypowiedź: W związku z licznymi pytaniami informuję, że zawsze na ważne uroczystości państwowe zapraszamy wszystkich byłych Prezydentów i Premierów. Tak jest i tym razem – na uroczystości 1.09 do Warszawy zaprosiliśmy wszystkich byłych Prezydentów RP i Premierów RP. – napisał.

„Tymczasem w Szczecinie super komedia, czyli „stępka do kwadratu”. Min. Gróbarczyk odbierał przed wyborami kadłub lodołamacza, miał być zwodowany – nie zdążyli. Ale żeby było widać, że skończony – pokleili go papierową taśmą i pomalowali” – napisał na Twitterze Łukasz zach-pom. Dołączył do wpisu zdjęcia opublikowane na Facebooku przez Rafała Zahorskiego.

Internauci kpili z poczynań rządzących: – „Taśma klejąca wytrzymała! A tak serio. Jakby żył Bareja, byłby z was strasznie dumny”; – „Po co prezesowi lodołamacz?”;

„Pamiętacie model dostawczaka elektrycznego Ursusa, wydrukowany drukarką 3D? To tu mamy kolejny hit: statek z tektury. To lepsze, niż Monty Python”; – „Czy nadano także imiona kołom ratunkowym? No chyba, że nie ma kół, bo już wiecie, że ta skorupa nigdzie nie popłynie???”.

Przypomnijmy, słynną stępkę pod prom samochodowo-pasażerski uroczyście położył Mateusz Morawiecki w czerwcu 2017 r. „Miało być pięknie, a jest jak zwykle. Po dwóch latach od położenia stępki kupujemy gotowy projekt”.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński zawitał wczoraj na konwencję Zjednoczonej Prawicy do Poznania. Okrzykom „Jarosław! Jarosław!” nie było końca. Kółeczko wzajemnej adoracji aż puchło z podziwu nad sobą, a samozadowolenie aż biło po oczach. No i oczywiście padło wiele wielkich słów. O drodze do zwycięstwa, która jeszcze trochę musi potrwać, o szkołach wolnych od eksperymentów, bo muszą wychowywać młode pokolenie w duchu chrześcijańskim, o sukcesach, prawdzie, ble ble ble… Biedny prezes przyznał też, że ma z nami, poznaniakami i Wielkopolanami problem, bo „znaczna część społeczeństwa w tej części Polski jeszcze nie do końca zrozumiała nasz program i nasze idee”.

I teraz nie wiem, mam się kajać, że zbyt głupia jestem, bo nie załapałam wielkości partii rządzącej? Mam się ukorzyć, błagać o wybaczenie i biegiem zrozumieć, że bez PiS-u czeka nas kanał, że tylko PiS uchroni nas… chwilowo nie wiem, przed czym, ale na bank, uchroni?

Jako że jestem zawsze pełna pokory i umiem przyznać się do popełnionych błędów, przepraszam więc. Przepraszam zawiedzionego mną prezesa, że czepiam się, zamiast uznać, iż prawdziwa Polska to taka, klerykalizująca się na potęgę. Polska, w której nagłaśnianie pedofilii wśród duchownych, piętnowanie Jędraszewskiego za haniebne słowa o zarazie LGBT, zniesmaczenie spowodowane ostrym upolitycznieniem hierarchów, potraktowanie ambony jako miejsca propagandy politycznej, narzucanie ideologii kościelnej, nie mającej nic wspólnego z zasadami wiary, wzrastająca dominacja prawa katolickiego nad prawem stanowionym, nazywa się atakiem na Kościół. Przepraszam, że nie rozumiem, jak można ładować miliony w nienażartych kleryków, gdy zamyka się szpitale, emeryci ledwo przędą, drożyzna szaleje.

Błagam o wybaczenie, że nie mogę pojąć, dlaczego partia rządząca stawia na kłamstwo i manipulowanie ludźmi. Dlaczego – patrząc mi w oczy – wciska kit o coraz mocniejszej pozycji Polski w świecie, kwitnącej gospodarce. Dlaczego opiera swoje rządy na dyletantach, którzy nie mają pojęcia, co mówią i co czynią, czego dowodem rozwalona edukacja, wojsko oparte na antykach z epoki Układu Warszawskiego, kolejne wpadki, pokazujące niewiedzę z zakresu podstawowych nauk, takich jak historia, ekonomia, geografia czy prawo.

Proszę mi wybaczyć, że wkurzam się, gdy słyszę o potędze polskich stoczni, wreszcie odzyskanych przez państwo, włączeniu się w walkę o zatrzymanie umierania ziemi, dbałości o klimat, wykorzystywaniu zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, by robić ludziom wodę z mózgu, wspieraniu ideologii rodem z faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec, sprowadzeniu pojęcia „patriotyzm” tylko do umierania za Polskę i poszatkowaniu historii tak, by wyciągnąć z niej tylko to, co staje się świetnym narzędziem do utrzymania obywateli w ryzach.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy też ostatniej, hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości. Że nie podziwiam Kuchcińskiego za loty rodzinne, obrzydza mnie język i agresja, tak ochoczo wprowadzone przez polityków PiS do przestrzeni publicznej, a które wcześniej czy później doprowadzą do rozlewu krwi. Że ze wstrętem słucham wypowiedzi, w których partyjni kolesie Kaczyńskiego pokazują, za jakich idiotów mają naród.

Przepraszam, że nie pozostaję bierna, widząc, jak wyciągają z mojej kieszeni każdy grosz, byle tylko zapewnić sobie poparcie tej grupy społeczeństwa, której nic więcej poza darmówką w łapie nie trzeba, by kochać wielbić i pozostać wiernym do końca. Widząc, jak władza szczodrze rozdziela między sobą pieniądze, które ciężko zarobiłam, a do tego jest przekonana, że tak ma być, bo przecież „te pieniądze jej się należą”.

Przepraszam, że w ogóle jestem jak taki wrzód na zdrowym, pisowskim organizmie społecznym. Nie podporządkowuję się, nie wierzę w te gruszki na wierzbie, nie przymykam oczu na łamanie prawa w imię pisowskiego prawa, nie wyrażam zgody na bezprawne działania policji, na rządy miernot, które mają o sobie znacznie większe mniemanie niż jest naprawdę. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

I cóż teraz prezes zrobi z takimi jak ja? Co się stanie, gdy jednak nadal nie zrozumiemy, czym jest program i idee PiS-u? Odbierze nam prawa obywatelskie, stłamsi poczucie wolności na maksa czy też podda długoletniej resocjalizacji? No cóż, panie prezesie, czarno to widzę. Choćby na uszach pan stanął, nie ma pan szans. Tak długo, jak uda się panu utrzymać przy władzy, ja i mnie podobni nie odpuszczą. Dlaczego? Bo „Polak to brzmi dumnie”. Przepraszam więc bardzo, że nie poddaję się indoktrynacji, populizmowi. Przepraszam, że jestem i będę. Przepraszam…

Festiwal pisizmu

Festiwal pisizmu trwa w najlepsze. Zatrzęsienie głupoty nigdzie nie było w historii tak intensywne. Mistrzowie świat i wszechrekordziści.

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Kaczyński wywazelinował się

Dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza?

A dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza, na zwycięstwo demokratów w wyborach parlamentarnych?

Donald Tusk już teraz, jutro, za tydzień, składa swoj urząd w Radzie Europejskiej, wraca do Polski i przejmuje kierownictwo polityczne nowej Koalicji Demokratycznej (PO, Nowoczesna, miejmy nadzieję że też PSL i Wiosna). Jeździ po całym kraju, wygłasza swe świetne, energetyzujące przemówienia. Hasła wyborcze:

1. Porządek i nowoczesność w oświacie. Język angielski dla wszystkich, w zwiekszonym zakresie. Bałagan szkolny wprowadzony przez PiS – do ogarnięcia tylko przez opozycję.

2. Ochrona zdrowia – priorytetem.

3. Demokratyczna Polska w silnej Europie – tylko rząd Koalicji Demokratycznej odkręci zmiany, które prowadzą nas na margines Europy, skąd żadnych przyzwoitych dotacji nie dostaniemy.

Dla samego Tuska to oczywiście duże ryzyko osobiste. Jeśli Koalicja przegra – naderęży to (choc nie zniweczy) jego szanse prezydenckie. Ale co nam po Prezydencie Tusku przy rządzie PiS? A poza tym, chwila jest taka, że osobiste koszty należy odłożyć na dalszy plan.

Niesmak w UE? Nie będzie. Wszyscy zrozumieją, że nadzwyczajny czas wymaga nadzwyczajnych działań.

– Zbigniew Ziobro chce mieć swoją sędziowską policję polityczną do tego, aby wnioskować o kary dla sędziów, którzy orzekają niezgodnie z linią partii – ostrzega poseł PO Robert Kropiwnicki. Chodzi o nowych, powoływanych przez ministra rzeczników dyscyplinarnych i stosowanie wobec niepokornych sędziów represji. Jakich? M.in. przenoszenie do innego wydziału bez zgody zainteresowanego. – Nie godzimy się na zastraszanie sędziów – dodają posłowie PO. Chcą, aby sprawą zajęła się komisja sprawiedliwości.

„Kolejne podporządkowanie sędziów”

– Do tej pory rzecznicy dyscyplinarni byli poważnymi autorytetami w środowisku sędziowskim. Dzisiaj okazuje się, że stają się komisarzami partyjnymi Zbigniewa Ziobry do musztrowania sędziów w rejonach i okręgach. To jest bardzo niebezpieczna rzecz – mówił na konferencji prasowej Robert Kropiwnicki.

Poseł PO oskarża ministra sprawiedliwości o stworzenie sędziowskiej „policji politycznej” i w ten sposób kolejne podporządkowanie sędziów. – To jest rzecz niebywała, aby sędziowie mieli bać się prokuratora generalnego czy każdego innego prokuratora, który przychodzi na salę rozpraw – dodaje.

Poza tym nie ma wątpliwości, że „Zbigniew Ziobro nie dba o jakość orzecznictwa, tylko o wymiar osobistego wpływu na linię orzeczniczą poszczególnych sędziów”. A to jest niebezpieczne dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości.

Posłowie PO będą wnioskować do komisji sprawiedliwości, aby w ramach kontroli Sejmu nad władzą wykonawczą przyjrzała się „przestrzeganiu zasady niezawisłości sędziowskiej”.

Zbigniew Ziobro stosuje represje

Powołują się na konkretny przykład sędziego, który został ukarany, bo nie zastosował się do wytycznych Zbigniewa Ziobry i jego politycznych popleczników.

To sprawa sędziego Łukasza Bilińskiego, który został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału rodzinnego. To on orzekał w takich sprawach jak protest przed Sejmem 16 grudnia 2016 roku. Powołując się na konstytucję i międzynarodowe akty prawne uniewinnił uczestników tego zgromadzenia. Poza tym uznał, że miesięcznice smoleńskie były „prywatnymi spotkaniami”.

– Przenoszenie sędziów bez ich zgody to praktyka znana bezpośrednio z PRL-u – mówi poseł Michał Szczerba. I dodaje: – Wyrażamy nasz stanowczy sprzeciw wobec praktyk zastraszania sędziów. To niedopuszczalne. To jest też przykład tego, po co potrzebna była ministrowi możliwość powoływania własnych prezesów i wiceprezesów, aby ręcznie sterować tym, gdzie dany sędzia ma orzekać.

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).

Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).

Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.

Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Dziś, gdy większość polityków i wyborców opozycji jest zawiedziona jej wynikiem w wyborach do europarlamentu, lider PO Grzegorz Schetyna nadal się nie poddaje. „Newsweek” informuje, że partia ma plan na to, jak odbić Sejm i Senat, a także pomysł awaryjny, na wypadek jakby się to nie udało.

Komentatorzy są podzieleni. Część uważa, że Koalicja Europejska poniosła druzgocącą porażkę i na pewno przegra też jesienią. Inni widzą subtelne światełko w tunelu. To samo tyczy się członków największej partii opozycyjnej. Jedna z parlamentarzystek ze Śląska rozpowiada ponoć w kuluarach, że zgodzi się na kolejny start w wyborach do Sejmu, ale tylko pod jednym warunkiem. „Schetyna albo ja!” – mówi ponoć buńczucznie w prywatnych rozmowach. Inny polityk – tym razem z Nowoczesnej – mówi “Newsweekowi”, że trzeba postawić na “Scheta”, bo nikt inny nie podoła temu zadaniu.

Marzenia a rzeczywistość

Jasne, że lepiej byłoby gdyby obecna opozycja miała lidera, który porywa tłumy. Młodego, dobrze wyglądającego, będącego skrzyżowaniem gwiazdy filmu z uczniem Sun Tzu, twórcy słynnej „Sztuki wojny”. Rafał Trzaskowski? Nowe sondaże prezydenckie pokazują, że jego gwiazda lśni mocno, ale tylko w Warszawie. Cała Polska chce jednak kogoś bardziej swojskiego.

Z drugiej strony robienie dziś w PO przewrotu pałacowego byłoby szaleństwem i skazaniem ugrupowania na pewną klęskę. Co więc zostało? Granie tymi figurkami, które pozostały na planszy, szukanie nowych sojuszników i… przygotowywanie planu B.

Jak odbić Senat?

W obozie PO jest ponoć plan na sukces w Senacie. Sam Sejm jest ponoć nieosiągalny, więc Schetyna myśli o zbudowaniu jak najsilniejszej ekipy kandydatów do izby wyższej. W jego głowie pojawił się pomysł zaangażowania samorządowców, np. Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, Zygmunta Frankiewicza (prezydent Gliwic), Tadeusza Ferenca (prezydent Rzeszowa) czy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Ten ostatni ponoć aktywnie pomaga liderowi PO w budowaniu tej listy.

Wspólna lista

To jednak nie wszystko. Schetyna chce, by Koalicja Obywatelska nadal istniała i to w jeszcze szerszej formule, niż miało to miejsce jesienią. Chciałby dalszej współpracy z SLD, a nawet Wiosną. Jest otwarty na PSL, ale ludowcy, jak widać po ich ostatnich ruchach, licytują bardzo wysoko. Ponoć chcą do nowego Sejmu wprowadzić aż 30 posłów, ale też obawiają się, że PO ostatecznie wchłonie wszystkich sojuszników.

Plan B

Schetyna buduje podobno też plan B, rozpisany jednak na parę aktów. Zakładając, że opozycja przegra wyścig do Sejmu, ale wygra do Senatu, może tym samym zbudować ostatni bastion do kontrataku. Jeśli do tego prezydentem zostałby ktoś z jej obozu (np. Donald Tusk), można byłoby skutecznie blokować rządy PiS. Tym samym zmusić po kilkunastu miesiącach Jarosława Kaczyńskiego do wywieszenia białej flagi i ogłoszenia nowych wyborów. To z kolei byłyby trzecią połową meczu o władze. Tym razem może ze sporą szansą na sukces zjednoczonej opozycji.

Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zdaje się, że usiłował zająć pierwsze miejsce w uczczeniu Jarosława Kaczyńskiego z okazji jego urodzin. Rano na Twitterze oznajmił światu: – „Dzisiaj 70 urodziny najwybitniejszego żyjącego polskiego polityka”.

„No nie może być, Donald Tusk jest przecież młodszy!” – odpowiedział mu Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL.

Pozostali internauci również kpili z Krasnodębskiego: – „Nie tylko polskiego. Co tam! Pieśni o nim śpiewają nawet delfiny w oceanie. Makaki zaś przywdziewają odświętne ubranka z palmowych pnączy…”; – „Słońce galaktyki, no po prostu kryształ”; – „Dziś wszystkie ptaki, wszystkie kwiaty, wszystkie zioła, cała przyroda o Kaczyńskim głośno woła. A ty maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Iljicz”; – „Proszę Pana. Cóż za niedoszacowanie! Może być potraktowane jako obelga! Powinno być w historii świata i okolic!”.

Krasnodębski miał sporą konkurencję, bo z życzeniami spieszyli bliżsi i dalsi współpracownicy prezesa PiS. Konta poszczególnych regionów PiS na Twitterze także pełne były życzeń dla Jarosława Kaczyńskiego. Nikt jednak „nie przebił” europosła PiS.