Morawiecki w obronie Szydło walczy z prawdą

– „Po obejrzeniu „Faktów” TVN, w których zaatakowano Premier Beatę Szydło, zastanawiam się, w którą stronę idzie dziennikarstwo. Czy można w tak podły sposób zestawiać ludzi o nieposzlakowanej opinii z przestępcami? Szczyt manipulacji. Może zajmie się tym Rada Etyki Mediów” – napisał na Twitterze Mateusz Morawiecki.

W głównym programie informacyjnym TVN pokazano skrót reportażu, o którym pisaliśmy w artykule „Burza po „Superwizjerze”: Szydło witająca się z gangsterami straszy sądem. Eksperci pytają o jakość służb”. Złośliwie można by zapytać, dlaczego Morawiecki nie stanął w obronie Antoniego Macierewicza, który też pojawił się w reportażu…

– „MatołUsz przestań z PiS robić ofiarę. Zapytaj się Brudzińskiego jak pokazywał zdjęcia prezydenta Komorowskiego. Albo jak PiS grał zdjęciem Tuska” – napisał internauta Tomasz Wolff. Dołączył też zdjęcia opisywanych przez siebie sytuacji. A Paweł Wroński z „GW” dodał: – „Czy to nie wPolityce publikowało zdjęcia prezydenta B. Komorowskiego z członkami zarządu SKOK Wołomin jako jednoznaczny dowód podejrzanych kontaktów z przestępcami? Takie pytanie dla równowagi”.

Internauci oburzeni komentowali wpis Morawieckiego: – „Jasne, wiadomo, że bardzo niewygodni są dla Was dziennikarze, którzy pokazują, że najwyżsi rangą politycy PiS kontaktują się ze światem przestępczym”; – „Jaka manipulacja?… przecież tam była i podawała rękę, a pan Antek pozował do zdjęcia”; – „Przecież oni sami się ze sobą zestawili. I jeszcze podali sobie ręce. „Zaatakowano Premier Beatę Szydło”. Od kiedy pokazywanie prawdy to jest atak?”.

Przypomnijmy, że to już kolejne „przestrzelenie” premiera. Kilka tygodni temu: „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…”.

– „Start Sejmu IX kadencji podobny jak VIII – nocne głosowania, projekty rządowe schowane pod poselskimi, żeby nie konsultować, nie oceniać skutków, nie analizować. Żywioł, bo kasa na gwałt potrzebna. Rzeczywistość PL, listopad 2019” – napisała na Twitterze posłanka PO Maria Janyska.

A z harmonogramu posiedzenia Sejmu, który dołączyła do wpisu posłanka, wynika, że faktycznie partia rządząca zamierza powielać zwyczaje z poprzedniej kadencji. Przez minione cztery lata kluczowe ustawy przepychane były przez PiS pod osłoną nocy.

Na posiedzeniu Sejmu nowej kadencji w najbliższy wtorek po godzinie 20.00 zacznie się tzw. procedowanie ustaw m.in. o likwidacji 30-krotności ZUS i o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, z którego rząd PiS zamierza sfinansować tzw. 13 emerytury. Głosowania zaplanowano po północy.

Za to bez przeszkód suweren będzie mógł wysłuchać expose Mateusza Morawieckiego. Wystąpienie premiera rozpocznie się we wtorek o godz. 10.00.

Dodajmy, że z kolei w czwartek wieczorem Sejm ma wybrać sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czyli odbędzie się glosowanie nad zgłoszonymi przez PiS kandydaturami Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza oraz Roberta Jastrzębskiego.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że PiS ma ogromny problem ze znalezieniem pieniędzy na realizację swoich wyborczych obietnic.

Trwają rozpaczliwe poszukiwania i pomysł na zniesienie 30-krotności ograniczającej składki ZUS, podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy oraz przeznaczenie na 13- te emerytury pieniędzy z Funduszu Solidarnościowego dla osób niepełnosprawnych. Błyskawicznie przygotowano ustawy i już we wtorek oraz czwartek będą one tematem numer jeden w Sejmie.

O wiele prostsze byłoby zwiększenie deficytu, ale na to rząd Zjednoczonej Prawicy nie pójdzie, głównie dlatego, że nie pozwala na to stabilizująca reguła wydatkowa (SRW) zapisana w ustawie o finansach publicznych. To ona wyznacza górną granicę wydatków na dany rok, a właśnie na 2020 rok wynosi ok 901 mld zł i nie da się tego w żaden sposób obejść. Wiadomo, że każda próba naruszenia SRW może skutkować obniżoną wiarygodnością Polski na arenie międzynarodowej i przeceną naszego długu, co dla Polski byłoby bardzo niekorzystne.

Stąd właśnie pomysł, by obejść SRW i liczyć, że nikt nie zwróci na to uwagi. Jednak to dość ryzykowne działanie, bo jak mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, „Obchodzenie reguły, choć też niepozbawione pewnego ryzyka, może jeszcze być do pewnego stopnia (…) Jednak już w 2021 r. problem wróci ze zdwojoną siłą. Wówczas księgowe sztuczki nie wystarczą. Trzeba będzie albo regułę złamać, albo podnieść daniny, albo zrezygnować z części wydatków. Nie chcę zgadywać, co wybierze większość parlamentarna”.

Tak więc, jakkolwiek by na sprawę nie spojrzeć, przyjdzie czas, gdy odbije się ona narodową czkawką i wszyscy poniesiemy konsekwencje takiej decyzji rządu.

Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia.

W niealfabetycznym słowniku rządzących hasło „Godność” zajmuje ważne miejsce, gdzieś między Bogiem, Honorem i Ojczyzną. Godność według Kaczyńskiego jest tym czymś, czego dotąd społeczeństwu brakowało jak tlenu, ale przyszedł PiS, odkręcił zawór na cały regulator i teraz obywatele inhalować się mogą do woli podmuchami godności. Nie każdy wszakże zasługuje na tę ożywczą wentylację. Nie tak dawno na finansowaną ze środków publicznych konferencję zatytułowaną  „Solidarność: od godności człowieka do ponadnarodowej współpracy”, nie wpuszczono zaproszonych uprzednio dziennikarzy Gazety Wyborczej i TVN, bo po namyśle organizatorzy uznali ich za niegodnych i nienadających się do żadnej współpracy. Z honorami powitano natomiast arcybiskupów Sławoja L. Głódzia oraz Marka Jędraszewskiego, znanych organizatorom z wyjątkowego poszanowania godności swoich podwładnych i zawsze gotowych do życzliwej współpracy z osobami o odmiennych poglądach.

Przed listopadowym świętem Jarosław Kaczyński zawiadomił swoich fanów, że marsze smoleńskie okazały się „przełomowe dla godności narodu” – i w rzeczy samej owo forum nienawiści i szokujących kłamstw, które raziły przyzwoitych ludzi salwami oszczerstw i kalumnii, już dawno przełamało narodową godność na pół. Niedługo potem, podczas narodowej fety, prezydent RP rozwinął myśl swego przełożonego o selektywnej godności, a przy okazji uniósł się patriotycznie, nawołując sam siebie do zgody i jedności. Tego samego dnia w Świątyni Opatrzności Bożej również biskup Józef Guzdek głosił szacunek dla godności i praw Polaków, nie precyzując jednak, ile owej godności ma być udziałem stanowiących prawa, a ile jej przysługuje tym, którzy tworzonemu prawu muszą się podporządkować.

„Nie ma wolności bez godności” zrymował sobie pan premier, występując na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu w nowym składzie. Był chyba w wyjątkowo radosnym nastroju, bo z mównicy frunął żart za żartem. A to, że również „nie ma wolności bez wiarygodności”, a to, że w Polsce „demokracja ma się tak dobrze jak nigdy wcześniej”, a to, że wbrew krakaniu opozycji budżet kraju jest w stanie pełnej równowagi…  A kiedy już wysechł mu gejzer dowcipów, to o godności , od której rozpoczął wystąpienie, słowem już nie wspomniał. Bo wredne niepolskie media zaraz zaczęłyby pytać o godność pacjentów oczekujących na ratowanie życia w wielomiesięcznych i wieloletnich kolejkach, albo o godność nauczycieli pokaleczonych odłamkami wysadzonego w powietrze systemu oświatowego, czy o godność prokuratorów dociskanych buciorem Ziobry oraz sędziów opluwanych i sekowanych przez partyjnych nominatów. A jak miałby pan premier odpowiedzieć na pytanie, dla kogo trzyma wolny stołek ministra sportu i czy godne jest korumpowanie senatorów stanowiskami, które powinni obejmować fachowcy po konkursowym naborze? Nie mówiąc już o najtrudniejszym pytaniu o godność niepełnosprawnych, którym pan premier zabrał właśnie pieniądze, by ufundować emerytom wyborczą kiełbasę, na którą budżetu nie było stać ani teraz, ani w chwili, gdy „trzynastkę” obiecywał.

„Godność” to w znaczeniu słownikowym poczucie własnej wartości, szacunek do siebie, a także oczekiwanie od innych szacunku i sprawiedliwej oceny walorów duchowych, moralnych czy społecznych zasług.  Polska Konstytucja już w preambule potwierdza istnienie przyrodzonej godności człowieka, a w art. 30 definiuje ją jako niezbywalne i nienaruszalne źródło wolności i praw człowieka i obywatela, jako wartość, której ograniczać nie wolno. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ stwierdza w preambule, iż „uznanie przyrodzonej godności oraz równych i niezbywalnych praw wszystkich członków wspólnoty ludzkiej jest podstawą wolności, sprawiedliwości i pokoju świata”. Ale co obchodzi Jarosława Kaczyńskiego słownik, Konstytucja, ONZ, a nawet prawo kanoniczne, które od Soboru Watykańskiego II godność człowieka ustanawia fundamentem prawa? Wszystkie te dokumenty musieli wymyślić jacyś lewacy, którzy wszędzie, gdzie mowa o godności, dopisali, że przysługuje ona KAŻDEMU człowiekowi. A jakąż przyrodzoną godność mogą mieć uchodźcy roznoszący choroby i pasożyty, albo wrogowie Polski z coraz liczniejszych nieprzyjaznych Polsce krajów świata, czy naprawiacze świata o komuszej proweniencji, nosiciele wirusa Gender, homoseksualiści i inni pedofile, ideolodzy LGBT, wrogowie Kościoła i w ogóle wszyscy, którzy myślą inaczej i przeciwstawiają się władzy PiS? Czy oni mogą mieć jakąkolwiek godność? No przecież to niemożliwe!

Aparat propagandowy obecnej władzy sugeruje nam nieustannie, że Polacy są narodem wybranym. Niestety – wybranym tylko przez Kaczyńskiego i narodowców ścigającym się z prezesem na radykalizm patriotyczny, co powoduje, że przestajemy się liczyć w świecie i coraz częściej stajemy się obiektem drwin. Bo też i trudno o inny kraj, gdzie godność owinięta jest tak szczelnie narodową flagą, a narrację publiczną tak gęsto naszpikowano narodową dumą w wersji podkreślającej wyższość polskiej nacji. Polityka zagraniczna PiS sprowadza się do głoszenia tezy, że Polsce należy się szczególne miejsce na arenie światowej, bo nasi przodkowie ginęli i cierpieli. Narody świata winne są Polakom szacunek i uznanie bez względu na to, gdzie polskie władze mają praworządność i demokrację. MSZ nie reaguje na opinie zamroczonych polityków z PiS i okolic, którzy głoszą, że fundusze unijne nam się po prostu należą jako zapłata krajów Zachodu za sprzedanie Polski Stalinowi, że unijna kasa to tylko wabik, bo tak naprawdę Zachód chce nas podporządkować ekonomicznie, potem kulturowo, a na końcu eksterminować, albo że Polskę atakuje światowe lewactwo, Gender i LGBT, a katolicy prześladowani są przez postkomunistyczne bojówki opłacane przez wrogie zagraniczne ośrodki.

W popularnym znaczeniu godność jest właściwością człowieka godnego, czyli przyzwoitego, zasługującego na godne traktowanie.  W nie tak odległych czasach nieznanym ludziom już na dzień dobry przysługiwał szacunek i podstawowa doza zaufania.  Kulturalni Polacy, którzy chcieli poznać czyjeś nazwisko, pytali: – Jak Pańska/ Pani godność? Było, minęło.  Wskutek licznych zabiegów Kaczyńskiego i jego ekipy stajemy się coraz bardziej nieufni. Ludzie obcy, spoza ferajny, to osobnicy niebezpieczni, a co najmniej podejrzani. Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia. Godność stała się dobrem limitowanym i przyznawanym automatycznie jedynie członkom własnego plemienia, a jej szafarzami zostali ci, którzy nam godność odbierają. Może nawet już ją nam ukradli, tak jak demokrację, prawo i sprawiedliwość.

Morawiecki, nie pajacuj!

 

W PiS bunt Beaty Szydło i Witolda Waszczykowskiego. I to przeciw Kaczyńskiemu.

Antoni Macierewicz sparaliżował akcję kontrwywiadu wobec szpiega GRU, która mogła doprowadzić do rozpracowania rosyjskiej siatki agentów w Polsce. Polecił wycofać z niej gen. Andrzeja Anklewicza, którego próbowali zwerbować Rosjanie. Nie wiedzieli, że działa on pod kontrolą polskich służb. Kulisy tej sprawy opisują autorzy książki „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” Anna Gielewska i Marcin Dzierżanowski (fragmenty)

  • Marek Zieliński szpiegował na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU od początku lat 80. Prowadzony był przez kolejnych rezydentów radzieckiego, potem rosyjskiego wywiadu w Warszawie
  • Polski kontrwywiad rozpoczął z nim grę operacyjną, próbując zinfiltrować siatkę GRU w Polsce. Pod kontrolą polskich służb, współpracę z Zielińskim podjął gen. Andrzej Anklewicz z MSW
  • Gdy szefem w 1992 r. został Macierewicz nieoczekiwanie wstrzymał tę operację, wycofując z niej Anklewicza
  • Dlaczego Macierewicz – łowca agentów, poskromiciel sowieckich służb i zagorzały antykomunista – gdy miał na widelcu najprawdziwszego szpiega, werbownika GRU, podjął taką decyzję?

We wtorek, 24 grudnia 1991 roku, słońce wzeszło o godzinie 7.41. Kilkanaście minut później nowy minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz pojawia się w gmachu przy Rakowieckiej.

– Jaka była pana pierwsza myśl w MSW?

Więcej >>>

Klechy pajace, w rządzie pajace – Polska pajacami stoi.

siedmioludek

Abp Marek Jędraszewski wygłosił homilię w krakowskiej Bazylice Mariackiej z okazji Światowego Dnia Ubogich.

Arcybiskup w czasie mszy straszył zebranych, że królestwo niebieskie nie należy do ludzi pysznych oraz takich, którzy gardzą innymi, zwłaszcza biednymi:

– O ich losie mówił prorok Malachiasz, że spali ich nadchodzący dzień sądu Pana. Ubodzy w duchu to ludzie, którzy rozumieją, że należy być uczniem Chrystusa, wrażliwym w patrzeniu na potrzebujących pomocy i miłosierdzia. To ludzie, którzy nad to, by być z Chrystusem nad tę godność, przekładają wszystko to, co posiadają – podkreślał hierarcha, który dalej apelował do obecnych wolontariuszy, aby pomagali ubogim:

– Nie możemy ustawać w pochylaniu się nad człowiekiem. Musimy przedzierać się przez zasłonę ich ubóstwa, które przejawia się w najrozmaitszy sposób i docierać do tego, co w nich jest najgłębsze, do dobroci ich serca. Na tę dobroć (…) odpowiadać spojrzeniem miłości i wyciągnięta ręką. Tak się bowiem dokonuje zbawienie – pouczał metropolita…

View original post 93 słowa więcej

 

Polska powoli wraca do normalności. Prof. Grodzki marszałkiem Senatu

Zdjęcie roku. @profGrodzki

– „Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji. Naród w swojej głębokiej mądrości zdecydował, że Sejm ma być w rękach rządzących, a Senat opozycji” – powiedział tuż po wyborze na marszałka Senatu Tomasz Grodzki.

Kiedy wypowiadał te słowa, uniósł w górę obie ręce i zrobił znak „V”. – „Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu” – stwierdził.

Nowy marszałek Senatu podkreślił, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”. – „Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej” – mówił Grodzki. Podkreślił także, że jest lekarzem: – „Przybywam ze świata medycyny, gdzie nie tylko przysięga Hipokratesa, ale całe nasze wychowanie zobowiązuje nas do leczenia wszystkich. To nas uczy tolerancji. Każdy Polak, Polka ma równe prawa. To, że jest różnorodność to jest siła naszego kraju”.

Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy, jak mało kto, majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić. Senat jest wyższą izbą parlamentu. Jeżeli ktoś myśli, że będziemy tylko rolą hamulcowego dla Sejmu, to jest w błędzie. Senat musi tylko i wyłącznie wrócić do swojej roli, czyli zamiast szybkiego prawa, ustanawiać dobre prawo, by prawo było stanowione dobrze, a nie szybko, w ciągu 24 godzin i potem kilkakrotnie poprawiane” – dodał nowy marszałek Senatu.

Tomasz Grodzki zapowiedział, że w najbliższym czasie wygłosi orędzie w TVP. – „Z pewnością skorzystam z wszystkich narzędzi, które są przypisane Senatowi i jego marszałkowi. I takie orędzie do narodu wygłoszę” – powiedział w TVN 24.

Mateusz Morawiecki – zgodnie z prawem – musiał dzisiaj złożyć dymisję swojego rządu. I zrobił to, po czym rozpoczął wygłaszanie mowy, w której wychwalał dokonania swoje i innych członków rządu. Przedziwne, że głos mu się nie załamał przy takim oto stwierdzeniu: – „Właśnie w czasach naszych rządów, przez poprzednie cztery lata mieliśmy do czynienia z rozkwitem wolności i demokracji”.

Kiedy zaczął wymieniać – jego zdaniem – sukcesy rządu PiS, robił to tak długo, że upomniała go wybrana kilka chwil wcześniej marszałkiem Sejmu Elżbieta Witek. Nie pomogło – Morawiecki tokował dalej… Witek znowu poprosiła, żeby skończył przemowę, bo o 5 minut przekroczył przeznaczony dla niego czas. Dopiero wtedy, ale po wygłoszeniu jeszcze kilku zdań, Morawiecki zszedł z mównicy.

„Posłowie opozycji często dostawali kary finansowe na wniosek marszałka PiS. Także za przekraczanie czasu wystąpienia. Ciekawe, czy premier Mateusz Morawiecki też dostanie taką karę, po tym jak dwa razy nie zastosował się do poleceń marszałek Elżbiety Witek” – zastanawiała się na Twitterze Dominika Wielowieyska z „GW”.

A poseł PO Robert Tyszkiewicz odniósł się do jednego z fragmentów przemowy premiera: – „Morawiecki jako sukces rządu PiS wymienił budowę linii kolejowej do Czeremchy. Tymczasem opóźnienia w budowie trasy Czeremcha – Hajnówka to już 17 miesięcy, czyli niewiele mniej niż miała trwać budowa. W nową kadencję PiS wchodzi ze starymi kłamstwami”.

Internauci komentowali wystąpienie i zachowanie Morawieckiego: – „Za chwilę Morawiecki sam sobie wręczy kwiaty. Samozachwyt level master”; – „Opowieści 1001 nocy w wykonaniu Prem. Morawieckiego o dokonaniach odchodzącego rządu nie mogą bawić. Mogą tylko irytować. Chwalić się reformą edukacji i osiągnięciami w ochronie zdrowia, to naprawdę kuriozum. Są granice, poza którymi nie ma już nic do powiedzenia. Premier…”; – „Premier Morawiecki w Sejmie mówi: nie ma wolności bez wiarygodności. Trochę jakby daltonista mówił o kolorach…”; – „Szczególnie świadczą wyroki sądu w jego prawdomówności”.

Antoni Macierewicz postanowił wykorzystać swoje pięć minut w roli marszałka seniora. Wygłosił przemówienie, które – eufemistycznie rzecz ujmując – nazwać można kontrowersyjnym.

Zwrócił się do posłów „o odrzucenie negacji niepodległego państwa polskiego i fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej. – „Czas zacząć wnosić gmach niepodległego państwa polskiego opartego na zasadach wywiedzionych z chrześcijańskiej nauki społecznej. Po blisko 30 latach zmagania się z postkomunizmem, doskonale wiemy, jakie decyzje budują niepodległość, a jakie prowadzą na manowce. Wiemy, jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender” – tokował Macierewicz.

Nie zabrakło „ulubionego” wątku Macierewicza. – „Wiemy, co oznacza pozostawienie środowisk agenturalnych na ważnych stanowiskach w administracji publicznej, na wyższych uczelniach, wymiarze sprawiedliwości i w mediach. Wiemy, jakie są zagrożenia geopolityczne, wynikające z utopijnej próby budowania neosocjalistycznego imperium i kto jest naszym rzeczywistym sojusznikiem strategicznym” – stwierdził marszałek senior.

Nie zawahał się nawet powołać na… Konstytucję! – Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo musza szanować ustawę zasadniczą” – stwierdził Macierewicz. Można by zapytać – i kto to mówi?!

Mowa marszałka seniora wywołała falę komentarzy. – „Wystąpienie Macierewicza było bardzo polityczne, agresywne i wykluczające” – stwierdził szef PO Grzegorz Schetyna. A poseł Borys Budka dodał: – „To jakby Nergal próbował wykładać Pismo Święte. Jeżeli ktoś potrafi wyciągnąć trzy artykuły i na nich budować narrację, a wcześniej wielokrotnie, razem z kolegami, koleżankami, łamał tę Konstytucję w zeszłej kadencji, no to jest chichot historii”.  – „Przemówienie marszałka seniora Antoniego Macierewiczem nie było przemówieniem, które by cokolwiek łagodziło. Ja i mój klub patrzyliśmy na nie z niesmakiem – powiedział szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Pisowski paradygmat Republiki Bananasiowej: kraść póki u koryta

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną polską gospodarkę” – tłumaczy swoją decyzję premier. Ale politycy PiS mówią, że nic się tu nie zmienia: „To ludzie premiera, a nie MSZ wycofywali się z różnych decyzji bez konsultacji z innymi resortami. To oni odkręcali ustawę o IPN, by zażegnać konflikt z USA i Izraelem, albo wycofywali się z reformy sądownictwa”

Tymczasem nowe rozdanie rządowe nadwyrężyło pozycję byłej premier Szydło, bo stołek stracił jej zaufany ministra środowiska Henryk Kowalczyk.

Najgorzej na obecnych przetasowaniach wyszedł natomiast ważny przeciwnik Morawieckiego – Zbigniew Ziobro. „Przelicytował, gdy jego ludzie publicznie żądali zmiany premiera albo gdy chciał być wicepremierem” – ocenia polityk prawicy. Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a kojarzony z nim Michał Woś jednym z dwóch ministrów środowiska. „Woś dostaje Lasy Państwowe, a to kasa i struktury w całym kraju, ale poza Lasami jest sporo ważniejszych obszarów” – ocenia w rozmowie z Wyborczą poseł PiS.

Wpływy zachował Jarosław Gowin. Pozostaje wicepremierem i ministrem nauki, a jego współpracowniczka Jadwiga Emilewicz obejmie Ministerstwo Rozwoju wzbogacone o turystykę i budownictwo. „Nie wiem, czy to takie wzmocnienie, w końcu te mieszkania trzeba będzie budować. To taki krowi placek na srebrnej tacy” – uważa poseł PiS.

Swoją pozycję wzmocni natomiast Jacek Sasin, stając na czele ministerstwa z nadzorem na spółkami skarbu państwa. Z założenia ma być dla Ziobry i premiera rozjemcą w walce o spółki.

Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona. Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.

PANI EMILEWICZ ZYSKAŁA NOWE KOMPETENCJE I BĘDZIE MIAŁA SPORO DO POWIEDZENIA W RZĄDZIE, A WIADOMO, ŻE NIE ZAWSZE BYŁA Z TYCH GRZECZNYCH.

Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od 2 miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

PIS PRZYGOTOWUJE SIĘ KŁOPOTY Z UE, JEŚLI CHODZI O SPRAWY KLIMATYCZNE I OCHRONĘ ŚRODOWISKA.

Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?
Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera. Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?
Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to

DALIBY ELEKTORATOWI SYGNAŁ, ŻE SĄ NIEPOWAŻNI.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?
Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Prezydent Andrzej Duda pomimo przysługujących mu uprawnień nie zrealizował ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”, a wręcz wspierał działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju – pisze o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

“Polskie sprawy najważniejsze musimy prowadzić razem i bez oglądania się na podziały i na różne wizje w szczegółach” – mówił 11 listopada na pl. Piłsudskiego prezydent Andrzej Duda. Ten łagodny ton to element rozpoczętej już przez niego kampanii przed wyborami prezydenckimi w maju 2020 roku.

OKO.press relacjonując wystąpienie przypomniało jednak, że jego prezydentura była na usługach rządzącej partii w dziele destrukcji ustroju demokratycznego państwa polskiego. To nie były „różne wizje w szczegółach”, a łamanie Konstytucji i praw obywateli.

Przedstawiamy autorską analizę konstytucjonalisty dr. hab. Ryszarda Balickiego. Zdaniem redakcji OKO.press świetnie ukazuje jak dalece posunął się Andrzej Duda w sprzeniewierzeniu się swojej prezydenckiej przysiędze. Warto oceniać jego dzisiejsze deklaracje również z tego punktu widzenia.


Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski.

Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena.

Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe.

Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów.

W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.   

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji.

W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że

wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP,

a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz

pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…    

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi…

„dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych!

Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami prokuratorskimi.

Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych (trudno dostępnych w obecnych czasach).

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony.

Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze!

Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewieluNiech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

Tekturowy czołg Lotnej Brygady Opozycji stoczył 10 listopada bitwę z przywódcami republiki banasiowej. Wzmożony Błaszczak zgłasza przestępstwo znieważenia żołnierzy. Czołgista, który prowadził czołg na swym wózku inwalidzkim, liczy na proces. Chciałby wygarnąć PiS o oligarchii państwa. Sienkiewiczowi nie podoba się happening, a Niemczykowi – Sienkiewicz

„Tzw. happening KOD-u pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego” – zagrzmiał na twitterze 11 listopada minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.

W ten sposób pierwszy obrońca Rzeczpospolitej zareagował na kolejną akcję grupy aktywistów, którą „Gazeta Polska” nazwała Lotną Brygadą KOD demaskując ich niecne zamiary podczas wyborów samorządowych 2018 roku. Jeździli na spotkania wyborcze kandydatów PiS, zadawali trudne pytania i w ogóle nie zachowywali się jak należy. Od tego zaczęli.

Lotna Brygada Opozycji (z wdzięcznością przyjęli to przezwisko „Gazety Polskiej”) szczególnie uaktywniła się po aferze z Marianem Banasiem. Najsłynniejszą ich akcją (ponad 1,5 mln wyświetleń) było wejście „Pracowni Architektury Wnętrz LUPANAR” do siedziby NIK w Warszawie. Wtaszczyli drabinę, abażur, zegar, czerwone zasłony i materace i oświadczyli, że przyszli urządzić „pokoje na godziny”. Powtarzali  portierom: „Pan zadzwoni do Banasia”, cytując obwieszonego złotem „biznesmena”, który urzędował w kamienicy Banasia.

10 listopada 2019 roku Lotna Brygada Opozycji (dalej LBO) przystąpiła do kolejnego ataku na pozycje „banasiowców” okupujących Plac Piłsudskiego, gdzie – pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego – trwały „społeczne obchody w przededniu Narodowego Święta Niepodległości z udziałem Jarosława Kaczyńskiego”.

Jako ludzie honoru wezwali czołówkę PiS przez magefon:

„Republika banasiowa, poddajcie się, jesteście otoczeni!”.

Całą akcję dokumentuje filmik ze strony LBO Wolne Media.

Nieco inna jest relacja filmowa Roberta Kowalskiego na stronie OKO.press, która opowiada równolegle o siłach LBO i o uroczystości „banasiowców” pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Akcja LBO zakończyła się pełnym sukcesem, może dlatego, że po raz pierwszy Brygada użyła broni pancernej w postaci czołgu. Prowadził go przybyły ze wsparciem z Górnego Śląska Leszek Piątkowski (rozmowa – dalej).

Czołg ozdobiony był napisem „Gdzie jest wrak?”, podobnie jak płaszcze żeńskiej piechoty, która atakowała pod jego osłoną.

Sienkiewicz oburzony jak Błaszczak, a Niemczyk oburzony na Sienkiewicza

Na szturm LBO kategorycznie zareagował poseł PO Bartłomiej Sienkiewicz, przez rok (2013-2014) minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, którego piękną karierę przerwała akcja kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” (a dokładniej publikacja taśm z podsłuchanych rozmów). Za komuny – aktywista-pacyfista i sygnatariusz oświadczenia ruchu Wolność i Pokój z 1988 roku.

Ton Sienkiewicza z kolei nie spodobał się Piotrowi Niemczykowi, koledze jeszcze z ruchu Wolność i Pokój. Mówi OKO.press: „Wypowiedź Bartłomieja Sienkiewicza wydaje mi się skandaliczna. Nie może być tak, że demokratyczny polityk, w dodatku współzałożyciel naszego Ruchu Wolność i Pokój,

nie rozumie na czym naprawdę polega godność żołnierza i nie widzi, jak absurdalne jest to, że broni jej ta operetkowa formacja, którą reprezentuje minister Błaszczak.

To przecież władza PiS manipuluje żołnierskim honorem. Pułkownicy Wojska Polskiego salutowali Bartłomiejowi Misiewiczowi, a policjanci Błaszczaka – jako ministra spraw wewnętrznych – cięli tekturę na konfetti, by sypać je z helikoptera na wiceministra Jarosława Zielińskiego.

Pomysł Błaszczaka, by stawiać kryminalny zarzut za ten zabawny i inteligentny happening obywatelski, zasługuje po prostu na wyśmianie. Moralne oburzenie Sienkiewicza jest jakimś nieporozumieniem.

Takie przecież były tradycje ruchu Wolność i Pokój – wolność wypowiedzi, wolność żartu z każdej nadętej, tekturowej władzy”.

Leszek Piątkowski, kierowca czołgu: Atakujemy republikę banasiową

Piotr Pacewicz, OKO.press: Czy to pan kierował czołgiem na Placu Piłsudskiego?

Leszek Piątkowski: Muszę potwierdzić. Tak, to ja. Zamiast gąsienic użyłem kół mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Obawiam się, że może dojść do konfiskaty narzędzia zbrodni.

Minister Błaszczak groźnie się nadął i zapowiedział zgłoszenie całej akcji do prokuratury za znieważenie honoru żołnierzy Wojska Polskiego.

To bzdury, jakie wymyśla sobie oligarchiczne państwo. Naruszyłem dumę czy honor jakiegoś żołnierza? Co za bzdura.

Cel naszej półtoragodzinnej akcji nie miał nic wspólnego z żołnierzami, ale z obnażeniem państwa z takiej tektury, z jakiej zrobiliśmy mój czołg.

Nie chcieli nas wpuścić na plac dostępny przecież dla obywateli, słychać nawet na filmiku szepty „Nie wpuszczajcie ich”. Ja wiem na czym polega i zniewaga, i cierpienie, i zapewniam pana, że na czym innym niż żartowanie z władzy.

Pan od dawna należy do brygady Ulica i Zagranica, batalion Ulica? Miał Pan jakieś doświadczenia teatralne czy parateatralne?

Nie. Miesiąc temu przyjechałem do znajomego z Warszawy, żeby zobaczyć, na czym polega życie opozycji ulicznej. I zobaczyłem podczas miesięcznicy 10 października 2019.

A to pan, mieliśmy filmik z tej sceny (tu można go zobaczyć na OKO.press). Twierdził pan, że policja nie pozwala się panu wysikać, czemu funkcjonariusze zaprzeczali ze śmiertelną powagą. To była 114. miesięcznica. O, tu jest zdjęcie z nierównej walki miesiąc temu. Pięciu na jednego, a pan bez czołgu.

Najpierw mieliśmy pomysł, by czołg nazwać „Pancerny Marian” [tak ponoć nazywany był w kręgach PiS Marian Banaś – red.], ale uznaliśmy, że to byłoby zbyt dosłowne.

Tak czy inaczej, atakujemy republikę banasiową, czyli państwo oligarchiczne. Stanowisko najwyższej funkcji kontrolnej obejmuje człowiek, który robi podejrzane interesy z podejrzanymi ludźmi i ma podejrzany majątek, z którego nie potrafi się rozliczyć. No ludzie kochani! Dlatego podczas  115. miesięcznicy zaatakowaliśmy republikę banasiową całą siłą Lotnej Brygady Opozycji i serią pocisków z lufy mego czołgu.

Poruszając się po placu zbliżyliśmy się do Grobu Nieznanego Żołnierza, przechodziła akurat warta honorowa, ale na litość Boską, co z tego?

Tak bardziej serio. Pomyślałem sobie, że warto wziąć udział w takim happeningu, by

zainteresować szerszą opinię publiczną sprawą z mojej miejscowości Pszów na Górnym Śląsku, gdzie od lat walczę w miesięczniku „Pszowik” z lokalnym układem oligarchicznym.

Miejscowy biznesmen pod płaszczykiem budowy parku rekreacji i wypoczynku zatruwa okolicę odpadami z hałdy, które wywozi, w sumie już 3 mln ton. Poniszczył drogi, mieszkańcy protestują od pół roku, ale urzędnicy nadzoru budowlanego nie reagują, prokuratura rejonowa nie reaguje. Mam nadzieję, że teraz, gdy stanę się znany, ktoś się tym zajmie.

A jeśli minister obrony doprowadzi do procesu?

Och, byłbym szczęśliwy. Można by pokazać jak działa państwo z tektury, takiej jak mój czołg. Które toleruje układy oligarchiczne, bo tektury nikt się nie boi.

Znieważenie? Ale kogo? I przecież nie było intencji!

Nie jest jasne, na czym polegałoby tu „znieważenie żołnierzy”, które zarzuca LBO minister Błaszczak.

Znieważenie, zgodnie z art. 216 KK, należy do przestępstw, które nie musi doprowadzić do skutku, może zostać popełnione wyłącznie przez działanie. Ale podstawowym wymogiem jest fakt, że

sprawca działał umyślnie (świadomie). Sprawcą znieważenia jest ten, kto chce znieważyć i przewidując, że jego zachowanie może mieć taki charakter, godzi się na to.

Nie wystarczy więc, że poczuł zniewagę,w  dodatku nie swoją, minister obrony narodowej.

Podobne są warunki znieważenia funkcjonariusza publicznego „podczas i w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych” (art. 226 kodeksu karnego ).

Może się to stosować do żołnierzy (tylko nie wiadomo których), bo zgodnie z art. 115 kodeksu karnego funkcjonariuszem jest także „osoba pełniąca czynną służbę wojskową, z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie” (a także Błaszczak jako minister).

Ponieważ nic nie wskazuje, by LBO działał z zamiarem znieważenia żołnierza czy żołnierzy, trudno uznać, by kogokolwiek znieważył.
Zwłaszcza, że użył formy politycznego happeningu, maskarady, złośliwej, prześmiewczej formy artystyczno-politycznej; w PRL specjalizowała się w takich akcjach Pomarańczowa Alternatywa, ale ówcześni przedstawiciele władzy też nie mieli poczucia humoru.

Znieważenia się zdarzają. Prokuratura postawiła  dziennikarzowi „Wyborczej” zarzut znieważenia 31 marca 2017 konkretnego żołnierza Żandarmerii Wojskowej podczas awantury z przejazdem rządowych limuzyn, ale dziennikarz użył „gestu uznanego powszechnie za obelżywy” (inna rzecz czy miał rację, sąd sprawę warunkowo umorzył).

A może znieważenie grobu? Ale tego już w prawie nie ma

Niektóre działania zbrojne LBO toczyły się blisko Grobu Nieznanego Żołnierza, więc może Błaszczak ma na myśli żołnierzy zmarłych, czyli żołnierski (symboliczny) grób.

Art. 262 kodeksu karnego rozumie znieważanie zwłok dosłownie, np. ograbianie i przewiduje karę więzienia nawet do 8 lat!

Specjalistka tematu prof. Marta Mozgawa-Saj wspomina w pokazanej niżej pracy, że po drugiej wojnie istniało przestępstwo znieważenia grobu żołnierza Wojska Polskiego, ale wraz z nastaniem trwalszego pokoju, zostało wycofane.

„W okresie tuż powojennym obowiązywał dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (tzw. m.k.k.), który w art. 26 przewidywał

karę więzienia do lat 5 lub aresztu za znieważanie lub uszkadzanie zwłok bądź miejsca spoczynku żołnierza Wojska Polskiego lub sprzymierzonego albo osoby, która padła ofiarą zbrodniczych działań faszystowskich.

W art. 27 przewidziany był typ kwalifikowany (w stosunku do art. 25[2]i 26), gdy sprawca czynu działał w okolicznościach szczególnie obciążających) zagrożony karą więzienia do lat 10.

LBO liczyła brakujące głosy PiS-owi

Gdy PiS zgłosił protesty wyborcze do Senatu 2019 i miał nadzieję na powtarzanie liczenia głosów, LBO wyciągnęła pomocną dłoń w akcji „Liczymy głosy”. Grupa kilkunastu osób z białymi workami przeszła przez miasto aż pod siedzibę PiS. Zatrzymywani przez policję i ochroniarzy tłumaczą:

„My do prezesa. Głosów brakuje, to je przynieśliśmy. Wszystko z panią Basią umówione”.

Składają worki i oferują, że w razie czego są też gotowi dostarczyć dublerów dla niepewnych senatorów.

Akcji było dużo więcej. Dwu, trzyminutowe filmik są coraz dowcipniejsze, sprawnie montowane, do tego prześmieszne dialogi, dobra muzyka, czasem jak w starym kinie.

Jeszcze jeden przykład – zgłosili się z gotowością urządzenia wyprowadzki marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu. Na razie bezskutecznie, ale Brygada jest nieustępliwa.

Jak informował portal NaTemat w czerwcu 2018 , wśród organizacji, których aktywiści zaczęli jeździć na spotkania wyborcze kandydatów PiS w 2018 roku były m.in.

  • Grupa Akcja Częstochowa,
  • Grupa Błysk Budzik,
  • KOD,
  • Młodzi Demokraci Radom,
  • Obywatele GW 66-400,
  • Obywatele RP,
  • Obywatele RP Kalisz,
  • Obywatele RP Łódź,
  • Obywatele Solidarni w Akcji,
  • ODnowa,
  • Podwórko Demokracji Morąg,
  • proDemokratyczni,
  • Przystań OKO,
  • Radomianie dla Demokracji,
  • Rebelianty Podkarpackie,
  • Warszawski Strajk Kobiet,
  • WRD.

„Wszystkie one są zazwyczaj stowarzyszeniami, część należała wcześniej do KOD. „Lotna Brygada Opozycji” jak nazwała nas „Gazeta Polska”, a nam się to podoba, jest grupą, która działa ponad podziałami” – tłumaczyła  naTemat Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu skwerwolności.eu.

Cały esej tutaj >>>

Święty Bałwan. Tak PiS ustanowił swego boga, Jarosława Kaczyńskiego

Myślę, że największe zniszczenia na przestrzeni ostatnich lat dokonały się w tkance mentalnej społeczeństwa. Niszczenie norm, autorytetów, prawa, przyzwoitości pozostawia po sobie truciznę wpuszczoną w umysły i sumienia. Truciznę, którą niezwykle trudno jest później usunąć i bardzo długo to trwa – pisze Krzysztof Łoziński

Czytałem dość dawno opowiadanie, niestety nie pamiętam autora, które zrobiło na mnie duże wrażenie. Bohater budzi się rano ze świadomością, że coś się stało – umarł Bóg. Ja nie jestem wierzący, nie o to chodzi. To pewna przenośnia. Umarł Bóg, czyli przestały obowiązywać normy. Normy wszystkie, moralne, prawne, prawa fizyki, logika, matematyka…

W PIERWSZEJ CHWILI NIC NIE WIDAĆ, ALE NAGLE SAMOCHODY RUSZAJĄ NA CZERWONYM ŚWIETLE, OD BUDYNKÓW ZACZYNAJĄ ODPADAĆ GZYMSY, RANNYM NIKT NIE UDZIELA POMOCY, KAŻDY ZEGAR POKAZUJE INNĄ GODZINĘ, GOTUJE SIĘ ZIMNA WODA… ŚWIAT SIĘ PO PROSTU ROZPADA.

Dlaczego to wspominam? Dlatego, że powoli zaczynamy żyć w podobnej sytuacji. Dawno już opisano fakt, że przykład, jaki daje państwo, nieświadomie zaczyna być przez społeczeństwo przyjmowany jako wzorzec. To nie przypadek, że gdy państwo staje się brutalne, to i stosunki społeczne też takie się stają. Gdy państwo wprowadza karę śmierci i zaczyna ją stosować, najczęściej rośnie liczba zabójstw. Pozornie powinno być odwrotnie, ale nie jest. Państwo daje sygnał, że odebranie komuś życia jest rozwiązaniem, coś załatwia.

Jeżeli państwo poniewiera sędziów i nie wykonuje wyroków, to czemu ja mam je wykonywać? Jeżeli państwo poniewiera ludzi wykształconych i kulturalnych, to i każdy tak może. Mamy to, co już się dzieje. Obserwujemy to na Facebooku i na ulicy.

LUDZIE ODNOSZĄ SIĘ DO SIEBIE BEZ SZACUNKU. I TO DO WSZYSTKICH. NIE LICZY SIĘ ŻADNA POZYCJA ROZMÓWCY, JEGO WIEK, WYKSZTAŁCENIE, DOKONANIA. ROZMOWA JEST W STYLU: „TE, REKTOR, CO TY TAM WIESZ?”. ALBO „TE, PAPIEŻ, NO WEŹ SIĘ POSUŃ”.

No jasne – wszyscy ludzie są równi. Tylko że normalnie są równi wobec prawa, a tu są równi dosłownie – każdy może każdemu naubliżać. Każdy może kwestionować czyjąś wiedzę, dorobek, uczciwość.

To bardzo źle rozumiana równość, równość rozumiana jako jednakowość. Urawniłowka sprowadzająca wszystkich na poziom zero. Na zero moralne, intelektualne, każde. Tylko zastanówmy się, czy nam z tym dobrze.

Obserwuję ten narastający rozpad norm z niepokojem, bo jest coraz gorzej. Uświadommy sobie, że to nie jest tylko u „onych”, u „naszych” też.

LEKCEWAŻENIE NORM PRAWNYCH I MORALNYCH PRZEZ RZĄDZĄCYCH SPŁYWA NA DÓŁ. POJAWIA SIĘ POKUSA, ŻE MOŻE BY TAK… NORMA MÓWI, ŻE KADENCJA TO OKRES, W KTÓRYM NIE MOŻNA KOGOŚ ODWOŁAĆ, ALE… ALE MOŻE „ZNAJDZIEMY SPOSOBA”.

No bo przecież ta norma przeszkadza, no bo sytuacja jest wyjątkowa, no bo jest jeszcze ludowa sprawiedliwość. A przecież „sprawiedliwość jest ważniejsza, niż prawo”. Zaraz, zaraz, gdzieś to już słyszeliśmy… Adolf Hitler, „Main Kampf”, no ale przecież my w dobrej sprawie. Że co? Że on też uważał, że w dobrej sprawie? No ale on źle uważał, a my…

No tak, kraść nie wolno, ale jak nikt nie widzi… Prawda jest prawdą, ale jak się ją trochę nagnie, to co to szkodzi…?

AUTORYTET ZASTĘPUJE SIĘ KULTEM. JAKIŚ TAM BARTOSZEWSKI, JAKIŚ TAM MAZOWIECKI, JAKAŚ TAM TOKARCZUK. A Z DRUGIEJ STRONY BÓSTWO, JAROSŁAW ZBAWICIEL, AŻ ŚWIATŁOŚĆ OD NIEGO BIJE, A STALIN BYŁ „BATIUSZKA”, „OJCIEC NARODU”, „WIELKI UCZONY”. KIM IL SUN (KIM IR SEN) TO ZNACZY KIM „BYĆ SŁOŃCEM”, KIM DŻONG IL TO ZNACZY KIM „PO PROSTU SŁOŃCE”.

Tu nie chodzi o tytuły. Chodzi o to, że wielcy mądrzy ludzie mogą być lekceważeni, poniewierani, wybuczani, postponowani. Wódz jest uwielbiany. Gdy zniszczono autorytet wiedzy, nauki, kultury, sztuki, norm moralnych, pojawia się nowy wzorzec, kult wodza. Świętego Graala zastąpił Święty Bałwan. Bałwan w znaczeniu bożka. Nasza nowa „krynica mądrości” może kraść, kłamać, ubliżać, bekać, wszystko może, a i tak jest święta.

Prawo jest szalenie ważne. To system operacyjny państwa. Ale elity, autorytety to druga część tego systemu. Elity i autorytety tworzą normy. Wyznaczają normy. Tworzą jakby regulamin naszych codziennych ruchów, wyborów, decyzji. Bez prawa i norm zaczyna być tak, jak w tym opowiadaniu, które wspomniałem na początku. Wszystko się rozpada.

ZOBACZMY, GDZIE JESTEŚMY. CO SIĘ DZIEJE W INTERNECIE I NA CO DZIEŃ MIĘDZY NAMI. WSZYSTKO MOŻNA PODWAŻYĆ, KAŻDEGO MOŻNA OBRAZIĆ, DO NIKOGO NIE MOŻNA MIEĆ ZAUFANIA. WSZYSTKO MOŻNA ZAŁATWIĆ, JAK SIĘ MA „CHODY”. WSZYSTKO MOŻNA PRZEGŁOSOWAĆ, GDY SIĘ ZBIERZE ODPOWIEDNIĄ „KUPĘ”. NIE LICZĄ SIĘ NORMY I PRZYZWOITOŚĆ, TYLKO TO, CZY MA SIĘ ODPOWIEDNIO DUŻĄ „KUPĘ” SWOICH.

Kochani, zobaczmy, gdzie jesteśmy. Nie tylko niszczone jest państwo. My się zaczynamy rozpadać jako społeczeństwo. Przestajemy być wspólnotą połączoną normami, a zaczynamy być zbiorem walczących jednostek. Co najwyżej łączących się w odpowiednie „kupy” do załatwienia czegoś.

Pora otrzeźwieć.

Przepowiednia się sprawdziła.

Ale… Czy naprawdę tacy jesteśmy? Nie? To dlaczego takich wybieramy!!!

Mateusz Morawiecki ostatnio bardzo udziela się na swoim profilu facebookowym. Tym razem premier odniósł się do niedawnej 30 rocznicy obalenia Muru Berlińskiego.

„To Solidarność rozpoczęła podkopywać mur, także Berliński Mur, który runął. Niestety, kiedy w Polsce elity polityczne nawzajem sobie gratulowały grubej kreski i „rewolucji bez rewolucji”, to w Niemczech trwał proces dekomunizacji. W dawnym NRD zwolniono około 70 procent prokuratorów i sędziów z czasów komunistycznych. U nas pozostawiono niemal wszystkich” – napisał Morawiecki.

Na tym jednak nie poprzestał. – „Dziś, po latach, wiadomo jak bardzo przydała się Niemcom weryfikacja komunistycznego aparatu wymiaru sprawiedliwości. U źródeł innej drogi III RP stało przyzwolenie na silną i rosnącą w pierwszej dekadzie wolnej Polski rolę postkomunistów. Tych samych, którym dziś zdarza się pouczać naród w kwestiach demokracji” – dodał premier.

Wpis Morawieckiego wywołał falę komentarzy w internecie. – „Mocne słowa o Piotrowiczu i Pawłowicz!”; – „Swoi postkomuniści go nie ruszają”; – „Dlatego twarzą prowadzonych przez PiS reform jest były komunistyczny prokurator Piotrowicz, śmieszni jesteście”; – „A sami tymczasem wstawiają do TK prokuratora z PRL Pana Piotrowicza”; – „Taka otwarta krytyka PiS i jego członków? Czy prezes wyraził na to zgodę?” – pisali internauci.

Część z nich kpiła: – „30 rocznica obalenia Muru Berlińskiego. Czy Morawiecki poinformował już, który odcinek muru demontował?”; – „Mateusza nie widziałam, ale on pewnie jakimś kilofem wówczas torował drogę dla mieszkańców Berlina Wsch. Był na pierwszej linii, a berlińczycy wyli z zachwytu i skandowali: Mateusz, Mateusz”.

Jak informuje lokalny portal z Suchej Beskidzkiej, młodzież z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie napisała list do dyrekcji szkoły i kurii krakowskiej w sprawie prowadzenia lekcji religii przez proboszcza z parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Skarżyli się m.in., że ksiądz jest nietolerancyjny, miał szydzić z uczniów, komentować życie prywatne uczennic.

– „Młodzież miała wymienić m.in. to, że ksiądz przekazuje im wiedzę „nierzetelną i sprzeczną z faktami naukowymi”. Tu jako przykład podają krytykę i wyśmiewanie przez katechetę pomysłu przeprowadzenia w szkole „Strajku klimatycznego”. Katecheta miał powiedzieć, że w jego trakcie najbardziej zaszkodziła planecie farba w sprayu, której użyto do pisania haseł na transparentach strajkujących” – czytamy na stronie portalu.

Licealiści napisali również, że zdaniem księdza proboszcza to nie zdrada jest grzechem, ale przyznanie się do niej, a tym samym doprowadzenie do cięższego grzechu, jakim jest rozwód. Ponadto katecheta miał wykazywać się całkowitym brakiem szacunku wobec uczniów i publicznie komentować ich życie prywatne.

Proboszcz Wiesław Popielarczyk – bo o nim mowa – sam zrezygnował. Zaprzecza przedstawionym zarzutom i twierdzi, że bardzo lubi kontakt z młodzieżą.

Sąd Okręgowy w Krakowie nakazał „Prokuraturze Regionalnej w Krakowie wstrzymanie delegowania powoda Mariusza Krasonia do wykonywania czynności w Prokuraturze Rejonowej dla Wrocławia-Krzyki Zachód we Wrocławiu na czas trwania postępowania w sprawie„. Oznacza to, że na czas trwania procesu Krasonia z jego najwyższymi przełożonymi ma on natychmiast wrócić do pracy w Krakowie.

Przypomnijmy, sprawa dotyczy lipcowej decyzji zastępcy Ziobry prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego, który wysłał Krasonia do pracy oddalonej o blisko 300 km od miejsca zamieszkania. Dla prokuratora Mariusza Krasonia była to prawdziwa tragedia, bo sam opiekuje się ciężko chorymi rodzicami. – „Mama ma stwierdzoną przez ZUS niepełnosprawność i niezdolność do samodzielnej egzystencji. Jest po neurologicznej operacji kręgosłupa, choruje także na cukrzycę. Ojciec nie jest w stanie zapewnić żonie opieki, bo sam jej wymaga z powodu licznych schorzeń, przeszedł parę operacji, terapię radiologiczną, jest pod stałą opieką onkologów. Oboje rodzice muszą regularnie stawiać się na badaniach” – mówił reporterom TVN 24 Krasoń.

Czym Mariusz Krasoń zasłużył sobie na takie „wyróżnienie” ze strony pierwszego zastępcy prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry? Najprawdopodobniej Krasonia ukarano za obronę niezależności sądów.

Ponadto w maju tego roku na posiedzeniu Zgromadzenia Prokuratorów w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, Krasoń przedstawił projekt uchwały, w której śledczy pisali m.in. o zagrożeniach niezależności prokuratury, o wywieranych naciskach.

Otwarcie mówił o złym traktowaniu pracowników i łamaniu przepisów w celu wpływania na decyzję prokuratorów. – „Prokurator Mariusz Krasoń wskazał, iż znane mu są przypadki wydawania poleceń dokonania pewnych czynności z pominięciem bezpośrednich przełożonych lub prokuratorów nadrzędnych. […] Uchwała Krasonia mocno zdenerwowała ministra sprawiedliwości, który zarzucił krakowskim prokuratorom nieznajomość prawa. Następnie rzecznik dyscyplinarny wszczął postępowanie wyjaśniające i zaczął przesłuchiwać prokuratorów z Krakowa w sprawie punktu mówiącego o ograniczaniu niezależności śledczych” – opowiadał TVN 24 jeden z prokuratorów.

Oficjalnie stanowisko Prokuratury Krajowej w sprawie przeniesienia Krasonia mówi o konieczności podniesienia efektywności pracy wrocławskiej prokuratury. – „Decyzja o tymczasowej delegacji do jednostki prokuratury we Wrocławiu była podyktowana potrzebą zapewnienia efektywności pracy tamtejszej prokuratury i ma na celu optymalizację dynamiki prowadzonych tam śledztw” – twierdziła rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Sprawa chłopca zatrzymanego przez księży w Bełchatowie za wyjęcie hostii z ust jest złym prognostykiem dla katolicyzmu w naszym kraju.

Przypadek chłopca z Bełchatowa, zatrzymanego przez księży za wyjęcie hostii z ust, demaskuje prawdziwą naturę stosunków między Kościołem a społeczeństwem polskim. Nieprawdziwa jest bowiem idealistyczna wizja Kościoła jako wspólnoty wiernych, w myśl której Kościół to po prostu wszyscy ludzie wyznający wiarę katolicką i uznający władzę Watykanu i Episkopatu. Na początku XXI wieku Kościół w Polsce to instytucja odrębna od społeczeństwa, a stosunki między nią a ogółem obywateli, także wiernych, cechują się napięciem, nieufnością, by nie rzec – wrogością.

Przypomnijmy, co się stało w Bełchatowie. 13-letni chłopiec po przyjęciu komunii wyjął hostię z ust i włożył do kieszeni. Ksiądz to zauważył, schwytał dziecko i zamknął je w zakrystii, a następnie wezwał policję. Takie potraktowanie małego chłopca – zastraszenie go, sterroryzowanie i bezprawne uwięzienie – wywołało oczywiście skandal i powszechne oburzenie.

Kościół jednak, zamiast się pokajać, stanął w obronie kapłanów – Episkopat wydał oświadczenie podkreślające, jaką świętością jest hostia, co trudno odczytywać inaczej niż jako rozgrzeszenie bełchatowskich duchownych. Sterroryzowali 13-letnie dziecko, bo zdaniem biskupów bronili zagrożonej świętości.

Czy rzeczywiście była ona zagrożona? Ksiądz z Bełchatowa mówi, że chłopiec „wypluł” hostię i że stało się to bezpośrednio przed Halloween, co wskazywało na zamiar zbezczeszczenia jej. Dzieciak zaś tłumaczył, że nie „wypluł”, tylko wyjął z ust i włożył do kieszeni, bo go bolał ząb.

Krytycy Kościoła widzą w zachowaniu bełchatowskich duchownych manifestację buty i pogardy dla praw jednostki. Oburzenie budzi też symbioza Kościoła i państwa – księża, by wymusić posłuch i szacunek dla katolickich rytuałów, wzywają państwową policję, a ta karnie stawia się na żądanie. W dodatku ofiarą tej przemocy kościelno-państwowej pada 13-letnie dziecko, najwyraźniej przebywające w świątyni bez dorosłego opiekuna, który mógłby stanąć w jego obronie i uchronić je przed terrorem.

Taka interpretacja bełchatowskiego incydentu jest uprawniona. Wejdźmy też jednak w rolę adwokata diabła i spróbujmy zrozumieć, co myśleli i co czuli zatrzymujący chłopca księża. Jakie były ich intencje i motywacje? Wątpliwe wydaje się bowiem, że po prostu chcieli go zastraszyć i siłą wymusić posłuch. Ich opowieści o hostii wyplutej i schowanej w przeddzień Halloween wskazują raczej na paranoiczny, wyolbrzymiony strach przed potężnymi siłami zła, czającymi się we współczesnym świecie, które osaczają ich ze wszystkich stron. W tej wizji Kościół jest oblężoną samotną twierdzą, atakowaną przez nieprzeliczone zastępy demonów, takich jak geje i lesbijki, feministki i heavy metalowcy, szczerzące się dynie, kolorowe skarpetki zakładane przez uczniów w Tęczowy Piątek, kotek Hello Kitty, Harry Potter, zły Dżender, no i ma się rozumieć – Jurek Owsiak.

Brzmi to humorystycznie, ale chyba naprawdę wielu kapłanów nosi w głowach taką wizję rzeczywistości. Dla osoby postronnej świat paranoika zawsze jawi się jako karykatura. Sam paranoik jednak jest święcie przekonany, że ta karykatura to prawda. I dlatego się boi, wprost umiera ze strachu. W samoobronie przed urojonym atakiem gotów jest do czynów desperackich, takich choćby jak sterroryzowanie 13-letniego dziecka, które wyjęło opłatek z ust. „Fear, she’s the mother of Violence” – śpiewał Peter Gabriel. Strach jest matką przemocy.

Mądrzy hierarchowie mogliby ten strach rozładować, klarując przerażonym kapłanom, że świat współczesny nie sprzysiągł się przeciw religii. Że kultura masowa nie jest wymierzona w Jezusa. I że wzywanie policji i zamykanie wiernych w zakrystii nie jest najlepszym sposobem głoszenia Dobrej Nowiny.

Sęk w tym, że takich mądrych hierarchów w dzisiejszym Kościele polskim jest jak na lekarstwo, a ich głos ginie w chórze biskupów pokroju Sławoja Leszka Głódzia czy Marka Jędraszewskiego. Obserwując poziom nauczania w seminariach duchownych i intelektualny format ich absolwentów, wydaje się wątpliwe, by sytuacja mogła się poprawić w przyszłości. Zła to wróżba dla katolicyzmu w Polsce.

Morawiecki upokorzony

„Kryzys polityczny wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności. Kandydatem powinien być więc ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem, będzie budował poparcie ponad połowy Polaków” – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Jurkiem Kuczkiewiczem z „Le Soir”. Wywiad publikuje „Gazeta Wyborcza”.

Tusk podkreślił, że jego bardzo wyraziste poglądy „nie są poglądami większościowymi w Polsce”. – „Poczynając od nieodpowiedzialnej polityki finansowej. Pomijam 500 plus, nikt już tego nie odbierze. Ale jak wiadomo, rząd PiS na tym nie poprzestał. I widać wyraźnie, że – na sposób południowoamerykański – on połączył to, co jest przyjemne, łatwe i atrakcyjne w lewicowej i prawicowej polityce. Wiadomo, że to się musi skończyć dramatem” – powiedział.

 „Dzisiaj mój pogląd nie jest dominujący” – przyznał Tusk, ale dodał: – „Przy czym jestem przekonany do swoich racji, będę ich bronił i o nie walczył, także w Polsce, bo uważam, że trzeba zrobić wszystko – oczywiście w ramach czystej gry – żeby wygrać wybory prezydenckie. Zawsze wolałem być na boisku aniżeli na trybunach. Ale teraz nie chodzi o to, żeby mieć satysfakcję, że się wzięło udział w walce. W tych okolicznościach trzeba spokojnie planować kilka najbliższych lat, aby zmaksymalizować szanse wygranej”.

Przewodniczący Rady Europejskiej wymienił cechy kandydata, na którego zagłosuje nadchodzących w wyborach. – „To powinien być prezydent na pierwszej linii frontu. Ale nie w imię interesów jednej czy drugiej partii, tylko w walce o ochronę Konstytucji, niezależnego sądownictwa, wolnych mediów. Tych rudymentów liberalnej demokracji. I takiego kandydata poprę, nawet jeśli w niektórych innych sprawach będzie miał inne poglądy niż ja” – powiedział.

Tusk zapytany, czy widzi osoby, które spełniają te warunki, odpowiedział: – „Tak, już się pojawili w debacie publicznej. Są tam nazwiska, które mają te przymioty. I mają szansę”.

„Odbieram tę nagrodę nie tyle w swoim imieniu, ale w imieniu polskiego społeczeństwa oraz wszystkich sędziów w Polsce, którzy mimo mowy nienawiści, ograniczania ich praw, niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sprawiedliwości stoją na straży rządów prawa, praworządności i praw człowieka” – powiedziała Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, którą uhonorowano Międzynarodową Nagrodą Demokracji Bonn.

Wyróżnienie przyznawane jest osobom lub organizacjom, które wnoszą wybitny wkład w sprawy demokracji i poszanowania praw człowieka. – „Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy przyznaliśmy Międzynarodową Nagrodę Demokracji, nawet we śnie nie pomyślelibyśmy, iż w roku 2019 będziemy musieli mówić o tym, jak zagrożone są nasze demokracje” – stwierdził podczas uroczystości wręczenia nagrody Ansgar Burghof, przewodniczący stowarzyszenia Internationaler Demokratiepreis Bonn.

Pierwsza Prezes SN podkreśliła, że jej sprzeciw oraz wielu innych sędziów skierowany jest „przeciwko tworzeniu przez tę władzę systemu, który wprawdzie opiera się na stanowionym prawie, ale faktycznie prowadzi do takiego ukształtowania wymiaru sprawiedliwości, w którym fundamentalne i przez lata niepodważalne zasady rządów prawa zostają ewidentnie naruszone. Przez ostatnie cztery lata doświadczyliśmy życia w ustroju, który można określić jako autorytaryzm wyborczy; za fasadą wolnych wyborów kryje się forma rządów prawem (rule by law), a nie rządów prawa (rule of law)”.

Prof. Gersdorf mówiła podczas uroczystości, co wydarzyło się w Polsce pod rządami PiS – o „rozpętanej za państwowe pieniądze bezprecedensowej w skali globu kampanii PR-owej przeciwko sędziom”, a także o próbach usuwania z SN najstarszych wiekiem sędziów „przedstawianych bez żadnego dowodu jako „komunistyczni oprawcy”. Przypomniała raport Komisji Weneckiej, która uznała zmiany w Polsce za „podważające demokrację, zasady rządów prawa”.

Dodała, że nie chodzi jej tylko o sytuację sędziów w Polsce. Podkreśliła wagę prawa jednostki do „niezależnego, niezawisłego i bezstronnego sądu”. – „Tak istotna ingerencja w wymiar sprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia w Polsce, stwarza ogromne ryzyko naruszenia praw człowieka” – podsumowała Pierwsza Prezes SN.

Wyróżnienie połączone jest z nagrodą pieniężną w wysokości 5 tys. euro. Prof. Gersdorf odmówiła przyjęcia pieniędzy.

W trakcie konferencji dotyczącej składu rządu prezes PiS Jarosław Kaczyński wymienił kilka słów z rzecznikiem Piotr Müllerem. Po chwili rzecznik zwrócił uwagę premierowi, że ten zapomniał wymienić nazwiska szefa MON. „Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać premiera w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – skomentował Cezary Tomczyk, poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz.

Premier Mateusz Morawiecki na wspólnej konferencji z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim zaprezentował skład nowego rządu.

Nowymi ministrami mają być: Jacek Sasin jako szef ministerstwa nadzoru właścicielskiego, jako szef resortu finansów – Tadeusz Kościński, jako szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej – Marlena Maląg. Ministrem środowiska ma zostać Michał Woś, dotychczasowy minister do spraw pomocy humanitarnej, a szefem resortu ds. klimatu – Michał Kurtyka. Szefową ministerstwa do spraw funduszy unijnych zostanie Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Pod koniec konferencji prezes PiS Jarosław Kaczyński zasygnalizował rzecznikowi rządu Piotrowi Müllerowi, że chce mu coś przekazać. Panowie po cichu wymienili ze sobą kilka słów. Gdy Mateusz Morawiecki skończył wypowiedź, Müller zwrócił uwagę premierowi.

– Panie premierze, jeszcze ministerstwo obrony narodowej pominęliśmy – powiedział rzecznik rządu, choć Mateusz Morawiecki wcześniej mówił o tym, kto obejmie ten resort.

– Wydaje mi się, że powiedziałem, ale na wszelki wypadek jeszcze: pan minister Mariusz Błaszczak, ministerstwo obrony narodowej. Dla pewności raz jeszcze to powtórzę

– zareagował Morawiecki.

„Szczyt upokorzenia”

„Dzisiejsze zachowanie rzecznika rządu RP Piotra Müllera było żenujące. Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać Premiera Mateusza Morawieckiego w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – tak tę sytuację skomentował na Twitterze poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz Cezary Tomczyk.

„Rzecznik rządu na polecenie prezesa partii poprawia i strofuje premiera rządu w trakcie wystąpienia na żywo. To jednak nowy standard” – napisał poseł PO Sławomir Nitras.

Po trzygodzinnej naradzie w siedzibie PiS przy Nowogrodzkiej premier Mateusz Morawiecki ogłosił skład nowego rządu. Większych niespodzianek nie ma.

Wicepremierami pozostają Jarosław Gowin i Piotr Gliński. Obaj zachowują też resorty, którymi wcześniej kierowali, czyli odpowiednio nauki i szkolnictwa wyższego oraz kultury i dziedzictwa narodowego.

Mariusz Błaszczak nadal ma kierować Ministerstwem Obrony Narodowej. Mariusz Kamiński ciągle będzie łączył stanowiska szefa MSWiA i koordynatora służb specjalnych, a Zbigniew Ziobro – ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Pojawiły się nowe ministerstwa. Jacek Sasin będzie teraz pilnował spółek Skarbu Państwa, bo PiS przywrócił resort, który 4 lata temu sam zlikwidował. Konrad Szymański został ministrem ds. europejskich. Jadwiga Emilewicz oprócz Ministerstwa Rozwoju będzie zajmować się budownictwem i turystyką.

Zmienił się minister finansów – zamiast Jerzego Kwiecińskiego będzie nim Tadeusz Kościński. Nowym szefem resortu środowiska – w miejsce Henryka Kowalczyka – został Michał Woś z partii Ziobry, ale z resortu wydzielono kwestie klimatu i tym zajmować się będzie nowy minister Michał Kurtyka. Reszta obsady ministerialnych tek pozostała bez zmian.

Donald Tusk w 2013 r. przeniósł połowę pieniędzy z OFE do ZUS i ludzie uwierzyli, że to była kradzież. Morawiecki, 6 lat później, robi to samo z drugą połową, pobierając 15% prowizji i ludzie sądzą, że PiS oddaje im pieniądze.

Przed nami obchody Święta Niepodległości. Dużo będzie się działo w całej Polsce, ale zapewne wzrok wszystkich będzie zwrócony na Marsz Niepodległości, który kolejny już raz zdominuje ten dzień.

Będzie msza, wspólny różaniec, oficjalne rozpoczęcie marszu przez szefa stowarzyszenia Roberta Bąkiewicza, przemówienia, okolicznościowe występy i imprezka wieńcząca dzieło na Błoniach Stadionu Narodowego. Nie udało mi się znaleźć żadnych szczegółów, więc nie wiem, czy w tym roku uczestnikami będą tylko polscy narodowcy, a nie jak dotychczas, kolesie z faszyzujących ugrupowań europejskich. Nie wiem też, jakie zespoły uświetnią narodowe obchody 11 Listopada, bo i tutaj cisza jak makiem zasiał. A może organizatorzy nas zaskoczą i na Błoniach wystąpią gwiazdy Disco Polo?  Staną przed tłumem dzielnych chłopców z racami i będą śpiewać, że „Wszyscy Polacy to jedna rodzina” czy też „Przez twe oczy zielone oszalałem”. Wiadomo, muzyka łagodzi obyczaje, więc fajnie byłoby, gdyby Marsz zakończył się taki optymistycznym, nie odwołującym się do archaicznego patriotyzmu, akcentem polskiej zgody narodowej.

Dwa lata temu brytyjski liberalno-lewicowy dziennik „The Independent” uznał marsz za jedno z najliczniejszych zgromadzeń faszystów i innej skrajnej prawicy w Europie, zwracając uwagę na publiczne głoszenie poglądów ksenofobicznych i supremacji rasy białej oraz na antysemickie korzenie części grup organizujących marsz. Jak będzie w tym roku trudno powiedzieć. Wprawdzie organizatorzy marszu od pewnego czasu starają się przekonać naród, że z faszyzmem i nazizmem nie mają nic wspólnego, jednak przyglądając się temu uważnie, nikt myślący nie da się nabrać na tę pozorną zmianę wizerunku. Fakt,  organizują różnego rodzaju akcje, ale… oddają cześć patriotyzmowi, który  ma się nijak do tego, współczesnego. Spotykają się z młodzieżą, wciskając jej tylko te elementy historii, którymi można łatwo dzieciaki zmanipulować. Dbają o groby, obnosząc się ze swoją miłością do Żołnierzy Wyklętych, nie bacząc na to, że niektórzy z nich na pamięć nie zasługują. Chełpią się przywiązaniem do zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, postrzegając to w kategoriach martyrologii, obnoszą się z symbolem Polski Walczącej, wykorzystując go do głoszenia często ostrych nacjonalistycznych poglądów.

Nie bądźmy naiwni. Wilki ziejące nienawiścią do każdego, kto innej wiary, rasy, narodowości czy orientacji seksualnej, nie zamienią się nagle w łagodne owieczki. Choćby nie wiem, jak się starali, jaki przekaz usiłowali puścić w naród polski, zawsze będą oddani ideologii, która budzi grozę.

Hasłem tegorocznego marszu będzie „Miej w opiece naród cały”, cytat z pieśni „Z dawna Polski Tyś Królową”. Według organizatorów to hasło jest bardzo na czasie, bo właśnie dzisiaj należy odwołać się do idei Kościoła Walczącego (tak na marginesie, czy ktoś mi wyjaśni, na czym polega idea Kościoła Walczącego i dlaczego właśnie w obecnych czasach taki kościół jest szczególnie potrzebny?) Jak mówi Tomasz Kalinowski z Zarządu Stowarzyszenia MN, tym hasłem organizatorzy odwołują się „ do wyższych wartości w momencie, gdy zagrożone są podstawowe wartości takie jak: rodzina, wspólnota narodowa i wiara katolicka”. Tak więc uwaga, owieczki mogą pokazać wilcze zęby, jak im się nawinie podczas marszu ktoś, kto z wyglądu, wiary czy przekonań, nie mieści się w haśle uczestników marszu.

Akcentem, który również zaprzecza tej niespotykanej nagle „łagodności” świętujących narodowców jest symbol,  z jakim pójdą „do Niepodległej”. Różaniec w zaciśniętej pięści. Sam taki wizerunek już budzi grozę. Michał Szułdrzyński, dziennikarz „Rzeczpospolitej” stwierdził, że różaniec na zaciśniętej pięści wygląda jak kastet. Jego zdaniem to narzędzie przemocy, które zastąpiło symbol modlitwy i trudno mi się z nim nie zgodzić. Jednak Robert Bąkiewicz nie widzi w tym nic złego. Mało tego, uważa, że „trzeba mieć bardzo dużo złej woli, żeby doszukiwać się w tym geście czegoś negatywnego. Różaniec trzeba zacisnąć w pięść, żeby go trzymać”. Obraca też kota ogonem i wszystkie słowa krytyki traktuje jak atak na różaniec i objaw lewackiej histerii. Podobnego zdania jak on, są też Franciszkanie z Niepokalanowa, których „ujął graficzny przekaz pięknie snujący symboliczną opowieść o tym, jak to dzisiaj dawni niepokorni chłopcy zamienili hipotetyczne kastety na różańce. Siła męskiego ramienia dumnie ściska różaniec, oddając Ojczyznę Maryi”. Bez komentarza…

Nie zapominajmy też, że zapewne nie zabraknie podczas marszu i innych symboli, które wielu kojarzą się z faszyzmem i nazizmem, ale narodowcy usiłują nam wmówić, że są one tylko objawem umiłowania celtyckiej kultury (krzyż) i niewinnego odniesienia do rozwiązanej w 1933 roku ponadpartyjnej organizacji politycznej Obozu Wielkiej Polski (Falanga). Tralalala…bujać nie nas.

Ech, czy chcemy czy nie, to ten Marsz Niepodległości sobie pójdzie. Będzie głośno i tak bardzo pompatycznie, bojowo.  Pokaz siły, patriotyzmu, przekonania, że najlepszym objawem miłości do Ojczyzny jest za nią umrzeć.

Gdyby jednak  ktoś mnie pytał, to nie wezmę udziału w tym Marszu Niepodległości, bo to nie moja bajka, bo wiary we mnie w dobre intencje organizatorów nie ma, bo to dla mnie impreza, która fatalnie mi się kojarzy historycznie i oburza mnie fakt, że w dzisiejszej Polsce, Polsce z tak tragicznymi kartami, zezwala się na marsze tych, którzy z założenia niosą to zło.

Wolę inaczej. Wolę świętować naszą Niepodległość radośnie, bez tej sztucznej fanfaronady, patriotycznego nadęcia czy zwykłej bufonady. Jeśli macie czas, to zapraszam wszystkich do Poznania, który będzie tego dnia najweselszym miastem w Polsce. Przed nami objadanie się rogalami świętomarcińskimi, spotkanie ze św. Marcinem, który w stroju rzymskiego legionisty odbierze z rąk prezydenta Poznania symboliczne klucze do miasta. To fantastyczny Korowód  przebierańców, szczudlarzy, połykaczy ognia i innych performerów. Bieg Niepodległości, liczne koncerty, warsztaty i mnóstwo, mnóstwo innych atrakcji.

Dajmy sobie tego właśnie dnia prawo do wspólnej zabawy,  uśmiechu i optymistycznego spojrzenia w przyszłość, z dala od napompowanej ideologii i rac.  Niech nam ta nasza Polska żyje, rozwija się i szybko wróci do normalności… tego właśnie Wam i sobie życzę.

Macierewicz i Morawiecki, jeden oszołom, drugi słup

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 5 listopada dotyczy przepisów, które już nie obowiązują. Ale jego waga jest historyczna. TSUE stwierdził, że mechanizmy przyjęte przez polski rząd, nie były zgodne z prawem europejskim i podważył argumentację za „reformą” sądowniczą. Do tego ustanowił standard, który chroni sędziów we wszystkich państwach UE

Premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z Polską Agencją Prasową próbował umniejszyć wagę wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydanego 5 listopada, podkreślając, że „dotyczy on w zasadzie stanu historycznego”.

Beata Kempa z kolei nazwała wyrok „atakiem na nasz kraj”. „Podnosi się nieuzasadniony i niezgodny z unijnymi regułami krzyk”, mówiła w Radiu Maryja.

wyroku, o którym mówił premier, luksemburski Trybunał orzekł, że przepisy ustawy o sądach powszechnych z 2017 roku, obniżające wiek przechodzenia przez sędziów w stan spoczynku i różnicujące ten wiek między kobietami a mężczyznami, naruszają unijny zakaz dyskryminacji.

TSUE orzekł także, że naruszaniem prawa Unii jest przyznanie Ministrowi Sprawiedliwości w zasadzie arbitralnej władzy decydowania, czy sędziowie po osiągnięciu wieku przejścia w stan spoczynku mogą dalej orzekać.

Wyrok wpłynie na porządek prawny UE

To już drugi wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, w którym Trybunał wyraża miażdżącą ocenę zmian w sądownictwie forsowanych przez większość rządzącą za Sejmu VIII kadencji.

Pierwszy wyrok TSUE został wydany w czerwcu na kanwie przepisów obniżających wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego.

Oba wyroki zostały ogłoszone, gdy polskie przepisy – badane przez luksemburski Trybunał pod względem zgodności z prawem unijnym – już nie obowiązywały. Uprzedzając wyroki TSUE, większość parlamentarna uchwaliła stosowne nowelizacje.

„W żadnych wypadku nie umniejsza to wagi wyroku TSUE, a pokazuje, że władza w Polsce ma respekt – i słusznie – przed wyrokami niezależnego sądu międzynarodowego, którego orzeczenia wiążą wszystkie organy państwa polskiego” – wyjaśnia dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich i adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

„Myślę, że oba wyroki TSUE będzie można uznać za przełomowe i że z perspektywy czasu wywrą istotny wpływ na cały europejski porządek prawny.

Luksemburski Trybunał zaczyna bowiem budować standard prawa unijnego odnoszący się do statusu sędziego i sądu krajowego – jego powoływania, sprawowania funkcji oraz zakończenia jej pełnienia w warunkach gwarancji niezawisłości sędziowskiej.

To przełom, bo TSUE zaczyna tę materię precyzować, określać, czego władza robić nie może, przypomina, jakich reguł należy przestrzegać. Ten standard ogranicza rządy wszystkich państw członkowskich UE w przeprowadzaniu zmian w sądach i stanowi gwarancję dla sędziów” –  ocenia dr Taborowski.

„Trzeba głębokich reform”

Premier Morawiecki w rozmowie z PAP stwierdził również, że polskie sądownictwo nadal wymaga bardzo głębokiej reformy” i zagroził, że zmiany w sądownictwie będą kontynuowane „tak aby były one zrozumiane przez naszych partnerów w UE”. Dodał, że najważniejszym celem zmian w sądownictwie jest „aby nasze sądy w końcu zaczęły sprawnie działać”.

Wprowadzane od kilku lat zmiany dotyczące obsady i zarządzania sądami, a także nowy model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – który jest przedmiotem trzeciej skargi Komisji Europejskiej na polski rząd do Trybunału w Luksemburgu – utrudniają, czy wręcz uniemożliwiają wielu sędziom wykonywanie swojej pracy.

Dobitnie pokazuje to badanie przeprowadzone przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Raport „Czas próby. Sędziowie wobec zmian w wymiarze sprawiedliwości” powstał na podstawie wywiadów z 40 sędziami z 26 sądów wszystkich instancji, od okręgowych po apelacyjne, w piętnastu miastach w całej Polsce. Z raportu Fundacji Helsińskiej wynika, że presja wobec sędziów ujawnia się zwłaszcza w pięciu obszarach.

Są to:

  1. próby wpływania na proces orzekania,
  2. ryzyko postępowań dyscyplinarnych,
  3. konflikty w sądach,
  4. ataki ze strony mediów publicznych i prywatnych,
  5. naruszenia prawa do prywatności sędziów.

Skrócono postępowania?

Jednym z największych problemów polskiego wymiaru sprawiedliwości jest przewlekłość prowadzonych postępowań.

We wrześniu 2019 roku Helsińska Fundacja Praw Człowieka skierowała wystąpienie do Komitetu Ministrów Rady Europy. Pisze w nim, że „działania podjęte dotychczas przez polski rząd nie usprawniły w wystarczający sposób postępowań sądowych. Średni czas postępowań w Polsce, co do zasady, utrzymuje się ciągle na zbliżonym poziomie, ale każdego roku do sądów wpływa coraz więcej skarg na przewlekłość – przykładowo, w 2018 r. do sądów okręgowych i apelacyjnych wniesiono ponad 1700 skarg więcej niż w 2016 r.”.

Rzeczywiste skrócenie trwania postępowań w sądach wszystkich szczebli stanowiłoby dla Morawieckiego koronny argument – również w rozmowach z instytucjami UE i z partnerami zagranicznymi – że działania „dobrej zmiany” wymiernie usprawniają wymiar sprawiedliwości.

Nawet gdyby doszło do poprawy wskaźników długości trwania postępowań, osiągnięcie takiego celu nie usprawiedliwiałoby nagonki na sędziów, oszczerczej kampanii, prób wymiany kadry przez zmiany wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku, masowej wymiany prezesów i wiceprezesów sądów przez Ministra Sprawiedliwości, do której doszło w 2018 roku, czy nękania sędziów postępowaniami dyscyplinarnymi – za zabieranie głosu w obronie niezależności sądownictwa, za wydawanie orzeczeń i za zadawanie pytań do Trybunału w Luksemburgu.

Ministerstwu Sprawiedliwości bardzo zależy na przekonaniu opinii publicznej w kraju i zagranicą, że jego działania prowadzą do skrócenia trwania postępowań w sądach.

To do Ministerstwa Sprawiedliwości spływają dane z sądów dotyczące długości postępowań różnego typu i w sądach różnych instancji. Ma zatem najpełniejszą wiedzę, jak rzeczywiście wygląda sytuacja dotycząca długości prowadzonych postępowań. Niestety, że nie dzieli się tą pełną wiedzą z obywatelami.

Po publikacji tekstu pt. „Minister Mucha: Reforma sądów skraca postępowania, a skarga nadzwyczajna jest sukcesem. Nieprawda„18 października, Ministerstwo Sprawiedliwości zwróciło się do redakcji OKO.press o zmianę przedstawionej w tekście negatywnej oceny dokonań rządu odnośnie skracania czasu postępowań sądowych.

Niestety, nasza redakcja nie otrzymała całościowych danych dotyczących długości postępowań we wszystkich typach spraw w sądach wszystkich instancji.

Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości wydało oświadczenie, w którym przedstawia wybrane informacje na ten temat, bez odnośnika z zestawieniem danych uzyskanych z sądów.

Ministerstwo chwali się, że od 2015 do 2018 roku skrócił się czas postępowań karnych w sądach rejonowych (z 5,9 miesiąca do 4,8 miesięcy). Ale zarazem podaje, że w tym okresie średni czas postępowań cywilnych wydłużył się o kilka dni rocznie.”Sukcesem” ma być to, że w latach 2012-2015, czyli za rządów PO-PSL, średni czas trwania spraw cywilnych wydłużył się w sumie o 30 dni.

Z danych podanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości wynika, że w porównaniu do sytuacji sprzed rządów PiS, udało się skrócić czas rozpatrywania spraw o ustalenie stosunku pracy i spraw z zakresu ubezpieczeń i prawa pracy rozpatrywanych w sądach rejonowych.

„Trybunał Sprawiedliwości UE całkowicie słusznie stanął we wtorek w obronie niezawisłości polskich sędziów” – pisze Florian Hassel w „Sueddeutsche Zeitung” komentując w środę wyrok TSUE. Sędziowie w Luksemburgu orzekli, że Polska złamała prawo unijne w sprawie zasad przechodzenia polskich sędziów w stan spoczynku.

„To nie pierwszy i z pewnością nie ostatni wyrok TSUE piętnujący polską ‚reformę sądownictwa’ jako zagrożenie, a nawet likwidację państwa prawa” – uważa autor komentarza.

Pomimo tego, rząd w Warszawie kontynuuje reformy. Faktyczny szef rządu Jarosław Kaczyński potwierdził niedawno, że chce zburzyć sądy będące ostatnimi bastionami niezależności – przypomina Hassel.

Zausznicy Kaczyńskiego do TK

Po wygranych wyborach parlamentarnych Kaczyński „scementował partyjną kontrolę nad będącym zaledwie atrapą Trybunałem Konstytucyjnym” – czytamy w „SZ”. Wkrótce do tego gremium zostanie wysłanych dwoje zauszników Kaczyńskiego, którzy odegrali brzydką rolę w atakach na państwo prawa – służący wszystkim reżimom były prokurator Stanisław Piotrowicz i profesor prawa Krystyna Pawłowicz, która nazwała flagę UE szmatą.

„Nominacja obu jest równoznaczna z symbolicznym pokazaniem Unii Europejskiej przez rząd w Warszawie środkowego palca i uzmysławia nam, jak mało obchodzą Warszawę orzeczenia TSUE” – pisze Hassel.

Jak ostrzega w konkluzji, „Kaczyński będzie kontynuował demontaż państwa prawa dopóty, dopóki Unia nie zastosuje jedynej skutecznej broni ze swojego arsenału – zamrożenia lub skreślenia miliardów z (unijnych) funduszy wsparcia”.