Program PiS: zamordyzm, a jak nie, to do ciupy lub won z kraju

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Program PiS tutaj czytaj >>>

Podczas kolejnej konwencji PiS w Łodzi Jarosław Kaczyński ponownie nawiązał do tematu rodziny. Zebrani usłyszeli, że „normalną” rodzinę tworzą tylko mężczyzna, kobieta i ich potomstwo. – „Prawo i Sprawiedliwość stoi na straży polskiej rodziny. Stoi też na straży normalności i czegoś, co by można było określić jako zgodność z naturą” – grzmiał w Łodzi Kaczyński.

Oczywiście, w przemówieniu nie mogło zabraknąć nawiązania do chrześcijaństwa. Według prezesa PiS, „rodzina, czy to się komuś podoba czy nie, wyrasta z chrześcijaństwa.”

Na szczególną uwagę zasługuje jednak inne zdanie z wypowiedzi Kaczyńskiego. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, że kierowana przez niego partia charakteryzuje się dużą dozą tolerancji. – „My jesteśmy tolerancyjni, to jest cecha naszego narodu. I to jest cecha także naszej formacji, ale mówiłem już: tolerancja tak, ale afirmacja wszystkiego, co każdemu do głowy przyjdzie, nie” – przekonywał Kaczyński. To dość zaskakująca deklaracja szefa partii, dla której członków każda odmienność jest anomalią i patologią, a zapobieganie przemocy w polskiej rodzinie jest atakiem na wartości chrześcijańskiej rodziny.

Wreszcie, na miesiąc przed wyborami, PiS raczyło przedstawić swój program.   Na 232 stronach jest on szczegółowo rozpisany, a główne założenia omówiono na konwencji w Łodzi.

Rozdział 1 czyli „Wartości i zasady” to odwołanie się do Kościoła i jego nauki, który jest jedynym uprawnionym do głoszenia zasad moralnych. Rozdział 2 „Diagnoza. Od postkomunizmu do polskiego modelu nowoczesnego państwa dobrobytu” to nic innego jak obrażanie przeciwników politycznych i określenie rządów PO/PSL „późnym postkomunizmem”, co świetnie spuentował Radosław Sikorski, który chciałby „zobaczyć jak Piotrowicz mówi Borusewiczowi, że PO to postkomuna. Ciekawe, czy Kaczyński wierzy we własne kłamstwa”.

Rozdział 3 „Dokonania i plany”, gdzie zaprezentowano nam zbiór kłamstw, dotyczących niszczeniu mediów publicznych, które teraz PiS ratuje, reformy sądownictwa, bardziej będącą deformą. Nie zapomniano tu obwieścić sukcesu w służbie zdrowia, w której tak polepszono warunki pracy, że pielęgniarki rzucają robotę zagranicą i hurtem wracają czy też sukcesu w postaci 500 Plus dla niepełnosprawnych, czemu zaprzecza nawet Agnieszka Dudzińska, kandydatka PiS na Rzecznika Praw Dziecka, pisząc na Twitterze, że „nie ma żadnego 500 Plus dla niepełnosprawnych! Niepotrzebna manipulacja wyborcza. (…) Po co drażnić najsłabszych?”.

No i ostatni rozdział, numer 4 pod hasłem „Wyzwania”., gdzie PiS zaprezentowało działania, które podejmie jak tylko wygra wybory. Jest więc o powstrzymaniu ideologii gender, obronie Rodziny i dalszej „naprawie” sądownictwa. Wielki niepokój budzi też pomysł wzięcia się za dziennikarzy. PiS-owi zamarzyło się, by „ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa”.

Takie postawienie sprawy to nic innego jak przejęcie całkowitej kontroli nad dziennikarzami i słusznie Roman Imielski zwraca uwagę, że „nie lekceważyłbym zapisanej w programie PiS ustawy o zawodzie dziennikarza. Jak nie wyjdzie z repolonizacją czy dekoncentracją, będzie wycinanie ludzi z zawodu albo prześladowanie ich administracyjnymi karami”.

Oj, będzie się działo, a pod płaszczykiem „prawdziwej demokracji” PiS będzie ciężko pracować nad utrwaleniem jednowładztwa. Jak zauważył jeden z internautów ten pakiet programowy to nic innego jak „korea północna coraz bliżej, każdy może mówić i robić co chce tylko żeby było zgodne z ideologią partii /pis/. Niech nam żyje KIM Jarosław słońce narodu i jego marionetki/to haslo przyszłości /”.

Oto nasz program, który opracowali najlepsi eksperci. Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej.

Kochani Polcy i Polaki, obiecujemy wam, że w ramach wstawania z kolan odbudujemy Stocznię Gdańską, w której zlepimy taśmą masowiec SS „Sołdek 2”.

Nie poprzestaniemy na tym. Odbudujemy jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które były źródłem szczęścia i pomyślności naszych ojców, a które zabrała wam Platforma Obywatelska.

W Warszawie odbudujemy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu i natychmiast zaczniemy w niej produkować elektryczne limuzyny Polonez. Już dziś uruchamiamy system przedpłat i talonów, by dać pierwszeństwo w zakupie bojownikom o Dobrą Zmianę i zasłużonym uczestnikom Wielkich Wyjazdów na Węgry.

Odbudujemy PGR-y, Koła Gospodyń Wiejskich, przywrócimy kartki na mięso i co miesiąc damy dodatkowy kilogram woł-ciel z kością na każde dziecko.

W Bielsku-Białej i Łodzi odbudujemy zniszczony przez Tuska przemysł włókienniczy i wznowimy produkcję krempliny tłoczonej w mrozy, z której będziemy szyć garnitury i garsonki, by nasi obywatele wyglądali równie modnie i elegancko, jak pan prezes czy Beata Szydło.

W Chorzowie odbudujemy zlikwidowaną przez PO Hutę Kościuszko i wznowimy w niej produkcję rur żeliwnych.

A w Wałbrzychu znów uruchomimy windy w szybach kopalni Chrobry, którą liberałowie pozbawili złóż. Nasz rząd już zwiększył import węgla, który teraz jedzie do nas pociągami z Rosji i płynie statkami z Afryki. Po przeładowaniu w Gdańsku przewieziemy czarne złoto do Wałbrzycha i wrzucimy je do kopalni Chrobry, skąd wydobędą je nasi górnicy.

Co jeszcze warto odbudować, Drodzy Polcy i Polaki? Co jeszcze chcielibyście wskrzesić spośród rzeczy, których pozbawiła was zdradziecka Platforma Obywatelska? Może audiofilskie magnetofony Kasprzak? Może wodę kwiatową „Być może”? Gospodarskie wizyty I sekretarza Komitetu Centralnego? Festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu? Albo Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk?

W najbliższych tygodniach nasi kandydaci odwiedzą wszystkie gminy, by spotkać się z wami i zapytać, co jeszcze trzeba odbudować. Głęboko wierzymy, że wspólnie zdołamy odbudować drugą Polskę. Pomożecie?

Reklamy

Cofka Kaczyńskiego

PiS po raz kolejny podbija medialnie stawkę tych wyborów. Tym razem Jarosław Kaczyński mając na celu mobilizację wolontariuszy stwierdził, że mają one wręcz historyczną wagę. Jednak ton wypowiedzi prezesa powoli przekracza granicę powagi i zmierza w kierunku śmieszności. – “Stawką wyborów parlamentarnych jest to, czy Polska pójdzie w kierunku państwa dobrobytu, sprawiedliwości i solidarności, czy też zacznie wracać w stronę postkomunizmu” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Walka do ostatniego dnia?

W miniony piątek w Warszawie odbyło się spotkanie Kaczyńskiego oraz Morawieckiego z wolontariuszami, sympatykami oraz członkami sztabów regionalnych Prawa i Sprawiedliwości. To spotkanie ma być sygnałem do walczenia o wygraną, a motywować zgromadzonych zaczął Joachim Brudziński: – “To, czym możemy się pochwalić, to fakt, że wszyscy młodzi ludzie, którzy tutaj przyjechali nie wstydzą się PiS, swoich przekonań, swojej pracy na rzecz naszych kandydatów. Ponieście dalej tę energię, radość i przekonanie, że warto stać u boku (prezesa PiS) Jarosława Kaczyńskiego, bo (on) jest gwarantem tego, że ta Polska, którą konsekwentnie budujemy od 2015 r., będzie Polską wszystkich Polaków” – podkreślił Brudziński.

Pojawiające się wątpliwości o uzyskanie większości w Sejmie, zachęciły Kaczyńskiego do retoryki postkomunistycznej, co już na wstępie nie budzi powagi. Mówił o Polsce, “czy pójdzie do przodu, ku rozwojowi, ku państwu dobrobytu, polskiej wersji państwa dobrobytu, ku sprawiedliwości, solidarności, czy też pójdzie w tył, zacznie wracać na tej historycznej drodze, zacznie się odwrót, odmarsz w stronę postkomunizmu, w stronę tego wszystkiego, co ograniczało nasze możliwości, co krzywdziło tak wielu ludzi, co doprowadziło do tego, że szanse tych 30 lat, które już za nami, zostały wykorzystane tylko po części” – mówił lider PiS.

W wypowiedzi Kaczyńskiego widać oderwanie w rzeczywistości. Jakby nie zauważył zmian w ostatnich latach, także w odbiorze naszego kraju przez obcokrajowców: -“Podkreślam to, bo to jest naprawdę niesłychanie ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, bo przecież czasu nie cofniemy, że można bardzo dużo, także w przyszłości. Można zbudować ten kraj, o którym będzie można mówić, że to szczęśliwy kraj. Kraj bez żadnych kompleksów, którego obywatele, kiedy będą jeździć na Zachód, ten mityczny kiedyś Zachód, będą się czuli jak u siebie w domu, w tym sensie, że nie będzie tam lepiej niż tu – dodał Kaczyński.

Historyczna waga wyborów.

Kaczyński porównuje tegoroczne wybory do tych sprzed 30 lat: –To jest dzisiaj kwestia dla naszej przyszłości – naprawdę nie przesadzam – równie ważna, jak to zaangażowanie sprzed 30 lat, przeszło 30 lat, to z końca kwietnia, maja i początku czerwca 1989 r.” – stwierdził. Jak dodał, wtedy decyzja dotyczyła spraw, wydawałoby się jeszcze ważniejszych. “Oczywiście one były superważne i tamte wybory przyniosły Polsce sukces. Ja tego nigdy nie kwestionowałem, sam w tym uczestniczyłem” – zaznaczył lider PiS.

Powracała też kwestia tego, by zwolennicy PiS walczyli do ostatnich godzin. “Chciałbym wam z jednej strony serdecznie podziękować, a z drugiej prosić o to, by to wasze zaangażowanie trwało (…) ale także chciałbym, byście byli żołnierzami Prawa i Sprawiedliwości i później, bo przed nami – jeśli zwyciężymy – wielkie zadania, wielkie zadania zmiany naszego kraju, zmiany naszego kraju pod wieloma względami” – dopingował Kaczyński.

Morawiecki: III RP obrzydziła politykę Polakom

Gdy do głosu doszedł Morawiecki, postanowił wyjaśnić młodym zwolennikom PiS arkana polityki. -“Otóż polityka to jest jeszcze prostsza gra. Możemy tylko albo wygrać albo przegrać. I nic nie jest przesądzone, bo to, żeby zmienić dalej Polskę na lepsze jest w waszych rękach” – mówił Morawiecki.

Jego zdaniem III Rzeczpospolita “starała się do szpiku kości być antypolityczna, apolityczna. Po to, żeby Polakom obrzydzić (politykę), zniechęcić ich do polityki, a młodych ludzi w szczególności” – mówił. “Wasze przekonanie o tym, że poprzez politykę można zmienić rzeczywistość jest piękne i bardzo wam za to dziękuję”.

Decydujące starcie

PiS gra o wszystko – podkreślają to jego liderzy. Partia ma małe zdolności koalicyjne. Jedynie Konfederacja – jeśli w ogóle wejdzie do Sejmu – może stać się naturalnym aliantem PiS. Pozostałe partie i koalicje wyborcze – raczej nie. Stąd zapewne apele Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Małgorzata Kidawa-Błońska podczas konwencji KO w Poznaniu podziękowała małym i mikroprzedsiębiorstwom za to, że tworzą w całym kraju ponad 4 miliony miejsc pracy. – „To jest naprawdę potęga, a ludzie pracy muszą być szanowani i doceniani – ci, którzy ją wykonują, ale także ci, którzy ją dają, bo jedni i drudzy są od siebie zależni i muszą współdziałać” – mówiła Kidawa-Błońska.

– „To wy jesteście także sercem gospodarki i siłą polskiej gospodarki – małe przedsiębiorstwa i ludzie, którzy z odwagą i optymizmem podejmują ryzyko, by te firmy założyć i prowadzić. I nie można im mówić, że się do tego nie nadają” – powiedziała Kidawa-Błońska.To oczywiście nawiązanie do słów Jarosława Kaczyńskiego, o tym w artykule „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach to znaczy, że się do niej nie nadaje”.

A przewodniczący PO Grzegorz Schetyna dodał: – „Ludzie pracy, Polki, Polacy chcę was ostrzec: pan Kaczyński idzie po wasze pieniądze. Dla was propozycje PiS mogą oznaczać dwie rzeczy. Albo zamrożenie pensji na obecnym poziomie, bo pracodawca będzie rozpaczliwie szukał środków na ustawowe podniesienie najniższych wynagrodzeń albo po prostu utratę pracy, jeśli firma splajtuje. To plan wykończenia niezależnej przedsiębiorczości”.

Kidawa-Błońska przedstawiła propozycje KO dla przedsiębiorców. – „Obniżymy składki na ZUS małym firmom, będą liczone od pensji minimalnej. Jeżeli płacicie CIT, a wasze firmy rosną szybciej niż gospodarka, będziecie płacić niższy podatek, będzie mieli pieniądze na inwestycje. Koniec z blokowaniem zwrotu VAT i uciążliwymi kontrolami, tam gdzie to możliwe będą odbywały się elektronicznie i nikt już więcej was nie będzie nękał” – zapowiedziała kandydatka KO na premiera.

– „Dla obecnej władzy szczególnie pracodawcy to najwięksi wrogowie. Czemu akurat na pracujących tak się uwzięli? Bo człowiek, który sam się utrzymuje, czuje się po prostu niezależny. Człowiek, który dobrze pracuje, wymaga też dobrej pracy od rządu. Człowiek, który wie, że sam ciężko zapracował na swój chleb, nie da sobie sobą pomiatać. Bo człowiek ma swoją dumę, swoje prawa, wie co mu się należy. Pielęgniarka, która wiedzę i bezcenne doświadczenie, zna swoją wartość, swojej pracy i po 12 godzinach bez przerwy na nogach nie da się jej wmówić, że jej wyplata to jakaś łaska. Handlowiec, który ma dar przekonywania, nauczyciel który oddaje dzieciom połowę swojego życia, właściciel warsztatu czy sklepu, firmy albo robotnik budowlany, który zna się na swojej robocie. To prawdziwa lista wrogów dzisiejszej władzy. I moglibyśmy wymieniać dużo dłużej. Pracownicy sklepów, magazynów, informatycy, kierowcy. Wszyscy ci, którzy dobrze znają dźwięk budzika o 6 rano, oni są dla tej władzy wrogiem. Bo każdy zna swoją wartość i każdy kto wie, że za jego pracę coś mu się należy, każdy kto wie, że bez codziennego trudu wszystko by się zawaliło, każdy wolny człowiek dla tej władzy jest wrogiem” – powiedział Schetyna.

Za populizm i demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie zapłacić nam wszystkim.

PiS w tej kampanii wyborczej idzie szlakiem utartym już 4 lata temu. Wówczas, po dogłębnych badaniach nastrojów Polaków, znalezieniu grup docelowych, do których mógł śmiało uderzyć ze swoim populizmem i obietnicami, wygrał i zafundował nam niezłą karuzelę w postaci „dobrej zmiany”, której celem demolka wszystkiego, co się dało. Dzisiaj robi to samo. Znowu szczegółowe badania i pod lupą znaleźli się pracownicy kiepsko zarabiający, emeryci oraz rolnicy. Ogarnijmy więc to jakoś i zobaczmy, kto i dlaczego również w tym roku postawi na prezesa.

Część rodzin z dziećmi udało mu się kupić za 500 Plus. Zwłaszcza te, które poprzednio borykały się z dużymi problemami finansowymi i korzystały z pomocy społecznej oraz te, dla których pieniądze na dzieci stały się podstawowym źródłem utrzymania. Do tego PiS dorzucił wyprawkę szkolną w wysokości 300 zł. Pytanie tylko, jeśli jest tak dobrze, to dlaczego wzrosła liczba rodzin z dziećmi, żyjących w ubóstwie? Jak podaje GUS, w 2018 roku wśród gospodarstw domowych z jednym dzieckiem wzrost ten sięgnął ponad 6 %, a gospodarstwach domowych z co najmniej trójką dzieci ok. 10%. Mało tego, efektem tego programu jest spadek aktywności zawodowej kobiet, co odbije się na nich ostro, gdy dojdą do wieku emerytalnego i znajdą się w finansowej dziurze. No, ale to jakaś tam przyszłość, a przecież żyje się dzisiaj i to dzisiaj właśnie jest ważne.

Prezes nieustannie przypomina, czym dla niego jest Rodzina, jak będzie o nią walczył i dbał. Wytyka poprzedniej władzy, że nie dbała o rodziny, że odbierano kochającym rodzicom dzieci tylko z powodu biedy w domu, a teraz, gdy rządzi jego partia, jest zupełnie inaczej. Fakt, jest, bo nigdy wcześniej nie czytałam tylu newsów o maltretowaniu dzieci, zaniedbaniach prowadzących do kalectwa, a nawet śmierci. Mało tego, jak podaje wp.pl jego partia może chcieć zaostrzyć przepisy aborcji eugenicznej, bo przecież trzeba chronić Rodzinę i związane z nią życie poczęte. Kobieta, w imię tej partyjnej „miłości”, będzie więc rodziła ciężko okaleczone dzieci, skazane z góry na bolesne umieranie, bo jak mówił poseł Żalek „Każda matka wie, że jej dziecko umrze. Tak jest każdy z nas umiera”, więc w czym problem?

To wszystko nieważne. Ważny jest przekaz, który łapią rodziny z wdzięcznością. Prezes im daje, prezes ich kocha, prezes o nich zadba. Nie ma co się nadmiernie aktywizować, nie ma co się przejmować, bo prezes dobry na każdą bolączkę i pomoże…

Kolejna grupa, która zapewne chętnie poleci do urn i odda swój głos Zjednoczonej Prawicy to Młodzi, przed 26 rokiem życia. Dzięki prezesowi mają zerowy podatek, więc chyba wypada mu jakoś za to podziękować. A czy to ważne, że teraz samorządy będą miały mniej kasy na inwestycje? Może dzięki temu posunięciu padną jakieś szpitale, drogi lokalne staną się bardziej wyboiste, nie będzie pieniędzy na rozwój lokalny? Spoko, ich to przecież nie dotyczy. Ważne, że dostali swój kąsek, a reszta niech się wali.

Dalej mamy rolników. Prezes obiecuje im zwiększone dotacje do hektara, dopłatę do każdej krowy i świnki, więc czy to nie powód do euforii? Zapomniał dodać, że te pieniądze nie pójdą z kieszeni partii rządzącej, ale z UE, bo to nieistotny drobiażdżek. Nieważne, kto daje, ważne, że daje. Tak więc rolnicy zapomną o tym bałaganie, jaki opóźniał im kasę, gdy PiS przejęło władzę, bo liczy się to, co teraz. Zapomną o skali pomocy, uzyskanej z powodu suszy. Teraz PiS da coś, to i oni dadzą PiS-owi swoje poparcie.

Górnicy, których prezes tak szanuje, również zagłosują na PiS. W końcu, jak obiecał Morawiecki, mamy węgla na 200 lat i nie zrezygnujemy z jego wydobycia i z jego wykorzystania. A co nas tam obchodzi klimat… Będziemy się truć CO2, będziemy chodzić w maskach, będziemy umierać przez to rosnące zanieczyszczenie środowiska. To wszystko jednak nieistotne. Ważne, by górnik był zadowolony, pewny pracy i postawił w odpowiednim miejscu krzyżyk na karcie do głosowania.

O odwdzięczeniu się prezesowi już myślą pracownicy, zarabiający minimalną pensję. Prezes podniesie im pensje do 3 tys. zł, a później nawet do 4 tys. zł. Ależ im się życiowo polepszy, ale czy rzeczywiście? Wyższe pensje to większe wydatki przedsiębiorców. Trzeba się liczyć z tym, że małe, a nawet i średnie firmy tego nie udźwigną. Jedne padną, inne będą się ratować, zatrudniając na np. pół etatu, a resztę wypłacając pod stolikiem. Tak więc trzeba się liczyć z bankructwem, a co za tym idzie, wzrostem bezrobocia oraz umocnieniem tzw. umów śmieciowych. Ta radość pracowników szybko zamieni się w smutek i rozżalenie, ale co tam. Po co się martwić na zapas. Po co słuchać ekspertów, którzy zapewne tylko tak głupio gadają, bo prezesa nie lubią.

Dla emerytów prezes też przygotował małą niespodziankę. Podwyższenie emerytury, wprowadzenie na stałe trzynastki, a z czasem nawet i czternastki. No po prostu żyć, nie umierać. Radość wielka i warto zapomnieć o nietrafionych listach darmowych leków dla seniora, o coraz większych trudnościach z leczeniem się u specjalistów, o umieraniu na SOR-ach, drożyźnie w sklepach i czekającego wzrostu opłat za prąd.

Za PiS-em twardo będą stali ci sędziowie, prokuratorzy, naukowcy, intelektualiści, aktorzy, dziennikarze, którzy za poprzedniej władzy nie mogli się wybić, bo kompetencje niewielkie i dość słabe umiejętności. Teraz mają to swoje 5 minut i gdyby mogli, to głosowaliby za partią prezesa nawet na dziesięć rąk. Teraz to ich czas na wykarmienie niespełnionych dotąd aspiracji zawodowych, teraz to oni są „pany nad panami” i nie pozwolą sobie tego odebrać.

Tam, gdzie prezes sobie nie poradzi, tam wspomoże go Polska Instytucja Kościelna, która w państwie PiS-u ma się jak pączek w maśle. PIK, urastający do rangi „pierwszej władzy w Polsce”, odwdzięczy się swej partii za płynącą wartkim strumieniem kasę, budowanie społeczeństwa chrześcijańskiego, uznanie prawa kościelnego za ważniejsze od tego stanowionego. Tak więc księdza będą prowadzić agitację na rzecz prezesa z ambony, udostępniać swoje kościoły na spotkania z politykami PiS, mieszać wiernym w głowach, byle tylko nie odważyli się samodzielnie myśleć i zagłosowali tak, jak ksiądz im każe.

Wszystkie te grupy, które prezes uważa za już kupione, łączy jedno. Mają one w nosie przyszłość i nie chcą lub nie potrafią myśleć perspektywicznie. Dzisiaj czują się docenione, hołubione. Dzisiaj jest im bardzo dobrze i co ich obchodzi to, co będzie kiedyś tam. Nie zastanawiają się nad tym, że gospodarka kieruje się pewnymi stałymi zasadami i złamanie choćby jednej z nich, zapowiada niezłą katastrofę. Katastrofę, którą i oni, dzisiejsi wielbiciele PiS, odczują bardzo boleśnie. Nie zastanawiają się, że budżet państwa to nie worek bez dna, że dając jednym, odbiera się innym, że sami zapłacą wysoką cenę za wszystko, za co w październiku podziękują prezesowi swoim wsparciem. Nie wiedzą tego, czy nie chcą wiedzieć? Nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć?

Nic nie trwa wiecznie. Za populizm, demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie nam wszystkim zapłacić, a wtedy płacz i zgrzytanie zębów nie pomoże. Sprzedanie się za lepsze dzisiaj, zbierze swoje gorzkie owoce jutro i tylko pytanie… do kogo wielbiciele PiS będą mieli wówczas pretensje?

Łajdactwa PiS granic nie znają

>>>

Nic nie zapowiadało takiego zwrotu akcji w wyborczym wyścigu. Faworyt był jeden, a jego pozycja lidera wydawała się być niezagrożona. Tempo marszu po władzę totalną, najlepiej konstytucyjną miało przyspieszyć ogłoszenie przełomowych propozycji, nazwanych “hattrickiem Kaczyńskiego”. Obejmują one radykalny i skokowy wzrost płacy minimalnej, wprowadzenie 13-stej i 14-stej emerytury na stałe oraz zwiększenie dopłat dla rolników. Jak donosi dziś “Gazeta Wyborcza”, postulaty te są odpowiedzią na wyniki badań elektoratu, jakie partia rządząca przeprowadziła w okresie przedwyborczym. To właśnie przymilenie się do tych trzech grup społecznych – najmniej zarabiających, emerytów oraz rolników, ma dać ekipie Zjednoczonej Prawicy miażdżące zwycięstwo wyborcze. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak i zamiast efektu “WOW”, propozycje wywołały kryzys, z jakim PiS jeszcze w tej kadencji mierzyć się nie musiało.

Tak długo bowiem, jak działania obozu władzy koncentrowały się na uderzeniach w nieco abstrakcyjne dla przeciętnego Polaka kwestie, jak praworządność, mający zła sławę w III RP wymiar sprawiedliwości czy prawa obywatelskie (ograniczane sukcesywnie od 2015 roku), partia Kaczyńskiego pozostawała teflonowa. Po zapowiedzi radykalnego zwiększenia kosztów pracy po stronie przedsiębiorców, wsparta dodatkowo niejasną zapowiedzią premiera o uzależnieniu składek na ZUS od dochodów przedsiębiorcy, wątpliwości nabrali nawet wyborcy w takich bastionach PiS jak Podkarpacie czy Małopolski.

– “To nie jest tak, że ten wyciągnięty nagle z kapelusza pomysł uderzy tylko w przedsiębiorców. On uderzy w całą gospodarkę, a ostatecznie w pracowników. Jedni po prostu stracą robotę, bo ich firmy padną, inni będą płacić dwa razy więcej za towary i usługi, bo efektem skokowej podwyżki musi być wzrost cen. A wszystko przez nieodpowiedzialnych polityków, którzy na pytanie „skąd się biorą pieniądze”, odpowiadają zdziwieni: „Jak to skąd? Z bankomatu!” – skomentował dla dziennika “Polska The Times” Paweł Kukla, prezes Nowosądeckiej Izby Gospodarczej. Bezlitośnie też obnażył patologię polskiego środowiska gospodarczego, do której doprowadziła ekipa “dobrej zmiany”. – “Mamy konkurować z Niemcami? Niemieccy przedsiębiorcy płacą mniej od polskich za: prąd, gaz, wodę, ścieki. Nie są przytłoczeni taką biurokracją. No i nikt ich z dnia na dzień nie zaskakuje decyzjami, przez które z dnia na dzień ich biznesplany i strategie rozwoju nadają się na śmietnik – mówi rozgoryczony.

W sieci pojawia się coraz więcej doniesień, że wielu przedsiębiorców, dotychczas głosujących na Prawo i Sprawiedliwość może w ostatniej chwili zmienić zdanie, bo nic tak mocno nie burzy zaufania do partii politycznej, jak bezpośrednie uderzenie w kieszeń wyborcy, którego przyszłość finansowa może zostać zachwiana jednym nieodpowiedzialnym ruchem. Zdecydowanie nie tak to miało wyglądać i nie taki efekt wywołać. Nieważne, że premier i część ministrów w ostatnich dniach próbowała wyjaśniać, że kwestia zmian w naliczaniu ZUS obejmie tylko najsłabiej zarabiających. Na nic zapewnienia prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, że podniesienie płacy minimalnej w najmniejszym stopniu nie wpłynie na poziom cen efektów pracy przedsiębiorców. Wiele kłamstw i prób mydlenia oczu można przyjąć, ale akurat liczyć to polscy przedsiębiorcy, także Ci popierający PiS potrafią. Do świadomości społecznej przebił się przekaz, że idą radykalne podwyżki ZUS, drożyzna się pogłębi, a pan z budki z kebabem zarobi więcej, niż jego szef, co raczej nie wróży mu długiego zatrudnienia. W kontekście nadchodzących wyborów, taki samobój może partię rządzącą bardzo słono kosztować.

Dziś w “Rzeczpospolitej” sprawę próbuje ratować jeszcze wicepremier Jarosław Gowin, rzekomo wolnorynkowiec i obrońca interesów klasy średniej. Mówi nawet, że podwyżki ZUS nie obejmą wszystkich przedsiębiorców i on jest gotów postawić na szali swój honor i swoją wiarygodność, z dymisją ze sprawowanej funkcji włącznie. Pytanie jednak, czy osoba całkowicie skompromitowana przez ostatnie 4 lata, nieposiadająca moralnego kręgosłupa i głosująca “za” propozycjami, z którymi rzekomo całym sercem się nie zgadza, ma jeszcze czym szastać.

„PiS nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców. Ręczę za to swoją wiarygodnością. Jeśli tak się stanie, podam się do dymisji” – zapewniał Jarosław Gowin w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Zakwestionował pomysł zniesienia pułapu 30-krotności w naliczaniu składek: „Porozumienie zajmuje tu inne stanowisko niż PiS. W naszej ocenie likwidacja 30-krotności w oczywisty sposób doprowadzi do spadku wynagrodzeń tych grup zawodowych, które są kluczowe dla rozwoju nowoczesnego państwa: specjalistów, informatyków, kadry kierowniczej średniego szczebla czy wolnych zawodów” – zauważył.

Musimy sobie zadać pytanie, czy zależy nam na skutecznej konkurencji z najbardziej zamożnymi państwami świata. To jest wyścig o talenty, o ludzi szczególnie uzdolnionych. Jako minister współodpowiedzialny za rozwój technologii i innowacyjność jestem rzecznikiem klasy średniej. Bo jej interesy są przecież zbieżne z polską racją stanu” – dodał wicepremier.

Mówiąc o niezachwianej jednomyślności w obozie prawicy odniósł się przy okazji do zapowiedzi wzrostu płacy minimalnej. Zdradził, że decyzja o szybszym wzroście płacy minimalnej zapadła w kilku ostatnich tygodniach.

Wypracowaliśmy wspólne stanowisko. Z jednej strony, zgodnie z propozycją PiS, szybciej niż pierwotnie zakładaliśmy wzrośnie płaca minimalna. Z drugiej, PiS zaakceptowało postulat Porozumienia, aby tak obniżyć ZUS dla małych firm, żeby wzrost płacy minimalnej nie podkopał ich finansowych fundamentów” – powiedział wicepremier i minister szkolnictwa wyższego.

W przyszłej kadencji w dużo większym stopniu położymy nacisk na uruchamianie rezerw rozwojowych. To jest warunek stabilnej realizacji bezprecedensowo szerokich programów społecznych” – zapewnił Jarosław Gowin.

Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

Wczoraj znowu dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat naszej aktualnej rzeczywistości. Otóż minister Zbigniew Ziobro fantastycznym ministrem jest, a nominowani przez niego sędziowie, którzy zarządzali „farmą trolli”, to – i tu cytat z pana premiera Morawieckiego – „sędziowie, którzy chcieli naprawiać rzeczywistość”. Taka zapadła bowiem „decyzja polityczna”.

Ile ma ona wspólnego z kolekcją zielonych (i nie tylko) teczek, ukrytych gdzieś w zakamarkach ministerstwa, można się jedynie domyślać. Zdaje się jednak, że Archiwum Ziobry jest znacznie zasobniejsze od niesławnej Szafy Kiszczaka.

Wracając zaś do „decyzji politycznej”, to jest to – zdaje się – najważniejszy z czynników kształtujących wizję rzeczywistości w otoczeniu pana prezesa. Kiedyś, w epoce „towarzyszy”, jak dojrzewało żyto i pszenica, to najpierw zbierało się… posiedzenie Komitetu Centralnego. Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

W ten sposób – jak Napoleon z reklam supermarketu Carrefour – zdecydował, że choć nie ma tego w projektowanym przez jego własną partię budżecie na następny rok, pensja minimalna ma wzrosnąć do trzech tysięcy, a emerycka „trzynastka” stać się świadczeniem stałym. Polska zaś ma być „państwem dobrobytu” – takim miejscem, które rośnie w siłę, a ludzie żyją tu dostatniej. Taka decyzja – jak wykazują badania – całkowicie wystarczy na dobrze ponad 40 procent wyborczego poparcia.

Na wszelki wypadek jednak, w hołdzie „wartościom” i dla poparcia w parafiach, decyzja polityczna prezesa zdecydowała jeszcze, że nasza ojczyzna będzie krajem katolickim, ponieważ poza Kościołem jest tylko „nihilizm”, a nihilizmowi partia aktualnie rządząca mówi swoje stanowcze „nie”! Rodzina natomiast ma się składać z „kobiety, mężczyzny oraz ich dzieci”. Dzięki temu będziemy – od Odry do Bugu – strefą „wolną od ideologii LGBT”!

Gdyby zaś i tego jeszcze było mało, „decyzja” zdecydowała o wznowieniu obrad „starego” Sejmu już po wyborach. I wtedy, jak się domyślamy, w zależności od ich wyniku – będzie ona (decyzja, znaczy) decydować, co dalej.

A na razie decyzją polityczną pana prezesa (bo przecież nie stanem faktycznym, który jaki jest, każdy widzi):
– panowie Kuchciński, Piebiak i inni partyjni bohaterowie serii afer i skandali to ludzie krystalicznej uczciwości,
– „Trzy Beaty” to niedościgłe wzory manier i elegancji na aktualną epokę, choć i tak daleko im pod tym względem do absolutnego ideału – posłanki Krystyny Pawłowicz,
– tylko patrzeć, jak Niemcy wypłacą nam sowite reparacje,
– ściągalność podatku VAT wynosi sto procent,
– budżet nie ma deficytu,
– zagraniczne zadłużenie Polski spada,
– Port Lotniczy Baranów, kanał przez Mierzeję, sto tysięcy mieszkań i drugie tyle elektrycznych samochodów już – odpowiednio – stoi, działa i jeździ po naszych świeżo wybudowanych lokalnych drogach,
– służba zdrowia, edukacja i sądownictwo mają się zdecydowanie lepiej niż przed nastaniem „dobrej zmiany”,
– zdecydowanie poprawił się też klimat – bo to oczywiste, że rządy formacji prezesa natychmiast uzdrowiły polską atmosferę.

Niestety, jak na razie, to pod rządami PiS wzrosła nam – i to po raz pierwszy od transformacji – umieralność. Ale – jak uspokaja Paweł Kukiz – i na to jest rada. Tylko patrzeć, aż pan prezes podejmie decyzję polityczną, że każdy Polak będzie żył minimum 105 lat.

>>>

„Jestem naćpany!” – krzyczał Tomasz Wróblewski, dzwoniąc z hotelu w Ełku na telefon alarmowy. Policjanci powinni byli wezwać pogotowie, ale pojechali do hotelu sami. Według świadka, do którego dotarło OKO.press, zostali sam na sam ze skutym Tomaszem na kilka minut. Gdy wyszli, “miał pobitą twarz”. Zmarł chwilę później. A nagrania interwencji zniknęły

Do redakcji OKO.press zgłosiła się rodzina Tomasza Wróblewskiego (na zdjęciu), 37-latka, który w nocy z 13 na 14 sierpnia zmarł w trakcie interwencji policji z Ełku. Zdaniem najbliższych mężczyzny, przed śmiercią ktoś znęcał się nad nim, a policja próbuje zatrzeć ślady.

Rodzina udostępniła nam jego zdjęcia, zrobione w zakładzie pogrzebowym. Twarz Tomasza jest na nich zmasakrowana.

Kto doprowadził go do takiego stanu? Tego nie wiemy. Okoliczności śmierci wyjaśnia prokuratura, która wciąż czeka na wyniki sekcji zwłok. Już teraz jednak można powiedzieć, że w trakcie interwencji policji doszło do poważnych nieprawidłowości.

  • Dyżurny policjant nie wezwał na miejsce pogotowia, choć – według świadka, do którego dotarliśmy – dzwoniąc na 112 z hotelowego pokoju, Tomasz krzyczał, że “jest naćpany”. Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że dyspozytor 112 przekazał informację o narkotykach policji. W takich sytuacjach policja ma obowiązek wezwać karetkę.
  • Pogotowia nie wezwali też interweniujący policjanci, choć Tomasz na ich widok nadal wzywał pomocy policji, wyraźnie nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niego. Nie wzywając karetki, funkcjonariusze mogli dopuścić się karalnego niedopełnienia obowiązków.
  • Policjanci użyli wobec Tomasza gazu pieprzowego, przydusili go, zakuli i siłą wyprowadzili z hotelu, choć zgodnie z przepisami mogli jedynie unieruchomić go do przyjazdu pogotowia.
  • Po kilku minutach, przez które policjanci przebywali sam na sam z Tomaszem, według świadka “miał [on] pobitą twarz”. Niedługo po tym zmarł.
  • Z telefonu świadka, który został zabrany przez jednego z policjantów, zniknęły dwa nagrania z interwencji. Jeśli to funkcjonariusz je usunął, może być pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień i utrudnianie śledztwa.

Według mec. Adama Ploszki, okoliczności śmierci Tomasza Wróblewskiego przypominają sprawę Igora Stachowiaka. Ploszka był jednym z pełnomocników jego rodziny. Stachowiak zmarł po interwencji policjantów, którzy razili go paralizatorem w łazience we wrocławskim komisariacie. W tamtej sprawie nie udało się udowodnić, że policjanci przyczynili się do śmierci.

Sąd skazał ich jednak na dwa do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia za przekroczenie uprawnień, bo zamiast wezwać pogotowie, siegnęli po paralizator.

Ciało

15 sierpnia Prokuratura Rejonowa w Ełku wydała rodzinie ciało Tomasza. „Nie mogłem go poznać, a ostatnio widzieliśmy się dwa dni wcześniej” – mówi OKO.press brat zmarłego.

Rodzina Tomasza w mailu przesłanym redakcji OKO.press wyliczyła ślady na jego ciele:

  • zdarta skóra w wielu miejscach twarzy,
  • lewe oko kilkukrotnie powiększone z widocznym zasinieniem dookoła,
  • złamany nos,
  • ślady uderzeń tępym narzędziem w górną część płata czołowego,
  • wgłębienia w czaszce,
  • z tyłu głowy, po lewej stronie odcisk podeszwy buta,
  • ślady duszenia na szyi,
  • sine, wręcz czarne i zniekształcone lewe ucho,
  • wyraźne, krwawe rany w dwóch miejscach w pobliżu skroni, wyglądające jak po użyciu paralizatora,
  • zniekształcony lewy policzek
  • oraz rany i opuchlizna na nadgarstkach od kajdanek.
  • A przy tym wszystkim – brak śladów walki na dłoniach Tomasza.

Dostaliśmy też jedno zdjęcie Tomasza zrobione za życia i 39 szczegółowych zdjęć jego głowy, dłoni i sylwetki z zakładu pogrzebowego (zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich publikować).

Na fotografiach Tomasz ma już pośmiertny makijaż. Jak tłumaczą jego najbliżsi, przez silne emocje nie pomyśleli o fotografowaniu ciała wcześniej, w prosektorium. Mimo to można stwierdzić, że w przesłanym nam opisie obrażeń rodzina Tomasza nie przesadziła.

Sądowa biegła, z którą się skontaktowaliśmy, uprzedziła, że żaden szanujący się ekspert nie jest w stanie stwierdzić jedynie na podstawie fotografii, w jaki sposób powstały obrażenia. Porównanie zdjęć zrobionych przez rodzinę z wynikami sekcji zwłok, może jednak wykazać ewentualne braki w opisie z sekcji.

Jak powstały obrażenia na ciele Tomasza Wróblewskiego?

Wezwijcie policję!

Tuż przed północą Bożenę* wyrwał ze snu przeraźliwy krzyk nieznajomego mężczyzny. “Dzwońcie po policję! Policja! Ratunku! Pomocy!”. Po kilku minutach wezwanie powtórzyło się kilkukrotnie: “Pomocy! Policja!”.

“Był tak głośny, jakby dochodził z bardzo bliska” – wspomina pani Bożena. Spotkaliśmy ją przed jej domem, szukając świadków wydarzeń z nocy 13 na 14 sierpnia.

W rzeczywistości krzyk dobiegał z jednopiętrowego hotelu, który stoi kilka domów dalej. Krzyczał Tomasz Wróblewski. To on zarezerwował pokój i przyjechał do Ełku z oddalonego o 50 kilometrów Filipowa. Miał spędzić tę noc z Dianą*, dwudziestoparolatką, którą poznał kilka tygodni wcześniej na portalu randkowym. W trakcie spotkania z jakichś powodów przestał jej jednak ufać.

Kradzież auta?

Minutę po północy Tomasz napisał na Messengerze do przyjaciółki: “Zadzwoń na policjie” [pisownia oryginalna – przyp. red.]. Próbował się z nią połączyć. Wiadomość zauważyła dopiero rano.

Dwie minuty po północy zadzwonił do Pauliny, kolejnej przyjaciółki. Odebrała, ale po drugiej stronie usłyszała tylko pisk. Oddzwoniła, ale bez skutku.

Tomaszowi udało się jednak samemu dodzwonić pod 112. Powiedział, że ktoś próbuje okraść jego samochód, który stał na podjeździe przed hotelem. W środku miał cenny sprzęt stolarski, którym zarabiał na życie, budując drewniane domy w całej Polsce. Był pewien, że Diana jest ze złodziejami w zmowie.

“Był agresywny. Sugerował, że go okradam, a tak nie było” – napisała w odpowiedzi na pytania OKO.press Diana. Udało nam się z nią skontaktować przez Facebooka.

Narkotyki

Dyżurnemu Tomasz miał powiedzieć też, że jest pod wpływem narkotyków. “Mówił, że się naćpał” – relacjonuje nam Diana. I dodaje: ”Sam chciał, abym narkotyki mu ogarnęła”.

W jej wersję nie wierzy rodzina Tomasza. Zapewnia, że narkotyków nie zażywał, miał wstręt do papierosów, a z alkoholi pił co najwyżej jedno piwo.

Diana nie chce nam zdradzić, jakie narkotyki „ogarnęła” i w jakiej ilości. Prokuratura przekazała rodzinie, że znaleziono przy niej zakazane substancje.

Według wstępnych ustaleń śledczych, Tomasz zażył tamtej nocy mieszankę różnych środków psychoaktywnych.

Nie wiemy, czy wziął je z własnej woli, czy ktoś odurzył go podstępem. I czy faktycznie próbowano go okraść, czy to zażyte substancje wywołały takie urojenia. Ale to, że zażył narkotyki i informował o tym policję, jest pewne.

“Jeżeli ktoś dzwoni, w sposób chaotyczny domaga się pomocy i informuje, że »jest naćpany«, to nie jest typowe zachowanie, z którym spotykają się policjanci przy zgłoszeniach. Powinno to skutkować wezwaniem pogotowia ratunkowego. Taki obowiązek wynika z przepisów ustaw o policji i ochronie zdrowia psychicznego” – komentuje dla OKO.press dr Adam Ploszka, prawnik z kancelarii Pietrzak Sidor & Wspólnicy.

Zignorowanie przez dyżurnego informacji o zażyciu narkotyków przez Tomasza może być więc uznane przez prokuraturę za niedopełnienie obowiązków, za co grozi do trzech lat więzienia.

Tego, że tak powinna wyglądać interwencja wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, policjanci uczą się już w szkole policyjnej. Materiały szkoleniowe dla policjantów nakazują dyżurnym: „Gdy wiarygodność zgłoszenia o stanie psychicznym osoby nie budzi wątpliwości, dążyć do wyposażenia policjantów w siatkowy zestaw obezwładniający, paralizator lub kaftan bezpieczeństwa i wezwać karetkę pogotowia„.

Na sygnale

Pani Bożena pamięta, że wszystko wydarzyło się w ciągu godziny. Jakiś kwadrans po północy przed jej oknem przejechał patrol policji na sygnale. Kilkanaście minut później następny. Około pierwszej zobaczyła karetkę. Sunęła powoli i bez sygnału.

Będziesz już grzeczny?

“Policja! Otwierać!” – dwóch policjantów z prewencji komendy w Ełku stało przed drzwiami pokoju, ale Tomasz nie chciał ich wpuścić. Ze środka usłyszeli krzyk kobiety, wołającej o pomoc. Wyważyli drzwi.

Gdy wdarli się do środka, Tomasz zachowywał się, jakby nie wierzył, że są prawdziwymi funkcjonariuszami. Wciąż krzyczał: “Policja! Ratunku!”, choć mieli na sobie mundury. Zapytaliśmy Dianę, czy zrobił coś, co mogłoby uzasadnić użycie przemocy przez policjantów. Czy uderzył ją albo ich?

“Raczej był agresywny, ale żeby ich uderzyć, to nie” – odpisała.

Choć to on wezwał policję i wciąż wzywał pomocy, potraktowali go jak napastnika. Razili gazem pieprzowym, obezwładnili, przydusili i skuli ręce za plecami. Dianie kazali wyjść z pokoju.

Zeszła po schodach i stanęła przed hotelem. Nie wie, co wtedy działo się w środku, nie słyszała żadnych krzyków. Być może coś zobaczył lokator sąsiedniego pokoju. Przez otwarte drzwi hotelu Diana widziała, jak zajrzał do Tomasza i wrócił do siebie. Prokuratura przesłuchała lokatorów, ale nie udało nam się do nich dotrzeć.

Diana szacuje, że Tomasz był z policjantami sam na sam około pięć minut. Gdy drzwi do pokoju się otworzyły,

usłyszała, jak jeden z nich pyta: “Będziesz już grzeczny?”. “Tak!” – krzyknął Tomasz.

Według Diany dopiero po wyjściu na zewnątrz policjanci wezwali posiłki.

Przekroczenie uprawnień

Materiały szkoleniowe policji podkreślają, że w stosunku do osób, która może mieć zaburzenia świadomości, funkcjonariusze powinni zachować spokój, unikać gwałtownych reakcji, nie prowokować jej groźbami czy szybkimi ruchami.

Jeden z policjantów powinien próbować podjąć z nim spokojną rozmowę, a drugi – skontaktować się z dyżurnym.

“Dostrzegając, że pan Tomasz – o ile relacja świadka jest prawdziwa – zachowuje się w sposób zagrażający jego życiu i zdrowiu czy bezpieczeństwu policjantów, że nadreagowuje na bodźce, dziwnie się zachowuje albo jego zachowanie w inny sposób odbiega od standardu i wymaga pomocy medycznej, policjanci powinni wezwać pogotowie. Nie robiąc tego, mogli dopuścić się niedopełnienia obowiązków” – ocenia mec. Adam Ploszka.

Według Diany policjanci w trakcie interwencji w pokoju z nikim się nie kontaktowali. A po wyważeniu drzwi razili Tomasza gazem pieprzowym.

Użycie w tej sytuacji gazu także mogło być nadużyciem uprawnień. Wobec osoby z zaburzeniami psychicznymi policjanci nie mogą stosować wszystkich środków przymusu bezpośredniego, dozwolonych w innych sytuacjach.

Zgodnie z ustawą o policji i ustawą o ochronie zdrowia psychicznego jeśli taka osoba “dopuszcza się zamachu przeciwko życiu lub zdrowiu własnemu lub innej osoby” lub gwałtownie niszczy przedmioty, policjant może jedynie:

  • przytrzymać ją,
  • unieruchomić lub izolować
  • i podać leki, jeśli nakaże to lekarz.
Jak Igor Stachowiak

Mec. Adam Ploszka zauważa, że śmierć Tomasza Wróblewskiego przypomina sprawę Igora Stachowiaka. W grudniu 2017 roku TVN ujawnił nagranie, dowodzące, że policjanci razili go paralizatorem w toalecie we wrocławskiej komendzie. W I instancji sąd skazał czterech funkcjonariuszy na kary od dwóch do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia. Nie za doprowadzenie Igora Stachowiaka do śmierci, ale za znęcanie się nad nim i przekroczenie uprawnień.

“Sąd stwierdził, że policjanci mieli powody do wątpliwości co do poczytalności Igora Stachowiaka, dlatego powinni ograniczyć używane środki przymusu bezpośredniego i nie powinni sięgać po paralizator” – mówi OKO.press mec. Ploszka.

Policjanci z Wrocławia także nie wezwali pogotowia. Po czym powinni byli poznać, że zatrzymany może być niepoczytalny?

“Sąd oparł się na zeznaniach świadków, którzy wskazywali na trudności w komunikowaniu się z panem Stachowiakiem i brak reakcji na wydawane mu polecenia. W konkluzji sąd stwierdził, że okoliczności, z powodu których nie można było stosować środków przymusu, były obiektywne” – odpowiada mec. Ploszka.

Ślady na twarzy

Ełcka policja i prokuratura rejonowa w Augustowie, która prowadzi sprawę, powołując się na dobro śledztwa, odmówiły nam odpowiedzi na pytania o środki przymusu bezpośredniego, użyte w trakcie interwencji. Tego, co działo się w ciągu tamtych pięciu minut, możemy jedynie domyślać się na podstawie pozostawionych śladów.

Między innymi około “300 śladów obuwia gumowego na ścianie na wysokości metr, może metr trzydzieści”, które naliczył właściciel hotelu, gdy już go wpuszczono do pokoju.

Oraz „śladów pobicia”, które Diana zauważyła na twarzy Tomasza, gdy policjanci wyprowadzali go z pokoju i schodzili z nim w dół hotelowych schodów.

“Przed wejściem policji nie miał żadnych obrażeń na twarzy. Przy mnie go nie bili” – zapewnia Diana.

Dwa usunięte filmy

Na zewnątrz znów docisnęli go do podłoża, czyli do czerwonej kostki brukowej wyłożonej przed hotelem. Diana wyjęła telefon i nagrała dwa filmy “jak na nim siedzieli, przyciskali do ziemi i stali mu na nogach mimo braku odruchów”.

Na podjazd przed hotelem wjechał drugi patrol, policjanci z drogówki. Według Diany dopiero oni zauważyli, że przyciśnięty do ziemi Tomasz już nie oddycha. Zaczęli reanimację i wezwali pogotowie. Przyjechało po jakichś 15-20 minutach.

Jeden z policjantów z prewencji (z pierwszego patrolu) poprosił wtedy Dianę, by dała mu telefon.

Później w ełckiej prokuraturze kobieta zeznała, że powinny na nim być dwa filmy, które nagrała w trakcie policyjnej interwencji. Prokurator włączyła telefon, żeby je obejrzeć. Już ich tam nie było.

Czy policjant miał w tej sytuacji prawo zażądać telefonu? „Tak, ale tylko jeśli miał powody podejrzewać, że został ukradziony” – mówi OKO.press mec. Ploszka. W takiej sytuacji funkcjonariusz powinien zidentyfikować telefon w policyjnej bazie po numerze IMEI, który można sprawdzić w ustawieniach telefonu. W systemie zostaje wtedy zapisana godzina wyszukiwania.

„Żadne przepisy nie pozwalają jednak policjantowi na usuwanie nagrań. Zwłaszcza takich, które mogą być dowodem w sprawie. Jeśli to zrobił – doszło do przekroczenia uprawnień. Należy oczekiwać, że prokuratura zbada, czy takie nagranie istniało i czy może zostać odzyskane przez biegłego informatyka” – komentuje dla OKO.press mec. Ploszka.

Wynik wstępnie znany

Rano, gdy brat Tomasza wraz z kuzynem pojechał na komendę w Ełku, zostali na miejscu przesłuchani. Policjant powiedział im, że Tomasz był agresywny i nie dało się go uspokoić. Przy okazji zapytał Roberta o PIN do komórki brata, chociaż na przeszukanie telefonu powinien mieć zgodę prokuratora. Robert PIN-u nie znał.

Zgodnie z wytycznymi Prokuratora Krajowego z 2014 roku w tego typu sprawach kluczowe czynności, takie jak przesłuchanie, prokurator powinien przeprowadzać osobiście.

W międzyczasie ełcka prokuratura rejonowa już zdążyła wszcząć śledztwo. Ma ono wyjaśnić, czy policjanci zaniedbali obowiązki lub przekroczyli uprawnienia. 26 sierpnia zostało przeniesione do Prokuratury Rejonowej w Augustowie.

Jeszcze przed przenosinami prokurator z Ełku zdążyła zapewnić rodzinę Tomasza, że “obrażenia powstałe w trakcie interwencji nie przyczyniły się do zgonu”.

Osobne postępowanie dyscyplinarne w sprawie wydarzeń nocy z 13 na 14 sierpnia prowadzi ełcka komenda. Jak nas poinformowała, jej wstępne ustalenia “wskazują na prawidłowość działań podjętych podczas interwencji”.

Lokaje Kaczyńskiego i Niderlandy

W zeszły wtorek Małgorzata Kidawa-Błońska została kandydatką na premiera Koalicji Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna podczas prezentacji podkreślał, że potrzebny jest ktoś, przed kim nawet najwięksi szczekacze muszą się zacząć miarkować. Stwierdził także, że ludzie chcą nowej jakości, kogoś kto nie będzie się zajmował polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą – “Trzeba słuchać ludzi, a Małgorzata, warszawianka, kobieta sukcesu, matka, ludzi potrafi słuchać. Z taką samą uwagą i szacunkiem rozmawia z ambasadorem w filharmonii, jak i ze sprzedawczynią na miejskim bazarku” – tłumaczył przewodniczący Platformy Obywatelskiej.

Pierwszą próbą ogniową była wczorajsza wizyta u Moniki Olejnik w “Kropce nad I”, którą Małgorzata Kidawa-Błońska zadała koncertowo. Miałem obawy przed programem, że coś pójdzie nie tak, że zostanie zaskoczona, że dojdzie do jakiejś pomyłki, ale po zakończeniu programu okazało się, że strach był na wyrost. Wczoraj zobaczyliśmy osobę kompetentną, spokojną , logicznie argumentującą oraz merytoryczną, a gdy zaszła taka potrzeba, stanowczą. I co chyba najważniejsze, nie było żadnej agresji, brudnych ataków czy pomówień. Na tle całej klasy politycznej objawiła się kobieta zdolna do zasypywania podziałów w społeczeństwie.

Potrzebę budowania zgody podkreśliła już na samym początku programu – “Podziały w Polsce są tak wielkie, że boję się, że już za parę lat w ogóle nikt ze sobą przy stole wigilijnym nie usiądzie: albo ludzie będą wygłaszali sobie jakieś prztyczki, albo będą się wzajemnie obrażali. Kiedy patrzę, jak wygląda polska polityka, to jest ostatni moment na to, żeby to zatrzymać” – zwróciła uwagę. Przyznała także, że były popełnione błędy, które polegały na zaniedbaniu kontaktów ze zwykłymi ludźmi, ale zostały z tego wyciągnięte daleko idące wnioski – “Przez całą kadencję, kiedy jesteśmy w opozycji, tych kontaktów było mnóstwo” – powiedziała.

Wicemarszałkini powiedziała również, że jest gotowa do debaty z Jarosławem Kaczyńskim – “On jest jedynką w Warszawie i to my powinniśmy tutaj w Warszawie ze sobą rozmawiać, nie szukać jakichś innych zastępczych rozwiązań. Jako jedynki z jednego miasta powinniśmy ze sobą rozmawiać. Zawsze w tradycji było, że jedynki z jednego miasta ze sobą debatują, żeby ludzie mogli poznać ich poglądy i zobaczyć, jak się zachowują” – wyjaśniła. Pół godziny wcześniej poseł Prawa i Sprawiedliwości, Łukasz Schreiber był pytany, czy premier Mateusz Morawiecki stanąłby do debaty z Kidawą-Błońską i wyraźnie było widać, że kluczy w tej sprawie. Nie padło stanowcze “tak, jest gotowy i będzie debatował”, tylko zaczął mydlić oczy sprawami związanymi z programem wyborczym.

Lawirowanie Schreibera potwierdza tylko doniesienia medialne o tym, że obóz rządzący został zaskoczony Małgorzatą Kidawą-Błońską, a chyba już w szczególności przekazem o zatrzymaniu postępujących podziałów. Wskazywanie, kto jest dobry, a kto zły, kto się nadaje na prawdziwego Polaka, a kto nie, jest zapisane w DNA Prawa i Sprawiedliwości. Było to widać nawet podczas sobotniej konwencji, gdy Kaczyński mówił, że poza Kościołem jest tylko nihilizm, a modelowa polska rodzina to jedna kobieta, jeden mężczyzna, stały związek i dzieci, odrzucając tym samym np. matki samotnie wychowujące dzieci.

Dodatkowym smaczkiem w budowie wizerunku Kidawy-Błońskiej jest przejęcie sztandarowego hasła Roberta Biedronia. To dzisiejszy eurodeputowany powtarzał cały czas w trakcie ostatniej kampanii wyborczej, że Polacy są bardzo podzieleni i należy to zacząć niwelować. Zresztą lewica ma podobny problem z wicemarszałkinią co Zjednoczona Prawica. Po lewej stronie sceny politycznej ton nadają trzej mężczyźni, którzy już się ochrzcili mianem trzech tenorów i na próżno można szukać tam kobiet, które powinny być znakiem rozpoznawczym ugrupowań sytuujących się na lewo od Koalicji Obywatelskiej. Z szumnych zapowiedzi o dominacji kobiet na pierwszym miejscu list wyborczych lewicy też niewiele zostało i nawet nikt do tego nie chce wracać. Na jedynkach Koalicji Obywatelskiej jest tyle samo kobiet, co na listach lewicy.

Należy przyznać rację komentatorom i publicystom, że jest za mało czasu na dogonienie Prawa i Sprawiedliwości. Ale już jak się spojrzy na to z perspektywy roku i wyborów prezydenckich, to ten wyścig jest wielką niewiadomą. Wczorajsze badanie zaufania do polityków w którym debiutowała Małgorzata Kidawa-Błońska uplasowało ją na bardzo dobrym piątym miejscu z trzydziestoprocentowym wynikiem. W tym sondażu na szczególną uwagę zasługuje fakt, że 24 proc. respondentów nie kojarzy kandydatki na premiera, a to oznacza, że badanym trzeba Kidawę-Błońską przedstawić i tu otwiera się szerokie pole do popisu, ponieważ różnica w zaufaniu do Andrzeja Dudy to tylko 14 proc., więc poduszka do budowania wizerunku jest bardzo duża i spokojnie można w ciągu roku dosięgnąć urzędującą głowę państwa. Uzyskanie przez Kidawę-Błońską bardzo dobrego wyniku w Warszawie sprawi, że będzie realna szansa na pokonanie Andrzeja Dudy, ale też na pierwszą panią prezydent w najnowszej historii Polski. I nie będzie to kobieta związana z lewicą.

Nasz program jest lepszy i Polacy zyskają na nim dużo więcej, niż na programie PiS-u, w dodatku zyskają wszyscy, nie tylko ci otrzymujący minimalne wynagrodzenie – mówi Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów w rządzie PO-PSL. – PiS jak Zagłoba w “Potopie” rozdaje Niderlandy. Uzależnienie ZUS od dochodów, ogłoszone przez PiS, idzie w parze ze zniesieniem limitu podstawy wymiaru składek emerytalno-rentowych (w wysokości 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia). To podwójny atak PiS-u na przedsiębiorczość Polaków. Średnio każdy przedsiębiorca zapłaci rocznie o około 18 tys. zł więcej, niż w obecnym systemie. W efekcie PiS wydrenuje z ich kieszeni dodatkowo ponad 40 mld zł – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konwencji partii w Lublinie zapowiedział podwyższenie płacy minimalnej z obecnych 2250 złotych do 3 tysięcy złotych pod koniec 2020 roku, później do 4 tysięcy na koniec 2023 roku. Jak to możliwe i czym to grozi?

IZABELA LESZCZYNA: Zacznijmy od tego, że Polacy są mądrzy i potrafią liczyć. Ponieważ nasz program jest dla nich lepszy i zyskają na nim dużo więcej, niż na programie PiS-u, w dodatku zyskają wszyscy, nie tylko ci otrzymujący minimalne wynagrodzenie, to jestem przekonana, że wybiorą Koalicję Obywatelską. Może więc szkoda czasu na mówienie o gorszym programie, gdy na stole leży lepszy: przemyślany, prorozwojowy i niedrenujący kieszeni pracodawców nasz program. Ale niech będzie, powiedzmy o zagrożeniach, jakie niesie program PiS. Otóż

KACZYŃSKI CHCE ZAFUNDOWAĆ PRACODAWCOM DRASTYCZNY WZROST KOSZTÓW.

To negatywnie wpłynie przede wszystkim na małe przedsiębiorstwa i te z mniejszych miejscowości, gdzie wynagrodzenia są niższe. Wydaje się też, że lepszy czas w gospodarce właśnie się kończy, a wzrost obciążeń pracodawców w przeddzień spowolnienia nie służy ani firmom, ani pracownikom. To jest zagrożenie dla gospodarki, tym bardziej, że PiS chce rzucić przedsiębiorcom jeszcze kilka kłód pod nogi.

PiS obiecał “drugą” trzynastą emeryturę w 2021 r. i pełne dopłaty do hektara dla rolników. Czy budżet to wytrzyma?
Kaczyński na konwencji w Lublinie przyznał, że w projekcie budżetu na 2020 rok nie przewidziano środków na 13. emeryturę. A przecież zarzekali się, że to nie jest jednorazowy deal przed wyborami do PE. Można by spytać: ile jeszcze kłamstw ukrywa PiS?

A wyższe dopłaty dla rolników to już prawdziwy samobój prezesa, bo póki co, po wielu miesiącach kuluarowych rozmów i nieformalnych dyskusji szefów rządów,

MAMY PROJEKT BUDŻETU, W KTÓRYM NA POLSKIE ROLNICTWO JEST O JEDNĄ CZWARTĄ ŚRODKÓW MNIEJ, NIŻ WYNEGOCJOWAŁA PLATFORMA OBYWATELSKA W OBECNEJ PERSPEKTYWIE!

To Koalicja Obywatelska jest gwarantem wysokich dopłat z Unii Europejskiej dla rolników. Natomiast rządy PiS to groźba zawieszenia funduszy unijnych dla Polski, bo z powodu PiS-owskiej szarży na demokrację zmieniono nawet nazwę polityki spójności. Dzisiaj nazywa się Spójność i Wartości.

Joachim Brudziński, szef sztabu wyborczego PiS, oświadczył, że będzie nowelizacja budżetu i trzynasta emerytura będzie zachowana. Wcześniej PiS zapomniał?
Jeśli PiS zapominał o 9 milionach emerytów, to nie zasługuje na to, żeby na niego głosować. A jeśli nie zapomniał, to znaczy, że kłamie. Obietnice PiS-u w ogóle są wyborczą ściemą, bo:

– albo nie ma na nie środków, jak na 13. emeryturę,

– albo obietnice finansują samorządy, bo za obniżenie PIT nie dostaną żadnej rekompensaty, a przecież ok. 50 proc. wpływów z PIT to dochody własne samorządu,

– albo obietnice są finansowane wprost z kieszeni przedsiębiorców, jak wyższa płaca minimalna.

PIS JAK ZAGŁOBA W “POTOPIE” ROZDAJE NIDERLANDY.

Po wprowadzeniu małej działalności gospodarczej, czyli od przychodu, idziemy w kierunku liczenia ZUS-u od dochodu i takiego zagwarantowania, żeby było łatwiej tym, którzy mają niższe dochody, którzy się rozkręcają, inwestują – zapowiedział premier podczas konwencji.

Plany PiS-u uderzą w przedsiębiorców?
Koalicja Obywatelska proponuje, żeby podstawą wymiaru ZUS dla przedsiębiorców była pensja minimalna. Dzięki temu ich obciążenie ZUS-em spadnie o ponad 200 zł miesięcznie, prawie 2,5 tys. zł w skali roku. Dlaczego pensja minimalna ma być podstawą wymiaru ZUS? Bo chcemy, żeby przedsiębiorcy mieli zagwarantowane zabezpieczenie społeczne na minimalnym poziomie.

Natomiast

PIS CHCE Z PRZEDSIĘBIORCÓW WYDUSIĆ DUŻO WIĘCEJ, NIŻ DOTYCHCZAS.

Uzależnienie ZUS od dochodów, ogłoszone przez PiS, idzie w parze ze zniesieniem limitu podstawy wymiaru składek emerytalno-rentowych (w wysokości 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia). To podwójny atak PiS-u na przedsiębiorczość Polaków. Co to znaczy w wymiarze finansowym? Średnio każdy przedsiębiorca zapłaci rocznie o około 18 tys. zł więcej, niż w obecnym systemie. W efekcie PiS wydrenuje z ich kieszeni dodatkowo ponad 40 mld zł.

PiS mówi, że zapłacą przede wszystkim ci z wyższymi dochodami, ale to nieprawda. Czy dochód wyższy niż 60 proc. średniego wynagrodzenia czyni z przedsiębiorcy krezusa? Chyba nie. Jedno jest pewne,

POLITYKA GOSPODARCZA PIS DOPROWADZI DO TEGO, ŻE GDY SKOŃCZY SIĘ KONIUNKTURA, BĘDZIEMY DZIELIĆ SIĘ NIE DOBROBYTEM, A BIEDĄ.

“Niższe podatki, wyższe płace. To fundament naszego programu” – mówiła pani na konwencji KO. Plan zakłada m.in. obniżenie dla wszystkich pracujących obciążeń podatkowych i składkowych z dzisiejszych średnio 50 do 35 proc. Jak to zrobić, żeby nie zrujnować finansów państwa?
To nie tylko niższe podatki dla wszystkich pracujących, czyli wyższe pensje dla każdego, ale też premia za aktywność, czyli dodatkowe pieniądze dla tych, którzy zarabiają mniej, niż dwukrotność minimalnego wynagrodzenia. W sumie osoba, która zarabia minimalną pensję, zyska ponad 600 zł!

Program „Niższe podatki, wyższa płaca” to rzeczywiście koszt dla finansów publicznych. Ma on wynieść około 30 mld zł i będzie finansowany z 3 głównych źródeł. Pierwszym z nich są oszczędności budżetowe – zwłaszcza na aparacie władzy i propagandzie. Koalicja Obywatelska do ustawy budżetowej na 2019 r. zgłosiła poprawki ograniczające wydatki o 6 mld zł. Drugim źródłem jest wzrost tych dochodów budżetu, które PiS zaniedbuje. Są to dochody z dywidend, które w przyszłym roku mają wynieść 1,5 mld zł, a w 2015 roku było to 6 mld zł. Trzecim źródłem jest wzrost gospodarki.

Nasz program podniesie opłacalność pracy.

DUŻO WYŻSZE ZAROBKI NA RĘKĘ ZACHĘCĄ LUDZI DO WIĘKSZEJ AKTYWNOŚCI, A POD TYM WZGLĘDEM JESTEŚMY W OGONIE EUROPY.

Jeśli firmom łatwiej będzie znaleźć pracowników, to chętniej będą inwestować, a to przekłada się na trwały i długoterminowy wzrost gospodarczy, który z kolei przekłada się na wyższe dochody budżetowe.

Eksperci pytają, czy KO nie przesadziła z obietnicami wyborczymi – poprawa w służbie zdrowia, darmowy Internet, bony dla emerytów… Skąd na to finansowanie?
Bony dla emerytów to akcje spółek Skarbu Państwa, więc nie będzie to wprost obciążało budżetu, darmowy Internet dla młodych to konieczna inwestycja w ich edukację, szczególnie ważna po deformie minister Zalewskiej, która zabrała młodym ludziom szanse na równy start. Ten wydatek będzie można sfinansować ze sprzedaży pasma częstotliwości dla sieci 5G. A zdrowie? Tu nie ma wyjścia i każdy odpowiedzialny rząd wie, że więcej pieniędzy na ochronę zdrowia musi się znaleźć, bo państwo ma obowiązek zapewnić obywatelom podstawowe usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia i edukacja. Tylko rządzący dzisiaj zapomnieli o tym, uważając, że 500+ załatwi wszystko. Nie, nie załatwi.

Sympozjum Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychologów Politycznych stało się miejscem wygłoszenia referatu, który może się okazać bardzo złą wróżbą dla świata. 68-letni profesor Shawn Rosenberg z Uniwersytetu Kalifornijskiego stwierdził bowiem, że… demokracja sama się niszczy i ostatecznie upadnie.

Jeśli jednak myślicie, że oberwało się Trumpowi, Kaczyńskiemu czy Orbanowi, jesteście w błędzie. Winni jesteśmy MY WSZYSCY. Zawodzą elity, eksperci i osoby publiczne. Sami „zwykli” obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją, twierdzi psycholog.

Gdy większość jest wkurzona…

W konsekwencji owego upadku elit miliony poirytowanych wyborców zaczynają głosować na populistów.

– W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – wnioskuje Rosenberg.

Jak to możliwe? – pomyśli ktoś, kto jeszcze trochę ponad dekadę temu zaczytywał się w książkach mędrców, którzy uważali, że historia już się skończyła i to właśnie wraz z sukcesem  demokracji.

Teraz psycholog uważa, że w ciągu najbliższych paru dekad liczne duże demokracje w stylu zachodnim zaczną obumierać. Te które zostaną, będą w istocie wydmuszkami, fasadowymi republikami, którymi będą rządzić subtelni dyktatorzy.

Główny problem demokracji? Jest to… ciężka praca. Stoi ona jednak w sprzeczności z tym, czego nauczyła nas ewolucja. Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie. Mówić prościej: demokracja nie działa, bo nie jest dostosowana do działania naszych mózgów.

Internet dobije demokrację?

Tym, co ma dobić „władzę ludu”, jest narzędzie, które teoretycznie miało ją wzmocnić. Chodzi o Internet. Dzięki mediom społecznościowym już każdy może prowadzić bloga, promować sprawę, w którą wierzy, ale jednocześnie może generować fake newsy, w które – o zgrozo – jakaś część wyborców wierzy. Przed nastaniem ery Internetu elity potrafiły (i mogły) demaskować takie fałszywe doniesienia. Mogły tłamsić je nieraz w zarodku. Dziś staje się to nierealne.

Aż 10 milionów ludzi widziało na Facebooku fake newsa o tym, że papież Franciszek poparł Trumpa w wyborach w 2016 r. Choć sieć miała otworzyć nas na świat, zbudowała – a konkretnie sprawiły to algorytmy firm technologicznych – inną, więlką bańkę informacyjną. Z tego faktu korzystają dziś populiści.

Nie, historia się nie skończyła. Możliwe, że kończy się demokracja i świat, który dotąd znaliśmy.

Ja, Lech Wałęsa

jako współtwórca i były Przewodniczący „Solidarności” największego związku zawodowego w Europie, który zmienił oblicze Polski i sąsiednich krajów 30 lat temu.

– laureat pokojowej Nagrody Nobla
– były Prezydent Polski

Zwracam się do Was:

1. Ludzi polskiej wsi, z której się wywodzę, polskich chłopów i ich rodzin, którzy byli przez wielki solą tej ziemi. Nie pozwólcie obecnemu rządowi odwrócić naszego kraju od Unii Europejskiej, do której tak nas namawiał Papież Polak — skłócenie z Unią najbardziej ujemnie odbije się na polskim rolnictwie

2. Polskich robotników — to Wam Polska zawdzięcza najlepsze 25 lat w swej tysiącletniej historii. Nie pozwólcie zmarnować Waszego osiągnięcia, które podziwiał cały świat.

3. Mieszkańców mniejszych i większych miast, których oblicze zmieniło się w tym czasie całkowicie w stosunku do poprzednich dziesięcioleci.

4. Milionów młodych ludzi w Polsce, którzy po raz pierwszy mogą i chcą głosować, aby wpłynąć na swoją przyszłość i tego kraju. Dzięki Solidarności staliście się Europejczykami nieodgrodzonymi „żelazną kurtyną” od możliwości i osiągnięć świata Zachodu. Wy młodzi, możecie dokonać kolejnej pokojowej rewolucji. Uwierzcie w siebie, nie siedźcie „na kanapie”, weźcie sprawy w swoje ręce, abyście byli w przyszłości dumni z tego, że wpłynęliście na bieg historii.

GŁOSUJCIE NA PRZEDSTAWICIELI OPOZYCJI TEGO SKORUMPOWANEGO RZĄDU LUDZI NIEKOMPETENTNYCH, NIEMORALNYCH, ŻĄDNYCH WŁADZY I PIENIĘDZY, DĄŻĄCYCH DO REALIZACJI WŁASNYCH INTERESÓW KOSZTEM PRZYSZŁOŚCI MIESZKAŃCÓW I OBYWATELI NASZEGO KRAJU.

Kaczyńskiego przepis na faszyzm

Podczas konwencji PiS w Lublinie prezes partii tradycyjnie pełnymi garściami i w pięknych, propagandowych słowach składał kolejne obietnice wyborcze, przedstawiał swoją partię, jako jedynego gwaranta rozwoju i dobrobytu Polski.

Tradycyjnie nie mogło zabraknąć ataku na Donalda Tuska i poprzednie rządy PO-PSL. Tym razem pan prezes w swoim stylu stwierdził, że poprzednicy nie podchodzili rzetelnie do swoich obowiązków, a jedynie bawili się w kierowanie państwem.

Ta władza to była po prostu zabawa we władzę, zabawa w rządzenie – dobre wina, cygara, haratanie w gałę. Nawet nie chcieli chcieć. Cała ta władza lubiła widowiska. Nas to kosztowało zatrzymanie w rozwoju” – grzmiał z mównicy Jarosław Kaczyński.

Niestety, jak można się było spodziewać, w wystąpieniu prezesa PiS zabrakło samokrytyki czy choćby cienia autorefleksji.

Szef partii zapomniał wspomnieć o najmniejszych błędach dzisiaj rządzących. Państwowe samoloty wykorzystywane do prywatnych lotów, nepotyzm, afery korupcyjne, taśmy Kaczyńskiego, trolle w Ministerstwie Sprawiedliwości, milionowe premie, to tylko niewielki procent kosztów, które ponosimy wszyscy w drodze do budowania pisowskiej wizji Polski.

Przypominajmy im codziennie do wyborów, co tak naprawdę uważa ich premier. Kopiujcie to od nas, podawajcie dalej. ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO. (ja tam wolę ośmiorniczki niż ten jego ryż !!!)

To nie było najlepsze z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego. Przydługie, nieco chaotyczne. Lider PiS przedstawił w nim jednak wizję państwa, jakiego chce jego partia. Jasne jest też całkowicie, kto w tym państwie ma być w centrum uwagi, dopieszczany przez władzę, a komu łaskawie pozwala się występować w roli dojnej krowy.

  • Opowieść o postkomunizmie, którą wygłosił Kaczyński na konwencji, pozwala PiS nie zajmować się realnymi problemami organizacji państwa
  • Kaczyński wygłosił płomienną pochwałę państwa wszechmocnego, wszechopiekuńczego, wtrącającego się w każdą dziedzinę życia. Jednocześnie mówił, że PiS jest partią wolności 
  • Z kolejnych socjalnych zapowiedzi jasno wynika, że dla PiS ważni są ci, którzy żyją z transferów socjalnych, a nieważni są ci, którzy się na nie głównie składają

Przemówienie Jarosława Kaczyńskiego miało cztery główne wątki: wartości, postkomunizm, państwo i socjalizm.

W sferze wartości usłyszeliśmy to, co zwykle — nie ma tu żadnego zaskoczenia, ale jest niekonsekwencja. Kaczyński stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest ochrona życia, wspominając eutanazję i aborcję.

Tyle że PiS nie spełnił przez cztery lata najbardziej umiarkowanego spośród postulatów środowisk określających się jako pro life, wspieranego przez Kościół, czyli nie zakazał aborcji eugenicznej. Gdy tylko ten temat się pojawiał, PiS zaczynał kluczyć i lawirować.

PiS nie zdecydował się również na wypowiedzenie ratyfikowanej za PO konwencji stambulskiej, operującej lewicowym językiem, gdy idzie o kwestie płci i rodziny – mimo że nie będąc jej stroną, nie bylibyśmy wyjątkiem. W naszej części Europy jest więcej takich państw.

Wygląda więc na to, że odwoływanie się do wartości to element głównie retoryczny, gdy zaś idzie o konkrety, PiS jest po prostu zachowawczy i nie chce zmian ani w jedną, ani w drugą stronę. Trudno więc uznać, żeby realizował tutaj konserwatywną agendę.

Drugi wątek to postkomunizm. Kaczyński opowiedział historię płynnego przejścia od patologii wczesnej III RP do rządów poprzedników PiS, a nawet do czasów dzisiejszych, bo przecież postkomunizm ma być tym zjawiskiem, które dopiero PiS będzie w stanie zlikwidować do końca. Na razie walczy zaciekle, ale postkomunizm jakoś się nie daje.

Opowieść o postkomunizmie jest dla PiS bardzo wygodna. Po pierwsze, pozwala wyznaczyć czytelną granicę: my – w obronie wolnej Polski, oni – postkomuna. Jesteś przeciw PiS – jesteś za postkomuną. Po drugie – odciąga uwagę od realnych problemów. Celem ma być walka z postkomunizmem, a nie jakieś tam organizowanie dobrze działających instytucji. Jeśli coś się natomiast wciąż w Polsce dzieje nie tak, to pewnikiem nie jest to kwestia słabych kompetencji władzy, jej dyletanctwa, przedkładania partyjnych racji nad państwowe czy nepotyzmu, ale złej postkomuny, która czai się wciąż w zakamarkach.

Ta opowieść kiedyś już wybrzmiewała. Wtedy Kaczyński nazywał to „układem”.

O ile diagnoza Kaczyńskiego jest trafna, gdy idzie przynajmniej o pierwszą, częściowo także drugą dekadę III RP, to przywoływanie jej dzisiaj jako jednego z głównych wątków politycznej agendy oraz wyjaśnienia wciąż istniejących problemów jest już wyłącznie sprytnym zabiegiem retorycznym, mającym przemówić do tej części elektoratu, która zafiksowana jest właśnie na haśle walki z postkomuną.

Polskie problemy są obecnie całkiem innego rodzaju. Ich źródłem jest choćby fatalny system legislacji przy braku pełnej transparentności tegoż, a nie jakieś postkomunistyczne układy. Można być jednak pewnym, że skoro ten właśnie wątek został tak mocno wybity, owymi faktycznymi problemami partia rządząca specjalnie zajmować się nie zamierza. Nie było zresztą o nich w ogóle mowy w wystąpieniu Kaczyńskiego. Nie pojawił się temat, mówiąc najogólniej, dobrego rządzenia w sensie instytucjonalnym. To logiczne, skoro założenie jest takie, że PiS rządzi znakomicie z definicji. Instytucje są tu jedynie elementem niepotrzebnie krępującym.

Ogromnie ważny był motyw państwa. Zabawne, że lider najbardziej etatystycznej i paternalistycznej partii, jaka kiedykolwiek sprawowała w III RP rządy, stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest wolność. Wolność to pojemne pojęcie. PiS rozumie ją wyłącznie jako wolność w sensie suwerenności państwa oraz wolność polityczną w sensie realizacji konstytucyjnych swobód. Ignoruje całkowicie kwestię wolności w znaczeniu osobistej swobody podejmowania decyzji przez obywateli, brania za nie odpowiedzialności i decydowania o sobie. Co zresztą jest typowe dla ugrupowań lewicowych.

Kaczyński przedstawił w swoim wystąpieniu apologię państwa – wszechpotężnego, wszechopiekuńczego, decydującego za obywatela, co dla niego dobre. Ta wizja została przeciwstawiona lekceważeniu państwa przez poprzedników. To zresztą w dużej mierze celna diagnoza. Tyle że odpowiedzią PiS na słabość państwa za Platformy jest jego wszechmoc. Tym niebezpieczniejsza, że pozbawiona solidnej podbudowy instytucjonalnej.

Kaczyński nie pozostawił złudzeń: państwo ma być w centrum. Ma w swej niezmierzonej mądrości decydować, co jest dla obywateli dobre, a co złe. Ma im urządzać życie. Nie w sensie – jak twierdzą przeciwnicy rządu – narzucania na przykład norm światopoglądowych. W tę stronę PiS nigdy nie poszedł i pewnie nie pójdzie. Chodzi o organizowanie ludziom życia przez mikrozarządzanie ich codziennością poprzez niezliczone regulacje, zakazy, nakazy. Państwo ma być dobrym, mądrym ojczulkiem, który będzie kierował swoje głupiutkie dzieciaczki – obywateli – na właściwą drogę, a w razie czego dawał im po pupie, jeśli zbłądzą.

W trakcie konwencji minister Jadwiga Emilewicz napisała na Twitterze, że Kaczyński nawiązuje do polskiej wolnościowej tradycji. Pani minister powinna chyba lepiej zgłębić historię I Rzeczypospolitej, bo można odnieść wrażenie, że albo jej nie zna, albo nie słuchała Kaczyńskiego.

Wreszcie wątek czwarty, socjalny – najbardziej porażający. Gdyby żył Hugo Chavez — sprawca ruiny, w którą popadła Wenezuela za sprawą jego socjalistycznych eksperymentów — mógłby się z pewnością uśmiechnąć, słuchając zapowiedzi Kaczyńskiego. Wbrew płynącym również z wnętrza Zjednoczonej Prawicy głosom, że dość już rozdawnictwa, dość socjalu, że pora zwrócić się w stronę tych, którzy na ten dobrobyt mają pracować, najwyraźniej w gabinecie na Nowogrodzkiej zapadła jednak inna decyzja kierunkowa. PiS nie tylko nie przyhamował licytacji na socjalne obietnice, ale wręcz dosypał węgla. Można odnieść wrażenie, że za sterami lokomotywy prowadzącej ten pociąg stoi naprawdę szalony maszynista.

Na to, co zostało nazwane „hattrickiem Kaczyńskiego”, składają się trzy obietnice: pełne dopłaty dla rolników, podwójna 13. emerytura w 2021 r. i radykalne podwyżki płacy minimalnej – do 3 tys. zł w 2020 R. i do 4 tys. zł w 2023 r.

O kosztach tych rozwiązań Kaczyński oczywiście nie mówił. Nie bez powodu. Koszt 13. emerytury to dzisiaj około 10 mld zł rocznie, a więc, z grubsza biorąc, mówimy o kolejnych 10 mld zł. Do tego Beata Szydło mówiła o podnoszeniu emerytur, więc zapewne na tej sumie się nie skończy.

Szczególne wrażenie zrobiła jednak zapowiedź podwyższania pensji minimalnej. To bowiem oznacza dla przedsiębiorców radykalnie wyższe koszty pracy, w tym zwłaszcza składki na ZUS. Premier zapowiedział wprawdzie następnie, że rząd będzie pracował nad uzależnieniem tychże od dochodu – to faktycznie od dawna wysuwany przez przedsiębiorców postulat – ale o ile zapowiedź podwyższania pensji minimalnej jest konkretna, to zapowiedź Morawieckiego – nie. Nie bardzo nawet wiadomo, czy miałoby to dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, czy tylko wybranych.

Zresztą nawet gdyby sprawa składek ZUS została załatwiona po myśli przedsiębiorców, to i tak ustawowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia będzie miało morderczy skutek dla mniejszych biznesów. Dziś przeciętne wynagrodzenie wynosi ponad 5 tys. zł. Nawet wziąwszy pod uwagę jego ewentualny wzrost – przy założeniu stałej koniunktury, co wcale nie jest pewne – i hipotetyczną inflację, minimalne wynagrodzenie planowane na 2023 r. wygląda na tym tle wręcz absurdalnie – miałoby przecież wynieść ponad 80 proc. obecnej przeciętnej pensji!

Kaczyński nie wspomniał, co zrozumiałe, o dwóch skutkach tych zapowiedzi. Pierwszym musi być nieuchronny wzrost inflacji, która i tak rośnie, zjadając część socjalnych transferów. Drugim jest, że te szczodre plany nie obciążą przecież budżetu państwa, ale przedsiębiorców. Innymi słowy – PiS kupuje sobie wyborców cudzymi pieniędzmi (po raz kolejny zresztą).

Z wystąpienia Kaczyńskiego wynika jasno, kto jest w sferze zainteresowania PiS, a kto nie. Przede wszystkim są w niej osoby, dla których socjal w różnej formie jest dzisiaj głównym sposobem na podwyższenie poziomu życia. PiS hoduje sobie coraz większą grupę wyborców uzależnionych od jego skrajnie socjalistycznego kursu na agresywną redystrybucję. W orbicie zainteresowania mieszczą się także emeryci oraz pracownicy etatowi.

Komu zaś Kaczyński okazuje ostentacyjnie brak zainteresowania? Przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy mają jedynie opłacać obietnice partii rządzącej, ale także wszystkim tym, dla których – dzięki ich własnej pracy, wykształceniu, samozaparciu – socjalne prezenty od PiS są jedynie dodatkiem, bez którego mogą się obyć. To grupa, która ma pełną świadomość, że już jest dla rządzących dojnymi krowami, a będzie jeszcze bardziej – nawet jeżeli jakaś część pieniędzy potem do nich wraca.

Gra partii rządzącej jest czytelna. Jak największa grupa wyborców ma zostać zmobilizowana kolejnymi obietnicami. Nie idzie o odebranie elektoratu komukolwiek, ale o to, żeby sympatycy nie pozostali w domach. Niewykluczone jednak, że tutaj rządzące ugrupowanie przesadziło. Może się bowiem okazać, że zapowiedzi Kaczyńskiego będą mieć bardzo umiarkowane działanie mobilizujące – w końcu, z punktu widzenia wyborców PiS, to po prostu kolejne socjalne prezenty – za to jak płachta na byka zadziałają na tych, którzy mają dość bycia traktowani jak skarbonka Prawa i Sprawiedliwości. Tylko kto oferuje im rozsądną alternatywę? Koalicja Obywatelska, mówiąca o darmowym internecie i godzinie oczekiwania na SOR? Wolne żarty.

Kaczyński oznajmił, że celem PiS jest budowa państwa dobrobytu. Lecz państwa dobrobytu – którego trwałość też zresztą budzi wątpliwości – budowały swój kapitał i szacunek dla gromadzących go ludzi przez dziesięciolecia. PiS chce to zrobić na skróty, popychając nas na ścieżkę, która najpewniej skończy się przepaścią. A wtedy pozostanie zrobić krok do przodu…

„Pan minister kultury, profesor doktor habilitowany Piotr Gliński błysnął olśniewającym dowcipem. Jednak do pana prezydenta ciągle mu daleko” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”. Całą dobę Glińskiemu zajęła analiza wczorajszej konwencji Koalicji Obywatelskiej i oto, do jakiego doszedł wniosku: – „Obejrzałem konwencję pana Schetyny: nie będzie smogu, nie będzie powietrza, nie będzie suszy, nie będzie deszczu, nie będzie niczego…”.

Do „żarciku” Glińskiego odnieśli się też inni internauci: – „Panie Gliński, dla dobra wszystkich powinien Pan zostać w tablecie Kaczyńskiego”; – „Pan ponoć od kultury. Ładnie tak zmyślać?”; – „Nie będzie promów, przekopów, samochodów elektrycznych, szpitali, Janowa. Deszczu też jakby na lekarstwo. Za to są miliony dla Rydzyka, miliardy na propagandę. Lodołamacz sklejony taśmą powinniście mieć w logo”;

„Za to mamy kolekcję Czartoryskich, kosztującą nas podatników 500.000.000 PLN, której i tak nie mogli właściciele sprzedać, i miliony przesłane do toruńskiej sekty”; – „Jednak brat miał rację – idiota”.

Oto krótki i przetestowany w praktyce instruktaż

Będzie to opowieść o nieszczęśliwym, rozdartym kraju, którego ludność, dzieli się na dwie części, różniące się tak, jakby żyły na innych planetach.

Jedna część, na ogół lepiej wykształcona i zamożniejsza, zamieszkuje wielkie miasta, a zwłaszcza stolicę. Ta część populacji od pokoleń stanowiła fundament tutejszej polityki. To z tej właśnie grupy od niepamiętnych czasów wywodziły się elity polityczne i społeczne. Po nastaniu demokracji to jej przedstawiciele zakładali najważniejsze partie polityczne, stawali na ich czele, rywalizowali w wyborach i sprawowali władzę. Nazwijmy tę grupę „obozem żółtych koszul”.

Druga część populacji, w statystycznej większości niewykształcona i biedna, zamieszkuje głównie prowincję. Umówmy się, że dla odróżnienia od wielkomiejskiej klasy średniej jej znakiem rozpoznawczym będą czerwone koszule.

Ten stan trwał przez długie lata: żółte koszule stanowiły elitę, a czerwone koszule – lud. Aż pojawił się w polityce tego kraju człowiek przebiegły, cyniczny i żądny władzy, który postanowił podsycić istniejący od dawna podział i wykorzystać go do swoich celów. Nie chodziło mu o ułatwienie awansu z szeregów ludu do cywilizacji wielkomiejskiej ani o zbudowanie harmonijnie rozwijającego się społeczeństwa, lecz o stworzenie bazy społecznej dla swoich autorytarnych rządów. Jedyną bowiem jego miłością i obsesją była władza i związane z nią benefity. Postanowił więc pogłębić podziały i zaostrzyć antagonizmy klasowe.

Choć sam był typowym przedstawicielem świata żółtych koszul, po zwycięskich wyborach zaczął pozować na wielkiego przyjaciela ludu i zaczął mu dawać hojne prezenty. Łatwo sobie wyobrazić zachwyt prostych i biednych wieśniaków, gdy każdy z nich zaczął od państwa regularnie dostawać worek ryżu. Rozdęte programy socjalne, usługi edukacyjne, służba zdrowia (cóż z tego, że marna – ważne, że darmowa) – wszystko to pozwalało liderowi czerwonych koszul pozować na wielkiego przyjaciela ludu.

Tymczasem w kręgu żółtych koszul narastał bunt. Ta wykształcona, wielkomiejska część społeczeństwa widziała, że populistyczne rządy łamią wszelkie zasady przyjęte w cywilizowanym świecie. Że budżet na dłuższą metę nie wytrzyma takiego rozdawnictwa. Że rządzący tworzą skorumpowaną kastę, która zagarnia coraz więcej władzy, przywilejów i pieniędzy. Że łamią konstytucję. Że bogacą się bez opamiętania. Że rozdają stanowiska krewnym i znajomym Królika. I tak dalej.

Zaogniający się konflikt przybrał wręcz charakter zimnej wojny domowej. Tylko kwestią czasu było jej przekształcenie się w wojnę gorącą. W końcu na ulice wyszło wojsko i odebrało władzę populistom.

Jednak, gdy odbyły się wybory, lud ponownie zagłosował na czerwone koszule. Wprawdzie ich wódz, oskarżony o przestępstwa korupcyjne, uciekł w międzyczasie za granicę, ale na czele nowego rządu stanęła jego siostra, która natychmiast przygotowała projekt ustawy amnestionującej brata. Zdominowany przez czerwone koszule parlament uchwalił tę amnestię – i wtedy żółte koszule ponownie wyszły na ulice. W odpowiedzi czerwone koszule też się zmobilizowały. Doszło do wielotygodniowych demonstracji i ulicznych starć. Po obu stronach były ofiary śmiertelne.

W końcu znowu interweniowała armia, która przejęła władzę. Wojna domowa skończyła się – ale skończyła się też demokracja. Władzę sprawuje wojsko, a kraj jest izolowany na arenie międzynarodowej, bo nikt nie chce się zadawać z państwem rządzonym przez juntę.

No więc właśnie. Taka sytuacja.

Aha, zapomniałem powiedzieć, że ten kraj nazywa się „Tajlandia”.

Platforma obiecuje, że jutro może być lepsze

Sprawa tajemniczej śmierci byłego boksera Dawida Kosteckiego zaczyna być coraz bardziej bulwersująca. Już chyba mało kto wierzy w oficjalną wersję, w ramach której popełnił on samobójstwo, leżąc na więziennej pryczy. Co zdecydowanie zastanawiające, prokuratura zamiast wyjaśniać wątpliwości w tej sprawie, wywołuje coraz więcej pytań, nasilając wręcz wrażenie, że coś w niej ukrywa. Sytuacja, w której jeden ważny świadek, mający olbrzymią wiedzę o kulisach afery, w którą zamieszanych może być szereg VIP-ów z Podkarpacia, w tym prominentnych polityków obozu władzy, kontrolującego przecież prace prokuratury powinna postawić na nogi nawet największych sympatyków PiS. Tak bowiem nie działa państwo normalne, uczciwe i otwarte.

Reporterzy Radia Zet dotarli do listu, jaki do prezesa partii rządzącej Jarosława Kaczyńskiego napisała żona Dawida Kosteckiego. Ujawniła ona w nim bardzo niepokojące wydarzenia z celi swojego męża.

“(…) Od miesiąca robię wszystko co możliwe, by wyjaśnić sprawę śmierci mojego męża. (…) Nigdy nie uwierzę, że Dawid mógł się zabić. Miał niestety wielu wrogów i bał się przeniesienia do Warszawy. Dzisiaj podległa Panu prokuratura traktuje rodzinę i naszych pełnomocników jako zagrożenie związane z tym, że chcemy wyjaśnienia przyczyn śmierci mojego męża. Nie udostępnia się nam akt postępowania, a czasem o dowodach dowiadujemy się z mediów, które otrzymują je wprost z prokuratury, gdyż nikt inny ich wcześniej nie posiada. Czy może Pan panie Prezesie zrozumieć jak czuje się człowiek, który o dowodach ze śledztwa dowiaduje się z mediów, bo prokuratura odmawia wydania ich rodzinie, ale chętnie dzieli się nimi z mediami? Czy Pan jako bliski ofiar katastrofy nie miał dostępu do akt sprawy? Czy gdyby na ciele pańskiego brata znaleziono ślady po użyciu jakiegoś narzędzia to zaakceptowałby Pan to, że nie przeprowadzono badań aby wyjaśnić skąd się wzięły?” – pisze załamana Edyta Kostecka.

Wdowa wymienia szereg zaniedbań śledczych i wytyka im lekceważenie niepokojących śladów możliwego udziału osób trzecich przy śmierci męża. Ujawnia także szokującą wizytę przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (czyżby rząd miał co do ukrycia?) w celi zmarłego boksera.

Edyta Kostecka kończy list słowami: “Mój mąż nie był świętym człowiekiem, ale był obywatelem RP oraz dzielnym sportowcem i zasługuje na wyjaśnienie tego, kto go zabił. Nie jestem politykiem i nie obchodzi mnie to, że ta śmierć nastała w czasie kampanii wyborczej. Chcę sprawiedliwego śledztwa i traktowania mnie uczciwie.”

Na sprawiedliwe śledztwo i uczciwe traktowanie raczej jednak liczyć nie może i próba interwencji u Jarosława Kaczyńskiego zapewne nie przyniesie spodziewanego skutku. Lider PiS nie jest w stanie poskromić Zbigniewa Ziobry, nad którego działaniami już dawno utracił kontrolę. Ta władza tej sprawy nie wyjaśni, bo zbyt wiele ma w niej do stracenia.

„Panie premierze, panie prezesie. Nie jest wcale tak różowo jak w waszych spotach. Nie wystarczy w programach TV pokazywać, że wszystko wygląda wspaniale. Polski nie naprawia się w telewizji. Wyjdźcie z limuzyn, wyjdźcie zza ochroniarzy i posłuchajcie co mówią ludzie”.

Zapowiedziała m.in. ofertę dla seniorów aktywnych, „ale myślimy też mocno o seniorach mniej sprawnych” – mówiła Kidawa-Błońska.

Zadeklarowała 20 tys. zł premii emerytalnej i zwolnienie seniorów z PIT.

W nawiązaniu do polityki podatkowej kandydatka na premiera mówiła: „Przedsiębiorcy są gnębieni. Stworzymy przejrzyste prawo podatkowe. Firmy nie będą opodatkowane podatkiem CIT od zysku firm, o ile zostaną w tych firmach i będą służyć rozwojowi”. Obiecała również zrównać płace kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach. „Alimenty będą regularnie ściągane. Wprowadzimy dwumiesięczny, płatny urlop macierzyński” – zapewniła

Te obietnice uzupełniła Izabela Leszczyna: „Praca musi się opłacać – zapowiedziała. KO obiecuje 614 zł miesięcznie – to bonus aktywizujący dla najmniej zarabiający. Nie ma być to koszt pracodawcy. Zyskają wszyscy pracujący, bo płaca musi się opłacać. Obciążymy daniny publiczne pracy z 50 do 35 proc.” – zadeklarowała.

Skąd pieniądze na realizację tych deklaracji? Dywidendy z zysków spółek ze Skarbu Państwa mają być wyższe, a ograniczenie wydatków Kancelarii Premiera znacznie większe.

Koalicja Obywatelska obiecuje w swym programie bezpłatne leki i lepszy dostęp do lekarzy. Wypowiada wojnę trudnej sytuacji na SOR-ach. Młodym (do 24 roku życia) proponuje darmowy internet.

A wszystkim naprawę mediów publicznych i likwidację abonamentu. Nie zapomni o nauczycielach i planuje zmiany w szkołach.

Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce prawdziwie demokratycznej.

Mija pierwszy tydzień nauki w szkołach i co się dzieje? Popatrzmy na szkoły ponadpodstawowe. To ciągnący się koszmar dzieciaków, ich rodziców i nauczycieli. Przystosowanie na wariata każdego pomieszczenia, byle tylko zmieścić nadmiar klas. Do nauczania zaadaptowano magazyny, sklepiki szkolne, pokoje nauczycielskie, stołówki, poradnie pedagogiczne. Sporo takich szkół, gdzie klasy liczą 38 uczniów. Na korytarzach uczniowie ściśnięci jak śledzie, co zagraża ich bezpieczeństwu. Zajęcia na dwie zmiany, często do późnych godzin popołudniowych. Brak nauczycieli, bo co niektórzy spasowali, a ci, co pozostali wiedzą, że będą ciągnąć ostatkiem sił, co również odbije się na jakości nauczania. Nie zapominajmy też, że w klasach pierwszych nauczyciele będą zasuwać w oparciu o dwie podstawy programowe. Jedna będzie obowiązywała absolwentów gimnazjów, druga absolwentów szkół podstawowych. Zapowiada się wiec niezły bajzel.

Ta nieszczęsna podstawa programowa to kolejny kwiatek deformy oświaty, z którym nauczyciele będą musieli sobie poradzić. Wybitni eksperci w dziedzinie nauczania nie pozostawili na niej suchej nitki. Popatrzmy na język polski, przedmiot, którego nauka ma się skupić przede wszystkim na kształtowaniu tożsamości narodowej i stąd m. in. dominacja tekstów z epoki Romantyzmu i pierwszej połowy XX wieku. Na historii kształtowanie postawy patriotycznej w rozumieniu tym archaicznym, martyrologicznym. No i ten pomysł, by w klasie IV dzieci poznawały sylwetki polskich patriotów, nie mając jednocześnie szans na zrozumienie, skąd w ogóle się wzięli, czyli… bezmyślne wykuwanie na pamięć, a co za tym idzie, najlepsza metoda na zniechęcenie uczniów do historii. W biologii ginie gdzieś ewolucja, a geografia ma też uczyć patriotyzmu, czyli co? „System rzeczny w Polsce a moja duma, że jestem Polakiem” czy też „Zasoby surowców naturalnych w Polsce i ich wpływ na kształtowanie postawy prawdziwego patrioty”. Idiotyzm po prostu!

I na takiej to właśnie podstawie zasuwają już od 5 dni nauczyciele. Życie miały osłodzić im podwyżki, ale już rząd mówi, że nastąpi to później, kiedyś. Teraz więc, oczekując na kasę, ci pedagodzy, którzy jeszcze uchowali się w szkołach, mają pracować od rana do wieczora, czasami łącząc etat w dwóch placówkach edukacyjnych, mieć sporo cierpliwości i empatii dla swoich uczniów, zgromadzonych w zbyt licznych klasach i cieszyć się… cieszyć, że jeszcze mogą sobie polatać z tym kagankiem oświaty za marne wynagrodzenie, realizację patriotycznej podstawy programowej, oderwanej od modelu szkoły XXI wieku, brak szacunku i kiepski autorytet.

No i mamy to, co mamy. Dzieciaki na skraju wyczerpania nerwowego, wściekłych rodziców, coraz bardziej „zatopionych” w absurd nauczania nauczycieli. Zalewską, autorkę tego bajzlu, która teraz bryluje na korytarzach Europarlamentu i wciąż wierzy w to, jaka jest wspaniała i super. Ministra Piontkowskiego, który chaos widzi tylko w głowie dziennikarki, zadającej niewygodne pytania. Partię rządzącą, która zaciera łapki z radości, że jej plan się powiódł i uda się wyhodować pokolenia niedouczone, skompleksiałe, znerwicowane, uległe, oddane bezkrytycznie tej „demokracji”, jaką serwuje narodowi prezes Kaczyński.

W tej sytuacji nie można nie zadać sobie pytania, kto ponosi winę za „dobrą zmianę” w edukacji? Partia rządząca, która świetnie wie, dlaczego do tego doprowadziła? Wybaczcie, ale takie wyjaśnienie to nic innego jak pójście na łatwiznę. Gdzie byliśmy my wszyscy przez ten czas, gdy PiS zaczęło rozwalać szkoły? Rodzice zapewne nie starali się patrzeć do przodu i do głowy im nie wpadło, że to właśnie ich dzieci staną się ofiarami. Nauczyciele nie przebili się przez mur obojętności, bo nie mieli odpowiedniego wsparcia, bo znaczna ich część uznała, że jakiekolwiek próby nacisku na rząd mogą być postrzegane zbyt politycznie, a przecież oni w politykę nie wchodzą. Do tego nie potrafili stanąć wszyscy razem i przemówić jednym głosem. No i pozostaje jeszcze ta część społeczeństwa, która niby rozumie, czym dla przyszłości Polski jest dobrze wyedukowana młodzież, ale jakoś nie zareagowała.

Fakt, nauczyciele podjęli działania przeciwko zmianom, jednak nie mieli szans, by cokolwiek wywalczyć. Muszę sprostować, bo nie nauczyciele jako grupa zawodowa, ale część nauczycieli. Protestowali przed Ministerstwem Edukacji Narodowej, owszem, ale… co znaczy protest kilku tysięcy na 702 293 ogólnie zatrudnionych w szkołach? Kilka tysięcy protestujących, a reszta gdzieś się schowała. Nie dojechała, ma problem w nosie, uważa, że jest ok… Odbyły się też pikiety popierające nauczycieli, na których można było doliczyć się ok. setki uczestników. Mniej więcej 300 uczniów również przyjechało przed MEN, solidaryzując się z nauczycielami. Czy takie liczby mogły zrobić jakiekolwiek wrażenie na partii rządzącej? Dla niej to jak przelot komara, którego łatwo przegonić machnięciem ręki. Był też i strajk, który skończył się, jak się skończył i raczej nie ma szans na jego powtórkę.

Nauczyciele, ci, którym zależy na uczniach i wiedzący, że ich praca to misja, przez całe wakacje ciężko pracowali, by podczas organizowanych debat wypracować alternatywne programy nauczania, poukładać priorytety, stworzyć bazę, która powinna być podstawą dobrej edukacji, edukacji przyszłości. Jednak dzisiaj nie przebiją się ze swoimi projektami, bo ten rząd nie jest tym zainteresowany. Nie przebiją się bez wsparcia nas wszystkich, rodziców, uczniów i tej części społeczeństwa, której zależy na Polsce, dalekiej od skansenu, jaki proponuje nam PiS. Nie przebiją się, jeśli nie staną murem za sobą i nie pokonają biernej postawy swoich koleżanek i kolegów. Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce demokratycznej, więc albo wreszcie się ruszymy albo…

PiS to taki syf, który obecnie rządzi w Polsce

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.