Resort Ziobry manipuluje, mataczy, zachowuje się jak recydywista

„Jego działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii” – tak resort Ziobry tłumaczy odwołanie z delegacji sędziego Juszczyszyna, który zastosował się do wyroku TSUE. „To propaganda. Sędzia musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony” – mówi prof. Marcin Matczak

„Minister Sprawiedliwości, korzystając z przysługujących mu uprawnień, odwołał z delegacji do Sądu Okręgowego w Olsztynie sędziego Sądu Rejonowego w Olsztynie Pana Pawła Juszczyszyna” – czytamy w komunikacie na stronie resortu we wtorek 26 listopada 2019.

Jako pierwsi napisaliśmy, że odważny sędzia, który zastosował się do wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada, będzie musiał wrócić na niższe stanowisko w Sądzie Rejonowym. Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało o tym w poniedziałek 25 listopada, faksem. Nie podało powodu, a jedynie podstawę prawną.

W środę 27 listopada w Olsztynie odbyła się pierwsza demonstracja w obronie sędziego. Kolejne, w całej Polsce, zaplanowane są na niedzielę, 1 grudnia. OKO.press będzie relacjonowało przebieg manifestacji w Warszawie pod budynkiem ministerstwa sprawiedliwości o 16.00.

Tymczasem resort Zbigniewa Ziobry w oficjalnym komunikacie tłumaczy się z powodów wycofania delegacji.

„[Sędzia Juszczyszyn – red.] w toku postępowania w sposób nieuprawniony podważył on status powołanego przez Prezydenta RP sędziego. W ocenie Ministerstwa […] takie działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii. Żaden sędzia nie ma prawa oceniać statusu innego sędziego, wykorzystując do tego celu postępowanie dowodowe w konkretnej sprawie” – czytamy na stronie ministerstwa.

„To prawnicza propaganda ministerstwa sprawiedliwości” – komentuje w rozmowie z OKO.press prof. Marcin Matczak z WPiA UW.

„Sędzia sądu wyższej instancji zawsze musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony. To wymóg, który obowiązywał w polskim prawie jeszcze zanim zapadł wyrok TSUE. A wyrok ten wyraźnie instruuje polski Sąd Najwyższy. Na mocy skutków tego wyroku każdy sąd w Polsce i za granicą może, a wręcz musi, oceniać sposób powołania sędziów. To wyraźna instrukcja” – dodaje.

Matczak: działanie na mocy polskiej Konstytucji

„Sędzia nie może samowolnie stawiać się ponad władzę ustawodawczą, wykonawczą i ponad Prezydenta RP. Tego typu działania nie są związane z niezawisłością sędziowską” – pisze resort Zbigniewa Ziobry.

Profesor Matczak jest zdania, że to niebezpieczny argument.

„»Samowolnie stawiać się« to szkodliwe sformułowanie. Sugeruje, że sędziowie są anarchistami, dokonują zamachu stanu. Ministerstwo wykorzystuje nieznajomość prawa opinii publicznej w tak złożonym aspekcie, jakim jest relacja prawa międzynarodowego do prawa polskiego” – tłumaczy.

I dodaje, że sędziowie stosują się do wyroku TSUE i działają na mocy polskiej Konstytucji.

„Konstytucja mówi, że prawo międzynarodowe ma pierwszeństwo przed polskimi ustawami, jeżeli nie da się z nimi pogodzić. Nie ma mowy o stawianiu się ponad władzą ustawodawczą. Sąd wykonuje wolę tej władzy. Tej, która przyjęła Konstytucję i prawo UE jako nasze wewnętrzne prawo” – podkreśla Matczak.

Ministerstwo w komunikacie próbuje zatrzeć złe wrażenie, jakie zrodziło ekspresowe odwołanie sędziego Juszczyszyna.

„Sędzia delegowany do orzekania w innym sądzie może być odwołany z delegacji w każdym czasie” – przypomina resort Ziobry.

To kuriozalne tłumaczenie, bo problemem nie jest tu brak podstawy prawnej. A fakt, że do odwołania doszło zaraz po niekorzystnej z punktu widzenia władzy decyzji sędziego, bez podania powodu.

„Kluczowe dla oceny wskazanej sytuacji jest to, że mimo odwołania z delegacji, sędzia Paweł Juszczyszyn jest zobowiązany do zakończenia wymienionej sprawy, jak też wszystkich innych przydzielonych mu spraw w Sądzie Okręgowym w Olsztynie” – tłumaczy się ministerstwo.

Fakt, że sędzia będzie mógł zakończyć przydzielane mu dotychczas sprawy, to marna pociecha.

Odważny sędzia

Historię olsztyńskiego sędziego Juszczyszyna, który niezwłocznie zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, opisaliśmy w OKO.press jako pierwsi.

Sędzia postanowił samodzielnie zbadać, czy nowa KRS, której członków-sędziów po „reformie” PiS powołała w marcu 2018 roku sejmowa większość, jest gwarantem niezależnego sądownictwa.

W tym celu wnioskował do Kancelarii Sejmu o udostępnienie mu:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Dokumenty te stanowią jeden z najlepiej strzeżonych sekretów „państwa PiS”. Choć Naczelny Sąd Administracyjny nakazał ich ujawnienie, wykonanie wyroku w lipcu 2019 wstrzymał nominowany przez partię Kaczyńskiego prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Na pomoc wezwano także TK.

Niedługo po złożeniu wniosków sędzia Juszczyszyn został odwołany z delegacji w olsztyńskim Sądzie Okręgowym. Jak mówił, spodziewał się tego. Podczas konferencji prasowej nazajutrz po odwołaniu powiedział, że prawo stron do rzetelnego procesu jest dla niego ważniejsze od jego sytuacji zawodowej.

„Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę” – podkreślił.

Wyrok TSUE

Sędzia Juszczyszyn zwrócił się do Kancelarii Sejmu na podstawie przełomowego wyroku TSUE z 19 listopada.

Jak pisaliśmy w OKO.press unijny Trybunał odniósł się w nim do pytań prejudycjalnych Izby Pracy SN. Pytania dotyczyły statusu Izby Dyscyplinarnej SN, której wszystkich członków rekomendowała nowa KRS. TSUE nakazał SN samodzielnie zbadać niezależność ID i niezawisłość jej sędziów.

W tym celu podał szereg szczegółowych kryteriów. To na ich podstawie SN powinien dokonać swojej oceny.

TSUE potwierdził tym samym, że organizacja sądownictwa podlega ocenie z niewygodnego dla władz punktu widzenia: czy ma wpływ na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów, czyli np. KRS.

W wyroku TSUE wymienił główne wątpliwości dotyczące statusu Rady:

  • skrócenie kadencji poprzedniego składu KRS;
  • obsadzenie aż 23 z 25 miejsc w KRS przy pomocy sił politycznych;
  • „występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS w nowym składzie”, czyli utajnione listy poparcia.

Zdaniem 13 organizacji broniących praworządności w Polsce – konsekwencje wyroku są jednoznaczne.

Każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania przepisów, które skutkowałyby rozpoznaniem spraw przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

Tak właśnie postąpił sędzia Juszczyszyn, badając apelację w sprawie cywilnej, która trafiła do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Chodziło o sprawę konsumencką, w której zastosowanie ma prawo UE, a sędzia który wydał wyrok w pierwszej instancji był rekomendowany przez neo-KRS.

Kaleta: „KRS lepsza niż Rada Państwa PRL”

Ale wtorkowy komunikat to nie koniec medialnej ofensywy ministerstwa sprawiedliwości. W czwartek 28 listopada rano w poranku radia TOK FM wystąpił wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta. Komentował oświadczenie Prezesa Izby Cywilnej SN wydane poprzedniego dnia.

W OKO.press podaliśmy je jako jedni z pierwszych. Prezes Dariusz Zawistowski również postanowił zastosować się do wyroku TSUE i napisał, że

do czasu orzeczenia SN na podstawie wyroku TSUE z 19 listopada, osoby rekomendowane przez neo-KRS do zarządzanej przez niego Izby nie będą wyznaczane do składów orzekających.

„Ten wyrok jest adresowany do wszystkich sądów w Polsce, […] zatem do wszystkich osób powołanych na stanowiska sędziowskie z udziałem obecnej KRS” – napisał Zawistowski.

„Pan sędzia Dariusz Zawistowski został powołany przez Radę Państwa PRL. Jego działania są bezprawne i kuriozalne” – denerwował się Sebastian Kaleta w rozmowie z Dominiką Wielowieyską.

Sędzia Zawistowski trafił do Sądu Najwyższego w 2005 roku. 30 sierpnia 2016 prezydent Andrzej Duda powołał go na stanowisko prezesa SN kierującego Izbą Cywilną.

Argumenty Kalety odpiera w rozmowie z OKO.press profesor Matczak.

„Minister Kaleta próbuje wmówić opinii publicznej, że wyrok TSUE za jedyny dowód zależności politycznej sędziów powołanych przez KRS uznaje sposób powołania KRS. A to nieprawda, to jeden z elementów. Trybunał mówi o całokształcie, także o późniejszej działalności Rady. O tym, jak ten organ się zachowuje, dlaczego nie staje w obronie sędziów. To wszystko razem decyduje o wadliwym powołaniu sędziów” – tłumaczy.

„Idąc drogą tego rozumowania, należałoby zapytać, czy pan sędzia Zawistowski obawia się Wojciecha Jaruzelskiego. Czy generał ma na niego wpływ? Czy może go zdegradować? Wytyczyć mu dyscyplinarkę? Czy Rada Państwa decyduje wciąż o awansach sędziów?

To absurd. Nawet jeżeli Rada Państwa PRL powoływała sędziów kiedyś, to nie ma żadnego wpływu na ich orzekanie dzisiaj. A neo-KRS i minister Zbigniew Ziobro ten wpływ mają. To podstawowy problem”

– podkreśla Matczak.

„Przed chwilą zakończyło się spotkanie Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oraz wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego z prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Władze partii wyraziły wobec prezesa Banasia oczekiwanie złożenia dymisji z zajmowanej funkcji” – napisał na Twitterze wicerzecznik PiS Radosław Fogiel.

Spotkanie odbyło się oczywiście w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Jak pamiętamy,  Mariusz Kamiński to nie tylko wiceprezes partii, ale także minister spraw wewnętrznych, a przede wszystkim koordynator ds. służb specjalnych.

W internecie zawrzało. – „Jak? Taki kryształ?”; – „Czy Prezes Kaczyński wyraził oczekiwanie złożenia dymisji również wobec premiera Morawieckiego, który dopuścił do nominacji pana Banasia mimo, że urzędnicy MF i KAS ostrzegali go przed nieprawidłowościami? To dowodzi, że szef rządu nie panuje nad obsadą najważniejszych stanowisk”;

„Ale jak to? Przecież prezes Banaś jest kryształowy!”; To partia nie wiedział kogo wybiera??????? A od czego są służby w Polsce kierowane przez Kamińskiego??? Sutenerzy, kamienicę, podatki…..wszystko jest w tej sprawie co śmierdzi”; – „Jak to? Wczoraj mówił, że to kłamstwa, oszczerstwa, że nagonka…”.

Śmierdzi coraz bardziej. I to nie tylko w Polsce śmierdzi, ale jakby śmierdzi Polska. To już nie tylko smog z opalanych plastikiem i szmatami pieców. To już nie tylko nielegalne, gnijące wysypiska śmieci w lasach, to już nie tylko fekalia wylewane do rzek i jezior, przemysłowo zabijane zwierzaki, których resztki producenci w pośpiechu zakopują pod ziemią, to już nie tylko syf sprowadzany masowo z zagranicy w ramach przekrętu mafii śmieciowej (obecny rząd zezwolił na sprowadzanie gówna i chemicznych odpadów z całego świata), ale śmierdzi polityka polska.

Gdy słyszysz, że parlamentarzyści PiS w UE głosują za mordowaniem gejów w Ugandzie (tak wiem nie poprali protestu przeciwko mordowaniu, ale to przecież tak jakby popierali, bo rozumieją motywy morderców), gdy do głosu wyrywa się anemik w okularach, poseł Winniczek, dawny działacz Młodzieży Wesz-polskiej, miłośnik hitlerowskich plakatów i mówi z trybuny sejmowej, że etniczna jedność Polaków jest ważniejsza niż gospodarka, gdy czytasz te napastliwe i kłamliwe artykuły w jawnie antysemickiej Gazecie Warszawskiej, gdy widzisz te marsze z pochodniami, w których jedność tworzą jad i nienawiść i gdy dowiadujesz się, że wieszanie portretów znanych parlamentarzystów na szubienicach, to niewinny happening, to czujesz ten zgniły naziolski smród, który z premedytacją rozlano w polskie serca, którym zatruto umysły głupków, który rozlewa się po Polsce jak brudna woda w czasie powodzi.

Śmierdzi ta nasza kochana Polska. Śmierdzi coraz bardziej. I nie pomogą tańce na rurze, ani tańce z gwiazdami, ani puder, ani cukier, ani wygrana na Eurowizji, ani uśmiechnięty Kurski, ani ładna pani z „Pytania na śniadanie”. Bo ona też śmierdzi. Śmierdzi kłamstwem. Im bardziej elegancko ubrany jest Prezes z Nowogrodzkiej, im bardziej ma wyglancowane buty pan Gowin, im bardziej nerwowo uśmiecha się minister Ziobro, i im bardziej radośnie piszczy pani Holecka w „Wiadomościach”, tym bardziej to wszystko śmierdzi i szambem jedzie tak, że nawet nowoczesne maski p-gas nie pomogą.

Według katowickich śledczych, wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu.

Zdolną mamy młodzież. Po reformie oświaty nasze pacholęta są nie do pobicia nie tylko w konkursach biograficznych o Janie Pawle II i Lechu Kaczyńskim, ale także na polu… sztuki współczesnej.

Byłe elity, rugowane systematycznie z teatrów i galerii, utrzymują wprawdzie, że nowi mecenasi od kultury zamiast Nowosielskiego, wolą Kossaka, nawiązując złośliwie do upodobań pana prezydenta, ale rzeczywistość przeczy temu na każdym kroku. Ostatnio zaprzeczyła w Katowicach.

Po dwóch latach śledztwa z udziałem licznych choć przeważnie anonimowych (RODO) ekspertów, tamtejsza prokuratura okręgowa wydała opinię w sprawie młodych patriotów, którzy powiesili na szubienicach portrety europosłów z opozycji. I się okazało, że inkryminowani „opozycjoniści” nie tylko są przewrażliwieni na punkcie swoich wizerunków, ale – choć niby tacy nowocześni i proeuropejscy – w ogóle nie znają się na sztuce współczesnej.

Zamiast docenić kreatywność i kunszt artystyczny młodych narodowców, zrobili aferę i polecieli się skarżyć do prokuratury. A było do krytyka jakiegoś zadzwonić.

Inna sprawa, że krytycy i to wszyscy, którzy liczą się w branży, należą do byłych elit, więc ich rolę, chcąc nie chcąc – musieli wziąć na siebie podwładni ministra Ziobry. Ale cóż to za problem dla młodych, prężnych prokuratorów z nadania tegoż ministra. Im żaden tam happening niestraszny. Przecież sami występują w comedii dell’arte. I czasami nawet mylą im się role.

Może się wydać trochę dziwne, że śledztwo poszło od razu w kierunku sztuki, zamiast skupić się na znacznie bardziej oczywistym wątku historycznym. Od lat narasta wszak moda na rekonstrukcje, a i sami młodzi patrioci z Katowic oświadczyli, że ich spektakl miał za temat Konfederację Targowicką.

No, ale wtedy trzeba by wytłumaczyć państwu spod szubienic, że dwa, trzy wieki temu wieszano na nich nie demokratów od Konstytucji, którzy chcieli Polskę zmodernizować i uczynić z niej normalny kraj europejski, tylko „obrońców tradycji”, co dla swoich interesów sprzymierzyli się z największym wrogiem kraju – Rosją. I że Targowica była przez wieki symbolem zdrady, jakiej wobec demokratycznych i wolnościowych dążeń światlejszej części społeczeństwa dopuścili się konserwatyści w przymierzu z Kościołem. No, niestety.

Jak widać historia nie jest najmocniejszą stroną naszych młodych patriotów, no ale co się dziwić, skoro nawet pan premier, z wykształcenia historyk, ma z tym spore problemy. Co innego sztuka współczesna. Na niej znają się wszyscy, bo tutaj bardziej od dat i faktów liczą się interpretacje. A opinię to mamy przecież na każdy temat. I takie nasze prawo!

Tak więc, to już oficjalne. Wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… performance, czyli działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu. A jako takie, podlega ono – zdaniem katowickiej prokuratury – ochronie nie tylko z paragrafu o swobodzie wypowiedzi, ale też kolejnego – o wolności artystycznej ekspresji. Po takim orzeczeniu tylko czekać na kolejne „działania artystyczne” młodych adeptów sztuki z obu stron sceny politycznej. Chodzi nie tylko o szubienice z portretami albo i bez. W zakresie swobody wypowiedzi mieszczą się też – jak rozumiemy – tarcze strzelnicze. Oraz nekrologi.

Brawo prokuratorzy! Dzięki wam każdy Polak wie, albo już za chwilę będzie wiedział, co to takiego „happening” i o co chodzi z tym całym „performansem”. Jeszcze nikt dotąd nie zrobił w Polsce tak wiele dla upowszechnienia sztuki współczesnej!

Srebrna Kaczyńskiego nie jest jego własnością i PiS. Tak manipuluje się prokuraturą

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

I chyba – niestety – to jest jedyne wyjaśnienie takiego powodzenia pisowskiej i kleszej mafii w naszym kraju…

„Jędraszewski STOP” – to główne hasło marszu, który przeszedł z krakowskiego Rynku Głównego pod kurię. Uczestnicy demonstracji domagali się odwołania arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z funkcji metropolity krakowskiego i reakcji Kościoła na mowę nienawiści.

Demonstrujący stanęli pod oknem papieskim, przy wejściu do kurii przy ul. Franciszkańskiej. Przynieśli ze sobą kartki z napisami: „Jędraszewski, twoja wielka wina”, „Miłuj bliźniego jak siebie samego”, „Hipokryzja”, „Stop nienawiści”, „Jędraszewski! Precz z Krakowa!”.

„Protestujemy przeciwko polityce Jędraszewskiego. Pod kurią na Franciszkańskiej spotkaliśmy się z modlącymi się oponentami, którym przewodzi małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Czy to jest rola kuratora? Czy to jest wizja edukacji MEN? Wstyd i hańba!” – napisał podczas demonstracji na Twitterze jeden z jej uczestników Artur Mazur.

Po drugiej stronie Franciszkańskiej bowiem stanęli zwolennicy Jędraszewskiego.

A postaci małopolskiej kurator oświaty naszym czytelnikom nie trzeba przybliżać. „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

W pewnym momencie jedna z organizatorek demonstracji przeciw Jędraszewskiemu podeszła do modlących się kontrmanifestantów z propozycją pojednania. Nikt nie chciał podać jej ręki…

„Pasy zapięte? Kto ma słabe nerwy niech nie czyta. Oficjalny szacunek wysokości emerytur w przyszłości jaki dostałem z ZUS. Teraz dostajemy 53,8% ostatniej pensji (ok. 2,2tys.zł). W 2045 będzie 32%,w 2060-24,9%,a 2080-23,1%. To będzie ok.1 tys. zł na mc (na dzisiejsze pieniądze)” – napisał na Twitterze były wiceminister pracy w rządzie PiS Bartosz Marczuk.

W kolejnym wpisie „próbował” łagodzić sytuację: – „Dlatego trzeba dodatkowo się zabezpieczać. Dbać o zdrowie, kształcić, oszczędzać (PPK to idealny produkt), mieć więcej dzieci, przygotować się na dłuższą pracę”. No to przypomnijmy nasz artykuł o tym „idealnym produkcie”: „Fiasko nowego programu PiS. Aż 60 proc. Polaków nie chce PPK”.

Wpis Marczuka wywołał falę komentarzy. – „Pan były podsekretarz stanu w rządzie dojnej zmiany nagle wrócił z innej rzeczywistości na Ziemię i się zdziwił? No, no…”; – „Były wiceminister rodziny, obecnie w Polskiej Fundacji (Niedo)Rozwoju płacze, że jego wspaniali koledzy wywinęli taki numer z emeryturami. W przeciwieństwie do milionów Polaków Marczuk sobie sporo zapewne odłoży”; – „Najpierw Szydło mydliła oczy i obniżyła wiek emerytalny, teraz chłopcy rozmontowują OFE i majstrują w emeryturach, bo kasy na wytwory wiedzy ekonomicznej prezesa brak, a teraz zaczyna się straszenie, bo ludzie nie ufają rządowi”; – „Czyli rząd, w którym i pan był, po prostu rozpierniczył Polakom emerytury. Więc pytanie: pan się tym wpisem naśmiewa z tego, co ludziom zrobiliście, czy przyznaje się do winy?” – pisali internauci.

Komentowali też dziennikarze. – „Były minister pracy piszący w tłicie, że ZUS to wielkie oszustwo to jednak nowa jakość…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. – „Czy rząd PIS właśnie nas informuje, że ta partia, przekonując do obniżenia wieku emerytalnego, świadomie skazała miliony Polaków na głodowe emerytury i tragedię w ostatnich latach życia?” – zapytał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Dziennikarz w 2014 ostrzega, aby nie obniżać wieku emerytalnego. Polityk od 2015, wiceminister pracy bierze udział w obniżaniu wieku emerytalnego. 2019 jako twitterowicz? ostrzega: emerytury będą niskie” – podsumował gen. Jarosław Stróżyk. Tak rzeczywiście przebiegała kariera zawodowa Bartosza Marczuka. Dodajmy tylko, że z resortu pracy przeniesiono go do Polskiego Funduszu Rozwoju, w którym Marczuk zajmuje się właśnie wspomnianymi wyżej Pracowniczymi Planami Kapitałowymi.

Niedzielny konkurs Eurowizji Junior wygrała Wiktoria Gabor. To drugie pod rząd zwycięstwo Polski w tej imprezie, co niezwykle ucieszyło nie tylko młodziutką wokalistkę, jej fanów i widzów, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego, który nie omieszkał przypisać sobie cały sukces za tę wygraną. Przypomniał, że jako prezes obiecał „odbudowę siły i prestiżu TVP”.

„To podwójne, rok po roku, zwycięstwo w Eurowizji jest esencją i kulminacją tej odbudowanej pozycji” i to on podjął decyzję, by to widzowie „Szansy na sukces” wybrali reprezentanta Polski na Eurowizję, więc zwycięstwo młodziutkiej wokalistki to wielki sukces właśnie jego Telewizji.

Kurski towarzyszył Wiki Gabor w spotkaniu w „Gościu Wiadomości” i całkowicie je sobą zdominował. Dziewczynie udało się podziękować rodzicom i fanom, ale prowadząca spotkanie szybko skierowała rozmowę na zasługi prezesa telewizji i Jacek Kurski zaczęło się.

Realizacja lepsza, niż niejednej Eurowizji dla dorosłych. Krótko mówiąc, to jest odbudowa potęgi Telewizji Polskiej” i to właśnie „Myśmy mieli odwagę odbudować siłę Telewizji Publicznej”. 

Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu Wiktorii, prowadząca zapytała ją, czy śpiewa „od dziecka, ale czy czujesz, że poniekąd Telewizja Polska wskazała ci drogę przez Twoje poprzednie sukcesy?” i znowu zwróciła się do swojego prezesa, który podkreślił, że od początku widział w 12 – latce gwiazdę, bo to „kwestia intuicji, i pewnej odpowiedzialności jednak w telewizji, w zarządzaniu”.

Jak słusznie zauważył jeden z internautów „Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć, że prawdziwym zwycięzcą Eurovision Junior jest Jacek Kurski, który odkrył Wiki Gabor, napisał jej tekst, nauczył śpiewać, a nawet przygotował choreografię”.

Każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza

Kilka dni temu wszystkie stacje telewizyjne nadały pierwszy odcinek szóstego sezonu serialu pt. „Sejm według PiS”. Zapowiadano nowych wykonawców i poważne zmiany batalistycznej dotąd fabuły. Faktycznie, zobaczyliśmy sporo nowych twarzy, bo w sukurs oblężonym przybyły posiłki, które osaczyły najeźdźców zarówno z lewej, jak i prawej flanki, i od razu zaczęły kopać ich po kostkach. Jednak scenariusz nie obfitował zbytnio w nowe wątki, tyle że armia napastników po latach zwycięstw przegrała właśnie jedną potyczkę. Obudziło to pewne nadzieje na przełom, bo okazało się, że napastnikom zaczyna brakować amunicji, której nowi obrońcy maja nadmiar, wystrzeliwując ją czasem celnie, a czasem w płot albo na wiwat. Nie zmieniły się natomiast dialogi, obfitujące na przemian w argumenty i inwektywy, często na żałosnym poziomie.

Mimo kulawego scenariusza i amatorszczyzny wielu wykonawców, w pierwszym odcinku nowej edycji nie wiało nudą. Interesujące były zwłaszcza zaciekłe próby konfrontacji nadziei i marzeń z twardymi realiami ponurej rzeczywistości. Fascynująca była zwłaszcza wędrówka zawiłymi meandrami wyobraźni jednego z głównych wykonawców, artysty Mateusza Morawieckiego, grającego w serialu rolę premiera.

Były w tym odcinku sekwencje straszne, były fragmenty podniosłe i scenki naprawdę ucieszne.  Strasznie było, gdy udający premiera pokrzykiwał groźnie, że biada tym, którzy chcą uczyć dzieci tego czegoś, czego uczą się dzieci w każdej szkole każdego cywilizowanego kraju. Biada im, bo są to terroryści, podkładający pod całą Polskę gigantyczny ładunek wybuchowy obcego pochodzenia. Grozą powiało również, gdy Morawiecki odkurzał starą „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, zapowiadając po raz kolejny przekop Mierzei Wiślanej, budowę CPK, Via Carpatia, promów i jeszcze paru przedsięwzięć bezsensownych lub takich, bez których spokojnie możemy się obejść, a na które wydawać będziemy pieniądze których nie ma, co rzecz jasna oznacza równoczesne odbieranie środków projektom absolutnie nieodzownym.

Podniośle było, kiedy reprezentanci rządzących jeden po drugim bohatersko stawali na przedpiersiach okopów prężąc muskuły w obronie rozmaitych wartości wykrzykiwanych dużymi literami. Szło jak od wieków o Tradycję i Wiarę, ale i o nowszy wynalazek PiS – Rodzinę, która powstaje z kobiety i mężczyzny od chwili poczęcia aż do naturalnego rozwodu. Czyli ponad jedną czwartą polskich dzieci, ze związków partnerskich lub zrządzeniem złego losu wychowywanych przez jednego rodzica, PiS pozbawił rodziny! Smutne to bardzo.  Śmiesznie natomiast bywało, gdy rządzący przekonywali zebranych, że to co jest i będzie nadal, to normalność, gdy chwalili się demokratycznym usposobieniem i nieprzemożną potrzebą praworządności, a szczególnie, kiedy swoje zwycięstwa i sukcesy ogłaszali również na zrujnowanych terenach objętych klęską żywiołową, takich jak choćby służba zdrowia czy edukacja. A wyjątkowo zabawny był kadr ukazujący na galerii sejmowej Mariana Banasia przyjmującego do akceptującej wiadomości płynące z mównicy zachwyty nad sukcesami administracji skarbowej.

Nowe odcinki serialu „Sejm według PiS” to program z cyklu dla każdego coś miłego. Bo jest równocześnie filmem wojennym i melodramatem, filmem przygodowym, rozrywkowym i science fiction, a nawet oświatowym z filozoficznym przesłaniem. Pierwszy odcinek szóstej edycji popularyzował np. całkiem nową teorię względności, dowodzącą, że nie ma na świecie zjawisk niewątpliwych ani wartości stałych, bo wszystko jest niejednorodne, wielowymiarowe, płynne i wzajemnie się wykluczające.  Czyli w skrócie: każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza. Na przykład: w konkurencji krajów najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów Polska zajmuje miejsce piąte – i równocześnie czterdzieste, ale bardziej piąte. W rankingu mało znanej firmy doradczej Conway Analytics awansowaliśmy ostatnio na szczyty, a w znacznie bardziej prestiżowych, ale dla premiera mało wiarygodnych badaniach „The Global Competitiveness Report” i „Doing Business” w ostatnim roku spadliśmy aż o 7 miejsc. Inny przykład: powrót wielu Polaków mieszkających dotąd za granicą jest – do wyboru – wyłączną zasługą rządu PiS, co ma być prawdą, lub skutkiem Brexitu, co traktowane jest jedynie jak półprawda. Tyle tylko, że w 2018 roku z samej Wielkiej Brytanii wyjechało PONAD 100 tys. mieszkających tam Polaków, a z całego świata powróciło NIESPEŁNA sto tysięcy… Spora „nadwyżka” emigrantów nie uwierzyła w wizję PiS-owskiej krainy szczęśliwości, uchodźcy z GB woleli szukać nowego domu z dala od Polski.

Realizując ambicje oświatowe scenarzystów serial krzewi nowe hasła encyklopedyczne, zastępujące zużyte, nieaktualne pojęcia. „Wolność dla przedsiębiorców” nie oznacza już rynkowych swobód ani trwałych i czytelnych przepisów, tylko prawo drukarzy do odmowy druku tekstów, które im się nie podobają.  Zapowiedziane „przyciąganie zagranicznych inwestorów” i ich kapitału polegać ma m.in. na repolonizacji, czyli po prostu nacjonalizacji prywatnych firm i naruszaniu prawa własności.  Deklarowana głośno „troska o ekologię” to dalszy wzrost produkcji energii na bazie węgla, zaoranie programu farm wiatrowych i … powołanie pełnomocnika ds. odnawialnych źródeł energii z gabinetem, biurkiem i paprotką do podlewania. „Normalność”, to bezprawne powtórzenie przegranego przez PiS głosowania w sprawie skierowania do Trybunału Konstytucyjnego ludzi bez kwalifikacji formalnych i moralnych.

Radykalnie zmieniło się znaczenie pojęć opisujących sferę opieki nad słabymi, ubogimi i wykluczanymi. Radośnie głoszone „wyrywanie rodzin ze skrajnego ubóstwa” oznacza wzrost liczby osób żyjących na poziomie minimum egzystencji z 4,3 proc. do 5,4 proc. w ciągu roku. Czteroletnia „walka z nierównościami dochodowymi” skutkuje niemal najwyższym w Europie rozwarstwieniem. Jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. W tej kategorii PiS zrealizował obietnicę dogonienia Ameryki: polskie nierówności społeczne stały się porównywalne z amerykańskimi – i nadal rosną.

***

W expose premiera nie zgadzały się liczby, daty, ani fakty. A przecież w nowej edycji telenoweli o parlamencie, Polsce i demokracji w wersji PiS, artysta Morawiecki dopiero się rozkręca. Ciekawe, jak skończy się ten serial. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza ostatniego odcinka, to wmontowałbym tam scenkę finałową, trochę przerobioną z kabaretowego skeczu :

Do premiera podchodzi poseł PiS, pokazuje mu szkolny zeszyt i prosi:

– Mateusz, ty masz smykałkę do rachunków, rozwiąż mi proszę zadanie mojego syna, ja nie daję rady, a dziecko walczy o tróję!

– O tróję walczy, powiadasz… czyli tak jak Agamemnon! – życzliwie komentuje premier, z wykształcenia historyk.

– No nie – odpowiada poseł. – Agamemnon walczył przecież o Troję.

– I co, zdał? – zaciekawił się Morawiecki…

Kaczyński mniej inteligentny od Łukaszenki

Po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od wizerunku i marketingu politycznego. Pytamy też, czy prezydent zaprzysięgnie nowych sędziów TK. – Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę” – mówi ekspert

JUSTYNA KOĆ: Pani marszałek, trzeba anulować, bo my przegramy – mówi jedna z posłanek PiS-u do marszałek Elżbiety Witek. Niezależnie od tego, czy system działał, czy nie, to takie słowa nie powinny paść na sali Sejmowej, a może rządzący już nas do tego przyzwyczaili?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Mam wrażenie, że w PiS sami stracili nad tym kontrolę. To akurat były słowa do marszałka Terleckiego, ale bardzo blisko mównicy był też prezes Kaczyński. To pokazuje sposób myślenia PiS-u, a działanie wynika wprost z niego, że „nam się to należy, więc spadajcie”. My się trochę z tego śmiejemy, ale to jest przerażające, że partia rządząca doszła do etapu, kiedy robi, co chce. Ciekawy jestem, co jeszcze można zrobić w sytuacji przejęcia komisji wyborczej.

MOŻE BĘDZIEMY WYBIERAĆ PREZYDENTA DO SKUTKU? TU SIĘ KŁANIA STRÓŻ ANIOŁ Z SERIALU „ALTERNATYWY 4”, KTÓRY MÓWIŁ, ŻE PRZYJMIEMY KAŻDY WYNIK POD WARUNKIEM, ŻE BĘDZIE ZGODNY Z NASZYMI OCZEKIWANIAMI.

To jest trochę śmiech przez łzy, ale pokazuje stan umysłu. To, że zastąpiono marszałka Kuchcińskiego, który był absolutnie tępym narzędziem w rękach swojej partii, to nie znaczy, że marszałek Witek, która z wyglądu, ogłady i inteligencji przebija Kuchcińskiego i może lepiej się prezentuje,  sobie poradzi. Na razie pokazała, że sobie tak samo nie radzi, np. nie umiała zastopować pana premiera podczas exposé. To pokazuje, że politycy do tej pory nie nauczyli się, że dopóki mikrofony są włączone, to każda „strzelba jest nabita”.

Jarosław Kaczyński mówi, że nic się nie stało.
Bo co ma innego powiedzieć? Lewica chce zgłosić sprawę do prokuratury, ale przypominam, że na jej czele stoi jeden z koalicjantów. Na pewno będzie to tak samo skuteczne jak przy sprawie dwóch wież i łapówki za 50 tys.

TO NOC DŁUGICH NOŻY PO RAZ KOLEJNY.

Skoro o Lewicy mowa, to chyba dostała zimny prysznic i szybką lekcję, jak wygląda parlamentaryzm w państwie PiS. Jeszcze niedawno głosowała za kandydaturą marszałek Witek. Teraz już zachowałaby się inaczej?
To jest to, o czym rozmawiamy. Jeżeli ktoś bardzo mocno czepiał się opozycji w poprzednim Sejmie, który w ogóle był zabetonowany jeszcze mocniej, że nic nie robi, to bardzo proszę powiedzieć teraz, co można jeszcze zrobić. Oczywiście ci, którzy są nowi w Sejmie, mają jeszcze energię, żeby występować, retorycznie się promować, ale chyba najlepiej opisuje tę sprawę sugestia marszałka Karczewskiego: po co głosować, skoro i tak mamy większość? To można powiedzieć: po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia. Jeżeli mówimy o powadze Sejmu, to jej dawno już nie ma.

JEŻELI MÓWIMY O KLASIE POLITYCZNEJ, KTÓRA NAUCZYŁA SIĘ, ŻE MOŻNA KŁAMAĆ OT TAK I NIE PONOSI ZA TO ŻADNYCH KONSEKWENCJI, TO JEST TO DROGA DONIKĄD. MOŻNA TYLKO MIEĆ NADZIEJĘ, ŻE WYGRANA W WYBORACH PREZYDENCKICH MOŻE TO ZATRZYMAĆ, JEŻELI OCZYWIŚCIE SEJM NIE ZNIESIE WETA PREZYDENCKIEGO.

Nawet normalna legislacja i poprawki senackie niewiele zmienią, bo Sejm może je odrzucić zwykłą większością.

Jak ocenia pan kandydaturę Jacka Jaśkowiaka w prawyborach?
Jacek Jaśkowiak ma całkiem dobre papiery, aby uczestniczyć w polityce polskiej. Poznań to duże miasto. Pokazał, że jest twardy, jako jedyny przeciwstawił się w Polsce chocholemu tańcowi z apelami smoleńskimi Macierewicza. Ma dość mocno zdeklarowane poglądy na rozdział Kościoła od państwa czy in vitro, mógłby zatem zdobyć głosy lewicy. Natomiast warto zastanowić się nad formą. Pani Małgorzata Kidawa-Błońska wygląda na tym tle jak mebel przestawiany od lewej do prawej, czego nie można zrozumieć, bo zdobyła już sporą popularność. Rozumiem, że pan prezydent Jaśkowiak dostał „propozycję nie do odrzucenia” i teraz będzie odgrywanie prawyborów. Przypominam, że ostatnie polegały na tym, że wszyscy z całej Polski głosowali. Teraz 14 grudnia będą głosowali delegaci.

Kto ma większą szansę wygrać prawybory?
Jeżeli nic się nie wydarzy przez te 3 tygodnie, co zburzy wizerunek pani Kidawy-Błońskiej, to pewnie ona dostanie nominację, ale w polskiej polityce nic nie jest oczywiste i jasne. Dostała duże poparcie w Warszawie, jest rozpoznawalna na poziomie 95 proc., pana Jaśkowiaka zna tylko połowa z tego.

MYŚLĘ WIĘC, ŻE PANI KIDAWA MA WIĘKSZE SZANSE, NIŻ PAN JAŚKOWIAK, ALE ROZMAWIAMY 22 LISTOPADA I WIELE MOŻE SIĘ ZDARZYĆ.

Kto z tej dwójki ma większe szanse pokonać Andrzeja Dudę?
Polityków w Polsce rozpala jedna myśl – Duda jest do pokonania, a może jak ja wystartuję, to też go pokonam, bo jest bardzo słabym prezydentem. Pojawiają się zatem różne kandydatury, jak np. Szymona Hołowni. Myślę, że takie myślenie jest błędne, bo po stronie PiS-u stoi profesjonalizm i doba analiza sytuacji. Pani Kidawa ma szanse wygrać, jeżeli KO zrobi dobrą kampanię, wynajmie profesjonalną firmę PR, która będzie zewnętrza i nie będzie się emocjonowała, kogo lubi bardziej.

Podkreślmy, że prezydent nie rządzi, tylko reprezentuje, a pani Kidawa ma wszelkie walory, aby tę funkcję spełniać dobrze. Ma pochodzenie, wykształcenie i doświadczenie.

Dlaczego PiS zdecydował się na wybranie do TK najbardziej skompromitowanych polityków z możliwych? Przypomnijmy, że pan Piotrowicza nie dostał się do Sejmu, mimo iż miał miejsce „biorące”.
Sądzę, że nie można rozpatrywać tego w kategoriach błędu PR, bo to była świadoma decyzja Jarosława Kaczyńskiego, żeby pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Nawet forma tego wyboru jest katastrofalna, bo pan Piotrowicz nie odpowiadał nawet na żadne pytania, a pani Pawłowicz z bezczelnością, której dawno nie widziałem.

TO NA PEWNO NIE JEST BŁĄD CZY POMYŁKA, TO PRZEMYŚLANE DZIAŁANIE, ABY POKAZAĆ OPOZYCJI JEJ MIEJSCE.

A może prezydent tych kandydatów nie zaprzysięgnie? Wiemy, że to potrafi.
Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę”.

„Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania” – mówi OKO.press Kamila Gasiuk-Pihowicz (KO). „Procedura anulowania głosowania – »bo my przegramy« – jest znana może na Białorusi, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, w Unii Europejskiej”

W nocy z czwartku na piątek (z 21 na 22 listopada), marszałkini Sejmu Elżbieta Witek nie podała wyników głosowania na członków KRS. Ogłosiła, że głosowanie „anuluje” i zarządziła je na nowo – wbrew regulaminowi Sejmu. O szczegółach i fałszywych tłumaczeniach Witek pisaliśmy m.in. w tekście „Witek: »Anulowałam głosowanie, jak wcześniej na prośbę opozycji!«. To nieprawda. Jest drugie nagranie„.

Wydarzenia z nocnego posiedzenia dla OKO.press komentują posłanka KO Kamila Gasiuk-Pihowicz i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Poprosiliśmy, żeby odpowiedzieli na argumenty PiS-u, który próbuje zrzucić winę na „emocjonalną” opozycję.

„Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa” – podkreśla Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Kamila Gasiuk-Pihowicz: Wydarzyła się rzecz bezprecedensowa, stan nieznany demokracjom

Agata Szczęśniak, OKO.press: Powrót do przeszłości? Poczuła się Pani znów jak w 2016 albo w 2017 roku?

Kamila Gasiuk-Pihowicz, Koalicja Obywatelska: Wydarzenia dzisiejszej nocy to bardzo ponury prognostyk dla tego, co się będzie działo w ciągu najbliższych 4 lat. Widać, że PiS będzie działał z pełną bezwzględnością, jeżeli chodzi o pozbywanie się wszelkich obszarów, w których może być kontrolowany przez kogokolwiek.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że np. spodziewając się niekorzystnego wyniku wyborów prezydenckich lub parlamentarnych i pojawi się któryś z polityków PiS i też powie, że trzeba anulować, bo przegramy.

W tyle głowy trzeba też mieć zmiany, które następują w PKW. To jest kontekst, który budzi mój największy niepokój.

PiS zapewnia, że jest to niepokój zupełnie nieuzasadniony i próbuje winę za te wydarzenia zrzucić na opozycję. Paweł Szefernaker powiedział: „Nikt na sali nie wiedział, jakie były wyniki głosowania”.

Problem polega na tym, że mieliśmy do czynienia z bezprawnym działaniem marszałek Elżbiety Witek. Art. 188 Regulaminu Sejmu mówi bardzo jasno, że wyniki trzeba ogłosić. Alternatywą dla błędnego policzenia jest procedura reasumpcji głosowania, 30 posłów musi zgłosić taki wniosek. Procedura anulowania głosowania – „bo my przegramy” – jest znana może na Białorusi, w putinowskiej Rosji, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, które są członkami Unii Europejskiej.

Poseł Jacek Sasin w „Graffiti” Polsat News mówił, że to sami posłowie opozycji wzywali do ponownego głosowania.

Takie wnioski mogą się pojawiać ze strony posłów opozycji, ale marszałek Sejmu ma czuwać nad tym, żeby Sejm działał zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – Konstytucją, Regulaminem Sejmu i ustawami. Marszałek Sejmu nie może podejmować działań nie mieszczących się w katalogu tych wyznaczonych jako sfera jego działania. Mamy do czynienia z sytuacją działania bezprawnego, a w konsekwencji z możliwością popełnienia przestępstwa opisanego w art. 231 – albo niedopełnienia obowiązków, albo przekroczenia uprawnień.

Lewica złożyła wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Koalicja też zawiadomi prokuraturę?

Tak, złożymy wniosek z zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa przez marszałek Witek. Przygotowaliśmy też wniosek o odwołanie Elżbiety Witek z funkcji.

Jadwiga Emilewicz, posłanka i minister, powiedziała w Polskim Radiu, że nie rozumie emocjonalnych zachowań posłów opozycji, a procedura anulowania nie jest czymś niezwykłym.

Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania. Jest ewentualnie procedura reasumpcji głosowania.

Głosowanie zostało rozpoczęte, powinien zostać ogłoszony wynik. Pani marszałek wyniku nie ogłosiła, zatem mamy prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa.

Istnieje też prawdopodobieństwo popełnienia fałszerstwa polegającego na podaniu innych wyników niż były w rzeczywistości.

Głos zabrał też Jarosław Kaczyński. Powiedział, że pani marszałek podjęła właściwą decyzję, zgodną z prawem, a to, co robi opozycja, to tylko demonstracja polityczna.

Powtórzę: Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa. Pada sformułowanie „anulujemy, bo przegramy”. To jest bardzo niepokojące w dłuższej perspektywie związanej z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Uważam, że jest to stan nieznany demokracjom. Dlatego o tym mówimy.

Dzieje się tak, bo PiS jest w tej kadencji słabszy?

Początek tej kadencji napawa mnie niepokojem. Obawiam się, że to może być bardzo ciężka kadencja, jeśli chodzi o standardy praworządności.

„Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są” – mówi OKO.press wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (Lewica)

Agata Szczęśniak, OKO.press: Skończyła się dobra passa Lewicy i w sprawie KRS-u musieliście zagrać w grę ustawioną przez PiS.

Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałek Sejmu, klub Lewicy/SLD: Nie jesteśmy naiwni. Nic nas w czwartek nie zdziwiło. Ta ocena nie wynika z mojej arogancji ani naiwności. PiS zaproponował normalność, w którą nikt nie wierzył. Zaproponował podział mandatów w KRS – dwa dla siebie, dwa dla opozycji – w co też nikt nie wierzył. Nagle się pojawiła się poprawka i zgłosili czterech kandydatów.

A co do zachowania na sali sejmowej to takiego ogromu cynizmu dawno z bliska nie oglądałem. Można było ogłosić wyniki głosowania.

Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są.

PiS mówi, że zrobili to, co chciała opozycja. Opozycja wzywała do ponownego głosowania, więc ogłosili ponowne głosowanie. Wszystko jest w porządku.

To nieprawda. Obserwowałem to z odległości trzech metrów. Posłowi Szczerbie chyba jako jedynemu karta się nie włączała, więc ze dwa razy ją wymienił.

Problemy zgłaszał też Krzysztof Śmiszek. PiS mówi, że również posłanka Śledzińska-Katarasińska.

Krzysztof Śmiszek zgłosił, wziął kartę i ona zadziałała. To nie były problemy. Problemem jest to, że to głosowanie jest dość skomplikowane i można się łatwo pomylić. Nie widziałbym tu złej woli.

Nie tyle sprawa była zła, ile sposób jej załatwienia. Jeśli ktoś się myli i to zgłasza, można powiedzieć: „Proszę państwa, mam wiele zgłoszeń pomyłek, ogłosimy wyniki, wiecie państwo, że i tak jest większość w tej sprawie, 30 posłanek i posłów wniesie wniosek o reasumpcję”. Na zapleczu ze strony PiS padł taki argument: i tak mamy większość. To nikogo nie dziwi.

Ale PiS spanikował i pokazał, do czego jest zdolny: kiedy idzie źle, doginamy kolanem. Jak ktoś ma trochę imaginacji, może sobie wyobrazić: gdyby wybory poszły nie po myśli PiS, to można by dogiąć kolanem.

W poprzedniej PiS nieraz dociskał kolanem, po to, żeby robić po swojemu i nie oglądać się na nikogo.

Teraz też nie oglądał się na nikogo. Mieliśmy dziś prezydium sejmu, poinformowałem panią Marszałek, że Lewica zgłosi wniosek do prokuratury – i zgłosiła. Poinformowałem ją również, że nawet jeśli ten wniosek teraz zostanie umorzony, to wróci wcześniej czy później, bo ta procedura naszym zdaniem została złamana. Takie działanie nie powinno zostać zapomniane.

Jarosław Kaczyński skomentował to głosowanie: „Opozycja próbuje z tego zrobić jakąś, jak to oni zwykle nazywają, aferę, a tak naprawdę nie stało się nic nadzwyczajnego”. Odniósł się też do Waszego zawiadomienia: „Nawet najbardziej przenikliwy i jednocześnie gotowy do stawiania zarzutów prokurator tutaj nie może się dopatrzyć żadnego przestępstwa, bo tutaj nie było cienia jakiegokolwiek przestępstwa”.

Została złamana procedura. Uważamy, że Pani marszałkini złamała prawo. Art.231 kodeksu karnego się kłania. Ale znamy tę pisowską frazę i ten rodzaj uprawiania polityki. Trzeba anulować, bo przegramy. Anulować uczciwych sędziów, prokuratorów i na koniec anulować demokrację. Bo przegramy.

Początek tej kadencji sejmowej Platforma miała nie najlepszy. PiS musiał wycofać jedną z ustaw, a Lewica zachowuje się spokojnie i merytorycznie. Ja nie gustuję w happeningach na sali sejmowej.

Nie podobało się Panu to, jak posłanki Koalicji Obywatelskiej wystąpiły na sali sejmowej z napisem „Hańba”, gdy przedstawiano kandydatury Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza?

Nie chcę nikogo urażać, ale uważam, że sala sejmowa nie jest najlepszym miejscem do takich rzeczy jak śpiewanie do mikrofonu w fotelu marszałka albo wykrzykiwanie i pokazywanie transparentów. Nie potępiam tego, ale ja bym czegoś takiego nie robił. Czy to pokazuje opozycję jako poważną? Moim zdaniem nie.

Jaki Lewica ma pomysł na te momenty, kiedy PiS używa siły? Teraz marszałek anuluje głosowanie, poprzednio marszałek Kuchciński łamał regulamin.

Będziemy robili to, co robimy. Będziemy pokazywali te rzeczy, które nam się podobają i te, które nam się nie podobają. Według nas wczoraj został złamany regulamin i dziś założyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Jeżeli nam się nie podobają ustawy, będziemy pokazywali swoje ustawy.

Co to da? Nie za bardzo wierzę, że te ustawy przejdą, na pewno nie wszystkie. Ale będziemy pokazywali obłudę i zakłamanie. Złożyliśmy ustawę w sprawie zniesienia 30-krotności – mogą ją wyrzucić do kosza, mogą wprowadzić pod obrady i głosować przeciwko. Ale niech się ludzie dowiedzą, że PiS jest przeciwko temu, żeby 2 miliony ludzi dostało minimalną emeryturę 1600 zł. Wniesiemy ustawę dotyczącą 5 złotych na receptę – niech PiS zagłosuje przeciwko temu. I powie: nie dołożymy 6 mld zł, choć wystarczy przestać finansować kler, bo idzie na to 8 miliardów.

PiS w poprzedniej kadencji po prostu trzymał projekty opozycji w zamrażarce.

Będziemy to nagłaśniać. Na razie nam się udaje. Dwa tygodnie Sejmu, a ci, którzy się interesują, wiedzą już, jaki sposób myślenia ma Lewica. Żeby była jasność: nie mam złudzeń co do skuteczności wprowadzania projektów. Dopóki PiS będzie miał przewagę 6 głosów, nie należy spodziewać się cudu. Ale do czasu. Przecież PiS wierzy w cuda.

Aż się Jarosław Gowin albo Zbigniew Ziobro zdenerwują?

Na przykład. Dawanie pretekstów w tej sprawie i tworzenie takich sytuacji jest rozsądne. Absurdalna ustawa dotycząca zniesienia 30-krotności i przeznaczenia ich na dziurę budżetową została wstrzymana. Nie dość, że została wstrzymana, to Lewica pokazała alternatywę, jak można zostawić pieniądze w systemie emerytalnym, myśląc o stanie państwa za 20 lat.

Lewica przekonała się na własnej skórze, jak to jest w Sejmie, w którym PiS ma większość?

To obłudne stawianie sprawy. Tak jakbyśmy nie widzieli tego dwa miesiące temu albo dwa lata temu.

To jest teza Koalicji Obywatelskiej: „naiwni ludzie weszli do Sejmu i wzięli trzy komisje. Lewica dogadała się z PiS-em”. Koalicja Obywatelska ma sześć komisji. To znaczy, że dwa razy bardziej się dogadała z PiS-em? My jesteśmy pragmatyczni ale nie jesteśmy obłudni i zakłamani.

Głosowaliście za marszałek Witek, na którą dziś donosicie do prokuratury.

A Platforma głosowała przeciwko? [wstrzymała się] Każdy wicemarszałek Sejmu, każdy szef komisji, który nie dostałby wsparcia PiS, nie zostałby wybrany. Małgorzata Kidawa-Błońska została wicemarszałkiem dzięki głosom PiS-u. Można by postawić tezę: naiwna Platforma liczyła, że jak dostanie wicemarszałka, to przyszłość Polski będzie świetlana i Jutrzenka demokracji rozbłyśnie w ciemności Mordoru. Mądra teza? Głupia. Tak samo jak tezy dotyczące współpracy Lewicy i PiS są głupie. Znam je. PO je głosiła w stosunku do Lewicy w trakcie kampanii wyborczej. I mają 60 mandatów mniej. Może kiedyś zrozumieją, że wróg jest po stronie PiS-u. Kiedyś im to wytłumaczymy.

Donald Tusk został wybrany na przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej. Były premier zapowiedział, że po zakończeniu pracy na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej zaangażuje się w politykę krajową.

Po tym, jak został wybrany nowym przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej, Donald Tusk udzielił wywiadu telewizji Polsat News. Mówił w nim m.in. o swoich planach na najbliższe lata. Były premier stwierdził, że jako przewodniczący Rady Europejskiej musiał zachowywać powściągliwość i obiektywizm i nie mógł w pełni angażować się w polską politykę. Zapowiedział, że to się zmieni, gdy obejmie stanowisko szefa EPL, bo wówczas będzie mieć większą swobodę.

– Mam głębokie przekonanie, że w Polsce warto zmienić pewien sposób debaty politycznej. (…) Poziom debaty politycznej w Polsce odbiega trochę od tego, co widzimy w najważniejszych miejscach na świecie jeśli chodzi o, powiedziałbym, substancje tego sporu, tej debaty. Bywa ona trochę powierzchowna i skupiona na bardzo peryferyjnych czy prowincjonalnych kwestiach, a zupełnie niepotrzebnie, bo cały czas patrzy się na Polskę jak na jeden z punktów orientacyjnych w Europie – powiedział Donald Tusk.

Donald Tusk: Chcę pracować w Polsce z młodymi ludźmi

Były premier powiedział, że od dłuższego czasu planował, jak będzie wyglądać jego aktywność polityczna w kraju, ale gdy zapytano go o to, czy chce stworzyć nową siłę polityczną, nie odpowiedział wprost. Oznajmił jednak, że liczy na ludzi młodych.

– Będę chciał bardzo dużo w Polsce pracować, szczególnie z młodymi ludźmi, ale nie tylko. (…) Chciałbym, żeby w Polsce znalazła się grupa 10, 20, może 100 młodych ludzi, którzy będą rozumieli świat tak, jak on na to zasługuje. Żeby oni na serio wzięli sprawy w swoje ręce. Nie tylko dlatego, że są młodsi ode mnie, bo wiek nie wystarczy, ale dlatego, że lepiej rozumieją ten świat. A co z tego będzie, zobaczymy – stwierdził Tusk.

„Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca”. Donald Tusk o niszczeniu jego wizerunku

Nowy przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej mówił także o swojej decyzji o nieprzystąpieniu do wyborów prezydenckich 2020. Powiedział, że wie, że przegrałby w drugiej turze, a jako że zależy mu na tym, aby PiS przestał rządzić w Polsce, nie wybaczyłby sobie, gdyby swoim startem zablokował możliwość udziału w wiosennych wyborach komuś, kto ma szansę na wygraną z Andrzejem Dudą. Były premier zaznaczył, że dokładnie przeanalizował sytuację i zapoznał się z naukowymi opracowaniami.

– W Polsce władza – rząd pisowski i PiS jako partia – zorganizowały na niespotykaną skalę, właściwie nawet w Europie, jeśli chodzi o poziom zorganizowania – niszczenia mojego wizerunku na wszystkie możliwe sposoby. Nie chodzi tutaj o krytykę moich rządów, bo do tego są uprawnieni, są moimi oponentami – przekonywał.

Były premier powiedział, w jaki sposób rząd PiS niszczy jego wizerunek. – Szczególnie przez ostatnie trzy lata, wtedy kiedy ponownie wybrano mnie na szefa Rady Europejskiej, to było takie bardzo systematyczne niszczenie wizerunku nie tylko mnie jako polityka, ale również człowieka. „Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca” to są cztery terminy, które się najczęściej  powtarzały w tych relacjach. Codziennie – stwierdził Tusk.

Donald Tusk powiedział, że wyliczono, że w mediach publicznych przez blisko 1,5 godziny każdego dnia emitowano „pełne nienawiści i pogardy materiały” wyłącznie na jego temat.

Kiedy wreszcie dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

Czy tego chcemy, czy nie – mamy drugą kadencję Zjednoczonej Prawicy. Co z tego, że zagłosowało na nią mniej wyborców niż na partie opozycyjne? Co z tego, że udało się odbić Senat? PiS rządził i rządzi, a my …wciąż zdziwieni.

Zdziwieni, że właśnie przeforsowali swoich czterech kandydatów do KRS, dzięki czemu na 25 miejsc, 21 należy do nich. Zdziwieni, bo posłowie partii rządzącej opuszczają salę obrad, gdy jest mowa o kondycji szpitali i polskiej służby zdrowia. Zdziwieni, że PiS raczy wreszcie rzucić jak ochłap jakąś podwyżkę dla nauczycieli, ale tylko dlatego, by nie zarabiali oni mniej od sprzątaczek, bo to jakoś głupio.

Oburzamy się, że gwiazdy PiS-u, czyli Piotrowicz i Pawłowicz trafiają do Trybunału Konstytucyjnego, tak jakby to miało dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Przecież już od kilku lat TK to nic innego jak atrapa. Miejsce, gdzie zapytania opozycji lądują w zamrażarce, sędziowie się nie przemęczają pracą, a szefowa Julia Przyłębska bryluje na salonach i nie ma czasu, by zająć się tym, czym powinna.

Wkurzają nas niebotyczne nagrody za tzw. „nicnierobienie”, nietykalny pan Banaś, niewyjaśnione afery, koperta z łapówką w rękach prezesa, skrajny nepotyzm i kolesiostwo. W duszy nam jęczy, gdy widzimy, jak wygląda polska edukacja, gospodarka, a rozdawnictwo pieniędzy wręcz kwitnie. Gdy stajemy się państwem wyznaniowym, podzieleni na prawdziwych Polaków i tych gorszych, a ulicami maszerują chłopcy narodowcy, udający, że nie mają nic wspólnego z ideologią faszystowską czy nawet neonazistowską i mający pełne poparcie partii rządzącej. Gdy ponad milion naszych rodaków zagłosowało na coś takiego jak Konfederacja i ma ona teraz przedstawicieli w Sejmie państwa, które z nazwy wciąż niby jest demokratyczne.

Z niedowierzaniem wciąż słuchamy, jak niektórzy z władców narodu nazywają europarlament pedofilskim, jakiś ksiądz ostrzega przed książkami naszej noblistki Olgi Tokarczuk, w podstawówkach rozpowszechnia się filmik, będący częścią antyaborcyjnej propagandy, narastają z każdym miesiącem nierówności społeczne, a Samorządowa Karta Praw Rodziny, pełna homofobii, dyskryminacji i nietolerancji Ordo Iuris, cieszy się coraz większym wzięciem i została już wprowadzona w Nowym Sączu oraz Bukowinie Tatrzańskiej.

Tak się zmienia Polska na naszych oczach, a my… wciąż zdziwieni? A jeszcze nie tak dawno temu, zaledwie pięć lat, żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Owszem, było wiele nieprawidłowości, sporo można było zarzucić poszczególnym rządom, ale jednak człowiek czuł się bezpieczny. Prawo znaczyło prawo, a życie publiczne było wolne od chaosu. Kto mógł wtedy przewidzieć, że nagle pstryk i obrót o 180 stopni. Wszystko to, co ważne, zbudowane na ponadczasowym systemie wartości, zostanie wywalone do kosza i zastąpione bylejakością, demolką, nieudacznictwem oraz promocją postaw, które przez lata będą się nam odbijać ostrą czkawką.

My wciąż zadziwieni, a elektorat PiS w siódmym niebie. Kiedy próbuję rozmawiać o stanie polskiej gospodarki, spokojnie dyskutować, to mój oponent przekrzykuje mnie, bo on wie najlepiej, co i jak, choć nie ukrywa, że tę wybitną wiedzę zdobył na lekcjach w szkole podstawowej. Osiłek po gimnazjum usiłuje nauczyć mnie  historyka „prawdziwej” historii, byle jaki prawniczyna neguje opinie wielkich autorytetów z dziedziny prawa, a sąsiadka, która przepracowała całe życie w szpitalu jako salowa dzisiaj uważa się za autorytet w dziedzinie edukacji. Proszę mi wierzyć, absolutnie nie chcę nikogo obrazić, ale tak właśnie wygląda dzisiejsza Polska. Nie jest ważne, jaką posiadasz wiedzę, jakie masz umiejętności, ile lat swego życia poświęciłeś na samorozwój i kształcenie. Wystarczy to, co PiS poda na tacy plus szczątkowe informacje, zapamiętane z lekcji i już jest się alfą i omegą. Już można ustawiać innych po kątach. Już się ma satysfakcję, że dokopało się temu, co to nawet nie zasługuje na miano elity.

Po 4 latach rządów PiS wiem jedno. Nie jestem w stanie przekonać twardego wielbiciela tej partii, by spojrzał z dystansu i dostrzegł, dokąd go jego ukochana partia prowadzi. On nie przeczyta mojego tekstu. Nie będzie mnie słuchał, tylko powtarzał jak mantrę to, co mu prezes wmówił. Koniec i kropka.

Gorzej, że nie chcą też ze mną rozmawiać ci, którzy właściwie nie opowiadają się za żadną partią, nie angażują politycznie, a wybory sobie odpuszczają. Oni uważają, że mają swoje życie, swoje problemy, a na takich jak ja patrzą z pewnym obrzydzeniem, jak na oszołomów. Oni mają to, co się dzisiaj w Polsce dzieje  głęboko gdzieś. Ważne jest tylko to własne mieszkanko, wypasione autko, kasa w kieszeni, jakieś kredyty, fajne wakacje, a cała reszta po prostu się nie liczy i tyle. Ich polityka nie interesuje, a w swej ignorancji nie łapią, że, czy chcą czy nie, polityka interesuje się nimi i przyjdzie czas, gdy to odczują bardzo boleśnie.

I to jest właśnie Polska. Pełna entuzjastów prezesa i jego kolesi, obojętnych i w tym wszystkim my, wciąż zdziwieni i niepojmujący do końca, co właściwie się dzieje. Zajęci wzajemnymi pretensjami, skłóceni, tacy bardzo polscy, tacy sarmaci machający drewnianą szabelką. Piszemy pełne oburzenia teksty, piętnujemy władzę i… nic więcej. Przyznaję, sama do tej ostatniej grupy należę i jestem już zmęczona. Zmęczona brakiem światełka w tunelu, niemożnością dotarcia do mas, niesłuchana i wręcz niewidzialna.

Czy odpuszczę? Na pewno nie, choć coraz wyraźniej widzę, że to nie ja, nie taka opozycja, jaka jest teraz, cokolwiek zmieni. Będzie zapewne tak, jak to dotychczas zdarzało się w historii najczęściej. Ludzi ruszy bieda, drożyzna w sklepach, puste portfele. Dopiero wtedy ogarnie ich gniew i wylegną tłumnie na ulice. Dopiero wtedy zaczną nas słuchać, choć tak naprawdę będzie im obojętne, co mówimy. Ważne będzie tylko to rozładowanie złości i chęć rozliczenia tych, których dzisiaj uwielbiają lub mają w nosie, a jednak rozczarowali i muszą za to ponieść karę. Wtedy chętnie staną za liderami, pójdą za nimi jak w dym, będą ich przez jakiś czas wielbić, choć prawdopodobnie wielu z tych liderów i tak będzie rozgrywało własny interes na tej rebelii. Pod szczytnymi hasełkami równości, sprawiedliwości i praworządności będą realizowali swój cel, czyli… dorwanie się do władzy i koryta. Świetnie to znamy z historii, prawda?  A może się mylę? Może rzeczywiście dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

Morawiecki w formie – kłamie, kręci, rżnie

Mateusz Morawiecki wygłosił exposé. Nie obyło się rzecz jasna bez odwołań do historii, niekiedy bardzo zawiłych. Ale premier nie pominął też i kwestii ubóstwa, nierówności społecznych, wychowywania młodego pokolenia i … problemu bezpieczeństwa pieszych. Słowem, dla każdego coś miłego.

Rozpoczynając expose Morawiecki przypomniał postać Czesława Mostka, pseudonim “Wilk”, który zmarł dokładnie przed rokiem, w wieku 103 lat. Był on uczestnikiem asysty wojskowej, która  wiozła serce zmarłego marszałka Józefa Piłsudskiego do Wilna.

Jeśli o Marszałku mowa, premier nie omieszkał podzielić się refleksją, co było dla niego ważne, przy okazji… miksując przesłanie Piłsudskiego z cytatem z… jego politycznego rywala – Romana Dmowskiego. –  Używając po raz pierwszy fonografu [Piłsudski] powiedział, że stoi przed „dziwaczną trąbą” i choć nasze czasy wydawałyby mu się jeszcze dziwniejsze, nie zmieniłaby się zasada, którą miał w sercu i w głowie. Trzeba robić wszystko co buduje silną i normalną Polskę. Jesteśmy Polakami, więc trzeba nam mieć obowiązki polskie” – powiedział premier, jak zwykle beztrosko operując faktami.

Nie obyło się bez innych „wielkich cytatów”: „Rodzina to bastion całej Polski” prymasa Stefana Wyszyńskiego i „Wszystko bierze żywot z ideału” – poety Cypriana Kamila Norwida. Padło także: „Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest centrum cywilizacji europejskiej” prezydenta USA Ronalda Reagana z czerwca 1982. Załapał się i polski, nieżyjący prezydent, Lech Kaczyński ze swoim: “nie ma nic bardziej normalnego niż walka o własne miejsce w Unii”. Generalnie – podkreślił kilkakrotnie premier Morawiecki – „polskość to normalność”. Był to przytyk do chętnie wyrywanej z kontekstu, w którym go napisał, frazy Donalda Tuska: “polskość to nienormalność”.

Posłanki i posłowie z wystąpienia premiera dowiedzieć się mogli, że ostro mkniemy “od Polski papierowej do Polski cyfrowej” (czytaj: PiS walczy z biurokracją), że “państwo nie może być tylko nocnym stróżem” (…rozprawia się z liberałami, wiadomo kim) i dba o wychowanie przyszłych pokoleń (bo „dzieci są nietykalne, kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”). Osobliwie pan premier lubi – podobnie jak i Jarosław Kaczyński – powracać do  „ręcznego” motywu Cyrankiewicza. Wszak prezes PiS rzekł niedawno, w kampanii wyborczej, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”. Co do dzieci – premier sprecyzował zagrożenie następująco: „Kto chce zatruć dzieci ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy i chce wywołać wojnę kulturową”. Premier zastrzegł jednak, że w takim starciu zawsze „wygra rodzina”. – „Bo to wartość arcypolska” – zapewniał Morawiecki.

Nie zabrakło dość typowej ostatnio polskiej „kołysanki” – w tym wypadku Mateusz Morawiecki odwołał się do słów swojego ojca, założyciela Solidarności Walczącej, Kornela Morawieckiego, który podkreślać ponoć miał, że Polacy dysponują dorobkiem stanowiącym powód do wielkiej dumy – „z naszej ojczyzny nie wychodziły wojny, nie byliśmy sprawcami niczyjej zagłady i jak mało kto byliśmy obrońcami wolności”.

Podczas ogłaszania planów rządu na najbliższe cztery lata Morawiecki najwięcej mówił o rodzinie i dokonaniach, które ma na swoim koncie jego rząd. – „Przez cztery lata naszych rządów zmniejszyły się nierówności społeczne, wyrwaliśmy 2 mln osób z biedy” – stwierdził, na co posypały się w mediach społecznościowych komentarze opozycji, lekko uśpionej wcześniej wykładem historycznym. Agnieszka Pomaska z PO napisała na Twitterze, że dane GUS mówią co innego, i że liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie od poprzedniego roku z 4,3 proc. do 5,4 proc. w 2018. Koalicja Obywatelska w sieci na bieżąco komentowała wystąpienie Morawieckiego pod hasłem „expose kłamstw”, na bieżąco punktując nieścisłości dotyczące służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, zrównoważonego budżetu i wielu innych obszarów życia publicznego. Także PSL nie omieszkał skomentować wzrostu składek ZUS jako nienajlepszy przykład „wzmacniania polskiej przedsiębiorczości”.

Tymczasem premier w końcówce exposé – w typowej dla siebie manierze – radził górnolotnie „iść za radą Andrzeja Trzebińskiego, wojennego poety”:  “Nie udawajmy, że Polska jest gdzie indziej, że jest czymś innym. Jest w miejscu, w którym zostawili ją nasi przodkowie i zajdzie tam, gdzie zaniosą ją nasze wysiłki”.

W temacie „chodzenia” w exposé – dodajmy – nie zabrakło … zapowiedzi wprowadzenia pierwszeństwa dla pieszych przed wejściem na przejście i możliwości jazdy po bus pasach i skuteczniejszego karania pijanych kierowców. Bardzo się to chwali. — ”Polska jest dziś bezpiecznym krajem, ale wyjątek to bezpieczeństwo na drogach. Będzie to jeden z naszych priorytetów. Utworzymy program bezpiecznej infrastruktury drogowej” — zapowiedział premier Morawiecki. Polska – zmęczona drogowymi katastrofami – czeka na to z niecierpliwością, to pewne.

Więcej o expose Morawieckiego >>>

O kłamstwach Morawieckiego tutaj >>>

Więcej >>>

Chcecie zmieniać Konstytucję? Najpierw zacznijcie przestrzegać obowiązującą. #exposeKłamstw

PiS podwyższa opłatę paliwową i to już od stycznia 2020 r. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk podpisał rozporządzenie w tej sprawie, które opublikowano w Monitorze Polskim.

Stawka za 1000 litrów benzyny wzrośnie do 138,49 zł z 133,21 zł obowiązujących w tym roku. Opłata za 1000 litrów oleju napędowego wzrośnie z 297,61 zł do 306,34 zł, a opłata za 1000 kg gazu z 164,61 zł do 170,55 zł.

– „To jest oczywiste, że na końcu zapłacimy za to my, konsumenci. Nawet jeśli podniosą ceny paliw dla przemysłu, to piekarze będą musieli to uwzględnić w cenie. Konsumenci zawsze za to płacą” – powiedział w rozmowie z TVN24 BiS poseł PO Robert Kropiwnicki. – „Mam wrażenie, że skończył się karnawał i zaczyna się bardzo ciężka zimowa sesja egzaminacyjna. Wszyscy będziemy się teraz zrzucać na spinanie budżetu Mateusza Morawieckiego” – dodał.

Podobne opinie zamieszczali na Twitterze internauci: – „Podwyżka opłaty paliwowej to nie tylko droższe paliwa, ale i wyższe koszty transportu towarów. Wyższe koszty transportu z kolei oznaczają jeszcze większą drożyznę w sklepach”; – „PiS = Populizm i Socjalizm”;

– „Matołusz podnosi akcyzę za alkohol i fajki, bo dba o zdrowie Polaków. Podniesie ceny paliw, bo dba o ekologię i walczy ze smogiem. Czego nie rozumiecie?”; – „Trwa zrzuta na „pincet” plus i resztę rozdawnictwa…”; – „A ja gorąco proponuję, żeby podwyżkami zostały objęte wyłącznie osoby głosujące na PiS”.

Przypomnijmy, że w 2011 r. Jarosław Kaczyński zarzucał rządowi Donalda Tuska zbyt wysokie opodatkowanie paliw. To wtedy prezes PiS wystąpił na konferencji prasowej, na której głównym rekwizytem był kanister.

Morawiecki, nie pajacuj!

 

W PiS bunt Beaty Szydło i Witolda Waszczykowskiego. I to przeciw Kaczyńskiemu.

Antoni Macierewicz sparaliżował akcję kontrwywiadu wobec szpiega GRU, która mogła doprowadzić do rozpracowania rosyjskiej siatki agentów w Polsce. Polecił wycofać z niej gen. Andrzeja Anklewicza, którego próbowali zwerbować Rosjanie. Nie wiedzieli, że działa on pod kontrolą polskich służb. Kulisy tej sprawy opisują autorzy książki „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” Anna Gielewska i Marcin Dzierżanowski (fragmenty)

  • Marek Zieliński szpiegował na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU od początku lat 80. Prowadzony był przez kolejnych rezydentów radzieckiego, potem rosyjskiego wywiadu w Warszawie
  • Polski kontrwywiad rozpoczął z nim grę operacyjną, próbując zinfiltrować siatkę GRU w Polsce. Pod kontrolą polskich służb, współpracę z Zielińskim podjął gen. Andrzej Anklewicz z MSW
  • Gdy szefem w 1992 r. został Macierewicz nieoczekiwanie wstrzymał tę operację, wycofując z niej Anklewicza
  • Dlaczego Macierewicz – łowca agentów, poskromiciel sowieckich służb i zagorzały antykomunista – gdy miał na widelcu najprawdziwszego szpiega, werbownika GRU, podjął taką decyzję?

We wtorek, 24 grudnia 1991 roku, słońce wzeszło o godzinie 7.41. Kilkanaście minut później nowy minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz pojawia się w gmachu przy Rakowieckiej.

– Jaka była pana pierwsza myśl w MSW?

Więcej >>>

Klechy pajace, w rządzie pajace – Polska pajacami stoi.

siedmioludek

Abp Marek Jędraszewski wygłosił homilię w krakowskiej Bazylice Mariackiej z okazji Światowego Dnia Ubogich.

Arcybiskup w czasie mszy straszył zebranych, że królestwo niebieskie nie należy do ludzi pysznych oraz takich, którzy gardzą innymi, zwłaszcza biednymi:

– O ich losie mówił prorok Malachiasz, że spali ich nadchodzący dzień sądu Pana. Ubodzy w duchu to ludzie, którzy rozumieją, że należy być uczniem Chrystusa, wrażliwym w patrzeniu na potrzebujących pomocy i miłosierdzia. To ludzie, którzy nad to, by być z Chrystusem nad tę godność, przekładają wszystko to, co posiadają – podkreślał hierarcha, który dalej apelował do obecnych wolontariuszy, aby pomagali ubogim:

– Nie możemy ustawać w pochylaniu się nad człowiekiem. Musimy przedzierać się przez zasłonę ich ubóstwa, które przejawia się w najrozmaitszy sposób i docierać do tego, co w nich jest najgłębsze, do dobroci ich serca. Na tę dobroć (…) odpowiadać spojrzeniem miłości i wyciągnięta ręką. Tak się bowiem dokonuje zbawienie – pouczał metropolita…

View original post 93 słowa więcej

 

Polska powoli wraca do normalności. Prof. Grodzki marszałkiem Senatu

Zdjęcie roku. @profGrodzki

– „Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji. Naród w swojej głębokiej mądrości zdecydował, że Sejm ma być w rękach rządzących, a Senat opozycji” – powiedział tuż po wyborze na marszałka Senatu Tomasz Grodzki.

Kiedy wypowiadał te słowa, uniósł w górę obie ręce i zrobił znak „V”. – „Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu” – stwierdził.

Nowy marszałek Senatu podkreślił, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”. – „Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej” – mówił Grodzki. Podkreślił także, że jest lekarzem: – „Przybywam ze świata medycyny, gdzie nie tylko przysięga Hipokratesa, ale całe nasze wychowanie zobowiązuje nas do leczenia wszystkich. To nas uczy tolerancji. Każdy Polak, Polka ma równe prawa. To, że jest różnorodność to jest siła naszego kraju”.

Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy, jak mało kto, majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić. Senat jest wyższą izbą parlamentu. Jeżeli ktoś myśli, że będziemy tylko rolą hamulcowego dla Sejmu, to jest w błędzie. Senat musi tylko i wyłącznie wrócić do swojej roli, czyli zamiast szybkiego prawa, ustanawiać dobre prawo, by prawo było stanowione dobrze, a nie szybko, w ciągu 24 godzin i potem kilkakrotnie poprawiane” – dodał nowy marszałek Senatu.

Tomasz Grodzki zapowiedział, że w najbliższym czasie wygłosi orędzie w TVP. – „Z pewnością skorzystam z wszystkich narzędzi, które są przypisane Senatowi i jego marszałkowi. I takie orędzie do narodu wygłoszę” – powiedział w TVN 24.

Mateusz Morawiecki – zgodnie z prawem – musiał dzisiaj złożyć dymisję swojego rządu. I zrobił to, po czym rozpoczął wygłaszanie mowy, w której wychwalał dokonania swoje i innych członków rządu. Przedziwne, że głos mu się nie załamał przy takim oto stwierdzeniu: – „Właśnie w czasach naszych rządów, przez poprzednie cztery lata mieliśmy do czynienia z rozkwitem wolności i demokracji”.

Kiedy zaczął wymieniać – jego zdaniem – sukcesy rządu PiS, robił to tak długo, że upomniała go wybrana kilka chwil wcześniej marszałkiem Sejmu Elżbieta Witek. Nie pomogło – Morawiecki tokował dalej… Witek znowu poprosiła, żeby skończył przemowę, bo o 5 minut przekroczył przeznaczony dla niego czas. Dopiero wtedy, ale po wygłoszeniu jeszcze kilku zdań, Morawiecki zszedł z mównicy.

„Posłowie opozycji często dostawali kary finansowe na wniosek marszałka PiS. Także za przekraczanie czasu wystąpienia. Ciekawe, czy premier Mateusz Morawiecki też dostanie taką karę, po tym jak dwa razy nie zastosował się do poleceń marszałek Elżbiety Witek” – zastanawiała się na Twitterze Dominika Wielowieyska z „GW”.

A poseł PO Robert Tyszkiewicz odniósł się do jednego z fragmentów przemowy premiera: – „Morawiecki jako sukces rządu PiS wymienił budowę linii kolejowej do Czeremchy. Tymczasem opóźnienia w budowie trasy Czeremcha – Hajnówka to już 17 miesięcy, czyli niewiele mniej niż miała trwać budowa. W nową kadencję PiS wchodzi ze starymi kłamstwami”.

Internauci komentowali wystąpienie i zachowanie Morawieckiego: – „Za chwilę Morawiecki sam sobie wręczy kwiaty. Samozachwyt level master”; – „Opowieści 1001 nocy w wykonaniu Prem. Morawieckiego o dokonaniach odchodzącego rządu nie mogą bawić. Mogą tylko irytować. Chwalić się reformą edukacji i osiągnięciami w ochronie zdrowia, to naprawdę kuriozum. Są granice, poza którymi nie ma już nic do powiedzenia. Premier…”; – „Premier Morawiecki w Sejmie mówi: nie ma wolności bez wiarygodności. Trochę jakby daltonista mówił o kolorach…”; – „Szczególnie świadczą wyroki sądu w jego prawdomówności”.

Antoni Macierewicz postanowił wykorzystać swoje pięć minut w roli marszałka seniora. Wygłosił przemówienie, które – eufemistycznie rzecz ujmując – nazwać można kontrowersyjnym.

Zwrócił się do posłów „o odrzucenie negacji niepodległego państwa polskiego i fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej. – „Czas zacząć wnosić gmach niepodległego państwa polskiego opartego na zasadach wywiedzionych z chrześcijańskiej nauki społecznej. Po blisko 30 latach zmagania się z postkomunizmem, doskonale wiemy, jakie decyzje budują niepodległość, a jakie prowadzą na manowce. Wiemy, jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender” – tokował Macierewicz.

Nie zabrakło „ulubionego” wątku Macierewicza. – „Wiemy, co oznacza pozostawienie środowisk agenturalnych na ważnych stanowiskach w administracji publicznej, na wyższych uczelniach, wymiarze sprawiedliwości i w mediach. Wiemy, jakie są zagrożenia geopolityczne, wynikające z utopijnej próby budowania neosocjalistycznego imperium i kto jest naszym rzeczywistym sojusznikiem strategicznym” – stwierdził marszałek senior.

Nie zawahał się nawet powołać na… Konstytucję! – Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo musza szanować ustawę zasadniczą” – stwierdził Macierewicz. Można by zapytać – i kto to mówi?!

Mowa marszałka seniora wywołała falę komentarzy. – „Wystąpienie Macierewicza było bardzo polityczne, agresywne i wykluczające” – stwierdził szef PO Grzegorz Schetyna. A poseł Borys Budka dodał: – „To jakby Nergal próbował wykładać Pismo Święte. Jeżeli ktoś potrafi wyciągnąć trzy artykuły i na nich budować narrację, a wcześniej wielokrotnie, razem z kolegami, koleżankami, łamał tę Konstytucję w zeszłej kadencji, no to jest chichot historii”.  – „Przemówienie marszałka seniora Antoniego Macierewiczem nie było przemówieniem, które by cokolwiek łagodziło. Ja i mój klub patrzyliśmy na nie z niesmakiem – powiedział szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Psychologia Kaczyńskiego, a nie tylko inżynieria społeczna

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.