Kaczyńskiego przepis na faszyzm

Podczas konwencji PiS w Lublinie prezes partii tradycyjnie pełnymi garściami i w pięknych, propagandowych słowach składał kolejne obietnice wyborcze, przedstawiał swoją partię, jako jedynego gwaranta rozwoju i dobrobytu Polski.

Tradycyjnie nie mogło zabraknąć ataku na Donalda Tuska i poprzednie rządy PO-PSL. Tym razem pan prezes w swoim stylu stwierdził, że poprzednicy nie podchodzili rzetelnie do swoich obowiązków, a jedynie bawili się w kierowanie państwem.

Ta władza to była po prostu zabawa we władzę, zabawa w rządzenie – dobre wina, cygara, haratanie w gałę. Nawet nie chcieli chcieć. Cała ta władza lubiła widowiska. Nas to kosztowało zatrzymanie w rozwoju” – grzmiał z mównicy Jarosław Kaczyński.

Niestety, jak można się było spodziewać, w wystąpieniu prezesa PiS zabrakło samokrytyki czy choćby cienia autorefleksji.

Szef partii zapomniał wspomnieć o najmniejszych błędach dzisiaj rządzących. Państwowe samoloty wykorzystywane do prywatnych lotów, nepotyzm, afery korupcyjne, taśmy Kaczyńskiego, trolle w Ministerstwie Sprawiedliwości, milionowe premie, to tylko niewielki procent kosztów, które ponosimy wszyscy w drodze do budowania pisowskiej wizji Polski.

Przypominajmy im codziennie do wyborów, co tak naprawdę uważa ich premier. Kopiujcie to od nas, podawajcie dalej. ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO. (ja tam wolę ośmiorniczki niż ten jego ryż !!!)

To nie było najlepsze z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego. Przydługie, nieco chaotyczne. Lider PiS przedstawił w nim jednak wizję państwa, jakiego chce jego partia. Jasne jest też całkowicie, kto w tym państwie ma być w centrum uwagi, dopieszczany przez władzę, a komu łaskawie pozwala się występować w roli dojnej krowy.

  • Opowieść o postkomunizmie, którą wygłosił Kaczyński na konwencji, pozwala PiS nie zajmować się realnymi problemami organizacji państwa
  • Kaczyński wygłosił płomienną pochwałę państwa wszechmocnego, wszechopiekuńczego, wtrącającego się w każdą dziedzinę życia. Jednocześnie mówił, że PiS jest partią wolności 
  • Z kolejnych socjalnych zapowiedzi jasno wynika, że dla PiS ważni są ci, którzy żyją z transferów socjalnych, a nieważni są ci, którzy się na nie głównie składają

Przemówienie Jarosława Kaczyńskiego miało cztery główne wątki: wartości, postkomunizm, państwo i socjalizm.

W sferze wartości usłyszeliśmy to, co zwykle — nie ma tu żadnego zaskoczenia, ale jest niekonsekwencja. Kaczyński stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest ochrona życia, wspominając eutanazję i aborcję.

Tyle że PiS nie spełnił przez cztery lata najbardziej umiarkowanego spośród postulatów środowisk określających się jako pro life, wspieranego przez Kościół, czyli nie zakazał aborcji eugenicznej. Gdy tylko ten temat się pojawiał, PiS zaczynał kluczyć i lawirować.

PiS nie zdecydował się również na wypowiedzenie ratyfikowanej za PO konwencji stambulskiej, operującej lewicowym językiem, gdy idzie o kwestie płci i rodziny – mimo że nie będąc jej stroną, nie bylibyśmy wyjątkiem. W naszej części Europy jest więcej takich państw.

Wygląda więc na to, że odwoływanie się do wartości to element głównie retoryczny, gdy zaś idzie o konkrety, PiS jest po prostu zachowawczy i nie chce zmian ani w jedną, ani w drugą stronę. Trudno więc uznać, żeby realizował tutaj konserwatywną agendę.

Drugi wątek to postkomunizm. Kaczyński opowiedział historię płynnego przejścia od patologii wczesnej III RP do rządów poprzedników PiS, a nawet do czasów dzisiejszych, bo przecież postkomunizm ma być tym zjawiskiem, które dopiero PiS będzie w stanie zlikwidować do końca. Na razie walczy zaciekle, ale postkomunizm jakoś się nie daje.

Opowieść o postkomunizmie jest dla PiS bardzo wygodna. Po pierwsze, pozwala wyznaczyć czytelną granicę: my – w obronie wolnej Polski, oni – postkomuna. Jesteś przeciw PiS – jesteś za postkomuną. Po drugie – odciąga uwagę od realnych problemów. Celem ma być walka z postkomunizmem, a nie jakieś tam organizowanie dobrze działających instytucji. Jeśli coś się natomiast wciąż w Polsce dzieje nie tak, to pewnikiem nie jest to kwestia słabych kompetencji władzy, jej dyletanctwa, przedkładania partyjnych racji nad państwowe czy nepotyzmu, ale złej postkomuny, która czai się wciąż w zakamarkach.

Ta opowieść kiedyś już wybrzmiewała. Wtedy Kaczyński nazywał to „układem”.

O ile diagnoza Kaczyńskiego jest trafna, gdy idzie przynajmniej o pierwszą, częściowo także drugą dekadę III RP, to przywoływanie jej dzisiaj jako jednego z głównych wątków politycznej agendy oraz wyjaśnienia wciąż istniejących problemów jest już wyłącznie sprytnym zabiegiem retorycznym, mającym przemówić do tej części elektoratu, która zafiksowana jest właśnie na haśle walki z postkomuną.

Polskie problemy są obecnie całkiem innego rodzaju. Ich źródłem jest choćby fatalny system legislacji przy braku pełnej transparentności tegoż, a nie jakieś postkomunistyczne układy. Można być jednak pewnym, że skoro ten właśnie wątek został tak mocno wybity, owymi faktycznymi problemami partia rządząca specjalnie zajmować się nie zamierza. Nie było zresztą o nich w ogóle mowy w wystąpieniu Kaczyńskiego. Nie pojawił się temat, mówiąc najogólniej, dobrego rządzenia w sensie instytucjonalnym. To logiczne, skoro założenie jest takie, że PiS rządzi znakomicie z definicji. Instytucje są tu jedynie elementem niepotrzebnie krępującym.

Ogromnie ważny był motyw państwa. Zabawne, że lider najbardziej etatystycznej i paternalistycznej partii, jaka kiedykolwiek sprawowała w III RP rządy, stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest wolność. Wolność to pojemne pojęcie. PiS rozumie ją wyłącznie jako wolność w sensie suwerenności państwa oraz wolność polityczną w sensie realizacji konstytucyjnych swobód. Ignoruje całkowicie kwestię wolności w znaczeniu osobistej swobody podejmowania decyzji przez obywateli, brania za nie odpowiedzialności i decydowania o sobie. Co zresztą jest typowe dla ugrupowań lewicowych.

Kaczyński przedstawił w swoim wystąpieniu apologię państwa – wszechpotężnego, wszechopiekuńczego, decydującego za obywatela, co dla niego dobre. Ta wizja została przeciwstawiona lekceważeniu państwa przez poprzedników. To zresztą w dużej mierze celna diagnoza. Tyle że odpowiedzią PiS na słabość państwa za Platformy jest jego wszechmoc. Tym niebezpieczniejsza, że pozbawiona solidnej podbudowy instytucjonalnej.

Kaczyński nie pozostawił złudzeń: państwo ma być w centrum. Ma w swej niezmierzonej mądrości decydować, co jest dla obywateli dobre, a co złe. Ma im urządzać życie. Nie w sensie – jak twierdzą przeciwnicy rządu – narzucania na przykład norm światopoglądowych. W tę stronę PiS nigdy nie poszedł i pewnie nie pójdzie. Chodzi o organizowanie ludziom życia przez mikrozarządzanie ich codziennością poprzez niezliczone regulacje, zakazy, nakazy. Państwo ma być dobrym, mądrym ojczulkiem, który będzie kierował swoje głupiutkie dzieciaczki – obywateli – na właściwą drogę, a w razie czego dawał im po pupie, jeśli zbłądzą.

W trakcie konwencji minister Jadwiga Emilewicz napisała na Twitterze, że Kaczyński nawiązuje do polskiej wolnościowej tradycji. Pani minister powinna chyba lepiej zgłębić historię I Rzeczypospolitej, bo można odnieść wrażenie, że albo jej nie zna, albo nie słuchała Kaczyńskiego.

Wreszcie wątek czwarty, socjalny – najbardziej porażający. Gdyby żył Hugo Chavez — sprawca ruiny, w którą popadła Wenezuela za sprawą jego socjalistycznych eksperymentów — mógłby się z pewnością uśmiechnąć, słuchając zapowiedzi Kaczyńskiego. Wbrew płynącym również z wnętrza Zjednoczonej Prawicy głosom, że dość już rozdawnictwa, dość socjalu, że pora zwrócić się w stronę tych, którzy na ten dobrobyt mają pracować, najwyraźniej w gabinecie na Nowogrodzkiej zapadła jednak inna decyzja kierunkowa. PiS nie tylko nie przyhamował licytacji na socjalne obietnice, ale wręcz dosypał węgla. Można odnieść wrażenie, że za sterami lokomotywy prowadzącej ten pociąg stoi naprawdę szalony maszynista.

Na to, co zostało nazwane „hattrickiem Kaczyńskiego”, składają się trzy obietnice: pełne dopłaty dla rolników, podwójna 13. emerytura w 2021 r. i radykalne podwyżki płacy minimalnej – do 3 tys. zł w 2020 R. i do 4 tys. zł w 2023 r.

O kosztach tych rozwiązań Kaczyński oczywiście nie mówił. Nie bez powodu. Koszt 13. emerytury to dzisiaj około 10 mld zł rocznie, a więc, z grubsza biorąc, mówimy o kolejnych 10 mld zł. Do tego Beata Szydło mówiła o podnoszeniu emerytur, więc zapewne na tej sumie się nie skończy.

Szczególne wrażenie zrobiła jednak zapowiedź podwyższania pensji minimalnej. To bowiem oznacza dla przedsiębiorców radykalnie wyższe koszty pracy, w tym zwłaszcza składki na ZUS. Premier zapowiedział wprawdzie następnie, że rząd będzie pracował nad uzależnieniem tychże od dochodu – to faktycznie od dawna wysuwany przez przedsiębiorców postulat – ale o ile zapowiedź podwyższania pensji minimalnej jest konkretna, to zapowiedź Morawieckiego – nie. Nie bardzo nawet wiadomo, czy miałoby to dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, czy tylko wybranych.

Zresztą nawet gdyby sprawa składek ZUS została załatwiona po myśli przedsiębiorców, to i tak ustawowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia będzie miało morderczy skutek dla mniejszych biznesów. Dziś przeciętne wynagrodzenie wynosi ponad 5 tys. zł. Nawet wziąwszy pod uwagę jego ewentualny wzrost – przy założeniu stałej koniunktury, co wcale nie jest pewne – i hipotetyczną inflację, minimalne wynagrodzenie planowane na 2023 r. wygląda na tym tle wręcz absurdalnie – miałoby przecież wynieść ponad 80 proc. obecnej przeciętnej pensji!

Kaczyński nie wspomniał, co zrozumiałe, o dwóch skutkach tych zapowiedzi. Pierwszym musi być nieuchronny wzrost inflacji, która i tak rośnie, zjadając część socjalnych transferów. Drugim jest, że te szczodre plany nie obciążą przecież budżetu państwa, ale przedsiębiorców. Innymi słowy – PiS kupuje sobie wyborców cudzymi pieniędzmi (po raz kolejny zresztą).

Z wystąpienia Kaczyńskiego wynika jasno, kto jest w sferze zainteresowania PiS, a kto nie. Przede wszystkim są w niej osoby, dla których socjal w różnej formie jest dzisiaj głównym sposobem na podwyższenie poziomu życia. PiS hoduje sobie coraz większą grupę wyborców uzależnionych od jego skrajnie socjalistycznego kursu na agresywną redystrybucję. W orbicie zainteresowania mieszczą się także emeryci oraz pracownicy etatowi.

Komu zaś Kaczyński okazuje ostentacyjnie brak zainteresowania? Przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy mają jedynie opłacać obietnice partii rządzącej, ale także wszystkim tym, dla których – dzięki ich własnej pracy, wykształceniu, samozaparciu – socjalne prezenty od PiS są jedynie dodatkiem, bez którego mogą się obyć. To grupa, która ma pełną świadomość, że już jest dla rządzących dojnymi krowami, a będzie jeszcze bardziej – nawet jeżeli jakaś część pieniędzy potem do nich wraca.

Gra partii rządzącej jest czytelna. Jak największa grupa wyborców ma zostać zmobilizowana kolejnymi obietnicami. Nie idzie o odebranie elektoratu komukolwiek, ale o to, żeby sympatycy nie pozostali w domach. Niewykluczone jednak, że tutaj rządzące ugrupowanie przesadziło. Może się bowiem okazać, że zapowiedzi Kaczyńskiego będą mieć bardzo umiarkowane działanie mobilizujące – w końcu, z punktu widzenia wyborców PiS, to po prostu kolejne socjalne prezenty – za to jak płachta na byka zadziałają na tych, którzy mają dość bycia traktowani jak skarbonka Prawa i Sprawiedliwości. Tylko kto oferuje im rozsądną alternatywę? Koalicja Obywatelska, mówiąca o darmowym internecie i godzinie oczekiwania na SOR? Wolne żarty.

Kaczyński oznajmił, że celem PiS jest budowa państwa dobrobytu. Lecz państwa dobrobytu – którego trwałość też zresztą budzi wątpliwości – budowały swój kapitał i szacunek dla gromadzących go ludzi przez dziesięciolecia. PiS chce to zrobić na skróty, popychając nas na ścieżkę, która najpewniej skończy się przepaścią. A wtedy pozostanie zrobić krok do przodu…

„Pan minister kultury, profesor doktor habilitowany Piotr Gliński błysnął olśniewającym dowcipem. Jednak do pana prezydenta ciągle mu daleko” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”. Całą dobę Glińskiemu zajęła analiza wczorajszej konwencji Koalicji Obywatelskiej i oto, do jakiego doszedł wniosku: – „Obejrzałem konwencję pana Schetyny: nie będzie smogu, nie będzie powietrza, nie będzie suszy, nie będzie deszczu, nie będzie niczego…”.

Do „żarciku” Glińskiego odnieśli się też inni internauci: – „Panie Gliński, dla dobra wszystkich powinien Pan zostać w tablecie Kaczyńskiego”; – „Pan ponoć od kultury. Ładnie tak zmyślać?”; – „Nie będzie promów, przekopów, samochodów elektrycznych, szpitali, Janowa. Deszczu też jakby na lekarstwo. Za to są miliony dla Rydzyka, miliardy na propagandę. Lodołamacz sklejony taśmą powinniście mieć w logo”;

„Za to mamy kolekcję Czartoryskich, kosztującą nas podatników 500.000.000 PLN, której i tak nie mogli właściciele sprzedać, i miliony przesłane do toruńskiej sekty”; – „Jednak brat miał rację – idiota”.

Oto krótki i przetestowany w praktyce instruktaż

Będzie to opowieść o nieszczęśliwym, rozdartym kraju, którego ludność, dzieli się na dwie części, różniące się tak, jakby żyły na innych planetach.

Jedna część, na ogół lepiej wykształcona i zamożniejsza, zamieszkuje wielkie miasta, a zwłaszcza stolicę. Ta część populacji od pokoleń stanowiła fundament tutejszej polityki. To z tej właśnie grupy od niepamiętnych czasów wywodziły się elity polityczne i społeczne. Po nastaniu demokracji to jej przedstawiciele zakładali najważniejsze partie polityczne, stawali na ich czele, rywalizowali w wyborach i sprawowali władzę. Nazwijmy tę grupę „obozem żółtych koszul”.

Druga część populacji, w statystycznej większości niewykształcona i biedna, zamieszkuje głównie prowincję. Umówmy się, że dla odróżnienia od wielkomiejskiej klasy średniej jej znakiem rozpoznawczym będą czerwone koszule.

Ten stan trwał przez długie lata: żółte koszule stanowiły elitę, a czerwone koszule – lud. Aż pojawił się w polityce tego kraju człowiek przebiegły, cyniczny i żądny władzy, który postanowił podsycić istniejący od dawna podział i wykorzystać go do swoich celów. Nie chodziło mu o ułatwienie awansu z szeregów ludu do cywilizacji wielkomiejskiej ani o zbudowanie harmonijnie rozwijającego się społeczeństwa, lecz o stworzenie bazy społecznej dla swoich autorytarnych rządów. Jedyną bowiem jego miłością i obsesją była władza i związane z nią benefity. Postanowił więc pogłębić podziały i zaostrzyć antagonizmy klasowe.

Choć sam był typowym przedstawicielem świata żółtych koszul, po zwycięskich wyborach zaczął pozować na wielkiego przyjaciela ludu i zaczął mu dawać hojne prezenty. Łatwo sobie wyobrazić zachwyt prostych i biednych wieśniaków, gdy każdy z nich zaczął od państwa regularnie dostawać worek ryżu. Rozdęte programy socjalne, usługi edukacyjne, służba zdrowia (cóż z tego, że marna – ważne, że darmowa) – wszystko to pozwalało liderowi czerwonych koszul pozować na wielkiego przyjaciela ludu.

Tymczasem w kręgu żółtych koszul narastał bunt. Ta wykształcona, wielkomiejska część społeczeństwa widziała, że populistyczne rządy łamią wszelkie zasady przyjęte w cywilizowanym świecie. Że budżet na dłuższą metę nie wytrzyma takiego rozdawnictwa. Że rządzący tworzą skorumpowaną kastę, która zagarnia coraz więcej władzy, przywilejów i pieniędzy. Że łamią konstytucję. Że bogacą się bez opamiętania. Że rozdają stanowiska krewnym i znajomym Królika. I tak dalej.

Zaogniający się konflikt przybrał wręcz charakter zimnej wojny domowej. Tylko kwestią czasu było jej przekształcenie się w wojnę gorącą. W końcu na ulice wyszło wojsko i odebrało władzę populistom.

Jednak, gdy odbyły się wybory, lud ponownie zagłosował na czerwone koszule. Wprawdzie ich wódz, oskarżony o przestępstwa korupcyjne, uciekł w międzyczasie za granicę, ale na czele nowego rządu stanęła jego siostra, która natychmiast przygotowała projekt ustawy amnestionującej brata. Zdominowany przez czerwone koszule parlament uchwalił tę amnestię – i wtedy żółte koszule ponownie wyszły na ulice. W odpowiedzi czerwone koszule też się zmobilizowały. Doszło do wielotygodniowych demonstracji i ulicznych starć. Po obu stronach były ofiary śmiertelne.

W końcu znowu interweniowała armia, która przejęła władzę. Wojna domowa skończyła się – ale skończyła się też demokracja. Władzę sprawuje wojsko, a kraj jest izolowany na arenie międzynarodowej, bo nikt nie chce się zadawać z państwem rządzonym przez juntę.

No więc właśnie. Taka sytuacja.

Aha, zapomniałem powiedzieć, że ten kraj nazywa się „Tajlandia”.

Reklamy

Platforma obiecuje, że jutro może być lepsze

Sprawa tajemniczej śmierci byłego boksera Dawida Kosteckiego zaczyna być coraz bardziej bulwersująca. Już chyba mało kto wierzy w oficjalną wersję, w ramach której popełnił on samobójstwo, leżąc na więziennej pryczy. Co zdecydowanie zastanawiające, prokuratura zamiast wyjaśniać wątpliwości w tej sprawie, wywołuje coraz więcej pytań, nasilając wręcz wrażenie, że coś w niej ukrywa. Sytuacja, w której jeden ważny świadek, mający olbrzymią wiedzę o kulisach afery, w którą zamieszanych może być szereg VIP-ów z Podkarpacia, w tym prominentnych polityków obozu władzy, kontrolującego przecież prace prokuratury powinna postawić na nogi nawet największych sympatyków PiS. Tak bowiem nie działa państwo normalne, uczciwe i otwarte.

Reporterzy Radia Zet dotarli do listu, jaki do prezesa partii rządzącej Jarosława Kaczyńskiego napisała żona Dawida Kosteckiego. Ujawniła ona w nim bardzo niepokojące wydarzenia z celi swojego męża.

“(…) Od miesiąca robię wszystko co możliwe, by wyjaśnić sprawę śmierci mojego męża. (…) Nigdy nie uwierzę, że Dawid mógł się zabić. Miał niestety wielu wrogów i bał się przeniesienia do Warszawy. Dzisiaj podległa Panu prokuratura traktuje rodzinę i naszych pełnomocników jako zagrożenie związane z tym, że chcemy wyjaśnienia przyczyn śmierci mojego męża. Nie udostępnia się nam akt postępowania, a czasem o dowodach dowiadujemy się z mediów, które otrzymują je wprost z prokuratury, gdyż nikt inny ich wcześniej nie posiada. Czy może Pan panie Prezesie zrozumieć jak czuje się człowiek, który o dowodach ze śledztwa dowiaduje się z mediów, bo prokuratura odmawia wydania ich rodzinie, ale chętnie dzieli się nimi z mediami? Czy Pan jako bliski ofiar katastrofy nie miał dostępu do akt sprawy? Czy gdyby na ciele pańskiego brata znaleziono ślady po użyciu jakiegoś narzędzia to zaakceptowałby Pan to, że nie przeprowadzono badań aby wyjaśnić skąd się wzięły?” – pisze załamana Edyta Kostecka.

Wdowa wymienia szereg zaniedbań śledczych i wytyka im lekceważenie niepokojących śladów możliwego udziału osób trzecich przy śmierci męża. Ujawnia także szokującą wizytę przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (czyżby rząd miał co do ukrycia?) w celi zmarłego boksera.

Edyta Kostecka kończy list słowami: “Mój mąż nie był świętym człowiekiem, ale był obywatelem RP oraz dzielnym sportowcem i zasługuje na wyjaśnienie tego, kto go zabił. Nie jestem politykiem i nie obchodzi mnie to, że ta śmierć nastała w czasie kampanii wyborczej. Chcę sprawiedliwego śledztwa i traktowania mnie uczciwie.”

Na sprawiedliwe śledztwo i uczciwe traktowanie raczej jednak liczyć nie może i próba interwencji u Jarosława Kaczyńskiego zapewne nie przyniesie spodziewanego skutku. Lider PiS nie jest w stanie poskromić Zbigniewa Ziobry, nad którego działaniami już dawno utracił kontrolę. Ta władza tej sprawy nie wyjaśni, bo zbyt wiele ma w niej do stracenia.

„Panie premierze, panie prezesie. Nie jest wcale tak różowo jak w waszych spotach. Nie wystarczy w programach TV pokazywać, że wszystko wygląda wspaniale. Polski nie naprawia się w telewizji. Wyjdźcie z limuzyn, wyjdźcie zza ochroniarzy i posłuchajcie co mówią ludzie”.

Zapowiedziała m.in. ofertę dla seniorów aktywnych, „ale myślimy też mocno o seniorach mniej sprawnych” – mówiła Kidawa-Błońska.

Zadeklarowała 20 tys. zł premii emerytalnej i zwolnienie seniorów z PIT.

W nawiązaniu do polityki podatkowej kandydatka na premiera mówiła: „Przedsiębiorcy są gnębieni. Stworzymy przejrzyste prawo podatkowe. Firmy nie będą opodatkowane podatkiem CIT od zysku firm, o ile zostaną w tych firmach i będą służyć rozwojowi”. Obiecała również zrównać płace kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach. „Alimenty będą regularnie ściągane. Wprowadzimy dwumiesięczny, płatny urlop macierzyński” – zapewniła

Te obietnice uzupełniła Izabela Leszczyna: „Praca musi się opłacać – zapowiedziała. KO obiecuje 614 zł miesięcznie – to bonus aktywizujący dla najmniej zarabiający. Nie ma być to koszt pracodawcy. Zyskają wszyscy pracujący, bo płaca musi się opłacać. Obciążymy daniny publiczne pracy z 50 do 35 proc.” – zadeklarowała.

Skąd pieniądze na realizację tych deklaracji? Dywidendy z zysków spółek ze Skarbu Państwa mają być wyższe, a ograniczenie wydatków Kancelarii Premiera znacznie większe.

Koalicja Obywatelska obiecuje w swym programie bezpłatne leki i lepszy dostęp do lekarzy. Wypowiada wojnę trudnej sytuacji na SOR-ach. Młodym (do 24 roku życia) proponuje darmowy internet.

A wszystkim naprawę mediów publicznych i likwidację abonamentu. Nie zapomni o nauczycielach i planuje zmiany w szkołach.

Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce prawdziwie demokratycznej.

Mija pierwszy tydzień nauki w szkołach i co się dzieje? Popatrzmy na szkoły ponadpodstawowe. To ciągnący się koszmar dzieciaków, ich rodziców i nauczycieli. Przystosowanie na wariata każdego pomieszczenia, byle tylko zmieścić nadmiar klas. Do nauczania zaadaptowano magazyny, sklepiki szkolne, pokoje nauczycielskie, stołówki, poradnie pedagogiczne. Sporo takich szkół, gdzie klasy liczą 38 uczniów. Na korytarzach uczniowie ściśnięci jak śledzie, co zagraża ich bezpieczeństwu. Zajęcia na dwie zmiany, często do późnych godzin popołudniowych. Brak nauczycieli, bo co niektórzy spasowali, a ci, co pozostali wiedzą, że będą ciągnąć ostatkiem sił, co również odbije się na jakości nauczania. Nie zapominajmy też, że w klasach pierwszych nauczyciele będą zasuwać w oparciu o dwie podstawy programowe. Jedna będzie obowiązywała absolwentów gimnazjów, druga absolwentów szkół podstawowych. Zapowiada się wiec niezły bajzel.

Ta nieszczęsna podstawa programowa to kolejny kwiatek deformy oświaty, z którym nauczyciele będą musieli sobie poradzić. Wybitni eksperci w dziedzinie nauczania nie pozostawili na niej suchej nitki. Popatrzmy na język polski, przedmiot, którego nauka ma się skupić przede wszystkim na kształtowaniu tożsamości narodowej i stąd m. in. dominacja tekstów z epoki Romantyzmu i pierwszej połowy XX wieku. Na historii kształtowanie postawy patriotycznej w rozumieniu tym archaicznym, martyrologicznym. No i ten pomysł, by w klasie IV dzieci poznawały sylwetki polskich patriotów, nie mając jednocześnie szans na zrozumienie, skąd w ogóle się wzięli, czyli… bezmyślne wykuwanie na pamięć, a co za tym idzie, najlepsza metoda na zniechęcenie uczniów do historii. W biologii ginie gdzieś ewolucja, a geografia ma też uczyć patriotyzmu, czyli co? „System rzeczny w Polsce a moja duma, że jestem Polakiem” czy też „Zasoby surowców naturalnych w Polsce i ich wpływ na kształtowanie postawy prawdziwego patrioty”. Idiotyzm po prostu!

I na takiej to właśnie podstawie zasuwają już od 5 dni nauczyciele. Życie miały osłodzić im podwyżki, ale już rząd mówi, że nastąpi to później, kiedyś. Teraz więc, oczekując na kasę, ci pedagodzy, którzy jeszcze uchowali się w szkołach, mają pracować od rana do wieczora, czasami łącząc etat w dwóch placówkach edukacyjnych, mieć sporo cierpliwości i empatii dla swoich uczniów, zgromadzonych w zbyt licznych klasach i cieszyć się… cieszyć, że jeszcze mogą sobie polatać z tym kagankiem oświaty za marne wynagrodzenie, realizację patriotycznej podstawy programowej, oderwanej od modelu szkoły XXI wieku, brak szacunku i kiepski autorytet.

No i mamy to, co mamy. Dzieciaki na skraju wyczerpania nerwowego, wściekłych rodziców, coraz bardziej „zatopionych” w absurd nauczania nauczycieli. Zalewską, autorkę tego bajzlu, która teraz bryluje na korytarzach Europarlamentu i wciąż wierzy w to, jaka jest wspaniała i super. Ministra Piontkowskiego, który chaos widzi tylko w głowie dziennikarki, zadającej niewygodne pytania. Partię rządzącą, która zaciera łapki z radości, że jej plan się powiódł i uda się wyhodować pokolenia niedouczone, skompleksiałe, znerwicowane, uległe, oddane bezkrytycznie tej „demokracji”, jaką serwuje narodowi prezes Kaczyński.

W tej sytuacji nie można nie zadać sobie pytania, kto ponosi winę za „dobrą zmianę” w edukacji? Partia rządząca, która świetnie wie, dlaczego do tego doprowadziła? Wybaczcie, ale takie wyjaśnienie to nic innego jak pójście na łatwiznę. Gdzie byliśmy my wszyscy przez ten czas, gdy PiS zaczęło rozwalać szkoły? Rodzice zapewne nie starali się patrzeć do przodu i do głowy im nie wpadło, że to właśnie ich dzieci staną się ofiarami. Nauczyciele nie przebili się przez mur obojętności, bo nie mieli odpowiedniego wsparcia, bo znaczna ich część uznała, że jakiekolwiek próby nacisku na rząd mogą być postrzegane zbyt politycznie, a przecież oni w politykę nie wchodzą. Do tego nie potrafili stanąć wszyscy razem i przemówić jednym głosem. No i pozostaje jeszcze ta część społeczeństwa, która niby rozumie, czym dla przyszłości Polski jest dobrze wyedukowana młodzież, ale jakoś nie zareagowała.

Fakt, nauczyciele podjęli działania przeciwko zmianom, jednak nie mieli szans, by cokolwiek wywalczyć. Muszę sprostować, bo nie nauczyciele jako grupa zawodowa, ale część nauczycieli. Protestowali przed Ministerstwem Edukacji Narodowej, owszem, ale… co znaczy protest kilku tysięcy na 702 293 ogólnie zatrudnionych w szkołach? Kilka tysięcy protestujących, a reszta gdzieś się schowała. Nie dojechała, ma problem w nosie, uważa, że jest ok… Odbyły się też pikiety popierające nauczycieli, na których można było doliczyć się ok. setki uczestników. Mniej więcej 300 uczniów również przyjechało przed MEN, solidaryzując się z nauczycielami. Czy takie liczby mogły zrobić jakiekolwiek wrażenie na partii rządzącej? Dla niej to jak przelot komara, którego łatwo przegonić machnięciem ręki. Był też i strajk, który skończył się, jak się skończył i raczej nie ma szans na jego powtórkę.

Nauczyciele, ci, którym zależy na uczniach i wiedzący, że ich praca to misja, przez całe wakacje ciężko pracowali, by podczas organizowanych debat wypracować alternatywne programy nauczania, poukładać priorytety, stworzyć bazę, która powinna być podstawą dobrej edukacji, edukacji przyszłości. Jednak dzisiaj nie przebiją się ze swoimi projektami, bo ten rząd nie jest tym zainteresowany. Nie przebiją się bez wsparcia nas wszystkich, rodziców, uczniów i tej części społeczeństwa, której zależy na Polsce, dalekiej od skansenu, jaki proponuje nam PiS. Nie przebiją się, jeśli nie staną murem za sobą i nie pokonają biernej postawy swoich koleżanek i kolegów. Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce demokratycznej, więc albo wreszcie się ruszymy albo…

Kaczyński maczał palce w zastraszaniu sędziów

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień i długo wyczekiwanym odsunięciu prywatnych ambicji na dalszy plan, Prawo i Sprawiedliwość również przedstawiło swoją strategię na nadchodzący miesiąc, w czasie którego będzie starało się obronić swoje rządy i 13 października ponownie zdobyć co najmniej 231 głosów w Sejmie. W przeciwieństwie do lidera Koalicji Obywatelskiej, tym razem prezes Kaczyński nie tylko nie zostanie schowany przed opinią publiczną, ale stać się ma jedną z głównych twarzy kampanii. Naczelnym hasłem ma być “Dobry czas dla Polski”, a promowanym motywem wiarygodność ekipy Zjednoczonej Prawicy.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom i efektom szeregu działań Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat, to gołym okiem widać, że obóz rządzący zaliczył zdecydowanie więcej spektakularnych porażek, niż wielkich sukcesów. Co najgorsze dla centrali partyjnej na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, wiele tych niepowodzeń dotyczy kwestii fundamentalnych dla elektoratu PiS, takich jak powstanie z kolan na arenie międzynarodowej, bezpieczeństwo mieszkaniowe, tani i powszechny dostęp do lekarza i leków czy potrzeba władzy silnej i skutecznej. Na każdym z tych pól partia Jarosława Kaczyńskiego zawiodła, co w pewnym momencie przeważy szalę rozgoryczenia i rozczarowania.

Izolacja i marginalizacja pozycji Polski

W zasadzie trudno dziś wskazać choćby jeden realny sukces rządu Beaty Szydło lub Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej. Z powodu zapalczywości i głupiego uporu w kwestiach ideologicznych, Polska jest dziś na marginesie Unii Europejskiej, a o wejściu do twardego jądra decyzyjnego może już jedynie pomarzyć. Z prymusa europejskiej integracji staliśmy się czarną owcą, z liczącego się gracza – piątym kołem u wozu. Łamanie unijnej solidarności, demontaż systemu praworządności w sądach, popsute stosunki z sąsiadami i innymi wielkimi graczami – to wszystko znajduje się na słonym rachunku polityki PiS, zwłaszcza gdy dojdzie do powiązania budżetu unijnego z poziomem praworządności w kraju członkowskim. Postawiliśmy na ślepy sojusz z USA, które widząc służalczość i dyspozycyjność, wciskają nam kolejne “świetne interesy”, przy okazji dyktując polskiemu rządowi, jakie ustawy możemy przyjąć, a jakie należy jak najszybciej anulować. Wystarczy wspomnieć nowelizację ustawy o IPN czy ostatnio choćby kwestię podatku cyfrowego, którego porzucenie wprost polecił w ostatnich dniach wiceprezydent USA Mike Pence. Jedyne, co może jeszcze dawać pewną satysfakcję elektoratowi PiS, to deklarowany twardy kurs wobec putinowskiej Rosji, jednak jedynie do czasu, gdy widzowie TVP Info w końcu zauważą, że, cytując ministra Błaszczaka, współfinansujemy rosyjską ekspansje na byłe republiki radzieckie, kupując z okupowanych przez Rosję terenów węgiel na rekordową skalę.

Kasta sędziowska i sędziowie na telefon

Przebudowa wymiaru sprawiedliwości miała być jednym z najważniejszych celów strategii “dobrej zmiany”. Ostatnie tygodnie pokazały, że bezprecedensowa miotła kadrowa w polskich sądach i prokuraturach nie przyniosła efektu w postaci usprawnienia ich prac. Statystki w tych sprawach pokazują, że sądy działają wolniej, a na sprawiedliwość przed obliczem Temidy trzeba czekać jeszcze dłużej. Co gorsza, to co kilka lat temu było jedynie bulwersującą ciekawostką w sądach (prowokacja w sprawie sędziego Milewskiego znanego jako “sędzia na telefon”) dziś stało się normą, za sprawą wpuszczenia na szczyty kierownicze w strukturach wymiaru sprawiedliwości osób zdegenerowanych i całkowicie podporządkowanych ekipie rządowej. Screeny z komunikatorów internetowych pokazują istnienie w pełni zorganizowanego układu towarzyskiego, w którym uczestniczą nie tylko politycy i ich współpracownicy, ale i sędziowie, prokuratorzy czy członkowie Krajowej Rady Sądownictwa. Wykreowaną przez prawicowe media “nietykalną kastę” zastąpiła jak najbardziej realna, która mimo złapania za rękę dalej przekonuje, że system jest niezależny a ujawniona patologia tak naprawdę nie istnieje. Białe jest czarne? Jak najbardziej.

Gospodarczy regres

Mimo szumnych deklaracji stworzenia warunków do boomu inwestycyjnego w oparciu o innowacyjną gospodarkę, gospodarczo utrzymuje nas dziś w największym od lat stopniu konsumpcja indywidualna. Rząd wrzucił do gospodarki gigantyczne pieniądze, by stymulować popyt i zbierać większe wpływy z podatków. Inwestycje stoją, innowacji brak. Ani samochodów elektrycznych, ani grafenu, ani wykreowania choćby jednej globalnej marki. Symbolem upadku narracji o odbudowie polskiego przemysłu stoczniowego już na zawsze zostaną zardzewiała stępka pod prom, upadająca państwowa stocznia NAUTA czy ostatnio lodołamacz posklejany taśmą. Jeśli ktokolwiek zyskał finansowo na polityce gospodarczej rządu, to przede wszystkim prawicowe media, które mimo fatalnych wyników sprzedaży ciągle doją polski budżet ile wlezie.

Kaczyński przegrał z imposybilizmem…

Pokonanie barier biurokratycznych w celu uruchomienia skutecznego systemu państwowego budownictwa mieszkaniowego, znane pod nazwą programu “Mieszkanie Plus” to najbardziej spektakularna porażka Jarosława Kaczyńskiego. To miało być takie łatwe – państwo i samorządy przekazują ziemię, państwowy deweloper buduje, a ceny mieszkań są dostępne dla maluczkich. To miał być jedyny program ekipy Zjednoczonej Prawicy, w którym trzeba było faktycznie czegoś dokonać, z czymś wygrać, coś rozsądnego wymyślić. Tu nie wystarczyło po prostu rozdawać nieswoje pieniądze czy cofać trudne (ale potrzebne) decyzje poprzedników. To miał być dowód na to, że Kaczyński z imposybilizmem, trawiącym III RP wygra i pokaże, że “da się”. Nie dało się, klęska jest gigantyczna, program pozostaje atrapą. Bezpieczeństwo mieszkaniowe nadal jest iluzoryczne i oparte o kredyty hipoteczne.

… i pazernością swoich

Nie ma też nowej jakości w poziomie moralności nowych “elit”. Działacze partyjni czerpią z państwowego koryta tak, jak nikt nigdy wcześniej. Nagrody, premie, dotacje, wątpliwe operacje, wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Prokuratura instrumentalnie wykorzystywana do obrony swoich interesów, ginące dowody niekorzystne dla Beaty Szydło czy ostatnio wiceministra Piebiaka. Dziś każdy, kto wejdzie władzy w drogę, może stać się ofiarą totalnego państwa i jego organów. Schematy znane z filmowego “Układu zamkniętego” stały się dziś przerażającą rzeczywistością i w zasadzie niewiele można zrobić, bo system jest szczelny i bezlitosny. Kłamią, oszukują, kradną i wzajemnie się kryją, bo mogą i wiedzą, że pozostaną bezkarni. Są właśnie takim państwem, z jakim w kampanii w 2015 roku chcieli walczyć, pokazując je jako wypaczenie.

W 2015 roku PiS doszło do władzy, bo wykreowało u społeczeństwa wrażenie konieczności zmian na szczytach władzy. Dziś opozycja niestety nic takiego nie potrafi zaproponować, mimo iż powodów jest aż nadto. Stworzenie realnej alternatywy i pokazanie korzyści dla przeciętnego Kowalskiego z odsunięcia partii Kaczyńskiego od władzy to dziś podstawowe zadanie Koalicji Obywatelskiej i pozostałych bloków opozycyjnych. Bez tego będzie tylko gorzej, a opisane wyżej patologie tylko się nasilą. Warto się zastanowić, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie to wytrzymać.

„Jeśli prawdą jest, że CBA kupiło system Pegasus do nielegalnej inwigilacji obywateli, to mamy do czynienia z niebywałym skandalem sięgającym premiera i ministra-koordynatora, którzy musieli ten zakup akceptować” – powiedział płk Grzegorz Reszka, były wiceszef UOP i szef SKW. W artykule „System Pegasus – najbardziej niebezpieczne narzędzie do inwigilacji – jest w rękach CBA?”.

Płk Reszka wziął udział w dzisiejszym posiedzeniu zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Poświęcone ono było systemowi Pegasus.

„Używa się go dlatego, żeby inwigilować obywateli bez zgody sądu. W obecnym stanie prawnym te same informacje służby mogą uzyskać legalnie. Jeśli zakupiono system Pegasus, to dla nielegalnej inwigilacji bez pozostawienia śladów. Ja nie wierzę politykom PiS odpowiadającym za służby. Wielokrotnie ci ludzie udowodnili, że nie cenią wartości merytorycznych i profesjonalistów” – stwierdził płk. Reszka.

„Uwaga! To może być największa afera w historii obu rządów PiS. SrebrnaGate, AirKuchciński, a nawet TrollAfera Ministerstwa Sprawiedliwości to pikuś! Byłby to bowiem dowód na tworzenie w Polsce policji politycznej, która ma „wziąć za pysk” każdego, kto sprzeciwiłby się władzy!” – skomentował na Twitterze Adam Szejnfeld z PO. A jeden z internautów dodał: – „Bo wiadomo – każdy, kto nie zgadza się z władzą to wróg – jak w PRL”.

Po trzech dniach od rozpoczęcia budowy mostu pontonowego na Wiśle minister Mariusz Błaszczak ogłosił zakończenie budowy.

Podczas konferencji Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zapowiedział, że po wygranych wyborach na stanowisku premiera widzi Małgorzatę Kidawę-Błońską.

„Ludzie chcą kogoś, kto nie będzie zajmował się polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą. Kogoś, kto skoncentruje się na ludzkich sprawach. Im dłużej tego słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest tylko jedna taka osoba. I to właśnie ona powinna być naszym wspólnym kandydatem na stanowisko premiera” – uzasadniał swoja decyzję lider KO.

Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała: „Musimy wygrać, bo oczekują tego od nas PolacyNaprawdę wiemy, czego chcą. Nie chcą polityków, którzy zajmują się sobą. Chcą polityków, którzy wiedzą, jakimi oni są ludźmi, jakie mają marzenia, potrzeby, pragnienia (…) Polska jest warta tego, żeby była krajem bez nienawiści – podkreśliła kandydatka KO na premiera.

Kidawa-Błońska jest „nową jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Sejmu w okręgu warszawskim. W przeszłości szefowała warszawskim strukturom Platformy Obywatelskiej.

Dotychczasową wrocławską jedynkę byłą marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską – zastąpić ma Grzegorz Schetyna.

Czy Rydzyk chodzi po wodzie jak Joszua z Nazarethu? Bo tyle szmalu ile on dostaje, woła o pomstę do nieba

120 tys. zł – tyle właśnie wynosi koszt postawienia stoiska podczas pikniku Rodziny Radia Maryja w Toruniu. Taką kwotę na trwającą kilka godzin imprezę przeznaczyło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – dowiedział się onet.pl.

To już jedenasta edycja pikniku Radia Maryja. Odbędzie się on 7 września pod hasłem „Dziękczynienie w Rodzinie”. I to podczas takiej właśnie imprezy resort zamierza promować… unijny program „Rybactwo i morze” na lata 2014-2020. To, że Toruń dzieli od morza 179 km też nie ma znaczenia dla resortu kierowanego przez Marka Gróbarczyka.

„Państwowe pieniądze, żeby na jakimś świętym pikniku się pokazać…”; – „Wypromować program na lata 2014-2020. Po co promować taki program? Przecież on już się kończy!”;

„Znając pisowskie „umiejętności i możliwości” mogliby przecież za 120 tysięcy naszych, czyli podatników złotych promować rybactwo i morze na lata 1947-1953”; – „A czy Ministerstwo Sprawiedliwości też będzie miało tam stoisko? Z łatwymi do złożenia nawet dla seniora zestawami „Trollownia dla każdego” – komentowali internauci.

„Mam wrażenie, że zaczynamy żyć w państwie, które jest zbudowane na potrzeby pewnej grupy. We Włoszech nazwaliby to mafią. Minister Ziobro mówi „mieliśmy rację, że to środowisko, które chcieliśmy zreformować okazało się zdemoralizowane i ci sędziowie, którzy z nami współpracowali też są zdemoralizowani”.

Jest dokładnie odwrotnie. Ci ludzie dlatego współpracują z Ziobrą, że przez środowisko sędziowskie byli eliminowani jako nieudacznicy, jako ludzie nieetyczni, jako ludzie, którzy mieli jakieś wady charakteru, które powodowały, że nie byli w stanie być dobrymi sędziami. Z tego powodu zaczęli współpracę z PiS-em, licząc na to, że uzyskają karierę i ją uzyskali” – powiedział Roman Giertych w TVN 24.

Dodał, że jeśli Ziobro nie wiedział o akcji szkalowania niektórych sędziów przez pracowników resortu sprawiedliwości, to powinien odpowiedzieć za to, że mianował niewłaściwych ludzi.

Odniósł się do apeli wielu środowisk o zdymisjonowanie Ziobry po ujawnieniu afery hejterskiej w kierowanym przez niego resorcie. – „Jarosław Kaczyński nie może odwołać pana Ziobry, dlatego, że ten układ jest pozamykany. Wyciągnięcie jednego poważnego klocka może spowodować efekt domina.  To jest klocek „Zbigniew Ziobro” i cztery lata w Ministerstwie Sprawiedliwości, wszystkie informacje ze wszystkich ważnych postępowań, które do niego trafiały. Liczą się informacje, które on posiada i możliwości, które są związane z tymi informacjami” – stwierdził Giertych.

Poruszona została też kwestia niewszczęcia przez prokuraturę postępowania w sprawie zawiadomienia Geralda Birgfellnera. Austriacki biznesmen twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Od złożenia tego zawiadomienia minęło ponad pół roku. Prokuratura nie przesłuchała nikogo poza Birgfellnerem. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Na pytanie: – „Kto decyduje, czy i kiedy przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego”, Giertych odpowiedział krótko i dosadnie: – „On”.

Nie tylko taka, jakiej nie było w Polsce od kilkudziesięciu lat, ale taka, jakiej nie było również w żadnym kraju Unii. Nigdzie nie zdarzyło się, żeby szajka złożona z urzędników państwowych, celowo i systemowo nękała i niszczyła ludzi za to, że krytykują władzę.

Ale oprócz afery w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jeszcze coś – to nękanie. To nie jest pierwsza sprawa tego typu, choć słuchając komentarzy w mediach, można by tak pomyśleć. Prawda jest taka, że atakowanie i oczernianie ludzi, łamanie karier i rujnowanie życia osobistego Prawo i Sprawiedliwość przekształciło w regularną metodę walki z krytykami i przeciwnikami politycznymi.

Ponieważ zbyt wielu dziennikarzy i polityków zdaje się mieć pamięć złotej rybki, pozwólcie, że przypomnę. Towarzystwo Dziennikarskie policzyło dziennikarzy zwolnionych z pracy, głównie, choć nie tylko z TVP, za krytykę rządu. Wiecie, że tylko w 2016 roku było ich ponad 100 – wszyscy za krytykę rządu? Na niektórych trzeba było robić zbiórki, bo stracili pracę z dnia na dzień, mając rodziny, dzieci i kredyty do spłacenia i gdyby nie pomoc kolegów, ich sytuacja byłaby bardzo ciężka.

Pamiętam rozmowy, jeszcze na antenie Superstacji, z sędzią Waldemarem Żurkiem, który opowiadał, jaką gehennę mu zgotowano, jak CBA wpadało na posiedzenia sędziów rzekomo po to, żeby poprosić sędziego o jakieś wyjaśnienia – tyle, że były to sprawy tak błahe, że można by je spokojnie wyjaśnić, wzywając go do CBA, a nie próbując zastraszyć jego samego i jego środowisko.

Pamiętam zatrzymywanie i legitymowanie ludzi, których jedyną winą było wejście na spotkanie z politykiem PiS i zadawanie niewygodnych pytań. Szarpanie ludzi podczas protestów przed Sejmem, absurdalne miesięcznice, w czasie których policja była agresywna wobec ludzi, którym się one nie podobały. Kobiety skazane za puszczanie baniek mydlanych podczas wystąpienia rasisty i nacjonalisty Międlara, którego nienawistne i antysemickie hasła policji nie przeszkadzały, choć są złamaniem prawa i są w Polsce penalizowane. Spoliczkowanie „Rudej”, po której wielu sympatyków PiS uznało, że „się jej należało”. Regularne, porównywalne z faszystowskimi gadzinówkami, uporczywe szczucie najpierw na prezydenta Pawła Adamowicza, później na Aleksandrę Dulkiewicz, teraz na Krzysztofa Brejzę. Wieszanie na szubienicy wizerunków europosłów PO, które pisowska prokuratura uznała za „wyrażanie poglądów”. Skopanie dziewczyny na marszu nacjonalistów, które także uznano za „wyrażanie poglądów”. Akty agresji na marszach równości w Płocku i Białymstoku. Nękanie Obywateli RP. Że nie wspomnę o atakowaniu i oszczerstwach w prorządowej prasie na każdego, komu nie podoba się cokolwiek, co robi PiS.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale sami Państwo znają to doskonale. Afera Ziobry jest wielka i wyjątkowa przez fakt, że zamieszani są w nią urzędnicy państwowi, wiceminister i sędziowie Sądu Najwyższego oraz pisowskiej neo-KRS, ale nie jest wyjątkowa ze względu na metodę działania. Wręcz przeciwnie, jest bardzo typowa dla tej partii.

Wielu ludzi przymykało na to oczy, bo te różne sprawy były rozproszone i nie działy się od razu, tylko w pewnych odstępach czasu, przez co nie były tak uderzające, w przeciwieństwie do szajki działającej w rządzie, niemniej są faktem. To nie jest odosobniony wypadek przy pracy, to jest celowo i świadomie stosowana metoda. I jeśli dłużej będziemy na to pozwalać, poniesiemy tego bardzo bolesne konsekwencje.

Więcej komentarzy Elizy Michalik w wersji Video na YouTube  – Eliza Michalik

– Nie ma żadnych dowodów na to, że minister Ziobro wiedział o tym procederze, wiedział o czymś takim, co się tam miało dziać – powiedział premier Mateusz Morawiecki, komentując aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– W dużej bardzo instytucji, tam gdzie są tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, nie zawsze jest pani w stanie jako szefowa tej instytucji (…) określić w którym miejscu się dzieje coś złego. Trzeba po prostu wyciągać konsekwencje – mówił Morawiecki w rozmowie z Anitą Werner w TVN24.

Komentując sondaże dotyczące dymisji Zbigniewa Ziobry szef rządu wykluczył w tym momencie taką możliwość. – Będzie postępowanie sprawdzające. Będą podjęte odpowiednie kroki, będę podjęte odpowiednie decyzje. Teraz na razie trzeba wyjaśnić – przekonywał. – Pan minister Ziobro powiedział, że wyłączy się z tej sprawy – zaznaczył, oceniając, że rząd zareagował we właściwy sposób.

– Z tej sprawy zostały wyciągnięte konsekwencje. Jeżeli się będą pokazywać fakty dotyczące innych osób zamieszanych w tę sprawę, w tę niedobrą, brudną sprawę, to oczywiście będą wyciągnięte również konsekwencje – zastrzegł.

Morawiecki był pytany w TVN24 także o to, kto będzie szefem rządu, jeśli Prawo i Sprawiedliwość ponownie wygrywa wybory parlamentarne. – Skupiamy się teraz na tym, żeby rzeczywiście te wybory wygrać, bo trzeba z pokorą powiedzieć, że przeciwnik jest bardzo silny i my szanujemy wszystkich naszych konkurentów politycznych – odpowiedział premier.

– A jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra i będzie miało większość parlamentarną – co mam nadzieję, że nastąpi, bo pokazujemy, że można łączyć politykę społeczną z polityką rozwojową i ze zrównoważonym budżetem – to wtedy kierownictwo polityczne podejmie odpowiednie decyzje w swoim czasie – mówił szef rządu.

– Dzisiaj nie ma decyzji, co będzie po wyborach, ponieważ wtedy jeszcze werdykt swój dopiero wydadzą wyborcy i odpowiednie decyzje zapadną w kierownictwie politycznym, tak jak to się odbywa we wszystkich krajach na całym świecie, we wszystkich partiach – mówił Morawiecki. Pytany o to, czy lepszym szefem rady ministrów byłby on, czy prezes PiS Jarosław Kaczyński, Morawiecki stwierdził, że ten drugi „byłby znakomitym i najlepszym premierem”. – Pokazał zresztą to, jak był premierem (w latach 2006-2007 – red.) – ocenił. – Jestem przekonany i pewny o tym, że tutaj pan prezes byłby lepszym premierem – podsumował Mateusz Morawiecki.

Kuchciński usłyszał od Kaczyńskiego: „Won stąd!”

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod uwagę kwestie ściśle medyczne – istnieją leki, głównie z zakresu czynników krzepnięcia krwi stosowane w hemofilii, które wymagają rozpuszczenia przed podaniem w przypadku krwotoku.

Powiem szczerze, że taki argument jako uzasadnienie podróży rządowym samolotem, jest według mnie niejasny, bo takie leki można przewieźć pociągiem, albo samochodem. Wszystkie preparaty termowrażliwe transportowane są w specjalistycznych opakowaniach termoizolacyjnych i czas transportu nie jest liczony w minutach” – kontynuował lekarz.

W starciu argumentów Piotrowicz kontra Grzesiowski, lekarz specjalista wypada znacznie poważniej i to jemu wiarę dają internauci. „Ktoś wywozi za granicę leki z Polski, dlatego brakuje ich w aptekach. Samolotami wywożą?” – skomentował ironicznie jeden ze stałych użytkowników serwisu Gazeta.pl.

Sekwencje zwalania winy na innych przez Kuchcińskiego, Kaczyńskiego i rzecznika PiS. Konferencja prasowa do trzewi krętacza. Kaczyńskiego boli dupa, Kuchciński to wrzód na niej, ale kopiąc Kuchcińskiego, kopnął w siebie w zadek.

To bodaj punkt zwrotny kampanii wyborczej PiS. Dołowanie. Coś jak kiedyś afera Rywina dla SLD.

Sekwencje konferencji prasowej:

Prezes PiS: My uregulujemy tę sprawę, bo do tej pory zasad kto z kim mógł latać nie było.

Skoro opinia publiczna domaga się tutaj rygorów, to te rygory obowiązywać będą – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Po raz kolejny podkreślono, że media i opinia publiczna powinny przyjrzeć się lotom, które zostały wykonane w trakcie rządzenia poprzedniej ekipy. Zapowiedziano, że zostanie przekazany wykaz lotów poprzedniego rządu. Rzecznik rządu Piotr Muller wyciągnął i pokazał plik dokumentów, które mają zawierać te informacje i dodał, że zostaną one rozdane wszystkim obecnym podczas konferencji dziennikarzom.

Co ciekawe, Marek Kuchciński obchodzi 9 sierpnia 64. urodziny. Oznacza to, że w dniu urodzin złoży dymisje.

Oburzenie u wielu osób budzi nawiązanie do poprzedniej ekipy rządzącej. – Podsumowanie konferencji Kaczyńskiego: „Wina Tuska!” – napisał Przemysław Pospieszyński, rzecznik prasowy opolskiego PO.

Wątpliwości budzi fakt, że PiS z łatwością ustalił, jakie loty odbyli Donald Tusk i Ewa Kopacz, a mieli ogromne trudności w sprecyzowaniu wykazu lotów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego.

Opozycja domaga się dymisji urzędników, którzy przekazywali nieprawdziwe informacje opinii publicznej w sprawie lotów Marka Kuchcińskiego. – Czas na dymisje szefowej Kancelarii Sejmu i szefa Centrum Informacyjnego Sejmu – napisał Sławomir Neumann.

Według Arkadiusz Myrchy konferencja „była idealnym podsumowaniem 4 lat Marszałka Kuchcińskiego”.

– Zasłanianie się Tuskiem przez Kaczyńskiego jest żałosne. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy to tchórzostwo – pisze Joanna Scheuring-Wielgus.

Do ciekawych informacji dotarł Onet.pl. Według portalu, Marek Kuchciński nie zamierzał podawać się do dymisji. Zdecydować miał o tym Jarosław Kaczyński, który uznał, że kilka dni temu w rozmowie marszałek Sejmu okłamał go co do liczby lotów, również tych z rodziną.

Podczas konferencji kilkakrotnie zaznaczono, że Marek Kuchciński nie złamał prawa, a mimo to w piątek złoży rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. – (…) czyli dymisja jest podyktowana nie złamaniem standardów i procedur tylko sondażami (opinią publiczną, jak mówią panowie Kuchciński i Kaczyński) – snuje wnioski Renata Grochal.

 Marszałek, o którym właśnie słuchaliśmy, jaki jest wspaniały, jednak wylatuje. Czyli kryzys został uznany za poważny – napisał Łukasz Warzecha.

Ciekawa uwaga dziennikarza radia TOK FM. Jakub Medek pisze: „Skoro w przypadku marszałka Kuchcińskiego wszystko odbyło się zgodnie z „prawem i obyczajem”, to o co chodzi z tym Tuskiem?”.

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli

Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak nie można też trochę przestrzegać prawa. Jeśli ktoś złamał prawo, powinien ponieść tego konsekwencje, niezależnie od aktualnie piastowanej funkcji… wróć – właściwie zależnie: we wszystkich normalnych demokracjach im wyżej jesteś, im ważniejsze stanowisko piastujesz, konsekwencje są większe i bardziej dolegliwe. Bo komu więcej dano, od tego – i słusznie – więcej się wymaga.

Marszałka Marka Kuchcińskiego, drugą osobę w państwie, człowieka, który rządziłby krajem, gdyby coś się stało prezydentowi, ta zasada obowiązuje z pewnością. I pan marszałek wydaje się być jedyną osobą, która tego nie dostrzega, co nie wystawia najlepszego świadectwa jego kwalifikacjom do tej zaszczytnej funkcji.

Loty o statusie HEAD mają swoją wyjątkową procedurę i wyjątkowe koszty, ponieważ zgodnie z instrukcją HEAD, dokumentem określającym zasady organizacji i zabezpieczenia lotów z najważniejszymi osobami w państwie, realizowanych przy użyciu statków powietrznych lotnictwa Sił Zbrojnych RP, loty te dotyczą – no właśnie – najważniejszych osób w państwie.

Tych osób jest zaledwie kilka: oprócz marszałka sejmu są to: prezydent i premier RP i marszałek senatu. Czasem z lotem samolotem wojskowym mogą polecieć także dyplomaci wskazani przez najważniejsze osoby w państwie, niezbędne do zrealizowania konkretnej misji, ale powinny to być przypadki sporadyczne i precyzyjnie opisane w odpowiednich dokumentach.

Loty o statusie HEAD mają też swoją instrukcję bezpieczeństwa, jak wymóg zgłaszania zapotrzebowania na lot HEAD nie później niż 48 godzin przed lotem, co umożliwia odpowiednim służbom bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki przygotować taką podróż. Jak opisał portal Onet, ważne jest, z oczywistych względów, żeby samoloty były stuprocentowo sprawne, a piloci odpowiednio przeszkoleni i najlepsi z najlepszych.

Marszałek Kuchciński i kancelaria sejmu złamali wszystkie te zasady. Wiemy już, dzięki dziennikarskiej pracy telewizji TVN i portalu Onet, że loty zgłaszane były nie tylko z dnia na dzień, ale czasem z godziny na godzinę, a na pokładzie przebywały osoby zupełnie do tego nieuprawnione, jak krewni marszałka, jego partyjni koledzy, jak minister Ziobro, poseł Piotrowicz czy prof. Krasnodębski i ich żony.

Marszałek złamał prawo. Nie „trochę”. Po prostu złamał i powinien zostać zdymisjonowany (gdyby wcześniej sam nie podał się do dymisji co zrobiłaby w tej sytuacji większość urzędników państwowych w cywilizowanych krajach).

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli. Dlaczego przypadkowo wybrane kwoty wpłacane na wybrany przez winowajcę cel, zamiast zwrotu kosztów do budżetu państwa?

Czy marszałek łamał prawo na koszt Caritasu czy obywateli?

Ponadto nie tylko marszałek, ale i oficjele, którzy uczestniczyli w łamaniu prawa, jak minister Ziobro i reszta powinni ponieść służbowe konsekwencje – także w postaci zwolnienia ze stanowiska.

Skutki powinny być zresztą nie tylko zawodowe, ale i prawne, bo w taki sposób przeprowadzane loty narażały zdrowie i życie ludzie, wprost, jak słusznie napisała prasa, narażając ich na powtórkę ze Smoleńska.

Marszałek Sejmu nie jest jedyną osobą w obozie rządzącym, która nadużywała przywilejów władzy. Kaczyński, broniąc kolegi, zaprzecza partyjnym wartościom.

– Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem – mówił w 2006 r. urzędujący premier Węgier Ferenc Gyurcsány, przyznając się, że jego rząd kłamał tylko po to, aby wygrać wybory i zdobyć władzę w kraju. Podobnie, po obnażeniu kolejnych kłamstw drugiej osoby w państwie, wygląda dzisiaj sytuacja w Polsce. Jarosław Kaczyński chciał mieć w Polsce Budapeszt, to ma. Tylko nie o taki Budapeszt chodziło prezesowi.

Kampania PiS z lotami marszałka Kuchcińskiego

Kampania wyborcza PiS miała wyglądać inaczej. Narzucanie tematów, partyjne pikniki, spotkania parlamentarzystów z wyborcami, spijanie śmietanki z programów socjalnych, z 500+ na czele. Dzisiaj politycy PiS chowają się przed mediami, a wśród Polaków też jest ich mniej. I bynajmniej problemem nie są wakacje. Afera marszałka Kuchcińskiego zatacza coraz szerszy krąg. Drugiej osobie w państwie nie mogą już nawet wierzyć partyjni koledzy. Codziennie opinia publiczna zaskakiwana jest obnażaniem kłamstw marszałka Sejmu. Marszałek Kuchciński oszczędne gospodarowanie prawdą podniósł do rangi sztuki. Rzecznik Centrum Informacyjnego Sejmu i sam marszałek zachowują się, jakby byli w sztabie opozycji. PiS, broniąc w Sejmie notorycznego kłamcy, osłabi się wyborczo. Obrazki z Kuchcińskim będą wracać we wrześniu i październiku.

Kuchcińskich w PiS jest wielu. Marszałek Senatu zaprzeczył, że zabierał w delegacje swoją rodzinę. Zmianę zdania ogłosił kilka godzin później podczas konferencji. Czy ministrowie rządu Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego traktowali rządowe samoloty jak taksówki? Czy rządowe samoloty były używane do kampanii samorządowej, europejskiej i parlamentarnej PiS? Wkrótce się dowiemy, tak jak wiemy już, że premier Szydło wojskową Casą latała do domu. Bulwersowały już loty szefa Kancelarii Premiera, który w listopadzie poleciał do stolicy Dolnego Śląska, by namawiać Bezpartyjnych Samorządowców do podpisania umowy koalicyjnej z PiS. Kiedy media pytały o cel i koszt lotu, a także prosiły o wykaz służbowych lotów ministrów, odpowiedzi nie otrzymały. Dopiero kiedy do Kancelarii z interpelacją wystąpili posłowie opozycji, KPRM udzielił odpowiedzi w sprawie lotu ministra.

Dzisiaj problemem PiS nie są już nawet same loty marszałka, ale notoryczne okłamywanie opinii publicznej. Kto ma wierzyć marszałkowi Sejmu, Kancelarii Sejmu i politykom PiS, którzy jeszcze tydzień temu zapewniali o krystalicznej uczciwości Kuchcińskiego, który ma być „jedynką” PiS w Krośnie?

Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się teraz na pozbawienie Kuchcińskiego funkcji marszałka Sejmu ze względów lojalnościowych. Kuchciński był wierny Kaczyńskiemu jak mało kto, kiedy prezes był na politycznym marginesie. Kaczyński poświeci druha, gdy temat będzie żył medialnie przez kolejne tygodnie. Jeśli Polacy wrócą z wakacji, a afera marszałka wciąż będzie rozpalać opinię publiczną, wewnętrzne sondaże partii pokażą, że Kuchciński ciągnie partię w dół, wtedy prezes zetnie marszałka. I tu pojawi się kolejny problem. Takich Kuchcińskich, nadużywających władzy, jest w PiS więcej. Kaczyński grzebiąc zaufanego druha, musiałby pogrzebać wielu z PiS, a to zdziesiątkowałoby listy wyborcze partii. PiS ma większy problem niż się wydaje, tym bardziej że temat jest rozwojowy. Kolejne przypadki będą wypływać również jesienią.

W środę odbyły się dwie narady w siedzibie PiS z udziałem najważniejszych osób w partii. Jedną z obecnych osób był premier Mateusz Morawiecki. Jak podaje „Fakt”, polityk miał czekać dwie godziny na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller.

Pierwsze spotkanie kierownictwa PiS rozpoczęło się o godzinie 14.00 w środę. Jak powiedziała potem rzeczniczka partii Anita Czerwińska, nie miało ono charakteru nadzwyczajnego i dotyczyła tegorocznych wyborów parlamentarnych.

Nieoficjalne źródła donoszą jednak, że druga narada – wieczorna – dotyczyła lotów rządowymi samolotami, które wykonał Marek Kuchciński. Udział w niej wzięli najważniejsi członkowie PiS, m.in. Beata Szydło, Stanisław Karczewski, Mariusz Błaszczak czy Mateusz Morawiecki. Jak donosi „Fakt”, ten ostatni miał spędzić dwie godziny pod siedzibą PiS, czekając na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim.

Zaprzecza temu rzecznik prasowy rządu Piotr Müller. „Informacja „Faktu” dot. rzekomego oczekiwania Premiera na spotkanie w siedzibie PiS jest perfidnym kłamstwem. Gdy wczoraj redakcja mnie o to zapytała jednoznacznie zdementowałem ten fakenews” – napisał.

Kaczyński zapowiada czwartkowe oświadczenie

Po zakończeniu wieczornej narady Jarosław Kaczyński zapowiedział, że w czwartek o 12.30 wygłosi oświadczenie. Oficjalnie jego temat nie jest znany, wiele jednak wskazuje na to, że będzie dotyczył kwestii poruszonej podczas spotkania przy ul. Nowogrodzkiej.

Kuchciński latał rządowymi samolotami

W środę dziennikarze TVN 24 ujawnili listę osób, z której wynika, że wśród pasażerów rządowych lotów o statusie HEAD latających z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim byli: Zbigniew Ziobro, Stanisław Piotrowicz i jego żona Maria, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, Zdzisław Krasnodębski z małżonką oraz Karol Karski i szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska.

Marek Kuchciński w poniedziałek przeprosił wszystkich, „którzy poczuli się urażeni” doniesieniami o jego lotach, jednak zaznaczył, że działał zgodnie z prawem.

Przyznał również, że zdarzyło się, że samolotem leciała również jego żona – lot nie miał statusu HEAD i miał nie być specjalnie zamówiony. Marszałek Sejmu postanowił w związku z tym wpłacić kwotę pokrywającą pełen koszt lotu, a wyliczoną przez Ministerstwo Obrony Narodowej, tj. 28 tysięcy złotych na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. Jak jednak ujawnił TVN 24, dzień przed jego wykonaniem zostało złożone zamówienie na lot dla Doroty Kuchcińskiej.

W ramach zadośćuczynienia Marek Kuchciński w ubiegłym tygodniu przekazał również 15 tysięcy złotych rekompensaty na cele charytatywne – Caritas i fundację „Budzik” Ewy Błaszczyk.

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej

 

Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju, odsuwając od władzy tych ancymonków

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Gosiewska, wdowa po ancymonku Przemysławie G. Taka winna zawisnąć w Sejmie inskrypcja

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się dzisiaj artykuł o założonej przez Weronikę Rosati fundacji „Siła Kobiety”, mającej na celu walkę z przemocą.

Niestety przeczytałam komentarze. I powiem Wam, że to jest straszne.
W znaczącej przewadze na Weronikę wylał się tak obrzydliwy hejt, że tego po prostu nie ogarniam.

Z ciekawości zerknęłam na kilka profili osób komentujących. A tam… wspaniali „demokraci” walczący o godność, równość, szacunek.

Czy w ludziach naprawdę nie ma już za grosz empatii?

Czy naprawdę już pozwoliliśmy do tego stopnia zabić w sobie wrażliwość?

Ludzie naprawdę myślą, że osoby z pierwszych stron gazet nie są już zwykłymi ludźmi ze zwykłymi problemami ? Z uczuciami?

Pomijam już fakt, że przemoc domowa nigdy nie powinna być „normalnym” problemem. Zawsze powinna być niedopuszczalnym skandalem.

Te komentarze, to jest właśnie przemoc. Właśnie te komentarze ukazują jak traktowane są w społeczeństwie ofiary przemocy.  Dobić, skopać, opluć, znieważyć.

Właśnie te komentarze ukazują, jak cenna, jak potrzebna jest inicjatywa Weroniki.

Prawda jest taka, że jesteśmy społeczeństwem przemocowym.

Tolerujemy i usprawiedliwiamy przemoc, piętnując ofiary. I jak widać, wcale nie dotyczy to tylko środowisk z prawej strony sceny politycznej.

Ofiara przemocy nigdy nie powinna się obawiać ani wstydzić tego, co ją spotkało. To społeczeństwo, które toleruje i usprawiedliwia przemoc powinno się wstydzić.

Tak bardzo mi dzisiaj za nas wstyd!

Podczas 82 posiedzenia Sejmu 16 nowych posłów złożyło ślubowania poselskie, zajmując pozycje polityków wybranych do Parlamentu Europejskiego.

W drodze głosowania nowym wicemarszałkiem Sejmu została Małgorzata Gosiewska w miejsce Beaty Mazurek, która udaje się do Brukseli.

Za kandydaturą Gosiewskiej głosowało 246 posłów, 121 było przeciw, 38 wstrzymało się od głosu.

Nieobsadzone pozostają nadal dwa miejsca: po posłance PiS Elżbiecie Kruk oraz pośle PO Andrzeju Halickim.

Do Parlamentu Europejskiego dostało się 18 posłów oraz jeden, poseł Dominik Tarczyński (PiS), który obejmie mandat europosła po tym, jak Wielka Brytania opuści Unię Europejską.

Marek Falenta, człowiek, który w znacznym stopniu przyczynił się do przegranej PO w poprzednich wyborach parlamentarnych, dzisiaj walczy o uznanie zasług i pomoc PiS, by nie trafić za kratki.

Deportowany z Hiszpanii robi wszystko, by ominąć więzienie i liczy, że partia rządząca go wesprze, bo przecież to dla niej poświęcił swoje spokojne i miłe życie biznesmena.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia list, jaki napisał Falenta do prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przyznaje w nim, że mając już pewne nagrania, skontaktował się z byłym skarbnikiem Stanisławem Kostrzewskim, a nawet zatrudnił u siebie jego siostrzeńca.

Po kolejnym spotkaniu na Nowogrodzkiej to on skontaktował Falentę z agentami CBA z Wrocławia i ABW z Katowic i to na ich prośbę kontynuował nagrywanie polityków PO i ich gości w restauracji.

Falenta ma wielkie poczucie misji, której celem było zwycięstwo PiS w wyborach i ukrócenie procederu rozkradania majątku państwowego. Nie ukrywa, że wbrew temu, co głosi opozycja „dla naszego kraju nastąpiła prawdziwa »dobra zmiana«. Jestem dumny, że mogłem przyłożyć do tego rękę. Pieniądze, które były do 2014 r. rozkradane, zostały skierowane do szerokiej rzeszy potrzebujących ludzi”. Przyznaje, że taśmy z nagraniami przekazał agentom CBA i do listu dołączył kopie tajnych meldunków, które mają potwierdzać jego prawdomówność.

Marek Falenta wysyła też prośby do prezydenta Dudy o ułaskawienie. Uważa, że należy mu się prezydenckie prawo łaski w trybie nadzwyczajnym, podobnie jak zostało ono zastosowane wobec Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Przecież, jak pisze, „W znacznej mierze przyłożyłem się do tego, że dzisiaj rządzące ugrupowanie polityczne ma możliwość funkcjonowania i wprowadzania zmian na lepsze w naszym kraju”, więc zasłużył na taką pomoc. Apeluje więc do prezydenta, by ten zażądał „materiałów od służb CBA o moich osiągnięciach i zasługach dla kraju i partii rządzącej. Tysiące osób z Pana obozu politycznego oraz większa część społeczeństwa, która popiera partię rządzącą, skorzystała na tej sprawie. Dlaczego tylko ja mam ponosić negatywne konsekwencje? Nie zgadzam się na to. Nie taka była umowa. Wszyscy oficerowie CBA, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, zostali awansowani, a mnie skazano na więzienie. Większość ludzi w Polsce (Pana elektorat) uważa, że jestem bohaterem narodowym i zasługuję na nagrodę oraz ułaskawienie” i pozwolił mu wreszcie normalnie żyć.

Marek Falenta straszy obóz rządzący kolejnymi taśmami, na których znajdują się nagrania z Mateuszem Morawieckim i nawet Jarosławem Kaczyńskim. Chwilowo jednak politycy PiS wydają się lekceważyć problem, nazywając „rewelacje” Falenty niedorzecznymi insynuacjami i próbując przekonać go do 6-tygodniowej obserwacji psychiatrycznej. Dziwne, bo wtedy, gdy na jaw wyszły taśmy podsłuchowe, uderzające w PO, nie mieli żadnych wątpliwości co do poczytalności pana Falenty i bardzo chętnie skorzystali z przekazanych materiałów, by załatwić konkurencję w wyborach.

A dzisiaj… dzisiaj taka zmiana zdania. Jakiś niepokój zapewne został zasiany w szeregach partyjnych, jednak PiS nie musi obawiać się spadku poparcia, bo jego wyborców nie ruszy nic. Nawet gdyby podsunąć im pod nos dowody niekompetencji, manipulacji i kłamstw ukochanej partii, to i tak w nie uwierzą i nazwą je tylko aktem wrogości przeciwników prezesa.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

„Dziennik Gazeta Prawna” dotarł do map wyborczych przygotowanych przez specjalistów pracujących dla Prawa i Sprawiedliwości. Pas wzdłuż zachodniej granicy kraju i obszar centralnej Polski będą w najbliższych wyborach miejscem nasilonej kampanii partii rządzącej.

Przedstawiciele „dobrej zmiany” typują tzw. swingujące okręgi, w których mogą wygrać zbliżające się wybory do parlamentu.

Mapa wyborcza wskazuje na dwa regiony, które będą dla PiS niezwykle ważne. Pierwszy z nich to obszar wzdłuż zachodniej granicy Polski. Chodzi o Zachodniopomorskie i Lubuskie. Drugi z obszarów to teren wokół autostrady A1 obejmujący Łódzkie, Kujawsko-Pomorskie i południowo-wschodnią Wielkopolskę.

W analizie przygotowano również dane dotyczące grup społecznych, które PiS chce pozyskać i skłonić do głosowania. W opracowaniu wybrano co najmniej sześć grup. Wśród nich znajduje się młodzież popierająca ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego oraz kobiety w średnim wieku, które dotychczas głosowały głównie na Platformę Obywatelską.

Kluczem w analizie były wyniki, jakie rządząca prawica uzyskała w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach.

Słyszę wiele narzekań. Na politykę, ale też na życie, na wartości, na zmiany, na wszystko… Narzekania są zrozumiałe, bo świat faktycznie bardzo szybko się zmienia, niekoniecznie w stronę, której większość z nas pragnie… Są one jednak kompletnie nieefektywne. Niczego nie rozwiązują, zatrzymują nas w negatywnym myśleniu, uwiązują do nieciekawego miejsca, w którym jako obywatele jesteśmy i blokują pozytywne myślenie prowadzące do podjęcia skutecznych działań.

Tak, świat się zmienia i rzeczywistość, do której przywykliśmy odchodzi w dal. I podstawą do zaadaptowania się do nowego życia jest uznanie, że to nieodwołalne, a następnie zrozumienie istoty przemian tak, by móc się do nich dostosować i dobrze w nich funkcjonować, osiągając swoje cele. W wymiarze polityczno-społecznym dwie najważniejsze zmiany, które zauważam, to podejście do prywatności i wolności – dwóch (dotąd) filarów nowoczesnej demokracji.

Praktycznie przestaje istnieć prywatność rozumiana jako prawo i chęć zachowania pewnych rzeczy tylko dla siebie, która łączyła się ze strachem przed inwigilacją. Dopóki ludzi przerażało, że za pomocą pewnych informacji, prywatnych właśnie, można mieć nad nimi kontrolę, dopóty hasło, że rząd, jakaś instytucja, szeroko rozumiana władza ich inwigiluje, działało jak straszak i zniechęcało do tego rządu, instytucji, władzy. Dziś już tak nie jest. Prywatność nie jest już wartością, tylko towarem, jak każdy inny, taniochą wystawianą na giełdzie mediów społecznościowych, niewartą zbyt wysokiej ceny, sprzedawaną za grosze na instagramowej czy fejsbukowej giełdzie. Kto z kim, kiedy, dlaczego, w jaki sposób, gdzie i po co to – już ogólnodostępna wiedza, nad którą nikt się specjalnie nie roztkliwia. Z ekskluzywnej i niegdyś dostępnej tylko służbom i innym wybrańcom stała się zwyczajna – ludzie sami mówią o sobie wszystko, ba!, nawet wstawiają zdjęcia! – i pozbawiona znaczenia.

Dlatego informacja że rząd nas inwigiluje – a inwigiluje!, mało kogo dziś wzrusza (praktycznie garstkę mądrych ludzi, najczęściej profesjonalistów, którzy wciąż rozumieją, jak bezcenny, mimo swojej powszechności i dostępności wart jest towar zwany informacją). Straszenie inwigilacją nie jest już narzędziem do wygrania wyborów. Ludzie uważają, że prywatność jest ceną, którą trzeba zapłacić za dostęp do nowych technologii i chętnie się z tym godzą. Zresztą, kto chciałby prywatności w świecie, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a popularność jest bogiem?

Podobnie jest z wolnością. Jeszcze dla mojego pokolenia, dzisiejszych 40-latków, wolność była prawem do nieskrępowanego wyrażania opinii, stawianiem na indywidualność i rozwój jednostki. Młodsi od nas jednak coraz częściej rozumieją wolność jako nieskrępowany dostęp do pewnych dóbr, usług, towarów, technologii i atrybutów określonego stylu życia, podróży, sieci itp. To jest dla nich najważniejsze, a nie prawo do wyrażania opinii. Zresztą, bądźmy szczerzy, w świecie seriali, algorytmów, spadku poziomu edukacji i czytelnictwa, zsynchronizowanych i jednakowych społecznych gustów mało kto ma swoją niepowtarzalną, oryginalną, przemyślaną i odstającą od zdania ogółu opinię. Przeciwnie, wszyscy chcą mieć to samo, myśleć tak samo i być tacy sami – dlatego nikt nie będzie umierał za wolność, sądy itp. Wielu nie rozumie, po co miałoby to robić i jakie znaczenie tego typu wolność ma w ich życiu, nie czuje, żeby była im do czegokolwiek potrzebna.

Niektóre partie polityczne, jak PiS, już odrobiły tę lekcję z przemian społecznych. Inne, jeśli chcą wygrywać z populistami w czasach, kiedy populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach – muszą się tego szybko nauczyć, inaczej wypadną z gry.

42-letnia zakonnica z Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola przywłaszczyła 460 tys. zł z konta ośrodka. Część tej kwoty należała do pensjonariuszy, którzy powierzyli DPS swoje oszczędności

Do przywłaszczenia 460 tys. zł z konta z domu pomocy społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola doszło na początku czerwca. Jedna z zakonnic pracujących w ośrodku zgłosiła to na policję. Ze sprawą od początku łączona była 42-letnia siostra zakonna, która zniknęła w tym samym czasie, gdy z konta Domu Pomocy Społecznej zniknęły pieniądze – pisze opole.naszemiasto.pl.

Dobrzeń Wielki k. Opola. Zakonnica przywłaszczyła pieniądze i uciekła z domu pomocy społecznej

Blisko pół miliona złotych, które przywłaszczyła 42-letnia zakonnica, to środki domu pomocy społecznej, ale także pieniądze przebywających w nim osób, które powierzyły ośrodkowi swoje oszczędności.

Sprawą zajęli się policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Mundurowi namierzyli kobietę w ciągu kilku dni. Przebywała w jednym z miast województwa dolnośląskiego. Policja ustaliła także, że zakonnica miała wspólnika. Mężczyzna został zatrzymany w Opolu.

Zakonnica przekazała pół miliona nowo poznanemu mężczyźnie. „Tak pokierował jej zachowaniem”

Zakonnica poznała 43-mężczyznę zaledwie kilka dni przed przywłaszczeniem pieniędzy. Przekazała mu 500 tys. zł – środki z konta Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim oraz swoje prywatne fundusze.

Zastępca prokuratora okręgowego w Opolu prokurator Jacek Mikłuszka skomentował sprawę, mówiąc, że mężczyzna „tak wpłynął na 42-latkę, tak pokierował jej zachowaniem, że ta dopuściła się zarzuconego jej czynu” – cytuje natemat.pl.

42-letnia zakonnica usłyszała zarzut przywłaszczenia ponad 460 tys. zł, jej 43-letni wspólnik – zarzut oszustwa wobec mienia znacznej wartości. Wobec mężczyzny zastosowano karę trzymiesięcznego aresztu, z kolei zakonnica przebywa aktualnie w areszcie domowym. Obojgu grozi kara pozbawienia wolności do 10 lat.