Zamordyzm Kaczyńskiego możemy oddalić tylko my

„Chodzi o to, żeby chwycić kraj za mordę. To jest plan, który przedstawia PiS”

Do takiego komentarza Romana Giertycha skłonił m.in. jeden z punktów programu PiS. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra wybory, zamierza złożyć w Sejmie „wniosek o zmianę treści art. 105 ust. 2-3 a także ust. 5 Konstytucji RP w ten sposób, iż poseł lub senator będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a także zatrzymany lub aresztowany, decyzją podjętą na wniosek Prokuratora Generalnego, skierowany do Sądu Najwyższego”.

Zdaniem Giertycha, chodzi tu o „zastraszanie”. – „Jasnym jest, że jeżeli parlamentarzysta będzie wiedział, że od decyzji politycznej zależy jego wolność, to zawsze będzie się wycofywał, będzie się bał. Taka jest cecha immunitetu, że ma zagwarantować pewną niezależność i brak strachu po stronie parlamentarzystów” – stwierdził w TVN24.

Zwrócił uwagę na zapis, że wniosek od Prokuratora Generalnego miałby trafiać do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, która utworzona została na mocy pisowskiej ustawy. – „Jeżeli mamy do czynienia z ludźmi tak powiązanymi politycznie, którzy najczęściej są nieudacznikami zawodowymi i dostali się na te stanowiska tylko dlatego, że zapisali się politycznie do określonej grupy, to orzeczenia można przewidzieć. Chodzi o to, żeby chwycić kraj za mordę. To jest plan, który przedstawia PiS – powiedział Giertych.

Odniósł się także bliskich związków Kościoła z partią obecnie rządzącą. – „Ja odmawiam prawa Jarosławowi Kaczyńskiemu do tego, żeby zwracał się do kogokolwiek w imieniu katolików. Jestem katolikiem, zawsze będę i nie uważam, żeby mnie w najmniejszym stopniu reprezentował Jarosław Kaczyński” – podkreślił Giertych.

„Dalszy mariaż Kościoła katolickiego w Polsce z władzą doprowadzi do tego, że większość społeczeństwa, która nie głosuje na PiS będzie odrzucona od tego Kościoła. Jeżeli katolik chce, żeby został w Polsce zniszczony Kościół katolicki, to niech głosuje na PiS” – uważa Roman Giertych. W podobnym tonie wypowiadał się niedawno jego ojciec Maciej Giertych – „Głosowanie na PiS to pewna droga do zniszczenia Kościoła Polskiego i pewna droga do nieszczęść dla Polski”.

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Groźna ideologia” zagrażająca Polsce była motywem przewodnim podczas przemówienia Jarosława Kaczyńskiego we Wrocławiu. Według prezesa owa ideologia czai się na obywateli dosłownie z każdej strony, a najbardziej narażona na niebezpieczeństwo jest polska rodzina.

Nie możemy pozwolić, by ta specyficznego rodzaju ideologia opanowała Polskę, chociaż próbuje. Musimy obronić polską rodzinę przed biedą, niedostatkiem, ale także przed tą groźną ideologiczną ofensywą, którą podejmują także nasi polityczni przeciwnicy” – tłumaczył z mównicy szef Prawa i Sprawiedliwości.

Zaapelował również do swoich partyjnych kolegów, aby do samych wyborów nie ustawali w ciężkiej pracy, pokazywali Polakom owoce „dobrej zmiany” i przestrzegali rodaków przed kwestionowaniem rodziny.

Ta rodzina w ramach pewnej akcji socjotechnicznej jest kwestionowana. Nie pozwolimy na to, by nas oszukiwano, oszukiwano naród polski” – grzmiał we Wrocławiu Kaczyński i zapewniał, że wszystkim zdezorientowanym Polakom „trzeba pokazać, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Zjednoczona Prawica nie zagrażają polskiej wolności i demokracji, ale dają też szansę, której dotąd nie wykorzystano!”

Program PiS tutaj czytaj >>>

Ostatnio pojawił się nowy, tajemniczy i przerażający – a więc bardzo pożyteczny wróg: Niszczyciel Polskich Rodzin

Na spotkaniu polskich władz z młodymi działaczami PiS Jarosław Kaczyński mobilizował swoich małoletnich bojowników zapewniając, że już niedługo będzie u nas tak bogato jak na Zachodzie. Będzie nawet lepiej, bo Polska stanie się „wyspą wolności, a w krajach zachodnich różnie z tym bywa”. Wprawdzie Prezes nie podzielił się ze słuchaczami swoją definicją wolności i nikt o nią nie zapytał, można jednak przypuszczać, że jest ona zbliżona do formuły używanej przez władze PRL w latach młodości Kaczyńskiego. Potwierdzenie tej tezy znalazłem w pracy doktorskiej Kaczyńskiego, gdzie autor odwołuje się niemal bezkrytycznie do wypowiedzi Gomułki, Bieruta, Cyrankiewicza, Kliszki i innych ideologów PRL oraz cytuje referaty na zjazdy i plena PZPR, a w bibliografii powołuje się nawet na twórczość Jerzego Urbana.

Wiele wskazuje, że wojujący antykomunista Kaczyński tak naprawdę wspomina komunę ze skrywaną nostalgią i z nieskrywanym rozrzewnieniem. Właśnie ogłosił, że na Zachodzie nie ma mowy o demokracji, w odróżnieniu od Polski, demokratycznej dziś w każdym calu. Tam lud pracujący miast i wsi jęczy wyzyskiwany przez rządzących, a u nas, w Rzeczpospolitej Kaczyńskiej, naród swobodnie wybiera swoich przedstawicieli, którzy dniem i nocą troszczą się, by kraj rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Tylko patrzeć jak prezes – pomny wielowiekowych tradycji udziału Polaków w wojnach za wolność waszą i naszą – wezwie rodaków do walki o wyzwolenie gnębionych narodów zachodniej Europy. Może nawet reaktywuje Związek Bojowników o Wolność i Demokrację? Tak czy owak, znając jego dobre serce, można się spodziewać jakiejś akcji wspierającej społeczeństwa krajów Unii. Są to bowiem społeczeństwa nie tylko pozbawione wolności, ale w dodatku tak zindoktrynowane, że nawet nie wiedzą, że tej wolności nie mają.  Trzeba w tej sprawie coś zrobić i prezes na pewno coś zrobi, bo nie może być gorszy od Jerzego Urbana, który w stanie wojennym, w odpowiedzi na amerykańską akcję wsparcia Polaków i rozsypującej się polskiej gospodarki, wysłał do Nowego Jorku partię śpiworów dla tamtejszych bezdomnych.

Przed wyborami Kaczyński wyznaczył Polakom dwa cele: dobrobyt i wolność. I od razu wyjaśnił, że o dobrobyt nie muszą się martwić, a najlepiej, żeby się Polacy gospodarką nie interesowali, bo dopóki PiS rządzi, to w razie czego zawsze wydrukuje tyle banknotów, ile będzie trzeba. Inaczej jest z polską wolnością. O wolność zawsze się walczyło, więc i teraz wypada. Tyle że do walki niezbędny jest wróg. A najlepiej wrogowie. Im więcej, tym lepiej, bo cenniejsze jest wtedy zwycięstwo – zwycięstwo partii Kaczyńskiego, rzecz jasna.  A jeśli wrogów wolności nie ma, to trzeba ich wyznaczyć. Nie jest to zadanie trudne, bo wrogiem może być każdy, kto inaczej niż PiS definiuje wolność. Jednak najpierw naród musi się dowiedzieć, że prawdziwa wolność, to nie jakieś tam „róbta co chceta”, to nie wyuzdane formy demonstrowania swoich poglądów czy opinii, to nie możliwość posiadania własnych odmiennych preferencji, ani prawo do wypisywania w gazetach tego, co byle pismakowi do głowy wpadnie i co nakażą obcy właściciele koncernów medialnych. A już na pewno nie jest wolnością wszechobecna nienawistna krytyka rządu i rządzenia, ani permanentne szkalowanie władzy demokratycznie wybranej, uprawnionej do arbitralnego definiowania dobra i czyniącej to dobro z woli ludu i dla ludu.

Wróg nie musi mieć twarzy. Nawet lepiej, jeśli jej nie ma, bo nieznane zło straszy skuteczniej niż zło znajome i oswojone. Mało użytecznym wrogiem jest dzisiaj Tusk, Schetyna, czy inny Brejza, bo prawdziwych haków na nich nie ma, a wszystko, co można było o nich zełgać, już poszło w lud i nie przyniosło spodziewanych efektów. Wspaniałym wrogiem okazał się natomiast enigmatyczny Lewak, którym zostać może każdy, kto ośmiela się myśleć i mówić inaczej niż funkcjonariusze dobrej zmiany w TVP. Niezły jest również Ideolog Gender, który co prawda istnieć nie może, bo gender to zwyczajna gałąź nauki, ale nazwa brzmi groźnie i dzięki zmasowanym wysiłkom wspaniale się kojarzy ze zboczeniami i pedofilią.  A ostatnio pojawił się nowy, tajemniczy i przerażający – a więc bardzo pożyteczny wróg: Niszczyciel Polskich Rodzin. Nikt nie wie, kim jest, ale już sieje w narodzie pożyteczną grozę.

Kaczyński głosi, że wymyślona przez niego Wolność jest zagrożona i sama się nie obroni, zatem niezbędna jest mobilizacja wszystkich zdrowych sił narodu. Potrzebni są przede wszystkim nowi oficerowie, bo ci poprzedni jakoś się do Kaczyńskiego nie garną, albo okazują się przyzwoici, a takich nam przecież nie trzeba. Rewolucja wymaga ofiar i te ofiary trzeba znaleźć.  Najlepiej szperać wśród niedocenianych, nieudaczników i w środowiskach emocjonalnie wzmożonych. Wybrani, docenieni i obdarowani stanowiskiem będą wdzięczni i lojalni. I będą się bić do upadłego za swoich protektorów, bo wiedzą, że w razie klęski pogrążą się wraz z nimi.  W walce o wolność przydatni są również prości żołnierze. Najlepiej tacy, którym nie trzeba tłumaczyć, co się w kraju wyprawia, bo i tak nie zrozumieją, a jak przypadkiem zrozumieją, to nie zapamiętają – ale za to, gdy wskaże im się wroga i zapewni bezkarność, będą go straszyć, grozić, hejtować, a jak trzeba, to i po mordzie dadzą. PiS wie, że „o tych trzeba dbać, których wróg ma się bać”. Za pośrednictwem ekipy Ziobry troszczy się więc o zadymiarzy, kibolów, faszyzujących narodowców i rozmaitych nawiedzonych, którzy na przepisy prawa się nie obejrzą, a zrobią, co trzeba, i nie będą mieli żalu, gdy w razie wpadki nikt się do nich nie będzie chciał przyznać.

Nieocenionym sojusznikiem Kaczyńskiego w walce o jego wymarzoną Wolność jest część hierarchicznego Kościoła. Mam na myśli tych dostojników, którzy nie wiedzą czym się z reguły kończy symbioza ołtarza z tronem. Myślę o tych, którym nie chce się sprawdzić, dlaczego w tak wielu krajach, tak nagle odeszło od wiary aż tylu wiernych – również tam, gdzie nie zanotowano wielkich afer pedofilskich. Sojusznikami prezesa są hierarchowie, którym brakuje wyobraźni, by przewidzieć reakcję wiernych w chwili, gdy PiS poniesie nieuchronną klęskę, gdy objawi się pełny obraz bezprawia tej partii, gdy funkcjonariusze Kościoła również staną wobec pytań o współudział w czynieniu zła. A ludzie bez wątpienia będą ich pytać o powody braku reakcji na zło, na kłamstwo, podłość i ludzką krzywdę. Dziś jeszcze, wspólnie z funkcjonariuszami władzy, przyklaskują oświadczeniu Kaczyńskiego, że poza Kościołem jest tylko nihilizm, i godzą się na jego koncepcję wykluczającą niewierzących. Wspierają kolegę arcybiskupa straszącego tęczową dżumą. Akceptują brednie o gejach, którzy „mają dzieci dla zabawy”. Nie reagują na bezrozumne nauki serwowane na religii, m.in. pierwszoklasistom II LO w Krośnie, że „LGBT to ruch opłacany przez sekty”, że „osobom transpłciowym należy się pomoc psychiatryczna”, że Robert Biedroń „nie jest gejem, tylko udaje, żeby zdobyć głosy” oraz że zwolennicy gender „nie wahają się przeprowadzać eksperymentów na dzieciach”.

Powszechne oburzenie wzbudził happening Dariusza Mateckiego, zatrudnionego w Ministerstwie Sprawiedliwości kandydata PiS na posła, który w obronie katolickich rodzin wezwał do zdezynfekowania placu, gdzie zbierali się uczestnicy parady równości w Szczecinie. Okazało się, że pomysł „oczyszczenia z zanieczyszczeń i szkodników” pochodzi od tamtejszego księdza Tomasza Kancelarczyka, który przecież nie wychyliłby się z taką podłością, gdyby nie równie niegodziwa wypowiedź abp Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. Arcybiskup natomiast nie palnąłby zapewne podobnej nikczemności, gdyby nie usłyszał opinii swojego wielkiego donatora i wspólnika w dziele rechrystianizacji Jarosława Kaczyńskiego, który wyznacza dziś kolejnych śmiertelnych wrogów – swoich, swojej partii, Polski i Kościoła przy okazji.

Pomysł wskazania ludzi spod tęczowego sztandaru jako odpowiedzialnych za wszelkie zło tego świata nie jest nowy, oskarżenia takie padały w sąsiednim zachodnim kraju już prawie 90 lat temu, a ich skutek był koszmarny. Tym razem jednak mam wrażenie, że natchnienie przyszło ze wschodu, z putinowskiej Rosji, gdzie ostrzegają turystów, by nie nosili się zbyt kolorowo, a już broń Boże, żeby mężczyźni nie smarowali publicznie ust ochronną pomadką wazelinową, bo to skutkuje poważnym uszkodzeniem ciała. Skrajnie homofobiczna Rosja wydaje się bliska sercu Kaczyńskiego, nie tylko dlatego, że domagając się dawno zapłaconych reparacji od Niemiec nie zażądał od Putina odszkodowania za dziesięciolecia realnej okupacji, za masowe mordy i rabunek polskiego mienia. Również dlatego, że zdaje się garściami czerpać z doświadczeń tamtejszej demokracji, odwzorowując szczegóły ich zamordystycznej definicji wolności.

Metropolita rosyjskiego Tweru Sawwa postanowił niedawno ustrzec swoich wiernych przed zgubnymi skutkami cudzołóstwa i alkoholizmu i w tym celu wzniósł się nad swoje miasto samolotem, by skropić mieszkańców 70 litrami wody święconej. Skuteczność takiej formy umacniania „rządu dusz” jest równie wątpliwa, jak efektywność starań Jarosława Kaczyńskiego o wrobienie Polaków w wyniszczającą batalię o Wolność w wersji kalekiej i absurdalnej. Różnica jest taka, że polska koncepcja obrony społeczeństwa przed szkodliwymi miazmatami i grzesznymi nawykami wyróżnia się bardziej dojrzałym cynizmem i znacznie bezczelniejszą arogancją.

Program PiS: zamordyzm, a jak nie, to do ciupy lub won z kraju

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Program PiS tutaj czytaj >>>

Podczas kolejnej konwencji PiS w Łodzi Jarosław Kaczyński ponownie nawiązał do tematu rodziny. Zebrani usłyszeli, że „normalną” rodzinę tworzą tylko mężczyzna, kobieta i ich potomstwo. – „Prawo i Sprawiedliwość stoi na straży polskiej rodziny. Stoi też na straży normalności i czegoś, co by można było określić jako zgodność z naturą” – grzmiał w Łodzi Kaczyński.

Oczywiście, w przemówieniu nie mogło zabraknąć nawiązania do chrześcijaństwa. Według prezesa PiS, „rodzina, czy to się komuś podoba czy nie, wyrasta z chrześcijaństwa.”

Na szczególną uwagę zasługuje jednak inne zdanie z wypowiedzi Kaczyńskiego. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, że kierowana przez niego partia charakteryzuje się dużą dozą tolerancji. – „My jesteśmy tolerancyjni, to jest cecha naszego narodu. I to jest cecha także naszej formacji, ale mówiłem już: tolerancja tak, ale afirmacja wszystkiego, co każdemu do głowy przyjdzie, nie” – przekonywał Kaczyński. To dość zaskakująca deklaracja szefa partii, dla której członków każda odmienność jest anomalią i patologią, a zapobieganie przemocy w polskiej rodzinie jest atakiem na wartości chrześcijańskiej rodziny.

Wreszcie, na miesiąc przed wyborami, PiS raczyło przedstawić swój program.   Na 232 stronach jest on szczegółowo rozpisany, a główne założenia omówiono na konwencji w Łodzi.

Rozdział 1 czyli „Wartości i zasady” to odwołanie się do Kościoła i jego nauki, który jest jedynym uprawnionym do głoszenia zasad moralnych. Rozdział 2 „Diagnoza. Od postkomunizmu do polskiego modelu nowoczesnego państwa dobrobytu” to nic innego jak obrażanie przeciwników politycznych i określenie rządów PO/PSL „późnym postkomunizmem”, co świetnie spuentował Radosław Sikorski, który chciałby „zobaczyć jak Piotrowicz mówi Borusewiczowi, że PO to postkomuna. Ciekawe, czy Kaczyński wierzy we własne kłamstwa”.

Rozdział 3 „Dokonania i plany”, gdzie zaprezentowano nam zbiór kłamstw, dotyczących niszczeniu mediów publicznych, które teraz PiS ratuje, reformy sądownictwa, bardziej będącą deformą. Nie zapomniano tu obwieścić sukcesu w służbie zdrowia, w której tak polepszono warunki pracy, że pielęgniarki rzucają robotę zagranicą i hurtem wracają czy też sukcesu w postaci 500 Plus dla niepełnosprawnych, czemu zaprzecza nawet Agnieszka Dudzińska, kandydatka PiS na Rzecznika Praw Dziecka, pisząc na Twitterze, że „nie ma żadnego 500 Plus dla niepełnosprawnych! Niepotrzebna manipulacja wyborcza. (…) Po co drażnić najsłabszych?”.

No i ostatni rozdział, numer 4 pod hasłem „Wyzwania”., gdzie PiS zaprezentowało działania, które podejmie jak tylko wygra wybory. Jest więc o powstrzymaniu ideologii gender, obronie Rodziny i dalszej „naprawie” sądownictwa. Wielki niepokój budzi też pomysł wzięcia się za dziennikarzy. PiS-owi zamarzyło się, by „ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa”.

Takie postawienie sprawy to nic innego jak przejęcie całkowitej kontroli nad dziennikarzami i słusznie Roman Imielski zwraca uwagę, że „nie lekceważyłbym zapisanej w programie PiS ustawy o zawodzie dziennikarza. Jak nie wyjdzie z repolonizacją czy dekoncentracją, będzie wycinanie ludzi z zawodu albo prześladowanie ich administracyjnymi karami”.

Oj, będzie się działo, a pod płaszczykiem „prawdziwej demokracji” PiS będzie ciężko pracować nad utrwaleniem jednowładztwa. Jak zauważył jeden z internautów ten pakiet programowy to nic innego jak „korea północna coraz bliżej, każdy może mówić i robić co chce tylko żeby było zgodne z ideologią partii /pis/. Niech nam żyje KIM Jarosław słońce narodu i jego marionetki/to haslo przyszłości /”.

Oto nasz program, który opracowali najlepsi eksperci. Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej.

Kochani Polcy i Polaki, obiecujemy wam, że w ramach wstawania z kolan odbudujemy Stocznię Gdańską, w której zlepimy taśmą masowiec SS „Sołdek 2”.

Nie poprzestaniemy na tym. Odbudujemy jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które były źródłem szczęścia i pomyślności naszych ojców, a które zabrała wam Platforma Obywatelska.

W Warszawie odbudujemy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu i natychmiast zaczniemy w niej produkować elektryczne limuzyny Polonez. Już dziś uruchamiamy system przedpłat i talonów, by dać pierwszeństwo w zakupie bojownikom o Dobrą Zmianę i zasłużonym uczestnikom Wielkich Wyjazdów na Węgry.

Odbudujemy PGR-y, Koła Gospodyń Wiejskich, przywrócimy kartki na mięso i co miesiąc damy dodatkowy kilogram woł-ciel z kością na każde dziecko.

W Bielsku-Białej i Łodzi odbudujemy zniszczony przez Tuska przemysł włókienniczy i wznowimy produkcję krempliny tłoczonej w mrozy, z której będziemy szyć garnitury i garsonki, by nasi obywatele wyglądali równie modnie i elegancko, jak pan prezes czy Beata Szydło.

W Chorzowie odbudujemy zlikwidowaną przez PO Hutę Kościuszko i wznowimy w niej produkcję rur żeliwnych.

A w Wałbrzychu znów uruchomimy windy w szybach kopalni Chrobry, którą liberałowie pozbawili złóż. Nasz rząd już zwiększył import węgla, który teraz jedzie do nas pociągami z Rosji i płynie statkami z Afryki. Po przeładowaniu w Gdańsku przewieziemy czarne złoto do Wałbrzycha i wrzucimy je do kopalni Chrobry, skąd wydobędą je nasi górnicy.

Co jeszcze warto odbudować, Drodzy Polcy i Polaki? Co jeszcze chcielibyście wskrzesić spośród rzeczy, których pozbawiła was zdradziecka Platforma Obywatelska? Może audiofilskie magnetofony Kasprzak? Może wodę kwiatową „Być może”? Gospodarskie wizyty I sekretarza Komitetu Centralnego? Festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu? Albo Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk?

W najbliższych tygodniach nasi kandydaci odwiedzą wszystkie gminy, by spotkać się z wami i zapytać, co jeszcze trzeba odbudować. Głęboko wierzymy, że wspólnie zdołamy odbudować drugą Polskę. Pomożecie?

PiS to taki syf, który obecnie rządzi w Polsce

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.

Beacie Szydło porażka się należała

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Patologiczne CBA

Czy osoby skazane powinny zajmować się ściganiem przestępstw i patologii państwa? Do tej pory odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista, jednak praktyki kadrowe CBA całkowicie zmieniły optykę na powyższe zagadnienie. Chodzi o obecnego dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA. To były funkcjonariusz policji skazany przez sąd rejonowy jak na ironię dla misji instytucji za bezprawne przejęcie służbowego mieszkania. Jego obecność w służbie wzbudziła duże kontrowersje i stała się symbolem szkodliwej polityki kadrowej biura. Okazuje się bowiem, że o karierze i awansie w CBA obecnie decydują nie kompetencje, lecz znajomości z wiceszefem Biura Bogdanem Sakowiczem.

Bogdan Sakowicz choć z wykształcenia jest historykiem, to zdołał zdobyć całkowitą kontrolę nad polityką kadrową CBA. Swoją pozycję zawdzięcza Maciejowi Wąsikowi, zastępcy koordynatora do spraw służb specjalnych, za którego to zaufanego człowieka uchodzi. Mimo niższej funkcji to on ma realnie kontrolować szefa biura Ernesta Bejdę. To ona miał także doprowadzić do marginalizacji znaczenia Grzegorza Ocieczka, zastępcy szefa CBA.

To właśnie jego działania miały doprowadzić do przyjmowania ludzi bez doświadczenia do służby i rosnących napięć między pracownikami, trącymi motywację do dalszej pracy w warunkach braku perspektyw rozwoju.

Jego udziałem było także wprowadzenie Piotra K. na funkcję dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA zasłaniając się tym, że ciążący na nim wyrok jest nieprawomocny. Sprawa jednak była istotna dla celu istnienia biura, ponieważ bezprawne przejęcie służbowego mieszkania powinno dyskwalifikować z pracy w organie nadzorującym.

Gazeta wylicza jednak, że to nie koniec, ponieważ dochodziło do zatrudniania ludzie bez wyższego wykształcenia na stanowiska z takim wymogiem, czy przyjęcia do pracy osoby figurującej jako współpracownik SB.

Opisane zdarzenia pokazują, że CBA brakuje dziś mandatu do rozliczania państwa z patologii. Jak instytucja ma być w swojej roli wiarygodna, jeśli z zarzutów nie oczyścili się jej pracownicy, a prowadzone rekrutacje łamią zasady przejrzystości i obowiązujące przepisy. Jest to rażący przykład podwójnych standardów, który nieuchronnie podważą antykorupcyjną misję biura.

Duda, Falenta, Morawiecki – kumple.

Xerofas

Zbigniew Hołdys skomentował wystąpienie prezydent Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Prezydent zaatakował w obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa sędziów Sądu Najwyższego.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

ALARM! Dobry Znajomy premiera, miliarder Tomasz Misiak chce zakazać sprzedaży książki „Morawiecki i jego tajemnice”. Misiak twierdzi, że obrażają go informacje o jego powiązaniach z Mateuszem Morawieckim, Markiem Falentą i Rosją” – napisał na Facebooku Tomasz Piątek autor książki „Morawiecki i jego tajemnice”.

Okazało się bowiem, że – choć trafiła już ona na półki księgarskie – do sądu wpłynął właśnie wniosek o zakazanie jej sprzedaży. Nie złożył go jednak ani sam premier, ani nikt…

View original post 433 słowa więcej