Mściwój Duda

„Nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd dla obywateli. To wynika z Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą Konstytucji w ten sposób czytać. Nie są elitą polskiego społeczeństwa, uzurpują sobie tę nazwę. Dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakże to nazwać inaczej?” – te słowa prezydenta zarejestrowała kamera OKO.press. Byliśmy na spotkaniu z Dudą

„Stary układ mocno się trzyma, wciąż ma władzę nad ludźmi i nie chce pozwolić zabrać sobie przywilejów. Dlatego przywrócenie w Polsce sprawiedliwych sądów jest tak trudne – mówił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego w środę 11 grudnia 2019. Aż cały się prężył i kręcił w charakterystyczny sposób głową.

Był tam z kamerą Robert Kowalski, twórca relacji filmowych OKO.press, z których powstały już trzy pełnometrażowe dokumenty.

Robert Kowalski: „Prezydent zaczął wizytę w Nowym Mieście Lubawskim od udziału w poświęceniu nowej hali fabryki »Szynaka Meble«.  Z mieszkańcami spotkał się w hali sportowej, było może 300 osób.

Duda podkreślał z dumą, że jest drugą po Piłsudskim głową państwa, która odwiedza to miasto. „Piłsudski i teraz ja”.

Przemawiał blisko pół godziny, był pełen energii, łapał kontakt z salą. Czuło się, że to kampania kandydata na prezydenta. Podkreślał, jak mu zależy na losie ludzi.

To go skłoniło, by zostać prezydentem. Żeby ludziom żyło się lepiej. Zrobi wszystko, żeby w 2020 roku była 13. emerytura. A zwykłe emerytury nie mogą rosnąć »o przysłowiowe 10 zł«, ale o minimum o 70 zł, żeby to poczuć w ręku”.

Zdziwiło mnie to, bo nie znam żadnego przysłowia o 10 zł.

Z największym zapałem mówił jednak Duda o sędziach. W konkluzji powiedział, że są dwie najważniejsze rzeczy dla ludzi i dla niego, jako prezydenta: żeby poprawić warunki bytowe ludzi i żeby sądy były sprawiedliwe. Bez tego drugiego, to pierwsze się nie uda.

Miałem wrażenie, że prezydent napuszcza ludzi na sędziów, zrzucał na nich winy za to, że ludziom  żyje się ciężko. Musiało chyba wyjść mu z badań, że to się może opłacać. Gdy obserwowałem go w Jarocinie 6 listopada 2019, koncentrował się jeszcze na 500 plus i że dzięki PiS żyje się lepiej – opowiada Kowalski.

Dostał wielkie brawa.

Duma z Dudy. Wzruszają się do łez

Kowalski: Wszyscy ludzie, z którymi rozmawiałem wyrażali dumę z Dudy. Młody rolnik mówił mi, że wzrusza się nawet do łez słuchając prezydenta. Bo jego słowa płyną z serca i wygłasza je z pasją.

A który fragment cię najbardziej wzruszył? – dopytałem.

Jak mówił, że będzie walczył ze złodziejstwem.

A co, jest złodziejstwo?

Kradną, kradli i będą kradli.

Inni ludzie mówili, że na arenie międzynarodowej prezydent Duda jest pierwszy. Że przynosi nam dumę. Wspaniale zna języki.

Parę pań i panów, w tym małżeństwo pod sześćdziesiątkę, podkreślało, że Duda dba o rodzinę. Nie używali słowa „gej” czy „LGBT”:

„Nie mam nic przeciwko tamtym, nawet mam ich wśród znajomych, ale tu trzeba pilnować tradycyjnej polskiej rodziny”.

Jeden pan powiedział, że Duda ostatecznie zdobył jego serce, jak się rzucił po upadającą hostię.

Prezydent miał czas dla każdego, kto chciał do niego podejść. Wziął na ręce dzieciaka, ale ten zaczął wrzeszczeć – opowiada Kowalski.

Prezydent zorkiestrowany z dyscyplinowaniem sądów

Duda ostro zaatakował „kastę sędziowską” już 20 listopada 2019 na spotkaniu w Brojcach w powiecie gryfickim. Niemal wykrzyczał tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

„Mam nadzieję, że nikt nie odważy się dalej psuć wymiaru sprawiedliwości” – oskarżał sędziów SN o powiązania z komunistycznym reżimem, korupcję i celowe wprowadzanie w błąd Trybunału Sprawiedliwości UE. „Byli panami życia i śmierci” – podnosił głos.

Ten ton Dudy wpisuje się w represyjne działania, jakie podejmuje PiS wobec sędziów zwłaszcza tych, którzy stosują się do wyroku TSUE z 19 listopada i orzeczenia Izby Pracy SN 5 grudnia 2019, jak Paweł Juszczyszyn z Olsztyna czy trójka z Katowic: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina. Rzecznik dyscyplinarny Ziobry z dnia na dzień zakłada im dyscyplinarki.

Nagonka prezydenta na sędziów wpisuje się też w projekt „ustawy dyscyplinującej”. Wzmacnia on pozycję prezydenta, m.in. dając mu prawo do uznania wyboru I Prezesa SN za bezprawny i stwierdzając, że akt powołania sędziego przez prezydenta jest ostateczny i „sanuje” (uzdrawia) wszystkie wcześniejsze nieprawidłowości.

Poniżej 5-minut wystąpienia Dudy na spotkaniu w Nowym Mieście Lubawskim 11 grudnia 2019 i spisane cztery fragmenty.

Duda w Nowym Mieście Lubawskim: Sędziowie nie są żadną elitą

„Przywrócenie w Polsce sprawiedliwości w znaczeniu przywrócenia w Polsce sprawiedliwych sądów, jak widzicie państwo, jest bardzo trudne. Ponieważ tam ten stary układ bardzo mocno się trzyma. I nie chce pozwolić sobie na to, aby zabrać im przywilejów i tej władzy, do której doszli nad ludźmi.

Ale muszą zrozumieć, że ich praca to także służba dla Rzeczypospolitej, a przede wszystkim dla polskich obywateli i że to jest najważniejsze i że nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd jest dla obywateli i że sędzia służy, służy ludziom i służy Rzeczypospolitej.

Tak proszę państwa, to jasno wynika z zasad polskiej Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą tej Konstytucji w ten sposób czytać, na tym polega właśnie największy problem, że niestety sami w ten sposób zaprzeczają, że są prawdziwą elitą polskiego społeczeństwa.

Uzurpują sobie tę nazwę. Bardzo przykro mi jest to powiedzieć. Prawdziwa elita dba o interesy zwykłych ludzi, bo jest do tego zobowiązana, to właśnie dlatego może się nazywać elitą, że stanowi przykład dla innych, pozytywny, a nie negatywny.

Gdyby było inaczej, to ocena wymiaru sprawiedliwości społeczna nie byłaby taka z jaką się spotykamy, że zdecydowana większość Polaków fatalnie wyraża się o wymiarze sprawiedliwości, o tym jak on działa i o tym czy polskie sądy są sprawiedliwe.

Duda: Jak ci sędziowie mogą?!

Jak nigdy nie zrozumiem tego, jak sędziowie Sądu Najwyższego mogli orzekać w tym samym sądzie, w którym obok nich siedział sędzia, co do którego, do dzisiaj możecie państwo wysłuchać w internecie, jak dyskutuje, jak załatwić sprawę w Sądzie Najwyższym.

I taki człowiek orzeka razem z nimi i im to nie przeszkadza.

Nie wyciąga się wobec niego żadnych konsekwencji. Nawet w tym sensie koleżeńskim, a potem dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakżeż to nazwać inaczej? Jeżeli jest taka obrona niesprawiedliwie uzyskanych przywilejów w postaci ewidentnej nietykalności i niemożności wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji i prawnych i dyscyplinarnych.

Bo sami wobec siebie nie umieją żadnych konsekwencji wyciągnąć.

Duda: Z takimi sędziami nie będzie sprawiedliwości

To jest proszę państwa coś, czego jeżeli nie przerwiemy, to Polska nigdy nie będzie państwem sprawiedliwości. Nigdy. I zasada sprawiedliwości wyrażana w polskiej Konstytucji zawsze będzie zasadą pustą. Trzeba ją wreszcie wypełnić treścią, a wypełnienie jej treścią wymaga zmian.

Dopiero po tych zmianach Polska naprawdę będzie mogła stać się państwem sprawiedliwym.

Wielu ludzi na zachodzie Europy nie rozumie tego, nie są w stanie zrozumieć tych procesów, ponieważ mają inną mentalność. Dla nich sędzia to jest niewyobrażalne, żeby dopuścił się czegoś takiego, jest niewyobrażalne, żeby

w internecie można było wysłuchać nagrań z propozycjami korupcyjnymi i kiedy rączka rączkę myje, że się sędziowie dogadują między sobą, jak będą sprawy załatwiali, kolesiosko. To jest coś niewyobrażalnego.

Kiedy mówi się tym ludziom, że coś takiego w Polsce ma miejsce, oni w to nie wierzą. Mówią, że to jest niemożliwe. Tymczasem każdy może tego wysłuchać w internecie, wystarczy sobie wpisać w wyszukiwarce internetowej „korupcja w Sądzie Najwyższym”, jeżeli państwo macie wątpliwości, proszę sobie wpisać na swoich urządzeniach mobilnych, na swoich komputerach i posłucha, o czym w 2014 roku rozmawiali państwo sędziowie.

Na najwyższym możliwym poziomie władzy sędziowskiej.

Duda: Musicie nam pomóc skończyć z takimi sędziami

Ten system musi, proszę państwa, zostać zmieniony i do tego konieczne jest wsparcie ze strony państwa, zwykłych obywateli, bo jeżeli tego wsparcia nie będzie, to nadal będziemy wszyscy razem żyli w tym postkomunistycznym systemie, bo to są postkomunistyczne obyczaje, w których jest grupa nietykalnych, których nie wolno dotknąć, tak jak nietykalni byli przed 89 rokiem.

Chcieliśmy to wtedy zmienić i 30 lat cały czas trwa to samo. Czas proszę państwa na to, aby to się wreszcie skończyło.

Jestem przekonany, że większość polskiego społeczeństwa, większość ludzi w Polsce tego właśnie oczekuje.

Proszę, żebyście państwo wyraźnie o tym mówili. To jest chyba najważniejsza misja na najbliższe lata naprawy Rzeczypospolitej, obok poprawy tych zwykłych warunków bytowych ludzi. Proszę, żebyście państwo takie właśnie zmiany w Rzeczypospolitej wspierali.

Jeszcze raz państwu bardzo dziękuję, dziękuję za państwa codzienny trud pracy dla Rzeczypospolitej.

Olga Tokarczuk w piątek wróciła do Polski. Na Lotnisku Chopina w Warszawie przygotowanie dla niej specjalne powitanie: salut wodny.

Olga Tokarczuk po odebraniu Nobla i pobycie w Szwecji, wróciła do Polski. Jej powrót krótko zrelacjonowały służby prasowe Lotniska Chopina w Warszawie. Zaczęło się od zdjęcia samolotu, którym noblistka wróciła do kraju i informacji „Flight #Nobel18 has landed”.

Dopiero później pochwalono się, że powitanie było daleko odbiegające od standardowego. Otóż noblistka została powitana salutem wodnym, organizowanym na specjalne okazje. Samolot z Olgą Tokarczuk podczas lądowania przejechał pod łukiem wodnym, stworzonym przez dwa wozy.

Olga Tokarczuk jest więc już w Polsce, może noblistka znajdzie czas, by na przykład nadgonić wieści z kraju. Szczególnie może zainteresować ją np. teoria posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który stwierdził, że przedstawiciel Akademii Szwedzkiej zmarnował szansę, by podczas wygłaszania laudacji dla niej, przeprosić Polaków za „potop szwedzki”.

Liczby nie pozostawiaj wątpliwości – od 1989 roku religijność Polaków spada na łeb na szyję. W tym samym czasie jeszcze szybciej rośnie liczba posłów, którzy po przysiędze poselskiej dodają „Tak mi dopomóż Bóg” – w 1989 początku było ich ledwie 15 proc., dziś jest to aż 79 proc., czyli prawie wszyscy. Dlaczego nasz naród, jeszcze niedawno był tak bogobojny, porzuca wiarę? Dlaczego politycy idą w przeciwnym kierunku?

Antoni Macierewicz czy Andrzej Gwiazda mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Partia rządząca przygotowała Polakom prezent z okazji 38 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. To kolejna nowelizacja ustaw o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Jak ustawa przejdzie, a przejdzie na bank, to sędziowie będą mieli dyscyplinarki za podważenie statusu innego sędziego (tego z nominacji Ziobry oczywiście), za działania zgodne z prawem europejskim i zatwierdzonym przez TSUE, ale niepotwierdzonym przez pisowski Trybunał Konstytucyjny, za działania podważające pisowski wymiar sprawiedliwości, działania o charakterze politycznym i uchybienie godności sądu, oczywiście podług kryteriów Ziobry i PiS. Niepokornym sędziom będzie groziła kara finansowa, przeniesienie lub usunięcie z zawodu.

I tak drodzy Państwo, historia zatoczyła koło. 38 lat temu władza wprowadziła stan wojenny, by założyć kaganiec na wolność słowa, wolną myśl i marzenia o godnym życiu w wolnej Polsce. Dzisiaj władza robi to samo. Fakt, nie strzela do nas, nie wyprowadza czołgów, ale prześladuje obywateli, którzy buntują się przeciwko tej wizji Polski, jaką nam prezes ze swoimi kolesiami funduje. Próbuje zamknąć nam usta. Likwiduje ostatni bastion, stojący na straży trójpodziału władzy, czyli właśnie wymiar sprawiedliwości, dążąc do całkowitego jego podporządkowania. Kłamie i przekonuje, że to dla naszego dobra, że ona wie lepiej, co nam potrzeba i takie kolejne tam ble ble ble.

Właśnie teraz, w rocznicę tragedii 1981 roku, przyglądam się bacznie tym, którzy w tamtej Polsce byli bohaterami, a teraz… kim są? Kim jest dzisiaj Antoni Macierewicz, Andrzej Gwiazda, Mariusz Kamiński, Ryszard Terlecki, Piotr Gliński, Marek Kuchciński i wielu, wielu innych, skupionych wokół prezesa Kaczyńskiego? Za to, co zrobili przed laty, czemu poświęcili swoje życie, wielki szacunek, ale dzisiaj aż mnie mdli, gdy patrzę na ich obecne „dokonania”. Mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Tak. To oni są dzisiaj symbolem Polski, w której prawo przestało znaczyć prawo. Polski pełnej różnych fobii. Polski pomówień, kolesiostwa, agresji, chamstwa, hejtu. To oni dzisiaj chcą nas przekonać do swojej wersji historii, w której bohaterami są tylko oni i tzw. pisolubni. Historii, w której nie ma miejsca dla Wałęsy, Frasyniuka, Kuronia, Mazowieckiego i wielu wybitnych tamtego czasu. To oni mają dzisiaj patent na to, kto ma prawo żyć w naszym kraju i jak ma żyć. Dzielą nas na lepszych i gorszych Polaków, nasyłają policję na niepokornych, chcą za wszelką cenę odebrać nam tę wolność, która była dla nich tak ważna, a teraz jest tylko pustym słowem. Tak jakby nagle diabeł ogonem zamieszał i zapomnieli o wszystkim, co kiedyś było dla nich ważne.

Można powtórzyć za Sławą Przybylską „Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Czas zatarł ślad”, bo rzeczywiście… ich już nie ma. Pożarło ich własne ego i pragnienie władzy. Wbili się dumnie na piedestał, rzucili w objęcia manii wielkości i dzisiaj szaleją, wprowadzając nas na drogę autorytaryzmu (w najlepszym przypadku). Kiedyś, w niedalekiej przyszłości młodzi Polacy zapamiętają z lekcji historii o nich tylko to, że tak chwalebnie zaczęli, a tak żałośnie, marnie skończyli.

Przepraszam, ale ja takim „bohaterom” dziękuję. Tak jak i dziękuję tej „Solidarności” pod skrzydłami pana Piotra Dudy, która skutecznie podeptała wszystko to, co leżało u podstaw wielkiego ruchu 1980 roku. Dzisiaj oni wszyscy, ci „krętacze” historii będą się pławić w samouwielbieniu, pełni uznania dla własnych dokonań i w wierze, że tylko oni zasługują na pamięć i szacunek. Będą składać wieńce, uczestniczyć w mszach i modlić się o swoją Polskę. Swoją, ale już nie naszą. Wspólną, sprawiedliwą i praworządną.

Prusak Ziobro, prostak Duda i inne pisizmy obnażane przez Donalda Tuska i prof. Zajadło

Dlaczego PiS-owi podoba się instytucja Rechtsbeugung? Przy pewnej interpretacji nadaje się wręcz modelowo do politycznego sterowania wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była wykorzystywana w niemieckiej historii

Obecnie rządzący mają pewną dziwną manierę – dokonują w polskim systemie prawa pewnych, niekiedy bardzo kontrowersyjnych zmian, a następnie próbują na siłę udowodnić, że są to rozwiązania powszechnie stosowane w innych państwach europejskich. Takie uzasadnienie ma jakby dodatkowo legitymizować racjonalność tych legislacyjnych propozycji, a zwłaszcza podkreślać ich rzekomą zgodność z europejską kulturą prawną.

Zupełnie abstrahuje się jednak przy tym od tylko pozornego podobieństwa tych propozycji do regulacji przyjętych w innych państwach, a przede wszystkim od kontekstu tradycji i kultury politycznej, w których one tam funkcjonują.

Typowym przykładem było stworzenie nowego systemu kreacji sędziowskiej części Krajowej Rady Sądownictwa (słusznej nazywanej przez większość środowiska prawniczego neo-KRS), a w konsekwencji także do pewnego stopnia nowego systemu nominacji sędziów i oceny ich orzecznictwa.

Ostatnio ta perwersyjna implantologia prawna przybrała jednak zupełnie nowy wymiar. Oto bowiem prasa („Dziennik Gazeta Prawna” z 2 grudnia 2019) doniosła o planowanej regulacji wprowadzającej karno-prawną odpowiedzialność sędziów za wydane orzeczenia – miałaby ona być wzorowana na rozwiązaniach niemieckich (§ 339 niemieckiego kodeksu karnego, Strafgesetzbuch – StGB) i/lub francuskich (art. 10 ustawy o statusie sądownictwa).

Na szczególnie krytyczną uwagę zasługuje moim zdaniem zwłaszcza pierwsza z tych propozycji, a chodzi o następujący przepis StGB: „Sędzia, inna osoba sprawująca urząd publiczny lub arbiter, który jest winien naginania prawa na korzyść lub niekorzyść jednej ze stron w prowadzonym postępowaniu lub wydanym orzeczeniu w sprawie prawnej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do pięciu lat”.

Ktoś tu niewiele wie

Wszystko wskazuje na to, że pomysłodawcy wprowadzenia do polskiego systemu prawa tego specyficznego przestępstwa określanego w skrócie mianem „naginania prawa” (niem. Rechtsbeugung) mają dosyć blade pojęcie na temat istoty tej instytucji. Chyba niewiele wiedzą:

  • po pierwsze, na temat jej genezy i miejsca w historii niemieckiego prawa karnego;
  • po drugie, na temat kontrowersji, które zawsze wywoływała i do dziś wywołuje w niemieckiej dogmatyce prawa karnego materialnego i procesowego;
  • po trzecie, na temat celów, w których była/nie była  wykorzystywana w niemieckiej praktyce prawnej;
  • po czwarte, na temat gigantycznej literatury prawniczej i orzecznictwa sądowego, którymi obrosła.

Planowany prawny implant wydaje się więc być przypadkiem „lekarza” działającego bez należytego rozeznania zarówno istoty wszczepianego „organu”, jak i stanu zdrowia „pacjenta” oraz potrzebnej mu „terapii”.

Ograniczone ramy tego felietonu nie pozwalają na szczegółowe omówienie wszystkich podnoszonych w niemieckiej literaturze prawniczej wątpliwości i kontrowersji, skupmy się więc tylko na niektórych z nich.

Już na wstępie możemy się jednak domyślać, dlaczego PiS-owi bez bliższego rozeznania problemu podoba się instytucja Rechtsbeugung – przy pewnej interpretacji nadaje się ona bowiem wręcz modelowo na polityczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była ona wykorzystywana w niemieckiej historii.

Trafnie podsumował to niemiecki uczony Ingo Müller, profesor prawa i procesu karnego, a przy tym wybitny krytyczny badacz perwersji nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości: „Stan faktyczny naginania prawa był wykorzystywany, w zależności od potrzeb, zarówno po to, by dyscyplinować niechcianych kolegów [tj. głównie sędziów, ale także prokuratorów – JZ], ale także po to, by immunizować sędziów przed jakimikolwiek zarzutami karno-prawnymi”.

Groźba politycznej instrumentalizacji

Po pierwsze, pojęcie Rechtsbeugung pojawiło się w niemieckim prawie karnym w połowie XIX. wieku, następnie zostało przyjęte w kodeksie karnym z 1871 roku i tak przetrwało różne próby reform aż do dnia dzisiejszego (wcześniej był to § 336, od 1998 roku § 339 StGB).

Pewną ciekawostką może być to, że prawdopodobnie zostało przejęte z języka biblijnego, takim terminem Recht beugen  (naginać prawo) posłużył się bowiem Marcin Luther w swoim tłumaczeniu Księgi Powtórzonego Prawa (27, 19; na marginesie w polskim wydaniu pojawia się zwrot „łamie prawo”, a nie „nagina prawo”, a to zdecydowanie nie jest to samo). Przeniesienie tak niedookreślonego i nieprecyzyjnego pojęcia do języka prawnego musiało zrodzić problemy.

Już pobieżna lektura przepisu § 339 StGB może budzić cały szereg wątpliwości interpretacyjnych.

Czymże bowiem jest w swojej istocie „naginanie” ze skutkiem określonym w tym przepisie – każdym błędnym zastosowaniem/wykładnią prawa, czy wyłącznie czymś znacznie dalej idącym i poważniejszym, a jeśli tak – to czym?

W jakim zamiarze musi działać sędzia, by postawić mu zarzut Rechtsbeung – wyłącznie w zamiarze bezpośrednim, czy też może także w zamiarze ewentualnym?

Jaką teorią uzasadnić istotę stosunku sprawcy do czynu – subiektywną, obiektywną, mieszaną? Czy Rechtsbeugung dotyczy tylko nagięcia prawa materialnego, czy także formalnego?

Co się dzieje w sytuacji, gdy sąd działał w składzie kolegialnym – odpowiedzialni są tylko sędziowie głosujący za orzeczeniem, czy wszyscy?

Jak to ustalić wobec tajemnicy narady sędziowskiej w sytuacji, gdy wszyscy złożyli swój podpis pod orzeczeniem, a żaden nie złożył zdania odrębnego? Itd. itp. Wprawdzie w ostatnich latach szereg z tych kontrowersji rozstrzygnięto w tę czy w drugą stronę i doprecyzowano ekstraordynaryjny charakter Rechtsbeugung, ale i tak litania wątpliwości zgłaszanych w licznych publikacjach w niemieckiej literaturze prawniczej i w orzecznictwie sądowym w zasadzie nie ma końca.

Po drugie, na te problemy dogmatyczne nakłada się też pewna fundamentalna kwestia ustrojowa. Zgodnie z art. 20 ust. 3 niemieckiej Ustawy Zasadniczej z 1949 roku (de facto konstytucji w powszechnym rozumieniu – Grundgesetz (GG)) „władza wykonawcza i sądownicza są związane ustawą i prawem”.

W ramach trójpodziału władzy towarzyszą temu zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów. I tutaj pojawia się u niektórych niemieckich komentatorów pewna wątpliwość: czy w związku z tym da się pogodzić groźbę odpowiedzialności za popełnianie Rechtsbeugung z niezawisłością sędziowską?

W powszechnej opinii nie ma tutaj sprzeczności – w demokratycznym państwie prawa § 339 StGB powinien stanowić dodatkowe wzmocnienie art. 20 ust. 3 GG, wyznaczając sędziemu pewne granice, których nie może przekroczyć pod groźbą odpowiedzialności karnej. Pod warunkiem wszakże, że jest poprawnie stosowany i interpretowany, a nie politycznie instrumentalizowany.

Nie zmienia to jednak faktu, że Rechtbeugung jest instytucją specyficznie niemiecką i trudno odnaleźć jej bezpośredni odpowiednik w kodeksach karnych współczesnym państw europejskich.

Jeśli zdarzyłby się jakiś wyjątek, który umknął mojej uwadze, to potwierdza on tylko regułę – najczęściej zawarte są tam jedynie regulacje zbliżone do przepisu art. 231 polskiego kodeksu karnego (nadużycie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego).

Po trzecie wreszcie i najważniejsze, stosowanie i wykładnia Rechtsbeugung może zależeć w dużej mierze od woli politycznej i wpisywać się idealnie w pewien model relacji pomiędzy polityką i prawem.

Mówiąc wprost – jest to niebezpieczny instrument do łatwej politycznej instrumentalizacji sędziów i prokuratorów, a taki jest przecież sens całej PiS-owskiej tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości.

Bat na sędziów z NRD

Spójrzmy na doświadczenia niemieckie. Po drugiej wojnie światowej od początku lat 50. w niemieckim wymiarze sprawiedliwości nastąpił de facto proces renazyfikacji, a nie denazyfikacji systemu sądownictwa i do urzędów powróciły osoby, które w okresie nazizmu popełniły nie tylko przestępstwa naginania prawa, lecz dopuściły się wręcz ewidentnych zbrodni sądowych. Trudno się więc dziwić, że sprawy dotyczące Rechstbeugung  zdarzały się relatywnie rzadko, a jeśli się już zdarzały, to kończyły się wyrokami uniewinniającymi.

Po zjednoczeniu Niemiec wahadło odbiło w drugą stronę. Wprawdzie Federalny Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń podkreślił, że nie da się porównać NRD z Trzecią Rzeszą, to jednak nie chcąc powtórzyć błędu zaniechania z przełomu lat 50. i 60., na początku lat 90. wytoczono szereg spraw, bardzo często słusznie ale i często niesłusznie z neoficką nadgorliwością, sędziom i prokuratorom z byłej NRD.

W przypadku jednego i drugiego bezprawia, nazistowskiego i komunistycznego, decyzja na tak lub nie Rechtsbeugung była niestety zdeterminowana politycznie.

Konkludując – trzeba bardzo uważać z prawnymi implantami. Dla propisowskich prawników mam dodatkowo informację niezbyt dobrą. Jeśli przyjrzeć się np. przypadkowi sędziego Juszczyszyna, to w mojej ocenie jego orzeczenie ma się nijak do znamion Rechtsbeugung.

Nie byłbym jednak tego już taki pewien w odniesieniu do sędziego Lasoty i jego wniosku dyscyplinarnego w sprawie sędziego Juszczyszyna.

W jeszcze większym stopniu dotyczy to prokuratorów tzw. dobrej zmiany i licznych decyzji w sprawie umorzenia postępowania lub odmowy wszczęcia postępowania. Vide – umorzenie postępowania w sprawie portretów europosłów zawieszonych na szubienicach.

Rechtsbuegung? Niech sobie każdy obywatel, nie tylko prawnik, sam odpowie na to pytanie.

Tak jak byłem sceptyczny co do tegorocznych wyborów – nie mówiłem o tym, żeby nie demobilizować – tak samo jestem przekonany, że system zbudowany przez PiS zapadnie się nawet nie ze względu na skuteczność opozycji, ale pod ciężarem łajdactwa, jakie nam fundują” – powiedział szef Europejskiej Partii Ludowej Donald Tusk w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Według byłego polskiego premiera, „to tylko kwestia przesunięcia w czasie, ale PiS nie będzie rządzić w Polsce za cztery lata”. – „Oni teraz nie spoczną w wysiłkach, by rozwalić system do końca, bo wiedzą, że już stracili władzę. Widać teraz każdego dnia, jak to zaczyna się kruszyć. Proszę sobie wyobrazić, jak z miesiąca na miesiąc będzie narastał ich strach. Strach tych, którzy teraz rozwalają system sędziowski, obrażają sędziów, szantażują ich, wyrzucają z pracy, organizują hejt przeciw nim. Ta władza najzwyczajniej w świecie boi się odpowiedzialności, i słusznie – jest wiele ewidentnych powodów do pociągnięcia wielu funkcjonariuszy tej władzy do odpowiedzialności karnej i procesowej” – stwierdził Tusk.

Były przewodniczący Rady Europejskiej odniósł się do postępowań KE, dotyczących przestrzegania praworządności w Polsce. – „Od pierwszego dnia do dziś miałem i mam ambiwalentny stosunek wobec tego, co robi się w Brukseli względem Polski. Niezależnie od idiotycznej retoryki PiS nikt z nas nie chciałby, żeby Europa zajmowała się Polską jako pacjentem. Trzeba było robić wszystko dla chronienia polskiej reputacji, a z drugiej strony Warszawa robiła bardzo dużo, żeby tę reputację zniszczyć. Gdyby działania Komisji Europejskiej były agresywniejsze, to jeszcze bardziej osłabiałoby naszą reputację, a ich brak jeszcze bardziej ośmielałby PiS do rujnowania tej reputacji. To łamigłówka bez dobrego rozwiązania” – podkreślił.

Wrócił też do jednego z większych kryzysów, który w minionych latach dotknął UE. – „Można się spierać o różne prawne rozwiązania dotyczące np. kontroli napływu migrantów, ale to, co PiS i jego patroni potrafili mówić w czasie kryzysu migracyjnego albo na temat mniejszości seksualnych, to jest po prostu antychrześcijańskie i antydemokratyczne” – powiedział Tusk.

Nawiązał do napisanej przez siebie książki „Szczerze”, która zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu. To zapis jego 5-letniej kadencji jako przewodniczącego RE. – „Oczywiście najwięcej czasu zabierała praca w sprawach unijnych. Nie ukrywam, że emocjonalnie zdecydowanie bardziej przeżywałem to, co dzieje się w Polsce, niż funkcję szefa Rady Europejskiej. Niestety, polska władza dostarczała wystarczająco dużo powodów, żeby przejmować się właściwie każdego dnia”.

Więcej Tuska tutaj >>>

Andrzej Duda przyjął ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza za zamkniętymi drzwiami. Nie w Pałacu Prezydenckim, ale w Belwederze. Zaprzysiężenie nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego obyło się bez dziennikarzy. Ślubowanie złożyli Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina. Z tego grona najwięcej kontrowersji budzi powołanie Stanisława Piotrowicza, który w okresie stanu wojennego był prokuratorem. Andrzej Duda wielokrotnie krytykował sędziów za to, że nie „oczyścili” swojego środowiska po upadku komunizmu. (http://www.tvn24.pl/)

Zobacz, jak to jest, urządziłeś Pan sobie kompromitację na pełną skalę, publiczne kpiny ze swoich dotychczasowych wystąpień, nawet poza granicami kraju. Jak zwierzę z podwiniętym ogonem ze wstydu, w ukryciu, urządzasz Pan tajną przysięgę z „tak mi dopomóż Bóg”.

Tak postępują tylko ludzie zakłamani i nieodpowiedzialni, dla których lizusostwo dla kariery jest przyzwyczajeniem. To dowód na brak samodzielności myślenia i działania, brak autorytetu i dziecinadę. Wykonanie tak podłego zadania prezesa, którego zadowolenie może skutkować wystawieniem grzecznego Andrzejka do wyborów w maju, nie dla wszystkich jest uzasadnieniem.

Wstydź się Pan!

Przynajmniej raz wiesz, jak to jest.

Znaczna część świadomego narodu i sam wstydzę się za Pana, za każdym razem, kiedy tylko otwierasz publicznie usta, aby wykrzyczeć kolejne brednie i kłamstwa albo, pożal się boże, opowiesz Pan dowcip. Nie wiem, jak te pół roku wytrzymam z Panem jako chodzącym przykładem wstydu i kompromitacji Polski. Jednak wspiera mnie przekonanie, że Pana immunitet się skończy. Wiesz Pan dobrze, co mi uczyniłeś. Czekam.

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat…

No i stało się. W Belwederze, z dala od kamer, po cichu, tak jakby z pewnym zawstydzeniem pan Duda zaprzysiągł Piotrowicza i Pawłowicz na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wielkie oburzenie, gniew, mnóstwo pełnych złości komentarzy, a ja pytam, skąd te nerwy?

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat, od czasów, gdy Zjednoczona Prawica – ku chwale Ojczyzny – prowadzi nas w coraz większą przepaść. Trybunał to tylko atrapa, która nawet już nie zachowuje pozorów instytucji demokratycznej. Tak więc naprawdę nie ma się czym entuzjazmować i wydziwiać, że takie „gwiazdy” tam trafiły. Jaki Trybunał, tacy w nim sędziowie.

Przykre jest to, że do rozwalenia Trybunału przyłożyli ręce politycy PO. Wszyscy pamiętamy ostatnie posiedzenia Sejmu przed jesienią 2015 roku. To wówczas wybrano trzech sędziów do TK na miejsce tych, którym kadencja się kończyła, a przy okazji również dwóch, których powinien wybrać dopiero nowy Sejm. „Pięknie” wykorzystał to prezes PiS i jego partia. Otwarto mu drzwi, co pozwoliło pójść dalej w kierunku bezprawia i załatwić sprawę po swojemu. Pisowski Sejm, nie bacząc już na nic, biegiem wybrał sobie swoich 5 sędziów (odrzucając jednocześnie tych trzech legalnie wybranych). Duda równie szybko „namaścił” tę piątkę i po ptakach. Jeszcze przez prawie rok, gdy prezesem był Andrzej Rzepliński Trybunał Konstytucyjny funkcjonował, choć już jego orzeczenia nie były publikowane. Jednak od grudnia 2016, gdy rządy w Trybunale objęła marna prawniczka, ale dobra przyjaciółka prezesa – Julia Przyłębska, instytucja ta stała się atrapą.

Julia Przyłębska wzięła się ostro do roboty, ale tej związanej z remontem, zakupem nowego samochodu, zmianami przepisów związanych z organizacją i trybem postępowania przed Trybunałem, zmianami organizacyjnymi, w tym likwidacją Biura Trybunału Konstytucyjnego. Wzięła też na siebie rolę uroczej gospodyni, witając w progach Trybunału takich gości, jak Zbigniew Ziobro, poseł Arkadiusz Mularczyk, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł czy też Mariusz Kamiński. Spędzała czas na towarzyskich spotkaniach z Jarosławem Kaczyńskim i innymi politykami Zjednoczonej Prawicy. Często odwiedzała też Berlin, by małżonkowi ambasadorowi nie było za nią zbyt tęskno.

Ech, szybko pokazała, że bezstronność, samodzielność i rzetelność sędziowską są jej obce, że liczy się tylko dobry układ z obecną władzą. No cóż, kobieta ambitna, a gdy nie starczyło talentu, gdy wyniki jej dotychczasowej pracy nie znalazły uznania, to co jej pozostało? Wybić się tylko dzięki własnemu urokowi osobistemu, obiecać to i owo, złamać zasady etyki prawniczej oraz zadeklarować bezgraniczną lojalność PiS i to pani Przyłębskiej wyszło najlepiej. Osiągnęła sukces. Teraz rządzi… atrapa, ale co tam.

Za panowania tej pani TK wydał najmniej wyroków od 20 lat. Od 2005 roku liczba spraw rozstrzyganych rocznie przez Trybunał wynosiła sto kilkadziesiąt, w 2015 r. do Trybunału wpłynęły rekordowe 623 wnioski, pytania prawne i skargi konstytucyjne. W 2016 r. było ich już 360, a w pierwszym roku rządów Przyłębskiej, tylko 285, a w pierwszych miesiącach 2019 raptem 17. Znacznie zmniejszyła się liczba spraw składanych do TK, co wynika głównie z braku zaufania do tej instytucji i przeświadczenia, że i tak orzeczenie będzie zgodne z wolą prezesa Kaczyńskiego. Liczba orzeczeń spadła ze 173 w 2015 roku do 89 w 2017 roku.

Trybunał działa zgodnie z linią polityczną PiS. Czasami tylko błyśnie orzeczeniem niby przeciwko partii rządzącej, ale to taka gra pozorów i element gierki. Podrzucono więc Trybunałowi sprawę aborcji eugenicznej i inne, mając świadomość, że Przyłębska tego nie ruszy, poczeka cierpliwie i wraz z wyborem nowego parlamentu wywali je do kosza, podobnie jak reparacje od Niemiec czy sprawę list poparcia kandydatów do neoKRS.

Czy w tej sytuacji naprawdę warto się wkurzać, że taka Pawłowicz czy taki Piotrowski znaleźli się w takim Trybunale Konstytucyjnym? Nie ma sensu, bo to nie ten Trybunał, bo to nie ta instytucja, która miała stać na straży polskiej Konstytucji i polskiej demokracji. Szkoda czasu i nerwów.

Ważne byśmy teraz skupili się na czymś innym. Na nadchodzących wyborach prezydenckich. Musimy ostro powalczyć o jeszcze większą mobilizację niż w wyborach parlamentarnych, musimy powstrzymać na wodzy własne emocje, sympatie czy antypatie i postawić na kontrkandydata Dudy w II turze, no chyba… że II tury nie będzie. Musimy twardo stać za naszymi sędziami, by byli silni nami i naszym wsparciem. Musimy przestać walić w siebie, bo tylko tak się osłabiamy. A Trybunał? Prokuratura, wojsko, policja, Kościół? Przyjdzie czas, odbudujemy morale i przywrócimy prawidłowe funkcje i relacje.

Morawiecki Tuskowi nóg umyć nie jest godny

Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla PAP udowadnia, że albo nie rozumie, czym są pytania prejudycjalne, albo udaje, że nie rozumie. Przedstawia triumfalną narrację o rzekomo korzystnym dla PiS wyroku TSUE z 19 listopada. Zaciekle broni nowej KRS i znów atakuje sędziów

Premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z PAP przedstawił zdumiewającą interpretację wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Oczerniał też sędziów, którym zarzucał politykierstwo i bronienie swoich przywilejów.

Morawiecki to kolejny obok prezydenta Andrzeja Dudy, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz wiceministra sprawiedliwości Sebastiana Kalety polityk najwyższego szczebla, który nastawia opinię publiczną przeciwko sędziom stosującym się do wyroku luksemburskiego Trybunału.


Politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa nasiliły ataki na sedziów po wyroku TSUE. W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

W niedzielę 1 grudnia w calym kraju zapowiedziano demonstracje solidarnosci z sędziami. Warto wziąć w nich udział.  O godz. 16:00 w Warszawie OKO.press bedzie na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.


Sprawdzamy, jak dalece opinie premiera mijają się z faktami.

Premier w obronie neo KRS

TSUE sam nie ocenił wprost KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny czy  sposób powołania KRS nie budzi „wątpliwości co do niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów”.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania neo KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy SN niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania sędziów niezależnych w rozumieniu prawa unijnego.

Premier o organizacji sądownictwa

TSUE potwierdził, że państwa członkowskie mają kompetencje do decydowania o organizacji wymiaru sprawiedliwości, ale – co w wyroku z 19 listopada kluczowe – efekt organizacji sądownictwa musi zapewniać respektowanie niezależności i niezawisłości sędziów tak, jak je rozumie prawo unijne.

Luksemburski Trybunał w swoich wyroku pokazał związek między organizacją sądownictwa, w tym ciałami biorącymi udział w wyborze sędziów, takimi jak KRS, a niezależnością i niezawisłością sędziów.

Premier Morawiecki utrzymywał jednak, że „Trybunał powiedział też wyraźnie, że z prawa europejskiego nie wynika jeden konkretny model ustroju sądownictwa, a tym bardziej taki model z którym polska KRS byłaby niezgodna”.

Pierwsza część tej wypowiedzi jest prawdziwa: nie ma jednego modelu ustroju sądownictwa, który musi obowiązywać w całej UE. Natomiast każdy kraj musi zapewnić, aby wypracowany w nim model zapewniał prawne i rzeczywiste przestrzeganie niezależności i niezawisłości sądownictwa.

Druga część tej wypowiedzi jest fałszywa. TSUE w wyroku wymieniał, jakie kryteria trzeba wziąć pod uwagę do oceny nowej KRS. Wymienił okoliczności związane z jej powołaniem i udziałem w nim polityków, a także kwestie dotyczące funkcjonowania tego organu.

Przypomnijmy znów szczegółowe wskazania TSUE:

O niezawisłych sądach

Zapowiedź skierowania wniosku do TK po wyroku Izby Pracy SN

Morawiecki ujawnił, że rząd nie przygotuje żadnych propozycji zmian legislacyjnych w związku z wyrokiem. O nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa apelowała m.in. I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf, a także byli sędziowie TK i SN, m.in. Andrzej Rzepliński, Stanisław Biernat, Wojciech Hermeliński, Ewa Łętowska, Jerzy Stępień, Andrzej Zoll i Adam Strzembosz.

Premier stwierdził za to, że wątpliwości co do konstytucyjnego umocowania organów państwa – takich jak KRS – powinien rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, a nie sądy powszechne czy nawet Sąd Najwyższy.

To zapowiedź, że po wydaniu orzeczeń przez Izbę Pracy SN – co ma się stać przed świętami Bożego Narodzenia – do Trybunału Konstytucyjnego zostanie skierowany wniosek w sprawie KRS. Nie można wykluczyć, że kwestię nowej KRS rozstrzygnie skład TK z nowym sędziami, Stanisławem Piotrowiczem lub prof. Krystyną Pawłowicz.

„Jeśli jakiś sąd ma wątpliwości, czy organy władzy publicznej działają zgodnie z prawem polskim lub międzynarodowym, powinien zwrócić się o rozstrzygnięcie do Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja to nie tylko hasło na koszulce – sądy mają obowiązek jej przestrzegać.” –  mówił PAP premier Morawiecki.

W marcu 2019 roku TK w sprawie z wniosku samej nowej KRS, „zalegalizował” sposób wyboru nowej Rady. Uzasadnienie tego wyroku było „niespójne, nierzetelne, nieuczciwe intelektualnie i brakowało w nim argumentów konstytucyjnych” – komentował konstytucjonalista dr Michał Ziółkowski.

Rewizja historii rad sądownictwa

W wywiadzie dla PAP Morawiecki nawiązywał do tego wyroku TK, mówiąc, że „obecna KRS została powołana zgodnie z Konstytucją RP”. Ocenił też, że poprzednie KRS nie były powoływane zgodnie z Konstytucją, ponieważ, jego zdaniem:

  • ich członkowie wybierani byli na indywidualne kadencje,
  • KRS była niereprezentatywna, nie było w niej prawie w ogóle przedstawicieli sądów rejonowych, a więc ponad 70 procent polskich sędziów.

Premier dokonał nieuprawnionej rewizji historii Krajowej Rady Sądownictwa. Konstytucja nie mówi bowiem, czy kadencje powinny być liczone indywidualnie, czy wspólnie dla wszystkich osób zasiadających w KRS. Natomiast mówi wyraźnie, że kadencja trwa 4 lata. Przerwanie jej przed terminem stoi w sprzeczności z Konstytucją.

Konstytucja mówi również, że sędziowscy członkowie KRS są wybierani przez środowisko sędziowskie, a nie przez polityków. Niezgodność z konstytucją wyboru sędziowskich członków obecnej KRS polega na tym, że zostali oni wybrani przez parlament, czyli polityków.

Jeszcze przed 2015 rokiem, zanim PiS zaczął wprowadzać zmiany w sądach, w dyskusjach sędziów oraz debacie naukowej pojawiały się pomysły, żeby w KRS zasiadali sędziowie reprezentujący sądy różnych instancji. Dyskutowano też nad wprowadzeniem reprezentacji regionalnej.

Słowa premiera Morawieckiego, że poprzednie Rady naruszały konstytucję, ponieważ nadreprezentowani byli w nich sędziowie sądów wyższych instancji, jest nadużyciem.

Antysędziowska propaganda

Mateusz Morawiecki jest z wykształcenia historykiem, a z pasji – ekonomistą, a nie znawcą prawa europejskiego. Nie usprawiedliwia to jednak, dlaczego premier polskiego rządu, zamiast odpowiadać merytorycznie na pytania o znaczenie wyroku luksemburskiego Trybunału (pomogłaby mu w tym lektura Stanowiska 13 organizacji broniących praworządności), atakuje sędziów.

Premier kreśli wizję sędziokracji i sędziowskiej rebelii. Zapowiedział też, że za ewentualny chaos prawny po wyroku TSUE będą odpowiadać sami sędziowie.

W rozmowie z PAP mówił: „Sędziowie są powołani po to, aby przestrzegać prawa i je stosować. Może im się to prawo nie podobać, mogą być niezadowoleni, że pewne decyzje, dotyczące na przykład nominacji sędziowskich spraw dyscyplinarnych przestały być wyłączną domeną sędziowskiej korporacji – ale muszą postępować zgodnie z tymi przepisami”.

To kolejna wypowiedź polityka najwyższego szczebla sugerująca, że protesty sędziów przeciwko systemowi odpowiedzialności dyscyplinarnej i innym represjom to reakcja na odebranie „kaście” części przywilejów i wprowadzenia obiektywnych, zewnętrznych kryteriów oceny pracy sędziów.

Podobną narrację przedstawił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Brojcach.

Wiceminister Sprawiedliwości Sebastian Kaleta bagatelizował zaś kwestie udokumentowanych represji wobec sędziów. Apel Prezesa Izby Cywilnej SN o niewyznaczanie do orzekania sędziów tej izby, którzy zostali rekomendowani przez nową KRS, skomentował słowami: „Kolejka sędziów, którzy chcą zostać męczennikami, jest bardzo długa”.

Nastawianie społeczeństwa przeciw sędziom przed wyrokiem TSUE w 2020 roku

Politycy i media sympatyzujące z większością rządzącą przygotowują już grunt przed ważnym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

W połowie 2020 roku TSUE rozstrzygnie, czy wprowadzony przez PiS system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów jest do pogodzenia z unijnymi standardami niezawisłości i niezależności sędziów. W październiku skargę do TSUE w tej sprawie złożyła Komisja Europejska.

Pytania o model dyscyplinarny Komisja zakreśliła bardzo szeroko. Zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich dr Maciej Taborowski wyjaśniał, że skarga „dotyczy bardzo wielu elementów systemu dyscyplinarnego – Izby Dyscyplinarnej SN, działalności rzeczników dyscyplinarnej, możliwości wykorzystania przepisów dyscyplinarnych do karania za treść wyroków sądowych, możliwości wszczynania postępowań dyscyplinarnych za zadawanie pytań prejudycjalnych, braku gwarancji procesowych w postępowaniu dyscyplinarnych, wywierania na sędziów efektu mrożącego oraz połączenie tego z istotnym wpływem władzy wykonawczej na system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. W skardze chodzi o strukturalne naruszenie niezawisłości sędziów przez ten wieloaspektowy, skomplikowany system odpowiedzialności dyscyplinarnej, skonstruowany za Sejmu VIII kadencji.”

TSUE rozstrzygnie m.in. kwestię sędziów Izby Dyscyplinarnej SN. W tym celu będzie musiał się wypowiedzieć o nowej KRS. Luksemburski Trybunał wyłożył kryteria tej oceny w wyroku 19 listopada.

To postępowanie ze skargi o naruszenie prawa unijnego, a nie postępowanie w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne. Oznacza to, że TSUE orzeknie, czy konkretne przepisy polskiego prawa naruszają prawo unijne. Polski rząd będzie musiał zastosować się do tego wyroku. Jeśli tego nie zrobi, TSUE może nawet nałożyć na Polskę kary finansowe.

Do ogłoszenia tego wyroku, politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa zapewne będą nadal przedstawiać sędziów w negatywnym świetle i nastawiać część społeczeństwa przeciwko nim.

W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

Warto być z sędziami w niedzielę 1 grudnia o godz. 16:00 na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.

„Będę już nie tylko sercem, ale też coraz bardziej fizycznie obecny w Polsce. Mam pewne zobowiązania, pewne pomysły. Jako szef Europejskiej Partii Ludowej będę miał obowiązki i odpowiedzialności takie ogólnoeuropejskie, ale będę miał dużo więcej czasu i wykorzystam ten czas bardzo intensywnie dla polskich spraw” – powiedział odchodzący szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Dzisiaj kończy się jego druga kadencja na tym stanowisku.

Tusk był szefem Rady Europejskiej w latach 2014-2019. W symboliczny sposób przekazał dziś stery w Radzie byłemu belgijskiemu premierowi. Charles Michel otrzymał od Tuska dzwonek.

„Trudne, fajne, no, takie intensywne pięć lat. Rzeczywiście duże wyzwania. Jakoś daliśmy radę. Na pewno nie wszystko było idealnie. Jak porównam sobie mój pierwszy dzień i ten ostatni i to, co udało się zrobić, także dla Polski, ale przede wszystkim utrzymać UE mimo kryzysów w takiej autentycznej solidarności, to jest to na pewno powód do satysfakcji” – podsumował Tusk. Dodał, że jeśli „siedem lat premierostwa minęło jak jeden tydzień, to pięć lat w Radzie – jak jeden dzień”.

Tusk stwierdził, że nie podejrzewał, iż scenariusz jego kadencji będzie napisany przez Alfreda Hitchcocka, czyli na początek trzęsienie ziemi, a później wzrost napięcia. – „Udało się utrzymać Unię Europejską, mimo kryzysów, rzeczywiście w autentycznej solidarności. Udało się utrzymać pełną jedność i wobec Rosji, i w sprawie brexitu. Tych kryzysów można by opisać wiele, ale wszyscy mają poczucie, że Europa przetrwała je dzięki solidarności, co jest polską specjalnością, więc jestem zadowolony” – powiedział odchodzący szef Rady. Europę określił jako „najlepsze miejsce na ziemi”.

20 listopada podczas kongresu Europejskiej Partii Ludowej w Zagrzebiu Tusk został wybrany przewodniczącym tego ugrupowania. Jego trzyletnia kadencja oficjalnie rozpocznie się 1 grudnia.

„Panie Marianie niech się Pan nie martwi zawiadomieniem do prokuratury. Gdy złożył Birgfellner na JK to czekaliśmy 9 miesięcy na decyzję, a na koniec odmówili wszczęcia. Tu pewnie będzie tak samo” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Chodzi o powiadomienie przez CBA prokuratury w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa NIK.

CBA we wniosku napisało, że podejrzewa Mariana Banasia o złożenie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.  

A Giertych ma oczywiście na myśli sprawę złożonego przez austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera zawiadomienia o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego. O decyzji podwładnych Zbigniewa Ziobry: „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Internauci w komentarzach wtórowali Giertychowi: – „Może niech tylko pójdzie na urlop i niech wpłaci cosik na Caritas i już kryształ gotowy”; – „Gdyby nasza flota była tak „pancerna” jak Marian, to byśmy panowali nawet na Morzu Południowo-Chińskim”; – „A ja mam nadzieję, że Marian będzie wpadał do więzienia przynajmniej na godzinki”; – „Duda już obiecał, że Banasia ułaskawi jeszcze przed świętami”.

Zamieszczali też wymowne w obecnej sytuacji zdjęcia, na których widać m.in. Andrzeja Dudę, ściskającego dłoń Mariana Banasia i pozującego z nim do pamiątkowej fotografii.

Nadchodzi czas, gdy wszyscy zapłacimy za politykę partii rządzącej.

Moi drodzy wielbiciele Zjednoczonej Prawicy i ci tzw. obojętni obywatelsko, mam dla Was „świetną” wiadomość. Nadchodzi czas, gdy my wszyscy, również i Wy, odczujecie na własnej skórze, piękno „dobrej zmiany”. Przed nami rok 2020 i planowanie budżetów samorządowych, które na pewno odbiją się mieszkańcom miast, miasteczek i powiatów ostrą czkawką. Koniec ze spokojną egzystencją, jaką zapewniają w miarę pełne portfele. Koniec z wiarą, że życie jest idealne na naszą kieszeń, a czego sami sobie nie załatwimy to samorządy nam dadzą i będzie super.

Niestety, to właśnie samorządy poniosą koszty obietnic PiS, a tym samym i my. Spójrzmy! Zmniejszenie stawki PIT z 18 do 17% i wprowadzenie zerowego podatku dla osób do 26 roku życia to ponad miliard zł straty dla 12 najbogatszych miast. I tak Warszawa będzie o 894,2 mln zł do tyłu, Kraków 253 mln zł, Wrocław 208,8 mln zł i Poznań 172,9 mln zł.  W sumie dwanaście polskich miast straci 2,3 mld zł. Dorzućmy do tego ok. 9,5 mld zł, które stracą samorządy w wyniku zmian w OFE. Nie zapominajmy też o zwiększeniu pensji minimalnej i niewystarczającej subwencji oświatowej, która w 2020 roku ma wynieść ok. 50 mld zł, ale według samorządowców jest zdecydowanie za niska, o wzroście cen usług budowlanych, drogowych oraz materiałów budowlanych. Drastycznym wzroście cen energii, opłat za wodę pobieraną m.in. przez wodociągi, cen za wywóz śmieci czy wreszcie wzrost kosztów pracy.

To są wyzwania, przed którymi stoją dzisiaj samorządy, opracowując budżet na 2020 rok. Co więc w tej sytuacji zrobią nasi włodarze? Zaczną ostro oszczędzać, gdzie tylko się da.

Przychody Poznania zmniejszą się o 175 mln zł, stąd mniejsze dotacje dla przedszkoli i żłobków, ograniczenie wydatków na programy dla seniorów, sport, kulturę i bieżące utrzymanie dróg oraz zieleni. Mniej pieniędzy przeznaczy się też na renowacje budynków, zostanie zawieszona część zajęć dodatkowych w szkołach, a część planowanych inwestycji, tych, na które nie ma dotacji unijnych, zostanie przesunięta w czasie. Nie będzie pieniędzy na poprawę jakości powietrza, powstanie mniej nowych dróg, chodników, parków.

W Rudzie Śląskiej cięcia dotkną promocji miasta, kultury i sportu. W Chorzowie nie rozpocznie się, tak oczekiwana, budowa stadionu Ruchu Chorzów. W Szczecinie już uchwalono maksymalny wzrost podatku od nieruchomości. Podatki lokalne planuje podwyższyć również Kraków, podobnie jak zablokować planowane wcześniej inwestycje. Burmistrz Opola Lubelskiego, w związku ze wzrostem płacy minimalnej, wypowie pracownikom pomocniczym 90 pełnoetatowych umów i zatrudni ich na 3/4 etatu, bo nie jest w stanie wypełnić zobowiązań, które wynikają ze wzrostu tej płacy. W Białymstoku już wiadomo, że zmniejszy się znacznie wydatki na promocję miasta oraz imprezy i wydarzenia kulturalne. Pabianice ograniczą częstotliwość kursów autobusów pomiędzy godzinami szczytu, w Bolesławcu zostanie przywrócony podatek od lokali mieszkalnych, a w Ustrzykach Dolnych samorząd zlikwiduje dopłatę do wody i ścieków dla mieszkańców, ograniczy zakres organizowanych wydarzeń kulturalno-sportowych, w jednostkach organizacyjnych, w szkołach oraz w urzędzie wstrzyma jakiekolwiek remonty, zakupy publikacji książkowych do bibliotek i planuje likwidację m.in. dwóch szkół. Gdzie nie spojrzymy, tam cięcia, oszczędności i walka o każdy grosz. Od Warszawy po Pcim Dolny. Od Bałtyku do Tatr. Wszędzie samorządy zaciskają ostro pasa.

Oczywiście, prezes i jego Zjednoczona Prawica pójdą w zaparte. Będą mówić, że wszystko jest super, kasy mamy jak lodu i tylko te wredne samorządy piętrzą trudności, a to przecież nic innego jak sabotaż i czysta polityka. I gdzieś tam, w zaciszu, PiS będzie zacierać rączki z radości, licząc, że gniew narodu skieruje się przeciwko włodarzom miast, miasteczek, powiatów i gmin, których sami nieopatrznie wybrali, a w efekcie w kolejnych wyborach samorządowych wygrają już tylko kolesie Kaczyńskiego.

Zanim jednak zaczniemy obrzucać samorządy kalumniami, obwiniać o zaistniały stan i wkurzać się o to, że nikt nam nie dopłaci do przedszkola, że więcej płacimy za komunikację miejską, że w parku jest brudno, a na spacerze straszą nas zdewastowane kamienice, że żyje się gorzej, że kasy brakuje, proponuję przypomnieć sobie jedno. Na prezesa i jego ugrupowanie zagłosowało ponad 8 milionów obywateli. Z kolei prawie 11 milionów w ogóle odpuściło sobie wybory, bo przecież polityka ich nie interesuje i fajnie im się żyje we własnym kokonie.

Wychodzi więc na to, że prawie 20 mln Polaków, z tych trzydziestu milionów z prawem wyborczym, postawiło na partię, która rozdaje kasę na prawo i lewo. Prawie ¾ Polaków wykazało się nieznajomością zasady, która mówi, że żeby komuś coś dać, to trzeba komuś zabrać. No i właśnie ten czas bolesnego zderzenia z rzeczywistością, jaką zafundował nam PiS, nadchodzi. Był czas rozdawania, nadszedł czas zabierania… i tyle w temacie.

Kaczyński mniej inteligentny od Łukaszenki

Po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od wizerunku i marketingu politycznego. Pytamy też, czy prezydent zaprzysięgnie nowych sędziów TK. – Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę” – mówi ekspert

JUSTYNA KOĆ: Pani marszałek, trzeba anulować, bo my przegramy – mówi jedna z posłanek PiS-u do marszałek Elżbiety Witek. Niezależnie od tego, czy system działał, czy nie, to takie słowa nie powinny paść na sali Sejmowej, a może rządzący już nas do tego przyzwyczaili?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Mam wrażenie, że w PiS sami stracili nad tym kontrolę. To akurat były słowa do marszałka Terleckiego, ale bardzo blisko mównicy był też prezes Kaczyński. To pokazuje sposób myślenia PiS-u, a działanie wynika wprost z niego, że „nam się to należy, więc spadajcie”. My się trochę z tego śmiejemy, ale to jest przerażające, że partia rządząca doszła do etapu, kiedy robi, co chce. Ciekawy jestem, co jeszcze można zrobić w sytuacji przejęcia komisji wyborczej.

MOŻE BĘDZIEMY WYBIERAĆ PREZYDENTA DO SKUTKU? TU SIĘ KŁANIA STRÓŻ ANIOŁ Z SERIALU „ALTERNATYWY 4”, KTÓRY MÓWIŁ, ŻE PRZYJMIEMY KAŻDY WYNIK POD WARUNKIEM, ŻE BĘDZIE ZGODNY Z NASZYMI OCZEKIWANIAMI.

To jest trochę śmiech przez łzy, ale pokazuje stan umysłu. To, że zastąpiono marszałka Kuchcińskiego, który był absolutnie tępym narzędziem w rękach swojej partii, to nie znaczy, że marszałek Witek, która z wyglądu, ogłady i inteligencji przebija Kuchcińskiego i może lepiej się prezentuje,  sobie poradzi. Na razie pokazała, że sobie tak samo nie radzi, np. nie umiała zastopować pana premiera podczas exposé. To pokazuje, że politycy do tej pory nie nauczyli się, że dopóki mikrofony są włączone, to każda „strzelba jest nabita”.

Jarosław Kaczyński mówi, że nic się nie stało.
Bo co ma innego powiedzieć? Lewica chce zgłosić sprawę do prokuratury, ale przypominam, że na jej czele stoi jeden z koalicjantów. Na pewno będzie to tak samo skuteczne jak przy sprawie dwóch wież i łapówki za 50 tys.

TO NOC DŁUGICH NOŻY PO RAZ KOLEJNY.

Skoro o Lewicy mowa, to chyba dostała zimny prysznic i szybką lekcję, jak wygląda parlamentaryzm w państwie PiS. Jeszcze niedawno głosowała za kandydaturą marszałek Witek. Teraz już zachowałaby się inaczej?
To jest to, o czym rozmawiamy. Jeżeli ktoś bardzo mocno czepiał się opozycji w poprzednim Sejmie, który w ogóle był zabetonowany jeszcze mocniej, że nic nie robi, to bardzo proszę powiedzieć teraz, co można jeszcze zrobić. Oczywiście ci, którzy są nowi w Sejmie, mają jeszcze energię, żeby występować, retorycznie się promować, ale chyba najlepiej opisuje tę sprawę sugestia marszałka Karczewskiego: po co głosować, skoro i tak mamy większość? To można powiedzieć: po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia. Jeżeli mówimy o powadze Sejmu, to jej dawno już nie ma.

JEŻELI MÓWIMY O KLASIE POLITYCZNEJ, KTÓRA NAUCZYŁA SIĘ, ŻE MOŻNA KŁAMAĆ OT TAK I NIE PONOSI ZA TO ŻADNYCH KONSEKWENCJI, TO JEST TO DROGA DONIKĄD. MOŻNA TYLKO MIEĆ NADZIEJĘ, ŻE WYGRANA W WYBORACH PREZYDENCKICH MOŻE TO ZATRZYMAĆ, JEŻELI OCZYWIŚCIE SEJM NIE ZNIESIE WETA PREZYDENCKIEGO.

Nawet normalna legislacja i poprawki senackie niewiele zmienią, bo Sejm może je odrzucić zwykłą większością.

Jak ocenia pan kandydaturę Jacka Jaśkowiaka w prawyborach?
Jacek Jaśkowiak ma całkiem dobre papiery, aby uczestniczyć w polityce polskiej. Poznań to duże miasto. Pokazał, że jest twardy, jako jedyny przeciwstawił się w Polsce chocholemu tańcowi z apelami smoleńskimi Macierewicza. Ma dość mocno zdeklarowane poglądy na rozdział Kościoła od państwa czy in vitro, mógłby zatem zdobyć głosy lewicy. Natomiast warto zastanowić się nad formą. Pani Małgorzata Kidawa-Błońska wygląda na tym tle jak mebel przestawiany od lewej do prawej, czego nie można zrozumieć, bo zdobyła już sporą popularność. Rozumiem, że pan prezydent Jaśkowiak dostał „propozycję nie do odrzucenia” i teraz będzie odgrywanie prawyborów. Przypominam, że ostatnie polegały na tym, że wszyscy z całej Polski głosowali. Teraz 14 grudnia będą głosowali delegaci.

Kto ma większą szansę wygrać prawybory?
Jeżeli nic się nie wydarzy przez te 3 tygodnie, co zburzy wizerunek pani Kidawy-Błońskiej, to pewnie ona dostanie nominację, ale w polskiej polityce nic nie jest oczywiste i jasne. Dostała duże poparcie w Warszawie, jest rozpoznawalna na poziomie 95 proc., pana Jaśkowiaka zna tylko połowa z tego.

MYŚLĘ WIĘC, ŻE PANI KIDAWA MA WIĘKSZE SZANSE, NIŻ PAN JAŚKOWIAK, ALE ROZMAWIAMY 22 LISTOPADA I WIELE MOŻE SIĘ ZDARZYĆ.

Kto z tej dwójki ma większe szanse pokonać Andrzeja Dudę?
Polityków w Polsce rozpala jedna myśl – Duda jest do pokonania, a może jak ja wystartuję, to też go pokonam, bo jest bardzo słabym prezydentem. Pojawiają się zatem różne kandydatury, jak np. Szymona Hołowni. Myślę, że takie myślenie jest błędne, bo po stronie PiS-u stoi profesjonalizm i doba analiza sytuacji. Pani Kidawa ma szanse wygrać, jeżeli KO zrobi dobrą kampanię, wynajmie profesjonalną firmę PR, która będzie zewnętrza i nie będzie się emocjonowała, kogo lubi bardziej.

Podkreślmy, że prezydent nie rządzi, tylko reprezentuje, a pani Kidawa ma wszelkie walory, aby tę funkcję spełniać dobrze. Ma pochodzenie, wykształcenie i doświadczenie.

Dlaczego PiS zdecydował się na wybranie do TK najbardziej skompromitowanych polityków z możliwych? Przypomnijmy, że pan Piotrowicza nie dostał się do Sejmu, mimo iż miał miejsce „biorące”.
Sądzę, że nie można rozpatrywać tego w kategoriach błędu PR, bo to była świadoma decyzja Jarosława Kaczyńskiego, żeby pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Nawet forma tego wyboru jest katastrofalna, bo pan Piotrowicz nie odpowiadał nawet na żadne pytania, a pani Pawłowicz z bezczelnością, której dawno nie widziałem.

TO NA PEWNO NIE JEST BŁĄD CZY POMYŁKA, TO PRZEMYŚLANE DZIAŁANIE, ABY POKAZAĆ OPOZYCJI JEJ MIEJSCE.

A może prezydent tych kandydatów nie zaprzysięgnie? Wiemy, że to potrafi.
Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę”.

„Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania” – mówi OKO.press Kamila Gasiuk-Pihowicz (KO). „Procedura anulowania głosowania – »bo my przegramy« – jest znana może na Białorusi, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, w Unii Europejskiej”

W nocy z czwartku na piątek (z 21 na 22 listopada), marszałkini Sejmu Elżbieta Witek nie podała wyników głosowania na członków KRS. Ogłosiła, że głosowanie „anuluje” i zarządziła je na nowo – wbrew regulaminowi Sejmu. O szczegółach i fałszywych tłumaczeniach Witek pisaliśmy m.in. w tekście „Witek: »Anulowałam głosowanie, jak wcześniej na prośbę opozycji!«. To nieprawda. Jest drugie nagranie„.

Wydarzenia z nocnego posiedzenia dla OKO.press komentują posłanka KO Kamila Gasiuk-Pihowicz i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Poprosiliśmy, żeby odpowiedzieli na argumenty PiS-u, który próbuje zrzucić winę na „emocjonalną” opozycję.

„Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa” – podkreśla Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Kamila Gasiuk-Pihowicz: Wydarzyła się rzecz bezprecedensowa, stan nieznany demokracjom

Agata Szczęśniak, OKO.press: Powrót do przeszłości? Poczuła się Pani znów jak w 2016 albo w 2017 roku?

Kamila Gasiuk-Pihowicz, Koalicja Obywatelska: Wydarzenia dzisiejszej nocy to bardzo ponury prognostyk dla tego, co się będzie działo w ciągu najbliższych 4 lat. Widać, że PiS będzie działał z pełną bezwzględnością, jeżeli chodzi o pozbywanie się wszelkich obszarów, w których może być kontrolowany przez kogokolwiek.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że np. spodziewając się niekorzystnego wyniku wyborów prezydenckich lub parlamentarnych i pojawi się któryś z polityków PiS i też powie, że trzeba anulować, bo przegramy.

W tyle głowy trzeba też mieć zmiany, które następują w PKW. To jest kontekst, który budzi mój największy niepokój.

PiS zapewnia, że jest to niepokój zupełnie nieuzasadniony i próbuje winę za te wydarzenia zrzucić na opozycję. Paweł Szefernaker powiedział: „Nikt na sali nie wiedział, jakie były wyniki głosowania”.

Problem polega na tym, że mieliśmy do czynienia z bezprawnym działaniem marszałek Elżbiety Witek. Art. 188 Regulaminu Sejmu mówi bardzo jasno, że wyniki trzeba ogłosić. Alternatywą dla błędnego policzenia jest procedura reasumpcji głosowania, 30 posłów musi zgłosić taki wniosek. Procedura anulowania głosowania – „bo my przegramy” – jest znana może na Białorusi, w putinowskiej Rosji, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, które są członkami Unii Europejskiej.

Poseł Jacek Sasin w „Graffiti” Polsat News mówił, że to sami posłowie opozycji wzywali do ponownego głosowania.

Takie wnioski mogą się pojawiać ze strony posłów opozycji, ale marszałek Sejmu ma czuwać nad tym, żeby Sejm działał zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – Konstytucją, Regulaminem Sejmu i ustawami. Marszałek Sejmu nie może podejmować działań nie mieszczących się w katalogu tych wyznaczonych jako sfera jego działania. Mamy do czynienia z sytuacją działania bezprawnego, a w konsekwencji z możliwością popełnienia przestępstwa opisanego w art. 231 – albo niedopełnienia obowiązków, albo przekroczenia uprawnień.

Lewica złożyła wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Koalicja też zawiadomi prokuraturę?

Tak, złożymy wniosek z zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa przez marszałek Witek. Przygotowaliśmy też wniosek o odwołanie Elżbiety Witek z funkcji.

Jadwiga Emilewicz, posłanka i minister, powiedziała w Polskim Radiu, że nie rozumie emocjonalnych zachowań posłów opozycji, a procedura anulowania nie jest czymś niezwykłym.

Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania. Jest ewentualnie procedura reasumpcji głosowania.

Głosowanie zostało rozpoczęte, powinien zostać ogłoszony wynik. Pani marszałek wyniku nie ogłosiła, zatem mamy prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa.

Istnieje też prawdopodobieństwo popełnienia fałszerstwa polegającego na podaniu innych wyników niż były w rzeczywistości.

Głos zabrał też Jarosław Kaczyński. Powiedział, że pani marszałek podjęła właściwą decyzję, zgodną z prawem, a to, co robi opozycja, to tylko demonstracja polityczna.

Powtórzę: Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa. Pada sformułowanie „anulujemy, bo przegramy”. To jest bardzo niepokojące w dłuższej perspektywie związanej z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Uważam, że jest to stan nieznany demokracjom. Dlatego o tym mówimy.

Dzieje się tak, bo PiS jest w tej kadencji słabszy?

Początek tej kadencji napawa mnie niepokojem. Obawiam się, że to może być bardzo ciężka kadencja, jeśli chodzi o standardy praworządności.

„Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są” – mówi OKO.press wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (Lewica)

Agata Szczęśniak, OKO.press: Skończyła się dobra passa Lewicy i w sprawie KRS-u musieliście zagrać w grę ustawioną przez PiS.

Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałek Sejmu, klub Lewicy/SLD: Nie jesteśmy naiwni. Nic nas w czwartek nie zdziwiło. Ta ocena nie wynika z mojej arogancji ani naiwności. PiS zaproponował normalność, w którą nikt nie wierzył. Zaproponował podział mandatów w KRS – dwa dla siebie, dwa dla opozycji – w co też nikt nie wierzył. Nagle się pojawiła się poprawka i zgłosili czterech kandydatów.

A co do zachowania na sali sejmowej to takiego ogromu cynizmu dawno z bliska nie oglądałem. Można było ogłosić wyniki głosowania.

Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są.

PiS mówi, że zrobili to, co chciała opozycja. Opozycja wzywała do ponownego głosowania, więc ogłosili ponowne głosowanie. Wszystko jest w porządku.

To nieprawda. Obserwowałem to z odległości trzech metrów. Posłowi Szczerbie chyba jako jedynemu karta się nie włączała, więc ze dwa razy ją wymienił.

Problemy zgłaszał też Krzysztof Śmiszek. PiS mówi, że również posłanka Śledzińska-Katarasińska.

Krzysztof Śmiszek zgłosił, wziął kartę i ona zadziałała. To nie były problemy. Problemem jest to, że to głosowanie jest dość skomplikowane i można się łatwo pomylić. Nie widziałbym tu złej woli.

Nie tyle sprawa była zła, ile sposób jej załatwienia. Jeśli ktoś się myli i to zgłasza, można powiedzieć: „Proszę państwa, mam wiele zgłoszeń pomyłek, ogłosimy wyniki, wiecie państwo, że i tak jest większość w tej sprawie, 30 posłanek i posłów wniesie wniosek o reasumpcję”. Na zapleczu ze strony PiS padł taki argument: i tak mamy większość. To nikogo nie dziwi.

Ale PiS spanikował i pokazał, do czego jest zdolny: kiedy idzie źle, doginamy kolanem. Jak ktoś ma trochę imaginacji, może sobie wyobrazić: gdyby wybory poszły nie po myśli PiS, to można by dogiąć kolanem.

W poprzedniej PiS nieraz dociskał kolanem, po to, żeby robić po swojemu i nie oglądać się na nikogo.

Teraz też nie oglądał się na nikogo. Mieliśmy dziś prezydium sejmu, poinformowałem panią Marszałek, że Lewica zgłosi wniosek do prokuratury – i zgłosiła. Poinformowałem ją również, że nawet jeśli ten wniosek teraz zostanie umorzony, to wróci wcześniej czy później, bo ta procedura naszym zdaniem została złamana. Takie działanie nie powinno zostać zapomniane.

Jarosław Kaczyński skomentował to głosowanie: „Opozycja próbuje z tego zrobić jakąś, jak to oni zwykle nazywają, aferę, a tak naprawdę nie stało się nic nadzwyczajnego”. Odniósł się też do Waszego zawiadomienia: „Nawet najbardziej przenikliwy i jednocześnie gotowy do stawiania zarzutów prokurator tutaj nie może się dopatrzyć żadnego przestępstwa, bo tutaj nie było cienia jakiegokolwiek przestępstwa”.

Została złamana procedura. Uważamy, że Pani marszałkini złamała prawo. Art.231 kodeksu karnego się kłania. Ale znamy tę pisowską frazę i ten rodzaj uprawiania polityki. Trzeba anulować, bo przegramy. Anulować uczciwych sędziów, prokuratorów i na koniec anulować demokrację. Bo przegramy.

Początek tej kadencji sejmowej Platforma miała nie najlepszy. PiS musiał wycofać jedną z ustaw, a Lewica zachowuje się spokojnie i merytorycznie. Ja nie gustuję w happeningach na sali sejmowej.

Nie podobało się Panu to, jak posłanki Koalicji Obywatelskiej wystąpiły na sali sejmowej z napisem „Hańba”, gdy przedstawiano kandydatury Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza?

Nie chcę nikogo urażać, ale uważam, że sala sejmowa nie jest najlepszym miejscem do takich rzeczy jak śpiewanie do mikrofonu w fotelu marszałka albo wykrzykiwanie i pokazywanie transparentów. Nie potępiam tego, ale ja bym czegoś takiego nie robił. Czy to pokazuje opozycję jako poważną? Moim zdaniem nie.

Jaki Lewica ma pomysł na te momenty, kiedy PiS używa siły? Teraz marszałek anuluje głosowanie, poprzednio marszałek Kuchciński łamał regulamin.

Będziemy robili to, co robimy. Będziemy pokazywali te rzeczy, które nam się podobają i te, które nam się nie podobają. Według nas wczoraj został złamany regulamin i dziś założyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Jeżeli nam się nie podobają ustawy, będziemy pokazywali swoje ustawy.

Co to da? Nie za bardzo wierzę, że te ustawy przejdą, na pewno nie wszystkie. Ale będziemy pokazywali obłudę i zakłamanie. Złożyliśmy ustawę w sprawie zniesienia 30-krotności – mogą ją wyrzucić do kosza, mogą wprowadzić pod obrady i głosować przeciwko. Ale niech się ludzie dowiedzą, że PiS jest przeciwko temu, żeby 2 miliony ludzi dostało minimalną emeryturę 1600 zł. Wniesiemy ustawę dotyczącą 5 złotych na receptę – niech PiS zagłosuje przeciwko temu. I powie: nie dołożymy 6 mld zł, choć wystarczy przestać finansować kler, bo idzie na to 8 miliardów.

PiS w poprzedniej kadencji po prostu trzymał projekty opozycji w zamrażarce.

Będziemy to nagłaśniać. Na razie nam się udaje. Dwa tygodnie Sejmu, a ci, którzy się interesują, wiedzą już, jaki sposób myślenia ma Lewica. Żeby była jasność: nie mam złudzeń co do skuteczności wprowadzania projektów. Dopóki PiS będzie miał przewagę 6 głosów, nie należy spodziewać się cudu. Ale do czasu. Przecież PiS wierzy w cuda.

Aż się Jarosław Gowin albo Zbigniew Ziobro zdenerwują?

Na przykład. Dawanie pretekstów w tej sprawie i tworzenie takich sytuacji jest rozsądne. Absurdalna ustawa dotycząca zniesienia 30-krotności i przeznaczenia ich na dziurę budżetową została wstrzymana. Nie dość, że została wstrzymana, to Lewica pokazała alternatywę, jak można zostawić pieniądze w systemie emerytalnym, myśląc o stanie państwa za 20 lat.

Lewica przekonała się na własnej skórze, jak to jest w Sejmie, w którym PiS ma większość?

To obłudne stawianie sprawy. Tak jakbyśmy nie widzieli tego dwa miesiące temu albo dwa lata temu.

To jest teza Koalicji Obywatelskiej: „naiwni ludzie weszli do Sejmu i wzięli trzy komisje. Lewica dogadała się z PiS-em”. Koalicja Obywatelska ma sześć komisji. To znaczy, że dwa razy bardziej się dogadała z PiS-em? My jesteśmy pragmatyczni ale nie jesteśmy obłudni i zakłamani.

Głosowaliście za marszałek Witek, na którą dziś donosicie do prokuratury.

A Platforma głosowała przeciwko? [wstrzymała się] Każdy wicemarszałek Sejmu, każdy szef komisji, który nie dostałby wsparcia PiS, nie zostałby wybrany. Małgorzata Kidawa-Błońska została wicemarszałkiem dzięki głosom PiS-u. Można by postawić tezę: naiwna Platforma liczyła, że jak dostanie wicemarszałka, to przyszłość Polski będzie świetlana i Jutrzenka demokracji rozbłyśnie w ciemności Mordoru. Mądra teza? Głupia. Tak samo jak tezy dotyczące współpracy Lewicy i PiS są głupie. Znam je. PO je głosiła w stosunku do Lewicy w trakcie kampanii wyborczej. I mają 60 mandatów mniej. Może kiedyś zrozumieją, że wróg jest po stronie PiS-u. Kiedyś im to wytłumaczymy.

Donald Tusk został wybrany na przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej. Były premier zapowiedział, że po zakończeniu pracy na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej zaangażuje się w politykę krajową.

Po tym, jak został wybrany nowym przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej, Donald Tusk udzielił wywiadu telewizji Polsat News. Mówił w nim m.in. o swoich planach na najbliższe lata. Były premier stwierdził, że jako przewodniczący Rady Europejskiej musiał zachowywać powściągliwość i obiektywizm i nie mógł w pełni angażować się w polską politykę. Zapowiedział, że to się zmieni, gdy obejmie stanowisko szefa EPL, bo wówczas będzie mieć większą swobodę.

– Mam głębokie przekonanie, że w Polsce warto zmienić pewien sposób debaty politycznej. (…) Poziom debaty politycznej w Polsce odbiega trochę od tego, co widzimy w najważniejszych miejscach na świecie jeśli chodzi o, powiedziałbym, substancje tego sporu, tej debaty. Bywa ona trochę powierzchowna i skupiona na bardzo peryferyjnych czy prowincjonalnych kwestiach, a zupełnie niepotrzebnie, bo cały czas patrzy się na Polskę jak na jeden z punktów orientacyjnych w Europie – powiedział Donald Tusk.

Donald Tusk: Chcę pracować w Polsce z młodymi ludźmi

Były premier powiedział, że od dłuższego czasu planował, jak będzie wyglądać jego aktywność polityczna w kraju, ale gdy zapytano go o to, czy chce stworzyć nową siłę polityczną, nie odpowiedział wprost. Oznajmił jednak, że liczy na ludzi młodych.

– Będę chciał bardzo dużo w Polsce pracować, szczególnie z młodymi ludźmi, ale nie tylko. (…) Chciałbym, żeby w Polsce znalazła się grupa 10, 20, może 100 młodych ludzi, którzy będą rozumieli świat tak, jak on na to zasługuje. Żeby oni na serio wzięli sprawy w swoje ręce. Nie tylko dlatego, że są młodsi ode mnie, bo wiek nie wystarczy, ale dlatego, że lepiej rozumieją ten świat. A co z tego będzie, zobaczymy – stwierdził Tusk.

„Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca”. Donald Tusk o niszczeniu jego wizerunku

Nowy przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej mówił także o swojej decyzji o nieprzystąpieniu do wyborów prezydenckich 2020. Powiedział, że wie, że przegrałby w drugiej turze, a jako że zależy mu na tym, aby PiS przestał rządzić w Polsce, nie wybaczyłby sobie, gdyby swoim startem zablokował możliwość udziału w wiosennych wyborach komuś, kto ma szansę na wygraną z Andrzejem Dudą. Były premier zaznaczył, że dokładnie przeanalizował sytuację i zapoznał się z naukowymi opracowaniami.

– W Polsce władza – rząd pisowski i PiS jako partia – zorganizowały na niespotykaną skalę, właściwie nawet w Europie, jeśli chodzi o poziom zorganizowania – niszczenia mojego wizerunku na wszystkie możliwe sposoby. Nie chodzi tutaj o krytykę moich rządów, bo do tego są uprawnieni, są moimi oponentami – przekonywał.

Były premier powiedział, w jaki sposób rząd PiS niszczy jego wizerunek. – Szczególnie przez ostatnie trzy lata, wtedy kiedy ponownie wybrano mnie na szefa Rady Europejskiej, to było takie bardzo systematyczne niszczenie wizerunku nie tylko mnie jako polityka, ale również człowieka. „Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca” to są cztery terminy, które się najczęściej  powtarzały w tych relacjach. Codziennie – stwierdził Tusk.

Donald Tusk powiedział, że wyliczono, że w mediach publicznych przez blisko 1,5 godziny każdego dnia emitowano „pełne nienawiści i pogardy materiały” wyłącznie na jego temat.

Kiedy wreszcie dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

Czy tego chcemy, czy nie – mamy drugą kadencję Zjednoczonej Prawicy. Co z tego, że zagłosowało na nią mniej wyborców niż na partie opozycyjne? Co z tego, że udało się odbić Senat? PiS rządził i rządzi, a my …wciąż zdziwieni.

Zdziwieni, że właśnie przeforsowali swoich czterech kandydatów do KRS, dzięki czemu na 25 miejsc, 21 należy do nich. Zdziwieni, bo posłowie partii rządzącej opuszczają salę obrad, gdy jest mowa o kondycji szpitali i polskiej służby zdrowia. Zdziwieni, że PiS raczy wreszcie rzucić jak ochłap jakąś podwyżkę dla nauczycieli, ale tylko dlatego, by nie zarabiali oni mniej od sprzątaczek, bo to jakoś głupio.

Oburzamy się, że gwiazdy PiS-u, czyli Piotrowicz i Pawłowicz trafiają do Trybunału Konstytucyjnego, tak jakby to miało dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Przecież już od kilku lat TK to nic innego jak atrapa. Miejsce, gdzie zapytania opozycji lądują w zamrażarce, sędziowie się nie przemęczają pracą, a szefowa Julia Przyłębska bryluje na salonach i nie ma czasu, by zająć się tym, czym powinna.

Wkurzają nas niebotyczne nagrody za tzw. „nicnierobienie”, nietykalny pan Banaś, niewyjaśnione afery, koperta z łapówką w rękach prezesa, skrajny nepotyzm i kolesiostwo. W duszy nam jęczy, gdy widzimy, jak wygląda polska edukacja, gospodarka, a rozdawnictwo pieniędzy wręcz kwitnie. Gdy stajemy się państwem wyznaniowym, podzieleni na prawdziwych Polaków i tych gorszych, a ulicami maszerują chłopcy narodowcy, udający, że nie mają nic wspólnego z ideologią faszystowską czy nawet neonazistowską i mający pełne poparcie partii rządzącej. Gdy ponad milion naszych rodaków zagłosowało na coś takiego jak Konfederacja i ma ona teraz przedstawicieli w Sejmie państwa, które z nazwy wciąż niby jest demokratyczne.

Z niedowierzaniem wciąż słuchamy, jak niektórzy z władców narodu nazywają europarlament pedofilskim, jakiś ksiądz ostrzega przed książkami naszej noblistki Olgi Tokarczuk, w podstawówkach rozpowszechnia się filmik, będący częścią antyaborcyjnej propagandy, narastają z każdym miesiącem nierówności społeczne, a Samorządowa Karta Praw Rodziny, pełna homofobii, dyskryminacji i nietolerancji Ordo Iuris, cieszy się coraz większym wzięciem i została już wprowadzona w Nowym Sączu oraz Bukowinie Tatrzańskiej.

Tak się zmienia Polska na naszych oczach, a my… wciąż zdziwieni? A jeszcze nie tak dawno temu, zaledwie pięć lat, żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Owszem, było wiele nieprawidłowości, sporo można było zarzucić poszczególnym rządom, ale jednak człowiek czuł się bezpieczny. Prawo znaczyło prawo, a życie publiczne było wolne od chaosu. Kto mógł wtedy przewidzieć, że nagle pstryk i obrót o 180 stopni. Wszystko to, co ważne, zbudowane na ponadczasowym systemie wartości, zostanie wywalone do kosza i zastąpione bylejakością, demolką, nieudacznictwem oraz promocją postaw, które przez lata będą się nam odbijać ostrą czkawką.

My wciąż zadziwieni, a elektorat PiS w siódmym niebie. Kiedy próbuję rozmawiać o stanie polskiej gospodarki, spokojnie dyskutować, to mój oponent przekrzykuje mnie, bo on wie najlepiej, co i jak, choć nie ukrywa, że tę wybitną wiedzę zdobył na lekcjach w szkole podstawowej. Osiłek po gimnazjum usiłuje nauczyć mnie  historyka „prawdziwej” historii, byle jaki prawniczyna neguje opinie wielkich autorytetów z dziedziny prawa, a sąsiadka, która przepracowała całe życie w szpitalu jako salowa dzisiaj uważa się za autorytet w dziedzinie edukacji. Proszę mi wierzyć, absolutnie nie chcę nikogo obrazić, ale tak właśnie wygląda dzisiejsza Polska. Nie jest ważne, jaką posiadasz wiedzę, jakie masz umiejętności, ile lat swego życia poświęciłeś na samorozwój i kształcenie. Wystarczy to, co PiS poda na tacy plus szczątkowe informacje, zapamiętane z lekcji i już jest się alfą i omegą. Już można ustawiać innych po kątach. Już się ma satysfakcję, że dokopało się temu, co to nawet nie zasługuje na miano elity.

Po 4 latach rządów PiS wiem jedno. Nie jestem w stanie przekonać twardego wielbiciela tej partii, by spojrzał z dystansu i dostrzegł, dokąd go jego ukochana partia prowadzi. On nie przeczyta mojego tekstu. Nie będzie mnie słuchał, tylko powtarzał jak mantrę to, co mu prezes wmówił. Koniec i kropka.

Gorzej, że nie chcą też ze mną rozmawiać ci, którzy właściwie nie opowiadają się za żadną partią, nie angażują politycznie, a wybory sobie odpuszczają. Oni uważają, że mają swoje życie, swoje problemy, a na takich jak ja patrzą z pewnym obrzydzeniem, jak na oszołomów. Oni mają to, co się dzisiaj w Polsce dzieje  głęboko gdzieś. Ważne jest tylko to własne mieszkanko, wypasione autko, kasa w kieszeni, jakieś kredyty, fajne wakacje, a cała reszta po prostu się nie liczy i tyle. Ich polityka nie interesuje, a w swej ignorancji nie łapią, że, czy chcą czy nie, polityka interesuje się nimi i przyjdzie czas, gdy to odczują bardzo boleśnie.

I to jest właśnie Polska. Pełna entuzjastów prezesa i jego kolesi, obojętnych i w tym wszystkim my, wciąż zdziwieni i niepojmujący do końca, co właściwie się dzieje. Zajęci wzajemnymi pretensjami, skłóceni, tacy bardzo polscy, tacy sarmaci machający drewnianą szabelką. Piszemy pełne oburzenia teksty, piętnujemy władzę i… nic więcej. Przyznaję, sama do tej ostatniej grupy należę i jestem już zmęczona. Zmęczona brakiem światełka w tunelu, niemożnością dotarcia do mas, niesłuchana i wręcz niewidzialna.

Czy odpuszczę? Na pewno nie, choć coraz wyraźniej widzę, że to nie ja, nie taka opozycja, jaka jest teraz, cokolwiek zmieni. Będzie zapewne tak, jak to dotychczas zdarzało się w historii najczęściej. Ludzi ruszy bieda, drożyzna w sklepach, puste portfele. Dopiero wtedy ogarnie ich gniew i wylegną tłumnie na ulice. Dopiero wtedy zaczną nas słuchać, choć tak naprawdę będzie im obojętne, co mówimy. Ważne będzie tylko to rozładowanie złości i chęć rozliczenia tych, których dzisiaj uwielbiają lub mają w nosie, a jednak rozczarowali i muszą za to ponieść karę. Wtedy chętnie staną za liderami, pójdą za nimi jak w dym, będą ich przez jakiś czas wielbić, choć prawdopodobnie wielu z tych liderów i tak będzie rozgrywało własny interes na tej rebelii. Pod szczytnymi hasełkami równości, sprawiedliwości i praworządności będą realizowali swój cel, czyli… dorwanie się do władzy i koryta. Świetnie to znamy z historii, prawda?  A może się mylę? Może rzeczywiście dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

Pisizm Pawłowicz i jej kolegów mafijnych

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw. funkcji sędziowskiej. Takie wnioski do KRS są dość częste”.

– „Art. 3 ustawy o statusie sędziego TK odsyła do „wymagań stawianych sędziemu SN lub NSA”. A do nich pośrednio należy też górna granica wieku sędziego SN lub NSA czyli 65 lat (art. 37 ustawy o SN). Ergo: dotyczy też górnej granicy wieku, do którego można zostać sędzią TK. Inaczej można by powołać do TK staruszka w wieku 90 lat na 9 letnią kadencję. Co zdaje się, że bardzo Pani Profesor podkreślała, gdy były procedowanie zmiany w SN, że powinno dać się szanse młodszym, bo ci bardziej wiekowi to nazbyt geriatryczni umysłowo” – odpisał Pawłowicz prawnik Tomasz Krawczyk.

Dominika Długosz z „Newsweeka” przypomniała wypowiedzi Pawłowicz sprzed dwóch lat: – „Za starzy sędziowie są niebezpieczni dla systemu prawnego. To nie jest już wiek… cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne… To wymaga już odpoczynku, wzięcia się za ogródek… Krystyna Pawłowicz, 2017”.

– „Hipokryzja postępująca”; – Łoj-tam, łoj-tam! Przecież poprawki do ustaw to dla was pikuś. Nie tylko ten przepis „nie ma CHARAKTERU”; – „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.” Tyle warte te pani wyjaśnienia, co deklaracja o zawieszeniu konta”; – „Punkt widzenia od punktu siedzenia… Szczyt hipokryzji w pani wykonaniu” – komentowali wpisy Pawłowicz internauci.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Po zapowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, że złoży zawiadomienie na Lotną Brygadę Opozycji po happpeningu z tekturowym czołgiem, działacze postanowili mu „pomóc”. Stawili się więc w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, gotowi do odbycia „kary”.

Ubrani w pasiaki przynieśli „dowody zbrodni”. – „Tu jest corpus, a tu jest delicti” – powiedział jeden z brygadzistów, pokazując korpus czołgu i jego lufę. – „Proszę wyjść z tym przedmiotem!” – zakrzyknął strażnik.

Niewiele zdziałali w prokuraturze, choć prosili: – „Pan dzwoni do Błaszczaka” i „Przykujcie nas chociaż do stojaków na rowery na 5 minut”.

Poszli więc do Kancelarii Prezydenta, która mieści się nieopodal Sejmu przy Wiejskiej. Uznali, że skoro Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok sądu, to może zrobić to samo w ich przypadku. Tutaj jednak nie znaleźli „Duda pomocy”…

Znaleźli za to uznanie w sieci. – „Uśmiech i humor to oznaka zwycięstwa na głupotą polityków. W tekturowym państwie, to i corpus delicti z tektury”; – „Biedne ciecie, pewnie się modlą, abyście na ich zmianie nie wpadli”; – „Dawno się tak nie uśmiałem, mój typ poczucia humoru, delikatnie absurdalny i cholernie inteligentny. Szacunek, szkoda tylko, że Mariusz do usranej śmierci tego nie zrozumie” – komentowali internauci.

Depeszę o tym, jak Telewizja Polska zrelacjonowała wizytę „pierwszego Polaka w USA bez wizy” nadała czołowa agencja informacyjna Associated Press, a podały ją dalej m.in. „The Washington Post”, czy „The New York Times”. AP odnotowała, że materiał został wyśmiany. O sprawie pisze Gazeta.pl.

AP zauważa, że relacja w Polsce została wyśmiania, gdy widzowie zorientowali się, że podróżnym był pracownik stacji oraz były polityk PiS. Agencja pisała także, że TVP jest wykorzystywana przez partię rządzącą do „trąbienia o sukcesach”.

Materiał „Wiadomości” TVP1. Dziennikarze zarzucają ustawkę

Dziennikarze i użytkownicy Twittera po emisji materiału w „Wiadomościach” zarzucili TVP ustawkę. Dyrektor TAI Jarosław Olechowski zapewniał w tym serwisie społecznościowym, że lot pierwszego Polaka bez wizy do Stanów Zjednoczonych pokazany w „Wiadomościach” nią nie był. „Red. Bakalarski przeszedł standardową procedurę ESTA jak każdy podróżny. Materiał miał charakter poradnikowy, pokazujący co należy zrobić, żeby polecieć do USA bez wizy” – poinformował Olechowski.

Czytaj więcej o całej sprawie

Pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała.

Ależ gorący tydzień za nami. Zaprzysiężenie nowych posłów, lekki demakijaż rządu, rozpaczliwe poszukiwanie kasy, co już owocuje nowymi pomysłami, ile i jak ją z nas wyciągnąć. Dla mnie jednak „bohaterem” ostatnich dni jest Stanisław Karczewski i jego walka o jego Senat. To najbardziej tragiczna postać, pełna smutku i rozżalenia. Biedaczek, który zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

Zacznijmy jednak od początku. 13 października odbyły się wybory do parlamentu. Oczywiście Zjednoczona Prawica wygrała Sejm, co nie było żadnym zaskoczeniem. Wprawdzie okazało się, że PiS jest teraz bardziej uzależnione od swoich sojuszników, bo bez nich nie ma większości, że ogólnie na partie opozycyjne głosowało w sumie więcej Polaków niż Zjednoczoną Prawicę, że prezes nie krył rozczarowania, bo miał nadzieję, że zwycięstwo to będzie druzgoczące i opozycja na wieki wieków zostanie wyeliminowana, ale co tam. Wygrana to wygrana. Gorzej, gdy doszło do podsumowania wyników głosowania na senatorów i tutaj PiS poległo. To było jak uderzenie w policzek, zniewaga, nad którą ciężko przejść do porządku dziennego.

Najpierw zapadła cisza. Trzeba było ogarnąć temat i zastanowić się, co dalej. Najlepszym pomysłem okazał się ten, który już niejeden raz wspomógł prezesa i jego kolesi, czyli… przekupstwo. Sam Karczewski nie krył, że wszystko możliwe, bo przecież „nigdy nie było takiej sytuacji, że senatorowie, którzy rozpoczęli kadencję, w takich samych konfiguracjach politycznych tę kadencję kończyli”.

Ruszyła więc pisowska brać do boju, wierząc, że znajdzie kilku senatorów, którzy przejdą na ich stronę mocy, a tu klapa. Nie pomogły obietnice świetlanej przyszłości, nie pomogło zastraszanie. Senatorowie opozycyjni i niezależni zaparli się i koniec. Dla PiS-u to sytuacja nie do ogarnięcia, bo jak to. Przecież ta partia jest mistrzem w kupowaniu poparcia, a tu taka porażka. Ciężko to było przegryźć, tym bardziej, że zgłoszone protesty wyborcze, dotyczące nieprawidłowości w wyborze senatorów, też zostały odrzucone.

Fakt stał się faktem. PiS stracił Senat i choć na uszach stawał, nie udało się tego zmienić. No i tu wyskakuje nam ten biedak, pan Karczewski. Do końca, do ostatniej chwili był przekonany, że uda mu się zatrzymać stanowisko marszałka Senatu, bo przecież był takim wspaniałym marszałkiem. Jak mówił, „debaty wokół spraw nawet najbardziej dyskusyjnych, problematycznych, kontrowersyjnych, toczyły się do późnych godzin nocnych, nigdy nie ograniczałem możliwości wypowiadania się senatorów opozycji, mieli sytuację wręcz komfortową w Senacie. Moje drzwi były, są i będą otwarte dla wszystkich senatorów”, a tak w ogóle jego kadencja „była udaną kadencją. Myślę, że panowałem nad emocjami senatorów, potrafiłem prowadzić obrady, ale przede wszystkim prowadzić sprawy, za które odpowiedzialny jest Senat”.

Naprawdę nie wiem, czy to zaklinanie rzeczywistości czy też początki demencji, bo zupełnie inaczej pamiętam rządy marszałka Karczewskiego. Wyrzucenie flagi unijnej, skracanie czasu wypowiedzi, wyłączanie mikrofonów, nocne obrady, bezkrytyczne przyjmowanie każdej ustawy Zjednoczonej Prawicy, nawet tej, pełnej błędów i potem wielokrotnie poprawianej. Zapomniał o tym?

Teraz pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała. Walkę o fotel marszałka Senatu przegrał z profesorem Grodzkim i ależ ta porażka boli. Żegnaj luksusowy apartamencie w jednej z willi rządowych. Żegnaj cateringu i usługi prania oraz sprzątania w gratisie. Żegnajcie loty z rodzinką… I co teraz z tym pięknym portretem Karczewskiego, który był niezbędny „dla dobrego funkcjonowania państwa”? Pewnie zabierze do domu, powiesi w salonie i będzie się przed nim modlił o rychły upadek Senatu, który w obecnym składzie do niczego prezesowi i partii się nie przyda.

Jestem jednak przekonana, że nieraz usłyszymy jeszcze o panu Karczewskim. Już dzisiaj wieszczy on, że Senat nowej kadencji zamieni się w „izbę politycznych awantur”, bo przecież inaczej być nie może, a on sam będzie krytycznie patrzył na ręce nowego marszałka i ostro go punktował. Upokorzony i nieszczęśliwy pan Karczewski dzisiaj przywdziewa zbroję don Kichota i rusza na samotną walkę. On kontra senatorowie, którzy nie dali się przekupić. On i jego wiara, że wszystko jeszcze może się zmienić i powróci do koryta w blasku chwały i sławy. On silny, niezłomny, oddany prezesowi i pisowskiej Polsce nie odpuści. Jeszcze pokaże wszystkim, kto tu rządzi…

– Musimy teraz wybrać kandydata na prezydenta, potem czekają nas wybory szefa partii, a na końcu – wybory szefów regionów – mówił w sobotę w Swarzędzu przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Na spotkanie z działaczami przyjechał z prawdopodobną kandydatką partii na prezydenta RP Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Więcej >>>

Morawiecki upokorzony

„Kryzys polityczny wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności. Kandydatem powinien być więc ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem, będzie budował poparcie ponad połowy Polaków” – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Jurkiem Kuczkiewiczem z „Le Soir”. Wywiad publikuje „Gazeta Wyborcza”.

Tusk podkreślił, że jego bardzo wyraziste poglądy „nie są poglądami większościowymi w Polsce”. – „Poczynając od nieodpowiedzialnej polityki finansowej. Pomijam 500 plus, nikt już tego nie odbierze. Ale jak wiadomo, rząd PiS na tym nie poprzestał. I widać wyraźnie, że – na sposób południowoamerykański – on połączył to, co jest przyjemne, łatwe i atrakcyjne w lewicowej i prawicowej polityce. Wiadomo, że to się musi skończyć dramatem” – powiedział.

 „Dzisiaj mój pogląd nie jest dominujący” – przyznał Tusk, ale dodał: – „Przy czym jestem przekonany do swoich racji, będę ich bronił i o nie walczył, także w Polsce, bo uważam, że trzeba zrobić wszystko – oczywiście w ramach czystej gry – żeby wygrać wybory prezydenckie. Zawsze wolałem być na boisku aniżeli na trybunach. Ale teraz nie chodzi o to, żeby mieć satysfakcję, że się wzięło udział w walce. W tych okolicznościach trzeba spokojnie planować kilka najbliższych lat, aby zmaksymalizować szanse wygranej”.

Przewodniczący Rady Europejskiej wymienił cechy kandydata, na którego zagłosuje nadchodzących w wyborach. – „To powinien być prezydent na pierwszej linii frontu. Ale nie w imię interesów jednej czy drugiej partii, tylko w walce o ochronę Konstytucji, niezależnego sądownictwa, wolnych mediów. Tych rudymentów liberalnej demokracji. I takiego kandydata poprę, nawet jeśli w niektórych innych sprawach będzie miał inne poglądy niż ja” – powiedział.

Tusk zapytany, czy widzi osoby, które spełniają te warunki, odpowiedział: – „Tak, już się pojawili w debacie publicznej. Są tam nazwiska, które mają te przymioty. I mają szansę”.

„Odbieram tę nagrodę nie tyle w swoim imieniu, ale w imieniu polskiego społeczeństwa oraz wszystkich sędziów w Polsce, którzy mimo mowy nienawiści, ograniczania ich praw, niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sprawiedliwości stoją na straży rządów prawa, praworządności i praw człowieka” – powiedziała Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, którą uhonorowano Międzynarodową Nagrodą Demokracji Bonn.

Wyróżnienie przyznawane jest osobom lub organizacjom, które wnoszą wybitny wkład w sprawy demokracji i poszanowania praw człowieka. – „Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy przyznaliśmy Międzynarodową Nagrodę Demokracji, nawet we śnie nie pomyślelibyśmy, iż w roku 2019 będziemy musieli mówić o tym, jak zagrożone są nasze demokracje” – stwierdził podczas uroczystości wręczenia nagrody Ansgar Burghof, przewodniczący stowarzyszenia Internationaler Demokratiepreis Bonn.

Pierwsza Prezes SN podkreśliła, że jej sprzeciw oraz wielu innych sędziów skierowany jest „przeciwko tworzeniu przez tę władzę systemu, który wprawdzie opiera się na stanowionym prawie, ale faktycznie prowadzi do takiego ukształtowania wymiaru sprawiedliwości, w którym fundamentalne i przez lata niepodważalne zasady rządów prawa zostają ewidentnie naruszone. Przez ostatnie cztery lata doświadczyliśmy życia w ustroju, który można określić jako autorytaryzm wyborczy; za fasadą wolnych wyborów kryje się forma rządów prawem (rule by law), a nie rządów prawa (rule of law)”.

Prof. Gersdorf mówiła podczas uroczystości, co wydarzyło się w Polsce pod rządami PiS – o „rozpętanej za państwowe pieniądze bezprecedensowej w skali globu kampanii PR-owej przeciwko sędziom”, a także o próbach usuwania z SN najstarszych wiekiem sędziów „przedstawianych bez żadnego dowodu jako „komunistyczni oprawcy”. Przypomniała raport Komisji Weneckiej, która uznała zmiany w Polsce za „podważające demokrację, zasady rządów prawa”.

Dodała, że nie chodzi jej tylko o sytuację sędziów w Polsce. Podkreśliła wagę prawa jednostki do „niezależnego, niezawisłego i bezstronnego sądu”. – „Tak istotna ingerencja w wymiar sprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia w Polsce, stwarza ogromne ryzyko naruszenia praw człowieka” – podsumowała Pierwsza Prezes SN.

Wyróżnienie połączone jest z nagrodą pieniężną w wysokości 5 tys. euro. Prof. Gersdorf odmówiła przyjęcia pieniędzy.

W trakcie konferencji dotyczącej składu rządu prezes PiS Jarosław Kaczyński wymienił kilka słów z rzecznikiem Piotr Müllerem. Po chwili rzecznik zwrócił uwagę premierowi, że ten zapomniał wymienić nazwiska szefa MON. „Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać premiera w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – skomentował Cezary Tomczyk, poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz.

Premier Mateusz Morawiecki na wspólnej konferencji z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim zaprezentował skład nowego rządu.

Nowymi ministrami mają być: Jacek Sasin jako szef ministerstwa nadzoru właścicielskiego, jako szef resortu finansów – Tadeusz Kościński, jako szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej – Marlena Maląg. Ministrem środowiska ma zostać Michał Woś, dotychczasowy minister do spraw pomocy humanitarnej, a szefem resortu ds. klimatu – Michał Kurtyka. Szefową ministerstwa do spraw funduszy unijnych zostanie Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Pod koniec konferencji prezes PiS Jarosław Kaczyński zasygnalizował rzecznikowi rządu Piotrowi Müllerowi, że chce mu coś przekazać. Panowie po cichu wymienili ze sobą kilka słów. Gdy Mateusz Morawiecki skończył wypowiedź, Müller zwrócił uwagę premierowi.

– Panie premierze, jeszcze ministerstwo obrony narodowej pominęliśmy – powiedział rzecznik rządu, choć Mateusz Morawiecki wcześniej mówił o tym, kto obejmie ten resort.

– Wydaje mi się, że powiedziałem, ale na wszelki wypadek jeszcze: pan minister Mariusz Błaszczak, ministerstwo obrony narodowej. Dla pewności raz jeszcze to powtórzę

– zareagował Morawiecki.

„Szczyt upokorzenia”

„Dzisiejsze zachowanie rzecznika rządu RP Piotra Müllera było żenujące. Na prośbę paradyktatora Kaczyńskiego poprawiać Premiera Mateusza Morawieckiego w trakcie konferencji na żywo to jednak szczyt upokorzenia tego ostatniego” – tak tę sytuację skomentował na Twitterze poseł PO i były rzecznik rządu Ewy Kopacz Cezary Tomczyk.

„Rzecznik rządu na polecenie prezesa partii poprawia i strofuje premiera rządu w trakcie wystąpienia na żywo. To jednak nowy standard” – napisał poseł PO Sławomir Nitras.

Po trzygodzinnej naradzie w siedzibie PiS przy Nowogrodzkiej premier Mateusz Morawiecki ogłosił skład nowego rządu. Większych niespodzianek nie ma.

Wicepremierami pozostają Jarosław Gowin i Piotr Gliński. Obaj zachowują też resorty, którymi wcześniej kierowali, czyli odpowiednio nauki i szkolnictwa wyższego oraz kultury i dziedzictwa narodowego.

Mariusz Błaszczak nadal ma kierować Ministerstwem Obrony Narodowej. Mariusz Kamiński ciągle będzie łączył stanowiska szefa MSWiA i koordynatora służb specjalnych, a Zbigniew Ziobro – ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Pojawiły się nowe ministerstwa. Jacek Sasin będzie teraz pilnował spółek Skarbu Państwa, bo PiS przywrócił resort, który 4 lata temu sam zlikwidował. Konrad Szymański został ministrem ds. europejskich. Jadwiga Emilewicz oprócz Ministerstwa Rozwoju będzie zajmować się budownictwem i turystyką.

Zmienił się minister finansów – zamiast Jerzego Kwiecińskiego będzie nim Tadeusz Kościński. Nowym szefem resortu środowiska – w miejsce Henryka Kowalczyka – został Michał Woś z partii Ziobry, ale z resortu wydzielono kwestie klimatu i tym zajmować się będzie nowy minister Michał Kurtyka. Reszta obsady ministerialnych tek pozostała bez zmian.

Donald Tusk w 2013 r. przeniósł połowę pieniędzy z OFE do ZUS i ludzie uwierzyli, że to była kradzież. Morawiecki, 6 lat później, robi to samo z drugą połową, pobierając 15% prowizji i ludzie sądzą, że PiS oddaje im pieniądze.

Przed nami obchody Święta Niepodległości. Dużo będzie się działo w całej Polsce, ale zapewne wzrok wszystkich będzie zwrócony na Marsz Niepodległości, który kolejny już raz zdominuje ten dzień.

Będzie msza, wspólny różaniec, oficjalne rozpoczęcie marszu przez szefa stowarzyszenia Roberta Bąkiewicza, przemówienia, okolicznościowe występy i imprezka wieńcząca dzieło na Błoniach Stadionu Narodowego. Nie udało mi się znaleźć żadnych szczegółów, więc nie wiem, czy w tym roku uczestnikami będą tylko polscy narodowcy, a nie jak dotychczas, kolesie z faszyzujących ugrupowań europejskich. Nie wiem też, jakie zespoły uświetnią narodowe obchody 11 Listopada, bo i tutaj cisza jak makiem zasiał. A może organizatorzy nas zaskoczą i na Błoniach wystąpią gwiazdy Disco Polo?  Staną przed tłumem dzielnych chłopców z racami i będą śpiewać, że „Wszyscy Polacy to jedna rodzina” czy też „Przez twe oczy zielone oszalałem”. Wiadomo, muzyka łagodzi obyczaje, więc fajnie byłoby, gdyby Marsz zakończył się taki optymistycznym, nie odwołującym się do archaicznego patriotyzmu, akcentem polskiej zgody narodowej.

Dwa lata temu brytyjski liberalno-lewicowy dziennik „The Independent” uznał marsz za jedno z najliczniejszych zgromadzeń faszystów i innej skrajnej prawicy w Europie, zwracając uwagę na publiczne głoszenie poglądów ksenofobicznych i supremacji rasy białej oraz na antysemickie korzenie części grup organizujących marsz. Jak będzie w tym roku trudno powiedzieć. Wprawdzie organizatorzy marszu od pewnego czasu starają się przekonać naród, że z faszyzmem i nazizmem nie mają nic wspólnego, jednak przyglądając się temu uważnie, nikt myślący nie da się nabrać na tę pozorną zmianę wizerunku. Fakt,  organizują różnego rodzaju akcje, ale… oddają cześć patriotyzmowi, który  ma się nijak do tego, współczesnego. Spotykają się z młodzieżą, wciskając jej tylko te elementy historii, którymi można łatwo dzieciaki zmanipulować. Dbają o groby, obnosząc się ze swoją miłością do Żołnierzy Wyklętych, nie bacząc na to, że niektórzy z nich na pamięć nie zasługują. Chełpią się przywiązaniem do zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, postrzegając to w kategoriach martyrologii, obnoszą się z symbolem Polski Walczącej, wykorzystując go do głoszenia często ostrych nacjonalistycznych poglądów.

Nie bądźmy naiwni. Wilki ziejące nienawiścią do każdego, kto innej wiary, rasy, narodowości czy orientacji seksualnej, nie zamienią się nagle w łagodne owieczki. Choćby nie wiem, jak się starali, jaki przekaz usiłowali puścić w naród polski, zawsze będą oddani ideologii, która budzi grozę.

Hasłem tegorocznego marszu będzie „Miej w opiece naród cały”, cytat z pieśni „Z dawna Polski Tyś Królową”. Według organizatorów to hasło jest bardzo na czasie, bo właśnie dzisiaj należy odwołać się do idei Kościoła Walczącego (tak na marginesie, czy ktoś mi wyjaśni, na czym polega idea Kościoła Walczącego i dlaczego właśnie w obecnych czasach taki kościół jest szczególnie potrzebny?) Jak mówi Tomasz Kalinowski z Zarządu Stowarzyszenia MN, tym hasłem organizatorzy odwołują się „ do wyższych wartości w momencie, gdy zagrożone są podstawowe wartości takie jak: rodzina, wspólnota narodowa i wiara katolicka”. Tak więc uwaga, owieczki mogą pokazać wilcze zęby, jak im się nawinie podczas marszu ktoś, kto z wyglądu, wiary czy przekonań, nie mieści się w haśle uczestników marszu.

Akcentem, który również zaprzecza tej niespotykanej nagle „łagodności” świętujących narodowców jest symbol,  z jakim pójdą „do Niepodległej”. Różaniec w zaciśniętej pięści. Sam taki wizerunek już budzi grozę. Michał Szułdrzyński, dziennikarz „Rzeczpospolitej” stwierdził, że różaniec na zaciśniętej pięści wygląda jak kastet. Jego zdaniem to narzędzie przemocy, które zastąpiło symbol modlitwy i trudno mi się z nim nie zgodzić. Jednak Robert Bąkiewicz nie widzi w tym nic złego. Mało tego, uważa, że „trzeba mieć bardzo dużo złej woli, żeby doszukiwać się w tym geście czegoś negatywnego. Różaniec trzeba zacisnąć w pięść, żeby go trzymać”. Obraca też kota ogonem i wszystkie słowa krytyki traktuje jak atak na różaniec i objaw lewackiej histerii. Podobnego zdania jak on, są też Franciszkanie z Niepokalanowa, których „ujął graficzny przekaz pięknie snujący symboliczną opowieść o tym, jak to dzisiaj dawni niepokorni chłopcy zamienili hipotetyczne kastety na różańce. Siła męskiego ramienia dumnie ściska różaniec, oddając Ojczyznę Maryi”. Bez komentarza…

Nie zapominajmy też, że zapewne nie zabraknie podczas marszu i innych symboli, które wielu kojarzą się z faszyzmem i nazizmem, ale narodowcy usiłują nam wmówić, że są one tylko objawem umiłowania celtyckiej kultury (krzyż) i niewinnego odniesienia do rozwiązanej w 1933 roku ponadpartyjnej organizacji politycznej Obozu Wielkiej Polski (Falanga). Tralalala…bujać nie nas.

Ech, czy chcemy czy nie, to ten Marsz Niepodległości sobie pójdzie. Będzie głośno i tak bardzo pompatycznie, bojowo.  Pokaz siły, patriotyzmu, przekonania, że najlepszym objawem miłości do Ojczyzny jest za nią umrzeć.

Gdyby jednak  ktoś mnie pytał, to nie wezmę udziału w tym Marszu Niepodległości, bo to nie moja bajka, bo wiary we mnie w dobre intencje organizatorów nie ma, bo to dla mnie impreza, która fatalnie mi się kojarzy historycznie i oburza mnie fakt, że w dzisiejszej Polsce, Polsce z tak tragicznymi kartami, zezwala się na marsze tych, którzy z założenia niosą to zło.

Wolę inaczej. Wolę świętować naszą Niepodległość radośnie, bez tej sztucznej fanfaronady, patriotycznego nadęcia czy zwykłej bufonady. Jeśli macie czas, to zapraszam wszystkich do Poznania, który będzie tego dnia najweselszym miastem w Polsce. Przed nami objadanie się rogalami świętomarcińskimi, spotkanie ze św. Marcinem, który w stroju rzymskiego legionisty odbierze z rąk prezydenta Poznania symboliczne klucze do miasta. To fantastyczny Korowód  przebierańców, szczudlarzy, połykaczy ognia i innych performerów. Bieg Niepodległości, liczne koncerty, warsztaty i mnóstwo, mnóstwo innych atrakcji.

Dajmy sobie tego właśnie dnia prawo do wspólnej zabawy,  uśmiechu i optymistycznego spojrzenia w przyszłość, z dala od napompowanej ideologii i rac.  Niech nam ta nasza Polska żyje, rozwija się i szybko wróci do normalności… tego właśnie Wam i sobie życzę.

Duda powinien się bać, Trybunał Stanu ma jak w banku

Aż dwie trzecie wyborców KO chciałoby jednego opozycyjnego kandydata w I turze wyborów prezydenckich. Lewica i PSL niewiele ustępują w tym entuzjazmie. Analiza wyników wyborczych wskazuje, że to wariant raczej nieracjonalny, ale wyraża marzenie, byśmy „wszyscy razem” odsunęli Dudę od prezydenckiej godności [SONDAŻ OKO.PRESS]

W październikowym sondażu Ipsos badaliśmy pojedynek kilku kandydatów opozycji z Andrzejem Dudą w I turze. Sprawdzaliśmy, kto na opozycji ma największy negatywny elektorat,  co może decydować o wyniku II tury. Ale zapytaliśmy też o inny wariant wyborczy:

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Okazało się, że:

  • 44 proc. badanych opowiedziało się za wspólnym kandydatem;
  • 44 proc. stwierdziło, że każde z trzech ugrupowań powinno wystawić swojego kandydata;
  • 12 proc. nie miało zdania.

Wśród kobiet wyraźnie wygrywa koncepcja jednego kandydata/kandydatki w pierwszej turze (50 proc.), mężczyźni opowiadają się raczej za trzema kandydatami (49 proc.).

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Oczywiście pytanie o jednego kandydata ma zupełnie inny sens dla zwolenników i dla przeciwników PiS.

Wyborcy opozycji myślą o opozycji

W elektoracie KO zwolennicy jednego kandydata stanowią aż 66 proc. wyborców, w Lewicy – 55 proc., w PSL – 52 proc. Postawa wyborców KO jest zrozumiała, w końcu to ten komitet ma najsilniejszą pozycję i przekonanie, że wspólny kandydat byłby tak naprawdę „nasz” jest uzasadnione. Poparcie na Lewicy i PSL może dziwić, wszak oznaczałoby to zapewne niewystawienie „swojego” kandydata, co osłabia pozycję partii.

Podobną postawę odkryliśmy jednak już wcześniej, analizując wyniki pytania naszego sondażu o zadowolenie z wyników wyborów do Sejmu i Senatu.

Satysfakcję z (minimalnego) zwycięstwa w Senacie podzielało aż 77 proc. wyborców PSL i Koalicji Obywatelskiej i 79 proc. wyborców Lewicy (niezadowolonych w tych trzech elektoratach było po 19-20 proc.). Odczucia wyborców trzech partii są identyczne, choć partyjne zyski były tak różne: Koalicja Obywatelska zdobyła 43 senatorskie mandaty, PSL – 3 mandaty, Lewica – 2 mandaty.

Jak widać, duża część wyborców, choć ma swoje preferencje partyjne, myśli w kategoriach „zjednoczonej opozycji”. I marzenie o sukcesie „opozycji” jest silniejsze, niż pragnienie wygranej „mojej partii”.

Podobnie może być tutaj. Jeden wspólny kandydat może być postrzegany jako sygnał jedności i siły opozycji jako całości.

Wszyscy razem, pięści w górę, obalimy dyktaturę

Nie bez znaczenia jest również efekt psychologiczny. Wyborcom partii opozycyjnych Prawo i Sprawiedliwość jawi się jako kolos i monolit. W obliczu tak wielkiego zagrożenia oczekują stworzenia wielkiego bloku, który dorównałby rozmiarami partii rządzącej. Trzy mniejsze zdają się bez szans.

Odpowiedzi wyborców PiS kształtują się dokładnie odwrotnie. Reagują na sygnał wspólnego kandydata opozycji jak na zagrożenie dla „naszego Dudy”, bo „większy” po stronie opozycji wydaje się groźniejszy. Wyborcy PiS mogą też liczyć na to, że opozycja podzielona pogrąży się we wzajemnej rywalizacji, oddając łatwo zwycięstwo obecnemu prezydentowi.

Głosy zwolenników Konfederacji wyglądają podobnie jak głosy PiS. Ale stać może za nimi inna kalkulacja. W przypadku zjednoczenia opozycji jest oczywiste, że do drugiej tury przechodzi kandydat opozycyjny i Andrzej Duda (jeśli oczywiście wybory nie kończą się na jednej turze). Konfederaci mogą liczyć na to, że rozbicie głosów na kilku kandydatów nieco wyrówna szanse kandydata Konfederacji, który dodatkowo może robić sobie nadzieję na przejęcie wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku (a to ok. 20 proc.).

Czy w ogóle warto rozpatrywać wspólnego kandydata? Warto, bo…

Założeniem pomysłu jest oczywiście zwycięstwo w pierwszej turze.

Skumulowane głosy elektoratów partii prodemokratycznej opozycji miałyby wygrać z Andrzejem Dudą, dodatkowo osłabionym o głosy kandydata Konfederacji. W II turze te głosy zasilą raczej puszczającego oko do skrajnej prawicy Dudę, choć trudno to dziś przewidzieć z większą pewnością.

Żeby to osiągnąć trzeba zdobyć jednak aż 50 proc. wszystkich głosów. Nie udało się to ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu, a nawet w wyborach do Senatu (opozycja wygrała na mandaty, remisując w liczbie głosów). Z drugiej strony, notowania PiS zachwiały się po wyborach…

W rozważaniach nad strategią na I turę chodzi też o ekonomię mobilizacji. Zwolennicy jednego kandydata podkreślają, że wspólne prowadzenie kilkumiesięcznej kampanii przyniesie lepszy efekt, niż wsparcie udzielone jednemu kandydatowi opozycji dopiero w drugiej turze.

Dodatkowo rozdrobnienie w I turze może działać demobilizująco na elektoraty partii, której kandydaci odpadną. Argumentem za formułą „jeden wspólny kandydat” jest  uniknięcie miesięcy kampanii, podczas której między kandydatami opozycji dochodziłoby do bratobójczej walki.

Ta obawa artykułowana była także przy okazji kampanii do Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak ugrupowania demokratyczne wypracowały formułę rywalizacji, w której jest miejsce na krytykę, nawet spięcia, ale nie są wytaczane najcięższe działa.

Nie warto, bo…

Najpoważniejszym argumentem przeciwko jednej kandydaturze jest fakt, że elektoraty tak łatwo się nie sumują, a raczej nieco się „odejmują”. Oparcie całej, wielomiesięcznej kampanii na jednym kandydacie z KO z przekazem „musimy odsunąć od PiS od władzy” mogłoby skutecznie zniechęcić do udziału w głosowaniu wyborców dwóch pozostałych komitetów.

Z takich zapewne powodów wynik „paktu senackiego” opozycji do Senatu był gorszy od sumy wyników trzech partii osobno do Sejmu (w powyborczym sondażu OKO.press ta przewaga urosła z 5 do 7 pkt proc.):

Poparcie dla PiS i partii opozycji w wyborach do Sejmu i Senatu 2019 (w proc.)

Dane PKW

Uwaga! Do wyniku PiS do Senatu (44,56 proc.) doliczamy poparcie niezależnej Lidii Staroń (0,58 proc.), a do wyniku opozycji (KO + PSL + SLD = 43,66 proc.) trzech niezależnych senatorów: Stanisława Gawłowskiego, Krzysztofa Kwiatkowskiego i Wadima Tyszkiewicza (razem 1,04 proc.). Gdy policzyć też poparcie kandydatów, którzy nie weszli do Senatu  (jak zrobiła Dominika Wielowieyska w „Wyborczej”) okaże się, że opozycja miała minimalną przewagę.

Dopuszczenie realnej rywalizacji w pierwszej turze, a następnie oficjalne udzielenie poparcia przeciwnikowi Andrzeja Dudy może mieć większy mobilizacyjny potencjał. Przy założeniu, że „ujemna premia za zjednoczenie” będzie mniejsza niż w wyborach do Senatu.

Mało realny scenariusz

Władysław Kosiniak-Kamysz w połowie października snuł rozważania na temat wyłonienia wspólnego kandydata opozycji w prawyborach opartych na debatach i spotkaniach. Nadal opowiada o tej koncepcji w mediach, ostatnio w TVN24. Kosiniak-Kamysz był bardzo długo liderem w rankingach zaufania wśród polityków opozycji (obecnie dogoniła go Małgorzata Kidawa-Błońska), ale jest jednak liderem najmniejszego z trzech ugrupowań. Można to czytać jako kalkulację: jestem na tyle popularny, by stawić czoła Andrzejowi Dudzie, ale jednocześnie mając konkurentów w postaci liderów dwóch większych ugrupowań, mogę nie dostać się do drugiej tury.

Lider PSL jest jednak odosobniony. Politycy KO i Lewicy jednoznacznie odrzucają formułę „jednego kandydata”. Grzegorz Schetyna określił pomysł jako mało realny, a I turę nazwał „pewnego rodzaju prawyborami”. KO liczy na to, że jako opozycyjne ugrupowanie z największym poparciem wprowadzi swoją kandydatkę (Kidawę-Błońską) lub kandydata (Donalda Tuska?) do drugiej tury, nie ryzykując ewentualnej przegranej w prawyborach.

Ale pomysł jednego kandydata odrzucają też politycy Lewicy (m.in. Krzysztof GawkowskiRobert Kwiatkowski), a start lewicowego kandydata ogłosił Włodzimierz Czarzasty. Wszystkie partie lewicowe chcą natomiast wspólnego kandydata lewicy. Dotychczas mówiło się, że ma to być Robert Biedroń, choć jak wskazuje sondaż OKO.press, Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niewiele mu ustępuje w poparciu wśród elektoratu lewicy.

Tu motywacją jest zachowanie podmiotowości własnego obozu, który rośnie po wyborach w siłę.

O Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Duszno jest w te Zaduszki. Rodziny dzielą się wzdłuż i w poprzek. Na groby chodzą oddzielnie. Nawet zmarłych dzielą na lepszych i gorszych. Ciała na cmentarzu, kości i popioły w urnach są też lepsze i gorsze. To zależy od tego, kto na kogo głosował, jaki wrzucał głos do urny. Dziwna jest ta zbieżność urny z prochami z urną z głosami. W te dni warto pamiętać, że papierowe głosy w proch się obrócą, jak ci co głosowali i ci, na których głosowano.

Zaduszki jako „przypomnienie wszystkich wiernych zmarłych” wprowadził opat z Burgundii w 993 roku. Zagospodarowanie symboli jest podstawą działania w polityce i kościele. Zalecił to ów opat zamiast pogańskiego obyczaju oddawania czci zmarłym. Uwaga: my jako kraj nie byliśmy jeszcze nawet ochrzczeni i obchodziliśmy ciągle nasze swojskie Dziady. Teraz królują dynie z otworami, czaszki, kościotrupy, amerykańskie święto dzieciaków i wesołych przebierańców. Uchodzi za grzech i jest potępiane przez Kościół bardziej niż pedofilia w jego, za przeproszeniem, łonie…

Meksykańskie przysłowie mówi, że życie jest snem, a śmierć jest przebudzeniem. Mało kto chce się jednak przebudzić z życiowego snu. Raczej boimy się kościstej Madame. Staramy się jak najdłużej zostać na tym „padole płaczu”, wspominając zmarłych i ich ostatnie słowa, ostatnie życzenie. Tata prosił, żeby dać mu kopsnąć szluga i setkę, a ty mu nie dałaś, mówi brat do siostry, a ona, że nie chciała, żeby się uzależnił…

Ostatnie słowa wielkich wchodzą do literatury czy historii. Goethe, umierając zawołał: „Więcej światła!”. Co się rozumie, że pragnął oświecenia dla społeczeństwa i tak dalej. Prawda jest taka, że trzymano go w „choralni”, czyli ciemnym pokoju. Zasłonięte kotary tłumiły światło, biedny poeta pragnął słońca.

Gdy pewnego francuskiego polityka prowadzono na gilotynę, ktoś z orszaku powiedział do niego: „Ty drżysz”, a on odpowiedział: „To z przeziębienia!’. Zastanawiam się, czy jest u nas wśród rządzących ktoś obdarzony takim dowcipem? Eee nie, oni mówią to, co przyniesie przekaz dnia.

Sokrates natomiast czując, że koniec jest bliski nakazał swemu służącemu, by zapłacił za koguta. Jako filozof wiedział, że całun nie ma kieszeni, a trumna portfela, o czym zapominają pazerni świeccy i duchowni. Neron, któremu się wydawało, że jest wspaniałym wokalistą, biadolił: „Jakiż artysta ginie we mnie!”. Cezar, jak to władca oderwany od rzeczywistości, zdziwił się: „I ty Brutusie?”, zanim otrzymał cios. To nauka dla każdego wielkiego dyktatora oraz małego dyktatorka. Każdy ma obok siebie kogoś, kto czyha na jego stanowisko. Nawet jeśli ma tylko 18%.

Bardzo brakuje nam ludzi, którzy odeszli. Niezwykłych, dowcipnych. Odczuwamy brak Marii Czubaszek, mówiącej: „To było w czasach, kiedy Ibisz był jeszcze stary”. Nawiązywała do jego coraz młodszego wyglądu. Zaatakowana przez kogoś ekobio, kto jej zarzucił, że tak kocha zwierzęta, a odżywia się parówkami, wypaliła: „Każde dziecko wie, że w parówkach nie ma mięsa”. Żal, żal, że jej nie usłyszymy.

Janusz Głowacki mawiał „Szanuję nagrody, które dostaję, gardzę tymi, których mi nie dano”. A na pogrzebie Głowackiego Kazimierz Kutz mówił: „Są wszyscy, tylko Głowy nie ma”. Gdy wybuchła afera MeToo Kutz samokrytycznie stwierdził, że gdyby to się wydarzyło w jego czasach, nie nakręciłby żadnego filmu. Chyba zabrakło mu Głowy, przyjaciela, bo zawinął się szybko po nim, spakował manatki i odjechał w ostatnią podróż.

Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”!

Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny.

Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…

Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…

Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji.

Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”.

I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…

Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”?

Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”.

Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!

Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm.

Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów?

1 listopada, dzień zadumy, refleksji, wspomnień. Lubię te leniwie płynące godziny pełne wyciszenia i nostalgii. Pomaga mi to nabrać dystansu do dość ponurej rzeczywistości, uspokoić emocje, zamknąć swój świat w dobrych myślach i przywołać do siebie tych, którzy bardzo byli mi bliscy, ale i tych, których mądrość, życzliwość, inteligencja, system wartości, odłożyły się we mnie, budując moje człowieczeństwo.

Żeby jednak nie było tak sielsko, anielsko i różowo, to warto zwrócić uwagę, że spotkania rodzinne przy grobach to też okazja, do wspólnego biesiadowania, wielokrotnie zakrapianego alkoholem, a potem powroty do domu i może znowu pobity rekord wypadków drogowych i niepotrzebnej śmierci. To przed nami, a za nami… dni poprzedzające uroczystości Wszystkich Świętych, zdominowane przez coroczną walkę o sens i rację bytu Halloween i na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić.  Nie ma co, jak każdego roku, Polskę ogarnia istne szaleństwo. Nic nie jest tak ważne jak to, czy obchodzić Halloween czy też bronić się przed nim rękami i nogami.

Kościół ostrzega przed tym świętem, bo „to niebezpieczny festiwal brzydoty dla ludzkiej duszy” i apeluje do rodziców, „byli czujni. Diabeł nie żartuje. Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie”. Rodzic chrześcijanin musi wiedzieć, że dynia z zapaloną w niej świecą to symbol dusz błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci)to nic innego jak próba nawiązania kontaktu człowieka z duchami, a wróżby, których celem zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości, to grzech śmiertelny „przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów”. Rodzic musi mieć też świadomość, że słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły to nic innego jak prosta droga do opętania i chorób psychicznych. Ponoć po Halloween wzrasta liczba właśnie opętań wśród dzieci, dacie temu wiarę?

Do tego kościelnego chóru ochoczo włączają się politycy PiS i sympatycy partii rządzącej. Posłanka Masłowska zamierza nawet wystąpić do MEN, by zablokować „tę głupotę”. Wspiera ją z całych sił minister edukacji, Dariusz Piontkowski, dla którego to święto „jest makabryczne i angażowanie w to dzieci nie jest dobre. Dziwię się nauczycielom, którzy chcą to organizować. To jest chore, że dzieciom organizuje się Halloween. Na siłę się nas zmusza, byśmy ten zwyczaj obchodzili. Idiotyczne. Ten zwyczaj kojarzy się z horrorem. Nie można tak narażać dzieci, zwłaszcza najmłodszych”. Biedne dzieci są straszone przez swoich katechetów, którzy w bardzo obrazowy sposób mówią o uleganiu szatanowi i innych okropieństwach, jakie spotkają te dzieciaczki, gdy wezmą udział w Halloween.

Swoją cegiełkę do walki z tym niecnym świętem dokładają kuratorzy oświaty. Małopolska kurator oświaty chwali szkołę w Poroninie, gdzie odbył się dzień Dyni, niby podobny w założeniach do Halloween, a jednak taki nasz, chrześcijański. Do podobnej imprezy zachęcał szkoły bydgoskie kurator Marek Gralik, do którego zwrócili się ponoć „nauczyciele i rodzice uczniów, którzy poinformowali mnie o drastycznych wydarzeniach, w tym o zmuszaniu niepełnosprawnych intelektualnie dzieci do udziału w halloweenowych zabawach”. Za zdecydowaną reakcję pan kurator otrzymał serdeczne podziękowania od pupilki Rydzyka, Anny Sobeckiej. Również i w Wielkopolsce szkoły dostały zakaz organizowania Halloween, choć rzeczniczka tłumaczy, że to nie tak, że to tylko wyjaśnienie, co dyrektorom wolno, a co nie.

Przyznam szczerze, że zupełnie mi to święto nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi jego „pogańskość”, bo przecież większość świąt kościelnych opartych jest na przedchrześcijańskich wzorach. Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów? Fakt, przekaz jest może nieco przejaskrawiony, ale najmłodsze pokolenie, wychowywane na grach komputerowych, gdzie krew sika na okrągło, bohaterowie leją się równo, jest ileś tam żyć do wykorzystania, okrucieństwo leci z każdej możliwej strony, postrzega go już zupełnie inaczej. Liczy się pomysłowość, ilość zebranych słodyczy i przede wszystkim zabawa.

To też otwartość na inną kulturę. To święto ma już ponad 2000 lat, a jego kolebką była Anglia, Irlandia, Szkocja, Walia i Francja. Celtowie obchodzili ten dzień właśnie 31 października, uważając go za święto zbiorów oraz koniec lata i początek zimy. Kapłani celtyccy uważali, że tego właśnie dnia demony i upiory wracają z zaświatów, dlatego przesądny lud przebierał się, dzięki czemu mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo i przypodobać duchom. Ot, jedna z wielu legend, która jest wciąż żywa i może tak właśnie należy Halloween traktować? Nie jako zło, ale sięganie do korzeni?

Oczywiście, każdy ma prawo mieć własne zdanie w tej sprawie, może jednak warto wziąć przykład z tych, którzy postanowili nieco ten dzień ucywilizować i zabezpieczyć się przed sąsiedzkimi kłótniami. W skrzynkach pocztowych mieszkańców ul. Namysłowskiej w Warszawie znalazły się karteczki z wydrukowaną dynią i informacją, że „W dniu 31.10.2019 r. dzieci z pobliskich bloków będą chodziły i zbierały słodycze. Wiemy, że nie każdy z Państwa toleruje powyższą zabawę, w związku z powyższym do każdej skrzynki wrzucono karteczkę z obrazkiem dyni. Ci z Państwa, którzy zgadzają się na odwiedziny dzieci w celu podarowania im cukierka, proszone są o przyklejenie karteczki do drzwi mieszkania. Dzieci nie chcą niepokoić tych z Państwa, którzy nie życzą sobie ich odwiedzin. Proszę potraktować to jako zabawę”. Świetny pomysł na pogodzenie miłośników Halloween z ich przeciwnikami, prawda?

Dzisiaj mamy głowy zajęte już czymś innym. Odwiedzamy groby, palimy znicze, oddajemy się pamięci. Jednak może warto w kolejnym roku nieco spasować, dostrzec, że każdy może po swojemu podchodzić do tych dni zadusznych i nie robić z tego wielkiego problemu, bo, po co ….