Cofka Kaczyńskiego

PiS po raz kolejny podbija medialnie stawkę tych wyborów. Tym razem Jarosław Kaczyński mając na celu mobilizację wolontariuszy stwierdził, że mają one wręcz historyczną wagę. Jednak ton wypowiedzi prezesa powoli przekracza granicę powagi i zmierza w kierunku śmieszności. – “Stawką wyborów parlamentarnych jest to, czy Polska pójdzie w kierunku państwa dobrobytu, sprawiedliwości i solidarności, czy też zacznie wracać w stronę postkomunizmu” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Walka do ostatniego dnia?

W miniony piątek w Warszawie odbyło się spotkanie Kaczyńskiego oraz Morawieckiego z wolontariuszami, sympatykami oraz członkami sztabów regionalnych Prawa i Sprawiedliwości. To spotkanie ma być sygnałem do walczenia o wygraną, a motywować zgromadzonych zaczął Joachim Brudziński: – “To, czym możemy się pochwalić, to fakt, że wszyscy młodzi ludzie, którzy tutaj przyjechali nie wstydzą się PiS, swoich przekonań, swojej pracy na rzecz naszych kandydatów. Ponieście dalej tę energię, radość i przekonanie, że warto stać u boku (prezesa PiS) Jarosława Kaczyńskiego, bo (on) jest gwarantem tego, że ta Polska, którą konsekwentnie budujemy od 2015 r., będzie Polską wszystkich Polaków” – podkreślił Brudziński.

Pojawiające się wątpliwości o uzyskanie większości w Sejmie, zachęciły Kaczyńskiego do retoryki postkomunistycznej, co już na wstępie nie budzi powagi. Mówił o Polsce, “czy pójdzie do przodu, ku rozwojowi, ku państwu dobrobytu, polskiej wersji państwa dobrobytu, ku sprawiedliwości, solidarności, czy też pójdzie w tył, zacznie wracać na tej historycznej drodze, zacznie się odwrót, odmarsz w stronę postkomunizmu, w stronę tego wszystkiego, co ograniczało nasze możliwości, co krzywdziło tak wielu ludzi, co doprowadziło do tego, że szanse tych 30 lat, które już za nami, zostały wykorzystane tylko po części” – mówił lider PiS.

W wypowiedzi Kaczyńskiego widać oderwanie w rzeczywistości. Jakby nie zauważył zmian w ostatnich latach, także w odbiorze naszego kraju przez obcokrajowców: -“Podkreślam to, bo to jest naprawdę niesłychanie ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, bo przecież czasu nie cofniemy, że można bardzo dużo, także w przyszłości. Można zbudować ten kraj, o którym będzie można mówić, że to szczęśliwy kraj. Kraj bez żadnych kompleksów, którego obywatele, kiedy będą jeździć na Zachód, ten mityczny kiedyś Zachód, będą się czuli jak u siebie w domu, w tym sensie, że nie będzie tam lepiej niż tu – dodał Kaczyński.

Historyczna waga wyborów.

Kaczyński porównuje tegoroczne wybory do tych sprzed 30 lat: –To jest dzisiaj kwestia dla naszej przyszłości – naprawdę nie przesadzam – równie ważna, jak to zaangażowanie sprzed 30 lat, przeszło 30 lat, to z końca kwietnia, maja i początku czerwca 1989 r.” – stwierdził. Jak dodał, wtedy decyzja dotyczyła spraw, wydawałoby się jeszcze ważniejszych. “Oczywiście one były superważne i tamte wybory przyniosły Polsce sukces. Ja tego nigdy nie kwestionowałem, sam w tym uczestniczyłem” – zaznaczył lider PiS.

Powracała też kwestia tego, by zwolennicy PiS walczyli do ostatnich godzin. “Chciałbym wam z jednej strony serdecznie podziękować, a z drugiej prosić o to, by to wasze zaangażowanie trwało (…) ale także chciałbym, byście byli żołnierzami Prawa i Sprawiedliwości i później, bo przed nami – jeśli zwyciężymy – wielkie zadania, wielkie zadania zmiany naszego kraju, zmiany naszego kraju pod wieloma względami” – dopingował Kaczyński.

Morawiecki: III RP obrzydziła politykę Polakom

Gdy do głosu doszedł Morawiecki, postanowił wyjaśnić młodym zwolennikom PiS arkana polityki. -“Otóż polityka to jest jeszcze prostsza gra. Możemy tylko albo wygrać albo przegrać. I nic nie jest przesądzone, bo to, żeby zmienić dalej Polskę na lepsze jest w waszych rękach” – mówił Morawiecki.

Jego zdaniem III Rzeczpospolita “starała się do szpiku kości być antypolityczna, apolityczna. Po to, żeby Polakom obrzydzić (politykę), zniechęcić ich do polityki, a młodych ludzi w szczególności” – mówił. “Wasze przekonanie o tym, że poprzez politykę można zmienić rzeczywistość jest piękne i bardzo wam za to dziękuję”.

Decydujące starcie

PiS gra o wszystko – podkreślają to jego liderzy. Partia ma małe zdolności koalicyjne. Jedynie Konfederacja – jeśli w ogóle wejdzie do Sejmu – może stać się naturalnym aliantem PiS. Pozostałe partie i koalicje wyborcze – raczej nie. Stąd zapewne apele Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Małgorzata Kidawa-Błońska podczas konwencji KO w Poznaniu podziękowała małym i mikroprzedsiębiorstwom za to, że tworzą w całym kraju ponad 4 miliony miejsc pracy. – „To jest naprawdę potęga, a ludzie pracy muszą być szanowani i doceniani – ci, którzy ją wykonują, ale także ci, którzy ją dają, bo jedni i drudzy są od siebie zależni i muszą współdziałać” – mówiła Kidawa-Błońska.

– „To wy jesteście także sercem gospodarki i siłą polskiej gospodarki – małe przedsiębiorstwa i ludzie, którzy z odwagą i optymizmem podejmują ryzyko, by te firmy założyć i prowadzić. I nie można im mówić, że się do tego nie nadają” – powiedziała Kidawa-Błońska.To oczywiście nawiązanie do słów Jarosława Kaczyńskiego, o tym w artykule „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach to znaczy, że się do niej nie nadaje”.

A przewodniczący PO Grzegorz Schetyna dodał: – „Ludzie pracy, Polki, Polacy chcę was ostrzec: pan Kaczyński idzie po wasze pieniądze. Dla was propozycje PiS mogą oznaczać dwie rzeczy. Albo zamrożenie pensji na obecnym poziomie, bo pracodawca będzie rozpaczliwie szukał środków na ustawowe podniesienie najniższych wynagrodzeń albo po prostu utratę pracy, jeśli firma splajtuje. To plan wykończenia niezależnej przedsiębiorczości”.

Kidawa-Błońska przedstawiła propozycje KO dla przedsiębiorców. – „Obniżymy składki na ZUS małym firmom, będą liczone od pensji minimalnej. Jeżeli płacicie CIT, a wasze firmy rosną szybciej niż gospodarka, będziecie płacić niższy podatek, będzie mieli pieniądze na inwestycje. Koniec z blokowaniem zwrotu VAT i uciążliwymi kontrolami, tam gdzie to możliwe będą odbywały się elektronicznie i nikt już więcej was nie będzie nękał” – zapowiedziała kandydatka KO na premiera.

– „Dla obecnej władzy szczególnie pracodawcy to najwięksi wrogowie. Czemu akurat na pracujących tak się uwzięli? Bo człowiek, który sam się utrzymuje, czuje się po prostu niezależny. Człowiek, który dobrze pracuje, wymaga też dobrej pracy od rządu. Człowiek, który wie, że sam ciężko zapracował na swój chleb, nie da sobie sobą pomiatać. Bo człowiek ma swoją dumę, swoje prawa, wie co mu się należy. Pielęgniarka, która wiedzę i bezcenne doświadczenie, zna swoją wartość, swojej pracy i po 12 godzinach bez przerwy na nogach nie da się jej wmówić, że jej wyplata to jakaś łaska. Handlowiec, który ma dar przekonywania, nauczyciel który oddaje dzieciom połowę swojego życia, właściciel warsztatu czy sklepu, firmy albo robotnik budowlany, który zna się na swojej robocie. To prawdziwa lista wrogów dzisiejszej władzy. I moglibyśmy wymieniać dużo dłużej. Pracownicy sklepów, magazynów, informatycy, kierowcy. Wszyscy ci, którzy dobrze znają dźwięk budzika o 6 rano, oni są dla tej władzy wrogiem. Bo każdy zna swoją wartość i każdy kto wie, że za jego pracę coś mu się należy, każdy kto wie, że bez codziennego trudu wszystko by się zawaliło, każdy wolny człowiek dla tej władzy jest wrogiem” – powiedział Schetyna.

Za populizm i demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie zapłacić nam wszystkim.

PiS w tej kampanii wyborczej idzie szlakiem utartym już 4 lata temu. Wówczas, po dogłębnych badaniach nastrojów Polaków, znalezieniu grup docelowych, do których mógł śmiało uderzyć ze swoim populizmem i obietnicami, wygrał i zafundował nam niezłą karuzelę w postaci „dobrej zmiany”, której celem demolka wszystkiego, co się dało. Dzisiaj robi to samo. Znowu szczegółowe badania i pod lupą znaleźli się pracownicy kiepsko zarabiający, emeryci oraz rolnicy. Ogarnijmy więc to jakoś i zobaczmy, kto i dlaczego również w tym roku postawi na prezesa.

Część rodzin z dziećmi udało mu się kupić za 500 Plus. Zwłaszcza te, które poprzednio borykały się z dużymi problemami finansowymi i korzystały z pomocy społecznej oraz te, dla których pieniądze na dzieci stały się podstawowym źródłem utrzymania. Do tego PiS dorzucił wyprawkę szkolną w wysokości 300 zł. Pytanie tylko, jeśli jest tak dobrze, to dlaczego wzrosła liczba rodzin z dziećmi, żyjących w ubóstwie? Jak podaje GUS, w 2018 roku wśród gospodarstw domowych z jednym dzieckiem wzrost ten sięgnął ponad 6 %, a gospodarstwach domowych z co najmniej trójką dzieci ok. 10%. Mało tego, efektem tego programu jest spadek aktywności zawodowej kobiet, co odbije się na nich ostro, gdy dojdą do wieku emerytalnego i znajdą się w finansowej dziurze. No, ale to jakaś tam przyszłość, a przecież żyje się dzisiaj i to dzisiaj właśnie jest ważne.

Prezes nieustannie przypomina, czym dla niego jest Rodzina, jak będzie o nią walczył i dbał. Wytyka poprzedniej władzy, że nie dbała o rodziny, że odbierano kochającym rodzicom dzieci tylko z powodu biedy w domu, a teraz, gdy rządzi jego partia, jest zupełnie inaczej. Fakt, jest, bo nigdy wcześniej nie czytałam tylu newsów o maltretowaniu dzieci, zaniedbaniach prowadzących do kalectwa, a nawet śmierci. Mało tego, jak podaje wp.pl jego partia może chcieć zaostrzyć przepisy aborcji eugenicznej, bo przecież trzeba chronić Rodzinę i związane z nią życie poczęte. Kobieta, w imię tej partyjnej „miłości”, będzie więc rodziła ciężko okaleczone dzieci, skazane z góry na bolesne umieranie, bo jak mówił poseł Żalek „Każda matka wie, że jej dziecko umrze. Tak jest każdy z nas umiera”, więc w czym problem?

To wszystko nieważne. Ważny jest przekaz, który łapią rodziny z wdzięcznością. Prezes im daje, prezes ich kocha, prezes o nich zadba. Nie ma co się nadmiernie aktywizować, nie ma co się przejmować, bo prezes dobry na każdą bolączkę i pomoże…

Kolejna grupa, która zapewne chętnie poleci do urn i odda swój głos Zjednoczonej Prawicy to Młodzi, przed 26 rokiem życia. Dzięki prezesowi mają zerowy podatek, więc chyba wypada mu jakoś za to podziękować. A czy to ważne, że teraz samorządy będą miały mniej kasy na inwestycje? Może dzięki temu posunięciu padną jakieś szpitale, drogi lokalne staną się bardziej wyboiste, nie będzie pieniędzy na rozwój lokalny? Spoko, ich to przecież nie dotyczy. Ważne, że dostali swój kąsek, a reszta niech się wali.

Dalej mamy rolników. Prezes obiecuje im zwiększone dotacje do hektara, dopłatę do każdej krowy i świnki, więc czy to nie powód do euforii? Zapomniał dodać, że te pieniądze nie pójdą z kieszeni partii rządzącej, ale z UE, bo to nieistotny drobiażdżek. Nieważne, kto daje, ważne, że daje. Tak więc rolnicy zapomną o tym bałaganie, jaki opóźniał im kasę, gdy PiS przejęło władzę, bo liczy się to, co teraz. Zapomną o skali pomocy, uzyskanej z powodu suszy. Teraz PiS da coś, to i oni dadzą PiS-owi swoje poparcie.

Górnicy, których prezes tak szanuje, również zagłosują na PiS. W końcu, jak obiecał Morawiecki, mamy węgla na 200 lat i nie zrezygnujemy z jego wydobycia i z jego wykorzystania. A co nas tam obchodzi klimat… Będziemy się truć CO2, będziemy chodzić w maskach, będziemy umierać przez to rosnące zanieczyszczenie środowiska. To wszystko jednak nieistotne. Ważne, by górnik był zadowolony, pewny pracy i postawił w odpowiednim miejscu krzyżyk na karcie do głosowania.

O odwdzięczeniu się prezesowi już myślą pracownicy, zarabiający minimalną pensję. Prezes podniesie im pensje do 3 tys. zł, a później nawet do 4 tys. zł. Ależ im się życiowo polepszy, ale czy rzeczywiście? Wyższe pensje to większe wydatki przedsiębiorców. Trzeba się liczyć z tym, że małe, a nawet i średnie firmy tego nie udźwigną. Jedne padną, inne będą się ratować, zatrudniając na np. pół etatu, a resztę wypłacając pod stolikiem. Tak więc trzeba się liczyć z bankructwem, a co za tym idzie, wzrostem bezrobocia oraz umocnieniem tzw. umów śmieciowych. Ta radość pracowników szybko zamieni się w smutek i rozżalenie, ale co tam. Po co się martwić na zapas. Po co słuchać ekspertów, którzy zapewne tylko tak głupio gadają, bo prezesa nie lubią.

Dla emerytów prezes też przygotował małą niespodziankę. Podwyższenie emerytury, wprowadzenie na stałe trzynastki, a z czasem nawet i czternastki. No po prostu żyć, nie umierać. Radość wielka i warto zapomnieć o nietrafionych listach darmowych leków dla seniora, o coraz większych trudnościach z leczeniem się u specjalistów, o umieraniu na SOR-ach, drożyźnie w sklepach i czekającego wzrostu opłat za prąd.

Za PiS-em twardo będą stali ci sędziowie, prokuratorzy, naukowcy, intelektualiści, aktorzy, dziennikarze, którzy za poprzedniej władzy nie mogli się wybić, bo kompetencje niewielkie i dość słabe umiejętności. Teraz mają to swoje 5 minut i gdyby mogli, to głosowaliby za partią prezesa nawet na dziesięć rąk. Teraz to ich czas na wykarmienie niespełnionych dotąd aspiracji zawodowych, teraz to oni są „pany nad panami” i nie pozwolą sobie tego odebrać.

Tam, gdzie prezes sobie nie poradzi, tam wspomoże go Polska Instytucja Kościelna, która w państwie PiS-u ma się jak pączek w maśle. PIK, urastający do rangi „pierwszej władzy w Polsce”, odwdzięczy się swej partii za płynącą wartkim strumieniem kasę, budowanie społeczeństwa chrześcijańskiego, uznanie prawa kościelnego za ważniejsze od tego stanowionego. Tak więc księdza będą prowadzić agitację na rzecz prezesa z ambony, udostępniać swoje kościoły na spotkania z politykami PiS, mieszać wiernym w głowach, byle tylko nie odważyli się samodzielnie myśleć i zagłosowali tak, jak ksiądz im każe.

Wszystkie te grupy, które prezes uważa za już kupione, łączy jedno. Mają one w nosie przyszłość i nie chcą lub nie potrafią myśleć perspektywicznie. Dzisiaj czują się docenione, hołubione. Dzisiaj jest im bardzo dobrze i co ich obchodzi to, co będzie kiedyś tam. Nie zastanawiają się nad tym, że gospodarka kieruje się pewnymi stałymi zasadami i złamanie choćby jednej z nich, zapowiada niezłą katastrofę. Katastrofę, którą i oni, dzisiejsi wielbiciele PiS, odczują bardzo boleśnie. Nie zastanawiają się, że budżet państwa to nie worek bez dna, że dając jednym, odbiera się innym, że sami zapłacą wysoką cenę za wszystko, za co w październiku podziękują prezesowi swoim wsparciem. Nie wiedzą tego, czy nie chcą wiedzieć? Nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć?

Nic nie trwa wiecznie. Za populizm, demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie nam wszystkim zapłacić, a wtedy płacz i zgrzytanie zębów nie pomoże. Sprzedanie się za lepsze dzisiaj, zbierze swoje gorzkie owoce jutro i tylko pytanie… do kogo wielbiciele PiS będą mieli wówczas pretensje?

Reklamy

Platforma obiecuje, że jutro może być lepsze

Sprawa tajemniczej śmierci byłego boksera Dawida Kosteckiego zaczyna być coraz bardziej bulwersująca. Już chyba mało kto wierzy w oficjalną wersję, w ramach której popełnił on samobójstwo, leżąc na więziennej pryczy. Co zdecydowanie zastanawiające, prokuratura zamiast wyjaśniać wątpliwości w tej sprawie, wywołuje coraz więcej pytań, nasilając wręcz wrażenie, że coś w niej ukrywa. Sytuacja, w której jeden ważny świadek, mający olbrzymią wiedzę o kulisach afery, w którą zamieszanych może być szereg VIP-ów z Podkarpacia, w tym prominentnych polityków obozu władzy, kontrolującego przecież prace prokuratury powinna postawić na nogi nawet największych sympatyków PiS. Tak bowiem nie działa państwo normalne, uczciwe i otwarte.

Reporterzy Radia Zet dotarli do listu, jaki do prezesa partii rządzącej Jarosława Kaczyńskiego napisała żona Dawida Kosteckiego. Ujawniła ona w nim bardzo niepokojące wydarzenia z celi swojego męża.

“(…) Od miesiąca robię wszystko co możliwe, by wyjaśnić sprawę śmierci mojego męża. (…) Nigdy nie uwierzę, że Dawid mógł się zabić. Miał niestety wielu wrogów i bał się przeniesienia do Warszawy. Dzisiaj podległa Panu prokuratura traktuje rodzinę i naszych pełnomocników jako zagrożenie związane z tym, że chcemy wyjaśnienia przyczyn śmierci mojego męża. Nie udostępnia się nam akt postępowania, a czasem o dowodach dowiadujemy się z mediów, które otrzymują je wprost z prokuratury, gdyż nikt inny ich wcześniej nie posiada. Czy może Pan panie Prezesie zrozumieć jak czuje się człowiek, który o dowodach ze śledztwa dowiaduje się z mediów, bo prokuratura odmawia wydania ich rodzinie, ale chętnie dzieli się nimi z mediami? Czy Pan jako bliski ofiar katastrofy nie miał dostępu do akt sprawy? Czy gdyby na ciele pańskiego brata znaleziono ślady po użyciu jakiegoś narzędzia to zaakceptowałby Pan to, że nie przeprowadzono badań aby wyjaśnić skąd się wzięły?” – pisze załamana Edyta Kostecka.

Wdowa wymienia szereg zaniedbań śledczych i wytyka im lekceważenie niepokojących śladów możliwego udziału osób trzecich przy śmierci męża. Ujawnia także szokującą wizytę przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (czyżby rząd miał co do ukrycia?) w celi zmarłego boksera.

Edyta Kostecka kończy list słowami: “Mój mąż nie był świętym człowiekiem, ale był obywatelem RP oraz dzielnym sportowcem i zasługuje na wyjaśnienie tego, kto go zabił. Nie jestem politykiem i nie obchodzi mnie to, że ta śmierć nastała w czasie kampanii wyborczej. Chcę sprawiedliwego śledztwa i traktowania mnie uczciwie.”

Na sprawiedliwe śledztwo i uczciwe traktowanie raczej jednak liczyć nie może i próba interwencji u Jarosława Kaczyńskiego zapewne nie przyniesie spodziewanego skutku. Lider PiS nie jest w stanie poskromić Zbigniewa Ziobry, nad którego działaniami już dawno utracił kontrolę. Ta władza tej sprawy nie wyjaśni, bo zbyt wiele ma w niej do stracenia.

„Panie premierze, panie prezesie. Nie jest wcale tak różowo jak w waszych spotach. Nie wystarczy w programach TV pokazywać, że wszystko wygląda wspaniale. Polski nie naprawia się w telewizji. Wyjdźcie z limuzyn, wyjdźcie zza ochroniarzy i posłuchajcie co mówią ludzie”.

Zapowiedziała m.in. ofertę dla seniorów aktywnych, „ale myślimy też mocno o seniorach mniej sprawnych” – mówiła Kidawa-Błońska.

Zadeklarowała 20 tys. zł premii emerytalnej i zwolnienie seniorów z PIT.

W nawiązaniu do polityki podatkowej kandydatka na premiera mówiła: „Przedsiębiorcy są gnębieni. Stworzymy przejrzyste prawo podatkowe. Firmy nie będą opodatkowane podatkiem CIT od zysku firm, o ile zostaną w tych firmach i będą służyć rozwojowi”. Obiecała również zrównać płace kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach. „Alimenty będą regularnie ściągane. Wprowadzimy dwumiesięczny, płatny urlop macierzyński” – zapewniła

Te obietnice uzupełniła Izabela Leszczyna: „Praca musi się opłacać – zapowiedziała. KO obiecuje 614 zł miesięcznie – to bonus aktywizujący dla najmniej zarabiający. Nie ma być to koszt pracodawcy. Zyskają wszyscy pracujący, bo płaca musi się opłacać. Obciążymy daniny publiczne pracy z 50 do 35 proc.” – zadeklarowała.

Skąd pieniądze na realizację tych deklaracji? Dywidendy z zysków spółek ze Skarbu Państwa mają być wyższe, a ograniczenie wydatków Kancelarii Premiera znacznie większe.

Koalicja Obywatelska obiecuje w swym programie bezpłatne leki i lepszy dostęp do lekarzy. Wypowiada wojnę trudnej sytuacji na SOR-ach. Młodym (do 24 roku życia) proponuje darmowy internet.

A wszystkim naprawę mediów publicznych i likwidację abonamentu. Nie zapomni o nauczycielach i planuje zmiany w szkołach.

Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce prawdziwie demokratycznej.

Mija pierwszy tydzień nauki w szkołach i co się dzieje? Popatrzmy na szkoły ponadpodstawowe. To ciągnący się koszmar dzieciaków, ich rodziców i nauczycieli. Przystosowanie na wariata każdego pomieszczenia, byle tylko zmieścić nadmiar klas. Do nauczania zaadaptowano magazyny, sklepiki szkolne, pokoje nauczycielskie, stołówki, poradnie pedagogiczne. Sporo takich szkół, gdzie klasy liczą 38 uczniów. Na korytarzach uczniowie ściśnięci jak śledzie, co zagraża ich bezpieczeństwu. Zajęcia na dwie zmiany, często do późnych godzin popołudniowych. Brak nauczycieli, bo co niektórzy spasowali, a ci, co pozostali wiedzą, że będą ciągnąć ostatkiem sił, co również odbije się na jakości nauczania. Nie zapominajmy też, że w klasach pierwszych nauczyciele będą zasuwać w oparciu o dwie podstawy programowe. Jedna będzie obowiązywała absolwentów gimnazjów, druga absolwentów szkół podstawowych. Zapowiada się wiec niezły bajzel.

Ta nieszczęsna podstawa programowa to kolejny kwiatek deformy oświaty, z którym nauczyciele będą musieli sobie poradzić. Wybitni eksperci w dziedzinie nauczania nie pozostawili na niej suchej nitki. Popatrzmy na język polski, przedmiot, którego nauka ma się skupić przede wszystkim na kształtowaniu tożsamości narodowej i stąd m. in. dominacja tekstów z epoki Romantyzmu i pierwszej połowy XX wieku. Na historii kształtowanie postawy patriotycznej w rozumieniu tym archaicznym, martyrologicznym. No i ten pomysł, by w klasie IV dzieci poznawały sylwetki polskich patriotów, nie mając jednocześnie szans na zrozumienie, skąd w ogóle się wzięli, czyli… bezmyślne wykuwanie na pamięć, a co za tym idzie, najlepsza metoda na zniechęcenie uczniów do historii. W biologii ginie gdzieś ewolucja, a geografia ma też uczyć patriotyzmu, czyli co? „System rzeczny w Polsce a moja duma, że jestem Polakiem” czy też „Zasoby surowców naturalnych w Polsce i ich wpływ na kształtowanie postawy prawdziwego patrioty”. Idiotyzm po prostu!

I na takiej to właśnie podstawie zasuwają już od 5 dni nauczyciele. Życie miały osłodzić im podwyżki, ale już rząd mówi, że nastąpi to później, kiedyś. Teraz więc, oczekując na kasę, ci pedagodzy, którzy jeszcze uchowali się w szkołach, mają pracować od rana do wieczora, czasami łącząc etat w dwóch placówkach edukacyjnych, mieć sporo cierpliwości i empatii dla swoich uczniów, zgromadzonych w zbyt licznych klasach i cieszyć się… cieszyć, że jeszcze mogą sobie polatać z tym kagankiem oświaty za marne wynagrodzenie, realizację patriotycznej podstawy programowej, oderwanej od modelu szkoły XXI wieku, brak szacunku i kiepski autorytet.

No i mamy to, co mamy. Dzieciaki na skraju wyczerpania nerwowego, wściekłych rodziców, coraz bardziej „zatopionych” w absurd nauczania nauczycieli. Zalewską, autorkę tego bajzlu, która teraz bryluje na korytarzach Europarlamentu i wciąż wierzy w to, jaka jest wspaniała i super. Ministra Piontkowskiego, który chaos widzi tylko w głowie dziennikarki, zadającej niewygodne pytania. Partię rządzącą, która zaciera łapki z radości, że jej plan się powiódł i uda się wyhodować pokolenia niedouczone, skompleksiałe, znerwicowane, uległe, oddane bezkrytycznie tej „demokracji”, jaką serwuje narodowi prezes Kaczyński.

W tej sytuacji nie można nie zadać sobie pytania, kto ponosi winę za „dobrą zmianę” w edukacji? Partia rządząca, która świetnie wie, dlaczego do tego doprowadziła? Wybaczcie, ale takie wyjaśnienie to nic innego jak pójście na łatwiznę. Gdzie byliśmy my wszyscy przez ten czas, gdy PiS zaczęło rozwalać szkoły? Rodzice zapewne nie starali się patrzeć do przodu i do głowy im nie wpadło, że to właśnie ich dzieci staną się ofiarami. Nauczyciele nie przebili się przez mur obojętności, bo nie mieli odpowiedniego wsparcia, bo znaczna ich część uznała, że jakiekolwiek próby nacisku na rząd mogą być postrzegane zbyt politycznie, a przecież oni w politykę nie wchodzą. Do tego nie potrafili stanąć wszyscy razem i przemówić jednym głosem. No i pozostaje jeszcze ta część społeczeństwa, która niby rozumie, czym dla przyszłości Polski jest dobrze wyedukowana młodzież, ale jakoś nie zareagowała.

Fakt, nauczyciele podjęli działania przeciwko zmianom, jednak nie mieli szans, by cokolwiek wywalczyć. Muszę sprostować, bo nie nauczyciele jako grupa zawodowa, ale część nauczycieli. Protestowali przed Ministerstwem Edukacji Narodowej, owszem, ale… co znaczy protest kilku tysięcy na 702 293 ogólnie zatrudnionych w szkołach? Kilka tysięcy protestujących, a reszta gdzieś się schowała. Nie dojechała, ma problem w nosie, uważa, że jest ok… Odbyły się też pikiety popierające nauczycieli, na których można było doliczyć się ok. setki uczestników. Mniej więcej 300 uczniów również przyjechało przed MEN, solidaryzując się z nauczycielami. Czy takie liczby mogły zrobić jakiekolwiek wrażenie na partii rządzącej? Dla niej to jak przelot komara, którego łatwo przegonić machnięciem ręki. Był też i strajk, który skończył się, jak się skończył i raczej nie ma szans na jego powtórkę.

Nauczyciele, ci, którym zależy na uczniach i wiedzący, że ich praca to misja, przez całe wakacje ciężko pracowali, by podczas organizowanych debat wypracować alternatywne programy nauczania, poukładać priorytety, stworzyć bazę, która powinna być podstawą dobrej edukacji, edukacji przyszłości. Jednak dzisiaj nie przebiją się ze swoimi projektami, bo ten rząd nie jest tym zainteresowany. Nie przebiją się bez wsparcia nas wszystkich, rodziców, uczniów i tej części społeczeństwa, której zależy na Polsce, dalekiej od skansenu, jaki proponuje nam PiS. Nie przebiją się, jeśli nie staną murem za sobą i nie pokonają biernej postawy swoich koleżanek i kolegów. Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce demokratycznej, więc albo wreszcie się ruszymy albo…

Duda to tylko dudek

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła katolickiego, polityki Willego Brandta, Helmuta Schmidta i Helmuta Kohla, ale też zaangażowanie zwykłych Niemców, którzy popierali “Solidarność”. Mimo wszystko dodał, że II wojna światowa była dla Polski katastrofą. – “Staliśmy się państwem satelickim sowieckiego imperium – jeńcami komunizmu. Chociaż zawsze odważnie walczyliśmy po dobrej stronie. Podczas wojny ani rząd, ani polska elita nie kolaborowała. Ani z Hitlerem, ani ze Stalinem. A mimo to zostaliśmy gorzko ukarani. Członkowie armii państwa podziemnego, którzy walczyli o prawdziwie wolną Polskę, aż do lat 60. byli prześladowani, więzieni i mordowani przez reżim komunistyczny” – mówi Duda.

“Fort Merkel”

Andrzej Duda ma wobec Niemiec określone oczekiwania. Wymienił wśród nich np. rezygnację z budowy gazociągu Nord Stream 2 i więcej zrozumienia dla reformy wymiaru sprawiedliwości. – “Co Niemcy by zrobiły, gdyby w Trybunale Konstytucyjnym wciąż siedzieli wysoko postawieni sędziowie z NRD, którzy orzekali przeciwko działaczom na rzecz praw obywatelskich? Ci starzy komuniści nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Chcemy to zmienić – tłumaczy Andrzej Duda.

Nasz prezydent zachęca też do budowy „Fortu Merkel: – Nie mielibyśmy nic przeciwko rozszerzeniu niemieckiej obecności w ramach NATO. Ale jedno jest pewne: armia amerykańska jest najsilniejsza na świecie. Stała obecność wojsk amerykańskich w Polsce przyczyniłaby się do zwiększenia bezpieczeństwa całej Europy, w tym Niemiec” – mówił. W to wszystko wpisał polskie doświadczenia z lat 30. XX w. – “gdyby Anglia i Francja zaatakowały Niemcy we wrześniu 1939 r. (…) wojna skończyłaby się w ciągu kilku tygodni. One jednak pozwoliły Polsce się wykrwawiać. Dlatego życzymy sobie dzisiaj poważnych sojuszników, którzy dotrzymają słowa i nie uciekają” – spuentował.

Czy to ma sens?

Czy domaganie się przez rząd PiS reparacji wojennych od Niemiec ma sens? W istocie to tylko gra obliczona pod kampanię wyborczą, która ma pokazać, że „wstaliśmy z kolan”. Tego typu reparacje są nierealne w obecnych warunkach i w oczach trzeźwo myślących osób Duda raczej się kompromituje.

– To zaproszenie się pojawiło wczoraj (29 sierpnia) na moim biurku. Pewne reguły, standardy, obowiązują. Jeśli kogoś chce się traktować jak gościa, to powinno się go traktować poważnie. (…) Nie mam żadnych wątpliwości, że organizatorzy tej bardzo ważnej uroczystości postępują w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że nie chcą mnie tam widzieć. A ja nigdy nie narzucam się ze swoją obecnością, gdy wiem, że nie jestem mile widziany – powiedział w „Faktach po Faktach” przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Komentując sposób, w jaki został potraktowany przez PiS-owskich organizatorów uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej, Donald Tuska zwrócił uwagę, że przyjętym standardem jest wysyłanie zaproszeń wcześniej. – Zaproszenie na uroczystości narodowe Francji 14 lipca wysyła się do mnie i do kolegów, z którymi współpracuję, prezydentów, premierów, na trzy miesiące przed takimi uroczystościami. Na uroczystości do Izraela prezydent Izraela wysyłał z rocznym wyprzedzeniem i to są pewne standardy – zaznaczył.

Tusk przypomniał również, że gdy 2009 roku organizował obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej to na Westerplatte pierwszy przemawiał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. – Nasze relacje nie były łatwe, spór polityczny był wówczas też bardzo gorący, ale szczerze powiedziawszy do głowy by mi nie przyszło, żeby łamać reguły i traktować kogoś w sposób taki nieprzystający do dyplomacji.

Zamieszanie wokół zaproszenia Donalda Tuska

– Donald Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa – mówił w środę Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta. Tłumaczył, że na uroczystości „zostali zaproszeni przywódcy państw”, a „Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa”. – Klucz zaproszeń był prosty, zapraszani byli przywódcy państw Unii Europejskiej, NATO i Partnerstwa Wschodniego – stwierdził w rozmowie z gazeta.pl.

Już po rozmowie z Gazeta.pl, Spychalski na Twitterze sprostował swoją wypowiedź: W związku z licznymi pytaniami informuję, że zawsze na ważne uroczystości państwowe zapraszamy wszystkich byłych Prezydentów i Premierów. Tak jest i tym razem – na uroczystości 1.09 do Warszawy zaprosiliśmy wszystkich byłych Prezydentów RP i Premierów RP. – napisał.

„Tymczasem w Szczecinie super komedia, czyli „stępka do kwadratu”. Min. Gróbarczyk odbierał przed wyborami kadłub lodołamacza, miał być zwodowany – nie zdążyli. Ale żeby było widać, że skończony – pokleili go papierową taśmą i pomalowali” – napisał na Twitterze Łukasz zach-pom. Dołączył do wpisu zdjęcia opublikowane na Facebooku przez Rafała Zahorskiego.

Internauci kpili z poczynań rządzących: – „Taśma klejąca wytrzymała! A tak serio. Jakby żył Bareja, byłby z was strasznie dumny”; – „Po co prezesowi lodołamacz?”;

„Pamiętacie model dostawczaka elektrycznego Ursusa, wydrukowany drukarką 3D? To tu mamy kolejny hit: statek z tektury. To lepsze, niż Monty Python”; – „Czy nadano także imiona kołom ratunkowym? No chyba, że nie ma kół, bo już wiecie, że ta skorupa nigdzie nie popłynie???”.

Przypomnijmy, słynną stępkę pod prom samochodowo-pasażerski uroczyście położył Mateusz Morawiecki w czerwcu 2017 r. „Miało być pięknie, a jest jak zwykle. Po dwóch latach od położenia stępki kupujemy gotowy projekt”.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński zawitał wczoraj na konwencję Zjednoczonej Prawicy do Poznania. Okrzykom „Jarosław! Jarosław!” nie było końca. Kółeczko wzajemnej adoracji aż puchło z podziwu nad sobą, a samozadowolenie aż biło po oczach. No i oczywiście padło wiele wielkich słów. O drodze do zwycięstwa, która jeszcze trochę musi potrwać, o szkołach wolnych od eksperymentów, bo muszą wychowywać młode pokolenie w duchu chrześcijańskim, o sukcesach, prawdzie, ble ble ble… Biedny prezes przyznał też, że ma z nami, poznaniakami i Wielkopolanami problem, bo „znaczna część społeczeństwa w tej części Polski jeszcze nie do końca zrozumiała nasz program i nasze idee”.

I teraz nie wiem, mam się kajać, że zbyt głupia jestem, bo nie załapałam wielkości partii rządzącej? Mam się ukorzyć, błagać o wybaczenie i biegiem zrozumieć, że bez PiS-u czeka nas kanał, że tylko PiS uchroni nas… chwilowo nie wiem, przed czym, ale na bank, uchroni?

Jako że jestem zawsze pełna pokory i umiem przyznać się do popełnionych błędów, przepraszam więc. Przepraszam zawiedzionego mną prezesa, że czepiam się, zamiast uznać, iż prawdziwa Polska to taka, klerykalizująca się na potęgę. Polska, w której nagłaśnianie pedofilii wśród duchownych, piętnowanie Jędraszewskiego za haniebne słowa o zarazie LGBT, zniesmaczenie spowodowane ostrym upolitycznieniem hierarchów, potraktowanie ambony jako miejsca propagandy politycznej, narzucanie ideologii kościelnej, nie mającej nic wspólnego z zasadami wiary, wzrastająca dominacja prawa katolickiego nad prawem stanowionym, nazywa się atakiem na Kościół. Przepraszam, że nie rozumiem, jak można ładować miliony w nienażartych kleryków, gdy zamyka się szpitale, emeryci ledwo przędą, drożyzna szaleje.

Błagam o wybaczenie, że nie mogę pojąć, dlaczego partia rządząca stawia na kłamstwo i manipulowanie ludźmi. Dlaczego – patrząc mi w oczy – wciska kit o coraz mocniejszej pozycji Polski w świecie, kwitnącej gospodarce. Dlaczego opiera swoje rządy na dyletantach, którzy nie mają pojęcia, co mówią i co czynią, czego dowodem rozwalona edukacja, wojsko oparte na antykach z epoki Układu Warszawskiego, kolejne wpadki, pokazujące niewiedzę z zakresu podstawowych nauk, takich jak historia, ekonomia, geografia czy prawo.

Proszę mi wybaczyć, że wkurzam się, gdy słyszę o potędze polskich stoczni, wreszcie odzyskanych przez państwo, włączeniu się w walkę o zatrzymanie umierania ziemi, dbałości o klimat, wykorzystywaniu zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, by robić ludziom wodę z mózgu, wspieraniu ideologii rodem z faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec, sprowadzeniu pojęcia „patriotyzm” tylko do umierania za Polskę i poszatkowaniu historii tak, by wyciągnąć z niej tylko to, co staje się świetnym narzędziem do utrzymania obywateli w ryzach.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy też ostatniej, hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości. Że nie podziwiam Kuchcińskiego za loty rodzinne, obrzydza mnie język i agresja, tak ochoczo wprowadzone przez polityków PiS do przestrzeni publicznej, a które wcześniej czy później doprowadzą do rozlewu krwi. Że ze wstrętem słucham wypowiedzi, w których partyjni kolesie Kaczyńskiego pokazują, za jakich idiotów mają naród.

Przepraszam, że nie pozostaję bierna, widząc, jak wyciągają z mojej kieszeni każdy grosz, byle tylko zapewnić sobie poparcie tej grupy społeczeństwa, której nic więcej poza darmówką w łapie nie trzeba, by kochać wielbić i pozostać wiernym do końca. Widząc, jak władza szczodrze rozdziela między sobą pieniądze, które ciężko zarobiłam, a do tego jest przekonana, że tak ma być, bo przecież „te pieniądze jej się należą”.

Przepraszam, że w ogóle jestem jak taki wrzód na zdrowym, pisowskim organizmie społecznym. Nie podporządkowuję się, nie wierzę w te gruszki na wierzbie, nie przymykam oczu na łamanie prawa w imię pisowskiego prawa, nie wyrażam zgody na bezprawne działania policji, na rządy miernot, które mają o sobie znacznie większe mniemanie niż jest naprawdę. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

I cóż teraz prezes zrobi z takimi jak ja? Co się stanie, gdy jednak nadal nie zrozumiemy, czym jest program i idee PiS-u? Odbierze nam prawa obywatelskie, stłamsi poczucie wolności na maksa czy też podda długoletniej resocjalizacji? No cóż, panie prezesie, czarno to widzę. Choćby na uszach pan stanął, nie ma pan szans. Tak długo, jak uda się panu utrzymać przy władzy, ja i mnie podobni nie odpuszczą. Dlaczego? Bo „Polak to brzmi dumnie”. Przepraszam więc bardzo, że nie poddaję się indoktrynacji, populizmowi. Przepraszam, że jestem i będę. Przepraszam…

Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego

„A może Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego, aby się go pozbyć? Jeśli przesądza ten ostatni argument, znaczy to, że wszechwładny lider dał się złapać w pułapkę. Postawił na człowieka, którego niespecjalnie cenił i któremu nie ufał. Teraz jego dymisja byłaby symbolicznym podważeniem „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A ona jest wciąż na sztandarach”– napisał jeden z prawicowych publicystów Piotr Zaremba. Jego felieton o aferze Piebiaka nosi tytuł: „Ciężko uwierzyć, że Zbigniew Ziobro nie wiedział, co dzieje się w resorcie”.

Publicysta przypomina, że to nie jedyna afera związana z Ziobrą. Wymienia nieopublikowanie list poparcia dla kandydatów do nowej KRS mimo prawomocnego wyroku NSA. – „Jeśli wśród osób zgłaszających kandydatów do KRS przeważali faktyczni urzędnicy ministerstwa, obciąża to tego ministra. Widać gołym okiem, że Ziobrze udaje się, choć pewnie połowicznie, coś, co nie udawało się poprzednikom z innych partii. Że buduje z mniejszości środowiska zwartą grupę gotową na obsługiwanie najbardziej drażliwych i dwuznacznych interesów władzy. Są to kadry dobrze opłacane i uczone dyspozycyjności. To są nowi prezesi sądów, zapewne większość członków nowej KRS, także Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zupełnie jawnie korumpuje się lub uzależnia część sędziów” – twierdzi Zaremba.

„Ciekawy tekst. Szokuje tylko, że napisał go człowiek, który dwa lata temu wygłaszał laudację na cześć Kaczyńskiego, gdy ten dostawał od Sieci nagrodę „Człowieka Wolności.” Bez tego „człowieka wolności” zdegenerowany system nigdy by nie powstał” – podsumował Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Mam tu jakiś dysonans poznawczy, bo sam tekst bardzo rzetelny, za to autor wiele razy dowiódł swego przywiązania do obozu władzy”; – „No to czekamy, kiedy prawa strona nazwie go: psychicznym, targowica, zdradziecka morda, antypolak. Tudzież po prostu odleciał…” – komentowali pozostali internauci.

Najnowszy Newsweek.

„Patrząc z boku i z doświadczenia: Ziobro z całą jego ekipą pokazał, że wie, jak wygląda współczesne pole walki. Dla JK tylko tacy zawodnicy się liczą. Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsorcował w całości i się wydało. Ludzie nie powinni widzieć jak się robi parówki” – napisał na Twitterze Adam Hofman, były rzecznik PiS. Przypomnijmy, przestał nim być w 2014 r. po tzw. aferze madryckiej. Ówczesny poseł PiS zgłosił wyjazd do Madrytu samochodem i pobrał za niego kilometrówkę, a na miejsce dotarł tanimi liniami lotniczymi. Wykluczony z partii założył firmę public relations.

Wspomniane przez Hofmana outsorcowanie to w dużym skrócie przerzucanie części zadań firmy na zewnątrz. – Outsourcing hejtu „w całości” jest właśnie tym, czego oczekiwał prezes, by się nie wydało, a Ziobro, trójkowy student, nie sprostał”– skwitował jeden z internautów.

Pozostali internauci komentowali jednoznacznie wpis Hofmana: – „Aha, więc gdyby nie ów błąd nic by się nie wydało i wszystko byłoby OK, tak? Porażająco cyniczne i na wskroś pisowskie”; – „Czyli problemem nie jest to, co oni robili? Tylko że robili to mało profesjonalnie”;

„Ufff, dobrze, że pan to napisał. Schudł pan i zaczął się wydawać normalny, ale wciąż jest pan takim samym cynikiem jak wtedy, kiedy pan podatników dymał na kilometrówce do Madrytu. Czyli po staremu – można kraść i dymać, aby się tylko nie wydało”; – „Hofman się nie zmienił. Wg niego każde świństwo, draństwo i sukinsyństwo jest w porządku, BYLE SIĘ NIE WYDAŁO. Qurwa. Pole walki? Z kim? Z sędziami?”; – „Człowiek z PiSu może wyjść, ale PiS z człowieka nigdy!”.

 „Potraktowaliśmy nasze państwo jak skarb, jak najwyższe dobro. Dzięki temu naprawa instytucji publicznych, zwłaszcza podatkowych, doprowadziła do tego, że przeznaczamy duże środki na programy społeczne” – taki cytat z Mateusza Morawieckiego można przeczytać na oficjalnym koncie PiS na Twitterze. Premier wygłosił te słowa podczas dzisiejszej konwencji PiS.

„Rzeczywiście jak skarb i bierzecie z tego skarbca, ile się da”; – „Traktuje Pan rzeczywiście „państwo jak skarb, jak najwyższe dobro” i garściami czerpie z państwa dla WŁASNEGO dobra, używając samolotów rządowych, jak taksówki”;

„Skarby narodowe przez was w ruinie: Puszcza Białowieska, stadnina w Janowie, bohaterzy Solidarności i Powstania Warszawskiego, Konstytucja Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, polscy eksperci, dyplomaci, sędziowie, armia, edukacja, rolnictwo, nauka, kultura, media publiczne…” – komentowali internauci.

O aferze w resorcie Ziobry Morawiecki się oczywiście nie zająknął, za to zapewniał: – „My jesteśmy po prostu rządem patriotycznym”. Ciekawe, jak premier pisowskiego rządu rozumie to pojęcie…

Ośmiornica, która starała się trzymać w głębokim cieniu, nieoczekiwanie dla samej siebie wypłynęła na światło dzienne. Wszyscy ją zobaczyli – i już nie zapomną tego widoku.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości dotyczące mafijno-gangsterskiej natury systemu budowanego przez PiS? Do niedawna szefowie rządzącej ferajny odwoływali się do sądów i oskarżali ludzi, którzy odważyli się napisać o państwie mafijnym czy o zorganizowanej grupie przestępczej. Los ten spotkał publicystę Wojciech Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” i prof. Wojciecha Sadurskiego z UW. Czy teraz, po zdemaskowaniu gangu działającego w ministerstwie sprawiedliwości, rządząca sitwa będzie jeszcze miała czelność oskarżać swych krytyków?

Zeznania skruszonej hejterki Emi wydobyły na światło dzienne to, co miało pozostać w ukryciu – opinia publiczna zobaczyła, jak ramiona ośmiornicy oplatają instytucje państwa, prorządowe media i tę część środowiska sędziów, która pomaga władzom niszczyć niezależność wymiaru sprawiedliwości. Widzimy, że żołnierzami gangu są urzędnicy ministerialni, awansowani przez Zbigniewa Ziobrę sędziowie, publicyści rządowych i wspierających rząd mediów. Ta siatka tworzy cały układ, działający w sposób skoordynowany i zaplanowany. Niewątpliwie ma też ośrodek dyspozycyjny, skąd płyną polecenia, instrukcje i wytyczne. W rozmowie z Emi Łukasz Piebiak wyraźnie mówił o „szefie”.

Dlaczego Emilia Sz. to ujawniła?

Motywacje sprawczyni tego zamieszania nie są do końca jasne – ona sama mówi o wyrzutach sumienia i trzeba przyznać, że chwilami brzmi dość wiarygodnie. Z drugiej jednak strony w tle przewijają się fakty, które mogą wskazywać na bardziej osobiste motywacje: słyszymy o jej rozwodzie z sędzią „dobrej zmiany”, o rewizji w domu i konfiskacie nośników pamięci elektronicznej, o braku środków do życia. Mąż, który się z nią rozwodzi, publicznie twierdzi, że żona jest uzależniona od alkoholu i środków psychoaktywnych oraz cierpi na zaburzenia emocjonalne. Nie wiemy, czy to tylko kłamliwe oszczerstwa, czy jest w nich choć ziarno prawdy.

Całkiem możliwe, że jak to w życiu często bywa, mamy tu do czynienia z całym splotem okoliczności i motywacji, z których jedne nie wykluczają drugich, a wręcz mogą je wspierać i wzmacniać.

Ale wszystko to nie ma większego znaczenia – liczą się tylko fakty, które Emilia Sz. ujawniła i które demaskują przestępczą naturę tzw. dobrej zmiany.

Dobra zmiana się miota

Afera wyraźnie zaskoczyła obóz władzy. Rządzący nie byli na nią przygotowani, nie mieli zawczasu sformułowanych odpowiedzi, nie skoordynowali reakcji. Stąd to paniczne, bezładne miotanie się. Najpierw próbowali opowiadać, że sprawa stanowi dowód na to, jak poważnym problemem jest hejt w internecie – ale zaraz potem wyrzucili z ministerstwa Łukasza Piebiaka oraz sędziego Jakuba Iwańca. Cały czas jednak próbują wmówić opinii publicznej: „Polacy, nic się nie stało!”. Ot, pokłócili się sędziowie z sędziami, taka wojenka w środowisku „kasty” – bo tego właśnie słowa używają członkowie gangu, gdy mówią o niezawisłych i odważnych sędziach.

Udający dziennikarzy funkcjonariusze aparatu propagandowego dwoją się i troją, by zamazać prawdziwy obraz sytuacji i by zainteresować opinię publiczną innymi tematami. Trudno się dziwić – walczą wszak o ocalenie własnej skóry. Żołnierze Kurskiego czy Karnowskich doskonale zdają sobie sprawę, że gdy ich mocodawcy i protektorzy stracą władzę, oni sami też wpadną w kłopoty.

Z punktu widzenia grupy trzymającej władzę sytuacja rzeczywiście zaczęła się robić groźna. Wskazują na to nerwowe ruchy: w czwartek wieczorem szef resortu Zbigniew Ziobro stawił się na dywaniku na Nowogrodzkiej. Nie wiemy, jakie słowa padły z ust szefa wszystkich szefów, ale można się domyślić, że nie było to nic przyjemnego. W przedwyborczych notowaniach PiS nastąpiło kilkupunktowe tąpnięcie.

Sam Ziobro, swoim zwyczajem, usiłuje uciec do przodu, zapowiadając przyjęcie przepisów regulujących aktywność sędziów w internecie. To jego stały numer – przy każdej aferze mówi, że przygotuje odpowiednią ustawę, która wprowadzi nowe restrykcje, i zachowuje się tak, jakby to do niego należało uzdrowienie sytuacji. Jakby to nie on był odpowiedzialny za aferę. To też znana metoda, od niepamiętnych czasów stosowana przez cwaniaków wszelkiego autoramentu, którzy krzyczą „łap złodzieja!” i pokazują w drugą stronę, by odwrócić uwagę od siebie.

Miejmy nadzieję, że tym razem już ten numer nie przejdzie. Mafijna natura dobrej zmiany ujawniła się w pełnej krasie i trudno będzie sprawić, by opinia publiczna zapomniała, co zobaczyła.

Ci, którzy nie głosują, nie chcą zrozumieć, że każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność.

Kilka dni temu spotkałam się z dawno niewidzianą młodą osobą. Porozmawiałyśmy o tym, o tamtym, ale nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do czekających nas 13 października decyzji. Zapytałam więc, czy wybiera się na wybory i w odpowiedzi usłyszałam, że nie. Argument powalił mnie na kolana – nie pójdzie na wybory, bo polityka jej nie interesuje… No właśnie, takich jak ona jest ponad 40% w naszym społeczeństwie. To z reguły młodzi ludzie na tzw. dorobku życiowym. Mieszkają w swoich M-ileś, wziętych na kredyt, mają całkiem dobrą pracę, wychowują albo lada moment będą wychowywali dzieci. Stać ich na wakacje co najmniej raz do roku, wszędzie dojadą własnym samochodem, żyją sobie spokojnie i skupieni są bardzo przede wszystkim na sobie.

Nie mają zielonego pojęcia, że polityka to m. in. działalność instytucji państwowych, co bezpośrednio wpływa na ich możliwości funkcjonowania. To taki układ stosunków społecznych, w których wyraźnie widać kontrolę i wpływ na codzienność władzy lub autorytetu. To system, który zapewnia rozwój społeczny poprzez rozwiązywanie konfliktów. Ale co tam… polityka ich nie obchodzi i nawet sprawy sobie nie zdają, że chcąc czy nie, są częścią tej polityki. Każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność, kreuje obraz ich życia, wspomaga podejmować decyzje. Nie pomoże tutaj żadne zaprzeczenie, bo siedzą w polityce po uszy, choć wydaje się, że są tego zupełnie nieświadomi.

Dzisiaj twardo stoją na stanowisku, że ich jakaś tam polityka obchodzi. Zamiast na wybory wolą pooglądać telewizję, jakąś komedię romantyczną, wyskoczyć za miasto na piwko ze znajomymi. A jednak przyjdzie czas, gdy ta polityka walnie ich ostro i co wtedy? Kogo będą winić, do kogo będą mieli pretensje, gdy ich, tak pięknie poukładany świat, rozsypie się jak domek z kart?

Może zdarzyć się taka sytuacja, gdy wracając sobie spokojnie do domu, zahaczą o kolumnę samochodów rządowych, która wymusi na nich pierwszeństwo i doprowadzi do kolizji. Nagle okaże się, że to oni są winni zdarzeniu, bo przecież nie prominenci władzy. Ich samochód będzie nadawał się do kasacji, a oni stracą mnóstwo kasy na opłacenie adwokata, który przed upolitycznionym sądem będzie chciał dowieść ich niewinności. Dostaną jakiś tam wyrok, w najlepszym przypadku – w zawieszeniu, ale odnotowany w aktach, co utrudni im rozwój kariery zawodowej. Oczywiście, nie musi to być kolumna, wystarczy samochód prowadzony przez kogoś, mocno związanego z partią rządzącą.

Może zdarzyć się tak, że podczas niedzielnego spaceru z rodziną, zupełnie nieświadomie znajdą się w pobliżu protestujących w obronie demokracji w Polsce. Przypadkowo zgarnie ich dość brutalnie policja, zabierze na komisariat, spisze, a za jakiś czas sąd dowali im karę za udział w manifestacji. Karę, która również będzie odnotowana w aktach. Mało tego, odpowiednie służby mogą uznać, że narazili swoje potomstwo na niebezpieczeństwo i zaczną się wywiady środowiskowe, wizyty kuratora, straszenie, że dzieci im się odbierze. Mogliby też, przypadkowo, trafić w sam środek marszu dumnych narodowców, maszerujących sobie ku chwale i z pełnym poparciem rządzących. Tutaj nie policja byłaby dla nich groźna, ale jakaś puszczona raca, rzucony kamień. W takim tłumie agresywnych osiłków łatwo o zranienie, uszkodzenie ciała. A potem płacz, nerwy, koszty leczenia i… zwykły spacer zamieniony w koszmar chichoczącej polityki, którą przecież się nie interesują, bo ona ich nie dotyczy.

W którymś momencie ich dzieci trafią do szkoły. Szkoły, która zdążyła już odejść od modelu instytucji świeckiej, nie podlegającej indoktrynacji, a uczyć w niej będą nauczyciele, odpowiednio zweryfikowani testami na patriotyzm w rozumieniu władzy. Zdobywana wiedza będzie oparta na wartościach tylko chrześcijańskich. Historii będę uczyli chłopcy narodowcy, wciskający kit, że tylko żołnierze przeklęci, ups przepraszam, wyklęci, są warci pamięci, a patriotyzm polega na tym, by dać się zabić za Ojczyznę. Mało tego, biorąc przykład z władzy, dzieci będą dowalały sobie na całego, jeszcze gorzej niż teraz. W końcu jak władza w taki sposób walczy ze swoimi oponentami, to i oni tak mogą, prawda? Hejt, agresja, nienawiść będą na porządku dziennym i jeśli ich dziecko nie wtopi się w tłum, to będzie miało przerąbane. Wystarczy zbyt ciemna karnacja, lekka nadwaga, wiara w innego, nie katolickiego Boga, jakaś dysfunkcja i już pozamiatane. Na ich dziecku skupią się owoce takiej polityki, która sankcjonuje i aprobuje walkę z wszelką innością. Nie chcę nawet myśleć, co się wydarzy, gdy okaże się, że córeczka lub synek mają inną orientację seksualną. Prześladowcy w imieniu obowiązującego prawa i za zgodą władz, będą mogli go spokojnie pobić, zniszczyć mu życie. Ale co tam… ich polityka nie interesuje.

Coraz większe zapotrzebowanie na rozdawanie pieniędzy doprowadzi do nakładania co rusz nowych podatków, które kto będzie płacił? Oczywiście oni. Postępująca inflacja, wynikająca ze złego zarządzania państwem, uderzy ich po kieszeni, jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy spowoduje drastyczny wzrost rat kredytów. Nie dla nich będzie prawo, obejmujące tylko grupę uprzywilejowaną, wiara w sprawiedliwość okaże się fikcją, jeśli nie znajdą się po właściwej, rządowej stronie mocy. W sądach będą traktowani jak obywatele drugiej kategorii. W szpitalach będą umierali w oczekiwaniu na lekarza, a w razie ciężkiej choroby sami będą musieli finansować własne leczenie. Na wakacje zagraniczne odechce im się wyjeżdżać, bo wszędzie będą traktowani jak pariasi, ci gorsi, z wariatkowa, więc nie pasujący do demokracji światowej. Zresztą, czy będzie ich na takie wypady stać? Karmieni papką propagandową, zapomną o dobrej książce, sztuce, którą warto zobaczyć. Swoją biernością dadzą przyzwolenie na łamanie praw człowieka, ale czy to ważne? Ich polityka nie interesuje…

Zadowoleni będą spędzać dzień 13 października po swojemu i z dala od lokali wyborczych, wierząc, że są Bogami swego świata i nikt oraz nic tego nie zmieni. Do czasu…

#Watergate po polsku

Szczujnia TVP i matoł Kuchciński. Esencja państwa PiS

Wieść o niedzielnym pobiciu księdza w zakrystii szczecińskiej bazyliki obiegła opinię publiczną lotem błyskawicy. Prawicowe media i TVP podniosły raban, że sprawcy chcieli wykraść szaty liturgiczne, gdyż chcieli odprawić “homoseksualny ślub”. Ksiądz miał im zagrodzić drogę, odmówić wydania szat, za co został przez chuliganów dotkliwie pobity. Obrażenia były na tyle poważne, że wymagały interwencji chirurgicznej.

Okazuje się jednak, że napadnięty ksiądz Aleksander Ziejewski stanowczo zaprzeczył wersji zdarzeń, którą usilnie próbują lansować TVP i cały szereg prawicowych portali.

Mianowicie, pobity duchowny w rozmowie z dziennikiem Fakt stwierdził, że: “Nie mogę tego potwierdzić, niczego takiego nie słyszałem”. 

Okazuje się zatem, że po raz kolejny kłamliwa narracja mediów narodowych zostaje z dziecinną łatwością obnażona, zaś wszystko wskazuje na to, że ksiądz został napadnięty przez chuliganów, którzy nie mają nic wspólnego z tak znienawidzonym przez władzę środowiskiem LGBT.

Dla przypomnienia TVP jak i prawicowe media opublikowały relację rzekomych świadków zdarzenia, z których miało wynikać, że sprawcy chcieli odprawić sobie “homoseksualny ślub“. W Wiadomościach ponadto usłyszeliśmy doniesienia, że sprawcy mieli przy sobie obrączki.

Tak szczuła z kolei TVP Info:

Sam szef portalu tvp.info Samuel Pereira w taki sposób skomentował całe wydarzenie: “Przypominam że działanie mężczyzn, którzy w Szczecinie zaatakowali księdza i kościelnego i afiszowali się jako #jestemzLGBT miało konkretne podłoże polityczne (zażądali homo ‘ślubu’)

Żadne słowo przepraszam oczywiście nie padło i zapewne nie padnie. Nie ma się niestety specjalnie czemu dziwić. Taki mamy klimat…

„Kolejny „rodzinny” lot Marszałka Kuchcińskiego z 2018 roku. Tym razem z synem i córką z Rzeszowa do Warszawy, w piątek 27 grudnia. Lot odbył się rządowym Gulfstream’em G55” – napisał na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Dziennikarz poinformował także, że Kuchciński leciał wojskową CASĄ z Rzeszowa przez Warszawę do Szczecina i z powrotem na odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego. – „Miał oczywiście prawo, tylko jakie koszty. Jednak godzina lotu CASY to 3184 zł” – podsumował Gierszewski.

Z kolei onet.pl dysponuje dokumentami, z których wynika, że 14 września 2018 r. szefowa gabinetu Kuchcińskiego Katarzyna Mącznik złożyła tzw. zapotrzebowanie na jego przelot na trasie Warszawa-Rzeszów i z powrotem.

Jak informuje onet.pl., w tytule pisma adresowanego do dowódcy generalnego Sił Zbrojnych, napisała, że to „TRYB NAGŁY”. Wojsko przeznaczyło na ten przelot śmigłowiec Sokół. Lot miał się odbyć rano 15 września, a powrót następnego dnia. W zamówieniu widnieją nazwiska trzech osób: marszałka, funkcjonariusza Służby Ochrony Państwa oraz „Kuchciński Zbigniew Szymon”, czyli syn marszałka.

Wcześniej „Fakt”, powołując się na swych rozmówców, napisał, że 15 czerwca Kuchciński przyleciał helikopterem z córką i synem na ślub swojej chrześnicy w dworku pod Przemyślem. A marszałek od kilku dni unika mediów i nie pojawia się na państwowych uroczystościach: „Gdzie się podział marszałek Kuchciński? „Przeprowadza śledztwo, skąd Nitras dowiedział się o lotach”.

„Czas pomyśleć o następcy. Na myśl przychodzą mi tylko dwa nazwiska: Krystyna Pawłowicz lub Marek Suski. Każde z nich ma swoje zalety, a wad nie widać. Bystrość, lojalność, opanowanie, aparycja to ich wspólne atuty” – „radzi” Roman Giertych w liście do Jarosława Kaczyńskiego. Więcej miejsca poświęcił „rekomendowaniu” kandydatury obecnego szefa gabinetu politycznego premiera: – „Suskiego tak wszyscy z Carycą kojarzą, że pomogłoby to przyjaźni polsko-rosyjskiej, która przecież jest fundamentem planowanego przez pana Prezesa wyjścia z UE. Nadto Suski, który wie, że z Radomia szybciej się lata do Afryki, bo bliżej niż z Warszawy, mógłby stanowić dla naszej młodzieży przykład wiedzy geograficznej”.

„Swoją drogą to dla takich Nitrasów i Brejzów należałoby specjalne kary mutylacyjne wprowadzić, a nie tylko finansowe. Jakby im za każdy bezczelny atak obciąć kawałek palca, to by się awanturnicy uspokoili” – „proponuje” Giertych.

Cały tekst Giertycha >>>

Próbuje także „usprawiedliwiać” Kuchcińskiego: – „Jego drobne (zasłużone po tysiąckroć!) przywiązanie do luksusu jest jeszcze nieakceptowalne w naszej chromej demokracji, gdzie lud nie dojrzał do tego, że prawdziwa służba państwu wymaga, aby władza miała odrobinę radości za trudy rządzenia. I że nie wszyscy mogą latać luksusowymi samolotami, ale że lud w tych samolotach spożywa kawior i pije szampana ustami swych najlepszych przedstawicieli. Taka dojrzałość wymaga czasu i pokory, które narody uzyskują w dojrzałych strukturach pod okiem doświadczonych przywódców (Rosja, Kazachstan etc.)”.

„Niestety ciemny lud wierzy, że marszałek czym lepiej wypoczywa w trakcie podróży, tym bardziej może skupić się nad podnoszeniem jego dobrobytu przez przepychanie w Sejmie ustaw z kolejnymi plusami. Byle do wyborów, a potem może być potop”; – „Z Krystyną P. może być mały problem, a nawet dwa… musiałaby się wycofać z wycofywania, no i ten luksusowy samolot na pewno ma za małą lodówkę”; – „Ja bym raczej rekomendował Macierewicza, może latać do woli, bo to specjalista od wszelakich maszyn i wpadka mu nie grozi z lotami, bo nadal może twierdzić, że testuje smoleński wypadek!”; – „Znając wyjątkową estymę, którą prezes darzy profesorów, proponowałabym prof. Karskiego, który wsławił się odwagą przeprowadzenia prób niszczących meleksa” – komentowali internauci propozycje Giertycha.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii.

Wybory parlamentarne coraz bliżej, nikogo więc nie powinno dziwić, że i ja staram się od trzech tygodni dorzucić swoje trzy grosze i dokonać pewnych podsumowań. Podsumowań, które jednocześnie wyjaśniają, dlaczego tak źle żyje mi się w dzisiejszej, pisowskiej Polsce. Dlaczego nie wyobrażam sobie, by PiS dalej rządziło.

Gdybym miała jednym zdaniem określić minione już prawie 4 lata władzy prezesa i jego ludzi, to powiedziałabym krótko – pisowska Polska stoi na antywartościach. Wszystkie zasady etyczne, moralne, prawne, społeczne, które leżą u podstaw bezpiecznego, dobrze funkcjonującego, rozwijającego się państwa, mającego swoje solidne miejsce w gronie układów i sojuszy, zostały zastąpione przez ich przeciwieństwa, które tylko niszczą.

Spójrzmy jak przenicowano słowa „Bóg Honor Ojczyzna”. Jeszcze nie tak dawno, dewiza ta oddawała to, co dla każdego Polaka najwartościowsze, umiłowane, dla czego warto było żyć i umierać. Była wartością nadrzędną, a czym jest dzisiaj? Wyświechtanym banałem na sztandarach ludzi, którzy niosą ją w oparach nienawiści do każdego, kto inaczej wygląda, inaczej wierzy, inaczej kocha, inaczej myśli. „Bóg Honor Ojczyzna” są dzisiaj tam, gdzie kopie się uczestnika Marszu Równości. Bije po głowie starszego kodera, protestującego przeciwko niszczeniu demokracji. Obrzuca się kamieniami opozycjonistów, wrzeszczy o Polsce tylko dla białych, atakuje cudzoziemców, grozi każdemu, kto polskość postrzega inaczej. Co to za Bóg? Co to za Honor? Jaka to Ojczyzna?

Polskim patriotą nie jest dzisiaj ten Polak, który sumiennie pracuje, płaci podatki, działa na rzecz rozwoju kraju. To premier Morawiecki, który od poczęcia już walczył o taką Polskę, jaką nam teraz PiS funduje. To Antoni Macierewicz, węszący jakieś spiski i zamachy. Prezes, który przespał stan wojenny i w latach PRL niczym specjalnym się nie odznaczył. To osiłek z symbolem Polski Walczącej na przepoconej koszulce i z butelką piwa w ręce.

Prawdę zastąpiono kłamstwem. Premier, który przegrał już w sądzie sprawy o mówienie nieprawdy, prezes PiS, opowiadający bajki, media reżimowe, budujące swoje wizje w oparciu o przeinaczanie faktów, ukrywanie tych niewygodnych i wciskanie ciemnoty. Ta „antyprawda” aż kłuje w oczy, zamienia rzeczywistość w koszmarny obraz z krzywego zwierciadła, stała się symbolem Polski Jarosława Kaczyńskiego.

Transparentność to już tylko wspomnienie, z którą zawsze w Polsce był jakiś problem, ale nigdy w takim stopniu jak teraz. Ukrywa się przed społeczeństwem autorów podstawy programowej, jaka obowiązuje od momentu deformy edukacji. Nie ma szans poznać, kto podpisał listy poparcia dla pisowskich sędziów w KRS. Tajemnicą owiani są ludzie i instytucje, z którymi obecny rząd konsultował niby te ustawy, którymi rozwala polską demokrację. Wciąż tylko słyszę o szerokim poparciu społecznym dla pomysłów PiS, ale nie mam szans dowiedzieć się, kto i co właściwie popiera. Czyżby takich list, takich konsultacji, po prostu nie było? Może podpisujący wstydzą się swego podpisu, a może to jest tylko jakiś wielki szwindel, bo wsparli się ci, co kandydują, ci, którzy tylko firmują sobą idiotyzmy nazwane reformą, czy może są to tylko zwykli figuranci, którzy za odpowiednią kasę podpisaliby nawet pakt z diabłem?

Pisowska uczciwość też woła o pomstę do nieba. Uczciwy Kuchciński lata sobie z rodzinką samolotem rządowym za frajer. Uczciwy prezes milczy w sprawie wież, Srebrnej i łapówki w kopercie. Uczciwa Kempa dostaje 300 euro dziennie na hotel w Brukseli, ale korzysta z takiego, gdzie płaci tylko 100 euro za dobę, a reszta do kieszonki (to przez 5 lat daje kwotę ponad 100 tys. euro oszczędności), uczciwi politycy dostają grube tysiące za paliwo w samochodach, z których nie korzystają, Szydło rozdaje nasze pieniądze na nagrody, na które jej ludzie sobie uczciwie zapracowali, ludzie PiS pracują na eksponowanych stanowiskach za tak uczciwą kasę, że mózg staje z wrażenia. Uczciwie chowa się pod dywan wszystkie afery i aferki, wierząc tak bardzo w swoją uczciwość, która przyniesie tylko sukces.

Również rzetelność została dzisiaj zastąpiona niekompetencją i prowizorką. Ustawy, które PiS wprowadza w życie, są pisane na kolanie przez ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie o tym, co zmieniają i jak. Co rusz dokonywane są więc jakieś zmiany, poprawki, modyfikacje, człowiek już się gubi w tym gąszczu ustawowych potworków, niedopracowanych, pozostających w niezgodzie z obowiązującym systemem prawnym, coraz bardziej mętnych i oderwanych od realiów.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii. Prawo chroni propisowskich bandytów, narodowców o ostrym zabarwieniu neofaszystowskim i tzw. „swoich”. Ci oporni mają sprawy sądowe, dostają mandaty za koszulki z napisem „Konstytucja”. Ot, zamiast praworządności i sprawiedliwości, taka „sztuka dla sztuki” i nic więcej.

Prawda historyczna została zastąpiona fałszem na wielką skalę. Prezes ze swoimi ludźmi wyrywa kartę po kartce z polskiej historii, pozostawiając tylko to, co może być najlepszym narzędziem do utrzymania władzy. Jedynymi bohaterami są żołnierze wyklęci. Pozostali to zdrajcy albo niewarci nadmiernej uwagi. Jedynymi walczącymi z koszmarem PRL to wielcy bracia Kaczyńscy i ludzie z ich kręgu, a pozostali to tylko Żydzi, współpracownicy SB, tacy zbyt „maluczcy”, by ich w ogóle wspominać.

Taka właśnie jest dzisiejsza Polska. Prawdziwa demokracja została zastąpiona dyktaturą jednej partii. Państwo świeckie jest coraz bardziej wyznaniowe. Trójpodział władzy, dla „dobra” Polaków, wymieniono na ten jedynie słuszny, czyli pisowski. Prawa obywatelskie obowiązują, ale tylko w odniesieniu do wiernego elektoratu PiS i jego sojuszników. Wolność słowa kończy się mandatem lub sprawą w sądzie. Każda wtopa nazywana jest sukcesem. Matactwo prawdą. To jest właśnie Polska. Polska zbudowana na antywartościach.

Paranoje pisowskie serwowane społeczeństwu. Chore państwo rządzone przez PiS

Jestem porażony wyjątkowo niskim stanem świadomości większości Polaków, których znam choćby z FB. Ludzie ci w znakomitej części nie mają pojęcia o tym, co aktualnie dzieje się z Polską, z całym dla nich szacunkiem. Nie dostrzegają tego, że w sposób niezauważalny, póki co jeszcze niemal bezkrwawy, nastąpiło przejęcie państwa przez „polityczną sektę” Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Zbigniewa Ziobry i Andrzeja Dudy. Nie wiem więc, z czego wynika tak wielki optymizm w wygraną, po tym, jak opozycja poniosła sromotną klęskę w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których była faworytem. Dobrze to, czy nie, ale ja mam wyostrzone zmysły w zakresie bezpieczeństwa. Wynika to oczywiście z zawodu i wykształcenia, ale też ze zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego. Wielu moich rodaków jak widzę, jest tego pozbawionych.

Dziś nie ma nawet najmniejszych, racjonalnych podstaw do przesadnego optymizmu. Wręcz przeciwnie; wszystkie dzwony powinny bić na alarm, a muzycy larum grać, bo Polska idzie na dno i to w zastraszającym tempie. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, że idziemy do wyborów, które wygramy i nagle, jak czarodziejską różdżką przerwiemy proces dewastacji państwa polskiego! Nie! Teraz walczymy jedynie o ograniczenie skali pisowskiej władzy; będą rządzić sami czy ze skuteczną rolą opozycji. Tylko tyle i aż tyle, no, chyba że ludzie się przebudzą z letargu. Jednak na to bym nie liczył! Nie znaczy to, że nie marzę o zwycięstwie nad grupą szkodników rozwalających polską państwowość. Nie chcę być nieskromny i butny, ale uważam, że nie ma w naszej Ojczyźnie tak wielu konsekwentnych i zaciekłych przeciwników tego, tak potwornie szkodliwego reżimu w Polsce, jakim ja jestem. Piszę to z pełną świadomością tego, że „oni”, czyli ci źli niczego mi nie odpuszczą, zatem nie mam się z czego cieszyć! Tym bardziej że każdego dnia nie tylko muszę się zmagać z przeciwnikami Polski, ale także z potencjalnymi sojusznikami.

Nie wiem do końca, jak to się dzieje, że jest tak wielu ludzi jakby zaślepionych swoimi guru ze szczytów władzy – liderami partyjnymi obecnymi i byłymi – którzy już tyle razy nie wywiązali się z obietnic i wierzą w to, że któryś z nich jako wybawca przybędzie na białym koniu, wypędzi Kaczyńskiego i jego bałwochwalców, a następnie Polska będzie już płynąć mlekiem i miodem. Tak na pewno nie będzie. Mało tego – życząc opozycji, której maleńkim elementem sam jestem, zwycięstwa – jestem przekonany, że gdyby do niego doszło, to ci, którzy obecnie popełnili wiele przestępstw, nie zostaliby przez zwycięzców ukarani. Mam swoją teorię na ten temat, ale tutaj nie chcę jej wtrącać. Po prostu w Polsce brak jest prawdziwie patriotycznie nastawionych elit. Oczywiście jest pokaźna liczba państwowców, ludzi, którym Ojczyzna jest droga, jednak większość tylko zabiega o zaszczyty i apanaże. Musimy sobie z tego zdawać sprawę.

Wierzmy w zwycięstwo, a najlepiej róbmy jeszcze coś, aby je uzyskać i uwolnić Polskę od jej wewnętrznego wroga – PiS, SP i ich sojuszników. Udowodnienie szkodliwości tego rządu i skorumpowanych w dużym stopniu elit nie byłoby dla żadnego politologa czy prawnika (oczywiście przyzwoitych) niczym szczególnym! Nie bądźmy jednak naiwni, że wszystko zrobi się samo! Nie ma według mnie woli zrobienia tego ze strony najważniejszych sił politycznych i żeby nie wiem jak mnie przekonywano, w ich dobrą wolę nie uwierzę; to tylko wyrachowanie. Dziś m.in. przeczytałem w prasie o liście dwudziestu kilku senatorów PO do Franza Timmermansa z podziękowaniami za obronę europejskich wartości. Ja takie listy piszę na co dzień i nikt o tym nie trąbi, ba nawet nie zauważa, bo po co? Ci ludzie żyją tylko własnym życiem i własnymi karierami więc nie liczcie na to, że wam/nam pomogą! Najpierw pomogą sobie uzyskać to, na czym im najbardziej zależy; kolejną kadencję w sejmie bądź w senacie i następne cztery lata przegadają, budząc się przed końcem kadencji jak teraz. W partiach trwają prawdziwe walki o miejsca na listach dlatego, jeśli popieram obecną opozycję, to robię to tylko na zasadzie wyboru mniejszego zła!

„Elity” w Polsce muszą się zmienić i to jak najszybciej, stąd mój apel do nich: jesteście w parlamencie, to róbcie swoje, zamiast „pisać na pokaz” listy do kolegów z Brukseli, z którymi jesteście za „pan brat”! Pisanie ich zostawcie naukowcom, dziennikarzom i publicystom. Gdybyście nie zaniechali tego, co należy do waszych obowiązków posła czy senatora, to Ziobro byłby w innym miejscu, niż jest (powinien stać już dawno przed TS), a niejaki Jarosław Kaczyński nie uchodziłby za „męża opatrznościowego” Polski (tfu!).

Wracam do społeczeństwa; Jest wiele takich osób, które są bardzo skuteczne w krytyce innych, gdy same tymczasem nie robią nic! Są jednak i tacy, którzy myślą o przyszłości Polski i powoli zaczynają (trudną przyznam) drogę edukacji od podstaw – czyli „pracy organicznej”, jak w XIX wieku określali to pozytywiści. Nie powiedzieliśmy (bo jestem jednym z nich) jeszcze ostatniego słowa, ale jedno jest pewne; tym się różnimy od tych nieprawych, że większości z nas nie zależy na stanowiskach, tylko poświęca się walce z reżimem po to, aby do Polski wróciła normalność. Jako że świadomość społeczeństwa jest niska, liczymy się z długą walką, ale ją wygramy. „Pogonimy” wtedy tych rządzących szkodników i bezużyteczne od lat „elity” uważające się za opozycję, do której miana nie dorosły. Czas przemian nadchodzi. Liczymy zwłaszcza na młodych, ale nie neonazistów, a patriotów!

Nie widząc innej możliwości przywrócenia w Polsce normalności, demokracji i prawa apeluję do wszystkich polskich patriotów o wspólne zorganizowanie strajku generalnego i wzięcie w nim udziału! Umożliwia to obywatelom Konstytucja RP! Nie jest to zatem wezwanie do chaosu tylko do pokojowego wyrażenia woli narodu! Poprośmy złą i szkodliwą władzę o ustąpienie, a następców o jej rozliczenie!

Nie zachęcam do przemocy, tylko wyjścia z domów i zgodnego z prawem wyrażenia sprzeciwu dla rządu, który niszczy własną Ojczyznę, który od lat łamie naszą konstytucję, prześladuje ludzi, w tym sędziów i prokuratorów! Dla rządu, który niszczy dobre imię Polski i Polaków, który jest mierny merytorycznie i moralnie!

Apeluję o wyrażenie przez nas wszystkich sprzeciwu dla dalszego psucia państwa! Nie zgadzamy się na niszczenie, nie wiadomo czy w pełni zrównoważonej i nieumocowanej w prawie osobie, na rządzenie tak dużym i do niedawna jeszcze wolnym krajem!

Apel ten kieruję do wszystkich osób zatroskanych tak jak ja, o dobro naszej Ojczyzny – Polski i jej Obywateli! Proszę też o wsparcie ze strony wszystkich postępowych sił w Polsce!

To, że politycy to ta grupa społeczna, która zwykle jest oderwana od realiów życia przeciętnego Kowalskiego nie jest niczym zaskakującym. Jednak, gdy politycy, którzy dzierżą niepodzielna władzę nad niemal każdym obszarem życia publicznego zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością, zaczyna się robić dziwnie. W ostatnich dniach dwa wydarzenia pokazały dobitnie, że Prawo i Sprawiedliwość kompletnie się pogubiło w wyczuwaniu nastrojów społecznych i stało się całkowicie zepsutą i ogarniętą paranoją partią władzy, w najgorszym, wschodnioeuropejskim tego słowa znaczeniu.

Nikt z nas nie wpadłby na pomysł, by zaplanować sobie weekend w jednej z europejskich stolic, podjechać taksówką na lotnisko i wsiąść “na gapę” do samolotu np. do Paryża, mówiąc obsłudze lotu, że przecież jeśli przewiozą jedną osobę więcej, to przecież koszty lotu pozostaną takie same. A politycy PiS, tłumaczący skandaliczne zachowanie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, właśnie takich argumentów używają, usprawiedliwiając fakt, że prominenty polityk PiS zrobił sobie z rządowego samolotu (zresztą kupionego za kolosalne pieniądze i w wątpliwej procedurze) rodzinną taksówkę. Można założyć, że skoro robi tak formalnie druga osoba w państwie, to podobnym pokusom mogą ulegać niemal wszyscy członkowie ekipy rządowej, którym przysługują państwowe limuzyny.

Nie przesadzajmy, nie wariujmy, samolot i tak leci z marszałkiem, więc czy zabiera posła, czy dziennikarza, czy syna, to myślę, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego” – mówił Ryszard Terlecki, wicemarszałek Sejmu i osoba, której buta i arogancja w ostatnich miesiącach szokuje najbardziej. Zauważył on też, że marszałek Kuchciński nie powinien zwracać pieniędzy za loty. Aż chce się dopowiedzieć za Beatą Szydło, że przecież pewnie mu się te luksusy i przywileje należą.

Przykładów oderwania od rzeczywistości jest znacznie więcej. Od wyimaginowanego i natrętnie kolportowanego zarzutu o pucz w Sejmie, jaki miał się odbyć zimą 2016 roku, po regularne jatki Krystyny Pawłowicz na Twitterze, która nieustannie sugeruje, że opozycja chce siłą obalić demokratycznie wybrany rząd, aż po wydarzenia z wczoraj, kiedy to Beata Kempa stała się już przez chwilę ofiarą rasistowskiego aktu terroru, z oczywistym podłożem politycznym w tle. Rzekomy atak na kierowcę świeżo wybranej europosłanki miał wręcz być zemstą za działanie PiS na forum UE, a ona sama w zasadzie ledwie uszła z tej awantury bez szwanku. Tyle tylko, że im więcej o tamtych wydarzeniach się dowiedzieliśmy, tym bardziej niedorzeczne stały się pierwsze reakcje np. posłanki Bernadety Krynickiej (tej od obrzydliwego zachowania względem protestujących w Sejmie niepełnosprawnych). Okazuje się bowiem, że ani to był atak na Kempę, ani nie był to jej kierowca (tylko losowo przydzielony z Parlamentu Europejskiego), ani nie było ataku, tylko sprzeczka, a jej przyczyną nie było wożenie polityczki PiS, tylko … stłuczka, do jakiej miało dojść chwilę wcześniej.

Na domiar złego, gdy sprawę zgłębiać zaczęli reporterzy radia RMF FM, okazało się, że europosłanka nieprzypadkowo wybrała akurat hotel w wielokulturowej dzielnicy (którymi w Polsce straszy się już dziś małe dzieci “prawdziwych Polaków”. Miało to być motywowane okazją do dodatkowego zarobku w europejskich srebrnikach. W 3-gwiazdkowym hotelu w dzielnicy Ixelles, którego właścicielką jest Polka, za pobyt płaci się jedynie 100 euro, a dietę z PE europosłowie otrzymują trzy razy większą. Zawsze to ok. 800+ zł. Taki nowy program dla najbardziej potrzebujących polityków władzy.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał z rodziną rządowym samolotem. Sześć razy na pokładzie maszyny, poza marszałkiem, byli członkowie jego najbliższej rodziny: córka, synowie lub żona. – Pan marszałek często mówi o standardach i tanim państwie, o tym, że parlamentarzyści muszą się odpowiednio zachowywać. Tymczasem pan marszałek co tydzień wraca do domu kilkaset kilometrów do Rzeszowa, ten lot kosztuje na pewno 100 tys zł. Moim zdaniem są dwa honorowe zachowania: oddanie pieniędzy i podanie się do dymisji – komentuje podróże marszałka Sławomir Nitras z PO

Do domu ze statusem HEAD

Poseł PO Sławomir Nitras przedstawił w czartek w Sejmie dokumenty potwierdzające loty marszałka Kuchcińskiego. Kontrowersje budzą przeloty do Rzeszowa na weekend; marszałek mieszka w okolicy.

Do dokumentów dotarło też Radio Zet. Wynika z nich, że marszałek przynajmniej trzy razy latał z Warszawy do Rzeszowa, dwa razy odbył lot powrotny z Rzeszowa do stolicy i raz z Warszawy do Krakowa.

Wysokie standardy marszałka

– Pan marszałek często mówi o standardach i tanim państwie, o tym, że parlamentarzyści muszą się odpowiednio zachowywać. Tymczasem pan marszałek co tydzień wraca do domu kilkaset kilometrów do Rzeszowa, ten lot kosztuje na pewno 100 tys zł – komentował sprawę poseł PO Sławomir Nitras, który jednocześnie pyta marszałka o szczegóły:

ILE RAZY OD POCZĄTKU KADENCJI MARSZAŁEK PODRÓŻOWAŁ NA TRASIE WARSZAWA-RZESZÓW-WARSZAWA? ILE RAZY W CZASIE TYCH LOTÓW TOWARZYSZYLI MU CZŁONKOWIE RODZINY, ILE RAZY TOWARZYSZYLI MU POLITYCY PIS-U I ICH RODZINY, A TAKŻE ILE KOSZTOWAŁY LOTY I CZY MARSZAŁEK ZWRÓCIŁ PIENIĄDZE ZA CZŁONKÓW RODZINY?

– Zrobię wszystko, i to nie złośliwość, ale kwestia standardów, a mam nadzieję, że kwestia standardów nas z marszałkiem łączy, żeby rozliczył się z tych pieniędzy – zapowiedział Sławomir Nitras.

Marszałek Sejmu, jako druga najważniejsza osoba w państwie, może korzystać z samolotu o statusie HEAD. Oznacza to, że marszałek może dysponować samolotem do celów służbowych. Wystarczy, że złoży zamówienie.

Wątpliwości budzi kierunek lotów. Skoro marszałek lata na weekend do domu, to czy na pewno były to loty służbowe.

Sejm: Marszałek latał służbowo

W odpowiedzi na te wątpliwości Centrum Informacyjne Sejmu opublikowała oficjalne pismo, w którym czytamy, że loty miały charakter służbowy.

“W nawiązaniu do publikowanych w przestrzeni publicznej dokumentów, dotyczących lotów Marszałka Sejmu w okresie styczeń – lipiec 2019 r. Centrum Informacyjne Sejmu wyjaśnia, że każda ze zrealizowanych samolotem rządowym podróży drugiej osoby w państwie miała charakter służbowy”, a “podróże realizowane zazwyczaj w bezpośredniej styczności kalendarzowej z posiedzeniami Sejmu, co nakładało na Kancelarię Sejmu dodatkowe zadania o charakterze logistycznym”.

Marszałek lubi latać

Nie po raz pierwszy marszałek Kuchciński ma problem z wytłumaczeniem swoich podróży. W marcu tego roku jedna z posłanek PiS pochwaliła się wspólnym lotem z marszałkiem Sejmu. Wówczas Kuchciński, Krystyna Wróblewska i były prokurator z czasów PRL Stanisław Piotrowicz lecieli razem z Warszawy do Rzeszowa.

To jest patologia władzy” – powiedział podczas konferencji prasowej Sławomir Neumann z Koalicji Obywatelskiej, komentując „rodzinne eskapady” Marka Kuchcińskiego rządowym samolotem. Radio ZET dotarło do dokumentów potwierdzających sześć lotów, podczas których na pokładzie poza Kuchcińskim znajdowali się członkowie jego rodziny i oficer Służby Ochrony Państwa. „Kuchciński lata sobie z rodziną rządowym samolotem. Poseł Nitras proponuje honorowe rozwiązanie”.

Neumann oznajmił mediom, że Koalicja składa wniosek o „odwołanie Marka Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu. Symbolicznie trzeba pokazać, że w normalnym państwie nie ma zgody na oligarchiczne zachowania przedstawicieli władzy” – powiedział. – „To bezczelne, aroganckie standardy, które pokazują, że korzyści są tylko dla PiS-u. To się skończy w październiku” – oświadczył, podkreślając jednocześnie całkowity brak „prawdziwej reakcji” ze strony PiS na doniesienia medialne. – W cywilizowanych krajach takie rzeczy kończą się dymisją” – zauważył i dodał oburzeniem: – „Jak widać standardy obowiązujące w PiS są zupełnie inne”.

Centrum Informacyjne Sejmu, odnosząc się do sprawy zapewniło w komunikacie, że każda podróż Kuchcińskiego samolotem rządowym miała charakter służbowy. Podkreślono też, że „obecność dodatkowych osób na pokładzie nie wpływa w żadnej mierze na koszt przelotu. Z możliwości towarzyszenia marszałkowi Sejmu w podróżach korzystają zresztą przede wszystkim reprezentanci izby, pracownicy Kancelarii Sejmu oraz funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa, co ułatwia sprawną realizację programu podróży, a zarazem nie ma nic wspólnego z korzyściami o charakterze osobistym” – głosi komunikat.

Prezes PiS oburzony informacjami o „rodzinnych” lotach Marka Kuchcińskiego rządowym samolotem – dowiedzieli się reporterzy RMF FM. Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną” – napisano na Twitterze RMF FM. Pieniądze mają zostać przekazane przez Kuchcińskiego na cele charytatywne.

O, widzę że grany jest motyw „dobry car i źli bojarzy”; – „Dlaczego nie był taki „oburzony” wcześniej, zanim media nie nagłośniły sprawy?„; – „Przepraszam bardzo, to nie znaczy, że zapłaci, tylko będzie jak z nagrodami. Po drugie, za ile lotów marszałek zapłaci, bo te 6, o których wiemy to nie jest komplet?”; – „Prezes jest też kontrolerem lotów!”; – „Czy jeśli gwizdnę coś ze sklepu, a potem równowartość tego wpłacę na wybrany cel charytatywny, to wtedy też będzie po sprawie?” – komentowali internauci.

A jeszcze rano w TVN 24 wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki tak mówił o sprawie: – „Nie widzę tu – poza sezonem ogórkowym – niczego niezwykłego. To, że zdarzało się zabrać syna czy córkę, to w niczym nie zmienia sytuacji tego lotu. (…) Nie przesadzajmy, nie wariujmy, samolot i tak leci z marszałkiem, więc czy zabiera posła, czy dziennikarza, czy syna, to myślę, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego” – szedł w zaparte Terlecki. Stwierdził także, że nie widzi potrzeby, aby Kuchciński zwracał pieniądze za prywatne loty.

wyborcza.pl/7,75398,250326…

To, co PiS zrobiło z częścią społeczeństwa, można śmiało nazwać największym „sukcesem” tej partii.

Już trzeci tydzień próbuję wyjaśnić, dlaczego coraz gorzej żyje mi się w Polsce, która od 4 lat jest coraz mniej moja. Jest coraz bardziej mroczna, pogrążona w chaosie prawnym i społecznym. Nigdy nie wiem, gdy rano się budzę, co mi nowego zafunduje PiS, stąd narasta we mnie jakaś psychoza, lęki emocjonalne i czuję, że po prostu odpływam tam, gdzie miejsca dla takich, jak ja po prostu nie ma.

Prezes Kaczyński wmawia nam, że jego partia miłuje pokój i walczy ze złem. Jego koleś, Suski, dorzuca, że „tym się różni demokracja od dyktatury, że w dyktaturze zamyka się tych do więzienia, którzy rządzili, a w demokracji po prostu wysyła się ich do innej pracy” i nie raczy nawet zauważyć, że przecież marzy, by zamknąć na długie lata członków poprzedniej władzy, tylko jakoś nie udaje się ich prokuraturze znaleźć na tyle sensowne dowody, by zapełnić więzienia. Ale to oczywiście drobiazg, nie wart nawet wspomnienia. Była premier, a dziś europosłanka bez przydziału, pani Szydło opowiada o tolerancji, której Europa powinna nam zazdrościć. Każdy z polityków Zjednoczonej Prawicy patrzy nam w oczy i bez mrugnięcia wciska kit, zapewne gdzieś tam, na boku, śmiejąc się z narodu, że taki naiwny i głupi, każdą bujdę kupi.

Co uważam za „największe osiągnięcie” partii rządzącej, które totalnie podkopało podwaliny mojego jestestwa obywatelskiego? Jej stosunek do nas, społeczeństwa. To jest kwintesencja tej władzy. Przede wszystkim lekceważenie. Każdemu, kto nie stoi murem za partią, dostanie się równo.

Dla lekarzy, którzy już bokami robią, PiS ma swoją receptę. Jak im się nie podoba, to niech wyjeżdżają. Nikt przecież ich tutaj na siłę nie trzyma. Uczniom z podwójnego rocznika radzą, by nie panikowali, bo przecież „uczyć się można i w gorszej szkole, a nawet w domu, jak się chce”, a może „poszukać szkoły zagranicą”. Nauczyciele też nie mają się o co wkurzać, bo przecież „nie mają obowiązku życia w celibacie”, więc tym 500 plus mogą sobie nabić niezłą kasę.

Dorosłym niepełnosprawnym nie chcą dorzucić nawet złotówki, bo po co im jakieś głupie marzenia o godnym życiu? Osoba odpowiedzialna za sprawy społeczne uznała, że spływ Dunajcem jest znacznie ciekawszy od spotkania z protestującymi w Sejmie. Jedna z posłanek wyszła z propozycją, by w ramach aktywizacji poprawić nastrój niepełnosprawnych i puścić ich na strzelnice, by sobie postrzelali, a dla posła Żalka protest rodziców osób niepełnosprawnych w Sejmie był przykładem zwyrodnialstwa, on takim typom nie dałby ani grosza.

Wujek „dobra rada”, czyli prezes Kaczyński żąda od kobiet, by rodziły zdeformowane, nieuleczalnie chore dzieci, bo to przecież bardziej ludzkie w jego mniemaniu niż aborcja. Poza tym najważniejsze jest, by takie dziecko ochrzcić i pochować po bożemu. Mało tego, wycenił ten akt dobrej woli kobiety na 4 000 zł, jednak tylko pod warunkiem, że uda jej się urodzić żywe dziecko. Jak martwe, to grosza nie zobaczy. Inni politycy tej partii są przekonani, że przecież „każda matka wie, w momencie poczęcia, czy urodzenia, że jej dziecko umrze. Tak jest, każdy z nas umiera”, więc zupełnie nie rozumieją, skąd to oburzenie?

Przyszedł czas i na osoby LGBT. No cóż, temat imigrantów już się przejadł, spowszedniał, więc trzeba było znaleźć nowego wroga, który ruszy Polaków do walki o prawdziwe wartości, płynące prosto z chrześcijańskiego serca. Hasło do ataku dał oczywiście prezes, któremu wszystko już się totalnie poplątało. Miesza Deklarację LGBT z seksualizacją dzieci i nie mając zielonego pojęcia, o co w niej chodzi, uważa ją za atak na rodzinę. Nagle środowisko LGBT znalazło się na celowniku, prześmiewane, obrażane, atakowane, wręcz nękane. W Polskę poszły słowa europosła Czarneckiego, który zawołał rozpaczliwym głosem, by ci gorsi seksualnie obywatele przestali się „wygłupiać, demonstrować, żądać związków czy małżeństw. To są rzeczy dla nas – ludzi hetero. A jak nie przestaniecie, to uznamy, że chcecie nas dyskryminować”.

Władza dała swoje przyzwolenie, Kościół dołożył swoje i zaczęła się nagonka na polskich obywateli, których jedyną „winą” jest to, iż nie są hetero. Sobotnie wydarzenia w Białymstoku pokazały nam, czym się kończy taka retoryka. Rozochoceni wielbiciele partii, w pełnym przekonaniu, że racja po ich stronie, Kościół po ich stronie, władza po ich stronie, ruszyli do ataku. Została przekroczona granica, za którą nic dobrego nas nie czeka, a takie sytuacje jak w Białymstoku staną się normą pisowskiego państwa. Oczywiście za przyzwoleniem prezesa i jego spółki oraz polskiego Kościoła.

Za chwilę obywatelom znudzi się temat LGBT, więc władza poszuka nowego wroga „czystej krwi” Polaka. To mogą być właśnie niepełnosprawni, bo są na tyle bezczelni, że wciąż żyją i jeszcze do tego mają jakieś roszczenia. To mogą być osoby otyłe, bo obżerają się po pachy, a państwo musi wydawać kasę na ich leczenie. To profesorowie i wielkie autorytety w dziedzinie nauki, bo potęgują kompleks niższości wielu tych, co uważają się za wybitnych ekspertów w każdej dziedzinie. Osoby o ciemnych włosach, bo nie mieszczą się w kanonie słowiańskiego piękna, okularnicy, bo się do wojska nie nadają. W kolejce czekają też dziennikarze oraz ludzie kultury i sztuki, oczywiście ci, co to nie idą na pisowskiej smyczy. Nigdy nie wiadomo, kto będzie następny i dlaczego.

Tak! To PiS doprowadziło do sytuacji, w której naród ostro się radykalizuje. Boję się uśmiechnąć do kogoś na ulicy, bo za chwilę mogę za to dostać po łbie. Boję się zagaić rozmowę, bo mogę zostać zmieszana z błotem. Chowam swoje dokumenty poświadczające wykształcenie i wieloletnie dokształcanie się, bo zostanę wyśmiana, nazwana „wykształciuchem”, który nie ma prawa głosu w pisowskiej Polsce. Moje imię i zdecydowanie semickie rysy twarzy, wzbudzają powszechną agresję.

I jak tu żyć w takim państwie? Jak tu się czuć pełnoprawny, obywatelem, gdy ta władza i jej wielbiciele odbierają poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji? Słowo daję, trudne jest życie w społeczeństwie masochistów, które pozwala robić ze sobą wszystko, co tylko się partii rządzącej zamarzy. W państwie PiS, które lekceważenie nazywa miłością, przekupstwo dobrem, arogancję uczciwością, nierzetelność profesjonalizmem, demolkę fantastyczną reformą, dyskryminację i wykluczenia budową zdrowego, polskiego narodu. Nie da się…

Krętactwa PiS w kampanii wyborczej. W istocie Kaczyński dąży do totalitaryzmu

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że nadchodzące wybory parlamentarne są dla jego obozu grą o wszystko. Choć po klęsce w eurowyborach po stronie opozycji morale uległo znacznemu obniżeniu, a Koalicja Europejska się rozpadła, to jednak prezes PiS nie traci czujności i zamierza zadać w październiku oponentom ostateczny cios. Służyć temu, poza “piątką Kaczyńskiego” i potęgą prorządowych mediów, ma także wielka metamorfoza wizerunkowa samej partii rządzącej.

Prezes PiS uświadomił sobie bowiem, że strategia rządu w postaci cementowania poparcia przez wieczny konflikt w dotychczasowej formule się wyczerpała. Wybieranie małych grup i uczynienie z nich wrogów, czy też przypisywanie oponentem najgorszych cech skonsolidowało wokół władzy miliony, jednak równocześnie obraźliwe, hejterskie wypowiedzi wielu polityków partii rządzącej nieustannie zniechęcały do rządu znaczną część wyborców politycznego centrum. Niezadowolenia grupy tej nie widzieliśmy przy urnach tylko dlatego, że w warunkach równoczesnego rozczarowania opozycją znaczna jej część została w domach, z czego wynika właśnie 7% luki między PiS a Koalicją Europejską.

Jednak PiS nie zamierza spocząć na laurach i dąży do sięgnięcia po niezdecydowanych wyborców o poglądach centroprawicowych i wciąż silny w tej części politycznego spektrum elektorat Platformy Obywatelskiej. Drzwiami do krainy nowych politycznych możliwości ma być, podobnie jak w 2015 roku, ukrycie politycznych demonów PiS. Tym ostatnim przy poprzednich wyborach był sam Jarosław Kaczyński, którego przykryła Beata Szydło i Andrzej Duda. Dziś zaś manewr ten ma polegać na usunięciu z frontu najbardziej kontrowersyjnych polityków obozu władzy i jasny przekaz, że koniec z wypowiedziami szkodzącymi partii rządzącej. O tym ostatnim przecieki do mediów docierały w ostatnich tygodniach, czemu towarzyszyła nagła zmiana nastawienia znacznej części polityków PiS do mediów, które uważają za sobie nieprzychylne. W kuluarach huczało bowiem od informacji, że prezes zagroził, że dla tych, którzy kontrowersyjnymi wypowiedziami niszczą wizerunek PiS, nie będzie miejsca na listach wyborczych.

Nie minęło dużo czasu i dowiedzieliśmy się właśnie, że Krystyna Pawłowicz, jedna z czołowych figur języka nienawiści w polskim życiu publicznym, kończy polityczną karierę.W wywiadzie dla “Sieci” wyznała bowiem. że “Jestem trochę zmęczona i uznałam, że to dobry czas, by z czynnej polityki odejść”. Choć posłanka zarzeka się, że to jest jej wewnętrzna decyzja, to jednak ciężko w to uwierzyć. Pawłowicz bowiem jako jedna z niewielu nie przytemperowała swojego języka mimo partyjnego nakazu, a nawet w sytuacji pytań o swoje odejście krzyczała do dziennikarza TVN24 “Na kolana, przepraszaj, zdrajco jeden. Wszyscy na kolana!”. Polityczna logika nie pozostawia tutaj złudzeń, że brak miejsca dla Pawłowicz na listach wyborczych jest odpowiednikiem rekonstrukcji rządu sprzed ponad roku, kiedy to pozbyto się najbardziej obciążających wizerunkowo figur. Jarosław Kaczyński uwalnia w ten sposób partię od poważnego balastu, który już dawno przeważał polityczne korzyści.

Otwartym pozostaje teraz pytanie, czy Polacy uwierzą w taktykę schowanych zębów polityków PiS. Jeśli tak się stanie, to przy braku mobilizacji i samoorganizacji opozycji rządzący będą mogli zacząć marzyć nawet o większości konstytucyjnej. Jesień to będzie zatem dla nas wszystkich wielki wybór, który zaważy na długoterminowej przyszłości naszego kraju.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem.

To, co wydarzyło się w sobotę, na Marszu Równości w Białymstoku, przeraziło mnie i zaszokowało. Niby nie powinnam być zdziwiona, bo przecież wiadomo, że polscy narodowcy są coraz bardziej roszczeniowi, chcą zawłaszczyć coraz większy obszar przestrzeni publicznej, czują się coraz bardziej bezkarni w swoich działaniach, co ich bardziej nakręca i zwiększa ich aktywność. To już ostatni dzwonek, by wreszcie wziąć ich w karby, wyznaczyć granice, których nie wolno przekraczać. I to zadanie dla rządu. Tego rządu, który dopuścił do takiej sytuacji, nie dostrzegając problemu, ignorując go, a jednocześnie aprobując tego typu zachowania. Tego rządu, który nie tylko usprawiedliwia narastającą agresję i nienawiść, starając się zrzucić winę na innych, ale ma też w swoich szeregach ministra, odpowiedzialnego za wychowanie młodzieży, a nie ukrywającego, jak bardzo własne poglądy są dla niego ważniejsze od ogólnie przyjętego systemu wartości i praw obywatelskich, zapisanych w polskiej Konstytucji. Stąd mój list do premiera Mateusza Morawieckiego z prośbą o podjęcie zdecydowanych działań i dymisję ministra Dariusza Piontkowskiego.

Poznań, 22 lipca 2019

Mateusz Morawiecki

premier Rzeczpospolitej Polskiej

Zwracam się do Pana z prośbą o natychmiastowe podjęcie działań, które powinny na przyszłość nie dopuścić do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w sobotę w Białymstoku oraz zdymisjonowanie pana Piontkowskiego ze stanowiska ministra MEN, którego postawa i wypowiedzi stoją w całkowitej sprzeczności ze wszystkim, co powinien reprezentować sobą człowiek odpowiedzialny za edukację dzieci i młodzieży.

To, co wydarzyło się na Marszu Równości w Białymstoku nie powinno mieć miejsca w państwie, w którym Konstytucja gwarantuje każdemu respektowanie jego praw jako człowieka i obywatela. Horda rozwścieczonych narodowców zaatakowała uczestników marszu, w tym osoby niepełnoletnie. Plucie, obrzucanie jajkami, zaciśnięte pięści, kamienie i race, wyzwiska, kopanie i bicie… to zachowanie, które jest pokłosiem polityki ustępstw i wręcz aprobaty środowisk, bazujących na ideologii neofaszystowskiej, przez obecną władzę polityczną i niestety – kościelną.

Tłumaczenie, że to prowokacja ze strony środowiska LGBT, że gdyby tego typu marsze były zakazane, nie byłoby problemów, szukanie usprawiedliwień dla bandy agresorów, udawanie, że nic złego się nie stało, stoi w całkowitej sprzeczności z zasadami państwa prawa i stawia pod wielkim znakiem zapytania rację bytu takiego rządu, który nie chce lub nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa wszystkim swoim obywatelom.

Teraz, gdy trwa już kampania wyborcza do Sejmu, wielokrotnie i Pan, i prezes Pana partii Jarosław Kaczyński, wspominacie o zgodzie narodowej, o drodze PiS-u do pokoju, o budowie państwa przyjaznego dla wszystkich jego obywateli, a w tym samym czasie Pana minister Dariusz Piontkowski komentując to, co wydarzyło się w Białymstoku mówi w TVN24, że „tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór (…) na Podlasiu, ale także w innych częściach Polski (…) W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane. To powoduje zamieszki, może powodować zagrożenie zdrowia wielu przygodnych obywateli i trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób rozwiązać ten problem ”.

Minister edukacji pokazał tą wypowiedzią, jak bardzo obcy jest mu ten system wartości, który powinien być podstawą wychowania kolejnego pokolenia Polaków. Tolerancja, poszanowanie praw człowieka, prawo każdego do czucia się pełnoprawnym obywatelem Polski, niezależnie od wiary, rasy poglądów czy orientacji seksualnej są dla pana ministra stekiem pustych, nic nieznaczących słów. Pan minister nie raczył nawet dostrzec, że w grupie atakującej uczestników marszu były też dzieci, nawet bardzo małe, w wózkach, co wyraźnie pokazuje nie tylko pewne przyzwolenie na indoktrynację maluchów, uczenie ich nienawiści i agresji, ale także zgodę, by narażać ich na niebezpieczeństwo przez nieodpowiedzialnych rodziców, zabierających swoje pociechy na zadymę.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem. Jest całkowitym zaprzeczeniem obiektywizmu nauczania, jego bezstronności i utrzymania szkół bez podziału na lepszych czy gorszych. Szkół wolnych od indoktrynacji, przyjaznych dla każdego ucznia.

Chciałabym wierzyć, że moje słowa trafią do Pana, że weźmie Pan je pod uwagę, że stanie Pan na wysokości działania i pokaże, iż rzeczywiście wspólnota i zgoda narodowa są dla Pana priorytetem. Chciałabym uwierzyć, że zadba Pan o to, by wreszcie przestały nas straszyć na ulicach miast i miasteczek demony znane  z historii, te o brunatnym zabarwieniu, a ministrem edukacji narodowej zostanie człowiek, co do którego moralności i systemu wartości, nikt nie będzie miał zastrzeżeń. Człowiek, któremu z pełnym zaufaniem obywatele powierzą los swoich dzieci.

Oczekuję na Pana decyzję.

Zwykła, niewiele znacząca, ale jednak wciąż obywatelka tego kraju

Tamara Olszewska

Jeszcze nie tak dawno, mało kto uwierzyłby w to, że scenariusz metamorfozy naszego państwa w (miękki, póki co) totalitaryzm będzie kiedykolwiek realny. Mało tego, chyba nikt nawet nie miał powodu do takich rozważań i mówię to z pełną odpowiedzialnością jako politolog. Jeśli na wykładach dla studentów w Warszawie i Łodzi wspominałem o patologiach władzy, to raczej odwoływałem się do totalitaryzmów z lat 30. XX wieku, zacofanych państw afrykańskich bądź dyktatur w krajach rozwijających się Ameryki Łacińskiej! Polska na ich tle jawiła się jako „kraj mlekiem i miodem płynący”. Nie było idealnie, ale przecież obrany kierunek rozwoju dawał nadzieję na to, że może być tylko lepiej.

Już na początku lat 90. ubiegłego wieku Polska wstąpiła na drogę integracji z elitarną rodziną europejskich państw demokratycznych, której efektem miały być członkostwo w NATO (1999) i Unii Europejskiej (2004)! Kolejne ekipy rządowe (według mnie do roku 2005) robiły wszystko to, co było niezbędne, abyśmy się stali godni tego przywileju. Lata 2005 – 2007 to pierwszy okres, w którym proces integracji zaczął być poddawany, przez pierwszy rząd PiS, w wątpliwość. Wydawało się wszakże, iż to może być „gra”, której celem mogłoby być uzyskanie jeszcze lepszych warunków członkostwa choć te, które mieliśmy, wydawały się bardzo korzystne. Patrząc z perspektywy tego, co od czterech niemal lat dzieje się z Polską wiemy, że już w tamtym okresie Polakom powinno zapalić się w głowie „czerwone światło”!

Nieudolna prezydentura Lecha Kaczyńskiego (najgorsza z dotychczasowych) i spięcia z „byle powodu” z ekipą rządową Donalda Tuska, psucie dobrego imienia i ośmieszanie Polski w UE i nie tylko, powinny dać do myślenia wszystkim siłom politycznym! Model władzy oparty na kohabitacji nie mógł się sprawdzić, gdy jedną ze stron była partia, na czele której stoi Jarosław Kaczyński. Gdyby PiS kierował ktoś inny, to może jej działania mogłyby być dla naszego kraju korzystne. Niestety, mamy do czynienia z człowiekiem przesączonym nienawiścią, nieposiadającym szacunku dla innych, ani też empatii, która zwykle charakteryzuje ludzi przystosowanych do życia w społeczeństwie. Mamy kogoś, kto wyznaje „aż” dwie wartości”: władzę i pieniądze, a wszystko to podporządkowane partykularnym interesom nawet nie partii, a jedynie Kaczyńskiego i wąskiej grupy ludzi mu wiernych, i gotowych na wszystko.

Postać samego Jarosława Kaczyńskiego tj. człowieka zupełnie (oczywiście według mnie) nienadającego się do pełnienia żadnej ważnej funkcji państwowej to już temat zupełnie odrębny, który powinni zgłębić specjaliści zajmujący się psychologią i/lub dyscyplinami pokrewnymi. Moja opinia sprowadzić się tu jedynie może do refleksji, że jest to osoba aspołeczna, której nie powierzyłbym absolutnie żadnego stanowiska, wiążącego się z jakąkolwiek, najmniejszą nawet odpowiedzialnością w tym zwłaszcza za innych. Osoba, która jest jednak w pełni świadoma czynionego narodowi i Ojczyźnie zła!

A jest tutaj o czym mówić, bo skala krzywd wyrządzonych przez prezesa Kaczyńskiego i oddanych mu, w dziele niszczenia państwa polskiego, współpracowników (Zbigniewa Ziobrę, Andrzeja Dudę, Marka Kuchcińskiego itp. ludzi) jest porażająca!
• Polska straciła swoją pozycję w Europie i świecie; jest marginalizowana!
• Osłabieniu uległy więzy wiążące nas z sojusznikami z NATO!
• Osłabiona złą polityką kadrową i logistyczną armia została niemal rozbrojona!
• To, co wyżej wiąże się ze spadkiem zdolności obronnych i sojuszniczych RP!
• Politycy obozu rządzącego są alienowani w instytucjach międzynarodowych!
• Na szwank narażane są każdego dnia najważniejsze interesy Polski, a to zdrada!
• Destrukcja demokratycznego państwa prawa jakim była RP prowadzi państwo na skraj przepaści, co może skończyć się tragedią taką, jak utrata suwerenności!
• Gospodarka narodowa jest niszczona przez wyprowadzanie ze spółek SP środków na odprawy, zmieniających się często prezesów bez przygotowania do pełnienia tak odpowiedzialnych funkcji!
• Naiwnością jest jednak wiara w to, że pieniądze te trafiają w całości do tych ludzi. Osobiście uważam, że są one przeznaczone na specjalny i tajny fundusz partii, taki którym dysponuje jedynie „wódz”, co samo w sobie poraża, gdy się weźmie pod uwagę fatalne cechy charakterologiczne Kaczyńskiego!
• Afera goni aferę. W jedną z największych zamieszany jest sam prezes, co próbuje się, jeśli nie ukryć, to póki co bagatelizować. I tu ogromna nadzieja na działania wymiaru sprawiedliwości Austrii! Polski nie zrobi nic, gdyż nie ma tu woli organów ścigania! W końcu prokuraturą steruje osobiście Ziobro!
• Polska zmierza wprost do systemu totalitarnego, który dzięki międzynarodowym instytucjom takim jak UE, Rada Europy czy OBWE nie został jeszcze wprowadzony!
• W państwie nie funkcjonuje poprawnie (niezawiśle i niezależnie) żadna instytucja, której zasada działania polega na respektowaniu trójpodziału władzy, a tym, co się liczy, jest decyzja (działającego bezprawnie, bo poza systemem politycznym) wodza PiS, Jarosława Kaczyńskiego.
• Łamane są prawa człowieka: prześladuje się przyzwoitych sędziów, prokuratorów i wszystkich osób, które nie zgadzają się na łamanie przez rządzących prawa! Stąd według mnie obecna władza straciła mandat do rządzenia krajem!
• Jako uzupełnienie dodam w tym kontekście i to, że według mnie PiS i SP powinny zostać zdelegalizowane, a ich przywódcy postawieni przed TS i/lub sądem!
• Niestety, na nieszczęście dla Polski nie funkcjonuje tu w sposób pożądany opozycja parlamentarna, a wszelkie próby podejmowane przez organizacje, ruchy społeczne i działania ad hoc ze strony społeczeństwa nie mogą się przebić ze swoim głosem! Decydujący jest brak środków i wsparcia ze strony partii traktujących innych jako konkurencję (sic!).
• Wydaje się, że nad Polską zbierają się „czarne chmury” przyszłego totalitaryzmu, który w sposób płynny zastępuje bez przeszkód demokrację! Polska staje się z dnia na dzień hybrydą „Republiki Weimarskiej Bis” i „ZSRR Bis”, co po prostu przeraża!
• Tym bardziej przeraża, że „słabe są widoki” na zmianę tej sytuacji w wyborach na jesieni b.r. do polskiego parlamentu!

Nie jestem pewien tego, czy ktoś naprawdę chce w wyborach pokonać PiS, no może poza obywatelami, którzy dotąd przewodzili wszelkim ruchom. Docierają do mnie bowiem opinie różnych osób związanych z niektórymi siłami politycznymi, że: „może warto poczekać do chwili, kiedy kraj będzie w ruinie i dopiero wtedy przejąć gruzy państwa”! Oby to nie były głosy oddające prawdziwe nastroje w kręgach przywódców opozycji, bo oznaczałyby ni mniej, ni więcej tylko zdradę Ojczyzny!