Duda to tylko dudek

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła katolickiego, polityki Willego Brandta, Helmuta Schmidta i Helmuta Kohla, ale też zaangażowanie zwykłych Niemców, którzy popierali “Solidarność”. Mimo wszystko dodał, że II wojna światowa była dla Polski katastrofą. – “Staliśmy się państwem satelickim sowieckiego imperium – jeńcami komunizmu. Chociaż zawsze odważnie walczyliśmy po dobrej stronie. Podczas wojny ani rząd, ani polska elita nie kolaborowała. Ani z Hitlerem, ani ze Stalinem. A mimo to zostaliśmy gorzko ukarani. Członkowie armii państwa podziemnego, którzy walczyli o prawdziwie wolną Polskę, aż do lat 60. byli prześladowani, więzieni i mordowani przez reżim komunistyczny” – mówi Duda.

“Fort Merkel”

Andrzej Duda ma wobec Niemiec określone oczekiwania. Wymienił wśród nich np. rezygnację z budowy gazociągu Nord Stream 2 i więcej zrozumienia dla reformy wymiaru sprawiedliwości. – “Co Niemcy by zrobiły, gdyby w Trybunale Konstytucyjnym wciąż siedzieli wysoko postawieni sędziowie z NRD, którzy orzekali przeciwko działaczom na rzecz praw obywatelskich? Ci starzy komuniści nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Chcemy to zmienić – tłumaczy Andrzej Duda.

Nasz prezydent zachęca też do budowy „Fortu Merkel: – Nie mielibyśmy nic przeciwko rozszerzeniu niemieckiej obecności w ramach NATO. Ale jedno jest pewne: armia amerykańska jest najsilniejsza na świecie. Stała obecność wojsk amerykańskich w Polsce przyczyniłaby się do zwiększenia bezpieczeństwa całej Europy, w tym Niemiec” – mówił. W to wszystko wpisał polskie doświadczenia z lat 30. XX w. – “gdyby Anglia i Francja zaatakowały Niemcy we wrześniu 1939 r. (…) wojna skończyłaby się w ciągu kilku tygodni. One jednak pozwoliły Polsce się wykrwawiać. Dlatego życzymy sobie dzisiaj poważnych sojuszników, którzy dotrzymają słowa i nie uciekają” – spuentował.

Czy to ma sens?

Czy domaganie się przez rząd PiS reparacji wojennych od Niemiec ma sens? W istocie to tylko gra obliczona pod kampanię wyborczą, która ma pokazać, że „wstaliśmy z kolan”. Tego typu reparacje są nierealne w obecnych warunkach i w oczach trzeźwo myślących osób Duda raczej się kompromituje.

– To zaproszenie się pojawiło wczoraj (29 sierpnia) na moim biurku. Pewne reguły, standardy, obowiązują. Jeśli kogoś chce się traktować jak gościa, to powinno się go traktować poważnie. (…) Nie mam żadnych wątpliwości, że organizatorzy tej bardzo ważnej uroczystości postępują w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że nie chcą mnie tam widzieć. A ja nigdy nie narzucam się ze swoją obecnością, gdy wiem, że nie jestem mile widziany – powiedział w „Faktach po Faktach” przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Komentując sposób, w jaki został potraktowany przez PiS-owskich organizatorów uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej, Donald Tuska zwrócił uwagę, że przyjętym standardem jest wysyłanie zaproszeń wcześniej. – Zaproszenie na uroczystości narodowe Francji 14 lipca wysyła się do mnie i do kolegów, z którymi współpracuję, prezydentów, premierów, na trzy miesiące przed takimi uroczystościami. Na uroczystości do Izraela prezydent Izraela wysyłał z rocznym wyprzedzeniem i to są pewne standardy – zaznaczył.

Tusk przypomniał również, że gdy 2009 roku organizował obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej to na Westerplatte pierwszy przemawiał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. – Nasze relacje nie były łatwe, spór polityczny był wówczas też bardzo gorący, ale szczerze powiedziawszy do głowy by mi nie przyszło, żeby łamać reguły i traktować kogoś w sposób taki nieprzystający do dyplomacji.

Zamieszanie wokół zaproszenia Donalda Tuska

– Donald Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa – mówił w środę Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta. Tłumaczył, że na uroczystości „zostali zaproszeni przywódcy państw”, a „Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa”. – Klucz zaproszeń był prosty, zapraszani byli przywódcy państw Unii Europejskiej, NATO i Partnerstwa Wschodniego – stwierdził w rozmowie z gazeta.pl.

Już po rozmowie z Gazeta.pl, Spychalski na Twitterze sprostował swoją wypowiedź: W związku z licznymi pytaniami informuję, że zawsze na ważne uroczystości państwowe zapraszamy wszystkich byłych Prezydentów i Premierów. Tak jest i tym razem – na uroczystości 1.09 do Warszawy zaprosiliśmy wszystkich byłych Prezydentów RP i Premierów RP. – napisał.

„Tymczasem w Szczecinie super komedia, czyli „stępka do kwadratu”. Min. Gróbarczyk odbierał przed wyborami kadłub lodołamacza, miał być zwodowany – nie zdążyli. Ale żeby było widać, że skończony – pokleili go papierową taśmą i pomalowali” – napisał na Twitterze Łukasz zach-pom. Dołączył do wpisu zdjęcia opublikowane na Facebooku przez Rafała Zahorskiego.

Internauci kpili z poczynań rządzących: – „Taśma klejąca wytrzymała! A tak serio. Jakby żył Bareja, byłby z was strasznie dumny”; – „Po co prezesowi lodołamacz?”;

„Pamiętacie model dostawczaka elektrycznego Ursusa, wydrukowany drukarką 3D? To tu mamy kolejny hit: statek z tektury. To lepsze, niż Monty Python”; – „Czy nadano także imiona kołom ratunkowym? No chyba, że nie ma kół, bo już wiecie, że ta skorupa nigdzie nie popłynie???”.

Przypomnijmy, słynną stępkę pod prom samochodowo-pasażerski uroczyście położył Mateusz Morawiecki w czerwcu 2017 r. „Miało być pięknie, a jest jak zwykle. Po dwóch latach od położenia stępki kupujemy gotowy projekt”.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński zawitał wczoraj na konwencję Zjednoczonej Prawicy do Poznania. Okrzykom „Jarosław! Jarosław!” nie było końca. Kółeczko wzajemnej adoracji aż puchło z podziwu nad sobą, a samozadowolenie aż biło po oczach. No i oczywiście padło wiele wielkich słów. O drodze do zwycięstwa, która jeszcze trochę musi potrwać, o szkołach wolnych od eksperymentów, bo muszą wychowywać młode pokolenie w duchu chrześcijańskim, o sukcesach, prawdzie, ble ble ble… Biedny prezes przyznał też, że ma z nami, poznaniakami i Wielkopolanami problem, bo „znaczna część społeczeństwa w tej części Polski jeszcze nie do końca zrozumiała nasz program i nasze idee”.

I teraz nie wiem, mam się kajać, że zbyt głupia jestem, bo nie załapałam wielkości partii rządzącej? Mam się ukorzyć, błagać o wybaczenie i biegiem zrozumieć, że bez PiS-u czeka nas kanał, że tylko PiS uchroni nas… chwilowo nie wiem, przed czym, ale na bank, uchroni?

Jako że jestem zawsze pełna pokory i umiem przyznać się do popełnionych błędów, przepraszam więc. Przepraszam zawiedzionego mną prezesa, że czepiam się, zamiast uznać, iż prawdziwa Polska to taka, klerykalizująca się na potęgę. Polska, w której nagłaśnianie pedofilii wśród duchownych, piętnowanie Jędraszewskiego za haniebne słowa o zarazie LGBT, zniesmaczenie spowodowane ostrym upolitycznieniem hierarchów, potraktowanie ambony jako miejsca propagandy politycznej, narzucanie ideologii kościelnej, nie mającej nic wspólnego z zasadami wiary, wzrastająca dominacja prawa katolickiego nad prawem stanowionym, nazywa się atakiem na Kościół. Przepraszam, że nie rozumiem, jak można ładować miliony w nienażartych kleryków, gdy zamyka się szpitale, emeryci ledwo przędą, drożyzna szaleje.

Błagam o wybaczenie, że nie mogę pojąć, dlaczego partia rządząca stawia na kłamstwo i manipulowanie ludźmi. Dlaczego – patrząc mi w oczy – wciska kit o coraz mocniejszej pozycji Polski w świecie, kwitnącej gospodarce. Dlaczego opiera swoje rządy na dyletantach, którzy nie mają pojęcia, co mówią i co czynią, czego dowodem rozwalona edukacja, wojsko oparte na antykach z epoki Układu Warszawskiego, kolejne wpadki, pokazujące niewiedzę z zakresu podstawowych nauk, takich jak historia, ekonomia, geografia czy prawo.

Proszę mi wybaczyć, że wkurzam się, gdy słyszę o potędze polskich stoczni, wreszcie odzyskanych przez państwo, włączeniu się w walkę o zatrzymanie umierania ziemi, dbałości o klimat, wykorzystywaniu zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, by robić ludziom wodę z mózgu, wspieraniu ideologii rodem z faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec, sprowadzeniu pojęcia „patriotyzm” tylko do umierania za Polskę i poszatkowaniu historii tak, by wyciągnąć z niej tylko to, co staje się świetnym narzędziem do utrzymania obywateli w ryzach.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy też ostatniej, hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości. Że nie podziwiam Kuchcińskiego za loty rodzinne, obrzydza mnie język i agresja, tak ochoczo wprowadzone przez polityków PiS do przestrzeni publicznej, a które wcześniej czy później doprowadzą do rozlewu krwi. Że ze wstrętem słucham wypowiedzi, w których partyjni kolesie Kaczyńskiego pokazują, za jakich idiotów mają naród.

Przepraszam, że nie pozostaję bierna, widząc, jak wyciągają z mojej kieszeni każdy grosz, byle tylko zapewnić sobie poparcie tej grupy społeczeństwa, której nic więcej poza darmówką w łapie nie trzeba, by kochać wielbić i pozostać wiernym do końca. Widząc, jak władza szczodrze rozdziela między sobą pieniądze, które ciężko zarobiłam, a do tego jest przekonana, że tak ma być, bo przecież „te pieniądze jej się należą”.

Przepraszam, że w ogóle jestem jak taki wrzód na zdrowym, pisowskim organizmie społecznym. Nie podporządkowuję się, nie wierzę w te gruszki na wierzbie, nie przymykam oczu na łamanie prawa w imię pisowskiego prawa, nie wyrażam zgody na bezprawne działania policji, na rządy miernot, które mają o sobie znacznie większe mniemanie niż jest naprawdę. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

I cóż teraz prezes zrobi z takimi jak ja? Co się stanie, gdy jednak nadal nie zrozumiemy, czym jest program i idee PiS-u? Odbierze nam prawa obywatelskie, stłamsi poczucie wolności na maksa czy też podda długoletniej resocjalizacji? No cóż, panie prezesie, czarno to widzę. Choćby na uszach pan stanął, nie ma pan szans. Tak długo, jak uda się panu utrzymać przy władzy, ja i mnie podobni nie odpuszczą. Dlaczego? Bo „Polak to brzmi dumnie”. Przepraszam więc bardzo, że nie poddaję się indoktrynacji, populizmowi. Przepraszam, że jestem i będę. Przepraszam…

Reklamy

Donald Trump wywinął PiS-owi orła

Prezydent USA Donald Trump odwołał wizytę w Polsce. Oficjalny powód – zbliżające się do Florydy tornado. Trump miał wziąć udział w obchodach 80 rocznicy II wojny światowej. Do Warszawy przyleci wiceprezydent Mike Pence.

Wiadomość wywołała falę komentarzy. Niektórych, jak Tomasza Lisa z „Newsweeka” nie do końca przekonał podany powód: – „Podróż Trumpa do Polski odwołana pod pretekstem huraganu, który może, podkreślić – może uderzyć we Florydę. Tia… Karczewski niech dzwoni do swego kumpla, ciepłego człowieka z Białorusi”. A jeden z internautów dodał: – „Trump również mógł powiedzieć, że pies zjadł mu paszport”.

Inni internauci zwracali uwagę na inny aspekt zagadnienia: – „Tymczasem gdzieś z okolic Nowogrodzkiej słychać pewnie wycie, bo kampania z Trumpem i kampania bez Trumpa to nie to samo…”;

„I w tym momencie sztab PiS musi przepisać scenariusze klipów wyborczych i wyliczyć naprędce, czy Pence przebija Czajkę czy jednak wciąż rozkręcamy shitstorm w przekazie dnia”; – „Kaczyński jest dla Trumpa niewygodnym partnerem, zwłaszcza jeśli chce wywalczyć reelekcję. Amerykanie wszelkie kontakty z dyktaturami oceniają negatywnie”.

Każdy dzień przynosi nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Chyba powoli zaczyna się nam objawiać ukryty sens bojowego zawołania zbrojnych w bejsbole szwadronów z Białegostoku: „Bóg – Wyp..lać – Honor – Wyp..lać – Ojczyzna – Wyp…lać!”. Pierwszy posłuchał Honor, o którym w otoczeniu pana prezesa słuch zaginął dobrych kilka lat temu, więc teraz próżno by go szukać w najciemniejszych nawet zakamarkach Ministerstwa Sprawiedliwości. O obu Pałacach to już nawet nie wspominając.

Wszyscy znają sytuację, a każdy dzień przynosi coraz to nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawa” „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Teraz honorowe jest utrzymywanie (ostatnio uczynił to publicznie premier Morawiecki), że „minister Ziobro o niczym nie wiedział”, bo przecież ministerstwo – wiadomo – pełne jest sędziów wyjątkowo zdemoralizowanych. Wezwania do jego dymisji są więc – co oczywiste – zupełnie bez sensu. Sam zainteresowany milczy, zapewne z przepracowania, jako że redaguje teraz po nocach… kodeks etyczny, „regulujący zasady zachowania sędziów w sieci”. Szkoda tylko, że premier przy okazji nie podał aktualnie obowiązującej wykładni pojęcia „etyka”.

W zasadzie nie musiał, bo uczynił to za niego były już zastępca ministra Ziobry, zapewniając Małą Emi, że „dobra zmiana” nie wsadza za „dobro”. Zatem dobre jest – co skądinąd oczywiste – to, co służy interesom partii pana prezesa – w tym wypadku przeprowadzenie dowodu na degenerację moralną i zawodową „kasty sędziowskiej”.

Tak jak w przypadku legendarnego „układu”, tropionego przez ministra Ziobrę za poprzedniej kadencji PiS-u, „dobre” są otóż wszystkie środki, które prowadzą do celu. Toteż w sytuacji, kiedy „kasty” – podobnie jak wzmiankowanego wcześniej „układu” czy „spisku smoleńskiego” – pomimo licznych starań i wysiłków nie udaje się zdemaskować, trzeba ją (kastę, znaczy) po prostu stworzyć od podstaw. Bo przecież partia, a zwłaszcza jej prezes, nie mogą się mylić lub – co gorsza – kłamać w żywe oczy. I tym właśnie – kreatywną pracą u owych podstaw – zajmowała się grupa towarzyska, znana pod pseudonimem KastaWatch. Taka praca zlecona po godzinach, ku chwale „naszych kolegów”.

 

Chociaż nie – w działalności owej grupy towarzyskiej zdarzały się też zachowania karygodne i – potencjalnie – kompromitujące. Rzecznik nowej KRS Maciej Mitera, zapytany o to w programie Konrada Piaseckiego, za największą skazę moralną jednego z domniemanych członków KastaWatch sędziego Tomasza Szmydta (prywatnie męża Małej Emi) uznał „błąd w wyborze żony”. Jak to mówią rodacy prezydenta Trumpa – no comment.

Co do Boga – to ten jeszcze się waha, ale już wkrótce uda się chyba w ślady Honoru. Po wypowiedziach członków Episkopatu, popierających wypowiedź biskupa Jędraszewskiego na temat „tęczowej zarazy” będzie chyba musiał abdykować z polskiego tronu na Jasnej Górze i – w proteście – przejść na protestantyzm.

Ważą się także, choć może mniej dramatycznie, losy Ojczyzny, bo z jednej strony grozi nam, że – w wyniku usilnych starań partii aktualnie rządzącej – w pociągu do Brukseli będziemy musieli podróżować drugą klasą, a z drugiej, kto wie, czy nie czeka nas kolejny cichy rozbiór Polski. A to za sprawą grupy „reparacjonistów”, przy każdej nadarzającej się okazji podnoszących publicznie kwestię odszkodowań od Niemiec za straty wojenne. Ostatnio wspominał o tym pan premier, deklarując publicznie zamiar rewizji powojennych traktatów, bo – jako zawierane przez komunistów – teraz nie są ponoć dla nas nic a nic wiążące.

Tyle że Niemcy, upewniwszy się co do intencji rządu, są – zdaje się – gotowi ubić z nami ten interes. Coraz częściej politycy zza Odry przyznają więc, że owszem, traktaty można, ba – trzeba renegocjować i cóż – niech będzie, że zapłacą nam fortunę. No, ale skoro zaczynamy wszystko od nowa, to pozostaje jeszcze mały drobiazg. Zwrot pozostawionych nam w depozycie (jak rozumiemy – tylko do czasu zaspokojenia roszczeń finansowych) Ziem Odzyskanych. Z Breslau na czele.

Cóż – Breslau, nie Breslau, ale nieruchomości w okolicach obwodnicy będą wtedy warte górę euro. A pan premier, właściciel licznych działek i lokali we Wrocławiu, co jak co, ale do interesów, to jednak głowę ma.

Więc i Ojczyzna może wkrótce spełnić postulat bojówkarzy z Białegostoku, dzieląc losy Honoru i Boga. I wtedy niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Jak w resorcie Ziobry, wybory mogą być sfałszowane

„Wszcząłem postępowania dyscyplinarne przeciwko Waldemarowi Z., SSO w Krakowie i Olimpii B.-M., SSR w Gorzowie Wlkp., w związku z niestosowaniem się do zasady powściągliwości w mediach społecznościowych” – napisał na Twitterze Przemysław Radzik, zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych. – „To próba odreagowania po tym, co ujawniły media w sprawie afery Ministerstwa Sprawiedliwości, nowej KRS i nominowanych przez Ziobrę rzeczników? Ważne, by zapamiętać to trio: Radzik, Lasota, Schab” – skomentował Marek Tatała z FOR. Te trzy nazwiska to sędziowie, którzy na stanowiska rzeczników dyscyplinarnych zostali powołani przez Zbigniewa Ziobrę.

Radzik w piśmie, które dołączył do tweeta, zarzuca rzecznikowi dawnej KRS oraz sędzi z Sądu Rejonowego w Gorzowie Wlkp. „niestosowanie się do nakazu powściągliwego korzystania z mediów społecznościowych”.

Nie wiadomo, dlaczego postanowił nie używać nazwisk publicznie znanych sędziów, którzy od wielu lat krytycznie odnosili się do pisowskich zmian w sądownictwie.

„Ci Sędziowie mają nazwiska i NIE są przestępcami. Ale panie Radzik, KIEDY będzie wszczęte postępowanie przeciwko kastusiom?”; – „Kiedy będzie Pan wszczynał postępowanie przeciwko Kaście? Ale zapomniałem „za dobre uczynki nie wsadzamy”; – „Powiedziałbym, co sądzę o Pana działaniach, ale połowa jest niecenzuralna, a za drugą będziecie grozić procesami” – komentowali internauci.

A skąd pani wie, że wybory nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości – mówi prof. Radosław Markowski, politolog, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS. – Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – były historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Czy afera hejtu w Ministerstwie Sprawiedliwości z udziałem wiceministra jeszcze pana zaskoczyła?

RADOSŁAW MARKOWSKI: W ogóle nie jestem zaskoczony. Od lat staram się przekonywać rodaków, że mamy do czynienia z zamysłem systemowym, a nie z niedoskonałościami poszczególnych ludzi. To nie jest afera Piebiaka, tak jak nie było afery Chrzanowskiego i innych podobnych przypadków. To są przejawy cynicznie zaplanowanego systemu. Jeszcze dwa, trzy lata temu można było domniemywać, że odkrywając przypadki łamania prawa czy obyczaju politycznego przez rządzących mamy do czynienia  po prostu – co się zdarza w wielu krajach – z “normalną patologią”. Obecnie nie powinniśmy mieć złudzeń, że żyjemy w “patologicznej normalności”. To, co dzieje się w polityce, to nie są wybryki, czyjeś uchybienia, w polityce, która w gruncie rzeczy funkcjonuje zgodnie z normami i procedurami, a tylko czasami zdarza się, jak wszędzie od Skandynawii po Chile, że władza wykonawcza próbuje naginać prawo.

TO JEST REALIZACJA PLANU BUDOWY ALTERNATYWNEGO ŁADU POLITYCZNEGO WZGLĘDEM KRĘGU KULTUROWEGO, DO KTÓREGO WIĘKSZOŚĆ Z NAS ASPIRUJE.

Wróćmy do obserwacji poczynionej prawie pół wieku temu przez mojego nauczyciela akademickiego, prof. Adama Podgóreckiego, który był wybitnym, światowej klasy socjologiem prawa: upraszczając jego teorie trójstopniowego działania prawa – zawsze kiedy ocenia się działania ludzi, trzeba się wznieść o jeden poziom i zapytać, czy system, w którym ludzie działają, jest patologiczny, czy nie (tzw. dewianci w patologicznym systemie nie są dewiantami, lecz – zazwyczaj – przyzwoitymi obywatelami).

NIEMAL WSZYSCY SOCJALDEMOKRACI CZY SOCJALIŚCI W FASZYSTOWSKICH NIEMCZECH BYLI ZDEFINIOWANI PRZEZ SYSTEM JAKO DEWIANCI, A BYLI NORMALNYMI LUDŹMI.

Brzmi, jakby nie było dla nas ratunku…
Tak źle nie jest, ale trzeba przede wszystkim pilnować, jak opowiadamy o tych patologicznych zachowaniach przedstawicieli władzy (nie powielać narracji relatywizujących czy “symetrycznych” – jaki ten Piebiak to był dobry człowiek, sędzia i coś z biedakiem złego się stało etc.). Także dlatego, że to po prostu nieprawda. Wystarczy zrobić analizę socjologiczno-profesjonalną, kto jest zatrudniony na świeczniku w tym ministerstwie. Na czele z ministrem to – nie wszyscy, ale w większości – profesjonalni nieudacznicy; w przeszłości dyscyplinarnie karani, o nikłych osiągnięciach zawodowych, bez powodzenia próbowali awansować, na egzaminach mieli ledwo tróje. W normalnej rzeczywistości, gdzie merytoryczne kryteria są brane pod uwagę, nigdy by takiego awansu nie osiągnęli. Taka zawodowa frustracja się kumuluje i gotowość do tego, żeby za wszelką cenę utrzymać się u władzy, eliminując merytorycznie przygotowaną konkurencję, broniącej wartości zapisanej w konstytucji, skłania do korzystania z nielegalnych środków, łamania prawa i – tak po ludzku – etycznie obrzydliwego zachowania względem własnej grupy zawodowej.

NASZĄ NARRACJĘ TRZEBA DOSTOSOWAĆ DO TEJ RZECZYWISTOŚCI, WŁAŚNIE DO TEGO, CO NAZYWAM “PATOLOGICZNĄ NORMALNOŚCIĄ”, A NIE ZACHOWYWAĆ SIĘ, JAKBYŚMY MIELI DO CZYNIENIA Z ODOSOBNIONYMI PRZYPADKAMI “NORMALNEJ PATOLOGII”.

Czy to, co się dzieje, jest zrozumiałe dla przeciętnego Kowalskiego?
Musze przyznać, że owa “patologiczna normalność” nie jest możliwa bez – choćby biernego – przyzwolenia (części) owych Kowalskich, którzy chcieliby być nazywani obywatelami, choć nie spełniają wielu konstytutywnych cech takowych. W tym miejscu mówię nawet nie tyle o tych 5-6 milionach, którzy dali się uwieść konfabulacjami tej władzy, częściowo przekupić, częściowo zradykalizować względem iluzorycznych zagrożeń (migranci, gender, LGBT) – ich w większości trudno winić, znając ich cechy, zarówno te społeczno-demograficzne, jak i kulturowe orientacje, słabe zakorzenienie w faktach, oświeceniowych wartościach, rzetelnej wiedzy o rzeczywistości, poziomie ich czytelnictwa etc. (służę danymi empirycznymi).

JEDNAK TO, CO JEST NIEPOKOJĄCE, TO ZADOWOLONA KLASA ŚREDNIA. SĄDZĘ, ŻE GDYBY W NIEMIECKIM, SZWEDZKIM CZY HOLENDERSKIM MINISTERSTWIE SPRAWIEDLIWOŚCI WYKRYTO SZAJKĘ HEJTERSKĄ, KTÓRA NA ZLECENIE ALBO ZA PRZYZWOLENIEM MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI NARUSZA SZEREG PRZEPISÓW OD KODEKSU KARNEGO POPRZEZ CYWILNY PO NARUSZENIE REGULACJI ODNOSZĄCYCH SIĘ DO DANYCH OSOBOWYCH, TO OPINIA PUBLICZNA BY ZAREAGOWAŁA CAŁKIEM INACZEJ.

Nie 20-30 osób, jak to widzimy, tylko setki tysięcy wyszłoby na ulice. Wymieniłem kraje, do których warto się porównywać, ale nie dalej jak parę miesięcy temu wielka afera korupcyjna i próba zmiany prawa pojawiła się w Rumunii i społeczeństwo wyszło na ulice w liczbie setek tysięcy i protestowało. Coś zatem u nas jest nie tak. Oczywiście, gdyby sprawa pozostawała tylko w sferze podejrzeń i domniemań, to można by zrozumieć tę bierność, ale w tym przypadku niemalże za rękę zostali złapani ci, co to robili. Tym bardziej, że akurat hejtowanie jest zrozumiałe, bo każdy przeciętny użytkownik Internetu tego doświadcza.

Próbowałem tłumaczyć na świecie tę sprawę. Przyznam, że pomimo względnej sprawności językowej trudno mi było się dokładnie wysłowić, bo brakuje słów; na marginesie, nawet po polsku mam problem, żeby dokładnie opowiedzieć, co tu się stało. Za granicą ludzie często myślą, że zmyślam, że to po prosu nie jest możliwe. To jest pytanie, które często w odniesieniu do tej patologicznej normalności Polski od 2015 roku zadają mi koledzy na Zachodzie. “Przecież jest konstytucja, jak premier mogła nie opublikować orzeczenia TK, jak to możliwe, że podejmuje się próbę usunięcia Pierwszego Sędziego Sądu Najwyższego, skoro nie byle gdzie, bo w Konstytucji, jest zapisane, że kadencja ta jest nienaruszalna?”.

ONI KOMPLETNIE TEGO NIE ROZUMIEJĄ, JAK MOŻNA WBREW KONSTYTUCYJNEMU ZAPISOWI DZIAŁAĆ I CHCIEĆ POZOSTAĆ WE WSPÓLNOCIE POLITYCZNEJ PAŃSTW EUROPEJSKICH. W KAŻDYM INNYM KRAJU EUROPEJSKIM TA AFERA ZGROMADZIŁABY SETKI TYSIĘCY LUDZI NA ULICACH.

Dlaczego? Co jest z nami nie tak? Mówi się, że to lata komuny…
Proszę pani, zwalanie niedemokratycznego rozwoju Polski na to, że pozostał w nas homo sovieticus, jest nieprawdziwe. Jeżeli w czymś możemy upatrywać niskich kwalifikacji polskiego obywatela, jego słabego kapitału społecznego, to w specyficznym typie katolicyzmu; w tradycji, w której się wyrasta: zdrowaśkach, odpuszczaniu win, spowiedzi i korupcjogennym dawaniu na tacę za wszystkie grzechy, połączonym z przekonaniem, że to załatwia sprawę. Mówiłem wielokrotnie i pisałem, głównie na podstawie badań, że

NAJBARDZIEJ ODPOWIEDZIALNY ZA TEN STAN RZECZY JEST WŁAŚNIE BRAK TRADYCJI OŚWIECENIOWEJ I PURYTAŃSKIEJ, PROTESTANCKIEJ, GDZIE GRZECH JEST GRZECHEM, A ODPOWIADA SIĘ ZA NIEGO BEZPOŚREDNIO PRZED BOGIEM.

To ten kulturowy sos, w którym wrastamy w życie, sprawia, że mamy ułomne kwalifikacje demokratyczne. Podobnie jest na południu Włoch – to ten sam produkt socjalizacji do niemoralnego familiaryzmu, nepotycznych związków, nierozumienia, czym jest dobro publiczne, czym kultura kontraktu, kultura respektowania formalnych instytucji, bo większość spraw załatwia się między parafią a rozszerzoną rodziną – kuzyni, różni pociotkowie, siostry cioteczne. To jest ta familijna społeczność, która zazwyczaj akceptuje i wybacza zło, no bo w niedzielę idzie się do kościoła, spowiada z grzechów i jest się czystym. To jest klimat, w którym rodzi się i kwitnie brak poszanowania dla demokracji i jakości życia publicznego.

Oczywiście z drugiej strony mamy rozwój gospodarczy; w ostatnim 30-leciu Polska dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego i ekonomicznego, jak żaden inny kraj regionu.

NADAL JESTEŚMY BIEDNYM KRAJEM, ALE TO ZAMAZUJE OBRAZ RZECZYWISTOŚCI TEJ ZADOWOLONEJ Z SIEBIE KLASIE ŚREDNIEJ, SIEDZĄCEJ W PÓŁCIĘŻARÓWKACH, CO PALĄ KILKANAŚCIE LITRÓW. TO PIERWSZE POKOLENIE NUWORYSZY, KTÓRYM SIĘ UDAŁO I KTÓRYM SIĘ WYDAJE, ŻE DOBROSTAN I ZAGRANICZNE WYCIECZKI NA KUBĘ CZY MALEDIWY WYSTARCZĄ.

Wydaje im się, że to wszystko może funkcjonować w tym quasi-autorytarnym sosie i niedemokratycznym kontekście. Niech nie mają złudzeń – nie będzie funkcjonować, choć niektórym z nich “się uda”. Ci, co chcą, widzą już początki zapaści – umiera nas znacznie więcej, niż w latach poprzednich, do lekarza dostać się nie można, apteki nie mają leków, przestępczość rośnie, podobnie zatrważająco szybko samobójstwa młodzieży, a co najważniejsze – wbrew tezom Pinokia – nierówności społeczne, zwłaszcza zaś skrajne ubóstwo w latach 2015-2018 rośnie, a nie maleje. O modernizacji przemysłu, budowie infrastruktury nie wspomnę… Ale dla niecałych 20 proc. jest OK, bo do osobistej kieszeni wpływają pieniądze…

I jeszcze jedno, chyba najgorsze w tym wszystkim, a w każdym razie to, co przyczyniło się moim zdaniem do potężnej demobilizacji obozu demokratycznego – symetryzm. Liczna kasta strojących się w piórka publicznych intelektualistów osób, która przez 4 lata codziennie – najgorsze w tym, że względem części obywateli skutecznie – uprawiała propagandę równych win – “tamci też tak robili”.

Ta władza nie publikuje orzeczeń TK, ale tamci też przecież przy Trybunale majstrowali. I fakt, że “tamci” natychmiast po orzeczeniach przepraszali, posypywali głowy popiołem, mówiąc wprost uznawali orzeczenia TK za ostateczne, w niczym im nie przeszkadza, by zrównywać te czyny z niepublikowaniem orzeczeń TK czy atakiem na kadencyjność sędziów oraz rozmontowywaniem trójpodziału władz.

UWAŻAM SYMETRYZM ZA FELER INTELEKTUALNY I PRZYZNAM, ŻE OSTATNIO NAWET ODMÓWIŁEM UDZIAŁU W KONFERENCJI, KTÓRĄ MIAŁO PROWADZIĆ DWÓCH SYMETRYSTÓW, BO NIE MAM CZASU NA NIEEKWIWALENTNĄ WYMIANĘ MYŚLI.

Zło w ten sposób czynione po stronie obozu liberalno-demokratycznego zniechęca i demobilizuje elektorat, który powinien stać na straży konstytucyjnego porządku kraju, ale został zneutralizowany, zagadany przez wpływowe, finansowane z budżetu państwa ośrodki, przez Ministerstwo Kultury, które nie ma wątpliwości, komu obiektywnie służy (część) ich działalności. To ważny, a najczęściej pomijany aspekt tej układanki.

Jesteśmy przed wyborami. Czy możemy mówić, że będą one w pełni demokratyczne? Nie mówię o fałszerstwach, ale np. o równym dostępie do mediów.
A skąd pani wie, że nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości.

Stąd ta desperacka chęć przejęcia i ustawienia PKW czy nowe rozwiązanie dotyczące organu orzekającego o formalnej poprawności przeprowadzonych wyborów. Między innymi po to, aby mieć możliwość kwestionowania ich wyników. Zatem

KAŻDY, KTO DZIŚ MÓWI, ŻE NADCHODZĄCE WYBORY NA PEWNO BĘDĄ RÓWNE I UCZCIWE, JEST NAIWNY. POWIEDZIAŁBYM TAK – ZAPEWNE BĘDĄ RÓWNE. TU NIKT NIKOGO NIE BĘDZIE USTAWIAŁ W CZWÓRKI, ŻEBY MASZEROWAŁY GŁOSOWAĆ, ALE ŻE UCZCIWE NIE BĘDĄ – TO JEST PEWNE.

Żadna agenda oceniająca uczciwość wyborów, jak Freedom House czy Bertelsmann Index, w sytuacji takiej monopolizacji i upartyjnienia propagandowego telewizji publicznej nie uzna ich za uczciwe. I ten jeden fakt wystarczy. Wszystko zatem w rękach opozycji, która powinna mieć mnóstwo mężów zaufania, którzy będą patrzeć na ręce liczących w komisjach oraz pilnować, co się będzie działo z kartami do głosowania. Należy zapewnić liczną obecność międzynarodowych obserwatorów. Niestety, takich czasów doczekaliśmy.

Opozycja złożyła wniosek do NIK w sprawie afery w MS. Czy w dzisiejszej rzeczywistości ta sprawa może być wyjaśniona?
Niestety nie. Przecież nie po to minister sprawiedliwości jest jednocześnie prokuratorem generalnym. Nie po to wprowadzono rozwiązania, które są zamachem na instytucjonalne podziały, które w demokracjach służą niezależności. W każdym demokratycznym kraju pan Ziobro podałby się do dymisji lub został zdymisjonowany. To dotyczy także np. Słowacji. Tam premier zrezygnował, bo mafia zastrzeliła dziennikarza, w Rumunii podobnie. Jest wiele krajów, na które patrzymy z góry, gdzie pewne standardy są wciąż utrzymywane. Jeśli było to za jego przyzwoleniem, a wiele na to wskazuje, to powinien zostać zdymisjonowany. W drugiej wersji – że nie wiedział – także powinien zostać zdymisjonowany, bo nie może być tak, że pod nosem ministra takie rzeczy się dzieją.

JEDYNYM SPOSOBEM, ABY TĘ KWESTIĘ I DZIESIĄTKI INNYCH, O KTÓRYCH JESZCZE SIĘ NIE DOWIEDZIELIŚMY, WYJAŚNIĆ, CO SIĘ W TEJ “PATOLOGICZNEJ NORMALNOŚCI” DZIEJE, TO NOWE WYBORY, NIEZALEŻNY PROKURATOR, MOŻE KOMISJA SEJMOWA.

Pytanie, czy po wyborach ten układ się zmieni.
Do wyborów chodzi połowa Polaków. Jeżeli rodacy uznają, że to jest coś, co im się nie podoba, to zdmuchną te 5-6 mln, które popiera PiS. Może się też stać tak, że rodacy nie podzielają mojego zdania na temat tej “patologicznej normalności” i podoba im się to, co się dzieje. Wtedy wracamy do niezbyt przyzwoitego, ale politologicznie zdroworozsądkowego powiedzenia, że każdy naród ma taką władzę, na jaką sobie zasłużył. Widocznie ten styl uprawiania polityki im nie przeszkadza.

Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – było historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami.

W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM TYLKO PARĘ LAT WYTRZYMALIŚMY W DEMOKRATYCZNYCH RYZACH. MOŻE TAK JEST TEŻ I TERAZ. MOŻE NASTĘPNE POKOLENIA MUSZĄ SIĘ PRZYGOTOWAĆ, ŻE ZAWSZE BĘDĄ ŻYĆ W NIEDEMOKRATYCZNYM USTROJU. PEWNIE NIE BĘDZIE TO REŻIM MASOWYCH REPRESJI CZY MORDERSTW POLITYCZNYCH, ALE BĘDZIE MNIEJ LUB BARDZIEJ SELEKTYWNIE OPRESYJNY.

Może odpowiada nam życie w państwie scentralizowanym, odgórnie sterowanym przez uzurpatora rodem z XIX wieku, który chce rządzić krajem w XXI wieku. Kolejna wersja ucieczki od wolności? W każdym razie faza akceptacji i/lub obojętności względem owej “patologicznej normalności” to niezbędna podstawa, swoista trampolina zachęcająca politycznych złoczyńców do eskalacji autorytarnych zapędów.

Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami.

Małpka, czyli „Atka” to @, „a” z długim zakręconym ogonkiem. Codziennie wpisujesz małpkę w adres mailowy wysyłając pocztę. W firmie załatwiasz korespondencję służbową. I prywatną, jeśli szef nie ustawił w twoim laptopie blokady, jak surowy rodzic dzieciom na porno. Modne wśród urzędników funkcyjnych stało się rozsyłanie aktów! Ujawniają osobom wynajętym do hejtowania nie tylko dane wrażliwe kolegów sędziów, lecz także własne organy wrażliwe. Niektórzy nie tylko mailują, ale i hejtują. Bo lubią. Za darmo albo za pieniądze. Wysocy urzędnicy, nawet sędziowie z Ministerstwa Sprawiedliwości zauroczeni Małą Emi toną w bagnie hejtowania. Hejtują osoby płci obojga, Polki i Polacy. Politycy przyzwyczaili się do tej zbitki. Zwłaszcza przed wyborami przypominają sobie, że Polki też mają prawo głosu a także startu w wyborach. Jak się Polka uprze to może nawet dostać się na partyjną listę. OK., jest super. Skończyłaś studia, masz doktorat. Jednak startując na dobrze płatne stanowisko mniej kumatego kolesia nie przeskoczysz. Kwestia płci. Kłania się „hierarchia dziobania u kur”, badana w kurniku przez norweskiego zoologa. Musisz czekać, aż kogucik się nasyci, wtedy sobie podziobiesz.

A jeśli już dojdziesz do władzy, to zaczyna cię obowiązywać „prawo wrony”, to nowa, stworzona przeze mnie kategoria. Znamy przysłowie: „Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i ony”. Jest stare, wskazuje na to forma „ony”. A więc wchodzisz i kraczesz jak „i  ony”, czyli faceci, którzy nadają ton krakania. A Mała Emi wykonuje zadanie. Do czasu. Gdy psuje się małżeństwo lub romans, potrafi nieźle się zemścić. Upubliczni wizerunek genitaliów na fejsie, a stamtąd krok do publikacji w gazetach. Zraniona kobieta, Mała Emi zatrzęsła państwem Prawa i Sprawiedliwości. Jej „mentorzy” doznają ataku paniki. Lądują w szpitalach, ukrywają się. Chcą się bronić, chcą mówić, Zamienić się w świadków koronnych. To nie jest łatwe, gdy na czele stoi wszechwładca Ziobro. Jak bóstwo albo bóg jeden w trzech osobach

Elektorat tym politycznym krakaniem się nie przejmuje. Z badań wynika, że połowa ludzi nie zna sprawy, mają te walki głęboko w czarnej dziurze. To woda na młyn rządzących. Nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć, będą na nas głosować! Trzeba tylko zapchać im dzioby! Wrzucimy od czasu do czasu zastrzyk hajsu, różne 500+ oraz inne donacje. Trzeba dawać dużym grupom chodzącym do urn. Małe, jak niepełnosprawni, w krakaniu wron się nie liczą, w domach siedzą, do urny nic nie wrzucą. Zdrowy elektorat od czasu do czasu wspomoże jakieś chore dziecko pokazane w telewizji, raz do roku da kasę na WOŚP i jest spoko. Na kłopoty, chandrę, chorobę czy zawiść jaką odczuwa, gdy widzi, że ktoś jest od niego lepszy i ma więcej dóbr, suweren znajduje pociechę w małpkach. Innych niż @.

Wiadomo, że naszym problemem jest pęknięcie kraju na pół. Połowa ludności woli władzę prawicową z autorytarną włącznie, połowa zaś liberalną z lewicową. Wydawałoby się, że nie ma nic co jednoczy te dwa obozy. A jednak okazuje się, że jest! To małpka!

Otóż każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami. Są różnej płci, w różnym wieku, mogą być innego wyznania, katolicy od Rydzyka, chrześcijanie ekumeniczni oraz wszelkie inne wiary. Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Trzy miliony ludzi codziennie udaje do monopolowego sklepu lub mieszczących się w baraczku, delikatesów czynnych 24 g/dobę, żeby nabyć małpkę.

Tam czekają na nich buteleczki wódki czystej lub kolorowej. 200 ml to małpka, 100 ml – małpeczka. Producenci zacierają ręce i sprawdzają konta. Buteleczki małe, kasa wielka! Liczy się w miliardach. Małpki stały się rynkowym hitem. Badacze z firmy Synergion ręce załamują, bo z tych 3 milionów, milion kupuje małpki RANO! Garniturowiec jedzie taxi, podaje adres wielkiej korporacji. Po drodze prosi kierowcę, żeby zatrzymał się na chwilę. Biegnie do monopolowego. – Nie będzie panu przeszkadzało? – pyta i nie czekając na odpowiedź przechyla buteleczkę, słychać gul, gul, gul. Ten przynajmniej sam nie prowadzi, chwali go taksówkarz. Często widzi łykających małpki na światłach. Kobiety? Nie, one piją w ukryciu. Małpkę łatwo schować w torebce. Słodka małpeczka przyjęła się też w damskich kręgach. Piją młode ambitne i starsze. Jest ich jednak jeszcze ciągle mniej niż facetów.

Badanie „Dokąd płynie mała wódka” przeprowadzono na zlecenie przemysłu piwowarskiego, pewnie dlatego, że odbiera im klientów. Bada się paragony w różnych sklepach. Klientki i klienci, Polki i Polacy, fizyczni i umysłowi, alkoholicy i pijacy. Szacuje się, że kilkaset tysięcy odwiedza sklep więcej niż raz. Kupują tylko małpkę, czasem jakiś sok. Pierwsza tura kupujących zjawia się rano, druga po południu, trzecia po 18.00. A teraz jeszcze dodatkowo wchodzi ustawowe przyzwolenie na produkcję bimbru, no bo może na wsiach małpki się nie przyjęły. Naród pijany łatwiejszy do prowadzenia jest.

Czy może dziwić nas to, że Polki i Polacy odurzeni od rana do wieczora, nie interesują się polityką, niszczeniem państwa prawa, walką między Morawieckim a Ziobrą? Nie wiedzą nic o dziwnych „samobójstwach”. Nie obchodzi ich traktowanie państwa jak feudalnego majątku, szczucie na różne grupy. Nie dziwi nas także to, że Polki i Polacy przodują w Europie w przejeżdżaniu Polek i Polaków oraz ich dzieci na pasach. Straszne to żniwo! A posłanki i posłowie od lat nie mogą wprowadzić przepisu zatrzymywania się auta przed pasami. Pewnie też serwują sobie małpkę albo i dwie.

Czy Rydzyk chodzi po wodzie jak Joszua z Nazarethu? Bo tyle szmalu ile on dostaje, woła o pomstę do nieba

120 tys. zł – tyle właśnie wynosi koszt postawienia stoiska podczas pikniku Rodziny Radia Maryja w Toruniu. Taką kwotę na trwającą kilka godzin imprezę przeznaczyło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – dowiedział się onet.pl.

To już jedenasta edycja pikniku Radia Maryja. Odbędzie się on 7 września pod hasłem „Dziękczynienie w Rodzinie”. I to podczas takiej właśnie imprezy resort zamierza promować… unijny program „Rybactwo i morze” na lata 2014-2020. To, że Toruń dzieli od morza 179 km też nie ma znaczenia dla resortu kierowanego przez Marka Gróbarczyka.

„Państwowe pieniądze, żeby na jakimś świętym pikniku się pokazać…”; – „Wypromować program na lata 2014-2020. Po co promować taki program? Przecież on już się kończy!”;

„Znając pisowskie „umiejętności i możliwości” mogliby przecież za 120 tysięcy naszych, czyli podatników złotych promować rybactwo i morze na lata 1947-1953”; – „A czy Ministerstwo Sprawiedliwości też będzie miało tam stoisko? Z łatwymi do złożenia nawet dla seniora zestawami „Trollownia dla każdego” – komentowali internauci.

„Mam wrażenie, że zaczynamy żyć w państwie, które jest zbudowane na potrzeby pewnej grupy. We Włoszech nazwaliby to mafią. Minister Ziobro mówi „mieliśmy rację, że to środowisko, które chcieliśmy zreformować okazało się zdemoralizowane i ci sędziowie, którzy z nami współpracowali też są zdemoralizowani”.

Jest dokładnie odwrotnie. Ci ludzie dlatego współpracują z Ziobrą, że przez środowisko sędziowskie byli eliminowani jako nieudacznicy, jako ludzie nieetyczni, jako ludzie, którzy mieli jakieś wady charakteru, które powodowały, że nie byli w stanie być dobrymi sędziami. Z tego powodu zaczęli współpracę z PiS-em, licząc na to, że uzyskają karierę i ją uzyskali” – powiedział Roman Giertych w TVN 24.

Dodał, że jeśli Ziobro nie wiedział o akcji szkalowania niektórych sędziów przez pracowników resortu sprawiedliwości, to powinien odpowiedzieć za to, że mianował niewłaściwych ludzi.

Odniósł się do apeli wielu środowisk o zdymisjonowanie Ziobry po ujawnieniu afery hejterskiej w kierowanym przez niego resorcie. – „Jarosław Kaczyński nie może odwołać pana Ziobry, dlatego, że ten układ jest pozamykany. Wyciągnięcie jednego poważnego klocka może spowodować efekt domina.  To jest klocek „Zbigniew Ziobro” i cztery lata w Ministerstwie Sprawiedliwości, wszystkie informacje ze wszystkich ważnych postępowań, które do niego trafiały. Liczą się informacje, które on posiada i możliwości, które są związane z tymi informacjami” – stwierdził Giertych.

Poruszona została też kwestia niewszczęcia przez prokuraturę postępowania w sprawie zawiadomienia Geralda Birgfellnera. Austriacki biznesmen twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Od złożenia tego zawiadomienia minęło ponad pół roku. Prokuratura nie przesłuchała nikogo poza Birgfellnerem. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Na pytanie: – „Kto decyduje, czy i kiedy przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego”, Giertych odpowiedział krótko i dosadnie: – „On”.

Nie tylko taka, jakiej nie było w Polsce od kilkudziesięciu lat, ale taka, jakiej nie było również w żadnym kraju Unii. Nigdzie nie zdarzyło się, żeby szajka złożona z urzędników państwowych, celowo i systemowo nękała i niszczyła ludzi za to, że krytykują władzę.

Ale oprócz afery w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jeszcze coś – to nękanie. To nie jest pierwsza sprawa tego typu, choć słuchając komentarzy w mediach, można by tak pomyśleć. Prawda jest taka, że atakowanie i oczernianie ludzi, łamanie karier i rujnowanie życia osobistego Prawo i Sprawiedliwość przekształciło w regularną metodę walki z krytykami i przeciwnikami politycznymi.

Ponieważ zbyt wielu dziennikarzy i polityków zdaje się mieć pamięć złotej rybki, pozwólcie, że przypomnę. Towarzystwo Dziennikarskie policzyło dziennikarzy zwolnionych z pracy, głównie, choć nie tylko z TVP, za krytykę rządu. Wiecie, że tylko w 2016 roku było ich ponad 100 – wszyscy za krytykę rządu? Na niektórych trzeba było robić zbiórki, bo stracili pracę z dnia na dzień, mając rodziny, dzieci i kredyty do spłacenia i gdyby nie pomoc kolegów, ich sytuacja byłaby bardzo ciężka.

Pamiętam rozmowy, jeszcze na antenie Superstacji, z sędzią Waldemarem Żurkiem, który opowiadał, jaką gehennę mu zgotowano, jak CBA wpadało na posiedzenia sędziów rzekomo po to, żeby poprosić sędziego o jakieś wyjaśnienia – tyle, że były to sprawy tak błahe, że można by je spokojnie wyjaśnić, wzywając go do CBA, a nie próbując zastraszyć jego samego i jego środowisko.

Pamiętam zatrzymywanie i legitymowanie ludzi, których jedyną winą było wejście na spotkanie z politykiem PiS i zadawanie niewygodnych pytań. Szarpanie ludzi podczas protestów przed Sejmem, absurdalne miesięcznice, w czasie których policja była agresywna wobec ludzi, którym się one nie podobały. Kobiety skazane za puszczanie baniek mydlanych podczas wystąpienia rasisty i nacjonalisty Międlara, którego nienawistne i antysemickie hasła policji nie przeszkadzały, choć są złamaniem prawa i są w Polsce penalizowane. Spoliczkowanie „Rudej”, po której wielu sympatyków PiS uznało, że „się jej należało”. Regularne, porównywalne z faszystowskimi gadzinówkami, uporczywe szczucie najpierw na prezydenta Pawła Adamowicza, później na Aleksandrę Dulkiewicz, teraz na Krzysztofa Brejzę. Wieszanie na szubienicy wizerunków europosłów PO, które pisowska prokuratura uznała za „wyrażanie poglądów”. Skopanie dziewczyny na marszu nacjonalistów, które także uznano za „wyrażanie poglądów”. Akty agresji na marszach równości w Płocku i Białymstoku. Nękanie Obywateli RP. Że nie wspomnę o atakowaniu i oszczerstwach w prorządowej prasie na każdego, komu nie podoba się cokolwiek, co robi PiS.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale sami Państwo znają to doskonale. Afera Ziobry jest wielka i wyjątkowa przez fakt, że zamieszani są w nią urzędnicy państwowi, wiceminister i sędziowie Sądu Najwyższego oraz pisowskiej neo-KRS, ale nie jest wyjątkowa ze względu na metodę działania. Wręcz przeciwnie, jest bardzo typowa dla tej partii.

Wielu ludzi przymykało na to oczy, bo te różne sprawy były rozproszone i nie działy się od razu, tylko w pewnych odstępach czasu, przez co nie były tak uderzające, w przeciwieństwie do szajki działającej w rządzie, niemniej są faktem. To nie jest odosobniony wypadek przy pracy, to jest celowo i świadomie stosowana metoda. I jeśli dłużej będziemy na to pozwalać, poniesiemy tego bardzo bolesne konsekwencje.

Więcej komentarzy Elizy Michalik w wersji Video na YouTube  – Eliza Michalik

– Nie ma żadnych dowodów na to, że minister Ziobro wiedział o tym procederze, wiedział o czymś takim, co się tam miało dziać – powiedział premier Mateusz Morawiecki, komentując aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– W dużej bardzo instytucji, tam gdzie są tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, nie zawsze jest pani w stanie jako szefowa tej instytucji (…) określić w którym miejscu się dzieje coś złego. Trzeba po prostu wyciągać konsekwencje – mówił Morawiecki w rozmowie z Anitą Werner w TVN24.

Komentując sondaże dotyczące dymisji Zbigniewa Ziobry szef rządu wykluczył w tym momencie taką możliwość. – Będzie postępowanie sprawdzające. Będą podjęte odpowiednie kroki, będę podjęte odpowiednie decyzje. Teraz na razie trzeba wyjaśnić – przekonywał. – Pan minister Ziobro powiedział, że wyłączy się z tej sprawy – zaznaczył, oceniając, że rząd zareagował we właściwy sposób.

– Z tej sprawy zostały wyciągnięte konsekwencje. Jeżeli się będą pokazywać fakty dotyczące innych osób zamieszanych w tę sprawę, w tę niedobrą, brudną sprawę, to oczywiście będą wyciągnięte również konsekwencje – zastrzegł.

Morawiecki był pytany w TVN24 także o to, kto będzie szefem rządu, jeśli Prawo i Sprawiedliwość ponownie wygrywa wybory parlamentarne. – Skupiamy się teraz na tym, żeby rzeczywiście te wybory wygrać, bo trzeba z pokorą powiedzieć, że przeciwnik jest bardzo silny i my szanujemy wszystkich naszych konkurentów politycznych – odpowiedział premier.

– A jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra i będzie miało większość parlamentarną – co mam nadzieję, że nastąpi, bo pokazujemy, że można łączyć politykę społeczną z polityką rozwojową i ze zrównoważonym budżetem – to wtedy kierownictwo polityczne podejmie odpowiednie decyzje w swoim czasie – mówił szef rządu.

– Dzisiaj nie ma decyzji, co będzie po wyborach, ponieważ wtedy jeszcze werdykt swój dopiero wydadzą wyborcy i odpowiednie decyzje zapadną w kierownictwie politycznym, tak jak to się odbywa we wszystkich krajach na całym świecie, we wszystkich partiach – mówił Morawiecki. Pytany o to, czy lepszym szefem rady ministrów byłby on, czy prezes PiS Jarosław Kaczyński, Morawiecki stwierdził, że ten drugi „byłby znakomitym i najlepszym premierem”. – Pokazał zresztą to, jak był premierem (w latach 2006-2007 – red.) – ocenił. – Jestem przekonany i pewny o tym, że tutaj pan prezes byłby lepszym premierem – podsumował Mateusz Morawiecki.

Ziobro, spadaj. I tak skończysz w pierdlu

Przed Kancelarią Premiera w Warszawie zgromadziły się tłumy. Uczestnicy demonstracji domagali się dymisji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Przynieśli czerwone kartki z hasłem „Ziobro musi odejść” i „Wolna prokuratura, wolne sądy, wolni ludzie”. Składali podpisy pod symboliczną dymisją Ziobry.

Protest zorganizowała Akcja Demokracja. – „Jest wiele powodów, że tutaj jesteśmy. Ja mam wiarę, że nasze państwo może wyglądać inaczej. Mam przekonanie, że odpowiedzialnym za to, co się dzieje, jest Ziobro” – mówiła do zebranych Weronika Paszewska, dyrektorka Akcji Demokracji.

– „To nie jest jednodniowa afera, pokazuje ona stan, w jakim jest polskie państwo. Mamy problem z nienawiścią w życiu publicznym. Zbigniew Ziobro albo wiedział, co się dzieje w jego ministerstwie, o akcji zorganizowanego hejtu albo nie wiedział, nie panował nad podwładnymi, tak więc nie nadaje się na ministra” – powiedział prof. Marcin Matczak.

„Prokuratura nie może być narzędziem w rękach władzy. My, prokuratorzy nie godzimy się, abyście wy, wolni ludzie zostali zniewoleni naszymi rękoma” – deklarował Krzysztof Parchimowicz, szef Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”.

Demonstracja przed Kancelarią Premiera zakończyła się odśpiewaniem hymnu. Podobne protesty odbyły się także w innych miastach.

Słowo z tytułu jest (z dokładnością do wykropkowania) wiernym cytatem z aktywności politycznej jednego z gangsterów usadowionych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zaskoczyło nas zapewne skundlenie ludzi, kiedyś podobno normalnych i porządnych, którzy stając przed pokusą przystąpienia do politycznej grupy przestępczej, przechodzą na ciemną stronę mocy.

Można by chyba przyjąć, że to takie czasy, gdy ludzie przeciętni, zamiast pozostać przeciętni, stają się obozowymi kapo, generałami separatystycznych bojówek lub pałkarzami zatrudnionymi w ministerstwie sprawiedliwości, gotowymi do każdej najobrzydliwszej moralnie akcji „dla dobra Polski”

Sami o sobie myślą jak o Ince, Pileckim, zapewne również Janosiku, Rambo i Supermenie.

Nie łudźmy się, ta afera w ogóle nie wstrząśnie elektoratem PiS. Wręcz przeciwnie, niezdecydowanych przekona, że potrafią wziąć za mordę, znaczy warto z nimi trzymać. Europie po raz kolejny pokaże, że jesteśmy w radzieckiej strefie wpływów politycznie i mentalnie.

Ta afera w gruncie rzeczy pokazuje tylko beznadzieję sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Dziś stoimy na miejscu klienta z filmu „Miś”. Po tamtej stronie szatniarz właśnie nam objaśnia, że jest Kierownikiem Szatni, nie ma naszego płaszcza i co mu zrobimy. Bo w gruncie rzeczy na tym etapie nic zrobić nie można.

Nacisk opinii publicznej nie istnieje. Nawet wielotysięczne demonstracje, zamiast kilkudziesięcioosobowych jak dziś, nie przełożą się na zwiększenie poczucia wstydu rządzących. Stały elektorat od tej afery nie skruszeje, świat nie urządzi nam za nas Polski. Nie ma płaszcza, nie ma nawet bielizny. Król jest nagi. No i co mu Pan zrobisz?

Nagi król nie wyrzuci koalicjanta, od którego zależy polityczna przyszłość dobrej zmiany. Już raz po aferze gruntowej to zrobił i błędu nie powtórzy. Nagi król jest dziś zakładnikiem politycznego partnera, który od początku swojej politycznej kariery miał skłonności do budowania szemranych struktur. I wpędzania koalicjanta w kłopoty.

Dziś pytanie, jakie można zadać w kontekście działania ministra wielu ministerstw jest takie: czy jest tak nieprawdopodobnie niekompetentny, by nie wiedzieć o grupie przestępczej w swoim ministerstwie, czy kompetentnie o wszystkim wiedział?

W jednym i drugim wypadku powinno to oznaczać natychmiastową dymisję, śledztwo i polityczny koniec. Ale jak się jest Kierownikiem Szatni…

Gdyby nie koszt tego przedstawienia, gdyby nie zmarnowane kilka dekad to można by kupić popcorn, usiąść na brzegu rzeki i czekać. Bo im nie trzeba rewolucji, nowej Solidarności, Majdanu. Im trzeba dać czas i sami się wykończą. Ale to rak i umrze razem z nosicielem.

Co więc robić? Przetrwajmy. I pilnujmy płaszcza w przyszłości.

Były wiceminister sprawiedliwości, a teraz europoseł PiS, Patryk Jaki „heroicznie” broni swojego byłego szefa. Uważa oczywiście, że Zbigniew Ziobro nie powinien ponieść żadnej politycznej odpowiedzialności za aferę hejterską. – „Dlaczego ma ponosić odpowiedzialność, jeśli nic nie wiedział o tej sprawie?” – stwierdził Jaki w TVN 24. Europoseł też nic o aferze Piebiaka nie wie.

Jaki próbował metody obrony przez atak. Usiłował wmówić prowadzącej program Anicie Werner, że to TVN 24 „od rana do wieczora tworzy się mowę nienawiści”. Jednocześnie unikał odpowiedzi na niewygodne dla niego pytania. – „Czy ja mogę odpowiadać tak, jak potrafię” – rzucił Jaki. Werner z dużym spokojem odparła: – „Ależ odpowiada pan tak, jak pan potrafi”. Usilnie starał się także „sprzedać” pisowski przekaz o rzekomej aferze hejterskiej, którą miał – według TVP Info – inspirować poseł PO Krzysztof Brejza.

 „Pokaz histerycznej paniki tudzież, jak kto woli panicznej histerii w wykonaniu „hatakumby” zjednoczonej prawicy”; – „Facet przeszedł i miał odp. na pytania, a on próbował wyrecytować przekaz z Nowogrodzkiej”; – „Patryk Jaki sam się zaorał”; – „Żadna hatakumba nie jest mu straszna. Rano spojrzy z radością w lustro, a rablador zapewni go, że jest najbardziej inteligentnym stworzeniem na tym łez padole”;

„Facet przyszedł z planem załgania afery Ziobry i zrobienia z widzów idiotów opowiadaniem bajek o hejterach Brejzy, a omal się nie rozpłakał. Teraz biegusiem do pani Holeckiej. P. Danusia nie będzie „przeszkadzać” – komentowali zachowanie Jakiego internauci.

Kaczyńskiemu należy się ogromny pomnik z marmuru w formie klozetu, bo śmierdzi w kraju, a w UE zatykają nosy

Obserwując okładki prorządowych tygodników, można było już zobaczyć tak wielką kreatywność twórców, że rzadko kiedy w rachubę wchodzi zaskoczenie. Teraz jednak Tygodnik “Sieci” braci Karnowskich, w swoim najnowszym wydaniu przesuwa granicę kreowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego na wydaje się najwyższy możliwy poziom.

Lider PiS zostaje bowiem porównany do Donalda Trumpa, kiedy to obaj przywódcy niczym równi sobie liderzy świata są zestawieni ze wspólnym potężnym obozem wrogich sił, które chcą ich zniszczyć. W wiele mówiącym wydaniu “Mężowie stanu pod ostrzałem!” tygodnik stara się przekonać, że obu liderów “łączy więcej niż myślicie”, ponieważ m.in. “wygrali wbrew mediom i kastom. Rozkręcili gospodarki i wzmocnili państwa”. Karnowscy postawili tutaj na radykalny patetyzm, co oddaje zapowiedź nowego wydania tygodnika:

Tygodnik prezentuje podobieństwa drogi dojścia do władzy obu polityków, którzy oparli się na frustracji znacznej części społeczeństwa, które miały poczucie braku perspektyw. Tygodnik mówi o pewnej “niepoprawności politycznej obu panów, specyficznej i rzadkiej wśród polityków – naturalności”:

Obaj dostrzegli siłę w zapomnianej, a potem otwarcie pogardzane przez liberałów „milczącej większości”. Momentem zwrotnym w kampanii Hillary Clinton było nazwanie wyborców Trumpa „godnymi pożałowania”. Polscy liberałowie do dziś nie mogą zrozumieć, skąd bierze się siła PiS i ich niemożność przebicia szklanego sufitu. Najlepiej wyraziła to promowana przez polskich celebrytów grafika szydząca z „moherowych” Polaków, biorących świadczenie 500+ i porównuje ich do kundli kierujących przed panem. Dopiero oskarżenia o klasizm (zestawiony z rasizmem), płynące ze strony przedstawiciela nowej lewicy Jana Śpiewaka, spowodowały zniknięcie tego rysunku z profilu aktorki Krystyny Jandy”.

Autor tekstu stawia śmiałą tezę, że można postawić znak równości miedzy narracjami polskiej i amerykańskiej opozycji, które opierają się w trzech hasłach na„R”: Rosja, rasizm i recesja”. Powyższe mają być oczywiście wyssanymi z palca starszakami, kiedy to mimo braku pokrycia w rzeczywistości mają zniechęcić wyborców do skutków polityki prawicy:

“Polska może się pochwalić rekordowo niskim bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Obniżający podatki Trump również poruszył gospodarkę bardziej, niż spodziewali się tego najbardziej optymistyczni analitycy. Zwolennicy demokratów, tacy jak Bill Maher, wpływowy prowadzący polityczno-satyryczny show na HBO, mówią wprost, że życzą Ameryce recesji gospodarczej, byleby przepędzić Trumpa z Białego Domu. Polska opozycja chętnie straszy kryzysem gospodarczym spowodowanym przez socjalną politykę PiS (sama obiecując jeszcze większe transfery finansowe w tym obszarze).U nas podobną rzecz do Mahera ogłosił przecież doradca Ryszarda Petru i potem Roberta Biedronia – Jakub Bierzyński”.

Problem tygodnika “Sieci” polega na tym, że stawianie znaku równości między Trumpem a Kaczyńskim jest daleko idącym skokiem w logice, a w wielu punktach dla samego prezesa mało korzystnym. Donald Trump nie jest bowiem wbrew narracji prorządowych mediów “naturalny”, ale wulgarny i infantylny. Ciężko bowiem zliczyć ilość obelg, jaką wylał prezydent USA na swoim koncie na Twitterze. Politykowi bliżej bowiem do Krystyny Pawłowicz niż do prezesa w tym względzie. Jarosław Kaczyński nie boi się używać języka pogardy, ale tutaj każdy atak ma swój konkretny cel, a metody używane przez lidera PiS są bardziej dyskretne od Trumpa. Wyborcy PiS nie widzą bowiem choćby w agresywnych atakach na mniejszości przejawów mowy nienawiści. Wyzywającego przeciwników od idiotów Trumpa ciężko tak określić. Także teza tygodnika, że źródła władzy obu polityków są tożsame jest błędna. Obaj używali podobnych narzędzi, ale z różnym skutkiem.

Nie jest bowiem w USA tajemnicą, że Donald Trump nie poszerzył elektoratu partii republikańskiej wbrew swoim buńczucznym deklaracjom (liczba głosów na niego oddana nie jest wyższa niż republikańskich przeciwników Obamy), a jego zwycięstwo stało się możliwe nie dzięki mobilizacji własnego elektoratu, ale demobilizacji demokratów i systemu politycznego, który dał Biały Dom człowiekowi, który zebrał mniej głosów od konkurentki.

W kwestii polityki państwowej porównanie Kaczyńskiego i Trumpa zaś zupełnie nie ma racji bytu. Donald Trump może sobie przypisywać wzmocnienie gospodarki, ponieważ obniżył jeden z najwyższych na świecie amerykański CIT, co zachęciło wiele korporacji do sprowadzenia swoich zamorskich aktywów z powrotem do USA – w Ameryce trzeba bowiem opłacić również podatek będący różnicą stawek CIT pomiędzy krajami, przez co sprowadzanie zysków było wcześniej dla korporacji zwyczajnie nieopłacalne. Jednak na jego reformie podatkowej nie zyskali najbiedniejsi, których zysk wynika tutaj głośnie z poprawy ogólnej koniunktury, która jednak została wtórnie osłabiona rozpoczętą wojną handlową. Warto również pamiętać, że odbyło się to za cenę rekordowego wręcz tempa zadłużania USA. W przeciwieństwie do PiS Trump potrafi jednak uzyskać ustępstwa na arenie międzynarodowej. Polityk zmusił do takich choćby Koreę Południową, w początkowej fazie konfliktu z Chinami te także były gotowe iść na korzystne dla Ameryki ustępstwa. Także w kategoriach geopolitycznych, choć Trump wywołał wielki chaos kłócąc się z sojusznikami i wypowiadając porozumienie z Iranem i pakt klimatyczny, to jednak jego ostry kurs wobec Chin wielu postrzega jako konieczność dla zachowania amerykańskiej dominacji. Mamy zatem obraz, który nie jest zupełnie czarno-biały.

W przypadku PiS ciężko się zaś dopatrywać się podobnych odcieni szarości. Rządzący nie przeprowadzili bowiem żadnej istotnej obniżki podatków, a wręcz przeciwnie wprowadzili kilkadziesiąt podwyżek, które wydrenowały z naszych kieszeni dziesiątki miliardów złotych na świadczenia “plus”. Nasz wzrost gospodarczy nie jest bowiem zasługa naszej mądrej polityki gospodarczej, ponieważ takiej nie mamy, kiedy to rosną lawinowo wydatki prokonsumpcyjne, to strukturalne reformy państwa nie są podejmowane. Także oceniając obu polityków trzeba brać pod uwagę, że USA mogą sobie pozwolić na granie z pozycji siły jako pierwsza gospodarka świata, która ma niewielkie uzależnienie od eksportu. Polska, kraj uzależniony od handlu zagranicznego jak tlenu, bez wyrobionej podmiotowości międzynarodowej i skutecznych elit, nie może pozwalać sobie na podobna grę, czego prorządowy tygodnik staje się nie umieć dostrzec.

W jednym Sieci zdają się mieć rację. Taktyka opozycji tak w Polsce jak i za Oceanem wciąż jest w martwym punkcie, stąd Trump jak i Kaczyński mają szansę na kontynuowanie swojego politycznego bytu nie z powodu swojego teoretycznego “męstwa stanu”, ale zwyczajnej słabości swoich oponentów.

„Czytamy Konstytucję” – pod takim hasłem w serwisie YouTube powstał kanał, w którym tę najważniejszą w Polsce ustawę czytają ci, dla których jej treści nie są pustym dźwiękiem.

„Celem projektu jest promocja Konstytucji RP jako najważniejszego dokumentu prawnego w Polsce regularnie łamanego przez kastę rządzącą” – powiedział „GW” koordynator projektu Sławomir Majdański.

W projekcie zgodziło się wziąć udział wiele osób, reprezentujących różne środowiska. Konstytucję czytają m.in. prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, sędziowie: prof. Ewa Łętowska, prof. Marek Safjan, prof. Wojciech Sadurski, Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, aktorzy: Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, prezydenci miast, opozycjoniści z czasów PRL, ks. Wojciech Lemański.

Sądząc po pierwszych reakcjach prawej strony mediów społecznościowych, czytanie Konstytucji to prawie herezja. Nie sposób cytować obrzydliwych wpisów, komentujących ten projekt.

Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate.

W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi?

Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią.

Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.

Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku.

Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy…

Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.

Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć.

Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego

„A może Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego, aby się go pozbyć? Jeśli przesądza ten ostatni argument, znaczy to, że wszechwładny lider dał się złapać w pułapkę. Postawił na człowieka, którego niespecjalnie cenił i któremu nie ufał. Teraz jego dymisja byłaby symbolicznym podważeniem „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A ona jest wciąż na sztandarach”– napisał jeden z prawicowych publicystów Piotr Zaremba. Jego felieton o aferze Piebiaka nosi tytuł: „Ciężko uwierzyć, że Zbigniew Ziobro nie wiedział, co dzieje się w resorcie”.

Publicysta przypomina, że to nie jedyna afera związana z Ziobrą. Wymienia nieopublikowanie list poparcia dla kandydatów do nowej KRS mimo prawomocnego wyroku NSA. – „Jeśli wśród osób zgłaszających kandydatów do KRS przeważali faktyczni urzędnicy ministerstwa, obciąża to tego ministra. Widać gołym okiem, że Ziobrze udaje się, choć pewnie połowicznie, coś, co nie udawało się poprzednikom z innych partii. Że buduje z mniejszości środowiska zwartą grupę gotową na obsługiwanie najbardziej drażliwych i dwuznacznych interesów władzy. Są to kadry dobrze opłacane i uczone dyspozycyjności. To są nowi prezesi sądów, zapewne większość członków nowej KRS, także Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zupełnie jawnie korumpuje się lub uzależnia część sędziów” – twierdzi Zaremba.

„Ciekawy tekst. Szokuje tylko, że napisał go człowiek, który dwa lata temu wygłaszał laudację na cześć Kaczyńskiego, gdy ten dostawał od Sieci nagrodę „Człowieka Wolności.” Bez tego „człowieka wolności” zdegenerowany system nigdy by nie powstał” – podsumował Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Mam tu jakiś dysonans poznawczy, bo sam tekst bardzo rzetelny, za to autor wiele razy dowiódł swego przywiązania do obozu władzy”; – „No to czekamy, kiedy prawa strona nazwie go: psychicznym, targowica, zdradziecka morda, antypolak. Tudzież po prostu odleciał…” – komentowali pozostali internauci.

Najnowszy Newsweek.

„Patrząc z boku i z doświadczenia: Ziobro z całą jego ekipą pokazał, że wie, jak wygląda współczesne pole walki. Dla JK tylko tacy zawodnicy się liczą. Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsorcował w całości i się wydało. Ludzie nie powinni widzieć jak się robi parówki” – napisał na Twitterze Adam Hofman, były rzecznik PiS. Przypomnijmy, przestał nim być w 2014 r. po tzw. aferze madryckiej. Ówczesny poseł PiS zgłosił wyjazd do Madrytu samochodem i pobrał za niego kilometrówkę, a na miejsce dotarł tanimi liniami lotniczymi. Wykluczony z partii założył firmę public relations.

Wspomniane przez Hofmana outsorcowanie to w dużym skrócie przerzucanie części zadań firmy na zewnątrz. – Outsourcing hejtu „w całości” jest właśnie tym, czego oczekiwał prezes, by się nie wydało, a Ziobro, trójkowy student, nie sprostał”– skwitował jeden z internautów.

Pozostali internauci komentowali jednoznacznie wpis Hofmana: – „Aha, więc gdyby nie ów błąd nic by się nie wydało i wszystko byłoby OK, tak? Porażająco cyniczne i na wskroś pisowskie”; – „Czyli problemem nie jest to, co oni robili? Tylko że robili to mało profesjonalnie”;

„Ufff, dobrze, że pan to napisał. Schudł pan i zaczął się wydawać normalny, ale wciąż jest pan takim samym cynikiem jak wtedy, kiedy pan podatników dymał na kilometrówce do Madrytu. Czyli po staremu – można kraść i dymać, aby się tylko nie wydało”; – „Hofman się nie zmienił. Wg niego każde świństwo, draństwo i sukinsyństwo jest w porządku, BYLE SIĘ NIE WYDAŁO. Qurwa. Pole walki? Z kim? Z sędziami?”; – „Człowiek z PiSu może wyjść, ale PiS z człowieka nigdy!”.

 „Potraktowaliśmy nasze państwo jak skarb, jak najwyższe dobro. Dzięki temu naprawa instytucji publicznych, zwłaszcza podatkowych, doprowadziła do tego, że przeznaczamy duże środki na programy społeczne” – taki cytat z Mateusza Morawieckiego można przeczytać na oficjalnym koncie PiS na Twitterze. Premier wygłosił te słowa podczas dzisiejszej konwencji PiS.

„Rzeczywiście jak skarb i bierzecie z tego skarbca, ile się da”; – „Traktuje Pan rzeczywiście „państwo jak skarb, jak najwyższe dobro” i garściami czerpie z państwa dla WŁASNEGO dobra, używając samolotów rządowych, jak taksówki”;

„Skarby narodowe przez was w ruinie: Puszcza Białowieska, stadnina w Janowie, bohaterzy Solidarności i Powstania Warszawskiego, Konstytucja Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, polscy eksperci, dyplomaci, sędziowie, armia, edukacja, rolnictwo, nauka, kultura, media publiczne…” – komentowali internauci.

O aferze w resorcie Ziobry Morawiecki się oczywiście nie zająknął, za to zapewniał: – „My jesteśmy po prostu rządem patriotycznym”. Ciekawe, jak premier pisowskiego rządu rozumie to pojęcie…

Ośmiornica, która starała się trzymać w głębokim cieniu, nieoczekiwanie dla samej siebie wypłynęła na światło dzienne. Wszyscy ją zobaczyli – i już nie zapomną tego widoku.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości dotyczące mafijno-gangsterskiej natury systemu budowanego przez PiS? Do niedawna szefowie rządzącej ferajny odwoływali się do sądów i oskarżali ludzi, którzy odważyli się napisać o państwie mafijnym czy o zorganizowanej grupie przestępczej. Los ten spotkał publicystę Wojciech Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” i prof. Wojciecha Sadurskiego z UW. Czy teraz, po zdemaskowaniu gangu działającego w ministerstwie sprawiedliwości, rządząca sitwa będzie jeszcze miała czelność oskarżać swych krytyków?

Zeznania skruszonej hejterki Emi wydobyły na światło dzienne to, co miało pozostać w ukryciu – opinia publiczna zobaczyła, jak ramiona ośmiornicy oplatają instytucje państwa, prorządowe media i tę część środowiska sędziów, która pomaga władzom niszczyć niezależność wymiaru sprawiedliwości. Widzimy, że żołnierzami gangu są urzędnicy ministerialni, awansowani przez Zbigniewa Ziobrę sędziowie, publicyści rządowych i wspierających rząd mediów. Ta siatka tworzy cały układ, działający w sposób skoordynowany i zaplanowany. Niewątpliwie ma też ośrodek dyspozycyjny, skąd płyną polecenia, instrukcje i wytyczne. W rozmowie z Emi Łukasz Piebiak wyraźnie mówił o „szefie”.

Dlaczego Emilia Sz. to ujawniła?

Motywacje sprawczyni tego zamieszania nie są do końca jasne – ona sama mówi o wyrzutach sumienia i trzeba przyznać, że chwilami brzmi dość wiarygodnie. Z drugiej jednak strony w tle przewijają się fakty, które mogą wskazywać na bardziej osobiste motywacje: słyszymy o jej rozwodzie z sędzią „dobrej zmiany”, o rewizji w domu i konfiskacie nośników pamięci elektronicznej, o braku środków do życia. Mąż, który się z nią rozwodzi, publicznie twierdzi, że żona jest uzależniona od alkoholu i środków psychoaktywnych oraz cierpi na zaburzenia emocjonalne. Nie wiemy, czy to tylko kłamliwe oszczerstwa, czy jest w nich choć ziarno prawdy.

Całkiem możliwe, że jak to w życiu często bywa, mamy tu do czynienia z całym splotem okoliczności i motywacji, z których jedne nie wykluczają drugich, a wręcz mogą je wspierać i wzmacniać.

Ale wszystko to nie ma większego znaczenia – liczą się tylko fakty, które Emilia Sz. ujawniła i które demaskują przestępczą naturę tzw. dobrej zmiany.

Dobra zmiana się miota

Afera wyraźnie zaskoczyła obóz władzy. Rządzący nie byli na nią przygotowani, nie mieli zawczasu sformułowanych odpowiedzi, nie skoordynowali reakcji. Stąd to paniczne, bezładne miotanie się. Najpierw próbowali opowiadać, że sprawa stanowi dowód na to, jak poważnym problemem jest hejt w internecie – ale zaraz potem wyrzucili z ministerstwa Łukasza Piebiaka oraz sędziego Jakuba Iwańca. Cały czas jednak próbują wmówić opinii publicznej: „Polacy, nic się nie stało!”. Ot, pokłócili się sędziowie z sędziami, taka wojenka w środowisku „kasty” – bo tego właśnie słowa używają członkowie gangu, gdy mówią o niezawisłych i odważnych sędziach.

Udający dziennikarzy funkcjonariusze aparatu propagandowego dwoją się i troją, by zamazać prawdziwy obraz sytuacji i by zainteresować opinię publiczną innymi tematami. Trudno się dziwić – walczą wszak o ocalenie własnej skóry. Żołnierze Kurskiego czy Karnowskich doskonale zdają sobie sprawę, że gdy ich mocodawcy i protektorzy stracą władzę, oni sami też wpadną w kłopoty.

Z punktu widzenia grupy trzymającej władzę sytuacja rzeczywiście zaczęła się robić groźna. Wskazują na to nerwowe ruchy: w czwartek wieczorem szef resortu Zbigniew Ziobro stawił się na dywaniku na Nowogrodzkiej. Nie wiemy, jakie słowa padły z ust szefa wszystkich szefów, ale można się domyślić, że nie było to nic przyjemnego. W przedwyborczych notowaniach PiS nastąpiło kilkupunktowe tąpnięcie.

Sam Ziobro, swoim zwyczajem, usiłuje uciec do przodu, zapowiadając przyjęcie przepisów regulujących aktywność sędziów w internecie. To jego stały numer – przy każdej aferze mówi, że przygotuje odpowiednią ustawę, która wprowadzi nowe restrykcje, i zachowuje się tak, jakby to do niego należało uzdrowienie sytuacji. Jakby to nie on był odpowiedzialny za aferę. To też znana metoda, od niepamiętnych czasów stosowana przez cwaniaków wszelkiego autoramentu, którzy krzyczą „łap złodzieja!” i pokazują w drugą stronę, by odwrócić uwagę od siebie.

Miejmy nadzieję, że tym razem już ten numer nie przejdzie. Mafijna natura dobrej zmiany ujawniła się w pełnej krasie i trudno będzie sprawić, by opinia publiczna zapomniała, co zobaczyła.

Ci, którzy nie głosują, nie chcą zrozumieć, że każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność.

Kilka dni temu spotkałam się z dawno niewidzianą młodą osobą. Porozmawiałyśmy o tym, o tamtym, ale nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do czekających nas 13 października decyzji. Zapytałam więc, czy wybiera się na wybory i w odpowiedzi usłyszałam, że nie. Argument powalił mnie na kolana – nie pójdzie na wybory, bo polityka jej nie interesuje… No właśnie, takich jak ona jest ponad 40% w naszym społeczeństwie. To z reguły młodzi ludzie na tzw. dorobku życiowym. Mieszkają w swoich M-ileś, wziętych na kredyt, mają całkiem dobrą pracę, wychowują albo lada moment będą wychowywali dzieci. Stać ich na wakacje co najmniej raz do roku, wszędzie dojadą własnym samochodem, żyją sobie spokojnie i skupieni są bardzo przede wszystkim na sobie.

Nie mają zielonego pojęcia, że polityka to m. in. działalność instytucji państwowych, co bezpośrednio wpływa na ich możliwości funkcjonowania. To taki układ stosunków społecznych, w których wyraźnie widać kontrolę i wpływ na codzienność władzy lub autorytetu. To system, który zapewnia rozwój społeczny poprzez rozwiązywanie konfliktów. Ale co tam… polityka ich nie obchodzi i nawet sprawy sobie nie zdają, że chcąc czy nie, są częścią tej polityki. Każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność, kreuje obraz ich życia, wspomaga podejmować decyzje. Nie pomoże tutaj żadne zaprzeczenie, bo siedzą w polityce po uszy, choć wydaje się, że są tego zupełnie nieświadomi.

Dzisiaj twardo stoją na stanowisku, że ich jakaś tam polityka obchodzi. Zamiast na wybory wolą pooglądać telewizję, jakąś komedię romantyczną, wyskoczyć za miasto na piwko ze znajomymi. A jednak przyjdzie czas, gdy ta polityka walnie ich ostro i co wtedy? Kogo będą winić, do kogo będą mieli pretensje, gdy ich, tak pięknie poukładany świat, rozsypie się jak domek z kart?

Może zdarzyć się taka sytuacja, gdy wracając sobie spokojnie do domu, zahaczą o kolumnę samochodów rządowych, która wymusi na nich pierwszeństwo i doprowadzi do kolizji. Nagle okaże się, że to oni są winni zdarzeniu, bo przecież nie prominenci władzy. Ich samochód będzie nadawał się do kasacji, a oni stracą mnóstwo kasy na opłacenie adwokata, który przed upolitycznionym sądem będzie chciał dowieść ich niewinności. Dostaną jakiś tam wyrok, w najlepszym przypadku – w zawieszeniu, ale odnotowany w aktach, co utrudni im rozwój kariery zawodowej. Oczywiście, nie musi to być kolumna, wystarczy samochód prowadzony przez kogoś, mocno związanego z partią rządzącą.

Może zdarzyć się tak, że podczas niedzielnego spaceru z rodziną, zupełnie nieświadomie znajdą się w pobliżu protestujących w obronie demokracji w Polsce. Przypadkowo zgarnie ich dość brutalnie policja, zabierze na komisariat, spisze, a za jakiś czas sąd dowali im karę za udział w manifestacji. Karę, która również będzie odnotowana w aktach. Mało tego, odpowiednie służby mogą uznać, że narazili swoje potomstwo na niebezpieczeństwo i zaczną się wywiady środowiskowe, wizyty kuratora, straszenie, że dzieci im się odbierze. Mogliby też, przypadkowo, trafić w sam środek marszu dumnych narodowców, maszerujących sobie ku chwale i z pełnym poparciem rządzących. Tutaj nie policja byłaby dla nich groźna, ale jakaś puszczona raca, rzucony kamień. W takim tłumie agresywnych osiłków łatwo o zranienie, uszkodzenie ciała. A potem płacz, nerwy, koszty leczenia i… zwykły spacer zamieniony w koszmar chichoczącej polityki, którą przecież się nie interesują, bo ona ich nie dotyczy.

W którymś momencie ich dzieci trafią do szkoły. Szkoły, która zdążyła już odejść od modelu instytucji świeckiej, nie podlegającej indoktrynacji, a uczyć w niej będą nauczyciele, odpowiednio zweryfikowani testami na patriotyzm w rozumieniu władzy. Zdobywana wiedza będzie oparta na wartościach tylko chrześcijańskich. Historii będę uczyli chłopcy narodowcy, wciskający kit, że tylko żołnierze przeklęci, ups przepraszam, wyklęci, są warci pamięci, a patriotyzm polega na tym, by dać się zabić za Ojczyznę. Mało tego, biorąc przykład z władzy, dzieci będą dowalały sobie na całego, jeszcze gorzej niż teraz. W końcu jak władza w taki sposób walczy ze swoimi oponentami, to i oni tak mogą, prawda? Hejt, agresja, nienawiść będą na porządku dziennym i jeśli ich dziecko nie wtopi się w tłum, to będzie miało przerąbane. Wystarczy zbyt ciemna karnacja, lekka nadwaga, wiara w innego, nie katolickiego Boga, jakaś dysfunkcja i już pozamiatane. Na ich dziecku skupią się owoce takiej polityki, która sankcjonuje i aprobuje walkę z wszelką innością. Nie chcę nawet myśleć, co się wydarzy, gdy okaże się, że córeczka lub synek mają inną orientację seksualną. Prześladowcy w imieniu obowiązującego prawa i za zgodą władz, będą mogli go spokojnie pobić, zniszczyć mu życie. Ale co tam… ich polityka nie interesuje.

Coraz większe zapotrzebowanie na rozdawanie pieniędzy doprowadzi do nakładania co rusz nowych podatków, które kto będzie płacił? Oczywiście oni. Postępująca inflacja, wynikająca ze złego zarządzania państwem, uderzy ich po kieszeni, jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy spowoduje drastyczny wzrost rat kredytów. Nie dla nich będzie prawo, obejmujące tylko grupę uprzywilejowaną, wiara w sprawiedliwość okaże się fikcją, jeśli nie znajdą się po właściwej, rządowej stronie mocy. W sądach będą traktowani jak obywatele drugiej kategorii. W szpitalach będą umierali w oczekiwaniu na lekarza, a w razie ciężkiej choroby sami będą musieli finansować własne leczenie. Na wakacje zagraniczne odechce im się wyjeżdżać, bo wszędzie będą traktowani jak pariasi, ci gorsi, z wariatkowa, więc nie pasujący do demokracji światowej. Zresztą, czy będzie ich na takie wypady stać? Karmieni papką propagandową, zapomną o dobrej książce, sztuce, którą warto zobaczyć. Swoją biernością dadzą przyzwolenie na łamanie praw człowieka, ale czy to ważne? Ich polityka nie interesuje…

Zadowoleni będą spędzać dzień 13 października po swojemu i z dala od lokali wyborczych, wierząc, że są Bogami swego świata i nikt oraz nic tego nie zmieni. Do czasu…

#Watergate po polsku