Duda i Morawiecki stanowią zagrożenie dla Polski

Kłopot z Andrzejem Dudą jest symptomatyczny. Ten niedojrzały człowiek kompromituje urząd, kompromituje Polskę.

Czy krytykowanie go jest działaniem na szkodę Polski, obrażaniem prezydenta? Nie!

Duda nie jest Polską, prezydent nie jest Polską, jest funkcją. Zdaje się, że ten prosty zabieg logiczny powinien być dostępny przeciętnym umysłom.

Ale nie jest! Mianowańcy Ziobry, jacyś rzecznicy dyscyplinarni – Schaby i Radziki – ścigają sędziego Jarosława Ochockiego z Poznania za to, że wyraził zatroskaną opinię na temat Dudy.

A wypowiedź Dudy w Katowicach jest iście faszyzująca, moczarowska, z gruntu totalitarna. Duda straszący górnikami, robotnikami, którzy mają załatwić problem niezależności sędziowskiej,  aby pisowcy moli chwycić naród za mordę.

Co do samego Dudy. Objawy u niego wskazują nie tylko na zieloność (gombrowiczowską), niedojrzałość, ale chorobę psychiczną schizo-paranoidalną. Nie chodzi o gesty (godne Mussoliniego), ale zespół słów i argumentację, która jest właściwa dla pacjentów.

Piszę to z zatroskaniem. Gdybym miał opisać chorobę wodzowską” wziąłbym na warsztat twarz Dudy. Zresztą w tomie opowiada „Mur” opisuje „dojrzewanie” do zamordyzmu Jean-Paul Sartre.

Będzie postępowanie wyjaśniające w sprawie wpisu sędziego Jarosława Ochockiego z Sądu Okręgowego w Poznaniu, który nazwał Andrzeja Dudę „złym człowiekiem” i „marnym prezydentem”. Poinformował o tym Piotr Schab, Rzecznik Dyscyplinarny Sędziów Sądów Powszechnych. Jak wskazał, poznański sędzia może odpowiedzieć za znieważenie prezydenta. Grozi za to kara do trzech lat więzienia.

Więcej o Ochockim w kontekście wypowiedzi chorego Dudy >>>

– Mówimy temu stanowczo, nie. Będziemy na całym świecie walczyć o dobre imię Polski. To nie tylko walka o przeszłość, o pamięć – mówił m.in. premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania z górnikami w Katowicach. Premier doniósł się tym samym do ostatnich działań rosyjskich władz, które sugerują m.in., że Polska jest „współodpowiedzialna za wybuch drugiej wojny światowej”.

Więcej o Morawickim i Putinie >>>

Wygaszenie mandatu członków-sędziów neo-KRS i wybór nowych z poszanowaniem Konstytucji, likwidacja Izby Dyscyplinarnej SN i mniej uprawnień dla Ministra Sprawiedliwości – to niektóre założenia projektu ustawy naprawczej, który złożyli senatorzy opozycji. Nowela ma zakończyć chaos prawny i dostosować przepisy do wyroku TSUE z 19 listopada 2019

Wolność od nacisków

Autorzy projektu chcą przywrócić sądom utraconą autonomię i niezależność od władzy wykonawczej.

I tak Prezydent będzie mógł określić liczbę stanowisk w SN i liczbę prezesów Izb tylko na wniosek Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN. To Zgromadzenie Ogólne, a nie Prezydent, będzie także decydowało o treści Regulaminu SN.

Autorzy zamierzają również uszczuplić kompetencje Ministra Sprawiedliwości na rzecz Pierwszego Prezesa SN. Projekt zakłada np., że to I Prezes będzie wybierał rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych i jego zastępców.

Obecnie działający rzecznicy z nadania ministra Zbigniewa Ziobry – Piotr Schab, Michał Lasota i Przemysław Radzik – zasłynęli jako szczególnie gorliwi prześladowcy sędziów krytykujących „reformy” PiS. Jak wynika z wyroku sądu dyscyplinarnego we Wrocławiu z 14 stycznia 2020 ich działania mogły być bezprawne.

Więcej o projekcie senackim przywracającym praworządność czytaj tutaj >>>

Do prokuratury trafi zawiadomienie na prezesa sądu w Olsztynie Macieja Nawackiego. Złoży je łódzka adwokat za to, że Nawacki próbował zablokować wyjazd sędziego Pawła Juszczyszyna do Kancelarii Sejmu

Więcej o blokowaniu działań Juszczyszyna czytaj tutaj >>>

Jako przykład uczenia o zagrożeniach katastrofą klimatyczną MEN podaje lekcje… o dziurze ozonowej i „badaniu czynników powodujących korozję”. Wśród 2097 (!) tematów w podstawie programowej do szkoły podstawowej nie ma takich terminów jak zmiana klimatu, emisja CO2, topnienie lodowców, efekt cieplarniany. MEN udaje, że problemu nie ma.

O edukacji godnej Ciemnogrodu, jaką prowadzą pisowscy ministrowie czytaj >>>

Abp Marek Jędraszewski otrzymał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim nagrodę im. kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ks. prof. Mirosław Sitarz tak rozwiał wątpliwości związane z laureatem: „Już nauczanie Jezusa Chrystusa było bardzo kontrowersyjne dla innych ludzi”.

O antychryście Jędraszewskim tutaj >>>

Nie chodzi tylko o sądy. PiS wszczyna polityczną wojnę z Brukselą, by Andrzej Duda zyskał poparcie nacjonalistów i wygrał wybory prezydenckie.

Już wiadomo, jaki pomysł ma PiS na kampanię prezydencką. Jej linia wyłania się z najświeższych wypowiedzi przedstawicieli władzy.

(…)

Nieoczekiwana pomoc ze strony Putina

Na koniec warto jeszcze odnotować, że dokładnie w tym samym czasie, gdy Jarosław Kaczyński inicjuje kampanię prezydencką Dudy, wszczynając zimną wojnę z Unia Europejską i wmawiając obywatelom, że kraj musi się bronić, bo jest ofiarą brukselskich okupantów i kolonizatorów,  zmasowany atak propagandowy na Polskę przypuszcza także Kreml. To oczywiście wzmacnia i uwiarygadnia przekaz PiS-u, przyczyniając się do wytworzenia wrażenia, że staliśmy się oblężoną twierdzą, na którą ze wszystkich stron spadają ciosy i którą wszyscy chcieliby zdobyć. W takiej sytuacji trzeba porzucić wewnętrzne swary i skupić się wokół kierownictwa kraju, które organizuje obronę.

W rozkręcającej się kampanii prezydenckiej to największy prezent, na jaki PiS mógł liczyć. Cóż za zdumiewający przypadek, że ten nagły atak ze wschodu nastąpił właśnie teraz…

Cały esej Wojciecha Maziarskiego czytaj tutaj >>>

Autokracja PiS stosuje klasykę reżimów: zastrasza sędziów

„Prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej” – ogłosił Paweł Juszczyszyn, sędzia z Olsztyna, który został w trybie natychmiastowym odwołany z delegacji po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia KRS. Jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE. Łętowska: władze próbują efektu mrożącego

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie, do wczoraj delegowanym do orzekania w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. W związku z odwołaniem mnie z delegacji do Sądu Okręgowego chcę podkreślić, że

prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej. Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę. Apeluję do koleżanek i kolegów sędziów, aby zawsze pamiętali o rocie ślubowania sędziowskiego, orzekali niezawiśle i odważnie”.

– ogłosił podczas porannej konferencji prasowej 26 listopada 2019 Paweł Juszczyszyn. Ograniczył się do tego oświadczenia, nie chciał odpowiadać na pytania.

„To było właściwe, stonowane, godne zachowanie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska.

Sędzia Juszczyszyn został w poniedziałek 25 listopada odwołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości z delegacji. OKO.press jako pierwsze podało tę informację.

Przyczyną represji było postanowienie, które sędzia wydał 20 listopada, w którym zobowiązał Kancelarię Sejmu do przedstawienia tzw. list poparcia KRS, czyli:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS, którzy zostali 6 marca 2018 roku wybrani do KRS przez Sejm;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Znaczenie wyroku TSUE

Sędzia Juszczyszyn jako pierwszy w Polsce zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, który orzekł, że orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego. Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że  SN będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Wyrok TSUE  jest istotny nie tylko dla Izby Pracy Sądu Najwyższego, która zadała Trybunałowi pytanie prejudycjalne. Zdaniem ekspertów, zgodnie z wyrokiem TSUE

każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania tych przepisów krajowych, które skutkowałyby możliwością rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

I właśnie to zrobił sędzia Juszczyszyn rozpatrując apelację w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekał sędzia powołany przez neo-KRS.

W poniedziałek 25 listopada zgromadzenia sędziów sądów w całej Polsce wydają uchwały w związku z wyrokiem TSUE, w których decydują o wstrzymaniu się z nominacjami i rekomendacjami sędziów do neo-KRS do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Najwyższy. Niektóre sądy jednocześnie wzywają Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia.

Wczoraj informowaliśmy o uchwale z PoznaniaGdańskaWrocławia i Białegostoku. Dołączył do nich także Sąd Apelacyjny w Krakowie.

Prof. Łętowska: Władze próbują efektu mrożącego

„Wyrok TSUE, odpowiadający na pytania prejudycjalne SN, formułuje kryteria, jakie trzeba spełnić, aby móc dopatrywać się  zagrożenia niezależności (Krajowej Rady Sądownictwa) i niezawisłości sędziów. Podkreślić trzeba (punkt 121, 125 uzasadnienia), że bierze się pod uwagę nie tylko treść przepisów, lecz także ukształtowanie praktyki organów  i okoliczności faktyczne w ich działaniu oraz oddziaływaniu na wymiar sprawiedliwości. Dotyczy to m.in. także odbioru społecznego rozstrzygnięć podejmowanych przez sędziów, którzy w każdym momencie mogą być odsunięci od sprawy lub przeniesieni do innego sądu przez arbitralne cofnięcie delegacji przez Ministra Sprawiedliwości.

Takie okoliczności jak

  • intensyfikacja działań wobec sędzi już objętej postępowaniem  dyscyplinarnym (zawieszenie jej  w czynnościach plus obniżenie jej uposażenia);
  • publiczne wypowiedzi osób reprezentujących Ministerstwo Sprawiedliwości zawierające sugestie popełnienia „ciężkiego deliktu dyscyplinarnego” przez  sędziego, który w trybie procesowym zażądał ujawnienia list poparcia co KRS;
  • wyrok dyscyplinarny z 23 listopada wobec sędzi Czubieniak

są widomym dowodem na to, że w sferze działań faktycznych rzeczywiście istnieją naciski na wymiar sprawiedliwości, obliczone na wytworzenie efektu mrożącego”.

Politycy naciskają

O tym, że Kancelaria Sejmu nie zamierza zastosować się tak łatwo do zarządzenia sądu, mówił wprost w niedzielę 24 listopada w programie „Kawa na ławę” Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości:

„To jest prosta droga do anarchii. Nie może być tak, że jeden sędzia kwestionuje status innego sędziego”.

Wójcik nie tylko krytykował postępowanie sądu, ale sugerował też, że wobec sędziego należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

Redakcja TVN24 zwróciła się do Centrum Informacyjnego Sejmu z prośbą o ustosunkowanie się do kwestii zarządzenia sądu. W odpowiedzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka stwierdził, że dopiero oczekują na pisemną korespondencję. Powołał się jednak również na postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, w którym to zakazano udostępniania list poparcia do KRS.

Powołany przez PiS, najprawdopodobniej z naruszeniem ustawy, nowy prezes UODO Jan Nowak wydał postanowienie zaraz po tym, jak Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnie orzekł, że listy mają zostać opublikowane. Postanowienie Rzecznika Praw Obywatelskich zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Petycja do podpisania >>>

To pierwszy taki przypadek próby zawieszenia sędziego w obowiązkach z powodu krytyki, czyli – de facto – z przyczyn politycznych. Wniosek rozpatrzy Izba Dyscyplinarna złożona z sędziów, o których TSUE w zeszłotygodniowym wyroku orzekł, że są powody, by wątpić w ich niezależność od politycznych wpływów. Sprawa jest więc wyjątkowo drastyczna.

Rzecznik Dyscyplinarny Przemysław Radzik postawił sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego zarzut naruszenia etyki sędziowskiej polegający na pomówieniu ministra Ziobry i jednego z prokuratorów. I wystąpił do Izby Dyscyplinarnej o zawieszenie sędzi w obowiązkach i obniżenie jej wynagrodzenia. Sprawa może potrwać nawet osiem lat, bo Sąd Dyscyplinarny nie ma żadnego terminu, w jakim musi osądzić. W praktyce zawieszenie może więc trwać do przedawnienia się zarzutu dyscyplinarnego, czyli właśnie lat osiem.

Wypowiedzi, za które Przemysław Radzik ściga sędzię Barańską-Małuszek, dotyczą twitterowych wpisów z sierpnia tego roku, które pojawiły się po ujawnieniu afery hejterskiej. O ministrze Ziobrze sędzia napisała, że jest ministrem, który „wyprodukował aferę” hejterską, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”. Zaś o prokuratorze kandydującym do SN, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”.

„Oczywistym jest, że obwiniona sędzia Olimpia B.-M., bez narażenia na szwank dobra wymiaru sprawiedliwości, nie może w wiarygodny sposób wykonywać obowiązków służbowych” – napisał rzecznik Radzik w komunikacie o zawieszeniu. Nie wytłumaczył, dlaczego jest „oczywiste”, że sędzia, który skrytykował działania czy zaniechania ministra, nie może „w wiarygodny sposób wykonywać swoich obowiązków”.

Podobnej „oczywistości” rzecznicy dyscyplinarni nie dopatrzyli się w przypadku ujawnienia antysemickich wypowiedzi sędziego, członka neo-KRS Jarosława Dudzicza na twitterze w 2015 r. ( m.in. „Podły, parszywy naród, nic im się nie należy…”). Nie wpadło im do głowy odsuwać go od orzekania.

Wniosek o zawieszenie sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek rzecznik Radzik sporządził kilka dni po wyroku TSUE w sprawie legalności neo-KRS i Izby Dyscyplinarnej SN, gdy sądy zaczynają odmawiać współpracy z neo-KRS i podważać prawo sędziów mianowanych przez neo-KRS do orzekania. Wniosek o zawieszenie sędzi Barańskiej-Małuszek, jednej z najbardziej znanych działaczek Stowarzyszenia Iustitia, często i krytycznie wypowiadającej się w mediach na temat PiS-owskiej „reformy” sądownictwa, może być próbą zastraszenia środowiska. Takie przedłużające się zawieszenie, oprócz ukarania wydaleniem z zawodu, jest chyba najgorszym, co sędziego może spotkać. A wielu sędziów – jak sędzia Barańska-Małuszek – publicznie krytykuje ministra i sędziowskie nominacje neo-KRS-u.

Sam Przemysław Radzik potrafi się wypowiedzieć w bulwersujący sposób. Dziennikarzom TVN-u, którzy robili program o aferze hejterskiej, której był jednym z medialnych bohaterów, zapowiedział do kamery: „Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy”.

Słowa, że nie zapomni „jako sędzia”, można potraktować jako groźbę karalną – i tak też były komentowane. Być może dlatego po wyemitowaniu materiału przez TVN sędzia Radzik odwołał swoje słowa, przyznając, że się zagalopował.

Teraz dąży do odsunięcia sędzi od orzekania za krytykę ministra.

„PiS swoje obietnice spełniło i w ten sposób odnowiło polską demokrację” – przekonywał w exposé 19 listopada premier Mateusz Morawiecki. „Dziesięć krajów na całym świecie doświadcza obecnie niebezpiecznego regresu demokracji. Najpoważniejsze przypadki to Polska, Węgry, Rumunia, Serbia i Turcja” – czytamy w raporcie International IDEA z tego samego dnia

„Regres demokracji łączy się z nadużyciem władzy przez rządy, które rozbrajają system konstytucyjnych kontroli. Naruszają praworządność, by uniknąć odpowiedzialności, zawłaszczyć środki publiczne i opleść instytucje siatką protegowanych zauszników” – piszą badacze Międzynarodowego Instytutu na rzecz Demokracji i Pomocy Wyborczej w raporcie o stanie światowej demokracji w 2019 roku.

International Institute for Democracy and Electoral Assistance (w skrócie: International IDEA) to międzyrządowa organizacja utworzona w 1995 roku w Sztokholmie, posiada status obserwatora przy ONZ. Jej celem jest pomoc państwom w koordynacji procesów wyborczych, wzmacnianie udziału społeczeństwa w życiu publicznym oraz działanie na rzecz rozwoju i umacniania demokracji. Jej sekretarzem generalnym od sierpnia 2019 jest Kostarykańczyk Kevin Casas-Zamora.

Instytut co roku publikuje raport o globalnym stanie demokracji. Najnowszą edycję z 19 listopada 2019 zatytułowano „Odpowiedź na bolączki, odnowienie obietnicy”. Autorką studium przypadku Polski jest dr Magdalena Solska, politolożka i wykładowczyni na Uniwersytecie we Fryburgu.

Badacze podkreślają, że choć liczba krajów demokratycznych na całym świecie rośnie, część demokracji, zwłaszcza w Europie, jest dziś słabsza niż kiedyś.

„Bardzo trudno żyć w państwie, w którym nie ma praworządności, podziału władz i w którym nie można ufać sądom” – powiedział podczas prezentacji raportu Josep Borrell, nowy szef dyplomacji UE.

Choć Borell nie wypowiedział tego na głos, mowa między innymi o Polsce pod rządami PiS.

Polska demokracja w gorszej formie

Współczynnikami dobrze funkcjonującej demokracji zdaniem badaczy International IDEA są:

  • demokracja przedstawicielska (sprawiedliwe i powszechne wybory, wolne partie polityczne);
  • partycypacja społeczna (zaangażowanie NGO, partycypacja w wyborach, demokracja lokalna);
  • sprawiedliwa administracja (przewidywalne egzekwowanie prawa, brak korupcji);
  • kontrola rządu (skuteczny parlament, niezależne sądownictwo, uczciwe media);
  • prawa podstawowe (prawa społeczne i równość, swobody obywatelskie, prawo do sądu).

Na ich podstawie Instytut dzieli kraje na trzy rodzaje ustrojów politycznych: demokracje, reżimy hybrydowe i nie-demokracje.

Wszystkie kraje europejskie, poza Białorusią, sklasyfikowano jako demokratyczne, ale w niektórych z nich jakość demokracji słabnie.

„Europa musi mierzyć się z regresem demokracji oraz z tendencjami autorytarnymi, które przejawia część rządów w regionie. To Turcja w Europie Południowej, Węgry, Polska i Rumunia w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych krajach obserwujemy spadki w największej liczbie współczynników. Widoczne jest znaczące, stopniowe i zaplanowane osłabianie systemu demokratycznej kontroli rządów oraz ograniczanie swobód obywatelskich” – podkreślają badacze.

„Poważny regres demokracji”

Choć Polska zaliczana jest w poczet krajów demokratycznych, badacze zwrócili uwagę, że w latach 2013-2018 doświadczyła poważnego regresu demokracji. Regres ten, to, jak podkreślają w raporcie

„odgórne i zaplanowane wyjaławianie demokratycznych instytucji za pomocą demokratycznego procesu decyzyjnego”.

„Rządzące partie w krajach takich jak Węgry, Polska i Turcja, zręcznie wykorzystały reguły demokracji, by zawłaszczyć demokratyczne instytucje (w tym parlament, sądownictwo i media) i zmieniać zasady (np. prawo wyborcze, wybór sędziów, przepisy konstytucji) w celu utrzymania bezterminowej kontroli nad tymi instytucjami” – czytamy w opracowaniu.

International IDEA podkreśla, że coraz wyraźniejsze wtrącanie się polityków w sprawy sądownictwa, uciszanie parlamentarnej opozycji, ograniczanie przestrzeni obywatelskiej i swobody mediów spowodowało wyraźny spadek w sześciu elementach składowych polskiej demokracji. Odnotowano:

  • ograniczenie swobód obywatelskich, w tym zwłaszcza swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń;
  • słabszą kontrolę rządu poprzez mniej uczciwe media, mniej niezależne sądy i mniej skuteczny parlament.

Badacze zwrócili też uwagę na kwestię równości płci. O ile wyniki krajów takich jak Chorwacja, Polska, Serbia i Turcja nie pogorszyły się dramatycznie, wyraźna i niepokojąca jest tendencja spadkowa w ostatnich pięciu latach.

„Tendencje autokratyczne”

Zdaniem autorów raportu, część partii politycznych w Europie, a zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, przejawia tendencje autokratyczne. Jedną z nich jest PiS.

„Partie te oraz tworzone przez nie rządy opierają się na platformach ideologicznych będących kombinacją konserwatyzmu, nacjonalizmu i odrzucenia liberalnej demokracji. Typowe przykłady to Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, Fidesz na Węgrzech i WMRO-DPMNE w Macedonii Północnej (u władzy do 2016 roku)” – piszą badacze.

W raporcie zwrócono uwagę na fakt, że te partie i rządy chętnie nazywają przeciwników politycznych „zdrajcami” i retorycznie wykluczają z narodowej wspólnoty. Kładą nacisk na narrację historyczną, ideologie natywistyczne i globalne teorie spiskowe.

„Od zdobycia władzy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość umacnia władzę wykonawczą i zmienia strukturę prawną i konstytucyjną tak, by poszerzać bastion swoich rządów. Aby usprawiedliwić daleko idące zmiany, PiS podkreśla rolę tradycyjnych wartości i moralność. Skupia się na redystrybucji społecznej i odrodzeniu zaufania do instytucji publicznych” – czytamy w raporcie.

Sądy, media…

Zdaniem badaczy International IDEA w Polsce dostrzegalny jest schemat działania, którego celem jest centralizacja władzy i kontrolowanie opozycji. Polska przypomina w tym inne kraje regionu, które w ostatnich latach otarły się o autorytaryzm.

„PiS przejął kontrolę nad mediami. Zmienił zasady wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Dał sobie kontrolę nad procesem nominacji sędziowskich. Partia ta obsadziła swoimi zwolennikami kluczowe stanowiska w sądach i poddała je ścisłej kontroli ministra sprawiedliwości” – piszą autorzy opracowania.

Sądy to nie wszystko. W raporcie czytamy także o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności, w ramach którego scentralizowano finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego. O absurdalnych decyzjach kierownictwa Instytutu, w tym wicepremiera Piotra Glińskiego.

International IDEA przypomina o ustawach antyterrorystycznych z 2016 roku. Polski rząd dał sobie w nich prawo do nadzoru komunikacji internetowej z pominięciem nakazu sądowego. Wydłużono okres tymczasowego aresztowania, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uzyskała szerszy dostęp do danych osobowych.

Na poniższych wykresach przedstawiono, jak w latach 1988-2018 ewoluowały wskaźniki swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń oraz kontroli nad rządem w Polsce, na tle innych krajów, Europy i świata.

Prześladowane NGO

W raporcie International IDEA zwrócono szczególną uwagę na ograniczenia narzucane organizacjom społeczeństwa obywatelskiego.

Ograniczenia te, jak zauważają badacze, często idą w parze z naruszeniami praworządności, redukcją swobód, praw podstawowych i słabszą kontrolą nad egzekutywą. „Są silnie związane z regresem demokracji m.in. w Polsce, Serbii, na Węgrzech i w Turcji” – czytamy w opracowaniu.

To np. więcej biurokracji przy rejestrowaniu nowych inicjatyw czy poszerzenie definicji tego, co uznaje się za działanie polityczne, czyli niedopuszczalne. NGO cierpią z powodu nowych praw zakazujących „obrażania” rządów i liderów politycznych. A także przez ograniczenia w wolności zgromadzeń i dostępie do finansowania.

Z badań wynika, że mniej swobody działania mają zwłaszcza NGO działające na rzecz praw człowieka, w tym praw migrantów i uchodźców, osób LGBT i mniejszości etnicznych. Wzrost znaczenia prawicowych populistów oraz mowa nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi, de facto ograniczyły przestrzeń obywatelską dla przedstawicieli tych mniejszości.

A organizacje, które ich bronią, stały się obiektem ataków także przestawicieli partii politycznych.

Jak podkreślają badacze tendencję tę widać w całej Europie. Także w krajach, w których dotąd władze wspierały społeczeństwo obywatelskie takich jak np. Austria, Holandia i Wielka Brytania.

Nowy ład w Europie?

Z raportu International IDEA wynika, że polskie „reformy” to nie tylko specyfika kraju nad Wisłą, a fenomen ogólnoeuropejski.

W wielu krajach starego kontynentu rośnie popularność „demokracji nieliberalnej”, polaryzacja społeczeństw i rozczarowanie partiami politycznego mainstreamu. Główne powody? Jest ich wiele, ale kluczowy wydaje się lęk przed globalizacją i rozwojem technologicznym, które uwypuklają nierówności oraz bezbronność wobec kaprysów gospodarki. I zagrażają tradycyjnym wartościom.

„Część partii politycznych wykorzystuje te lęki, dając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. […] To klimat polityczny, w którym ochronie mniejszości i głoszonych przez nie poglądów przeciwstawiany jest wyraźny lęk, że to wartości wyznawane przez większość są zagrożone” – napisano w raporcie.

Takie historie znają nie tylko Polska i Węgry, ale także Austria i Włochy, gdzie do władzy doszły partie o profilu skrajnie prawicowym – FPÖ i Liga.

Jednocześnie obywatele i obywatelki okopują się we wrogich obozach, przede wszystkim politycznych. Coraz częściej tracą kontakt także na poziomie społeczno-kulturowym i konsumują inne treści medialne.

Jest jednak nadzieja – także dla Polski. Badacze wskazują na pozytywne przykłady Armenii i Macedonii Północnej, w których widać demokratycznie ożywienie i pierwsze oznaki zatrzymania regresu demokracji.

Demokracja na świecie

Badacze przyjrzeli się stanowi demokracji z perspektywy globalnej. Odnotowali szereg pozytywnych tendencji:

  • liczba krajów demokratycznych rośnie, dziś jest ich 97, czyli 62 proc., w 1975 roku było to zaledwie 26 proc.;
  • w demokracjach żyje ponad połowa ludności na świecie (57 proc., w porównaniu do 36 proc. w 1975);
  • demokracji domagają się społeczeństwa krajów, które nigdy nie doświadczyły rządów w pełni demokratycznych, np. w Armenii, Malezji, Algierii, Egipcie czy Sudanie;
  • pierwsze oznaki demokratycznych reform w krajach niedemokratycznych, np. w Etiopii;
  • aż 81 proc. z 97 światowych demokracji jest stabilna.

Ale raport International IDEA zawiera też listę ostrzeżeń:

  • choć liczba państw demokratycznych rośnie, jakość demokracji słabnie;
  • mamy coraz więcej krajów, w których niedawne demokratyczne przemiany są odwracane; demokracje są kruche zwłaszcza w Afryce;
  • krajów, które doświadczają erozji demokracji, jest dziś dwa razy więcej niż 10 lat temu;
  • erozja widoczna jest w ponad połowie państw w Ameryki Północnej (w tym w Stanach Zjednoczonych), Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku oraz w nieco mniej niż połowie krajów Afryki oraz Ameryki Łacińskiej i Karaibów;
  • rośnie też liczba krajów przejawiających regres demokracji, w których władza rozmontowuje mechanizmy kontroli i ogranicza swobody obywatelskie – jest ich dziś 10 (w tym Polska);
  • najpoważniejszym przypadkiem regresu jest Wenezuela, która z kraju demokratycznego przekształciła się w nie-demokrację;
  • przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego kurczy się na całym świecie i we wszystkich rodzajach rządów;
  • rośnie liczba reżimów hybrydowych, wśród których 71 proc. nigdy nie było demokracjami;
  • osiągnięcie parytetu kobiet i mężczyzn w parlamentach przy obecnym tempie potrwa jeszcze kolejnych 46 lat.

Prezes Kaczyński lubi spotkania w mediach mu przychylnych a teraz, im bliżej wyborów prezydenckich, jego aktywność wzrasta. Ostatnio udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, w którym odniósł się do Stanisława Piotrowicza i reelekcji Andrzeja Dudy.

Kaczyński nie ukrywa, że po zgłoszeniu kandydatur Piotrowicza i Pawłowicz do TK, spodziewał się ostrego ataku na nich, ale nie zamierza wierzyć w te kłamstwa, głoszone przez nieprzychylne PiS-owi media. Nagonka na Piotrowicza to nic innego jak rodzaj zemsty za przeprowadzenie przez niego reformy sądownictwa, a zarzuty związane z pełnieniem funkcji prokuratora w stanie wojennym, są bezzasadne. Fakt, był w „PZPR, ale należał do tej grupy prokuratorów i sędziów, którzy starali się maksymalnie łagodzić represje”.

Kaczyński nie ukrywa, że jest przekonany, iż „Stanisław Piotrowicz jest zły, ponieważ nie jest po „właściwej stronie” i jednocześnie przypomina, że ci, z tej drugiej strony „z honorami żegnali Wojciecha Jaruzelskiego, oni wysłali do Parlamentu Europejskiego całą ekipę PZPR na czele z Leszkiem Millerem, członkiem Biura Politycznego i sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii (…) Ale Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz aktywista partyjny i Danuta Huebner, która miała podobną przeszłość – są dla nich dobrzy”.

W rozmowie padły też ciepłe słowa dotyczące Andrzeja Dudy.  Prezes wspominał początki jego kampanii wyborczej, które nie były zbyt optymistyczne, jego trudną drogę do zwycięstwa i przyznał, że, według niego, „Andrzej Duda ma tak duże szanse na reelekcję, iż niespecjalnie chcę rozważać sytuację, że przegra”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy obserwuje się stoicki spokój partii opozycyjnych, którym wydaje się, że mają mnóstwo czasu do wyborów i jakoś się zorganizują, zdążą, przekonają Polaków do swojego kandydata, którego wciąż nie ma.

PiS dostał lufę od Państwowej Komisji Wyborczej

Jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską. Pod takim zarzutem siedzi w areszcie”. Ze środka rządu PiS kierowano mafią VAT-owską? Afera Banasia powinna zmieść szefów służb i ich nadzorców.

Powinna powstać komisja śledcza. Rozumiem, że PO jest zajęta innymi rzeczami, ale wniosek o KS ds afery Banasia powinien już się pisać.

Państwowa Komisja Wyborcza przeanalizowała jeden z sześciu – bliźniaczo do siebie podobnych – protestów wyborczych PiS i uznała, że nie zasługuje na uwzględnienie. – Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu – wystąpiła do Sądu Najwyższego.

Protesty wyborcze komitetu PiS ujawniło Oko.press. Serwis wydobył skargi z Sądu Najwyższego. W sześciu podobnych pismach komitet PiS kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych. We wszystkich wygrali kandydaci opozycji lub niezależni. Przewaga nad kandydatami PiS wyniosła od 320 głosów do 3 tys.

Rządząca partia liczy, że uwzględnienie protestów pozwoli jej na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni.

„Wyniki wyborów niemal po połowie dzielą Senat pomiędzy partię sprawującą władzę a opozycję. W tym stanie rzeczy w interesie społecznym jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących” – napisał w uzasadnieniu protestów pełnomocnik komitetu PiS Krzysztof Sobolewski.

PiS myli artykuł kodeksu

„Zgłaszam protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Senatu RP” – czytamy w każdym z dokumentów. Sobolewski podnosi w nich identyczny zarzut naruszenia art. 227 Kodeksu wyborczego. Określa on sposób głosowania i warunki uznania głosu za ważny. Reguluje m.in. w którym miejscu należy postawić znak „X”.

Problem w tym, że przepis nie dotyczy wyboru senatorów, ale posłów, co jako pierwsza zauważyła Wirtualna Polska. Sposób głosowania w wyborach do Senatu określa zupełnie inny przepis. – Do Sądu Najwyższego wpłynęło już sprostowanie podstawy prawnej, która znalazła się w protestach komitetu PiS – poinformował w czwartek sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN.

Według prawników protesty wyborcze PiS są obciążone inną wadą. „Powinny zostać pozostawione bez biegu jako niespełniające wymogów formalnych” – uważa prof. Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela, która zajmuje się prawem wyborczym. Swoją analizę na temat dwóch pierwszych protestów PiS zamieściła w serwisie „Konstytucyjny”.

PiS: zarzuty są zasadne

By protest mógł zostać rozpoznany, muszą w nim zostać postawione konkretne zarzuty naruszenia przepisów kodeksu wyborczego albo popełnienia przestępstwa przeciw wyborom określonego w Kodeksie karnym. Tymczasem protesty PiS oparte są na ogólnikach i przypuszczeniach.

„Naruszenie polegało nam niewłaściwym zakwalifikowaniu jako nieważnych głosów, które powinny zostać uznane za ważne” – to zarzut postawiony przez Sobolewskiego. Pełnomocnik PiS uzasadnia go różnicą głosów pomiędzy kandydatami (przypomnijmy: od 320 do 3 tys.) zestawioną z liczbą głosów nieważnych (od 1,4 do 6,2 tys. w zależności od okręgu). „Ustalenie, że część głosów zostało nieprawidłowo uznane za nieważne, gdy w rzeczywistości powinny one zostać uznane za głosy poparcia dla kandydata PiS decyduje o tym, że to on uzyskał najwięcej głosów” – czytamy w pismach PiS.

Jakie partia ma dowody na to, że głosy nieprawidłowo uznano za nieważne? Żadnych, bo w protestach ich nie przedstawia. Wskazuje jedynie, że np. w okręgu koszalińskim liczba głosów nieważnych z powodu postawienia więcej niż jednego znaku „x” przekraczała różnicę głosów między zwycięzcą a przegranym. „Potencjalnie powyższa przyczyna jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów” – napisał Sobolewski.

Na naruszenie przepisów – wg PiS – ma wskazywać również wzrost liczby głosów nieważnych odnotowany w dwóch okręgach w porównaniu z wyborami w 2015 r. „Jest to zjawisko przeciwne do ogólnej tendencji mniejszej ilości głosów nieważnych” – napisał Sobolewski. Na naruszenie kodeksu ma jeszcze wskazywać niewielka różnica głosów pomiędzy kandydatami w okręgu koszalińskim – 320 głosów. Bo „jest na tyle znikoma, że może uchodzić za pewien margines błędu w klasyfikowaniu głosów, błędów pisarskich w protokołach czy omyłek rachunkowych”.

„Wnoszę o ustalenie, że zarzuty są zasadne a naruszenia miały wpływ na ważność wyborów – napisał Sobolewski, prosząc o oględziny kart do głosowania na rozprawie, porównanie ich z protokołami oraz ponowne przeliczenie głosów. – Należy z całą pewnością wykluczyć możliwość wpłynięcia błędów proceduralnych na ich wynik”.

PKW: podnoszone zarzuty są niezasadne

„Sam fakt, że w oprotestowanych okręgach różnica głosów pomiędzy kandydatami była niewielka, a liczba głosów nieważnych znaczna nie stanowi nawet cienia podstawy do przypuszczenia, że doszło do naruszenia prawa – uważa Rakowska-Trela. – Sam fakt, iż skarżącemu nie podoba się wynik wyborczy, przy braku dowodu na zasadność naruszenia konkretnego przepisu kodeksu wyborczego, czy w ogóle przy braku wykazania konkretnych naruszeń, nie może stanowić podstaw do ponownego liczenia głosów”.

Prawniczka podkreśla, że SN nie jest „super-komisją wyborczą”, która ma ponownie liczyć głosy, gdy wynik jest niesatysfakcjonujący, a różnice niewielkie: „Sąd Najwyższy bada konkretne zarzuty, konkretne naruszenia, poparte konkretnymi dowodami. A w omawianych sprawach takich konkretów brak. Tym samym protesty, oparte na takich jedynie podstawach, powinny zostać pozostawione bez dalszego biegu”.

Do podobnego wniosku doszła Państwowa Komisja Wyborcza, która opiniuje protesty wyborcze dla Sądu Najwyższego. W czwartek oceniła jeden z bliźniaczo podobnych do siebie protestów PiS.

– Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu. Uznajemy podnoszone zarzuty za nieznajdujące podstaw do tego, aby należało wybory w okręgu powtórzyć – mówił w Sejmie sędzia Wiesław Kozielewicz, szef PKW. – Okoliczności wskazane w proteście nie uprawniają do podjęcia decyzji o powtórzenia wyborów – dodał.

Czy Polska byłaby bogata jak Niemcy i Francja, gdyby nie było komunizmu >>>

Protesty wyborcze, które zgłosiła partia rządząca, nie mają merytorycznego uzasadnienia. PiS złożył je tam, gdzie liczy na łut szczęścia. Albo tam, gdzie chce zmanipulować wyniki na swoją korzyść.

Protesty dotyczą tych okręgów, w których kandydatom tej partii do Senatu zabrakło do wygranej niewiele, a głosów nieważnych padło na tyle dużo, że ich ponowne przeanalizowanie może coś zmienić. W jednym z tych okręgów o zwycięstwie kandydata opozycji zadecydowało 320 głosów.

Protest wyborczy powinien wyraźnie wskazywać, do jakich naruszeń mogło dojść i jakie dowody mogą służyć na poparcie tych podejrzeń. Do treści złożonych przez PiS protestów dotarła redakcja OKO.press. Nie ma w nich mowy o dowodach. Zamiast tego pojawiają się hipotetyczne rozważania na temat tego, co mogłoby się zmienić, gdyby okazało się, że nieprawidłowości doszło.

Sam fakt, że w danym okręgu oddano wiele głosów nieważnych, nie jest wystarczającym powodem do ich powtórnego przeliczenia ani do powtórki głosowania. Ale nawet gdyby PiS protestował wszędzie tam, gdzie odsetki głosów nieważnych są wyjątkowo wysokie, to w pierwszej kolejności złożyłby pewnie protest w Nowym Sączu – tam było ich ponad 10 proc. Ale akurat w Nowym Sączu kandydat PiS wygrał z dużą przewagą.

Relatywnie dużo nieważnych głosów oddano też w Stargardzie i Zabrzu (po niespełna 4 proc.). Tam jednak PiS także nie protestuje.

Tegoroczne wybory odznaczały się wyjątkowo niskim odsetkiem głosów nieważnych. W wyborach do Senatu uznano za nieważne tylko 2,55 proc. Cztery lata temu było ich 3,88 proc.

Merytoryczne podstawy mają mniej liczne protesty, które składa opozycja. Jej zdaniem PiS zgłosił po ustawowym terminie kandydata w miejsce zmarłego tuż przed wyborami Kornela Morawieckiego. W innym okręgu jednego z kandydatów oznaczono logotypem innego komitetu wyborczego niż ten, z którego startował, co mogło wprowadzić wyborców w błąd.

Na co liczy PiS? W scenariuszu optymistycznym – na to, że podczas liczenia doszło do błędów, a na ich odkryciu stracić może jedynie opozycja. W scenariuszu pesymistycznym – na to, że podczas ponownego liczenia uda się zmanipulować wyniki. Protesty wyborcze rozpatrzy izba Sądu Najwyższego powołana na skutek „reformy” przeforsowanej przez partię rządzącą i prezydenta. Liczenie może się odbywać albo w tej izbie, albo w sądach niższego szczebla.

Przede wszystkim jednak, jeśli PiS nie uzasadnia swoich podejrzeń co do rzetelności wyborów i liczenia głosów, to protesty tej partii nie powinny zostać uwzględnione.

Komitet Wyborczy PiS w sześciu niemal jednobrzmiących protestach złożonych w Sądzie Najwyższym nie podał dowodów na nieprawidłowości, które podważałyby wynik wyborów do Senatu. Przeprowadza za to hipotetyczne rozważania, co by było, gdyby takie błędy były. OKO.press publikuje wszystkie sześć protestów PiS. Zobaczcie je sami

OKO.press uzyskało w Sądzie Najwyższym kopie wszystkich sześciu protestów wyborczych PiS. Dostaliśmy je legalnie, zwracając się do SN o ich udostępnienie. Zresztą w tak ważnej dla obywateli sprawie nie powinno być żadnych tajemnic.

We wszystkich sześciu protestach powtarza się sformułowanie, że

„ustalenie, iż ok. 10 proc. głosów zostało nieprawidłowo uznanych za nieważne, zaś w rzeczywistości powinny być one uznane jako głosy poparcia dla kandydata Komitetu Wyborczego PiS, decyduje o tym, że najwięcej głosów uzyskał kandydat PiS”.

To stwierdzenie robi wrażenie, jakby były jakie powody do takiego „ustalenia”, ale nie zostały one nigdzie podane. Uzasadnienie jest de facto rozumowaniem hipotetycznym, że gdyby tak było, to PiS by wybory w danym okręgu wygrał. Trudno się spodziewać, by nawet najbardziej przychylny PiS sąd mógł uznać takie „uzasadnienie” za wystarczające.

Wnioski zawierają czasem dodatkowy argument, że „różnica w ilości głosów w całym okręgu jest na tyle znikoma, iż może uchodzić za pewien margines błędu” co jest niezbyt poprawnym po polsku wyrażeniem ogólnej hipotezy, bez żadnych dowodów. Podobnie jak spekulacje o

„postawieniu znaku x obok nazwiska dwóch lub więcej liczby kandydatów (..) Wiadomym jest, że potencjalnie, powyższa przyczyna nieważności głosu jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów jako ważnych lub nieważnych”.

Informacja o tym, że PiS podważa wybory do Senatu w sześciu okręgach, zelektryzowała całą Polskę. Bo opozycja minimalnie wygrała te wybory i ma teraz w Senacie większość. PiS nie chce się z tym pogodzić, więc protesty wyborcze komitetu wyborczego tej partii odebrano jako próbę zmiany wyniku wyborów. Pisaliśmy o tym w OKO.press tutaj.

Opublikowane przez nas skargi w sześciu okręgach (patrz niżej) dowodzą, że intencja PiS, by odwrócić los Senatu, przeważa nad racjonalną argumentacją. I nie spełniają one wymogów art. 241 § 3 Kodeksu wyborczego, który stwierdza, że

„wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Wybory do Senatu zakwestionowane zapisem o wyborach do Sejmu

Protesty musiałby być przygotowywane na kolanie, bo wszystkie podnoszą jako główny zarzut „naruszenia przepisu art. 227 Kodeksu [Wyborczego] polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Rzecz w tym, że jak zauważył portal wp, art. 227 Kodeksu odnosi się do z rozdziału 5 „Sposób głosowania i warunku uznania głosu” odnosi się do wyborów do Sejmu.

Portal stwierdza, że „co najmniej dwa protesty zawierają ten błąd”, widocznie wp miała dostęp do dwóch dokumentów. Jak widać w dokumentach załączonych niżej, błąd powtarza się we wszystkich sześciu skargach.

R. V. Sposób głosowania i warunki ważności głosu

Art. 227

§ 1. Wyborca głosuje tylko na jedną listę kandydatów, stawiając na karcie do głosowania znak „x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu.

§ 2. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania postawiono znak „×” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list kandydatów albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata z którejkolwiek z list, z zastrzeżeniem § 4.

§ 3. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata umieszczonego na liście kandydatów, której rejestracja została unieważniona.

§ 4. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata z jednej tylko listy kandydatów, a nazwisko tego kandydata zostało z tej listy skreślone, to głos taki uznaje się za ważny i oddany na tę listę.

§ 5. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z tej samej listy kandydatów, to głos taki uważa się za głos ważnie oddany na wskazaną listę kandydatów z przyznaniem pierwszeństwa do uzyskania mandatu kandydatowi na posła, którego nazwisko na tej liście umieszczone jest w pierwszej kolejności.

[/tab]

PiS protestuje tam, gdzie przegrał nieznaczną ilością głosów

Wszystkie protesty wyborcze PiS zawierają taką samą treść i argumentację, opierającą się na tym, że komisje wyborcze mogły źle zakwalifikować nieważne głosy. A gdyby przypadły one kandydatom PiS – Komitet Wyborczy chce, by SN zaliczył na ich korzyść po 10 proc. unieważnionych głosów. Wtedy to partia Kaczyńskiego wygrałaby w sześciu okręgach, a to dałoby PiS większość w Senacie.

Można odnieść wrażenie, że był gotowy wzór protestu wyborczego. Bo kolejne protesty różnią się tylko numerem okręgu wyborczego, którego dotyczą, nazwiskami kandydatów w tych okręgach i liczbą oddanych na nich głosów.

Możesz zresztą sam/sama zobaczyć wszystkie sześć dokumentów. PiS skarży wyniki wyborów do Senatu w następujących okręgach:

1. Okręg numer 100. Obejmuje Koszalin i okolice. Wygrał tu kandydat Stanisław Gawłowski. Startował jako niezależny i uzyskał 44 956 głosów. Przegrał z nim kandydat PiS Krzysztof Nieckarz, który dostał 44 636 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 3344 (2,44 proc. wszystkich głosów).

Zobacz protest dotyczący okręgu 100

2. Okręg 75. Obejmuje m.in. Tychy i Mysłowice. Wygrała tu Gabriela Morawska – Stanecka z SLD, dostała 64 172 głosów. Przegrał z nią Czesław Ryszka z PiS, który dostał 61 823 głosów. Liczba głosów nieważnych – 3749.

Zobacz protest dotyczący okręgu 75

3. Okręg 12. Obejmuje Grudziądz i okolice. Wygrał tu Ryszard Bober z PSL z wynikiem 52 619 głosów. Przegrał z nim Andrzej Mioduszewski z PiS z wynikiem 50 168 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 2844.

Zobacz protest dotyczący okręgu 12

4. Okręg 92. Obejmuje m.in. Gniezno, Wrześnię i okolice. Wygrał tu Paweł Arntd z Koalicji Obywatelskiej – 76 897 głosów. Przegrał Robert Gaweł z PiS z wynikiem 75 413 głosów. Nieważnych głosów było 3064.

Zobacz protest dotyczący okręgu 92

5. Okręg 95. Obejmuje powiaty krotoszyński, kępiński, ostrzeszowski, ostrowski. Wygrała tu Ewa Matecka z Koalicji Obywatelskiej z wynikiem 80 084 głosów. Przegrał z nią Łukasz Mikołajczyk z PiS z wynikiem 77 780 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 6221.

Zobacz protest dotyczący okręgu 95

6. Okręg 96. Obejmuje Kalisz i okolice. Mandat dostał tu Janusz Pęcherz z Koalicji Obywatelskiej, który dostał 72 579 głosów. Przegrał z nim Andrzej Wojtyła z PiS z wynikiem 70 993 głosów. Nieważnych głosów było tu 5444.

Zobacz protest dotyczący okręgu 96

KW PiS chce ponownego liczenia głosów. W Sądzie Najwyższym

Wychodząc z wyżej opisanej spekulacji o możliwych błędach w liczeniu głosów, Komitet Wyborczy PiS chce, by sędziowie z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, w ramach rozpoznawania protestów, dokonali na rozprawie oględzin kart do głosowania oraz porównali te karty z protokołami z komisji wyborczych. Komitet chce również ponownego przeliczenie głosów, też na rozprawie.

Przedstawiciele PiS domagają się, by „na rozprawie mogli się wypowiedzieć w szczególności co do kart do głosowania, które zostały zakwalifikowane jako nieważne”.

Poprzez takie czynności dowodowe Komitet Wyborczy PiS chce najwyraźniej sprawdzić, czy komisje wyborcze dobrze zakwalifikowały głosy nieważne, a nawet sugeruje, że było inaczej. Ale – powtórzmy to – żadnych dowodów nie przedstawia. Protesty zawierają jedynie przypuszczenia czy podejrzenia. PiS sugeruje, że mogły zdarzyć się omyłki pisarskie w protokołach lub błędy rachunkowe.

Podkreśla też, że mandaty w Senacie są podzielone po połowie na opozycję i PiS. Więc w „słusznym interesie społecznym” jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących poprawność wyników głosowania . Bo różnica w liczbie zdobytych głosów pomiędzy wygranymi kandydatami z opozycji, a przegranymi z PiS, nie była duża.

Co do dwóch okręgów pada dodatkowo argument, że w poprzednich wyborach w 2015 r. liczba oddanych tam nieważnych głosów była mniejsza niż obecnie.

Jakby to dowodziło, że cztery lata później były nieprawidłowości w komisjach.

Co zrobi nowa Izba powołana przez PiS

Kodeks wyborczy jasno mówi, że to wnoszący protest wyborczy ma udowodnić, jak doszło do naruszeń i wykazać, że  miały one wpływ na wynik wyborów. Komitet Wyborczy PiS przerzuca jednak ciężar udowodnienia naruszeń na Sąd Najwyższy, chcąc wykorzystać procedurę skargi do ponownego liczenia głosów.

Protesty PiS zbadają trzyosobowe składy z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Mogą dopuścić ponowne przeliczenie głosów jeśli uznają to za zasadne. Ponowne liczenie jest rzadkością w procesach o ważność wyborów.

Izba ta może też pozostawić protesty PiS bez rozpoznania, jako nie spełniające warunków określonych w artykule 241 Kodeksu Wyborczego. Przepis ten mówi, że protest wyborczy ma zawierać zarzuty i dowody na ich poparcie.

Badanie protestów przez skład trzyosobowy kończy się wydaniem opinii, która potem trafia do całego składu tej Izby. Bo to cały skład – 20 sędziów – decyduje o ważności wyborów i o tym, czy w danym okręgu SN podważa wynik wyborów, czy też nie.

Pisaliśmy w OKO.press o tym kto zasiada w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, którą powołał PiS. Izba ta wydawał już wyroki nie pomyśli obecnej władzy:

Powołany przez Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny nie ustaje w ściganiu poznańskiej sędzi Moniki Frąckowiak. Postawił jej kolejne zarzuty, nie prosząc nawet o wyjaśnienia.

Monika Frąckowiak to poznańska sędzia, która orzeka w sądzie rejonowym Nowego Miasta i Wildy. Należy do stowarzyszenia sędziów Iustitia. Jest znana, bo angażowała się w protesty przeciwko zmianom wprowadzonym w wymiarze sprawiedliwości przez PiS. Na demonstracjach mówiła, że „Trybunał Konstytucyjny jest farsą”, a minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powołuje na prezesów sądów „osoby o dość wątpliwej reputacji”.

Ludzie Zbigniewa Ziobry polują na sędzię

Na celownik wzięli ją rzecznicy dyscyplinarni powołani przez ministra Ziobrę. Do sądów dyscyplinarnych skierowali już dwa wnioski o ukaranie poznańskiej sędzi. Teraz dokładają trzeci.

Chodzi o opóźnienia w pisaniu uzasadnień wyroków. Zgodnie z prawem sędziowie mają na to dwa tygodnie. Na ich prośbę prezes sądu może przedłużyć ten termin, ale sędziowie i tak się spóźniają. Twierdzą, że dostają do prowadzenia zbyt dużo spraw.

Rzecznicy dyscyplinarni wzięli pod lupę wszystkie sprawy prowadzone w ostatnich czterech latach przez sędzię Monikę Frąckowiak. Opóźnień dopatrzyli się najpierw w ponad 170 sprawach. Teraz dokładają do tego kolejnych 37 opóźnień z ostatnich miesięcy. – Nie biorą pod uwagę, że w tym czasie prowadziłam 500-600 spraw – mówi nam sędzia Monika Frąckowiak.

Sędzia ścigana, bo krytykuje działania władzy

Frąckowiak nie kwestionuje, że spóźniała się z pisaniem uzasadnień wyroków. Wskazuje, że to nie tylko jej problem. – Nie chcę, by odebrano to jak donoszenie na kolegów, ale problem jest powszechny. W moim wydziale tylko przewodniczący pisze wszystkie uzasadnienia w terminie, ale on ma cztery razy mniej spraw niż ja – zauważa Frąckowiak.

Dlaczego zatem tylko ją wzięli na celownik rzecznicy dyscyplinarni? Frąckowiak nie ma wątpliwości, że powodem są krytyczne wypowiedzi o działaniach obecnej władzy.

Przemysław Radzik, rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę, o zarzutach dla sędzi Frąckowiak poinformował w internetowym komunikacie. „Opisane w przedstawionych zarzutach przewinienia służbowe obwinionej spowodowały ewidentny uszczerbek dla szeroko rozumianego dobra wymiaru sprawiedliwości, godząc w jego powagę, a ponadto narażając strony na negatywne skutki związane z koniecznością oczekiwania na ostateczne zakończenie postępowania” – napisał.

Frąckowiak zauważa jednak, że w sprawach, w których uzasadnienie napisała po terminie, żadna ze stron się na to nie skarżyła. Rzecznik dyscyplinarny z własnej inicjatywy zaczął przeglądać sprawy prowadzone przez sędzię Frąckowiak.

Rzecznicy dyscyplinarni idą na skróty

Poznańska sędzia mówi nam, że o nowych zarzutach dyscyplinarnych też dowiedziała się z internetu. – Nie dostałam żadnego pisma w tej sprawie – mówi. I zarzuca rzecznikom, że znów poszli na skróty. Zgodnie z prawem powinni byli przeprowadzić najpierw postępowanie wyjaśniające. Sędzia, którego to dotyczy, ma prawo złożyć wyjaśnienia, wnosić o przesłuchanie świadków.

– Zostałam tego prawa pozbawiona. Rzecznicy dyscyplinarni popełniają ewidentne błędy proceduralne – mówi sędzia Frąckowiak.

Z powodu takich błędów sąd dyscyplinarny w Lublinie nie rozpoczął procesu sędzi Frąckowiak za opóźnienia w uzasadnieniach ponad 170 spraw. Postanowił za to zwrócić akta rzecznikowi dyscyplinarnemu, by uzupełnił postępowanie. Rzecznik to zaskarżył. Sprawa czeka na rozpatrzenie w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

PiS wie, że jeśli zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, a jeśli nie, to może być początek jego końca.

Na początek powiedzmy sobie jasno – Kodeks wyborczy określa prosto i bez cienia wątpliwości, w jakich przypadkach można składać protesty wyborcze. A można to robić zgodnie z prawem tylko wtedy, gdy składający wniosek o ponowne przeliczenie głosów potrafi udowodnić, że doszło do przestępstwa, które wpłynęło na ważność wyborów, ich wynik lub/i przebieg głosowania. Przestępstwa zaś uprawniające do złożenia protestu wyborczego precyzyjnie opisuje rozdz. XXXI Kodeksu karnego (do którego w tej sprawie odsyła Kodeks wyborczy) w rozdziale zatytułowanym „Przestępstwa przeciwko wyborom”.

Wśród prawnych przesłanek pozwalających na uznanie protestu wyborczego nie ma ani jednego powodu wymienianego publicznie przez znanych polityków PiS. Nie można więc przeliczać głosów „z ciekawości”, z powodu „dużej nieważnej liczby głosów oddanych w danym okręgu” albo dlatego, że „może po ponownym przeliczeniu odzyskamy większość w Senacie”. Każdy z powodów jest bezprawny i wniosek na nim oparty powinien zostać przez sąd oddalony.

Inną kwestią jest problem podnoszony przez stowarzyszenie Obserwatorium Wyborcze, które wydało oświadczenie wyjaśniające, jak łatwo jest zmanipulować w Polsce ponowne liczenie głosów i dlaczego stosowanie tej procedury w obecnym kształcie i okolicznościach zagraża demokracji. Cytuję fragment: – „Od 14 października br. karty do głosowania przechowywane są bez żadnego szczególnego nadzoru: ani obserwatorzy społeczni, ani poszczególne komitety wyborcze nie mają możliwości skontrolowania, gdzie i w jaki sposób są one przechowywane lub przewożone, kto ma do nich dostęp, czy nie dochodzi do ich podmiany lub do manipulowania nimi”.

Dalej Obserwatorium Wyborcze zauważa: – „Karty do głosowania przechowywane są w paczkach zapieczętowanych pieczęciami obwodowych komisji wyborczych, ale to nie daje gwarancji bezpieczeństwa: nierzadko możliwe jest otwarcie i ponownie zamknięcie paczki tak, by nie było tego widać. Ponadto od 14 października pieczęcie obwodowych komisji wyborczych są przechowywane przez urzędników wyborczych, bez żadnej szczególnej kontroli. Nie można więc wykluczyć, że oryginalne pieczęcie zostaną użyte do ponownego zamknięcia i opieczętowania paczek z kartami, po manipulacji ich zawartością”. Całe oświadczenie dostępne jest tu: https://ow.org.pl/2019/10/22/latwo-jest-zmanipulowac-ponowne-liczenie-glosow/

Działania PiS w tej sprawie, już w tej chwili na granicy prawa, pokazują determinację tej partii, aby „odbić” Senat i brak szacunku dla wyborców i ich werdyktu. Powód jest oczywisty – z punktu widzenia PiS stawka jest ogromna.

Większość opozycyjna w Senacie umożliwi przeniesienie blokowanej przez PiS w Sejmie debaty poselskiej do Senatu, a więc odzyskanie głosu w debacie przez polityków, a za ich pośrednictwem także wyborców opozycji. Marszałek Senatu, trzecia osoba w państwie, może wygłaszać do narodu telewizyjne orędzia i w znacznym stopniu kształtować świadomość społeczną, może także jeździć za granicę i rozmawiać o polskich sprawach, a nawet podejmować pewne decyzje wpływające na politykę zagraniczną. Senat ma wpływ na obsadę kierowniczych funkcji w wielu ważnych państwowych instytucjach, które PiS uznał już za własne, prywatne i zdobyte, jak NIK, IPN, KRS, KRRiTV, NIK, RPP, Rzecznik Praw Dziecka, Rzecznik Praw Obywatelskich, UKE, Urząd Ochrony Danych Osobowych.

Determinacja, na granicy bezprawia, z jaką PiS próbuje przejąć Senat, pokazuje, jak ważna jest ta instytucja dla utrzymania polskiej demokracji. PiS wie, co oznacza Senat w rękach opozycji i próbuje zmienić wyniki wyborów, zanim ta świadomość dotrze także do opinii publicznej. A oznacza bardzo wiele: jeśli PiS zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, jeśli nie, to może być początek końca tej partii.

Straszny Dziad, amoralność plus, czyli upodlona Polska

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence. 

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Jak w resorcie Ziobry, wybory mogą być sfałszowane

„Wszcząłem postępowania dyscyplinarne przeciwko Waldemarowi Z., SSO w Krakowie i Olimpii B.-M., SSR w Gorzowie Wlkp., w związku z niestosowaniem się do zasady powściągliwości w mediach społecznościowych” – napisał na Twitterze Przemysław Radzik, zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych. – „To próba odreagowania po tym, co ujawniły media w sprawie afery Ministerstwa Sprawiedliwości, nowej KRS i nominowanych przez Ziobrę rzeczników? Ważne, by zapamiętać to trio: Radzik, Lasota, Schab” – skomentował Marek Tatała z FOR. Te trzy nazwiska to sędziowie, którzy na stanowiska rzeczników dyscyplinarnych zostali powołani przez Zbigniewa Ziobrę.

Radzik w piśmie, które dołączył do tweeta, zarzuca rzecznikowi dawnej KRS oraz sędzi z Sądu Rejonowego w Gorzowie Wlkp. „niestosowanie się do nakazu powściągliwego korzystania z mediów społecznościowych”.

Nie wiadomo, dlaczego postanowił nie używać nazwisk publicznie znanych sędziów, którzy od wielu lat krytycznie odnosili się do pisowskich zmian w sądownictwie.

„Ci Sędziowie mają nazwiska i NIE są przestępcami. Ale panie Radzik, KIEDY będzie wszczęte postępowanie przeciwko kastusiom?”; – „Kiedy będzie Pan wszczynał postępowanie przeciwko Kaście? Ale zapomniałem „za dobre uczynki nie wsadzamy”; – „Powiedziałbym, co sądzę o Pana działaniach, ale połowa jest niecenzuralna, a za drugą będziecie grozić procesami” – komentowali internauci.

A skąd pani wie, że wybory nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości – mówi prof. Radosław Markowski, politolog, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS. – Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – były historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Czy afera hejtu w Ministerstwie Sprawiedliwości z udziałem wiceministra jeszcze pana zaskoczyła?

RADOSŁAW MARKOWSKI: W ogóle nie jestem zaskoczony. Od lat staram się przekonywać rodaków, że mamy do czynienia z zamysłem systemowym, a nie z niedoskonałościami poszczególnych ludzi. To nie jest afera Piebiaka, tak jak nie było afery Chrzanowskiego i innych podobnych przypadków. To są przejawy cynicznie zaplanowanego systemu. Jeszcze dwa, trzy lata temu można było domniemywać, że odkrywając przypadki łamania prawa czy obyczaju politycznego przez rządzących mamy do czynienia  po prostu – co się zdarza w wielu krajach – z “normalną patologią”. Obecnie nie powinniśmy mieć złudzeń, że żyjemy w “patologicznej normalności”. To, co dzieje się w polityce, to nie są wybryki, czyjeś uchybienia, w polityce, która w gruncie rzeczy funkcjonuje zgodnie z normami i procedurami, a tylko czasami zdarza się, jak wszędzie od Skandynawii po Chile, że władza wykonawcza próbuje naginać prawo.

TO JEST REALIZACJA PLANU BUDOWY ALTERNATYWNEGO ŁADU POLITYCZNEGO WZGLĘDEM KRĘGU KULTUROWEGO, DO KTÓREGO WIĘKSZOŚĆ Z NAS ASPIRUJE.

Wróćmy do obserwacji poczynionej prawie pół wieku temu przez mojego nauczyciela akademickiego, prof. Adama Podgóreckiego, który był wybitnym, światowej klasy socjologiem prawa: upraszczając jego teorie trójstopniowego działania prawa – zawsze kiedy ocenia się działania ludzi, trzeba się wznieść o jeden poziom i zapytać, czy system, w którym ludzie działają, jest patologiczny, czy nie (tzw. dewianci w patologicznym systemie nie są dewiantami, lecz – zazwyczaj – przyzwoitymi obywatelami).

NIEMAL WSZYSCY SOCJALDEMOKRACI CZY SOCJALIŚCI W FASZYSTOWSKICH NIEMCZECH BYLI ZDEFINIOWANI PRZEZ SYSTEM JAKO DEWIANCI, A BYLI NORMALNYMI LUDŹMI.

Brzmi, jakby nie było dla nas ratunku…
Tak źle nie jest, ale trzeba przede wszystkim pilnować, jak opowiadamy o tych patologicznych zachowaniach przedstawicieli władzy (nie powielać narracji relatywizujących czy “symetrycznych” – jaki ten Piebiak to był dobry człowiek, sędzia i coś z biedakiem złego się stało etc.). Także dlatego, że to po prostu nieprawda. Wystarczy zrobić analizę socjologiczno-profesjonalną, kto jest zatrudniony na świeczniku w tym ministerstwie. Na czele z ministrem to – nie wszyscy, ale w większości – profesjonalni nieudacznicy; w przeszłości dyscyplinarnie karani, o nikłych osiągnięciach zawodowych, bez powodzenia próbowali awansować, na egzaminach mieli ledwo tróje. W normalnej rzeczywistości, gdzie merytoryczne kryteria są brane pod uwagę, nigdy by takiego awansu nie osiągnęli. Taka zawodowa frustracja się kumuluje i gotowość do tego, żeby za wszelką cenę utrzymać się u władzy, eliminując merytorycznie przygotowaną konkurencję, broniącej wartości zapisanej w konstytucji, skłania do korzystania z nielegalnych środków, łamania prawa i – tak po ludzku – etycznie obrzydliwego zachowania względem własnej grupy zawodowej.

NASZĄ NARRACJĘ TRZEBA DOSTOSOWAĆ DO TEJ RZECZYWISTOŚCI, WŁAŚNIE DO TEGO, CO NAZYWAM “PATOLOGICZNĄ NORMALNOŚCIĄ”, A NIE ZACHOWYWAĆ SIĘ, JAKBYŚMY MIELI DO CZYNIENIA Z ODOSOBNIONYMI PRZYPADKAMI “NORMALNEJ PATOLOGII”.

Czy to, co się dzieje, jest zrozumiałe dla przeciętnego Kowalskiego?
Musze przyznać, że owa “patologiczna normalność” nie jest możliwa bez – choćby biernego – przyzwolenia (części) owych Kowalskich, którzy chcieliby być nazywani obywatelami, choć nie spełniają wielu konstytutywnych cech takowych. W tym miejscu mówię nawet nie tyle o tych 5-6 milionach, którzy dali się uwieść konfabulacjami tej władzy, częściowo przekupić, częściowo zradykalizować względem iluzorycznych zagrożeń (migranci, gender, LGBT) – ich w większości trudno winić, znając ich cechy, zarówno te społeczno-demograficzne, jak i kulturowe orientacje, słabe zakorzenienie w faktach, oświeceniowych wartościach, rzetelnej wiedzy o rzeczywistości, poziomie ich czytelnictwa etc. (służę danymi empirycznymi).

JEDNAK TO, CO JEST NIEPOKOJĄCE, TO ZADOWOLONA KLASA ŚREDNIA. SĄDZĘ, ŻE GDYBY W NIEMIECKIM, SZWEDZKIM CZY HOLENDERSKIM MINISTERSTWIE SPRAWIEDLIWOŚCI WYKRYTO SZAJKĘ HEJTERSKĄ, KTÓRA NA ZLECENIE ALBO ZA PRZYZWOLENIEM MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI NARUSZA SZEREG PRZEPISÓW OD KODEKSU KARNEGO POPRZEZ CYWILNY PO NARUSZENIE REGULACJI ODNOSZĄCYCH SIĘ DO DANYCH OSOBOWYCH, TO OPINIA PUBLICZNA BY ZAREAGOWAŁA CAŁKIEM INACZEJ.

Nie 20-30 osób, jak to widzimy, tylko setki tysięcy wyszłoby na ulice. Wymieniłem kraje, do których warto się porównywać, ale nie dalej jak parę miesięcy temu wielka afera korupcyjna i próba zmiany prawa pojawiła się w Rumunii i społeczeństwo wyszło na ulice w liczbie setek tysięcy i protestowało. Coś zatem u nas jest nie tak. Oczywiście, gdyby sprawa pozostawała tylko w sferze podejrzeń i domniemań, to można by zrozumieć tę bierność, ale w tym przypadku niemalże za rękę zostali złapani ci, co to robili. Tym bardziej, że akurat hejtowanie jest zrozumiałe, bo każdy przeciętny użytkownik Internetu tego doświadcza.

Próbowałem tłumaczyć na świecie tę sprawę. Przyznam, że pomimo względnej sprawności językowej trudno mi było się dokładnie wysłowić, bo brakuje słów; na marginesie, nawet po polsku mam problem, żeby dokładnie opowiedzieć, co tu się stało. Za granicą ludzie często myślą, że zmyślam, że to po prosu nie jest możliwe. To jest pytanie, które często w odniesieniu do tej patologicznej normalności Polski od 2015 roku zadają mi koledzy na Zachodzie. “Przecież jest konstytucja, jak premier mogła nie opublikować orzeczenia TK, jak to możliwe, że podejmuje się próbę usunięcia Pierwszego Sędziego Sądu Najwyższego, skoro nie byle gdzie, bo w Konstytucji, jest zapisane, że kadencja ta jest nienaruszalna?”.

ONI KOMPLETNIE TEGO NIE ROZUMIEJĄ, JAK MOŻNA WBREW KONSTYTUCYJNEMU ZAPISOWI DZIAŁAĆ I CHCIEĆ POZOSTAĆ WE WSPÓLNOCIE POLITYCZNEJ PAŃSTW EUROPEJSKICH. W KAŻDYM INNYM KRAJU EUROPEJSKIM TA AFERA ZGROMADZIŁABY SETKI TYSIĘCY LUDZI NA ULICACH.

Dlaczego? Co jest z nami nie tak? Mówi się, że to lata komuny…
Proszę pani, zwalanie niedemokratycznego rozwoju Polski na to, że pozostał w nas homo sovieticus, jest nieprawdziwe. Jeżeli w czymś możemy upatrywać niskich kwalifikacji polskiego obywatela, jego słabego kapitału społecznego, to w specyficznym typie katolicyzmu; w tradycji, w której się wyrasta: zdrowaśkach, odpuszczaniu win, spowiedzi i korupcjogennym dawaniu na tacę za wszystkie grzechy, połączonym z przekonaniem, że to załatwia sprawę. Mówiłem wielokrotnie i pisałem, głównie na podstawie badań, że

NAJBARDZIEJ ODPOWIEDZIALNY ZA TEN STAN RZECZY JEST WŁAŚNIE BRAK TRADYCJI OŚWIECENIOWEJ I PURYTAŃSKIEJ, PROTESTANCKIEJ, GDZIE GRZECH JEST GRZECHEM, A ODPOWIADA SIĘ ZA NIEGO BEZPOŚREDNIO PRZED BOGIEM.

To ten kulturowy sos, w którym wrastamy w życie, sprawia, że mamy ułomne kwalifikacje demokratyczne. Podobnie jest na południu Włoch – to ten sam produkt socjalizacji do niemoralnego familiaryzmu, nepotycznych związków, nierozumienia, czym jest dobro publiczne, czym kultura kontraktu, kultura respektowania formalnych instytucji, bo większość spraw załatwia się między parafią a rozszerzoną rodziną – kuzyni, różni pociotkowie, siostry cioteczne. To jest ta familijna społeczność, która zazwyczaj akceptuje i wybacza zło, no bo w niedzielę idzie się do kościoła, spowiada z grzechów i jest się czystym. To jest klimat, w którym rodzi się i kwitnie brak poszanowania dla demokracji i jakości życia publicznego.

Oczywiście z drugiej strony mamy rozwój gospodarczy; w ostatnim 30-leciu Polska dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego i ekonomicznego, jak żaden inny kraj regionu.

NADAL JESTEŚMY BIEDNYM KRAJEM, ALE TO ZAMAZUJE OBRAZ RZECZYWISTOŚCI TEJ ZADOWOLONEJ Z SIEBIE KLASIE ŚREDNIEJ, SIEDZĄCEJ W PÓŁCIĘŻARÓWKACH, CO PALĄ KILKANAŚCIE LITRÓW. TO PIERWSZE POKOLENIE NUWORYSZY, KTÓRYM SIĘ UDAŁO I KTÓRYM SIĘ WYDAJE, ŻE DOBROSTAN I ZAGRANICZNE WYCIECZKI NA KUBĘ CZY MALEDIWY WYSTARCZĄ.

Wydaje im się, że to wszystko może funkcjonować w tym quasi-autorytarnym sosie i niedemokratycznym kontekście. Niech nie mają złudzeń – nie będzie funkcjonować, choć niektórym z nich “się uda”. Ci, co chcą, widzą już początki zapaści – umiera nas znacznie więcej, niż w latach poprzednich, do lekarza dostać się nie można, apteki nie mają leków, przestępczość rośnie, podobnie zatrważająco szybko samobójstwa młodzieży, a co najważniejsze – wbrew tezom Pinokia – nierówności społeczne, zwłaszcza zaś skrajne ubóstwo w latach 2015-2018 rośnie, a nie maleje. O modernizacji przemysłu, budowie infrastruktury nie wspomnę… Ale dla niecałych 20 proc. jest OK, bo do osobistej kieszeni wpływają pieniądze…

I jeszcze jedno, chyba najgorsze w tym wszystkim, a w każdym razie to, co przyczyniło się moim zdaniem do potężnej demobilizacji obozu demokratycznego – symetryzm. Liczna kasta strojących się w piórka publicznych intelektualistów osób, która przez 4 lata codziennie – najgorsze w tym, że względem części obywateli skutecznie – uprawiała propagandę równych win – “tamci też tak robili”.

Ta władza nie publikuje orzeczeń TK, ale tamci też przecież przy Trybunale majstrowali. I fakt, że “tamci” natychmiast po orzeczeniach przepraszali, posypywali głowy popiołem, mówiąc wprost uznawali orzeczenia TK za ostateczne, w niczym im nie przeszkadza, by zrównywać te czyny z niepublikowaniem orzeczeń TK czy atakiem na kadencyjność sędziów oraz rozmontowywaniem trójpodziału władz.

UWAŻAM SYMETRYZM ZA FELER INTELEKTUALNY I PRZYZNAM, ŻE OSTATNIO NAWET ODMÓWIŁEM UDZIAŁU W KONFERENCJI, KTÓRĄ MIAŁO PROWADZIĆ DWÓCH SYMETRYSTÓW, BO NIE MAM CZASU NA NIEEKWIWALENTNĄ WYMIANĘ MYŚLI.

Zło w ten sposób czynione po stronie obozu liberalno-demokratycznego zniechęca i demobilizuje elektorat, który powinien stać na straży konstytucyjnego porządku kraju, ale został zneutralizowany, zagadany przez wpływowe, finansowane z budżetu państwa ośrodki, przez Ministerstwo Kultury, które nie ma wątpliwości, komu obiektywnie służy (część) ich działalności. To ważny, a najczęściej pomijany aspekt tej układanki.

Jesteśmy przed wyborami. Czy możemy mówić, że będą one w pełni demokratyczne? Nie mówię o fałszerstwach, ale np. o równym dostępie do mediów.
A skąd pani wie, że nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości.

Stąd ta desperacka chęć przejęcia i ustawienia PKW czy nowe rozwiązanie dotyczące organu orzekającego o formalnej poprawności przeprowadzonych wyborów. Między innymi po to, aby mieć możliwość kwestionowania ich wyników. Zatem

KAŻDY, KTO DZIŚ MÓWI, ŻE NADCHODZĄCE WYBORY NA PEWNO BĘDĄ RÓWNE I UCZCIWE, JEST NAIWNY. POWIEDZIAŁBYM TAK – ZAPEWNE BĘDĄ RÓWNE. TU NIKT NIKOGO NIE BĘDZIE USTAWIAŁ W CZWÓRKI, ŻEBY MASZEROWAŁY GŁOSOWAĆ, ALE ŻE UCZCIWE NIE BĘDĄ – TO JEST PEWNE.

Żadna agenda oceniająca uczciwość wyborów, jak Freedom House czy Bertelsmann Index, w sytuacji takiej monopolizacji i upartyjnienia propagandowego telewizji publicznej nie uzna ich za uczciwe. I ten jeden fakt wystarczy. Wszystko zatem w rękach opozycji, która powinna mieć mnóstwo mężów zaufania, którzy będą patrzeć na ręce liczących w komisjach oraz pilnować, co się będzie działo z kartami do głosowania. Należy zapewnić liczną obecność międzynarodowych obserwatorów. Niestety, takich czasów doczekaliśmy.

Opozycja złożyła wniosek do NIK w sprawie afery w MS. Czy w dzisiejszej rzeczywistości ta sprawa może być wyjaśniona?
Niestety nie. Przecież nie po to minister sprawiedliwości jest jednocześnie prokuratorem generalnym. Nie po to wprowadzono rozwiązania, które są zamachem na instytucjonalne podziały, które w demokracjach służą niezależności. W każdym demokratycznym kraju pan Ziobro podałby się do dymisji lub został zdymisjonowany. To dotyczy także np. Słowacji. Tam premier zrezygnował, bo mafia zastrzeliła dziennikarza, w Rumunii podobnie. Jest wiele krajów, na które patrzymy z góry, gdzie pewne standardy są wciąż utrzymywane. Jeśli było to za jego przyzwoleniem, a wiele na to wskazuje, to powinien zostać zdymisjonowany. W drugiej wersji – że nie wiedział – także powinien zostać zdymisjonowany, bo nie może być tak, że pod nosem ministra takie rzeczy się dzieją.

JEDYNYM SPOSOBEM, ABY TĘ KWESTIĘ I DZIESIĄTKI INNYCH, O KTÓRYCH JESZCZE SIĘ NIE DOWIEDZIELIŚMY, WYJAŚNIĆ, CO SIĘ W TEJ “PATOLOGICZNEJ NORMALNOŚCI” DZIEJE, TO NOWE WYBORY, NIEZALEŻNY PROKURATOR, MOŻE KOMISJA SEJMOWA.

Pytanie, czy po wyborach ten układ się zmieni.
Do wyborów chodzi połowa Polaków. Jeżeli rodacy uznają, że to jest coś, co im się nie podoba, to zdmuchną te 5-6 mln, które popiera PiS. Może się też stać tak, że rodacy nie podzielają mojego zdania na temat tej “patologicznej normalności” i podoba im się to, co się dzieje. Wtedy wracamy do niezbyt przyzwoitego, ale politologicznie zdroworozsądkowego powiedzenia, że każdy naród ma taką władzę, na jaką sobie zasłużył. Widocznie ten styl uprawiania polityki im nie przeszkadza.

Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – było historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami.

W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM TYLKO PARĘ LAT WYTRZYMALIŚMY W DEMOKRATYCZNYCH RYZACH. MOŻE TAK JEST TEŻ I TERAZ. MOŻE NASTĘPNE POKOLENIA MUSZĄ SIĘ PRZYGOTOWAĆ, ŻE ZAWSZE BĘDĄ ŻYĆ W NIEDEMOKRATYCZNYM USTROJU. PEWNIE NIE BĘDZIE TO REŻIM MASOWYCH REPRESJI CZY MORDERSTW POLITYCZNYCH, ALE BĘDZIE MNIEJ LUB BARDZIEJ SELEKTYWNIE OPRESYJNY.

Może odpowiada nam życie w państwie scentralizowanym, odgórnie sterowanym przez uzurpatora rodem z XIX wieku, który chce rządzić krajem w XXI wieku. Kolejna wersja ucieczki od wolności? W każdym razie faza akceptacji i/lub obojętności względem owej “patologicznej normalności” to niezbędna podstawa, swoista trampolina zachęcająca politycznych złoczyńców do eskalacji autorytarnych zapędów.

Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami.

Małpka, czyli „Atka” to @, „a” z długim zakręconym ogonkiem. Codziennie wpisujesz małpkę w adres mailowy wysyłając pocztę. W firmie załatwiasz korespondencję służbową. I prywatną, jeśli szef nie ustawił w twoim laptopie blokady, jak surowy rodzic dzieciom na porno. Modne wśród urzędników funkcyjnych stało się rozsyłanie aktów! Ujawniają osobom wynajętym do hejtowania nie tylko dane wrażliwe kolegów sędziów, lecz także własne organy wrażliwe. Niektórzy nie tylko mailują, ale i hejtują. Bo lubią. Za darmo albo za pieniądze. Wysocy urzędnicy, nawet sędziowie z Ministerstwa Sprawiedliwości zauroczeni Małą Emi toną w bagnie hejtowania. Hejtują osoby płci obojga, Polki i Polacy. Politycy przyzwyczaili się do tej zbitki. Zwłaszcza przed wyborami przypominają sobie, że Polki też mają prawo głosu a także startu w wyborach. Jak się Polka uprze to może nawet dostać się na partyjną listę. OK., jest super. Skończyłaś studia, masz doktorat. Jednak startując na dobrze płatne stanowisko mniej kumatego kolesia nie przeskoczysz. Kwestia płci. Kłania się „hierarchia dziobania u kur”, badana w kurniku przez norweskiego zoologa. Musisz czekać, aż kogucik się nasyci, wtedy sobie podziobiesz.

A jeśli już dojdziesz do władzy, to zaczyna cię obowiązywać „prawo wrony”, to nowa, stworzona przeze mnie kategoria. Znamy przysłowie: „Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i ony”. Jest stare, wskazuje na to forma „ony”. A więc wchodzisz i kraczesz jak „i  ony”, czyli faceci, którzy nadają ton krakania. A Mała Emi wykonuje zadanie. Do czasu. Gdy psuje się małżeństwo lub romans, potrafi nieźle się zemścić. Upubliczni wizerunek genitaliów na fejsie, a stamtąd krok do publikacji w gazetach. Zraniona kobieta, Mała Emi zatrzęsła państwem Prawa i Sprawiedliwości. Jej „mentorzy” doznają ataku paniki. Lądują w szpitalach, ukrywają się. Chcą się bronić, chcą mówić, Zamienić się w świadków koronnych. To nie jest łatwe, gdy na czele stoi wszechwładca Ziobro. Jak bóstwo albo bóg jeden w trzech osobach

Elektorat tym politycznym krakaniem się nie przejmuje. Z badań wynika, że połowa ludzi nie zna sprawy, mają te walki głęboko w czarnej dziurze. To woda na młyn rządzących. Nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć, będą na nas głosować! Trzeba tylko zapchać im dzioby! Wrzucimy od czasu do czasu zastrzyk hajsu, różne 500+ oraz inne donacje. Trzeba dawać dużym grupom chodzącym do urn. Małe, jak niepełnosprawni, w krakaniu wron się nie liczą, w domach siedzą, do urny nic nie wrzucą. Zdrowy elektorat od czasu do czasu wspomoże jakieś chore dziecko pokazane w telewizji, raz do roku da kasę na WOŚP i jest spoko. Na kłopoty, chandrę, chorobę czy zawiść jaką odczuwa, gdy widzi, że ktoś jest od niego lepszy i ma więcej dóbr, suweren znajduje pociechę w małpkach. Innych niż @.

Wiadomo, że naszym problemem jest pęknięcie kraju na pół. Połowa ludności woli władzę prawicową z autorytarną włącznie, połowa zaś liberalną z lewicową. Wydawałoby się, że nie ma nic co jednoczy te dwa obozy. A jednak okazuje się, że jest! To małpka!

Otóż każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami. Są różnej płci, w różnym wieku, mogą być innego wyznania, katolicy od Rydzyka, chrześcijanie ekumeniczni oraz wszelkie inne wiary. Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Trzy miliony ludzi codziennie udaje do monopolowego sklepu lub mieszczących się w baraczku, delikatesów czynnych 24 g/dobę, żeby nabyć małpkę.

Tam czekają na nich buteleczki wódki czystej lub kolorowej. 200 ml to małpka, 100 ml – małpeczka. Producenci zacierają ręce i sprawdzają konta. Buteleczki małe, kasa wielka! Liczy się w miliardach. Małpki stały się rynkowym hitem. Badacze z firmy Synergion ręce załamują, bo z tych 3 milionów, milion kupuje małpki RANO! Garniturowiec jedzie taxi, podaje adres wielkiej korporacji. Po drodze prosi kierowcę, żeby zatrzymał się na chwilę. Biegnie do monopolowego. – Nie będzie panu przeszkadzało? – pyta i nie czekając na odpowiedź przechyla buteleczkę, słychać gul, gul, gul. Ten przynajmniej sam nie prowadzi, chwali go taksówkarz. Często widzi łykających małpki na światłach. Kobiety? Nie, one piją w ukryciu. Małpkę łatwo schować w torebce. Słodka małpeczka przyjęła się też w damskich kręgach. Piją młode ambitne i starsze. Jest ich jednak jeszcze ciągle mniej niż facetów.

Badanie „Dokąd płynie mała wódka” przeprowadzono na zlecenie przemysłu piwowarskiego, pewnie dlatego, że odbiera im klientów. Bada się paragony w różnych sklepach. Klientki i klienci, Polki i Polacy, fizyczni i umysłowi, alkoholicy i pijacy. Szacuje się, że kilkaset tysięcy odwiedza sklep więcej niż raz. Kupują tylko małpkę, czasem jakiś sok. Pierwsza tura kupujących zjawia się rano, druga po południu, trzecia po 18.00. A teraz jeszcze dodatkowo wchodzi ustawowe przyzwolenie na produkcję bimbru, no bo może na wsiach małpki się nie przyjęły. Naród pijany łatwiejszy do prowadzenia jest.

Czy może dziwić nas to, że Polki i Polacy odurzeni od rana do wieczora, nie interesują się polityką, niszczeniem państwa prawa, walką między Morawieckim a Ziobrą? Nie wiedzą nic o dziwnych „samobójstwach”. Nie obchodzi ich traktowanie państwa jak feudalnego majątku, szczucie na różne grupy. Nie dziwi nas także to, że Polki i Polacy przodują w Europie w przejeżdżaniu Polek i Polaków oraz ich dzieci na pasach. Straszne to żniwo! A posłanki i posłowie od lat nie mogą wprowadzić przepisu zatrzymywania się auta przed pasami. Pewnie też serwują sobie małpkę albo i dwie.