Tusk to ścisła światowa czołówka

Europa doceniła Donalda Tuska. Stając do wyborów na szefa europejskiej Partii Ludowej, jako jedyny kandydat, mówił: „Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”

20 listopada 2019 w Zagrzebiu Donald Tusk został wybrany szefem Europejskiej Partii Ludowej. 491 osób było za, 37 – przeciw. Zastąpił na stanowisku Francuza Joseph Daula. Były polski premier jest pierwszym przedstawicielem Europy Wschodniej na czele największej partii politycznej w Unii Europejskiej.

„Stańmy razem na tym najważniejszym polu politycznej bitwy, przeciwstawiając się nieodpowiedzialnym populistom, będąc partią odpowiedzialną i popularną.

Po pięciu latach mam dość bycia głównym europejskim biurokratą. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”,

mówił Tusk podczas przemówienia przed głosowaniem.

„Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Pod żadnym pozorem nie wolno nam rezygnować z bezpieczeństwa i porządku na rzecz populistów, manipulatorów i autokratów, którzy przekonują ludzi, że wolności nie można pogodzić z bezpieczeństwem. Że obrona naszych granic nie da się pogodzić z liberalna demokracją, a efektywne rządzenie z praworządnością”.

Nie poświęcimy takich wartości jak wolności obywatelskie, praworządność i przyzwoitość w życiu publicznym dla bezpieczeństwa i porządku, bo nie ma takiej potrzeby. Bo one się nie wykluczają”.

„Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam” – odpowiedziała Krystyna Pawłowicz, kandydatka do TK, na zarzuty o używanie mowy nienawiści. Drugi kandydat Stanisław Piotrowicz w ogóle nie musiał odpowiadać na pytania o karierę w PZPR i obronę księdza-pedofila z Tylawy, bo przewodniczący komisji przyspieszył głosowanie. Komisja poparła oboje kandydatów

W środę 20 listopada wieczorem sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka zaopiniowała kandydatury na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dwie, nie trzy, bo w ostatniej chwili posłowie PiS wycofali swoje poparcie dla Roberta Jastrzębskiego, którego niespodziewanie zgłosili w piątek.

„Procedura zgłoszenia kandydata na to stanowisko zostanie ponowiona, termin zgłoszeń najpewniej w tym tygodniu przedstawi marszałek Sejmu” – poinformował PAP dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Pod obrady komisji w środę trafili więc tylko Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz, oddani żołnierze rządu PiS.

„Będziemy opiniowali dwie czy trzy kandydatury? W stabilnych demokracjach nie wprowadza się zmian na ostatnią chwilę” – ubolewała na początku posiedzenia posłanka PO Kamila Gasiuk-Pihowicz, wiceprzewodnicząca Komisji.

Po dwóch i pół godzinie wojny na argumenty – formalne, merytoryczne i prawne – przewodniczący komisji Marek Ast z PiS postanowił skrócić obrady i przejść do głosowania. Jeszcze zanim Stanisław Piotrowicz zdołał odnieść się do któregokolwiek z pytań opozycji.

Komisja sprawiedliwości, w której przewagę mają posłowie Prawa i Sprawiedliwości, zgodnie z przewidywaniami poparła obie kandydatury. Opozycja głosowała przeciw, ale była w mniejszości.

Już w czwartek 21 listopada po południu Sejm będzie głosował nad ich przyjęciem. W Sejmie większość ma PiS, więc Pawłowicz i Piotrowicz są o włos od zajęcia zwalniających się w grudniu posad w TK.

Opozycja: „Pokażcie ekspertyzy!”

Zanim posiedzenie Komisji zaczęło się na dobre, posłowie opozycji zgłosili do przewodniczącego Asta szereg wniosków formalnych. Chcieli, by zarządził przerwę, bo nie zdążyli zapoznać się z treścią ekspertyz prawnych przygotowanych na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego.

Opinie te przygotowali uznani eksperci prawni – profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak.

„Te opinie zostały przygotowane na koszt Kancelarii Sejmu. Nie możemy zadawać pytań kandydatom, jeżeli nie ustalimy, co zawierają”

– apelował poseł PO Michał Szczerba.

Ekspertyzy Matczaka i Chmaja dotyczyły spełniania przez kandydatów wymogów formalnych. Jak pisaliśmy w OKO.press, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądowniczych PiS mogą być… za starzy, by zasiadać w TK.

„Czy osoba, która skończyła 65 lat, wypełnia kryteria konieczne do pełnienia urzędu? Skoro w tym wieku nie można być czynnym sędzią SN?” – pytała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Posłowie PiS odrzucili jednak wnioski o przerwę i zgodnie twierdzili, że przy kandydowaniu do TK wiek Piotrowicza i Pawłowicz nie ma znaczenia.

„Głosy w doktrynie są podzielone” – stwierdził Marek Ast. „Nie ma tu żadnej kwestii związanej z cenzusem wieku” – komentował Piotr Sak. „Profesorowie, którzy sporządzili te analizy, nie są bezstronni, zwłaszcza prof. Matczak” – grzmiał Przemysław Sobolewski, wicedyrektor Biura Analiz Sejmowych.

Przypudrowane życiorysy

Wkrótce potem posłanka PiS i wiceprzewodnicząca komisji Anna Milczanowska przeszła do przedstawienia kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Usłyszeliśmy obszerne fragmenty życiorysów tej przebojowej dwójki. Jak zauważyli posłowie opozycji – mocno przypudrowane.

Jako pierwszy swoje wątpliwości przedstawił w pytaniach poseł PO Michał Szczerba. Odniósł się do opinii prawników i zwrócił uwagę na potencjalnie dyskwalifikujący wiek Piotrowicza i Pawłowicz. Ale nie tylko.

„Jest też kryterium nieskazitelnego charakteru. W ostatnich latach do Komisji Etyki Poselskiej wielokrotnie wpływały wnioski dotyczące wypowiedzi pani poseł Pawłowicz.

Czy pani podtrzymuje te wypowiedzi? Czy jest pani gotowa przeprosić posłankę Gasiuk za obrażanie jej? Za używanie języka poniżającego i nienawistnego, m.in. wobec Donalda Tuska? Czy z czystej krwi polityczki może pani stać się niezawisłym sędzią TK?”

– pytał Szczerba.

Poseł punktował też przemilczane fragmenty CV Stanisława Piotrowicza.

„Jakie ma pan odczucia wobec postawy, którą prezentował pan, gdy jako prokurator umorzył sprawę księdza z Tylawy? Czy nie wstydzi się pan, że publicznie oczyszczał go pan z zarzutów?” – pytał.

Przewodniczący Ast kilkakrotnie próbował odebrać głos Szczerbie. Ostatecznie, ku oburzeniu opozycji, posłowie PiS przegłosowali pomysł, by skrócić czas na zadawanie pytań do jednej minuty na każdego kandydata.

Ekspresowe pytania

Na szybko swoje pytania musieli zadać m.in. polityk Wiosny Krzysztof Śmiszek, Katarzyna Piekarska i Anna Maria Żukowska z SLD, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Krzystof Paszyk z PSL, Magdalena Filiks z KO i Barbara Dolniak z Nowoczesnej.

Mimo niesprzyjających warunków opozycja z ogromnym wysiłkiem przypominała wady obydwojga kandydatów.

„Czy podtrzymuje pani swoją opinię, że sędziowie po 65 roku życia nie są w stanie podejmować racjonalnych decyzji? Po co kandyduje pani do TK, skoro mówiła Pani, że Trybunał narusza zasadę demokratyzmu? Czy prawo unijne ma prymat nad prawem krajowym?” – wyliczał Śmiszek.

„Za co dostał pan brązowy krzyż zasługi w 1984 roku, bo chyba nie za działalność opozycyjną?” – pytała Piotrowicza Katarzyna Piekarska.

„Stanowiliście państwo prawo, teraz będziecie wyłączeni ze spraw, które dotyczą ustaw, przy których pracowaliście – czy ma to sens? Czy pan Piotrowicz może stać się apolityczny miesiąc po wyborach, w których kandydował? Czy jest dobrym kandydatem do TK, skoro nie dostał nawet wystarczająco głosów, by zostać posłem?” – argumentowała Magdalena Filiks.

„Czy to prawda, że razem z marszałkiem Kuchcińskim łamał pan instrukcję HEAD? Pani profesor Pawłowicz, czy podtrzymuje pani opinię w sprawie flagi UE? Nadal nazwałaby ją pani szmatą?” – dopytywał Krzysztof Paszyk.

„Czy będą państwo niezależni i niezawiśli? Nie było tego symptomów w ostatnich czterech latach. Oboje jesteście prawnikami, a mimo swojej wiedzy podejmowaliście decyzje, które są sprzeczne z konstytucją. Jak chcą nas państwo do siebie przekonać?” – mówiła Barbara Dolniak.

Laurkę dla Pawłowicz wygłosił poseł PiS Bartosz Kownacki.

„Znam panią profesor jako wykładowcę na UW. To były jedne z najlepszych zajęć. Te wcześniejsze wypowiedzi to ataki ludzi, którzy zostali beneficjentami złodziejstwa, które przeprowadzono po 89 roku” – stwierdził.

Pawłowicz: „Wszystko podtrzymuję”

Po skończonej rundzie pytań głos zabrała Krystyna Pawłowicz.

„To wasza zasługa, że tutaj siedzimy. PiS chciało ograniczyć wiek emerytalny sędziów TK, ale państwo protestowaliście. Dzięki państwu jesteśmy na tej sali jako kandydaci” – zaczęła posłanka.

„Komisja Etyki Poselskiej jest reliktem czasów PRL, kiedy była jedność moralno-polityczna wszystkich posłów.[…] Przewagę mają w niej zawsze posłowie opozycji i wykorzystują jako pałkę do cenzurowania wolnych wypowiedzi politycznych, do których posłowie są upoważnieni” – przekonywała.

„Zacytował pan moje wypowiedzi. Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam, proszę pana” – odpowiedziała Pawłowicz Michałowi Szczerbie i Krzysztofowi Śmiszkowi.

„Morda to jest morda, to nie jest żadne słowo wulgarne” – stwierdziła.

„W razie konfliktu polskiego prawa z prawem UE, odsyłam do art. 8 i 91 konstytucji, które mówią, że prymat ma polska konstytucja. Jest najwyższym prawem RP” – podkreśliła Pawłowicz.

Posłanka przyznała, że zdarzyło jej się głosować za przepisami, które uznała za niekonstytucyjne, bo tak nakazywała jej partyjna dyscyplina.

„To była moja prywatna opinia, o konstytucyjności decyduje Trybunał Konstytucyjny. Poseł ma swoje obowiązki” – ucięła.

Na sali rozgorzała dyskusja. Wkrótce potem przewodniczący Ast postanowił zakończyć debatę i przejść do głosowania, zanim jeszcze na którekolwiek z pytań odpowiedział Stanisław Piotrowicz.

Gdy posłowie PiS poparli kandydaturę Krystyny Pawłowicz, część posłów opozycji zamierzała opuścić salę. Zostali jednak na głosowaniu nad kandydaturą Piotrowicza. Także i on otrzymał zielone światło dzięki głosom PiS.

„Posadzilibyście córki na kolanach księdza z Tylawy? Tak traktujecie TK?” – ubolewała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Jastrzębski w odstawkę

Posłowie i posłanki nie mieli okazji przepytać sędziego Roberta Jastrzębskiego, bo PiS tuż przed posiedzeniem komisji wycofało dla niego poparcie.

„To prawda, ale nie wiem, skąd taka decyzja” – mówił Onetowi w środę Marek Ast.

Posłowie PiS zgłosili Jastrzębskiego na ostatnią chwilę, w piątek 15 listopada, wycofując zarazem zaproponowaną wcześniej Elżbietę Chojnę-Duch.

Chojna-Duch miała dowiedzieć się o tym z publikacji Onetu. „Były wcześniej rozmowy, że rozważają taką możliwość. Ale odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego” – komentowała prawniczka.

Jak pisaliśmy w OKO.press Jastrzębski jest jednym z „ośmiu wybitnych konstytucjonalistów” Zbigniewa Ziobry. Gdy Trybunał Konstytucyjny w marciu 2016 roku orzekł, że nowelizacja ustawy o TK przeprowadzona przez PiS była niekonstytucyjna, Ziobro powoływał się m.in. na ekspertyzę Jastrzębskiego, który „podzielał zdanie rządu”.

Media spekulują, że PiS musiało wycofać jednego z kandydatów ze względu na toczące się w obozie Zjednoczonej Prawicy rozmowy koalicyjne. Naciskać mieli koalicjanci partii Kaczyńskiego, którzy też chcą mieć w TK swoich przedstawicieli.

„Jedną z trzech osób zastąpi kandydat naszych koalicjantów. Swojego reprezentanta zgłoszą też w styczniu, gdy skończy się kadencja kolejnego sędziego TK” – powiedział „Gazecie Wyborczej” anonimowy rozmówca z kręgów władzy.

>>>

„Potrzebuję tego boksu, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie” – opowiadał w 2017 roku. „Od dłuższego czasu widać było, że ma większe ambicje niż samorząd. To nie jest zając ustawiony, by prawybory się odbyły. Czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO

„Polska potrzebuje silnej prezydentury, która zatrzyma łamanie praworządności, wydobędzie kraj z chaosu partyjniactwa i przywróci wszystkim obywatelom prawdziwe poczucie wspólnoty. Podjąłem się tego wyzwania. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę w prawyborach” – napisał na Twitterze w środę 20 listopada 2019, tuż przed godz. 18.

Człowiek w kopercie

We wtorek o północy minął termin zgłaszania kandydatów i kandydatek w prawyborach prezydenckich Koalicji Obywatelskiej, planowanych na 14 grudnia. Zanosiło się na to, że prawyborów nie będzie, bo zgłosiła się tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, była marszałkini Sejmu, zgłoszona jako kandydatka KO na premiera w czasie kampanii przed wyborami 2019. Zebrała 150 głosów poparcia.

W środę w południe pojawiły się pogłoski, że jest jeszcze czyjeś zgłoszenie. O 17.30 Grzegorz Schetyna potwierdził (z Zagrzebia, gdzie pojechał na spotkanie EPL i wybory Tuska), że jest jeszcze jedno zgłoszenie, w zamkniętej kopercie.

Gdy nazwisko Jacka Jaśkowiaka (rocznik 1964) zaczęło się powtarzać, potwierdził na Twitterze.

W 2010 roku kandydował na prezydenta Poznania z listy ruchów miejskich Porozumienie My-Poznaniacy – i przegrał, zdobywając 7,16 proc. głosów. W 2013 wstąpił do Platformy Obywatelskiej i ponownie wystartował w wyborach – jako kandydat PO i sensacyjnie wygrał z Ryszardem Grobelnym, który rządził Poznaniem przez 16 lat. Jaśkowiak zdobył w drugiej turze 59,09 proc.

Był pierwszym polskim prezydentem miasta, który wziął udział w Marszu Równości – w 2015 roku. Robił to również w kolejnych latach, w końcu organizatorzy poprosili Jaśkowiaka o honorowy patronat nad Marszem – zgodził się. W 2018 roku Poznański Marsz Równości przeszedł pod patronatem Prezydenta Poznania.

Był biznesmenem. W latach 90. pracował w firmie Jana Kulczyka, potem założył własną, która zajmowała się doradztwem i obsługą księgową. Był też menedżerem barda opozycji Jacka Kaczmarskiego. Angażował się w organizację imprez sportowych – Pucharu Świata w biegach narciarskich w Szklarskiej Porębie.

„Od dłuższego czasu widać było że ma większe ambicje niż samorząd, więc moim zdaniem to nie jest zając ustawiony tylko by prawybory się odbyły.
Po prostu czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO.

OKO.press przedstawia wybór wypowiedzi Jaśkowiaka, w większości z wywiadu-rzeki Violetty Szostak i Włodzimierza Nowaka. „Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania” wydanej w 2017 roku, Wydawnictwo Poznańskie.

O kandydowaniu na prezydenta (2017)

Violetta Szostak i Włodzimierz Nowak: Namawiają cię?

No tak… Idę na jakieś przyjęcie, podchodzi do mnie właściciel firmy wartej pięćset milionów i mówi: „Jestem zaszczycony, że mogę przywitać przyszłego prezydenta Polski”.

O! I co?

Nie mam takich ambicji (…)

Ciekawi jesteśmy spotkania z tobą za jakiś czas, gdy okaże się na przykład, że Jaśkowiak jednak kandyduje na prezydenta Polski.

Dajcie spokój! Dziesięć razy więcej mogę zrobić jako prezydent Poznania – mam dziesięć razy większy budżet. Prezydent Polski to funkcja czysto reprezentacyjna. Nie mówiąc już o tej patologii, jaką mamy teraz, gdy Duda pełni funkcję długopisu. Po co mi to? Mam swoje ego huśtać? Jaki to jestem wspaniały i tak dalej? (…) Pisałem się na Poznań. Co zacząłem, to skończę.

O kandydowaniu na prezydenta (2018)

Nie za bardzo wydaje mi się, żeby było to możliwe ze strony jakiegokolwiek samorządowca. Bo ta kampania wymaga dużego zaangażowania czasowego, a każdy z nas ma tutaj ciężką pracę do wykonania. Jestem przekonany, że opozycja będzie w stanie wystawić dobrego kandydata (Onet, 15 października 2018).

O uchodźcach i PiS

Stanowisko Kościoła jest w sprawie uchodźców jednoznaczne: należy pomagać. A skoro PiS tak bardzo identyfikuje się z Kościołem, że aż rząd jedzie na mszę prymicyjną syna Beaty Szydło na Jasną Górę, to niech sięgną również do Pisma Świętego. Niech naprawdę posłuchają głosu tego Kościoła! Bo klęczą na procesjach, swoją wiarę manifestują politycznie, a potem robią coś zupełnie innego.

O konserwatyzmie

Czy Merkel z CDU jest konserwatywna? Jeżeli o takim konserwatyzmie mówimy, to ja się z nim absolutnie identyfikuję.

O Schetynie

Grzegorz wyraźnie dał do zrozumienia, kto jest dla niego partnerem.

Jaśkowiak?

Jaśkowiak. Jestem członkiem rady programowej, na konwencjach Grzegorz trzyma mnie blisko, gdy jest w Poznaniu, siadamy przy jednym stoliku. Pokazuje, na kogo liczy.

(…) Spotykam się ze Schetyną regularnie, wspieram go, jak umiem. Pamiętam, kiedy PO miała strasznie słabe sondaże, w mediach opinie, że Schetyna jest do niczego, a w partii panuje warcholstwo, bo każdy pieprzył, co mu ślina na język przyniesie. Przed jakąś konwencją powiedziałem Grzegorzowi: wypnij klatę, nie garb się, olej te komentarze, musisz iść z powerem. Potem mi dziękował, bo dałem mu zastrzyk energii. Podziwiam go, że to wszystko wytrzymał i wyprowadził Platformę z dołka.

O tym, jak wygrać z PiS? Razem

Dla mnie są w tej chwili ważne dwa elementy. Pierwszy: jak wygrać z PiS-em, jak wygrać Polskę dla wartości europejskich. Drugi: jak to potem poskładać – jeżeli teraz nie będziemy w stanie dogadać się jako demokratyczna opozycja, to jak chcemy się dogadać później, po obaleniu PiS?

(…) PiS-owi możemy wgrzać tylko wtedy, jak się zjednoczymy. Bo wyglądanie rycerza na białym koniu to dziecinada. To pokazuje, że – jako społeczeństwo – mamy jeszcze dużo do zrobienia, by dorosnąć.

O współpracy opozycji

Już teraz musimy pokazać, że potrafimy współpracować. Tak jak dziś w Poznaniu – prezydent jest z Platformy, jeden zastępca z ruchów miejskich, drugi z lewicy. Mamy porozumienie programowe Platformy i lewicy. To najlepszy model dla Polski.

O Poznaniu, który jest trendy

To, czego najbardziej brakowało poznaniakom, to poczucia dumy. Mam nadzieję, że im to dałem, że poczuli: nie jesteśmy obciachowi. W tej chwili Poznań jest trendy. Być symbolem anty-PiS-u, bastionem wolności – niezłe. Poznań wydawał się konserwatywny, ale wcale taki nie jest.

Byłem na wszystkich wyborach prezydenckich, parlamentarnych i samorządowych, również w tych pierwszych częściowo wolnych. Nie opuściłem żadnych wyborów. Na jakie partie głosowałeś? Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach. Mam szacunek do wszystkich dawnych opozycjonistów, którzy tyle zrobili dla Polski. Do Macierewicza też miałem. Ale teraz on zachowuje się jak radziecki dygnitarz czy PRL-u.

O tym, na kogo głosował od 1989 roku

Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach.

O kobietach

Wolałbym oczywiście spędzić życie w zgodzie z jedną kobietą, być jej wiernym, mieć z nią więcej niż jedno dziecko, ale z Joanną nam się to nie udało. Nie uważam jednak, by mój stosunek do kobiet był niewłaściwy. Nie traktuję kobiet przedmiotowo. Przeżyłem z nimi i dzięki nim najważniejsze chwile w moim życiu.

O boksie

Chodzę na treningi z wyczynowymi bokserami! Z Saszą, który ma gabaryty prawie jak Kliczko: waga sto dwa kilogramy, sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Szybki jak cholera – pięć lat trenuje boks, a wcześniej trójbój siłowy. Ciężko się z nim ćwiczy w parze… Jest też Rusłan, z Ukrainy. Trenuje z nami chłopak, który właśnie wyszedł z poprawczaka. Był też student farmacji z Arabii Saudyjskiej. Dopytywał, kim jestem. Myślał, że ten siwy to pomocnik trenera. Jak mu powiedzieli, że to „mayor of the city”, nie uwierzył: „I on tak tu przychodzi? Bez ochrony?!”. No to ktoś mu powiedział: „Popatrz na niego, on nie potrzebuje ochrony” ( śmiech ). Wiecie, jaką mam frajdę z tych treningów? Jak to mnie teraz niesie?

Staram się tak z osiem godzin tygodniowo. I raz w tygodniu mam sparing z zawodowym bokserem. Czasami wstaję o piątej rano, by potrenować przed pracą.

Potrzebuję tego boksu, tych sparingów, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Muszę iść na ten ring i tę presję z siebie zrzucić. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie.

O przegrywaniu

Przegrany polityk jest jak przegrany bokser – nikt go już nie potrzebuje. Polityk jest potrzebny wtedy, gdy ludzie go kochają, kochają media. Przegranego nikt nie kocha. I wtedy wrócę po prostu do tego, co robiłem wcześniej. To kusząca perspektywa, żeby razem z synami poprowadzić firmę Jaśkowiak. Sprawdzę, czy jeszcze umiem zarabiać pieniądze.

Już teraz wiem, co powiem, odchodząc z polityki. Mam nadzieję, że będę odchodził z podniesionym czołem. Że mnie nie zniosą z ringu, wmanewrują w jakieś aresztowanie

czy podobne rzeczy… ale przed tym też nie ma we mnie strachu. Co powiesz? Z „Boba Dylana” Kaczmarskiego:

Oddaj komuś rząd dusz
I na własny szlak rusz
Tam gdzie żadne nie zdarzą się porty
Mówić będą żeś zbiegł
Ale wyjdą na brzeg
I zdradzieckie ci lampy zapalą
Ale ty patrząc w dal
Płynąć będziesz wśród fal
Aż sam wreszcie staniesz się falą

O przypadku

Tak sobie dzisiaj myślę, że granica między byciem prezydentem a byciem takim człowiekiem w miejskim kontenerze jest bardzo cienka. Przecież ja też jako młody chłopak mogłem sięgnąć po alkohol, narkotyki. To akurat mnie nie kręciło, ale mam świadomość, że scenariusz mógł być inny.

O bogactwie

Długo oglądałem świat za szybą i chciałem się do niego przebić. Nawet ta fascynacja Joanną – córką dyrektora szpitala i nauczycielki, z willą, jak się wtedy mówiło – było aktem tego przebijania się. Jej życie było dla mnie egzotycznym światem. Nasz związek był przez jej otoczenie postrzegany jako mezalians – półsierota żeni się z księżniczką.

Myślę też o bogactwie – to znaczy o świecie biznesu i wielkich pieniędzy. Ten świat też był dla mnie za szybą, potem tam wszedłem, pomacałem to wszystko. Wystarczyło. Poczułem smak całkiem dużych pieniędzy i przywilejów, jakie dają. Fajnie smakują. Ale nie stałem się ich niewolnikiem.

 

O zabójstwie Adamowicza (i odpowiedzialności Jarosława Kaczyńskiego)

Paweł Adamowicz padł ofiarą goebbelsowskich metod propagandy. Uruchomiono pokłady nienawiści, zbudzono demony nacjonalizmu, straszono uchodźcami. To wszystko cynicznie wykorzystano do wygrania wyborów. Dano przyzwolenie na agresję i język nienawiści, a mediom publicznym – wręcz nakaz szkalowania politycznych oponentów. Paweł Adamowicz i Jacek Karnowski padli ofiarą goebbelsowskich wręcz metod propagandy. Kłamstwo smoleńskie, wykorzystanie służb i mediów do celów politycznych, demontowanie demokratycznego modelu państwa. Za to wszystko i za doprowadzenie do wczorajszej tragedii w mojej ocenie odpowiada Jarosław Kaczyński.

O nacjonalizmie

Nacjonalizm wzrasta nie tylko w Polsce, jest widoczny również np. we Włoszech. Warto sięgnąć do tego, co było fundamentem powstania Unii Europejskiej, czyli zbudowania wspólnoty, by uniknąć wojen w Europie. Musimy przestać przedstawiać wojnę jako coś honorowego i chwalebnego, a wrócić do działania, aby więcej do niej nie doszło.

PAP: Czy również w drugiej kadencji nie pominie pan żadnej okazji, żeby dopiec PiS?

Są pewne wartości i elementy dla mnie kluczowe, ważne w dyskursie politycznym, a jednocześnie istotne dla Poznania i Wielkopolski. Nie widzę powodów, by o tych kwestiach nie mówić wprost.

O Tusku

Żeby naprawić ten bałagan, który zafundował nam PiS na poziomie międzynarodowym, potrzebujemy kogoś z pierwszej ligi. Tusk jest jeszcze młody, zna ważne osobistości, nie tylko w Europie. Prezydent Stanów Zjednoczonych czy Chin będzie z nim rozmawiał zupełnie inaczej. Pytanie tylko, czy Tusk będzie chciał z pozycji jednego z najważniejszych polityków w Europie wracać na arenę krajową. Ja bardzo bym sobie życzył, by wrócił do Polski.

O supporcie Jażdżewskiego

Prezydent Poznania w TOK FM komentował między innymi wystąpienie Leszka Jażdżewskiego przed wykładem Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. – Nie jestem zbulwersowany wypowiedzią Leszka Jażdżewskiego. Jednak patrzymy na kościół z perspektywy hierarchów. Jak patrzymy na abp Głódzia czy o. rydzyka, to trudno się dziwić słowom Leszka Jażdżewskiego. One są bardzo trafne – stwierdził Jacek Jaśkowiak. I dodał: – Dla osób takich jak Donald Tusk, które patrzą na Polskę z dystansu, takie wypowiedzi, jak Leszka Jażdżewskiego, mniej szokują (TOK FM, 5 września 2019)

O aktach zgonu

Paweł Jaśkowiak był jednym z 11 prezydentów polskich metropolii, którzy dostali od Młodzieży Wszechpolskiej „polityczne akty zgonu”; , po ich stanowisku w sprawie przyjmowania imigrantów (tu czytaj o spocie wyborczym PiS z atakiem na nich)

My już wcześniej  składaliśmy różnego rodzaju doniesienia, gdy grożono mnie i moim zastępcom. Utraciliśmy wiarę w działanie organów państwa. W przypadku mojego zastępcy prokurator uzasadnił umorzenie tym, że osoby grożącej nie stać na wynajęcie zabójców z Ukrainy. To ośmieszanie organów państwa. Nie wierzę, że organy państwa będą mnie chronić.

Z Pawłem [Adamowiczem – przyp. red.] rozmawialiśmy na ten temat i byliśmy zbulwersowani tym, że te organy zamiast chronić obywatela, to go nękają, nawet wtedy, gdy jest samorządowcem. To, co dzieje się w Polsce jest straszne (Fakty po faktach, 20 stycznia 2019)

O Dudzie i Kaczyńskim (Lechu)

Nie wyobrażam sobie, żeby prawica wystawiła tego ośmieszonego i skompromitowanego prezydenta Dudę. Kaczyński go wykorzystał tak, jak trzeba było. No ale on już się zużył i teraz trzeba wystawić kogoś, kto nie będzie ośmieszał nam kraju, tylko będzie go godnie reprezentował (15 października 2019, Onet)

PAP: Jak w tym kontekście należy rozumieć pańską decyzję o zaproszeniu byłych prezydentów Polski na obchody 11 listopada 2018 bez zaproszenia obecnej głowy państwa?

Zaprosiłem prezydentów Wałęsę i Komorowskiego, którzy – walcząc o naszą wolność i demokrację – mieli bardzo duży udział w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Zaproszenie wysłałem też do prezydenta Kwaśniewskiego, który przyczynił się do naszej obecności w NATO i Unii Europejskiej. Natomiast prezydent Duda, będąc strażnikiem konstytucji, wielokrotnie ją złamał. Tak naprawdę jest prezydentem nie tyle Polaków, co Prawa i Sprawiedliwości. Swoją postawą wielokrotnie dowiódł, że odbiega od standardów wyznaczonych przez poprzednich prezydentów, także Lecha Kaczyńskiego. Gdyby żył – jego też bym zaprosił.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Więcej >>>

Zachwyt, jakim darzymy każdego polityka, który normalnie się wypowiada i który potrafi sprawnie przemawiać pokazuje, gdzie jesteśmy jako społeczeństwo obywatelskie i demokracja – bardzo blisko standardów rosyjskich i białoruskich.

Z pewnym gorzkim rozbawieniem obserwuję zachwyt nad profesorem Grodzkim, a ostatnio Adrianem Zandbergiem. Pierwszy to marszałek Senatu, który zachowuje się jak marszałek Senatu i senator zachowywać się powinien, czyli normalnie i godnie. Dyskutuje argumentując, bez obrażania ludzi i wyzwisk. Do polityki nie przyszedł znikąd, jest lekarzem, chirurgiem, w dodatku cenionym i z dobrą opinią (pomijam paszkwile na jego temat w TVP, bo nie traktuję tej partyjnej stacji jako wiarygodnego źródła informacji). Prof. Grodzki (no właśnie, profesor!) jest zatem wykształconym, poukładanym zawodowo człowiekiem, który, jak twierdzi i na razie nie ma nic, co by temu przeczyło, jest w polityce nie, żeby się wzbogacić czy obłowić, ale żeby coś zrobić.

Potrafi w dodatku – i to już prawdziwa wisienka na torcie – wygłosić takie orędzie telewizyjne, które będzie mądre, złożone ze zdań mających podmiot, orzeczenie, dopełnienie i przydawkę, mające sensowny wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ciąg logiczny, pozbawione natomiast obelg i wykrzykników (sic!), nawet wobec ludzi, których poglądów prof. Grodzki nie podziela.

Adrian Zandberg natomiast potrafi – i to wiadomo nie od dziś – wejść na sejmową mównicę albo do studia telewizyjnego i zwyciężyć w debacie, przemawiając inteligentnie, rzeczowo, konkretnie, a przy tym z pewną dozą brytyjskiej ironii i sarkazmu i niepozbawionej uroku złośliwości. Potrafi dopiec premierowi Morawieckiemu po jego expose, ale go nie obrazić, wyzłośliwić się, ale nie poniżyć, wskazać błędy w rozumowaniu, ale posługując się danymi, a nie przymiotnikami. Jednym słowem – tak się wysłowić, że nawet jeśli się poglądów pana Zandberga nie podziela, słuchanie go sprawia przyjemność.

I wszystko super i bardzo mi się to podoba, ale – i tu nie zrozumcie mnie źle – niczego panom Grodzkiemu i Zandbergowi nie ujmując – takie cechy i zachowania powinny być i w wielu krajach są normą, a nie wyczynem, za który powinno się wręczać medale i opiewać w sonetach.

Niebywały zachwyt wielu obywateli i dziennikarzy tym kawałkiem upragnionej normalności, który odsłania się przed nami gdzieniegdzie i od czasu do czasu w sposobie bycia niektórych polityków, pokazuje, jak daleko od niej odeszliśmy. I to, że w ciągu zaledwie jednej kadencji rządów PIS, przez szereg putinowsko – białoruskich zachowań tej władzy, jak brak konsultacji społecznych, używanie siły bezpośredniej i instytucjonalnej wobec obywateli protestujących przeciw rządowi i posłom opozycji, upartyjnienie publicznych mediów, sianie topornej propagandy, przyzwyczailiśmy się do życia w nienormalności i przemocy.

Cieszy mnie, że to się zaczyna powolutku zmieniać, ale zawsze miejmy świadomość – że to, co prezentują posłowie i senatorowie, których podziwiamy za „ogromną kulturę”, to nie jest nic ekstra, tylko coś, co nam się po prostu należy i czego musimy nauczyć się wymagać na co dzień.

Patologia schodzi w dół, pisowska Polska gnije począwszy od głowy Kaczyńskiego

Krzysztof Łapiński, były rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy udzielił wywiadu “Rzeczpospolitej”, w którym mimowolnie pokazał mentalność jaka kieruje ludźmi na szczytach hierarchii obozu władzy. Wcielając się w rolę komentatora Łapiński, jak jeszcze niedawno Adam Hofman, pokazał, że traktuje politykę i obywateli jako tabelki z cyferkami, gdzie jedyne co się liczy, to bezwzględne osiąganie celów.

W ustach polityka nie można było usłyszeć, że sprawy afery hejterskiej Ziobry i lotów Kuchcińskiego stanowią kryzys etyki władzy, który może ją pogrążyć, a który także zagraża standardom życia publicznego. Były rzecznik kwituje je, że zwyczajnie nie były to “ game changery”, choć w kłopotliwy dla PiS sposób zmusiły partie do gaszenia pożarów zamiast promowania swojej narracji. Polityk stwierdził jasno, że nie jest dla niego zaskoczeniem, że prezes PiS bardzo szybko pozbył się będącego w gronie jego najbliższych współpracowników marszałka Kuchcińskiego:

Wiadomo było, że dla prezesa Kaczyńskiego celem jest zwycięstwo wyborcze i każda sprawa jest oceniana pod kątem, czy może zwycięstwu pomóc, czy przeszkodzić w jego osiągnięciu. Nawet jeśli Marek Kuchciński to osoba zaufana, lojalna, związana politycznie z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze od czasów PC, to zwycięstwo w wyborach jest najważniejsze. Jednak ze względu na tę lojalność stracił funkcję, ale nie został w żaden sposób upokorzony. Pozwolono mu złożyć dymisję, zachował „jedynkę” na liście PiS. Był na wspólnej konferencji z prezesem Kaczyńskim. Gdyby trafiło na kogoś innego, tak aksamitnie by się nie odbyło”.

Tym samym Łapiński wskazuje, że celem prezesa jest cyniczna gra o zwycięstwo. Przecież jeśli Kuchciński nie spełniał standardów etycznych i okazał się żerować na publicznej kasie w sposób, przy którym bledną wszystkie ośmiorniczki PO, to nie powinno być dla niego politycznej litości. Tymczasem dostał jedynkę na liście wyborczej i jeszcze prawo do utrzymania godności. Tej ostatniej odmawiano tymczasem wszystkim, którzy w ostatnich latach jako jedyny grzech mieli to, że nie zgadzali się z metodami dobrej zmiany.

Patologię sposobu myślenia elit pokazuje chora fascynacja złem, o której mówił niedawno Donald Tusk. Nie liczy się kwestia etyki i prawdy, ale tego, jak daleko ktoś może się posunąć i pozostać bezkarnym. Krzysztofowi Łapińskiemu jak i Adamowi Hofmanowi najwyraźniej imponuje zdolność rządu do wychodzenia obronną ręką z kolejnych skandali: “To był marszałek Sejmu. PiS miało też trochę szczęścia, że to przytrafiło się w okresie wakacyjnym, gdy zainteresowanie polityką jest mniejsze. Dlatego zaczynający się wrzesień jest kluczowy”. Dla Łapińskiego problemem nie jest nawet to, że upolityczniono ordynarnie media publiczne. Polityk jako ekspert, na chłodno analizuje atuty PiS, gdzie medialna szczujnia prorządowych mediów nie jest nadużyciem, ale asem w rękawie:

“PiS jest w dużo lepszej sytuacji niż w 2015 r., kiedy kampanię robiliśmy, będąc w opozycji. Dobra sytuacja gospodarcza sprzyja rządzącym. Wszelkie dobrodziejstwa, jakie spływają do kieszeni Polaków, obóz rządzący może pokazywać jako efekt swojej polityki. W kampanii sprzed czterech lat PiS mogło jedynie obiecywać. Dzisiaj ma instrument, by od razu obietnice zrealizować i potem się tym chwalić. Sytuacja w mediach jest też inna niż cztery lata temu, PiS ma sprzyjające media publiczne. Ma nieporównanie większe zasoby instytucjonalne niż w 2015”.

Były rzecznik prezydenta bez drżenia powieki opisuje nawet spoiwo polityczne PiS jakim jest przywiązanie do stołków:

“Mentalnie do władzy łatwo się przyzwyczaić. Czy to psuje, czy usypia czujność? Wielu zapewne tak. Jestem pewien, że w kierownictwie PiS jest świadomość, że te wybory to gra o wielką stawkę. Jeśli PiS przestało by rządzić, to w krótkim czasie rozpoczęłoby się rozliczanie obecnej władzy, także – a może przede wszystkim – personalne. To jest motywacja dla działaczy, by walczyć do końca, bo utrata władzy byłaby bolesna”.

Dla Łapińskiego nawet hejt na mniejszości nie jest problemem, a jedynie zagrywką, którą warto rozpatrywać w zakresie skuteczności. Polityka pytano bowiem czy PiS będzie potrafiło balansować między obniżaniem temperatury sporu a obroną wartości i podziękowaniami dla abp. Jędraszewskiego:

“Proszę zobaczyć, że te słowa padły w mocno konserwatywnym okręgu, to tak jakby były geotargetowane. PiS walczy o dużą mobilizację swoich wyborców. Demobilizacja jest zagrożeniem”.

Powyższe wypowiedzi pokazują, dlaczego polityka w Polsce ma taki wymiar etyczny jak obserwujemy. Dla osób na szczytach władzy zasady są balastem, liczy się skuteczność, liczy się teatr, który przekłada się na zdobywanie władzy. W mechanizmach myślenia polityków nikt nie myśli o wpływie agresywnych narracji na zwykłych ludzi, czy patologii elit na korumpowanie całego państwa. To wszystko są problemy tylko tak długo, jak przykuwają uwagę mediów. Niestety takie myślenie prowadzi do tego, że budżet trwoni z roku na rok miliardy, a kraj traci szanse rozwojowe.

Pisowski wzorzec z Sevres, Marian Banaś

>>>

Powołany przez posłów PiS prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś jutro wystąpi z wnioskiem do marszałek Sejmu o bezpłatny urlop do czasu dogłębnego wyjaśnienia sprawy przez CBA. O tej decyzji poinformował w TVP Info.

Sprawa ma związek z wyemitowanym w TVN 24 reportażem, z którego wynika, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś pominął w oświadczeniu majątkowym istotne informacje. A w kamienicy, której do niedawna był właścicielem, wynajmowano pokoje na godziny.

Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że od kwietnia kontroluje oświadczenia majątkowe obecnego prezesa NIK Mariana Banasia. Dziwnym trafem ta kontrola ma się zakończyć w drugiej połowie października, czyli już po wyborach.

W Internecie pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące decyzji szefa NIK. – „Pan Banaś mówi, że jutro wystąpi do Pani marszałek o urlop bezpłatny, dopóki CBA nie zakończy kontroli, bo takie są standardy w PiS. Pan Banaś mówi, że ta kontrola CBA to potrwa jeszcze pare tygodni i wszystko będzie dobrze. I pan Banaś nie pozwoli, żeby szargać jego dobre imię”; – „Poszedł chyba sygnał z Nowogrodzkiej”; – „Czyli jak będzie niewygodny to na dodatkowym posiedzeniu Sejmu już po wyborach klepną nowego prezesa NIK”.

– „Trzydzieści lat temu poznałem pana z AK, z Kedywu, z którym się zaprzyjaźniłem jeszcze w latach Solidarności, w latach ’80. Ten pan był samotny, zaprzyjaźniliśmy się i w 2007 roku, prawie po 30 latach, w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, którą ja wyremontowałem” – tak w TVP Info Marian Banaś opowiadał o tym, jak stał się posiadaczem domu w Krakowie. Według „Superwizjera” TVN, w tejże kamienicy wynajmowane były pokoje na godziny.

Dziennikarze TVN sugerowali, że Banaś wynajął dom osobie, mającej powiązania ze światem przestępczym. – „Widywałem go jedynie jak sprawdzałem stan mojej nieruchomości” – mówił Banaś. Dodał, że miesiąc temu „udało mu się wreszcie sprzedać kamienicę”.

– „Drugi Rydzyk. A żołnierz AK to długo żył po przekazaniu kamienicy czy przekazał wziął i umarł?” – skomentował jeden z internautów. To oczywiście aluzja do opowieści najbardziej znanego polskiego redemptorysty, który miał dostać dwa samochody od bezdomnego pana Stanisława z Warszawy, który krótko potem zmarł („Rydzyk chwali się autami od bezdomnego”).

Większość internautów też miała wątpliwości co do tłumaczeń Banasia: – „Ma 2 domy (200 i 50 m kw.), 3 mieszkania (76, 71 i 40 m kw.), 7 000 m kw. gruntów rolnych. To wszystko też od żołnierzy AK?”;

– „Ja w latach 90 zaś poznałem krakowskiego kataryniarza. Powiedział mi, że jego pradziadem był Krak i że Wawel jest jego. Przekazał mi zamek na łożu śmierci w 2009 r. Także ten… zamykam niedługo muzeum w zamku i się wprowadzam”; – „Panu Banasiowi daty sprawiają jak widać problemy. Nie w 2007, a w 2001 roku spisano umowę dożywocia. I jak tu wierzyć w całą resztę. Jak żyć?”.

Nie milkną echa bulwersującej sprawy: „To funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej groził śmiercią Lubnauer”. Głos w sprawie postanowił – niestety – zabrać Marek Kuchciński. – „Chodzą słuchy, że jako marszałek Sejmu zatrudniłem strażnika… 19 lat temu” – napisał na Twitterze.

Przypomnijmy więc, że to na mocy zarządzenia Marka Kuchcińskiego z 22 maja 2018 roku „w sprawie norm oraz warunków dostępu do wyposażenia i uzbrojenia przysługującego funkcjonariuszom Straży Marszałkowskiej” dostali oni prawo „do noszenia broni palnej z wprowadzonym nabojem do komory nabojowej”. Innymi słowy – gotowej do oddania strzału.

– „Strażnik groził śmiercią tej, którą powinien chronić. Naprawdę wspaniały powód do żartów”; – „A pan dał mu pan broń do ręki! Jakim trzeba być prymitywem umysłowym, by w tej sprawie nie widzieć hejtu, groźby karalnej, zagrożenia dla zdrowia i życia posłanki ze strony pracownika Straży Marszałkowskiej(!), kt. (powtórzę) pan uzbroił, a tylko to, kiedy ów był zatrudniony?”; – „Słynął pan z milczenia w stosunku do dziennikarzy spoza mediów PiS-u. Warto, aby również w tej sprawie pan zamilknął” – komentowali internauci.

 „Idealny temat na heheszki – dozbrojony przez exmarszałka globtrotera strażnik wyzywa posłankę i grozi jej śmiercią. Exmarszałek uważa to za zabawne? Odleciał…” – podsumowała Barbara Nowacka.

Dodajmy jeszcze, że zmieniona nawet została treść przysięgi funkcjonariuszy tej służby: „Doczekaliśmy się prywatnej armii. Straż Marszałkowska przysięga wierność PiS”.

 

Cztery tysiące i ani grosza mniej – postanowione. W końcu pan prezes zapowiedział przecież wyraźnie, że już za chwilę Polska będzie krajem dobrobytu.

Już kiedyś zresztą była i to całkiem niedawno, ale potem przyszła „złodziejska transformacja” i owszem – ten i ów doszedł do pieniędzy, uwłaszczając się na przykład na wydawnictwie prasowym wyposażonym z działkę, na której wkrótce powstaną Dwie Wieże. Ale większość dostała po „kuroniówce” i świadectwie udziałowym.

Kiedyś to co innego. Ojczyzna rosła w siłę, awansując na szóstą (czy tam siódmą) potęgę gospodarczą na świecie. Reporterzy nie nadążali za potokami surówki i strumieniami małych Fiatów, zjeżdżających z taśm montażowych wprost pod nowe mieszkania Kowalskich w blokowiskach z wielkiej płyty. No i – zupełnie inaczej niż teraz – wszyscy Polacy zarabiali miliony. Więc teraz rząd, choć może niewiele, bo podnoszenie Polski z ruiny swoje kosztuje, nie będzie przecież skąpił rodakom marnych czterech tysięcy.

Podwyżka ma dotyczyć wyłącznie sektora przedsiębiorstw (pomijając oświatę, służbę zdrowia czy administrację publiczną), co nie kosztuje państwa ani złotówki. Pan prezes rozdaje hojnie kasę wyjętą cichcem z kieszeni przedsiębiorców. Oczywiście – bez pytania ich o zdanie. Po co zresztą miałby pytać skoro – jak sam kiedyś powiedział – jeśli przedsiębiorca nie jest w stanie dostosować się do warunków gospodarczych, to widać nie nadaje się do biznesu. Więc podwyżka płacy minimalnej to przy okazji – zdaje się – nowa wersja zapowiadanego od jakiegoś czasu „testu przedsiębiorcy”.

No, ale nie ma się co rozczulać nad kapitalistą krwiopijcą, skoro o dobro zwykłego człowieka tu chodzi. O ludzi ciężkiej pracy, za niechlubnych rządów liberałów i lewaków sponiewieranych wynagrodzeniem poniżej połowy średniej krajowej tylko dlatego, że nie mają talentu do biznesu ani mgr przed nazwiskiem, nie pobrali kredytów, nie pozakładali start-upów ani nie pokończyli uniwersytetów. A ponieważ za pensję minimalną haruje niemal 20 procent wszystkich pracujących, pochylenie się nad ciężkim losem robotników niewykwalifikowanych i dołożenie im po dwa tysiące daje też nadzieję na szybkie i niebagatelne poszerzenie elektoratu.

Ten patent już świetnie sprawdził się na Śląsku, gdzie pensje górnicze, trzynastki, czternastki i deputaty mają się nieźle, pomimo trwałego deficytu kopalń, bo też nie o jakiś tam węgiel tu chodzi, ale o poszanowanie dla tradycji i szacunek dla człowieka ciężkiej pracy. Natomiast co do węgla, to już od dawna sprowadzamy go w dużych ilościach z całego świata. Ostatnio nawet z Mozambiku. Oczywiście, można by już dawno temu zamknąć nierentowne kopalnie i zainwestować w energię odnawialną, ale co (i zwłaszcza – za ile) robiliby wtedy górnicy? I na kogo – w tej sytuacji – by głosowali?

Nie da się ukryć, że ludzi ciężkiej, znojnej roboty jest w Polsce najwięcej. I że każdy z nich dysponuje kartką wyborczą. W tej sytuacji rachunek jest prosty – w dziedzinie struktury zatrudnienia należy kultywować solidne peerelowskie tradycje. Im więcej machających łopatą za cztery tysiące na miesiąc, tym bliższa wizja kolejnych kadencji partii aktualnie rządzącej!

I niech tak zwana inteligencja, pracująca za nędzne grosze, pomstuje. Niech jęczy mieszczaństwo i płaczą przedsiębiorcy. Niech wreszcie mają za złe robotnicy wykwalifikowani, których pensje nie urosną szybciej niż cała gospodarka. Teraz będą zarabiali niewiele (o ile w ogóle) więcej, niż operatorzy miotły czy łopaty, jak za „dyktatury proletariatu”, którą niektórzy z nas pamiętają zresztą doskonale.

Okazuje się, że uprzywilejowanie „szkół branżowych” w reformie oświaty to nie był przypadek, ale starannie przemyślana strategia. To po prostu fabryki nowego elektoratu pracujące na kolejne kadencje partii aktualnie rządzącej.

Tylko więc patrzeć, a wrócą czasy jak ze starego dowcipu, z jeszcze peerelowskim rodowodem:

Przychodzi baba do lekarza, umyć okno w gabinecie.

Lekarz: – Ile się należy?

Baba: – Trzysta złotych.

Lekarz: – Ile? Ja za wizytę domową z dojazdem do pacjenta biorę 150!

A Baba mu na to: – Też tyle brałam, jak jeszcze byłam lekarzem.

Pisowska Polska gnije od głowy Kaczyńskiego

W 2015 roku PiS szło do wyborów z transparentnością, uczciwością, sprawiedliwością i pokorą na sztandarach. W ciągu pierwszych kilku miesiącach władzy wyraźnie jednak pokazało, co dla niego znaczą te hasła. I właśnie dzisiaj, gdy wybuchła bomba z lotami marszałka Kuchcińskiego, warto przypomnieć wydarzenie sprzed trzech lat.

W czerwcu 2016 roku Jarosław Kaczyński obchodził urodziny. Tego dnia wpadł do Świnoujścia, gdzie nadał gazoportowi imię Lecha Kaczyńskiego, a stamtąd ruszył do Krakowa, by pomodlić się na Wawelu na grobie swego brata. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że środkiem lokomocji, którym przemieszczał się prezes PiS, był… policyjny helikopter. Sam Joachim Brudziński, ówczesny wicemarszałek Sejmu pochwalił się na Twitterze fotką, na której tak pięknie prezentuje się maszyna z policyjnym oznaczeniem na burcie.

Jarosław Kaczyński, zwykły poseł, nie pełniący żadnej oficjalnej funkcji w państwie, a przemieszcza się policyjnym śmigłowcem? Czy to zgodne z obowiązującymi zasadami i kto za to miał zapłacić? Zapewne płatnikiem był MSWiA i stąd też udział ministra Błaszczaka, co miało usprawiedliwić wykorzystanie tego samolotu do przewiezienia prezesa.

Mówienie więc dzisiaj o uczciwości partyjnej, o zaskoczeniu Kaczyńskiego, robienie wielkich oczu, udawanie, że partia liczy się z opinią publiczną to jeden wielki fałsz.

Jak widać, praktyki wykorzystywania samolotów policyjnych, wojskowych i rządowych do przelotu przez polityków PiS były na porządku dziennym. Gdyby tak podliczyć koszty tych nieuzasadnionych lotów to byłyby to grube miliony. Miliony wydane na zachcianki polityków, które popłynęły z naszych, podatników, kieszeni.

Analogie niekoniecznie muszą być trafne. Afera samolotowa Marka Kuchcińskiego może być najważniejsza częścią kampanii wyborczej do parlamentu. Jarosław Kaczyński dymisjonując marszałka Sejmu przyznał się do porażki, choć w swoim stylu szukał usprawiedliwień, że inni też nadużywali władzy – w PRL-u było: „W Ameryce Murzynów biją”, w PRL bis: „wina Tuska”

Dymisjonując Kuchcińskiego, prezes PiS bez przekonania zwalił winę na Tuska, widać, że nie jest w formie fizycznej, ledwie opuścił scenę i udał się za kulisy, a przecież lubi gaworzyć do mikrofonów. Powód dymisji  Kuchcińskiego był tylko jeden – bożek sondażów. Spada PiS-owi poparcie, publika domaga się prawdy o lataniu Kuchcińskiego, jego rodziny i wszelkich pociotków pisowskich, bo istnieje obawa, że na niebie zamiast gwiazd będziemy mieli latających pisowców.

SLD w początkach afery Rywina miało podobne poparcie, jak dzisiaj PiS. Wówczas zaczął się spadek, który doprowadził postkomunistyczną partię do ostatecznego uwiądu. Czy PiS-owi to samo grozi? Po ich porażce wyborczej dzisiejsza opozycja musi dobrać się do kryminalnej przeszłości Srebrnej poprzez uchylone drzwi, jakimi jest sprawa Austriaka Geralda Birgfellnera.

Kaczyńskiego domek z kart Srebrnej („House of Cards”) musi upaść, tym bardziej, że właściciel jego jest na finiszu. Przekazanie Srebrnej w powiernictwo PiS-owi nie wchodzi w rachubę, bo tacy Suski i Sasin przeputaliby każdy majątek w trymiga, zaś Mateusz Morawiecki nie jest godny zaufania – znamienny znak w postaci dwóch godzin antyszambrowania na parkingu w oczekiwaniu na audiencję – bo ogoliłby prezesa, jak kardynała Richelieu, pardon: Gulbinowicza.

Lecz PiS znajduje się w o wiele lepszej sytuacji niż SLD Leszka Millera i Marka Belki. Ma mniej czasu na rozjechanie przez walec opozycji i zdecydowanie większe środki skutecznego przeciwstawienia się. Kaczyński i jego żołnierze mają do dyspozycji nieograniczony dostęp do budżetu państwa, z którego będą czerpać dowolne środki na kampanię wyborczą i przekupienie elektoratu czymś w rodzaju kolejnych 500+. Propaganda mediów publicznych TVP i stacji radiowych jest porównywalna w oszczerstwie do gadzinówek nazistowskich.

Za PiS-em stoją hierarchowie Kościoła katolickiego, powielają te same hasła, ostatnio wszelakie obrzydliwości o LGBT. Dyscyplina pisowców jest też zdecydowanie większa niż opozycji, są trzymani na krótkim łańcuchu korzyści z koryta wszelkich spółek skarbu państwa.

A cóż ma opozycja? Moralną rację i otwartych na świat ciekawych polityków – szczególnie średniego pokolenia. To niewiele, ale także bardzo dużo. PiS ma wszystko do stracenia (niektórzy z nich nawet wolność), a my do odzyskania Polskę. Air Kuchciński (#KuchcinskiTravel) to równia pochyła Rywingate SLD, opozycja musi pomóc zjechać szczęśliwie PiS na sam dół, niech tam wylądują razem z Kuchcińskim.

W pisdu, w pisdu (replika)

PiS można tylko wysłać w kosmos – w Pisdu. Leć Kaczyński w Pisdu, pisdzielcu.

Xerofas

– Pan Marszałek nie złamał prawa ani istniejących w tej dziedzinie obyczajów – podkreślił prezes PiS. – Skoro Państwo mają inne zdanie, mogę powiedzieć, że decyzja Pana Marszałka jest dowodem postawy związanej z naszym hasłem: słuchać Polaków, służyć Polsce – stwierdził Jarosław Kaczyński. – Trzeba słuchać opinii publicznej – dodał.

Polacy chcieli dymisji marszałka Kuchcińskiego

„Czy w związku z ujawnieniem informacji o lotach rodziny marszałka Sejmu rządowymi samolotami. Marek Kuchciński powinien podać się do dymisji?” – takie pytanie zadano uczestnikom sondażu SW Research dla rp.pl.

Az 67,7 proc. uczestników sondażu odpowiedziało: „tak”. Przeciw dymisji marszałka Sejmu jest 14,7 proc. ankietowanych. 17,5 proc. badanych stwierdziło, że „nie ma zdania na ten temat”.

– Częściej za dymisją Kuchcińskiego są mężczyźni (73%), osoby powyżej 50 lat (75%) oraz respondenci o wykształceniu wyższym (71%). Tego zdania są też ankietowani o dochodzie od 2001 do 3000 zł (76%) oraz osoby z miast od 100 do 199…

View original post 234 słowa więcej

 

Kuchciński usłyszał od Kaczyńskiego: „Won stąd!”

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod uwagę kwestie ściśle medyczne – istnieją leki, głównie z zakresu czynników krzepnięcia krwi stosowane w hemofilii, które wymagają rozpuszczenia przed podaniem w przypadku krwotoku.

Powiem szczerze, że taki argument jako uzasadnienie podróży rządowym samolotem, jest według mnie niejasny, bo takie leki można przewieźć pociągiem, albo samochodem. Wszystkie preparaty termowrażliwe transportowane są w specjalistycznych opakowaniach termoizolacyjnych i czas transportu nie jest liczony w minutach” – kontynuował lekarz.

W starciu argumentów Piotrowicz kontra Grzesiowski, lekarz specjalista wypada znacznie poważniej i to jemu wiarę dają internauci. „Ktoś wywozi za granicę leki z Polski, dlatego brakuje ich w aptekach. Samolotami wywożą?” – skomentował ironicznie jeden ze stałych użytkowników serwisu Gazeta.pl.

Sekwencje zwalania winy na innych przez Kuchcińskiego, Kaczyńskiego i rzecznika PiS. Konferencja prasowa do trzewi krętacza. Kaczyńskiego boli dupa, Kuchciński to wrzód na niej, ale kopiąc Kuchcińskiego, kopnął w siebie w zadek.

To bodaj punkt zwrotny kampanii wyborczej PiS. Dołowanie. Coś jak kiedyś afera Rywina dla SLD.

Sekwencje konferencji prasowej:

Prezes PiS: My uregulujemy tę sprawę, bo do tej pory zasad kto z kim mógł latać nie było.

Skoro opinia publiczna domaga się tutaj rygorów, to te rygory obowiązywać będą – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Po raz kolejny podkreślono, że media i opinia publiczna powinny przyjrzeć się lotom, które zostały wykonane w trakcie rządzenia poprzedniej ekipy. Zapowiedziano, że zostanie przekazany wykaz lotów poprzedniego rządu. Rzecznik rządu Piotr Muller wyciągnął i pokazał plik dokumentów, które mają zawierać te informacje i dodał, że zostaną one rozdane wszystkim obecnym podczas konferencji dziennikarzom.

Co ciekawe, Marek Kuchciński obchodzi 9 sierpnia 64. urodziny. Oznacza to, że w dniu urodzin złoży dymisje.

Oburzenie u wielu osób budzi nawiązanie do poprzedniej ekipy rządzącej. – Podsumowanie konferencji Kaczyńskiego: „Wina Tuska!” – napisał Przemysław Pospieszyński, rzecznik prasowy opolskiego PO.

Wątpliwości budzi fakt, że PiS z łatwością ustalił, jakie loty odbyli Donald Tusk i Ewa Kopacz, a mieli ogromne trudności w sprecyzowaniu wykazu lotów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego.

Opozycja domaga się dymisji urzędników, którzy przekazywali nieprawdziwe informacje opinii publicznej w sprawie lotów Marka Kuchcińskiego. – Czas na dymisje szefowej Kancelarii Sejmu i szefa Centrum Informacyjnego Sejmu – napisał Sławomir Neumann.

Według Arkadiusz Myrchy konferencja „była idealnym podsumowaniem 4 lat Marszałka Kuchcińskiego”.

– Zasłanianie się Tuskiem przez Kaczyńskiego jest żałosne. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy to tchórzostwo – pisze Joanna Scheuring-Wielgus.

Do ciekawych informacji dotarł Onet.pl. Według portalu, Marek Kuchciński nie zamierzał podawać się do dymisji. Zdecydować miał o tym Jarosław Kaczyński, który uznał, że kilka dni temu w rozmowie marszałek Sejmu okłamał go co do liczby lotów, również tych z rodziną.

Podczas konferencji kilkakrotnie zaznaczono, że Marek Kuchciński nie złamał prawa, a mimo to w piątek złoży rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. – (…) czyli dymisja jest podyktowana nie złamaniem standardów i procedur tylko sondażami (opinią publiczną, jak mówią panowie Kuchciński i Kaczyński) – snuje wnioski Renata Grochal.

 Marszałek, o którym właśnie słuchaliśmy, jaki jest wspaniały, jednak wylatuje. Czyli kryzys został uznany za poważny – napisał Łukasz Warzecha.

Ciekawa uwaga dziennikarza radia TOK FM. Jakub Medek pisze: „Skoro w przypadku marszałka Kuchcińskiego wszystko odbyło się zgodnie z „prawem i obyczajem”, to o co chodzi z tym Tuskiem?”.

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli

Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak nie można też trochę przestrzegać prawa. Jeśli ktoś złamał prawo, powinien ponieść tego konsekwencje, niezależnie od aktualnie piastowanej funkcji… wróć – właściwie zależnie: we wszystkich normalnych demokracjach im wyżej jesteś, im ważniejsze stanowisko piastujesz, konsekwencje są większe i bardziej dolegliwe. Bo komu więcej dano, od tego – i słusznie – więcej się wymaga.

Marszałka Marka Kuchcińskiego, drugą osobę w państwie, człowieka, który rządziłby krajem, gdyby coś się stało prezydentowi, ta zasada obowiązuje z pewnością. I pan marszałek wydaje się być jedyną osobą, która tego nie dostrzega, co nie wystawia najlepszego świadectwa jego kwalifikacjom do tej zaszczytnej funkcji.

Loty o statusie HEAD mają swoją wyjątkową procedurę i wyjątkowe koszty, ponieważ zgodnie z instrukcją HEAD, dokumentem określającym zasady organizacji i zabezpieczenia lotów z najważniejszymi osobami w państwie, realizowanych przy użyciu statków powietrznych lotnictwa Sił Zbrojnych RP, loty te dotyczą – no właśnie – najważniejszych osób w państwie.

Tych osób jest zaledwie kilka: oprócz marszałka sejmu są to: prezydent i premier RP i marszałek senatu. Czasem z lotem samolotem wojskowym mogą polecieć także dyplomaci wskazani przez najważniejsze osoby w państwie, niezbędne do zrealizowania konkretnej misji, ale powinny to być przypadki sporadyczne i precyzyjnie opisane w odpowiednich dokumentach.

Loty o statusie HEAD mają też swoją instrukcję bezpieczeństwa, jak wymóg zgłaszania zapotrzebowania na lot HEAD nie później niż 48 godzin przed lotem, co umożliwia odpowiednim służbom bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki przygotować taką podróż. Jak opisał portal Onet, ważne jest, z oczywistych względów, żeby samoloty były stuprocentowo sprawne, a piloci odpowiednio przeszkoleni i najlepsi z najlepszych.

Marszałek Kuchciński i kancelaria sejmu złamali wszystkie te zasady. Wiemy już, dzięki dziennikarskiej pracy telewizji TVN i portalu Onet, że loty zgłaszane były nie tylko z dnia na dzień, ale czasem z godziny na godzinę, a na pokładzie przebywały osoby zupełnie do tego nieuprawnione, jak krewni marszałka, jego partyjni koledzy, jak minister Ziobro, poseł Piotrowicz czy prof. Krasnodębski i ich żony.

Marszałek złamał prawo. Nie „trochę”. Po prostu złamał i powinien zostać zdymisjonowany (gdyby wcześniej sam nie podał się do dymisji co zrobiłaby w tej sytuacji większość urzędników państwowych w cywilizowanych krajach).

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli. Dlaczego przypadkowo wybrane kwoty wpłacane na wybrany przez winowajcę cel, zamiast zwrotu kosztów do budżetu państwa?

Czy marszałek łamał prawo na koszt Caritasu czy obywateli?

Ponadto nie tylko marszałek, ale i oficjele, którzy uczestniczyli w łamaniu prawa, jak minister Ziobro i reszta powinni ponieść służbowe konsekwencje – także w postaci zwolnienia ze stanowiska.

Skutki powinny być zresztą nie tylko zawodowe, ale i prawne, bo w taki sposób przeprowadzane loty narażały zdrowie i życie ludzie, wprost, jak słusznie napisała prasa, narażając ich na powtórkę ze Smoleńska.

Marszałek Sejmu nie jest jedyną osobą w obozie rządzącym, która nadużywała przywilejów władzy. Kaczyński, broniąc kolegi, zaprzecza partyjnym wartościom.

– Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem – mówił w 2006 r. urzędujący premier Węgier Ferenc Gyurcsány, przyznając się, że jego rząd kłamał tylko po to, aby wygrać wybory i zdobyć władzę w kraju. Podobnie, po obnażeniu kolejnych kłamstw drugiej osoby w państwie, wygląda dzisiaj sytuacja w Polsce. Jarosław Kaczyński chciał mieć w Polsce Budapeszt, to ma. Tylko nie o taki Budapeszt chodziło prezesowi.

Kampania PiS z lotami marszałka Kuchcińskiego

Kampania wyborcza PiS miała wyglądać inaczej. Narzucanie tematów, partyjne pikniki, spotkania parlamentarzystów z wyborcami, spijanie śmietanki z programów socjalnych, z 500+ na czele. Dzisiaj politycy PiS chowają się przed mediami, a wśród Polaków też jest ich mniej. I bynajmniej problemem nie są wakacje. Afera marszałka Kuchcińskiego zatacza coraz szerszy krąg. Drugiej osobie w państwie nie mogą już nawet wierzyć partyjni koledzy. Codziennie opinia publiczna zaskakiwana jest obnażaniem kłamstw marszałka Sejmu. Marszałek Kuchciński oszczędne gospodarowanie prawdą podniósł do rangi sztuki. Rzecznik Centrum Informacyjnego Sejmu i sam marszałek zachowują się, jakby byli w sztabie opozycji. PiS, broniąc w Sejmie notorycznego kłamcy, osłabi się wyborczo. Obrazki z Kuchcińskim będą wracać we wrześniu i październiku.

Kuchcińskich w PiS jest wielu. Marszałek Senatu zaprzeczył, że zabierał w delegacje swoją rodzinę. Zmianę zdania ogłosił kilka godzin później podczas konferencji. Czy ministrowie rządu Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego traktowali rządowe samoloty jak taksówki? Czy rządowe samoloty były używane do kampanii samorządowej, europejskiej i parlamentarnej PiS? Wkrótce się dowiemy, tak jak wiemy już, że premier Szydło wojskową Casą latała do domu. Bulwersowały już loty szefa Kancelarii Premiera, który w listopadzie poleciał do stolicy Dolnego Śląska, by namawiać Bezpartyjnych Samorządowców do podpisania umowy koalicyjnej z PiS. Kiedy media pytały o cel i koszt lotu, a także prosiły o wykaz służbowych lotów ministrów, odpowiedzi nie otrzymały. Dopiero kiedy do Kancelarii z interpelacją wystąpili posłowie opozycji, KPRM udzielił odpowiedzi w sprawie lotu ministra.

Dzisiaj problemem PiS nie są już nawet same loty marszałka, ale notoryczne okłamywanie opinii publicznej. Kto ma wierzyć marszałkowi Sejmu, Kancelarii Sejmu i politykom PiS, którzy jeszcze tydzień temu zapewniali o krystalicznej uczciwości Kuchcińskiego, który ma być „jedynką” PiS w Krośnie?

Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się teraz na pozbawienie Kuchcińskiego funkcji marszałka Sejmu ze względów lojalnościowych. Kuchciński był wierny Kaczyńskiemu jak mało kto, kiedy prezes był na politycznym marginesie. Kaczyński poświeci druha, gdy temat będzie żył medialnie przez kolejne tygodnie. Jeśli Polacy wrócą z wakacji, a afera marszałka wciąż będzie rozpalać opinię publiczną, wewnętrzne sondaże partii pokażą, że Kuchciński ciągnie partię w dół, wtedy prezes zetnie marszałka. I tu pojawi się kolejny problem. Takich Kuchcińskich, nadużywających władzy, jest w PiS więcej. Kaczyński grzebiąc zaufanego druha, musiałby pogrzebać wielu z PiS, a to zdziesiątkowałoby listy wyborcze partii. PiS ma większy problem niż się wydaje, tym bardziej że temat jest rozwojowy. Kolejne przypadki będą wypływać również jesienią.

W środę odbyły się dwie narady w siedzibie PiS z udziałem najważniejszych osób w partii. Jedną z obecnych osób był premier Mateusz Morawiecki. Jak podaje „Fakt”, polityk miał czekać dwie godziny na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller.

Pierwsze spotkanie kierownictwa PiS rozpoczęło się o godzinie 14.00 w środę. Jak powiedziała potem rzeczniczka partii Anita Czerwińska, nie miało ono charakteru nadzwyczajnego i dotyczyła tegorocznych wyborów parlamentarnych.

Nieoficjalne źródła donoszą jednak, że druga narada – wieczorna – dotyczyła lotów rządowymi samolotami, które wykonał Marek Kuchciński. Udział w niej wzięli najważniejsi członkowie PiS, m.in. Beata Szydło, Stanisław Karczewski, Mariusz Błaszczak czy Mateusz Morawiecki. Jak donosi „Fakt”, ten ostatni miał spędzić dwie godziny pod siedzibą PiS, czekając na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim.

Zaprzecza temu rzecznik prasowy rządu Piotr Müller. „Informacja „Faktu” dot. rzekomego oczekiwania Premiera na spotkanie w siedzibie PiS jest perfidnym kłamstwem. Gdy wczoraj redakcja mnie o to zapytała jednoznacznie zdementowałem ten fakenews” – napisał.

Kaczyński zapowiada czwartkowe oświadczenie

Po zakończeniu wieczornej narady Jarosław Kaczyński zapowiedział, że w czwartek o 12.30 wygłosi oświadczenie. Oficjalnie jego temat nie jest znany, wiele jednak wskazuje na to, że będzie dotyczył kwestii poruszonej podczas spotkania przy ul. Nowogrodzkiej.

Kuchciński latał rządowymi samolotami

W środę dziennikarze TVN 24 ujawnili listę osób, z której wynika, że wśród pasażerów rządowych lotów o statusie HEAD latających z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim byli: Zbigniew Ziobro, Stanisław Piotrowicz i jego żona Maria, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, Zdzisław Krasnodębski z małżonką oraz Karol Karski i szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska.

Marek Kuchciński w poniedziałek przeprosił wszystkich, „którzy poczuli się urażeni” doniesieniami o jego lotach, jednak zaznaczył, że działał zgodnie z prawem.

Przyznał również, że zdarzyło się, że samolotem leciała również jego żona – lot nie miał statusu HEAD i miał nie być specjalnie zamówiony. Marszałek Sejmu postanowił w związku z tym wpłacić kwotę pokrywającą pełen koszt lotu, a wyliczoną przez Ministerstwo Obrony Narodowej, tj. 28 tysięcy złotych na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. Jak jednak ujawnił TVN 24, dzień przed jego wykonaniem zostało złożone zamówienie na lot dla Doroty Kuchcińskiej.

W ramach zadośćuczynienia Marek Kuchciński w ubiegłym tygodniu przekazał również 15 tysięcy złotych rekompensaty na cele charytatywne – Caritas i fundację „Budzik” Ewy Błaszczyk.

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej

 

Satrapa i jego słup

Więcej >>>

No i proszę. Mateusz Morawiecki sprowadzony do roli słupa, był słupem w Santander Bank, jest nim w PiS.

Xerofas

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej