Wyniki wyborcze exit polls. Szambo wybiło

– „Czy Jędraszewskiego interesuje coś poza LGBT? Ryby, szachy, znaczki, stare kalendarze? Cokolwiek?” – zapytał jeden z internautów w reakcji na najnowszy wywiad z metropolitą krakowskim. Abp Marek Jędraszewski udzielił go wydawanemu przez fundację Tadeusza Rydzyka „Naszemu Dziennikowi”.

– „LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn” – powiedział gazecie abp Jędraszewski. Jego zdaniem, LGBT „podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara”.

Osoba przeprowadzająca wywiad też nie przebierała w słowach, w pytaniach zawierając tezę, że LGBT „ukrywa się pod takimi hasłami jak tolerancja, mowa nienawiści, równość, takie same prawa dla wszystkich, stop przemocy, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła”. A oto odpowiedź metropolity krakowskiego na tę sugestię: – „Jak się patrzy na ideologię nazistowską i bolszewicką, to można zrozumieć, dlaczego dla nich pierwszym przeciwnikiem był zawsze Kościół i głoszona przez niego Ewangelia i moralność. Ich walka z chrześcijaństwem zawsze odbywała się w połączeniu z określonym językiem. Używanym pojęciom nadawano zupełnie nową treść, wprowadzając zamęt i poprzez kłamliwe słowa zabijając w ludziach ducha prawdy”.

Według abpa Jędraszewskiego, również dzisiaj robi się to, „manipulując słowami i hasłami”. – „Różnica jest taka, że obecnie ideolodzy mają do dyspozycji bardziej perfidne środki, dzięki którym mogą mieć ogromny wpływ na ludzi” – powiedział abp. Jędraszewski. Zdaniem metropolity krakowskiego, takim środkiem jest np. internet, w którym obok „dobrych treści” jest również „dużo nienawiści”

– „Niech się zacznie w końcu modlić, aby dobry Bóg, zajął jego myśli wiarą”; – „Kościelny siewca nienawiści w Polsce znowu w akcji. Ten facet nienawidzi ludzi i Boga…”; – „Perfidnymi środkami to się posługuje Jędraszewski” – komentowali internauci. A jeden z nich zacytował Biblię: „….Strzeżcie się obłudy, to jest kwasu faryzeuszy. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome” Ew. Łukasza 12:1-2”.

Syn znanego seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza, Michał odniósł się do wyemitowanego w TVP dokumentu „Inwazja”. Film, w którym wykorzystano wyrwaną z kontekstu wypowiedź Zbigniewa Lwa-Starowicza, jest atakiem na środowiska LGBT.

Film robi żenujące wrażenie, pełno jest w nim straszenia, ideologizacji i wypowiedzi powyjmowanych w kontekstu” – komentuje Michał Lew-Starowicz dla WP Kobieta.

Według niego film jest manipulacją, która ma na celu przedstawienie negatywnego wizerunku mniejszości walczących o swoje prawa.

„To zaczyna przypominać inkwizycję” – mówi syn znanego seksuologa odnosząc się m.in. do problemu zrównywania homoseksualności z pedofilią. Zachęca przy tym do zapoznania się ze stanowiskiem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego w tej kwestii, jak również w kwestii dotyczącej proponowanej ustawy karania za edukację seksualną.

Michał Lew-Starowicz za skandaliczne uważa ukazanie w „Inwazji” Światowej Organizacji Zdrowia, jako organizacji ideologicznej. „Standardy edukacji Światowej Organizacji Zdrowia opracowują specjaliści, nie ideolodzy i mają na celu wspomaganie zdrowego rozwoju psychoseksualnego.”

Kilku umundurowanych policjantów pilnowało jednego niepełnosprawnego. Nie chodziło jednak o pomaganie osobie poruszającej się na wózku. Ich zadaniem było, żeby pan Leszek nie zbliżył się do pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej na pl. Piłsudskiego w Warszawie.

Policjanci chcieli spisać dane pana Leszka. Kiedy stwierdził, że musi skorzystać z toalety, postanowili go do niej… eskortować!

Autor nagrania komentował, że prawdopodobnie w tym czasie, kiedy kilku funkcjonariuszy zajmowało się jednym niepełnosprawnym na wózku, w Warszawie mogło dojść do kilku rozbojów, kradzieży samochodów czy innych przestępstw. – „Ale w tym momencie pięciu, pięciu! policjantów odprowadza Leszka do toalety” – mówi autor filmiku.

Pan Leszek porusza się wózkiem elektrycznym. W pewnym momencie tak przyspieszył, że funkcjonariusze biegiem rzucili się w pościg za niepełnosprawnym. Rzeczywiście, czy tym powinna zajmować się polska policja?

– „Pozdrowienia dla Pana Leszka. Nie ma elektrycznych samochodów ale elektryczne wózki robimy wyścigowe!”; – „Niby śmieszne, ale jednak straszne”; – „Współczesna wersja kawału z milicjantami i żarówką – ilu policjantów potrzeba, aby dogonić gościa na wózku”; – „Ale mandatu za przekroczenie prędkości nie było?” – komentowali internauci.

Biskupi chyba jeszcze sobie nie uświadomili, że wprowadzili Kościół w ślepy zaułek. Ktokolwiek zwycięży w niedzielę – oni przegrają.

Piszę to w przedwyborczą sobotę, kiedy nie wiemy jeszcze, jakie będą wyniki głosowania i kto będzie Polską rządzić w nadchodzących latach. Z całą pewnością jednak wiemy, kto przegra i kto traci pozycję w polskiej polityce – to Kościół katolicki. Niezależnie od tego, jaki układ wyłoni się z urn w niedzielę wieczorem, Kościół ma powody do zmartwienia i niepokoju.

Jeśli władzę przejmie koalicja antypisowskiej opozycji, jest oczywiste, że nie będzie mógł liczyć na uprzywilejowane czy choćby przyjazne traktowanie przez rządzących, którzy będą mieć w pamięci postawę większości duchownych w minionym okresie. Owszem, w takiej koalicji znajdą się umiarkowane środowiska konserwatywno-katolickie, ale po przeciwnej stronie będą w niej też grupy zdecydowanie antyklerykalne. Bilans wyjdzie więc na zero i jedyne, na co biskupi będą mogli liczyć ze strony władzy, to oziębły dystans.

Jeśli zaś po wyborach nadal rządzić będzie PiS, Episkopat będzie musiał przyjąć do wiadomości zmianę relacji pomiędzy Kościołem a władzą świecką. Ta zmiana niepostrzeżenie dokonuje się od dłuższego czasu, a wybory będą jej przypieczętowaniem.

Religia katolicka przez wieki była uważana – nie bez racji – za fundament i spoiwo narodu. W czasach zaborów i okupacji religijna i kulturowa odrębność Polaków była jednym z najważniejszych czynników, który pomógł im uchronić się przed asymilacją i wchłonięciem. Później, w ciągu 50 lat panowania komunizmu Kościół stał się najważniejszą instytucją, pod której parasolem chroniły się inicjatywy opozycyjne – także te liberalno-laickie, a nawet lewicowe.

W efekcie Kościół zajął w III RP miejsce szczególne – jawił się jako uprzywilejowana potęga, stojąca ponad światem świeckiej polityki. Biskupi byli przyzwyczajeni do tego, że to politycy wszystkich obozów się do nich umizgują, próbują pozyskać ich względy i poparcie. Było to jednak możliwe tylko tak długo, dopóki Kościół nie związał się ściśle z jedną opcją polityczną.

Ostatnie cztery lata i zakończona o północy z piątku na sobotę kampania wyborcza zmieniły ten układ, choć zapewne biskupi jeszcze nie do końca to sobie uświadamiają. Jedną z konsekwencji politycznej symbiozy PiS i hierarchii kościelnej jest fakt, że relacja pomiędzy rządzącymi a Kościołem uległa odwróceniu – władza świecka wyemancypowała się, zaś Episkopat coraz częściej występuje w roli jej klienta. Episkopat nie rozdaje już kart i nie jest nadzorcą polityków. Sam w coraz większym stopniu staje się uzależniony od władzy świeckiej. Stopniowo wchodzi w rolę, jaką w Rosji odgrywa cerkiew prawosławna, zwasalizowana przez władców Kremla i wykorzystywana przez nich jako „pas transmisyjny” do mas.

Ktokolwiek więc wygra w niedzielnych wyborach, jedno jest pewne: Kościół przegrał.

Reklamy

Kościół i kronika

Więcej o Jędraszewskim >>>

Panu prezesowi Kaczyńskiemu gratulujemy zwycięstwa w debacie z Danutą Holecką. Przeciwnik leżał na łopatkach!

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył polskie elity o pracę dla wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani i będą piętnowani dalej – zapewnił. Zapowiedział kontynuację zmian w sądownictwie, bo sądy to, jego zdaniem, ostatnia barykada.
To ostatnia cotygodniowa Kronika Jana Skórzyńskiego, zapis działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS

Uzyskaną w drugim podejściu akceptację Parlamentu Europejskiego dla kandydatury Janusza Wojciechowskiego na komisarza rolnictwa „Wiadomości” skomentowały, że to pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka. Nigdy nikogo tak wpływowego nie mieliśmy w Unii Europejskiej – stwierdził prezes PiS.

W trzech różnych sprawach sądowych posłanki PiS Krystyny Pawłowicz orzekał ten sam sędzia, którego awans Pawłowicz popierała jako członek KRS. Według resortu sprawiedliwości to wynik losowania.

Komisja Europejska zaskarżyła Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE z powodu systemu dyscyplinarnego sędziów wprowadzonego przez PiS. KE uznała, że podważa on zasadę niezawisłości sędziów.

Próbowałem, ale nigdy nie dokończyłem – odpowiedział minister kultury Piotr Gliński zapytany czy czytał książki Olgi Tokarczuk. Dwa dni później Tokarczuk dostała Nagrodę Nobla.


To już ostatnia Kronika prof. Jana Skórzyńskiego. Była publikowana w każdą sobotę w OKO.press, dokumentowała działania i słowa rządzącego przez cztery lata obozu PiS.

Wszystkie kroniki wstecz znajdziecie w dziale Kronika Jana Skórzyńskiego.

Niedziela 6 października. Żłóbki i przedszkola – spuścizną po komunizmie

Kandydat PiS do Sejmu i były minister rolnictwa Jan Szyszko podczas debaty wyborczej w Pruszkowie powiedział, że rodzina wielodzietna może się utrzymać dzięki „odpowiedniej pensji” ojca. „Jest to podstawowa rzecz, która powinna być zapewniana. A nie w sposób sztuczny, w jakiś sposób pomagać w budowie żłobków przedszkoli. To są sprawy chwilowe, które załatwiamy jako spuścizna po poprzednim systemie, komunistycznym, a również i Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego”.

Niedziela 6 października. Wyrzucony ze studia TVP

Kandydat na posła z listy Koalicji Obywatelskiej Rafał Lipski w programie TVP Info stwierdził, że PiS wywołuje temat osób LGBT, „żeby szczuć. Bo tylko to potraficie – szczuć na ludzi”. Zarzucił to także oraz stronniczość prowadzącym program Jackowi Łęskiemu i Magdalenie Ogórek. Za te słowa został wyrzucony z programu.

Niedziela 6 października. Wiceprezes IPN: żydokomuna to fakt

Zastępca prezesa IPN Krzysztof Szwagrzyk udzielił wywiadu działaczowi skrajnej prawicy i antysemicie Jackowi Międlarowi. Rozmowa wideo została opublikowana na portalu wPrawo.pl pod tytułem „Żydokomuna to fakt historyczny!”.

„Określenie «żydokomuna» funkcjonuje w przestrzeni publicznej od dłuższego czasu i możemy powiedzieć, że mamy dwa obozy ludzi, którzy uznają, że nie ma w tym ziarna prawdy i tacy, którzy uważają, że ten negatywny termin jednak ma pewne podstawy. Ja chciałbym odnieść się do wyników badań naukowych tych, które mówią o tym jak wyglądał aparat komunistycznej bezpieki, aparat represji, szerzej rozumiany. W okresie stalinizmu, w latach 40. i 50., a więc w czasie, kiedy mamy do czynienia z tysiącami ofiar tego systemu i niezliczoną liczbą tych, których represjonowano, zarówno w Urzędzie Bezpieczeństwa jak i w strukturach informacji wojskowej, strukturach Milicji Obywatelskiej, także wymiaru sprawiedliwości tego powszechnego, a szczególnie wojskowego, odsetek osób narodowości żydowskiej, które zajmowały tam określone, często nawet kierownicze stanowiska był duży. Jest to fakt historyczny” –powiedział wiceprezes IPN.

Szwagrzyk mówił też, że „udział społeczności żydowskiej w rożnych komunistycznych strukturach przed wojną (…) to fakt historyczny, jest na to wiele źródeł i negowanie tego nie powinno mieć miejsca. (…) Nie demonizujmy, to nie jest tak, że komunizm stworzyli Żydzi i ludzie tego pochodzenia. To nieprawda, ale nie można też mówić, że tak nie było, że Żydzi nie popierali komunizmu”.

Gdy Międlar zapytał, „Skąd bierze się próba zablokowania odkłamywania historii”,  wiceprezes IPN odpowiedział: „Jeżeli ktokolwiek sądził w 1989 roku, że komunizm się skończył i skutków jego nie będziemy już odczuwali, to się grubo mylił. Cień komunizmu jest bardzo długi i ludzie, którzy funkcjonowali w systemie komunistycznym, są ciągle obecni. I to są nie tylko ci, którzy brali w nim osobisty aktywny udział, ale to są całe środowiska, to są pewne układy i więzy rodzinne. Naiwnością było sądzić, że nagle po 1989 roku zmienią poglądy”.

Poniedziałek 7 października. Ostatnia barykada

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w Polsat News powiedział: „Jeżeli chodzi o sądy, to były trudności z przeprowadzeniem reformy, mimo jej pełnej zgodności z polską konstytucją. (…). My, jeżeli tylko społeczeństwo nam zaufa, do tego wrócimy. Mamy mocną podstawę. Artykuł 180, punkt 5, ustęp 5 Konstytucji, daje pełne prawo do przeprowadzenia takiej reformy. I my do tego artykułu będziemy nawiązywać, będziemy to prowadzić. Bez głębokiej reformy sądów, w ogóle naprawienie państwa jest bardzo trudne, bo to jest taka jakby ostatnia barykada, ostatni szczebel decyzyjny w bardzo wielu sprawach, i to nie tylko takich, które odnoszą się do spraw cywilnych czy karnych, ale także administracyjnych”.

Poniedziałek 7 października. Tokarczuk zasłużona w antypolonizmie

„Czy (…) Olga Tokarczuk nie powinna być – przez niezawisłe organy wymiaru sprawiedliwości III RP – ścigana” – pytał Tadeusz Płużański w „Gazecie Polskiej”. Publicysta oskarżył pisarkę o „bluzgi na Polaków”, o „mowę nienawiści wobec Polski i Polaków”, o „odpychającą i naganną postawę antypolonizmu”, która „wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, (…) stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski”.

Jego zdaniem, Tokarczuk powinna dostać medal „Zasłużona w antypolonizmie” zamiast odznaki „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”, jaką uhonorowała ją Rada Powiatu.

Wtorek 8 października. Gliński: nie poddawać się narracjom innych grup interesu

Minister kultury Piotr Gliński w programie 1 Polskiego Radia powiedział: „Budowanie polityki historycznej, instytucji, które bronią polskiej racji stanu w obszarze narracji historycznej, to nie jest taka prosta rzecz, to musi trwać. My mamy olbrzymie zaniedbania. PRL o to nie dbał, zupełnie inaczej to wyglądało. Później niestety po 89 roku przyjęto jakąś taką pedagogikę wstydu, mieliśmy poddawać się narracjom innych grup interesu, mówiąc delikatnie. A na świecie jest olbrzymia rywalizacja dotycząca także wizerunków narracji historycznej, bo to w dużej mierze określa szanse rozwojowe i szanse w rywalizacji międzynarodowej różnych państw i narodów. I my musimy taką politykę budować, odbudowywać”.

Wtorek 8 października. Próbowałem i nie dokończyłem

Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński zapytany w TVN24 czy trzyma kciuki, aby Olga Tokarczuk otrzymała literacką Nagrodę Nobla, odparł: „Zawsze, jeżeli polski pisarz by dostał Nobla to ważne, chociaż, no niestety, mamy kłopot z tą nagrodą nie od dzisiaj”. Pytany, którą książkę Tokarczuk przeczytał, powiedział: „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem”. W czwartek, 10 października, Olga Tokarczuk otrzymała literacką Nagrodę Nobla.

Środa 9 października. Absolutnie najwybitniejszy polityk ostatnich 30 lat

Premier Mateusz Morawiecki w programie 1 Polskiego Radia powiedział: „Można podzielić (…) polską transformację na trzy etapy od 89 [roku] do końca lat 90. Państwo, które było bardzo agresywne w wymuszaniu pewnego typu zachowań, to terapia szokowa Leszka Balcerowicza, (…) Balcerowicz wyrzucający do śmieci pismo z Fabryki Samochodów Osobowych. Potem [od] 99 [roku] do 2015, państwo taki nocny stróż drzemiący podczas rządów naszych poprzedników, ogromna luka VAT. I od 2015 roku państwo przyjazne, państwo, które stara się skompensować krzywdy społeczne, a jednocześnie postawić na rozwój, na dogonienie państw zachodnich, na ten polski model państwa dobrobytu”.

Szef rządu przekonywał, że „zmieniając tę przysłowiową marynarkę podczas jazdy rowerem, dokonujemy głębokiej transformacji”. Mówił: „(…) Ja mam to szczęście, że trafiłem na współpracę z, nie całkiem przypadkiem, sam chciałem, oczywiście, pracować w ekipie Prawa i Sprawiedliwości, ale trafiłem na współpracę z absolutnie najwybitniejszym politykiem ostatnich 30 lat i nie tylko, bardzo dużo się uczę, rozmowy strategiczne, rozmowy o polityce, ale również o gospodarce z panem prezesem Kaczyńskim są niezwykle ciekawe i na pewno dla mnie bardzo ważne. Więc ja się z tej współpracy bardzo cieszę. I jeżeli kierownictwo polityczne podejmie takie decyzje, to będę się czuł zaszczycony, oczywiście, móc kontynuować tę misję”.

Środa 9 października. To nie był przypadek

Zmarł były minister rolnictwa i kandydat PiS do Sejmu Jan Szyszko. Jarosław Kaczyński stwierdził: „Odszedł w szczególnych okolicznościach. Majestat śmierci nie pozwala mi dzisiaj o tym mówić, ale trzeba będzie o tym powiedzieć, bo to nie był przypadek, że akurat dzisiaj, że akurat teraz”.

Wtorek 8 października. Elity, które pracowały dla wrogów

Szef partii rządzącej Jarosław Kaczyński na spotkaniu wyborczym w Sosnowcu powiedział, że PiS zmienił „sytuację w tym sensie, że ta nowa polska elita władzy i, mam nadzieję, coraz większa część elity kulturalnej i innych elit, już nie pracuje dla naszych wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani. I będą, proszę państwa, piętnowani dalej”.

Środa 9 października. Los szczęścia

W trzech sprawach sądowych z udziałem posłanki PiS Krystyny Pawłowicz w latach 2017-2018 rozstrzygał sędzia Krzysztof Świderski. Ministerstwo sprawiedliwości twierdzi, że zadecydowało o tym losowanie, w którym trzykrotnie został wybrany ten sam sędzia.

Pawłowicz jako członkini Krajowej Rady Sądownictwa poparła awans sędziego Świderskiego do Sądu Okręgowego w Warszawie. W dwóch sprawach z powództwa Pawłowicz przeciwko prezesowi Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzemu Owsiakowi wyrok był korzystny dla posłanki partii rządzącej. Proces, który wytoczył posłance PiS poseł PO Sławomir Nitras jeszcze się nie zakończył.

Czwartek 10 października. Władza w „Sygnałach Dnia”

W ciągu ostatnich pięciu dni kampanii wyborczej w „Sygnałach dnia” w programie 1 Polskiego Radia wystąpili: wicepremier Piotr Gliński, posłanka PiS Małgorzata Wassermann, premier Mateusz Morawiecki, minister zdrowia Łukasz Szumowski, wiceprezes PiS Ryszard Terlecki, minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych Marian Kamiński, wicepremier Jacek Sasin, premier Mateusz Morawiecki, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych Waldemar Paruch, przewodniczący Rady Mediów Narodowych i poseł PiS Krzysztof Czabański i prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Czwartek 10 października. Wyboista droga

Ruch egzekucyjny z XVI wieku to „ówczesne Prawo i Sprawiedliwość” – stwierdził premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu wyborczym w Bochni. Jego zdaniem „cechą charakterystyczną 25 lat III rzeczpospolitej” była „pedagogika wstydu, tolerowanie kłamstwa, tolerowanie oczerniania naszych bohaterów. My na to nie pozwalamy i ta prawda historyczna, duma narodowa, duma z naszej historii, z tych naszych dawnych osiągnięć, ale też z tych współczesnych jest jednym z filarów naszej współczesności (…)”.

Droga, którą chcemy iść – mówił premier – jest „wyboista. Bo naruszyliśmy mnóstwo interesów wewnątrz kraju. Bo postawiliśmy się silnym partnerom na Wschodzie i na Zachodzie. A szczególnie na Zachodzie, bo tam nasze interesy są realizowane w dużym stopniu (…). Idziemy tą wyboistą drogą, drogą pod górę. Oślepiają nas różne przeciwności losu, ale jeżeli nam wyborcy zaufają to z tej drogi nie zejdziemy (…)”.

Czwartek 10 października. KE oskarżyła Polskę o podważanie niezawisłości sędziów

Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę przeciwko Polsce w sprawie systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Komisja oświadczyła, że podjęła decyzję o skierowaniu skargi do TSUE, „aby chronić sędziów przed kontrolą polityczną”. Jej zdaniem polskim „sędziom nie zapewnia się (…) ochrony przed kontrolą polityczną, co podważa zasadę niezawisłości”.

Rzecznik prasowy resortu sprawiedliwości i kandydat PiS do Sejmu Jan Kanthak powiedział PAP, że „jest to próba politycznej ingerencji w polskie demokratyczne wybory”. Jego zdaniem „tu nie chodzi o fakty, ale o politykę”.

„Frans Timmermans, lewak z Holandii, który popierał Roberta Biedronia w wyborach do Parlamentu Europejskiego, po raz kolejny potwierdził swoje polityczne zacietrzewienie”.

Czwartek 10 października. Pierwsze w historii

„Wiadomości” TVP określiły akceptację Janusza Wojciechowskiego na komisarza ds. rolnictwa jako „wybór Polaka na jedno z najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej”. „To pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka” – przekonywano w telewizji publicznej.

Piątek 11 października. Gość honorowy „Wiadomości”

Główne wydanie „Wiadomości” TVP w ostatnim dniu kampanii rozpoczęło się od wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o wyborze między Polską plus, którą reprezentuje jego partia, a Polską minus uosabianą, jego zdaniem, przez opozycję.

Następnie pokazano materiał pt. „Kaczyński: zbudujemy państwo dobrobytu”.  Po nim wyniki sondażu przedwyborczego zatytułowane „Polacy stawiają na Prawo i Sprawiedliwość”. W kolejnym materiale pytano: „Polska dobrobytu czy chaosu”. Rozpoczęły go i zakończyły wypowiedzi Kaczyńskiego.

Z materiału wynikało, że dobrobyt, o czym zresztą widzowie „Wiadomości” już się dowiedzieli wcześniej, gwarantuje PiS, chaos – opozycja. „To wybór: Polska podzielona na A i B, Polska taniej siły roboczej i eksperymentów obyczajowych czy też Polska solidarna ze słabszymi, Polska dobrobytu, Polska integralnego rozwoju i dumna z tożsamości. To o tym są te wybory” – stwierdził autor, pracownik TVP.

Do konkurentów partii rządzącej powrócono w materiale pt. „Strategia pustych obietnic opozycji”. Zacytowano w nim wypowiedź Kaczyńskiego, iż „jeżeli PiS nie utrzyma władzy” to będzie „parodia demokracji”.

W materiale oceniono, że opozycję wspierają „pseudoelity”. Po pozytywnie przedstawiającym rządy PiS podsumowaniu pt. „4 lata dobrej zmiany” Danuta Holecka przeprowadziła rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim. Przez 11 minut w głównym wydaniu programu informacyjnego TVP 1, a potem jeszcze przez kilkanaście minut jako „Gość Wiadomości” w TVP Info lider obozu rządzącego chwalił politykę swojej partii i krytykował opozycję.

M.in. przekonywał, że „odnieśliśmy ogromny sukces, bo mamy jednego z najważniejszych, czy nawet najważniejszego komisarza w Unii (…). Nigdy nikogo tak wpływowego [jak komisarz KE ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski] nie mieliśmy w Unii Europejskiej (…)”.

Od autora: To ostatni numer „Kroniki Skórzyńskiego”. Wraz z wyborami kończy się moja misja zapisywania działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS. Dziękuję redakcji OKO.press za gościnę, a czytelnikom za zainteresowanie.

Na koniec niech mi będzie wolno powtórzyć za Olgą Tokarczuk: „głosujmy na rzecz demokracji”.

Więcej o PRL-u >>>

Katolicy chcą odzyskać Kościół z rąk diabelskich biskupów

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się, że ambona staje się mównicą sejmową, że coraz częściej dzieli całe rodziny. Wierzę, że gdyby Jezus żył, to byłby dzisiaj tu, z nami. Byłby z osobami bezdomnymi, homoseksualistami, alkoholikami. Nie siedziałby sam, za zamkniętymi drzwiami i zamurowanymi oknami”.

Protest nie spodobał się jednemu z duchownych, który wyszedł do protestujących.  Zaczepiał ludzi stojących w ciszy, kpiąc z ich haseł. – „Islam chcecie wpuszczać? Gejów do kościoła zapraszać?” – pytał. Duchowny nie chciał się przedstawić. Zapytany przez reporterkę „Wyborcze” o definicję Kościoła, odpowiedział: – „Kościół to jest hierarchia. To są biskupi, księża i kardynałowie”.

Kilka dni temu organizatorzy protestu wystosowali petycję. – „Chcemy przeprosić wszystkich tych, których przedstawiciele naszego Kościoła obrazili i upokorzyli. Słowa o tęczowej zarazie zabolały i zraniły także nas. Tak jak wykluczające wypowiedzi o żydach, muzułmanach, osobach niewierzących, które padały z ust kapłanów i biskupów” – napisali. Podpisało się pod nią prawie 2 tysiące osób. Została przetłumaczona na włoski – organizatorzy mają nadzieję, że dotrze ona do papieża Franciszka.

Chciałabym powiedzieć moim przyjaciołom, ludziom w Polsce: głosujmy we właściwy sposób na rzecz demokracji” – zaapelowała Olga Tokarczuk. Laureatka literackiego Nobla za 2018 rok spotkała się z dziennikarzami przed wykładem w niemieckim Bielefeld.

Mówiła też, że niedzielne wybory parlamentarne w Polsce są szansą na naprawę demokracji w kraju. – „Nagroda Nobla trafia do Europy Wschodniej, co jest niezwykłe, niewiarygodne. Dla mnie jako Polki, pokazuje ona, że mimo wszystkich problemów z demokracją w moim kraju, wciąż mamy coś do powiedzenia światu” – powiedziała Olga Tokarczuk w rozmowie z dziennikarzem agencji Reuters.

Opowiedziała też o okolicznościach, w których dowiedziała się o przyznaniu nagrody. – „Gdzieś między Berlinem a Bielefeldem zobaczyłam połączenie ze szwedzkim numerem na wyświetlaczu i serce zaczęło mi szybciej bić. Gdy się dowiedziałam, musiałam się zatrzymać. To jeszcze w ogóle do mnie nie dociera. To wspaniale, że Akademia Szwedzka doceniła literaturę z centralnej części Europy” – mówiła Tokarczuk.

Wcześniej w rozmowie z TVN Tokarczuk powiedziała: – „To jest coś niesamowitego, że moje książki, które są lokalne, bo wiele z nich dzieje się w małych miejscowościach w Polsce, dotyczy tego naszego malutkiego kawałka świata, to jednak mogą być czytane uniwersalnie, mogą być ważne dla ludzi na świecie”.

Nagroda dla Olgi Tokarczuk to pierwszy literacki Nobel dla Polaka od 23 lat, gdy w 1996 r. otrzymała go poetka Wisława Szymborska. W uzasadnieniu przyznania Tokarczuk tej najbardziej prestiżowej literackiej nagrody Akademia Szwedzka stwierdziła, że otrzymała ją „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”.

– „Prezes Kaczyński zrzucił wczoraj maskę i wreszcie powiedział prawdę, to o czym myśli naprawdę, że chce Polaków dzielić. Mówi bardzo wyraźnie – jeśli nie jesteś z partią PiS, to jesteś niczym i będziesz napiętnowany. Jeżeli nie działasz z nami, jesteś kolaborantem i także będziesz napiętnowany” – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska. O wypowiedzi prezesa PiS podczas konwencji w Sosnowcu: „Strach się bać”. Kaczyński zapowiada piętnowanie złych elit”.

Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera dodała, że „tylko zły człowiek może w taki sposób mówić o współobywatelach”. – „Prezes Kaczyński znowu dzieli ludzi; tworzy wielki mur i doprowadza do wielkich napięć. Nie mogą wrócić te ciemne czasy, kiedy były wilcze bilety, ludzie byli wykluczani z działalności zawodowej, społecznej. Dlatego apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie z jakiej są opcji, obrońmy Polskę przed takim podziałem, przed taką nienawiścią” – mówiła.

Kidawa-Błońska podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej w Chorzowie wezwała też prezesa PiS, by przeprosił Ślązaków za swoje słowa sprzed kilku lat, jakoby byli „ukrytą opcją niemiecką”. – „Panie prezesie, teraz jest szansa, w setną rocznicę Powstań Śląskich, teraz albo nigdy – niech pan przeprosi Śląsk” – powiedziała.

Z kolei lider PO mówił, jak ważne są niedzielne wybory. – „Stoimy przed wyborem cywilizacyjnym, w która stronę pójdzie Polska – zachodniej Europy, czy odwróci się do niej tyłem, bo woli tam szukać wrogów i przeciwników” – stwierdził Schetyna.

„Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Pewien Zły Polityk, zachowując pozory praworządności, chce zabezpieczyć swej formacji sprawowanie władzy na dłużej, nawet przy mniej korzystnej dla siebie sytuacji politycznej. Wiem, zapewne nikt nie uwierzy w to, że taki Zły Polityk mógłby istnieć, ale… Pogdybajmy” – piszą w swoim wspólnym tekście Witold Bereś i prof. Marcin Matczak.

  • Zgodnie z decyzją PiS, ostatnie posiedzenie obecnej kadencji Sejmu odbędzie się już po wyborach. Nigdy wcześniej nie doszło do takiej sytuacji
  • Od tygodni nie milkną przypuszczenia, czym zajmą się wtedy posłowie
  • Prezentujemy całe opowiadanie Witolda Beresia w konwencji political fiction wraz z komentarzem prof. Marcina Matczaka
  • Jedyna droga do zastopowania niepożądanych zmian prawno-ustrojowych, w tym – zmiany Konstytucji, to obecność wszystkich posłów opozycyjnych na ostatnim posiedzeniu Sejmu w ich kadencji – przekonuje Witold Bereś

Opowiadanie Witolda Beresia

Co najpierw musiałby taki polityk zrobić, aby zachować władzę?

Ano musiałby zmienić konstytucję (poseł Kaczyński, niewątpliwe samo dobro w polityce, zapowiada to ostatnio intensywnie). Ale nie trzeba zmieniać całej konstytucji, tym bardziej to praktycznie niemożliwe. Można jednak zmienić jej elementy, ważne dla sprawowania zamordyzmu.

Złego Polityka tak naprawdę nie będzie interesowała warstwa ideowa, bo zapisy o prawach i przywilejach obywateli to z jego punktu widzenia – czysta propaganda.

W dodatku dzisiejsza Konstytucja szalenie utrudnia zmianę rozdziałów I, II i XII. A to one kolejno omawiają: kształt Rzeczpospolitej, następnie: wolności, prawa i obowiązki obywatela, a wreszcie możliwości zmiany Konstytucji. I gdyby ktoś chciał w tych miejscach coś ZMIENIĆ, to nie może tego zrobić wcześniej niż sześćdziesiątego dnia po pierwszym CZYTANIU projektu takiejż ustawy. To – gdyby dbać o pozory prawa – jest prawie niemożliwe, nawet przy wielkim zwycięstwie obecnej władzy. Więc nikt tego nie będzie ruszał (przynajmniej jak na razie).

Ale to, co interesuje Złego Polityka to źródła prawa (rozdział III – tu kwestia sądów), to „Sejm i Senat” (rozdział IV) oraz „Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej” (rozdział V). A na deser – Preambuła Konstytucji.

Złemu Politykowi chodzi bowiem o sprawy praktyczne. Żeby posunięć władzy nie mógł blokować przyszły Senat. Żeby Prezydent miał większe prerogatywy. No i żeby można było ostatecznie przetrącić kark sędziom – dlatego faktycznie trzeba znieść immunitet sędziowski i poselski, który uniemożliwia prokuratorowi aresztowanie sędziów bez zgody właściwego sądu, a posłów – bez zgody Sejmu. To będzie bat, pod którym ugną się nawet najtwardsze karki.

Uzasadnienie, a właściwie propagandowa motywacja? Prosta. Pracowity koordynator służb specjalnych co rusz dostarcza dowody rzekomych przestępstw popełnianych przez parlamentarzystów i sędziów. Trzeba uzdrowić sytuację – suweren tego oczekuje!

Konstytucja jednak sprawia tu kłopot: nazywa się on rozdział XII i art. 235 o zmianie Konstytucji.

Co on mianowicie mówi? Oto o zmianę Konstytucji może wnioskować albo 1/5 ustawowej liczby posłów, albo senat, albo prezydent RP. Potem do zmiany konstytucji trzeba większości 2/3 w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby – czyli 460 – posłów. Następnie, nie później niż 60 dni, zmiany musi klepnąć zwykła większość senatorów. Na sam koniec Prezydent musi podpisać te zmiany – nie później niż w 21 dni.

Jednak największy kłopot jest z ustępem 3 tegoż artykułu 235, który mówi, że pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie konstytucji może się odbyć nie wcześniej niż trzydziestego dnia od przedłożenia sejmowi projektu ustawy. Czyli sens jest taki, że musi być czas na debatowanie nad Konstytucją.

Ale jeśli Zły Polityk nie będzie chciał debaty? Hm… Pomyślmy.

„Panie posłanki, panowie posłowie. Lepiej większy hołd złóżmy ojczyźnie i uchwalmy nową Konstytucję”

Przenieśmy się zatem w czasie o kilka dni w przyszłość.

Jest poniedziałek 14 października. Oszałamiające zwycięstwo władzy. W komentarzach opozycji przeważa w najlepszym razie zniechęcenie, a w najgorszym – wściekła chęć rozliczenia swoich przywódców.

W tej atmosferze niemal niepostrzeżenie marszałek Sejmu ogłasza po południu, że w związku z wielkimi zasługami posła Kaczyńskiego, następnego dnia Sejm poprzedniej kadencji, na ostatnim swoim posiedzeniu, przesuniętym jeszcze przed wyborami, będzie głosował uchwałę-laudację dla niego.

Ten poprzedni parlament – teraz już nieaktualny – po stronie PiS liczy 240 posłów i 61 senatorów. Opozycja (Koalicja i PSL/Kukiz) ma łącznie 193 „stare” mandaty.

Ale co się dzieje? Wszyscy posłowie i senatorowie PiS w sytuacji ogłoszenia takiegoż hołdu oczywiście zjeżdżają na Wiejską. A posłowie opozycyjni podłamani moralnie, a przede wszystkim – politycznie (bo przegrali wybory, a wielu nawet w nich nie startowało) – nie widzą powodu, aby jechać do Warszawy.

W ten sposób częściowo wypełniona sala Sejmu, wśród okrzyków pełnych zachwytu nad geniuszem Naczelnika przegłosowuje uchwałę nieomalże deifikującą posła.

A ten hołdów odmawia: – Panie posłanki, panowie posłowie. Lepiej większy hołd złóżmy ojczyźnie i uchwalmy nową Konstytucję. To wszystko w podzięce dla Matki Boskiej za to, że dała siłom patriotycznym tak wspaniałe zwycięstwo.

Mam przed sobą podpisany przez Pana Prezydenta projekt ustawy o zmianie Konstytucji. Projekt ten, co z satysfakcją chcę podkreślić, przewiduje nową preambułę odwołująca się do katolickiego dziedzictwa Polski i zasług Kościoła. Nie przez przypadek odwołuje się też w ten sposób do najwspanialszego dokumentu polskiej demokracji – Konstytucji 3 Maja: „W imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego, z Bożej łaski i woli Suwerena, którym może być tylko Naród Polski…”

Projekt zmian w Konstytucji został złożony – zgodnie z wymogami dotychczasowej Konstytucji – na ręce jeszcze marszałka Kuchcińskiego ponad miesiąc temu. Marszałek nie chciał tego ujawniać, aby to nie było elementem gry przedwyborczej. A my nie chcemy kłótni, bo my chcemy spokoju. Raz jeszcze mu za to dziękuję.

„To właśnie, my demokratycznie wybrana władza, walczymy o Konstytucję, a nie totalna opozycja, która pajacuje w koszulkach z napisem Konstytucja…”

I wtedy wystarczy, by na Wiejskiej nie zjawiło się – uwaga – tylko 71 posłów partii opozycyjnych (wliczając w to PSL i Kukiza). To będzie oznaczać, że na sali sejmowej PiS w pełnym składzie 240 posłów ma konstytucyjną większość. A nie liczymy do tego po stronie władzy posłów mniejszości narodowych, którzy zwyczajowo głosują za większością, nie liczymy nacjonalistów – konfederatów, którym bliżej do PiS niż do opozycji, no i nie liczymy poputczików i zdrajców w szeregach samej opozycji (bo i tacy się znajdą). Tak czy siak wystarczy, aby co trzeci poseł opozycji nie przyjechał – i już PiS ma większość wystarczającą do uchwalenia Konstytucji!

A potem, tej samej nocy, a dlaczego nie?, zbiera się Senat w tej samej sprawie. Wszak Konstytucja mówi, że Senat ma sprawę przegłosować NIE PÓŹNIEJ niż 60 dni po Sejmie, więc poseł Piotrowicz drwiąco tłumaczy, że szybciej z duchem Konstytucji już się nie da iść.

– Zgłoszenie projektu Konstytucji do Marszałka i nie procedowanie go publiczne wyczerpuje zapisy ustępu trzeciego artykułu 235. Zwracam uwagę krytykantom, że tam gdzie ustawodawca chciał mówić o publicznym odczytaniu projektu, wpisywał do Konstytucji „pierwsze” i kolejne „czytania”. Więc projektując możliwość zmian w Konstytucji ustawodawcy chodziło po prostu o formalne zgłoszenie dokumentu.

To właśnie, my demokratycznie wybrana władza, walczymy o Konstytucję, a nie totalna opozycja, która pajacuje w koszulkach z napisem Konstytucja…

Prof. Marcin Matczak, prawnik:

– Zacznijmy od kwestii, czy taki misterny plan, związany z dużym ryzykiem postawienia zarzutu, że dokonuje się zmian niezgodnych z Konstytucją, jest do pomyślenia, gdyby chodziłoby o tak stosunkowo niewielką zmianę jak kwestie immunitetu.

Ale rzeczywiście – nawet jeżeli ktoś by podejmował takie działanie, to ono by prawdopodobnie nie polegało na uchwaleniu nowej Konstytucji. Natomiast można sobie wyobrazić, że ci, którzy by taki plan uknuli, zmieniliby tę Konstytucję w miejscach symbolicznych.

Na przykład zmieniliby preambułę, wprowadziliby bezpośrednie odwołanie do Boga. Być może zmieniliby jakieś inne elementy – takie, które mogłyby być jakąś istotną zmianą ustroju dotyczącą na przykład sposobu wyboru Prezydenta RP. To jest w rozdziale piątym, gdzie zamiast wybierania prezydenta przez naród, można by zapisać jego wybór przez sejm czy zgromadzenie narodowe. I jeżeli chciałoby się w ten sposób uhonorować Jarosława Kaczyńskiego, to byłoby to zapewne rozwiązaniem wygodne.

Podstawowy problem dotyczy jednak tego ustępu 3 art. 235, czyli tego, że nie można głosować projektu zmian konstytucyjnych wcześniej niż 30 dni przed przedstawieniem go w Sejmie.

Przyjęcie, że jest możliwe de facto tajne przedłożenie Sejmowi projektu tak fundamentalnych zmian, to coś, czego sobie w ogóle nie można wyobrazić. Bo po co są te przepisy dotyczące 30 i 60 dni? Chodzi o to, żeby takich przekrętów nie robić. Twórcy Konstytucji znali historię i wiedzieli, że właśnie w taki sposób przemocą zmienia się ustrój konstytucyjny. Właśnie po to wprowadzono te bezpieczniki, żeby nie uchwalać ważnych zmian ustrojowych w momencie, kiedy ludzie mają gorące głowy.

Tym bardziej jest to istotne w przypadku przepisów konstytucyjnych, których sens polega na tym, że wszyscy muszą wiedzieć, jaka jest propozycja zmian.

Dlatego przedłożenie sejmowi nie może być traktowane jako tajne przekazanie dokumentu marszałkowi, który tego nie ujawnia.

Muszę podkreślić jedno: mówię to wszystko jako prawnik i jestem pewien, że moja interpretacja jest słuszna. To byłoby złamanie Konstytucji.

Ale przekręty, które ta władza robiła w związku z Konstytucją, na przykład argumentacje, które słyszeliśmy w odniesieniu do oczywistych przepisów Konstytucji określających sześcioletnią kadencję prezes Sądu Najwyższego, były tak absurdalne i bezczelne, że potrafię sobie wyobrazić wszystko. Również i to, że ktoś może zechcieć przekonać tzw. suwerena, iż przedłożenie sejmowi może oznaczać po prostu wręczenie projektu zmiany Konstytucji w zamkniętej, tajnej kopercie i to zostanie uznane za spełnienie przesłanki ustępu 3.

I nie zdziwiłbym się, gdyby później doktor praw Jarosław Kaczyński w telewizji przekonywał, że to oczywista oczywistość: jeśli ustawa konstytucyjna nie precyzuje, czy przekazanie projektu zmian ma się odbyć jawnie czy tajnie, to on wybiera tajność.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: jeśli w obecnej sytuacji politycznej ktoś zechce zgwałcić Konstytucję, to może mu się to udać. Byłoby to oczywiście fatalne w skutkach. Nie tylko dlatego, że to, co zostałoby uchwalone byłoby złe. Ale dlatego, że Konstytucja musi być dokumentem zgody narodowej i określać wartości, które są akceptowane przez ogół.

Dlatego jej uchwalenie musi być absolutnie zgodne ze wszystkimi procedurami. Jeżeli tak by nie było, to byłby grzech pierworodny takiej ustawy zasadniczej. Taka Konstytucja byłaby świstkiem, który zamiast być szanowany byłby pogardzany, bo wszyscy wiedzieliby – nawet autorzy tych zmian – że została wymuszona w sposób niegodny.

Moim zdaniem jednak chodzi o coś innego. Termin ostatniego posiedzenia Sejmu został przedłużony dlatego, że to jest pewnego rodzaju bezpiecznik dla władzy, która – gdyby straciła możliwość samodzielnego rządzenia – stanęłaby przed groźbą rozliczeń. Można sobie bez trudu wyobrazić, że powstanie rząd złożony z partii opozycyjnych ze względu na słabą zdolność koalicyjną PiS-u. W takiej sytuacji Sejm w starej kadencji mógłby dokonać kilku zmian, które zabezpieczyłyby interesy Prawa i Sprawiedliwości jako partii. Na przykład dokonana by została zmiana oddająca prezydentowi prawo mianowania prokuratura generalnego.

Może też chodzić o dokończenie skoku na Trybunał Konstytucyjny. Pamiętajmy, że w tymże Trybunale cały czas jest wniosek kwestionujący legalność wyboru trzech sędziów w roku 2010 – sędziego Zubika, sędziego Tuleyi i sędziego Rymara. A kadencja tych sędziów kończy się w grudniu tego roku. Jeżeli PiS wygra wybory, to sobie spokojnie wybierze ich zastępców w grudniu, bo będzie miał większość.

Gdyby jednak stracił władzę, to wyobrażam sobie, że usłużny obecny Trybunał Konstytucyjny szybko zebrałby się i orzekł, że wybór tych sędziów w roku 2010 był jednak niekonstytucyjny, czyli zgodziłby się z ministrem Ziobro. To by oznaczało, że nie są sędziami i wtedy PiS mógłby w trybie nagłym wybrać następców tych trzech sędziów. A to dawało PiS absolutną większość w Trybunale, który wtedy mógłby blokować jakiekolwiek zmiany wprowadzane przez nowy rząd.

Z pragmatycznego punktu widzenia PiS nie musi zmieniać Konstytucji, bo pokazał, że potrafi rządzić kompletnie się nią nie przejmując – faktyczne wyłączenie Trybunału Konstytucyjnego oznacza funkcjonowanie bez Konstytucji. Można uchwalić dowolną ustawę i jej sprzeczność z konstytucją nic nie znaczy, bo nie ma nikogo, kto to może stwierdzić.

Ale podkreślę – nie sposób wykluczyć, że populistyczna władza złamie i w tym wypadku reguły gry i spróbuje nawet zmienić Konstytucję. A następnie – na przykład – poprosi suwerena o to, ażeby jej dał jej błogosławieństwo w postaci referendum.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że cała opozycja jest odpowiedzialna i nie zlekceważy tego przedłużonego posiedzenia Sejmu, tym bardziej, że dziś wielu (w tym np. profesor Nałęcz) ostrzega przed tym zagrożeniem faktycznego zamachu stanu. Więc niepojawienie się w parlamencie opozycyjnych posłów i senatorów z tej kończącej się właśnie kadencji, skończyłoby się dla nich czerwoną kartką w sensie politycznym…

Zła prasa Rzeczpospolitej rzeczywiście zaczęła się na dobre ok. 300 lat temu. Wówczas na Zachodzie stały się popularne świeckie ideały Oświecenia i tolerancji religijnej. Tymczasem w Polsce dochodziła do głosu katolicka reakcja, która „innowiercom” odmawiała praw politycznych. Prezes PiS jak zwykle miesza skrawki prawdy z fantazjami i poczuciem krzywdy

Prezes PiS jest mistrzem insynuacji – umie zarzucać politycznym przeciwnikom czyny najgorsze w taki sposób, że nie da się go np. oskarżyć o zniesławienie. O tej technice retorycznej Kaczyńskiego pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie (np. tutaj i tutaj). Zawsze byliśmy pod wrażeniem tego, jak sprawnie się nią posługuje. 

Podczas konwencji wyborczej PiS w Sosnowcu 8 października prezes partii jednak zagalopował się nieco i powiedział więcej konkretów, którym można przyjrzeć się z bliska. Groził również polskim elitom. Te groźby nie znalazły się w oficjalnej relacji na stronie partii. Nie ma tam także nagrania wystąpienia Kaczyńskiego. Media jednak obszernie relacjonowały to, co mówił.

„Polska miała to nieszczęście i ciągle w jakiejś mierze to nieszczęście trwa, że od prawie 300 lat byliśmy przedmiotem zorganizowanej akcji dyfamacyjnej, niszczącej naszą reputację ze strony sąsiednich mocarstw” – mówił Kaczyński. 

Wymienił jeden konkretny przykład: przez ostatnie kilka lat, zdaniem Kaczyńskiego, bliżej nieokreślone złe siły odbierały Polakom „prawo do powiedzenia zgodnie z prawdą, że byliśmy pierwszymi, którzy przeciwstawili się zbrojnie hitleryzmowi i walczyliśmy z nim bardzo zaciekle tu w kraju i na całym świecie, niemal na wszystkich frontach drugiej wojny światowej i przedstawić nas jako w istocie współpracowników Niemiec hitlerowskich, współpracowników Hitlera w szczególności w kontekście Holokaustu”.

Prezes uzupełnił, że w tę narrację za rządów PO-PSL „dołączali się i to bardzo intensywnie przedstawiciele polskich elit”. Przywołał film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, ale mówił także o innych książkach, filmach oraz „różnego rodzaju akcjach”.

Była to – zdaniem Kaczyńskiego – działalność antypolska.

„Ale takich filmów było więcej, niektóre z nich były niestety w sensie artystycznym dobre czy nawet bardzo dobre, ale niszczyły polską reputację, niszczyły nasze wartości, niszczyły nasze bezpieczeństwo w sferze moralnej, a to też ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa w ogóle, bo naród, który jest traktowany jako naród zbrodniarzy nie jest też zwykle przedmiotem empatii innych narodów” – mówił.

Logika wypowiedzi Kaczyńskiego jest więc następująca: 

  • od 300 lat sąsiednie mocarstwa szkalowały Polaków; 
  • od niedawna wykorzystują do tego oskarżenie o współudział w Zagładzie;
  • to oskarżenie propagują polskie „elity” (cudzysłów Kaczyńskiego, bo naprawdę nie są elitami);
  • wykorzystują do tego m.in. filmy i książki, w tym np. „Pokłosie”;
  • zagraża to polskiemu bezpieczeństwu, bowiem „naród zbrodniarzy” nie budzi sympatii;
  • PiS zrobi z tym porządek, wymieniając elity.

Ten ostatni punkt Kaczyński potraktował jako częściowo dokonany. „Nowa polska elita władzy i coraz większa część elity kulturalnej i innych elit już nie pracuje dla naszych wrogów (…) Zwycięstwo w tych wyborach oznacza, że czas tych elit się ostatecznie skończy” – mówił.

Mowa Kaczyńskiego: rozkładamy na części pierwsze

Jak bardzo często w wypowiedziach Kaczyńskiego, mamy tu do czynienia ze skomplikowaną konstrukcją – w której elementy fałszywe mieszają się z prawdziwymi (i tworzą zupełnie nieprawdziwą całość). Bardzo często rozplątanie tego wymaga dłuższego wyjaśnienia. 

Posłużmy się przykładem.

„Od prawie 300 lat byliśmy przedmiotem zorganizowanej akcji dyfamacyjnej, niszczącej naszą reputację ze strony sąsiednich mocarstw” – mówił prezes. 

Dlaczego akurat 300 lat? Otóż zła prasa Rzeczypospolitej na Zachodzie rzeczywiście zaczęła się na dobre mniej więcej 300 lat temu. Wówczas na Zachodzie stały się popularne świeckie ideały Oświecenia i tolerancji religijnej. Tymczasem w Rzeczypospolitej dochodziła wtedy do głosu katolicka reakcja, która „innowiercom” odmawiała praw politycznych. Był to odwrotny proces niż na Zachodzie: kiedy w Rzeczypospolitej panowała tolerancja religijna (XVI w.), we Francji i Niemczech trwały krwawe konflikty na tle religijnym. W XVIII w. sytuacja się odwróciła – to w Rzeczypospolitej protestanci ulegali prześladowaniom, które odbijały się szerokim echem na Zachodzie. 

Zaczęło się to – i tu prezes ma rację – niemal dokładnie 300 lat temu.

  • W 1715 roku skazano na śmierć protestanckiego szlachcica Zygmunta Unruga, oskarżonego o bluźnierstwo. Oskarżył go (fałszywie, co warto dodać) katolik Andrzej Potocki, licząc na przejęcie majątku Unruga, który musiał uciekać z kraju. W obronie protestanta występował nawet nuncjusz papieski. Z powodu niewydolności sądów i władz Rzeczypospolitej rodzina szlachcica odzyskała jego majątek już po jego śmierci – dopiero w 1741 roku. 
  • W 1724 roku po zamieszkach pomiędzy protestantami i katolikami w Toruniu sąd królewski skazał na śmierć 9 protestantów oraz 2 burmistrzów miasta (tego samego wyznania). Jednostronny wyrok – podjęty z oskarżenia jezuitów; przewodniczącym komisji badającej sprawę był biskup – wzburzył rządy obcych krajów, w tym Prus i Rosji, którym dał pretekst do interwencji w sprawy słabej Rzeczypospolitej. Sprawa wyrobiła też Rzeczypospolitej opinię kraju zacofanych bigotów, gorliwie utrwalaną przez dyplomację wrogich nam sąsiadów.

Jak widać, prezes mówił nieprawdę w części – Polskę faktycznie oskarżali za granicą wrogowie (i tu Kaczyński ma odrobinę racji), ale też daliśmy do tych oskarżeń całkiem solidne podstawy (i tu racji nie ma).

To typowy zabieg retoryczny Kaczyńskiego.

Fałsze Kaczyńskiego, marzenie o nowych elitach

Wyliczmy teraz piętrowe fałsze w wypowiedziach Kaczyńskiego.

  • Współudział części Polaków w Zagładzie nie jest antypolską fantazją, tylko historycznym faktem, nienegowanym nawet przez IPN. Historycy różnią się jedynie w ocenie zakresu i skali współpracy – ci prorządowi usiłują ją bagatelizować i umniejszać, ci niezależni – piszą książki o systemowej współpracy instytucji obsadzonych przez Polaków (takich jak „granatowa” policja) w Zagładzie. 
  • Nie wiadomo, na czym ma polegać „propagowanie” tego zarzutu. Historycy mają nie pisać książek? Reżyserzy mają nie kręcić filmów na ten temat? Politycy PiS mają w dorobku długą listę wypowiedzi dyskredytujących dorobek niezależnych naukowców oraz mówiących, że zgodne z polską „racją stanu” jest pisanie o relacjach polsko-żydowskich w taki sposób, którego chce rząd. Mówił tak w udzielonym we wrześniu 2019 roku wywiadzie wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin. W filmie „Pokłosie” – atakowanym przez prawicę – reżyser pokazał w metaforyczny sposób próbę wyparcia przez polską wspólnotę win popełnionych przez przodków. Nie jest jasne, co w tym jest antypolskiego.
  • Nie wiadomo, w jaki sposób pisanie i kręcenie filmów o polskich „winach” ma uczynić z Polaków „naród zbrodniarzy”. Historycy i opinia publiczna na Zachodzie doskonale wiedzą, kto rozpoczął II wojnę światową i zorganizował Holocaust. Niemcy nie wypierają się tego, że byli głównymi sprawcami Zagłady. Nie jest też jasne, w jaki sposób Polacy mieliby przestać „być przedmiotem empatii innych narodów”, ani nawet w ogóle po co ktokolwiek miałby odczuwać wobec nas empatię.

Właściwie każde ze zdań w cytowanej wypowiedzi Kaczyńskiego zawiera takie intelektualne płycizny i fałsze. Sprostowanie ich wymagałoby napisania kilkudziesięciostronicowej broszury.

Istotna jest tu jednak groźba: „Zwycięstwo w tych wyborach oznacza, że czas tych elit się ostatecznie skończy” – mówił Kaczyński.

To kolejna już zapowiedź „wymiany elit”, którą planuje rząd PiS. Kaczyński wraca do tego tematu często: mówił już o nim np. podczas wystąpienia w Gdańsku w sierpniu 2014 roku. Jest w tym też zawarta pewna wizja roli elit – intelektualistów i twórców – która jest miła sercu konserwatywnego wyborcy. Ich zadaniem jest bronić wspólnoty, tłumaczyć ją z win, chwalić – a nie krytykować, bowiem krytyka jest destrukcyjna. Takie elity partia Kaczyńskiego wymieni na własne.

Dodajmy na zakończenie, aby było to jasne: twierdzenie o „300 lat współpracy elit z wrogami w dyfamowaniu Polski” jest całkowicie fałszywe. Wielu polskich twórców krytykowało swój naród – dla jego dobra – z tak wielkimi figurami, jak Prus czy Orzeszkowa na czele. Niektórzy konserwatyści, wychwalający tradycję polską i polskość, byli zaś politycznymi zdrajcami, współpracującymi z wrogami – np. Seweryn Rzewuski.

Nie bez powodu wielu ludzie dobrowolnie rezygnuje z wolności. Bo wolność to – w myśl jej klasycznej definicji – możliwość, ale też męka wyboru. A potem kac moralniak z powodu konsekwencji.

A porpos moralniaka, to kiedy u nas podwójnie wygrało PiS, za Kanałem Brytyjczycy właśnie decydowali się na Brexit, a za oceanem Amerykanie głosowali na prezydenta Trumpa. Teraz z premierem Johnsonem oraz Brexitem nie wiadomo, co dalej, a przed The Donaldem rysuje się coraz bardziej realna perspektywa usunięcia z urzędu. Na razie nic nie jest wprawdzie przesądzone i nie wiadomo, czy w Londynie i w Waszyngtonie znajdzie się wystarczająco wielu „sprawiedliwych”, by pogonić z polityki Borisa z Donaldem. Ale stare demokracje przed zderzeniem ze ścianą przynajmniej wcisnęły hamulce.

Zdecydowała – zdaje się – „racja stanu”.

Bo przecież, sądząc po wskaźnikach gospodarczych, Brytyjczykom i Amerykanom pod rządami populistów wcale nie żyje się  (na razie) gorzej niż za liberałów, a niektórym, to nawet wręcz przeciwnie. Pewne posunięcia obu przywódców podobają się nawet wyborcom opozycji, bo tak naprawdę, to i Amerykanie i Brytyjczycy są zmęczeni konsekwencjami nielegalnej i legalnej imigracji oraz dokładaniem się – jak sądzą – do rachunków reszty świata.

Niemniej, entuzjazm dla Brexitu, zwłaszcza takiego bez umowy, żywią już chyba tylko najwierniejsi zwolennicy premiera Johnsona. Zaś perspektywa dalszych rządów prezydenta, który tylko patrzeć, jak wplącze Amerykę w kolejny konflikt zbrojny, spędza z sen z powiek coraz większej rzeszy Amerykanów. Urok „niesfornych dzieci” polityki – Trumpa i Johnsona, powoli przestaje działać, podobnie jak obietnice uczynienia – odpowiednio – Ameryki i Wielkiej Brytanii – „great again”. Zwłaszcza w kontekście coraz wyraźniej widocznych, ukrytych za plecami Borisa i Donalda, ich rzeczywistych promotorów i sponsorów. A w zasadzie to jednego i tego protektora z siedzibą na Kremlu.

Bo to Rosji zależy, jak nikomu innemu, na destabilizacji świata, ze szczególnym wskazaniem na rozpad, lub przynajmniej osłabienie Unii Europejskiej.

Toteż niewykluczone, że dni Borisa Johnsona na urzędzie są już policzone, a impeachment Donalda Trumpa przesądzony. Wystarczy paru przyzwoitych Republikanów, którym nie jest obojętne, że ich prezydent usiłuje skompromitować konkurenta do urzędu szukając wsparcia za granicą (a niewykluczone, że prosząc o nie wrogie mocarstwo).

U nas natomiast, ekipa obiecująca uczynić Polskę great again ma się doskonale, a śladów hamowania zupełnie nie widać, o „dziesięciu sprawiedliwych” w szeregach formacji władzy to już nawet nie wspominając.

Po czterech latach „dobrej zmiany” Sejm jest – w zasadzie – niemy, ruchy społeczne, do niedawna masowe – spacyfikowane, aktywiści zniechęceni i zastraszeni, sędziowie gnębieni, media publiczne na usługach rządzących, a opozycji – dość skutecznie kompromitowanej, ośmieszanej i straszonej przez wszystkie możliwe służby – wyraźnie brakuje formy przed ostatnia prostą.

ImPiSmentu więc raczej nie będzie. A już na pewno nie można liczyć, że dokona się on w oparciu o instytucje polskiego prawa.

Tym bardziej, że po setce mniejszych i większych afer, rozłożeniu służby zdrowia, edukacji, administracji publicznej, systemu prawnego oraz sądownictwa poparcie dla „dobrej zmiany” wyraźnie w narodzie urosło i partia aktualnie rządząca może w wyborach liczyć na wynik w granicach około 40 procent!

Jedyny ImPiSment na jaki mogą liczyć ci, którzy chcą żeby Polska pozostała – nie tylko ciałem, ale i duchem – w Europie to ten, którego dokonać można w najbliższą niedzielę. Bo jak nie my, to już nikt.

Jankowski na patelni Lucyfera czeka na Głódzia

Gdańska Kuria nie zbada oskarżeń o molestowane dzieci przez ks. Henryka Jankowskiego. W uzasadnieniu decyzji, przesłanej jednej z ofiar księdza, powołano się na zasady zgodnie z którymi nie prowadzi się takich śledztw wobec osób zmarłych.

Oficjalne pismo ze zgłoszeniem przypadków molestowania przez ks. Henryka Jankowskiego przyszło do kurii metropolitalnej w Gdańsku na początku tego roku. Wysłała je Barbara Borowiecka, która wcześniej w m.in. w „Dużym Formacie” opowiadała o tym, jak w latach 60. była wykorzystywana przez duchownego.

Teraz Borowiecka otrzymała odpowiedź od kanclerza gdańskiej kurii ks. Rafał Dettlaff – informuje wiez.com.pl. Informuje, że nie zostanie wszczęte postępowanie ws. jej oskarżeń.

Z upoważnienia J. E. Sławoja Leszka Głódzia, Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego, uprzejmie informuję, że Kongregacja Nauki Wiary przesłała pismo, w którym w sposób jednoznaczny wyjaśnia, iż w sytuacji oskarżenia skierowanego po śmierci osoby oskarżanej, w tym wypadku Ks. Henryka Jankowskiego, prowadzenie postępowania procesowego jest niemożliwe

– czytamy w liście. „Kongregacja Nauki Wiary informuje, że sprawa została zamknięta, a wszelka dokumentacja z nią związana została przekazana do archiwum wspomnianej Kongregacji” – napisał ks. Dettlaff.

Serwis magazynu „Więź” cytuje prawników kanonistów oraz przepisy, według których nie wszczyna się dochodzenia wobec zmarłych duchownych „chyba że zasadnym wydałoby się wyjaśnienie sprawy dla dobra Kościoła”, zaś „publiczny wymiar zarzutów” może tu być wystarczającym uzasadnieniem. „Abp Głódź ukrywa bezczynność za watykańskimi wskazówkami” – komentuje na łamach serwisu dziennikarz Zbigniew Nosowski.

Bezprawie PiS właśnie się dokonało

Prawo i Sprawiedliwość w swojej krucjacie reformatorskiej chciało narzucić społeczeństwu poczucie zepsucia i degrengolady​, z czym miał się kojarzyć wymiar sprawiedliwości. Kampania billboardowa pokazująca sędziów jako złodziei i kombinatorów miała za zadanie wzmocnić taki przekaz. Jakimi brudnymi metodami obóz rządzący chciał podporządkować sobie wolne sądy, pokazała afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości. Od pewnego czasu publikowane różne dane pokazujące zapaść sądowniczą po wdrożonych przez PiS zmianach. W dzisiejszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej możemy poznać kolejną porcję wskaźników.

Po czterech latach zmian w sądach mamy wyraźny spadek ich sprawności. Na koniec 2019 r. sędzia będzie miał w swoim referacie dwa razy więcej niezałatwionych spraw niż w 2015 r.” – alarmuje Dziennik Gazeta Prawna. Stowarzyszenie Sędziów Polskich “Iustitia” opracowało dane Ministerstwa Sprawiedliwości, z których wyłania się obraz zapaści polskiego sądownictwa – “Pracujemy bardzo ciężko. Jednak prawda jest taka, że nie dostajemy żadnych narzędzi, które pozwoliłyby nam opanować stale rosnący wpływ spraw do sądów. Mało tego. Rządzący swoimi działaniami powodują w sądach chaos, co musi przekładać się przecież na sprawność postępowań” – mówi Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia.

Ministerstwo odpiera zarzuty i zwraca uwagę na sprawy karne – “Czas trwania postępowań rozpatrywanych przez sądy okręgowe skrócił się w pierwszym półroczu 2019 r. o prawie trzy miesiące w stosunku do 2015 r.” – pisze w odpowiedzi biuro prasowe MS. W sądach rejonowych czas trwania postępowań karnych skrócił się z 5,9 miesiąca do 4,8 miesięcy w 2018 r. Problem polega na tym, że resort nie odniósł się do rosnących zaległości w sądach.

Stowarzyszenie wskazuje, że przyczyną zaległości jest zwiększony wpływ spraw, zamrożenie przez ministerstwo 745 etatów sędziowskich, chaos organizacyjny oraz losowy przydział spraw, który odpowiada za nierównomierne obciążenie sędziów pracą. “Pogłębiająca się zapaść wymiaru sprawiedliwości to po prostu efekt tzw. reform sądownictwa, których autorem jest przede wszystkim Ministerstwo Sprawiedliwości” – kwituje sędzia Markiewicz, dodając, że stoimy na krawędzi katastrofy. Zapaść w wymiarze sprawiedliwości, służbie zdrowia, ślamazarna modernizacja sił zbrojnych i szereg różnych pól, na których Prawo i Sprawiedliwość się potknęło, pokazuje, że za tydzień należy tę ekipę wymienić na lepszy model.

Bezprawie PiS należy uznać za dokonane, zrealizowane. Republika bananowa, w której obywatele to małpy, wszak od nich pochodzi człowiek.

Xerofas

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio >>>

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył do Prokuratury Rejonowej w Pabianicach, zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez arcybiskupa Marka Jędraszewskiego.

Jako podstawę prawną OMZRiK wskazał art. 257 Kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”

Chodzi konkretnie o słowa: „Ja sobie mogę łatwo wyobrazić, że za jakiś czas, (…) powiedzmy w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu na terenie Europy, tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej” – wypowiedziane przez metropolitę krakowskiego w 2013 roku.

„Biskup Marek Jędraszewski publicznie wypowiadał zdania w których straszył…

View original post 57 słów więcej

 

Pisowska Polska Iranem Europy

Na Marszu Równości w Lublinie tydzień temu zatrzymano małżeństwo z domowej roboty ładunkiem wybuchowym. Miał zostać użyty przeciwko uczestnikom manifestacji. Czyżby głoszenie z ambon o „tęczowej zarazie” wywołało efekt „samotnych wilków” prowadzących prywatny dżihad po tym, czego nasłuchali się od radykalnych imamów w meczetach Londynu czy Paryża?

„Przyzwolenie na język pogardy stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa”

RPO Adam Bodnar czuje rosnące zagrożenie homofobicznym terroryzmem. Zaraz po zatrzymaniu małżeństwa z Lublina wydał oświadczenie „STOP homofobicznej i transfobicznej przemocy!”:

„Wzywam do zaprzestania działań, które prowadzą do realnego zagrożenia osób LGBT. (…) Nie możemy nadal tolerować wykluczania ze wspólnoty tworzonej przez wszystkich mieszkańców naszego kraju całej grupy społecznej. Pamiętajmy też, że nieprzekraczalną granicą wolności słowa jest godność drugiego człowieka. (…)

Z wielkim niepokojem obserwuję narastanie uprzedzeń, nienawiści, a także słownej i fizycznej agresji wobec osób LGBT. Moje obawy i stanowczy sprzeciw tym bardziej wzbudza fakt, że te niebezpieczne napięcia społeczne nie tylko nie są postrzegane jako wymagające reakcji i eliminacji zagrożenia, ale zdają się być podsycane i potęgowane w toku debaty publicznej – w tym również przez osoby pełniące wysokie funkcje publiczne.

(…) Przyzwolenie na język pogardy i wykluczenia zawsze stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa i fundamentalnych praw człowieka. Prowadzi do eskalacji nienawiści, agresji fizycznej i społecznej zgody na zachowania bezsprzecznie nieakceptowalne i przekraczające przyjęte normy”.

Adam Bodnar przypomina zamieszki wywołane przez katolickich nacjonalistów w Białymstoku:

„Niestety, wydarzenia związane z II Marszem Równości w Lublinie pokazały, że zagrożenie dla bezpieczeństwa i podstawowych praw człowieka wzrasta, zamiast maleć. Zabezpieczone przez policję ładunki wybuchowe mogły bowiem pozbawić życia lub zdrowia osoby uczestniczące w zgromadzeniu. Zdarzenie to powinno skłonić nas wszystkich do głębokiej refleksji i pozytywnej reakcji”.

RPO dziękuje policji za udaremnienie zamachu i ochronę uczestników marszu. I trzeba przyznać, że po doświadczeniach z Białegostoku policja wywiązuje się ze swoich obowiązków wzorowo.

Adam Bodnar swoje oświadczenie sformułował w sposób wyważony, językiem praw człowieka i dialogu. Tak jak powinien, bo jest rzecznikiem praw wszystkich, także tych wsłuchanych w słowa abp. Jędrzejewskiego i Jarosława Kaczyńskiego. I rolę bycia rzecznikiem wszystkich obywateli traktuje poważnie.

Idą drogą radykalnych imamów

Ale niepokojąca analogia z dżihadem samotnych wilków sama się nasuwa. Do tej pory mieliśmy pojedyncze akty agresji: wyzwiska i ataki fizyczne na osoby rozpoznawalne, jak Robert Biedroń, na dwóch mężczyzn trzymających się za ręce, dewastacje pomieszczeń Kampanii Przeciw Homofobii czy Lambdy, hejt i groźby karalne (zgwałcenia, zamordowania) wobec poszczególnych działaczy ruchu LGBT.

Teraz mamy typowy zamach terrorystyczny przeciwko nieokreślonej liczbie przypadkowych osób. Na szczęście udaremniony, ale następny może się powieść. Osoby nieheteroseksualne nie tylko są ustawiane w roli wrogów narodu, rodziny i wiary. Są też odczłowieczane – by przypomnieć pomysł ks. Tomasza Kancelarczyka „odkażania” miejsc, po których miał przejść Marsz Równości w Szczecinie. Wtedy Kościół zorientował się, że taka dehumanizacja to krok za daleko i nakazał księdzu wycofać się z akcji. Odbyło się jednak „sprzątanie” po marszu polegające na szorowaniu chodnika.

Czy abp Jędraszewski i Kościół katolicki w Polsce, czy Jarosław Kaczyński i jego partia zdają sobie sprawę, że idą drogą radykalnych imamów?

Prokuratura w Londynie czy Paryżu stawia takim imamom zarzuty. Sprawy trafiają przed sąd i niektórzy imamowie mają zakaz publicznych wystąpień. W Polsce prokuratura jest pod kontrolą partii rządzącej. A hierarchowie Kościoła utworzyli coś w rodzaju partii sojuszniczej. Telewizja rządowa zaś ma, w dużym stopniu, monopol informacyjny.

Nie ma więc mechanizmów powściągających. W tej sytuacji przywódcy Kościoła i partii powinni – w imię odpowiedzialności – zastosować autokontrolę, bo ich przekaz ma nieporównanie większą siłę rażenia niż radykalnych imamów w Londynie czy Paryżu.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Czytaj tutaj >>>

„Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom” – mówił Paweł Kowal podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej. Małgorzata Kidawa-Błońska obiecała, że połowę tek w swoim rządzie odda kobietom, a Katarzyna Lubnauer, że KO zakręci kurek dla Rydzyka

Pod sam koniec kampanii parlamentarnej Koalicja Obywatelska popełniła być może największy błąd: pozwoliła Lechowi Wałęsie wygłosić przemówienie. Ponieważ były prezydent mówi co chce, można zakładać, że jego treść nie była uzgodniona z organizatorami. A mówił rzeczy, od których odcięli się nawet kandydaci KO. Przede wszystkim nazwał pochowanego z państwowymi honorami w sobotę Kornela Morawieckiego zdrajcą, co w niedzielę stało się głównym tematem w wielu mediach.

Dzień wcześniej inny były prezydent, Aleksander Kwaśniewski, był gościem Lewicy. Pisaliśmy o tym w tekście „Ole, Olek!”: Kwaśniewski mobilizuje elektorat Lewicy i wzywa, by przewietrzyć Polskę.

Wybraliśmy najciekawsze naszym zdaniem momenty z konwencji Koalicji Obywatelskiej. O tym, co powiedział Lech Wałęsa, przeczytacie na samym końcu.

1. „Więcej kobiet w rządzie”. Kidawa-Błońska i Nowacka

„Rząd przełomowy pod względem liczby resortów, jakie obejmą kobiety”, czyli połowę – obiecała Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreślała, że to Polki i Polacy obiecują większej liczby kobiet u władzy, a KO odpowiada na te oczekiwania, bo ma w swoich szeregach kompetentne kandydatki. Kobiety są przygotowane i umieją powściągnąć swoje ego – zapewniała kandydatka KO na premiera.

Koalicja, która ma wysokie poparcie wśród kobiet (zwłaszcza wśród tych przed czterdziestką – 38 proc.), walczy dziś o to, by poszły one zagłosować.

O kobietach było na konwencji bardzo dużo. Do kobiet zwracały się i Katarzyna Lubnauer: „Kobiety, dziewczyny, siostry, idziemy na wybory!”, i Barbara Nowacka: „Wierzymy w kobiety, w ich siłę i mądrość, bo Koalicja jest kobietą, bo Polska jest kobietą, bo Małgorzata Kidawa-Błońska jest kobietą”

Postulat, by połowę składu rządu stanowiły kobiety, nie wyróżnia KO – pisze o tym w swoim programie również Lewica. Ale nie uczyniła z tej obietnicy pierwszoplanowego postulatu, a wystawiając na front mężczyzn (Biedronia Czarzastego, Zandberga), naraża się na łatwe ataki i zarzuty o hipokryzję. W niedzielę wykorzystała to Barbara Nowacka, ironizując: „Nie da Wam tego trzech tenorów, którzy obiecają, a potem zostanie Ogórek”.

2. „Zakręcimy kurek dla Rydzyka”. Bon moty Katarzyny Lubanuer

Katarzyna Lubnauer zapowiedziała „Dość kreatywnej księgowości” i obiecała, że państwo nie będzie już dotować Tadeusza Rydzyka. Obietnica znalazła się punkcie „F jak forsa”,  przemówienie Lubnauer było bowiem zbudowane wokół kolejnych liter alfabetu.

Było bardzo żywe, momentami zabawne i zawierało najwięcej bon motów:

„Listy wyborcze PiS przypominają drzewa genealogiczne”.

„Polska to nie może być interes w stylu hoteliku na rodziny”.

Lubnauer po raz kolejny obiecała przywrócenie handlu w niedziele, ale zarazem zagwarantowanie dwóch wolnych niedziel dla pracowników.

3. „Złowrogie hasło nowej elity”. Mocny występ Pawła Kowala

Paweł Kowal, kiedyś związany z PiS, a dziś jedynka KO w Krakowie, wygłosił poruszające przemówienie, w którym odnosił się do zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że powstanie „nowa, inna elita ekonomiczna„.

„Zastanówmy się, do kogo to było powiedziane? Do przedsiębiorców, do firm rodzinnych, do tych, którzy w wielkim trudzie 30 lat – a czasem więcej – wolnej Polski tworzyli 40 procent polskiego PKB. Do tych, którzy zatrudniają połowę polskich pracowników. Do tych, którzy sprzedawali w tych słynnych szczękach, stali przed łóżkami polowymi, marzli i liczyli na lepszą Polskę. I wyśnili tę Polskę. A dzisiaj słyszą, że będą wymienieni, że to nie jest już ich Polska.

Zastanówcie się państwo wszyscy: tu nie chodzi o interes przedsiębiorców, tu chodzi o tych, którzy dzięki nim mają pracę.

Hasło nowej elity to jest złowrogie hasło dla polskich nauczycieli. Widzieliśmy w ostatnich latach nagonki na polskich nauczycieli. Niech sobie każdy dzisiaj przypomni swoją najlepszą nauczycielkę, swojego najlepszego nauczyciela. Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom.

(…) Dzięki pracy tych ludzi można dziś dzielić 500 plus. Dlatego dziś zaczynamy od głębokiego pokłonu wobec tych ludzi, ludzi pracy (…)

My jesteśmy po stronie sprawiedliwości, a oni są po stronie władzy partii. My tworzymy szanse dla wszystkich, dla tych, którzy chcą się wykształcić, chcą pracować, chcą wstawać godzinę wcześniej. Chcą stać za barem i nalewać piwo, chcą tworzyć nowe miejsca pracy. A oni mówią: elitą będziesz, jeśli będziesz popierać naszą partię.

My mówimy tym, którzy pracowali: dziękujemy.
A oni mówią: my cię zweryfikujemy”.

4. „Idziemy na rekord w dużych miastach”

Konwencję otworzyli i zamknęli samorządowcy.

„Tak jak w boksie najważniejsza jest ostatnia runda. Dajcie z siebie wszystko. Patrzy na nas cała Europa, cała Europa patrzy na was” – zagrzewał działaczki i działaczy Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

„Pełna mobilizacja!” – ogłosił Rafał Trzaskowski.

To właśnie prezydent Warszawy zapowiedział bicie rekordu frekwencji. Przypomnijmy, że w wyborach samorządowych w Warszawie frekwencja wyniosła 66,59 proc., a w Poznaniu 57,19 proc. (w całym kraju: 48,83 proc.)

5. „Dziękujemy”.

Tym, którzy udostępniają swoje płoty i balkony na banery Koalicji Obywatelskiej, podziękowała Małgorzata Tracz, współprzewodnicząca Zielonych. „Jesteście zmianą” – mówiła. To ważne słowa, bo osoby angażujące się w kampanię opozycji, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, muszą się liczyć z tym, że plakaty będą zrywane. Nierzadko takie osoby są narażone na akty agresji. Takie sygnały docierają też do redakcji OKO.press.

O wolontariuszach wspomniał też Paweł Kowal: „To jest najważniejsze zadanie tych, którzy dzisiaj na placach polskich miast rozdają ulotki, niosą ludziom pokrzepienie.

To jest nasze najważniejsze zadanie: zanieść ludziom nadzieję. Powiedzieć: Polska naprawdę może być lepsza, to nie jest puste hasło”.

Podczas konwencji pojawił się też Rafał Lipski, kandydat KO wyrzucony w sobotę ze studia TVP. Zarzucił prowadzącym, Magdalenie Ogórek i Jackowi Łęskiemu, że szczują na osoby LGBT. Ogórek najpierw powiedziała: „Jest pan bezczelny”, potem zaczęła krzyczeć: „‚Moment, teraz ja mówię człowieku!”. W końcu Jacek Łęski wyprosił Lipskiego ze studia. „Takie osoby mają prawo być szanowane i wysłuchane w mediach publicznych” – mówiła Barbara Nowacka o Lipskim. O TVP wspomniał też Paweł Kowal: „Patrzcie w swoje sumienia, myślcie o Polsce, nie czytajcie tych pasków”.

Co powiedział Lech Wałęsa

  • Kornelu Morawieckim: „Co oni z niego robią? Bohatera! A on w środku – stan wojenny, atakują nas ze wszystkich stron – a on kozak zakłada Solidarność Walczącą. Co to było? Zdrada proszę panów. Zdrajca. Taka jest prawda. Wybaczamy mu to”.
  • fałszerstwach wyborczych: „Nie wierzcie, że oni oddadzą wam władzę. Jak oni zamach robili. Pytanie, w jaki sposób oni was oszukają i nie dadzą wam zwycięstwa, mimo że wygracie. Mam informację, że oni w internecie was przekręcą. Że w wyborach do PE już was przekręcili”.
  • błędach Koalicji Obywatelskiej: „daliście się wciągnąć na pola niewygodne. Na aborcję, na konkordat. Specjalnie was na to wciągnęli. Nie tak się zwycięża. To się załatwia w inny sposób, nie w wyborczy”.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Podczas warszawskiej konwencji Koalicji Obywatelskiej kandydatka na premiera, Małgorzata Kidawa-Błońska, wystąpiła z bardzo mocnym przemówieniem.

Liderka KO powiedziała m.in., że rząd PiS jest niczym Tytanic, który tonie, choć wciąż jeszcze gra na nim orkiestra. W wystąpieniu nie zabrakło odwołań do głośnych afer. „Jeśli ktoś urządza dom schadzek, okłamuje urząd podatkowy i zadaje się z gangsterami, to w swych mętnych tłumaczeniach niech nie odwołuje się do Armii Krajowej, bo to niegodne, obrzydliwe i ludziom pęka serce!” – słowa Kidawy-Błońskiej o aferze prezesa NIK spotkały się z ogromnym aplauzem.

Podobnie zresztą, jak krytyka ministra sprawiedliwości: „jeśli prokurator generalny nadzoruje postępowanie wobec samego siebie, to polityka nie może tego usprawiedliwić. To też jest niegodne.”

Wicemarszałek Sejmu obiecała, że rząd KO będzie oparty na równym podziale resortów pomiędzy kobiety i mężczyzn, a do poprawy sytuacji życiowej będzie dążyć pracą a nie samymi dekretami.

Bez względu na region, zarobki, poglądy, ludzie w kraju mają podobne obawy i troski. Nam, w Polsce, potrzebny jest polityczny detoks. Dlatego tu jestem. Mamy dość politycznej masakry. Wszyscy zasługujemy na dobre państwo” – mówiła do zebranych w Warszawie Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać może ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy

Program PiS ma 232 strony. Ponad 90% tego tekstu to propagandowe opowiastki o niebotycznych osiągnięciach partii Kaczyńskiego, która podniosła Polskę z kolan, dźwignęła kraj z marazmu gospodarczego i ratuje nas przed moralną degrengoladą. Jeśli na cokolwiek warto tu zwrócić uwagę, to na wyjątkowo bezczelne nicowanie rzeczywistości i przypisywanie oponentom swoich własnych ułomności. Bo okazuje się, że to rządy PO-PSL zniszczyły dobre obyczaje parlamentarne, które PiS stara się pieczołowicie chronić. Poprzednia władza zawłaszczyła też media publiczne, ograniczała wolność słowa, manipulowała propagandą, szczuła na politycznych przeciwników i była siedliskiem wszelakich afer, które przy uczciwej obecnej władzy zdarzyć by się nie mogły, bo obecnie wszelkie naruszenia prawa (ludzie są ułomni) tępione są w zarodku.

W powodzi półprawd i zwykłych kłamstw trafiają się sformułowania prawdziwe – jak choćby takie, że podczas rządów PiS dobór kadr na kluczowe stanowiska „zyskał nowy standard”. Rzeczywiście – takich standardów polityki personalnej nigdy dotąd w Polsce nie było. Nawet za komuny, która utworzyła tzw. „nomenklaturę” obsadzającą towarzyszami wszystkie ważne stanowiska w gospodarce i administracji, nie było tylu bezczelnych cyników, pazernych kombinatorów i niedouczonych amatorów jak obecnie.

Jedynie 12 stron programu PiS nie zawiera propagandowego bełkotu. W części jest to jakby mapa drogowa powrotu do planowej gospodarki PRL. Projektowany jest więc rozwój przemysłu ciężkiego, inwestycje w zakłady zbrojeniowe, repolonizacja (czyli po raz kolejny nacjonalizacja) banków, reindustrializacja przemysłowa i wsparcie dla wybranych terenów kraju – tym razem nie Górnego Śląska jak w epoce Gierka, ale jednak rejonów, gdzie partia rządząca cieszy się największym poparciem.   Dalszą część fragmentu, zawierającego rzeczywiste tezy programowe PiS, nazwać można listą przyczajonych zagrożeń demokracji. Te niebezpieczeństwa trafnie zidentyfikował prof. Wojciech Sadurski, publikując w Wyborczej swoje „Ostatnie poważne ostrzeżenie przed wyborami parlamentarnymi”.

Pomysły partii Kaczyńskiego nie są groźbami wprost i na pierwszy rzut oka miewają nawet pozory sensu. Od dawna mówiło się na przykład o ograniczeniu immunitetu posłów i senatorów, którzy czasem łamią przepisy drogowe, wszczynają awantury, stosują przemoc domową i nie ponoszą za to konsekwencji, bo koledzy mają sejmową większość i nie pozwolą odebrać swojakowi przywileju nietykalności. Program PiS przewiduje teraz, że o odebranie immunitetu występował będzie prokurator generalny. A zatem to Zbigniew Ziobro oceni, czy np. w wystąpieniu Michała Szczerby („panie marszałku kochany”) lub śledczego posła Krzysztofa Brejzy zawarte było coś karygodnego, jakieś – powiedzmy – pomówienie. Kiedy minister wytypuje już odpowiedni paragraf, wystąpi z wnioskiem do Sejmu, gdzie większość stanowią ludzie alergicznie reagujący na obu wymienionych parlamentarzystów. Po przewidywalnym głosowaniu przeciwnik polityczny stanie bezbronny przed obliczem prokuratora, wyznaczonego przez prominentnego polityka partii rządzącej i przypadkowo prokuratora generalnego. Prokurator uszczęśliwiony zadaniem zleconym mu w zaufaniu przez głównego szefa, podejmie właściwą decyzję. Ściganych przez Ziobrę opozycjonistów może uniewinnić sąd, ale droga na salę rozpraw może być tak długa, że i do końca kadencji niewygodny parlamentarzysta chodzić będzie z etykietką OSKARŻONY.

Podobny bat kręcony jest na nieposłusznych sędziów i prokuratorów, których zakres ochrony prawnej również budził dotychczas pewne wątpliwości. Na oko zmiana nie wygląda groźnie: prokurator generalny kieruje wniosek o pozbawienie immunitetu do Sądu Najwyższego i ostateczną decyzję o ewentualnym odebraniu przywileju podejmą sędziowie. Haczyk jest w tym, że wniosek prokuratora Ziobry, oskarżającego np. znienawidzonego przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany” sędziego Tuleję, nie trafi pod obrady „plenarne” Sądu Najwyższego, ale do Izby Dyscyplinarnej SN, gdzie sprawy nie rozpatrzą niezależni sędziowie, ale prokuratorzy i ministerialni prawnicy, którymi wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro obsadził ten nowy niekonstytucyjny organ.

Przeszkodą w zagarnięciu pełni władzy są wolne media – w większości spółki z kapitałem zagranicznym. Nie udało się ich „zrepolonizować”, bo nawet sojusznik zza oceanu stanął sztorcem przeciw przejęciu amerykańskich firm przez partię rządzącą w Polsce. Kaczyński wymyślił więc inny sposób na okiełznanie dziennikarzy. W programie sformułował to niewinnie: dla podkreślenia rangi i specyficznej misji zawodu dziennikarze powinni się stowarzyszyć w nowej organizacji, która dbałaby o status profesji i rzetelność publikacji. Ot, taka samoregulacja poprzez dziennikarski samorząd. Tyle tylko, że jeśli wczytać się w treść projektu, to okazuje się, że wcale nie chodzi o to, by ów samorząd wprowadził jakieś tam regulacje wymyślone przez dziennikarzy. Regulacje mają być TAKIE, które wykluczą stosowanie art. 212 KK przewidujący karanie za pomówienie. Wyraźnie zapisano: regulacje nowego samorządu muszą być takie właśnie, a zadaniem nowej korporacji MUSI być zwalczanie pomówień, a w praktyce tego, co władza za pomówienie uważa. Oczywiście przynależność do tej rządowej korporacji będzie dobrowolna, ale wyobrazić można sobie sto sposobów, by dziennikarzom nie opłacała się nieobecność w szeregach stowarzyszenia.

Prof. Sadurski, a także inni obserwatorzy życia politycznego zaniepokojeni są szczególnie enigmatycznym sformułowaniem z programu PiS, że „dokończona zostanie reforma sądownictwa”. Bo jest się czego bać. Wystarczy uświadomić sobie dotychczasowe skutki owej pożal się Boże reformy, która miała na celu skrócenie procedur, sprawniejsze zarządzanie i transparentne, bardziej sprawiedliwe orzecznictwo. Po czterech latach wdrażania szalonego projektu skutek jest odwrotny: procedury i procesy trwają znacznie dłużej , nowi prezesi bez doświadczenia i kwalifikacji mnożą bezsensowne decyzje konfliktując się z sędziami, a obywatele obawiają się, że wyroki zależą od tego, czy sądzi „normalny” sędzia, czy funkcyjny nominat ministra. Prawdziwym celem nibyreformy okazało się podporządkowanie sądów woli partii rządzącej, na wzór wcześniej przejętej przez PiS prokuratury. Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać więc może jedynie przejęcie przez rządzących pełnego nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, dokończenie procesu obsadzenia „swoimi” wszystkich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości i ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy.

Groźba kontynuacji pseudoreform ustrojowych jest moim zdaniem największym zagrożeniem dla Polski. Kaczyński nie jest człowiekiem niepoczytalnym ani ostatnim durniem, już wie, jak reaguje Unia na osłabianie praworządności, i musi przewidywać, co czeka Polskę, jeśli nie zawróci z drogi wiodącej od demokracji do dyktatury. Jeśli mimo to w ogłoszonym publicznie programie otwarcie planuje kontynuację demolki państwa prawa, to znaczy, że już się zdecydował pójść z Unią na zderzenie czołowe. Choćby teraz sto razy deklarował swoje najgłębsze przywiązanie do członkostwa w UE, choćby na spotkania w terenie jeździł spowity szczelnie w błękitną gwiaździsta flagę, to mało kto uwierzy, że nie planuje wyprowadzenia Polski z zachodniej wspólnoty cywilizowanych krajów europejskich – gdzieś na wschód, bliżej Azji. Między Rosję, której Kaczyński jakoś się nie czepia i nie żąda od niej reparacji, a Białoruś, gdzie chętnie jeździli funkcjonariusze PiS i wracali z przeświadczeniem, że tym ciekawym krajem rządzi „miły, ciepły człowiek”.

Nasrane w pisowskich łbach

Czy do Ciebie już dzwoniła ?

Zbigniew Ziobro i jego zastępca – prokurator krajowy Bogdan Święczkowski wzięli udział w otwarciu nowej siedziby prokuratur w Sosnowcu. Było uroczyste przecięcie wstęgi, oczywiście poświęcenie budynku przez miejscowego biskupa i okolicznościowe przemówienia.

Niewątpliwie kuriozalnie zabrzmiały słowa Święczkowskiego, który stwierdził, że ukończenie budynku w niespełna dwa lata to… efekt modlitwy oraz wsparcia moralnego biskupa Grzegorza Kaszaka! – „A ja głupia do remontu budowlańca szukam, zamiast dzwonić na plebanię” – skomentowała jedna z internautek.

Biskup Kaszak nie pozostał dłużny zastępcy Ziobry. Rozpływał się w pochwałach Święczkowskiego, który – zdaniem duchownego – „dla rodzinnego Sosnowca czyni samo dobro”.

– „Dzięki modlitwie beton szybciej wiązał… Co ci ludzie mają w głowach??”;  – „Oni już naprawdę są porąbani w tej fałszywej pobożności. Co jeden to bardziej święty, szkoda, że czyny nie idą w parze z tym, co głoszą. Bo to teraz kazania, nie przemówienia”; – „Czyli nie budowlańcy, tylko cud, jprd”; – „To już przestaje być zabawne, nawet w Iranie nie gadają takich głupot, że to ajatollah pomógł w budowie jakiegoś budynku” – komentowali internauci.

Dodajmy, że to nie koniec „cudów” w Sosnowcu. W mieście ma zostać wybudowana także nowa siedziba Sądu Rejonowego. Kieruje nim obecnie… Małgorzata Hencel-Święczkowska, żona prokuratora krajowego. Biskup na pewno znowu pospieszy z „pomocą”.

– „Teraz z mediów publicznych Polacy nie dowiedzą się o tym, co naprawdę dzieje się w ich kraju. Nie dowiedzą się o zamykanych szpitalach, o tym, że leki drożeją; tam jest tylko obrażana opozycja, mówienie półprawd” – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera zapowiedziała zniesienie abonamentu, rozwiązanie Rady Mediów Narodowych i przywrócenie uprawień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Kidawa-Błońska podkreśliła, że media publiczne muszą być mediami wszystkich obywateli. – „Zasługujemy na to, żeby z tych mediów dostawać dobrą i rzetelną informację, prawdziwą informację. Zasługujemy także na to, żeby były tam programy edukacyjne, żeby były ciekawe propozycje kulturalne. To wszystko powinno być w tych mediach, a tego nie ma” – powiedziała wicemarszałek Sejmu.

Zaznaczyła, że kierowane przez przedstawicieli PiS obecne media publiczne straciły moralne prawo do tego, żeby oceniać przedstawicieli opozycji i całe społeczeństwo. – „Przekroczono cienką czerwoną linię, dlatego zniesiemy abonament, bo te pieniądze nie mogą trafiać na tego typu programy i audycje. Polacy potrzebują obiektywnych, dobrze zorganizowanych mediów, gdzie będą mogli uzyskać prawdziwą informację, gdzie będzie używany język kultury, język, który będzie Polaków łączył, a nie dzielił” – stwierdziła wicemarszałek Sejmu.

Według Kidawy-Błońskiej, za jakość mediów publicznych powinien odpowiadać minister kultury. – „Tam powinna być oferta kulturalna, język, sposób mówienia, a nie fala hejtu i nienawiści. Dlatego przywrócimy KRRiT konstytucyjne zadania, które zostały jej zabrane i zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych” – zadeklarowała Kidawa-Błońska.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego w styczniu prezydenta Gdańska, apelowała o zmianę języka debaty publicznej. – „Moja rodzina sama doświadczyła wiele nienawiści z różnych stron, ale prym w tym wiodły niestety media publiczne. Obecny język debaty publicznej praktycznie sięgnął dna, mowa nienawiści, dezinformacje, półprawdy, inwektywy stały się codziennością” – powiedziała Adamowicz.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Gang Ziobry >>>

– „Przez ostatnie 4 lata kwestia obrony praworządności i niezależności sądów wyprowadzała na ulice setki tysięcy ludzi. Chcemy, żeby ta mobilizacja znalazła reprezentację w Sejmie. Dlatego stworzyliśmy Pakt na rzecz Reformy i Naprawy Wymiaru Sprawiedliwości. Konsultowaliśmy go z Fundacją Helsińską, poparły go także Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia” – powiedział Piotr Cykowski z Akcji Demokracja. To właśnie ta fundacja organizowała największe protesty w obronie polskiego sądownictwa.

Pakt zawiera dziewięć punktów, które demokratyczna opozycja zamierza wypełnić po wyborach:

  1. Przywrócić rządy prawa i ład konstytucyjny w Polsce, opierając się na Konstytucji, działając na jej podstawie i w jej granicach.
  2. Wykonywać wszystkie wiążące wyroki sądów powszechnych, administracyjnych, SN, NSA i Trybunałów, w tym Trybunału Sprawiedliwości UE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
  3. Przeprowadzić zarówno naprawę wymiaru sprawiedliwości, jak i jego reformę – tj. odwrócić wszystkie zmiany z ostatnich 4 lat uderzające w niezawisłość sędziów oraz niezależność sądów.
  4. Przywrócić niezależność Trybunału Konstytucyjnego i odbudować jego autorytet – poprzez przywrócenie prawidłowego składu, zarówno na stanowiskach sędziów, jak i prezesa.
  5. Stworzyć Krajową Radę Sądownictwa niezależną od polityków.
  6. Zapewnić, aby sądy były niezależne od polityków – co oznacza m.in. ograniczenie nadzoru ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi i przekazanie części kompetencji do niezależnej KRS, wybór prezesów sądów wśród kandydatek i kandydatów przedstawionych przez samorząd sędziów.
  7. Zapewnić prokuratorom niezależność od politycznych nacisków – poprzez rozdzielenie funkcji Ministra Sprawiedliwości od funkcji Prokuratora Generalnego.
  8. Zadbać o sprawne sądy.
  9. Uczynić sądy dostępnymi.

Dzisiaj (4.10.2019) pod Paktem Sprawiedliwości podpisali się przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej i PSL. – „Kwestia sprawności i dostępności sądów jest istotna, jednak priorytetem jest naprawa naruszeń Konstytucji przez PiS. Jeśli wygramy wybory, przywrócenie praworządności będzie jednym z naszych najważniejszych zadań, które będziemy realizować w ciągu pierwszych miesięcy” – zapewniła Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera.

– „PiS wprowadził do wymiaru sprawiedliwości chaos. Sprzątając musimy pamiętać, że my działamy zgodnie z Konstytucją i że jest to ważniejsze niż nasze przekonanie o własnej racji. To bardzo ważne, że pod Paktem podpisała się cała demokratyczna opozycja. Możemy się nie zgadzać w kwestiach polityki rolnej czy ochrony zdrowia, możemy na ten temat dyskutować. Ale uznanie państwa prawa jest podstawą demokracji” – powiedział Władysław T. Bartoszewski z PSL. Dwa dni temu pod paktem podpisał się w imieniu Lewicy Adrian Zandberg.

W PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać ich potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu – mówi 10 dni przed wyborami prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmawiamy o kampanii wyborczej i pytamy, dlaczego PiS mimo afer ciągle prowadzi w sondażach. – Jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji – mówi

JUSTYNA KOĆ: Do wyborów zostało mniej niż dwa tygodnie, a Jarosław Kaczyński przechodzi do ciężkich dział – mówi o potrzebie tworzenia nowej elity gospodarczej, sądowniczej, o walce z postkomunizmem.  Jak to rozumieć?

PROF. JAROSŁAW FLIS: Moim zdaniem to efekt jakiegoś “rozochocenia” i prób mobilizacji najtrwalszego elektoratu. Wydaje mi się, że to jednak nieprzemyślane działania, które mają motywować aktywistów, bo to chyba oni będą tą nową elitą. Generalnie te słowa są sprzeczne ze strategią, którą jeszcze przed chwilą partia sugerowała – sam prezes mówił, aby unikać agresywnych wypowiedzi pod groźbą usunięcia z listy. Tymczasem te słowa są na pewno konfrontacyjne, zatem dużo bardziej mobilizują drugą stronę, niż własnych aktywistów, gdy rolą rządzących jest raczej usypianie oponentów.

TO NIE UKŁADA SIĘ W SPÓJNY PLAN, A RACZEJ JEST REAKCJĄ NA WYNIKI SONDAŻY, SUGERUJĄCE, ŻE ELEKTORAT PIS NIE JEST TAK ZMOBILIZOWANY JAK ELEKTORAT PRZECIWNIKÓW

Gdyby opozycja miała lepsze wyczucie, to zrobiłaby taką kompilację najlepszych konfrontacyjnych wypowiedzi: o “nowej elicie”, “ludzkich panach”, “udeptywaniu ziemi do pojedynku” i wszystkich innych przeszarżowaniach, które były udziałem prezesa.

Co się stało, że prezes tak błędnie zadziałał? Do tej pory raczej o błędach w kampanii PiS-u nie było mowy, a przynajmniej sondaże tego nie zanotowały.
Błędów było mnóstwo, chociażby sposób załatwienia sprawy Kuchcińskiego – “nie zgadzamy się z wami, ale zrobimy jak chcecie”. To nie jest modelowe poradzenie sobie z sytuacją kryzysową. Sprawa Banasia też jest ciągle żywa, ale w PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać tych potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu. Choć jeśli opozycja nie będzie chciała wygrać, to nikt jej tego nie zapewni, nawet takie prezenty od PiS-u jak sprawa Banasia.

Czyli to wina opozycji, że afery nie przynoszą PiS-owi szkody i nie robią na społeczeństwie wrażania?
Robią wrażenie, tylko problemem jest konkurencja. Być może jednym z elementów są liberalne media, które nieustająco próbują obrazić większość społeczeństwa i wepchnąć je w ramiona PiS. Taki chyba jest efekt przekazów w stylu “ciemniaki na nic nie reagują, bo PiS przekupił ich 500 Plus”. Tymczasem

GDY MAMY WYBRAĆ MIĘDZY NIEUDACZNIKAMI A TAKIMI, KTÓRZY NAS OBRAŻAJĄ, TO WYBÓR NIE JEST TAKI PROSTY…

Być może też, gdyby nie te afery, to PiS miałby 60 proc. poparcia. Orbán przekraczał 50 proc. w najlepszych dla siebie wyborach. Być może tak byłoby z PiS-em, gdyby nie te kule u nogi.

Sytuacja ciągle jest niepewna, bo – jak widzieliśmy w wyborach samorządowych przed rokiem – w społeczeństwie są duże zasoby niechęci do PiS-u, i to takiej samoorganizującej się niechęci. Być może to przeważy szalę, bo gdy przełożymy wyniki na podział mandatów, to niewiele brakuje, aby PiS nie miał większości. A jak nie ma większości, to najpewniej nie ma też władzy.

PATRZĄC NA DZISIEJSZE DEKLARACJE, NIE BĘDZIE SENSU NEGOCJOWAĆ Z KOSINIAKIEM-KAMYSZEM CZY Z ZANDBERGIEM.

Ja jestem sobie w stanie wyobrazić rozmowy z kukizowcami.
Ale ilu ich będzie: dwóch, trzech? W realnym scenariuszu premierem jest albo Morawiecki, albo Kosiniak-Kamysz, innych alternatyw na dziś nie ma; albo PiS ma samodzielną większość i nie ma o czym rozmawiać, albo nie ma większości i wtedy Kosiniak-Kamysz może grać wysoko, pewnie właśnie o premiera. Tylko on ma możliwość zmiany koalicjanta i premierostwo może być jego ceną. Przypuszczalnie PiS byłby w stanie ją zapłacić za utrzymanie się przy władzy, więc PO i Lewica też będą musiały się na to zgodzić, jeśli nie chcą dalszych rządów PiS.

Dlaczego PiS wraca do strachów, że opozycja zabierze 500 Plus? Pytam w kontekście ostatniego sporu z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. Ma wewnętrzne sondaże, które są dla niego niedobre?
Tego nie wiem. Na pewno konflikt z samorządami trwa już od jakiegoś czasu.

PIS MIAŁ OGROMNĄ NADZIEJĘ, ŻE PRZEJMIE WŁADZĘ W SAMORZĄDACH I TO SIĘ UDAŁO W BARDZO NIEWIELKIM STOPNIU.

Poziom nieufności względem niezależnych sił i wykorzystywania sytuacji w Warszawie jako straszaka na swoich wyborców to nic nowego. Inna rzecz, że PO mogłaby tę Warszawę jakoś usuwać w cień, bo nie widzę, jak to miałoby jej pomóc w reszcie kraju.

Byli prezydenci apelują w sprawie tzw. paktu senackiego, aby nie mnożyć kandydatów na opozycji. Największy spór mieliśmy chyba w Warszawie, gdzie jest Ujazdowski z Koalicji i Kasprzak jako wolny strzelec. Czy ktoś z nich powinien odpuścić dla wyższego dobra, a jeżeli tak, to który?
Teraz już trochę na to za późno (Kasprzak podjął decyzję, by jednak startować – red.). Być może przewaga opozycji w Warszawie jest tak duża, że i tak kandydat PiS nie wygra. Przypomnę jednak, że były takie przypadki, jak np. w 2011 r. w okręgu podhalańskim, gdzie było 2 kandydatów związanych z PiS-em i wygrał wspólny kandydat PO i PSL. To jest kwestia tego, że najbardziej zagorzali ideowi aktywiści opozycji uważają, że robienie ukłonów względem umiarkowanych konserwatystów ich obraża. PiS się na pewno z tego cieszy.

Umiarkowani konserwatyści, którzy stanowili olbrzymią cześć elektoratu PO w czasach jej największych sukcesów, coraz bardziej oddalają się od tej partii, i to nie w stronę lewicy czy KOD-u.

W OGÓLE NIE WIDAĆ JAKIEGOŚ WYMARZONEGO PRZEZ “GAZETĘ WYBORCZĄ” NARODOWEGO ZWROTU W LEWO.

Mimo wszystko zastanawiam się nad sensem wystawiania w Warszawie, która w pierwszej turze wybrała liberalnego Trzaskowskiego na prezydenta, akurat Kazimierza Ujazdowskiego.
Oczywiście można się zastanawiać, ale Ujazdowski został zarejestrowany jako kandydat. Nawet jeśli to był błąd i dla warszawiaków to jest taka obelga, to gorąco przeciw temu protestując muszą się chyba pogodzić z kolejnymi 4 latami rządów PiS-u w całym kraju. W Suchej Beskidzkiej w 2007 roku kandydat PiS miał 34 proc., a PO z PSL i lewicą 66 proc. Dzisiejsza opozycja wygrywała 2/1. W wyborach do europarlamentu, które PiS już w Suchej Beskidzkiej wygrał, KE na spółkę z Wiosną miała już tylko 40 proc. Dzisiejsza opozycja odepchnęła od siebie co czwartego wyborcę.

DZIŚ JEJ PROBLEMEM NIE JEST TO, JAK ODZYSKAĆ ŻOLIBORZ, ALE SUCHĄ.

Tylko jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji.

Jeżeli PiS wygra ponownie wybory, to będzie koniec demokracji liberalnej – pojawiają się takie obawy. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
W takim samym stopniu jak z tym, że gdy wygra opozycja, to nastąpi koniec narodu polskiego. Oczywiście różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale na dziś to są chwyty retoryczne. Oczywiście PiS świerzbią ręce, ale od tego to jeszcze daleko do skuteczności w manipulacjach. Już 3 lata temu były poważne obawy związane z inicjatywą zmian w prawie wyborczym. Jednak żadnych efektów te zmiany nie przyniosły dla wyniku wyborczego i naprawdę nie te zmiany sprawiły, że pan Kałuża zmienił front po śląskich wyborach do sejmiku. Do tego większość tych zmian tuż po wyborach wylądowała w koszu. Oczywiście o demokrację trzeba się troszczyć, ale nie można wpadać w panikę z powodu swoich strachów. Prawdą jest, że prezes się rozochoca i chciałby stworzyć nową elitę, ale na razie to mu się udało zrazić starą.

Gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego i były marszałek Sejmu. Rozmawiamy o kampanii, zepsuciu władzy i wyborach. – Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu PiS z niewielką przewagą nad opozycją zdobywa 234 do 226 mandatów. Sondaż prognozuje też rekordową frekwencję: 63 proc. ankietowanych deklaruje, że na pewno pójdzie, 20 proc. – że prawdopodobnie pójdzie. Będzie rekord?

TOMASZ NAŁĘCZ: Zdziwiłbym się, gdyby frekwencja była rzeczywiście na poziomie z sondażu, bo jeżeli zsumuje się wyniki, to do urn miałoby pójść ponad 80 proc. wyborców. To frekwencja niewyobrażalna i byłby to rekordowy wynik. Zawsze w sondażach wychodzi wyższa frekwencja, powód jest prosty – aby zagłosować, trzeba zaangażować się w realne działanie.

Jednak wielu ekspertów mówi o rekordowej frekwencji.
Trudno być tu prorokiem, ale podejrzewam, że frekwencja, mimo że nie będzie na takim poziomie jak wskazuje sondaż, to i tak będzie rekordowa, pewnie koło 60 proc. Wyższa frekwencja była tylko w wyborach prezydenckich, i to w momencie ogromnej koncentracji, kiedy rywalizował Wałęsa z Kwaśniewskim w II turze w 1995 roku. Frekwencja będzie wysoka, bo obie strony są przekonane, że gra toczy się o wysoką stawkę, i słusznie.

Dlaczego?
Inne są motywacje zwolenników PiS-u i partii opozycyjnych. Ci drudzy uważają – i słusznie – że gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi. Sądy mają według Kaczyńskiego zachowywać się tak jak dziś prokuratura; jeśli przedmiotem postępowania prokuratury jest sprawa z udziałem Kaczyńskiego i dwóch wież, to widzimy, jak działa prokuratura – w ogóle nie działa. Ten sam model ma zostać przeniesiony na sądy.

KACZYŃSKI MÓWI O REFORMIE, ALE KAŻDY WIE, CO W JEGO USTACH TO ZNACZY – TO DEMOLKA.

Podobnie będzie z tą częścią mediów, które postulują wolność i nie są po stronie władzy. Oczywiście Kaczyński mówi o unarodowieniu i spluralizowaniu, ale tu również wszyscy wiemy, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na media zwane kiedyś publicznymi. Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy.

Jeżeli chodzi o drugą stronę, to rozumiem ją, choć nie podzielam ich obaw. Wielu Polakom PiS skutecznie wmówił, że jak tylko opozycja wygra wybory, to polityka socjalna, którą wprowadził, ulegnie zniszczeniu – to nie jest prawda. Ugrupowania opozycyjne złożyły twarde deklaracje w tej sprawie i ja daję im wiarę. Tę szeroko zakrojoną politykę PiS-u może zniszczyć jedna rzecz, czy nadwyrężyć w zależności od skali zagrożenia – kryzys w gospodarce. Jeśli Polska znajdzie się w sytuacji jak Grecja, to niezależnie, kto będzie rządził, chcąc ratować kraj przed ostateczną klęską gospodarczą i przed anarchią, będzie musiał radykalnie obniżyć wydatki z budżetu. Także wydatki socjalne.

CO DO SYTUACJI GOSPODARCZEJ, TO PIS NIE MA ŻADNEJ CUDOWNEJ RECEPTY, TYLKO TRAFIŁ NA DOBRĄ KONIUNKTURĘ, UŚMIECHNĄŁ SIĘ DO NIEGO LOS, ALE JUŻ SĄ ZNAKI, ŻE TA KONIUNKTURA ZACZYNA SIĘ ZAŁAMYWAĆ.

Czy był pan zdziwiony aferą Mariana Banasia?
Byłem zszokowany, choć nie do końca. Zdziwiła mnie szybkość procesu, bo Jarosław Kaczyński czyni coraz bardziej z polskiej demokracji wydmuszkę: zachowuje instytucje, które były filarami systemu demokratycznego, ale obsadza ich swoimi ludźmi. Forma zatem pozostaje ta sama, ale treść już jest zupełnie inna. W gruncie rzeczy mamy miękkie osuwanie się w system autorytarny. Każdy historyk i politolog wie, że system autorytarny służy demoralizacji ludzi władzy, bo nie ma mechanizmów kontroli. My nie mamy w Polsce systemu autorytarnego, jest jeszcze fragment niezależnej opinii publicznej. To przecież dzięki dziennikarzom, a nie służbom specjalnym sprawa Banasia ujrzała światło dzienne. Wydawało mi się, że Kaczyński i jego ludzi mają świadomość, że jest jeszcze szereg instytucji obywatelskich niezależnych, które monitorują sytuację. Okazuje się, że bezkarność rozzuchwala.

SPRAWA PANA BANASIA, NIEZALEŻNIE, CZYM SIĘ SKOŃCZY, BO JA W PIS-OWSKI WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI NIE WIERZĘ, POKAZUJE, ŻE TA DEMORALIZACJA POSTĘPUJE BARDZO SZYBKO.

Jak ocenia pan finisz kampanii?
Nabrała tempa. Wydaje mi się, że jednak przytłaczająca większość wyborców jest spolaryzowana, a kampania nie ma dla nich większego znaczenia. Może utwierdzić ich w przekonaniu, mobilizować do głosowania, ale jako tako poglądów nie zmieni. W kampanii wyborczej jest coś z romansu, gdy jedna strona widzi, że drugiej nie zależy, to też macha ręką. Jeżeli coś ma jednak zmienić, to raczej nie na korzyść PiS-u.

Na pewno na tym finiszu nie zyskuje PiS, bo wiele brzydkich spraw PiS-u ostatnio wyszło na jaw. Jeżeli ktoś nie jest bardzo przywiązany do tej partii, to może mieć wręcz odruch wymiotny.

GŁOSOWAĆ NA FORMACJĘ, KTÓRA DAJE WIARĘ, ŻE MINISTER ZIOBRO NIE WIEDZIAŁ O AFERZE HEJTERSKIEJ W SWOIM MINISTERSTWIE, ŻE SŁUŻBY SPRAWDZAJĄ OD KILKU MIESIĘCY PANA BANASIA I NIE MOGĄ DOJŚĆ DO WNIOSKÓW, KTÓRE DZIENNIKARZ USTALIŁ NIE POSIADAJĄC MOŻLIWOŚCI, JAKIE MAJĄ SŁUŻBY, TO RZECZYWIŚCIE TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM BARDZO ZAKOCHANYM W PIS-IE, ABY NIE WIDZIEĆ TYCH SKAZ NA WIZERUNKU.

Do wyborów został tydzień, a w niektórych okręgach, np. w  Warszawie, jest dwóch kandydatów opozycji do Senatu. Czy któryś z powinien się wycofać?
Oczywiście. Wszyscy kandydaci mniejszościowi powinni się wycofać. Tu sytuacja jest jasna jak słońce. Okręgi są jednomandatowe, a ordynacja jest większościowa. Wygrany bierze wszystko. Tu nie ma dogrywki czy drugiego miejsca. Jeżeli głosy na opozycji podzielą się między dwóch kandydatów, to mimo iż razem zgromadzą większą część głosów, to wygra kandydat partii rządzącej.

Ja bardzo cenię to, co publicznie robi pan Kasprzak, doceniam jego osobistą ofiarność i determinację. Jednak jeżeli w jego okręgu i okręgu pana Ujazdowskiego wejdzie do Senatu kandydat PiS-u, to nie może nam potem tłumaczyć, że chciał dobrze.

NAWET JEŻELI PAN KASPRZAK DOBRZE CHCE, TO MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE STANIE SIĘ TAK, ŻE UMOŻLIWI ZDOBYCIE MIEJSCA W SENACIE KANDYDATOWI PIS-U. POLITYKA OPRÓCZ MORALNOŚCI I IDEOWOŚCI MUSI MIEĆ JESZCZE ELEMENT SKUTECZNOŚCI.

Bardzo wiele nieszczęść w przeszłości sprawili idealiści, którzy dobrze chcieli, ale nie potrafili słusznej idei wcielić w życie. Apelowałbym do tych wszystkich kandydatów, którzy dzielą głosy opozycji, aby poza ideami pamiętali o niezbędnym dodatku do polityki, jakim jest skuteczny wybór metody. Pan Kasprzak ma na sztandarach niezwykle piękne wartości i zachowania, ale brakuje mu skuteczności, a jest to wartość w polityce realnej, czyli w dniu głosowania.

Czy wolność kandydowania nie jest solą demokracji?
Nie można też ulegać narracji PiS-owskiej, że przecież jest demokracja, więc niech kandyduje każdy, kto chce – bo ilu jest kandydatów z PiS-u w okręgach do Senatu? Tylko jeden. Dlaczego w PiS-ie nie może kandydować, kto chce? Bo to strategia na samospalenie i prezes o tym wie. Jeszcze jest czas i można wycofać się z kandydowania.

Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy.

Gdyby to, co wyprawia się w Polsce było tematem jakiejś książki z gatunku fantasy, to zaśmiewałabym się do łez. Śmiałabym się i jednocześnie pukała w głowę, nie rozumiejąc, co z tą książkową społecznością nie tak, iż pozwala po sobie jeździć jak po łysej kobyle, że jest aż takie przyzwolenie na demolkę państwa, że w ogóle niesamowitą wyobraźnię miał autor, opisując coś takiego. Po przeczytaniu, odłożyłabym tę książkę, by już nigdy do niej nie wrócić, bo wydałaby mi się totalnie wydumana, oderwana od realiów, bez sensu.

Problem jednak polega na tym, że to się dzieje naprawdę i to już od 4 lat. To nie jakiś książkowy twór, matrix, ale nasza polska rzeczywistość, więc ani się pośmiać, ani przejść nad tym do porządku dziennego. Gdzie się nie ruszę, gdzie nie spojrzę tam stykam się z totalnym absurdem i realiami jak w krzywym zwierciadle. I im głębiej w to wchodzę, tym mniej rozumiem. Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy, postawa roszczeniowa podstawą rozwoju państwa, niezaspokojona żądza władzy i kasy należy się jak psu zupa, a buta i arogancja brylują na politycznych salonach, pozwalając i nam, maluczkim, na coraz większe hołdowanie tym demonom.

Staje przede mną facet i mówi, że polska służba zdrowia jest najlepsza w Europie, a na SOR-ach umierają ludzie, lekarze padają z przepracowania, posiłki w szpitalach mogą prowadzić do wyniszczenia głodowego pacjentów. Gwiazda polskiej edukacji uwiła sobie bezpieczne gniazdko w Brukseli, jej następca zachwala reformę, a szkoły ledwo zipią. Prezydent opowiada bajeczki o tym, jakoby zagrożenie klimatyczne to jakaś manipulacja, woli bronić interesów grup społecznych, a smog wywołuje coraz bardziej tragiczne skutki, upały stają się nie do zniesienia, ludzkość staje na granicy zagłady. Były minister rolnictwa chce karać dzieciaki za udział w strajku klimatycznym, zapominając, ile się napracował, by rozwalić polski ekosystem. Premier już kilkakrotnie został przyłapany na kłamstwie, a co wystąpienie to bajdurzy jak z nut. Prezes partii rządzącej wciąż gada o wolności i rozkwicie demokracji, jednocześnie rozwalając praworządność, idąc przez Polskę z hasłami nienawiści, obrażając każdego, kto się pod jego słowami nie podpisuje.

Służba zdrowia, przemysł, edukacja, przedsiębiorczość, kultura, wojskowość, dyplomacja zagraniczna, inwestycje, stosunki społeczne… to wszystko leży i kwiczy. 4 lata! Wystarczyły 4 lata, by zamienić Polskę w skansen nietrafionych decyzji, fatalnego gospodarowania, politycznej mitomanii. Wystarczyły 4 lata, by Polak Polakowi stał się wrogiem, a o wzajemnym szacunku, uśmiechu czy życzliwości można zapomnieć.

Co będzie po kolejnych czterech, jeśli uda się PiS-owi wygrać i mieć większość parlamentarną? Władza przejmie już całkowicie kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, media niezależne będą musiały przejść do podziemia, UE ciachnie nam dotacje, co znacznie pogorszy sytuację gospodarczą,  część narodu z wyciągniętą ręką będzie żądała jeszcze więcej i więcej, Polska Instytucja Kościelna będzie pławić się w luksusie, policja będzie karała za wszystko jak leci, wolność i swoboda staną się pustymi słowami, Konstytucja zostanie przerobiona na pisowską modłę, podatki nas zeżrą, bo przecież ktoś będzie musiał zarobić na rozdawnictwo kasy, a prawa człowieka wylądują w koszu na śmieci. Widzę ciemność i tylko ciemność…

Taką właśnie Polskę zafunduje nam prezes, który już dzisiaj nie ukrywa swoich planów. Wielu Polakom to się podoba, bo najważniejsze jest przecież to, by do władzy nie wrócił wróg numer jeden, czyli PO, by i inne partie opozycyjne oblizały się smakiem. Jakże skutecznie Kaczyński wbił ludowi do głowy, że jego partia może wszystko, bo i tak jest lepsza od poprzedników. Stąd to nieustające uwielbienie i pełna akceptacja. Tej partii wolno wszystko, bo zasługuje ona na swoje koryto, tym bardziej, że ochłapami z niego umie się podzielić, a nie tak jak poprzednicy.

Jeszcze kilka dni do wyborów. Nie ukrywam, że jestem pełna niepokoju. Nie tylko dlatego, iż dzięki ciężkiej pracy Kościoła i rzuconym kolejnym obietnicom, zapewne wielu Polaków zagłosuje na PiS, ale obawiam się też, jaką decyzję podejmą ci, którzy z zasady na wybory w ogóle nie chodzą. Czy i tym razem odpuszczą, uważając, że polityka ich nie dotyczy, wierząc w swoją dobrą karmę, której żadna władza nie zaszkodzi? Co zrobimy, gdy okaże się, że rację miał Kochanowski, pisząc „(…) Nową przypowieść Polak sobie kupi/  Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”?

Obawiam się też sytuacji, gdy jednak PiS nie osiągnie zamierzonego celu. Znając prezesa i jego ludzi, podejrzewam, że są przygotowani na każdy wariant i raz zdobytej władzy tak szybko nie oddadzą. Co wymyślą, by może unieważnić wybory czy tak je zmanipulować, by móc spać spokojnie?