Psychologia Kaczyńskiego, a nie tylko inżynieria społeczna

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Śmierdzące jaja Kuchcińskiego i inne pisizmy

Podczas wczorajszej komedii, szeroko nazywanej oświadczeniem marszałka Marka Kuchcińskiego, zapowiedziano publikację wykazu lotów. Późnym wieczorem na stronach Sejmu dumnie umieszczono listę 85 połączeń z datami, przebytą trasą, celem podróży i liczbą pasażerów. Wykaz zawiera informacje o podróżach marszałka od marca 2016 r. do lipca 2019 r. Farsa jaka się odbyła na naszych oczach miała prawdopodobnie w zamyśle zamknąć sprawę, bo Kuchciński zadeklarował nawet wpłatę 28 tys. na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych, która ma pokryć jeden z jego lotów. Zapewnienia o ciężkiej pracy i urwaniu głowy jakie ma marszałek z konsultowaniem w terenie przyjmowanych ustaw, miały dopełnić obrazu praktycznie nieskazitelnego polityka.

Miało być pięknie i cudownie, wszyscy rozeszli się do domów, a Marek Kuchciński udał się do prorządowej TVP, gdzie zapewniał o swojej boskości. Komentatorzy w studiu pletli o ataku na marszałka kochanego i opozycji, która nie ma nic ciekawszego do roboty tylko patrzy władzy na ręce. Sęk w tym, że dziennikarze zaczęli się przyglądać sejmowej publikacji i cała idylla oraz przeświadczenie o załatwieniu sprawy za kilka godzin pryśnie i pojawi się jeszcze więcej pytań.

W nocy na stronach Rzeczpospolitej ukazał się szczątkowy i pobieżny opis tego co opublikowano. Zapewne głębsza analiza znajdzie swoje ujście w ciągu dnia, jednak nawet powierzchowne porównanie publikacji z tym co otrzymali posłowie Platformy Obywatelskiej, sprawia po prostu wrażenie jednego wielkiego kantowania opinii publicznej. Nie powinno to generalnie dziwić ponieważ Centrum Informacyjne Sejmu już kilka razu dało próbkę swoich możliwości, ogłaszając wszem i wobec, że np. nie było żadnych lotów. Było ich 6, następnie 23, media i opozycja ujawniły ponad sto i tak to się kręci od ponad ponad tygodnia wokół kłamstw i kłamstewek.

Nałożenie na siebie dokumentacji z bazy Lotnictwa Transportowego pozyskanej przez posłów PO, z zamieszczonym na stronach Sejmu wykazem lotów okazuje się w wielu miejscach nieprawdziwe. Rzeczpospolita podaje kilka przykładów rozbieżności, a to jeden z nich – “31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż w cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek” – czytamy. To się chyba samo komentuje.

Albo w dokumentach jest olbrzymi bałagan, albo były sztukowane na ostatnią chwilę, byleby cokolwiek pokazać po wczorajszych doniesieniach o niszczeniu dokumentacji.Nieubłaganie kończy się skala kompromitacji marszałka i Centrum Informacyjnego Sejmu, ale w innych sprawach jest widoczny postęp. Na konferencji marszałka nie było straszenia pozwami, więc demokracja kwitnie, a Polska jest nadal wyspą wolności.

Zamiast obiecanych dokumentów o lotach – opracowanie. Naciągane, w wielu miejscach nieprawdziwe.

Szczegółowy wykaz lotów za cztery lata jaki w poniedziałek wieczorem opublikowały służby marszałka zawiera zaledwie 85 służbowych lotów, choć posłowie PO wykazali, że w ciągu zaledwie ostatnich 16 miesięcy było ich ponad sto i to tylko na trasie do Rzeszowa lub Huwnik, gdzie Kuchciński ma ziemię. Część wylotów w ogóle  nie pokrywa się z listą jaką z Bazie Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO.

70 lotów między Rzeszowem a stolicą. Sejm opublikował wykaz lotów marszałka

Centrum Informacyjne Sejmu wieczorem, zgodnie z obietnicą opublikowało „Wykaz krajowych podróży służbowych drogą powietrzną Marszałka Sejmu w czasie VIII kadencji”. Andrzej Grzegrzółka, szef Centrum Informacyjnego Sejmu przed poniedziałkowym wystąpieniem marszałka Kuchcińskiego zapewnił, że na stronie internetowej zostaną opublikowane „kompletne szczegółowe informacje” o wszystkich lotach od 12 listopada 2015 r. Co zobaczyliśmy?

Zamiast twardych dowodów poznaliśmy opracowany przez służby marszałka wykaz oficjalnych imprez, w których… daty nie zgadzają się z terminami jego wylotów a wiele imprez jest naciąganych. Poza tym brakuje w nich imiennych list pasażerów – dowiadujemy się jedynie ile osób leciało z marszałkiem na pokładzie. Kto? Kancelaria Sejmu już nie ujawnia.

Seria półprawd o lotach marszałka Kuchcińskiego

Tabelka z wymienionymi oficjalnymi spotkaniami marszałka ma potwierdzać, że 85 lotów na Podkarpacie to „misje oficjalne”, które uzasadniają przelot wojskowymi samolotami. W wielu z nich nie tylko nie zgadza się data imprezy z datą wylotu. Część po prostu w ogóle nie wiąże się z miejscem do którego leciał marszałek z rzekomo oficjalną wizytą.

Np. 31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek.

Komentarz Tomasza Krzyżaka: Jak kłamstwo łasi się do prawdy

W punkcie 14 na liście, z datą 14 lipca 2018 r. przy locie z Warszawy do Rzeszowa są wpisane aż 3 imprezy… przed tą datą: 12 lipca III Szczyt Przewodniczących Parlamentów Państw Europy Środkowej i Wschodniej i 13 lipca Zgromadzenie Narodowe z okazji 550-lecia Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim w Warszawie. Po co więc marszałek leciał do Rzeszowa? 14 lipca na Podkarpaciu wpisano spotkanie w samorządowcami – „narada robocza na temat możliwości dofinansowania remontu kolei krzesełkowej przy stoku narciarskim”. Takich spotkań z anonimowymi samorządowcami z Podkarpacia jest wiele na tej liście.

Zabawnie brzmią zapewnienia o celach służbowych podróżach (głównie śmigłowcem) do Huwnik na Podkarpaciu, gdzie Kuchciński ma ziemię. Np. 13 sierpnia 2018 r. celem marszałka miał być „Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej z udziałem Przewodniczącego KEP Abp. Stanisława Gądeckiego, spotkania w sprawie poparcia wniosków o uzyskanie środków na renowację kompleksu w Kalwarii”.

Co Kaczyński mówił o lotach Tuska do Sopotu w 2011 roku?

Podobnie wątpliwie brzmi wylot 15 czerwca 2018 r. – marszałek wziął wtedy udział w rodzinnym ślubie na Podkarpaciu. Zamiast tego wpisano „spotkanie z prezydentem Przemyśla oraz narada robocza z samorządowcami na temat rozpoczęcia starań o ustanowienie Przemyśla oraz Twierdzy Przemyśl pomnikami historii, rozmowy o podjęciu starań o włączenie szefów parlamentów Europy Środkowej do tej inicjatywy oraz objęcie przedsięwzięcia patronatem, propozycja utworzenia trasy turystycznej fortami I wojny światowej”. Jeszcze zabawniej brzmi informacja, że 15 czerwca doszło do „spotkania w Przemyślu” i „rozmów o trudnej sytuacji Szpitala Wojewódzkiego”. Kto z kim, a może przy weselnym stoliku? Nie wiadomo.

2 listopada marszałek, w trybie pilnym zleca przelot HEAD z Warszawy do Rzeszowa z trzema osobami na pokładzie – w wykazie Kancelarii Sejmu takich osób jest już cztery. Oficjalny cel? „Spotkania środowiskowe w powiecie przemyskim” – podaje CIS.

Kuchciński: Dymisja? Nie widzę podstaw. Wola Sejmu jest wolą narodu

Są i wpadki poważniejsze. Np. w wykazie dokumentów jakie z Bazy Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO-KO 22 grudnia był lot marszałka z Warszawy do Rzeszowa odrzutowcem G550 z trzema osobami na pokładzie. Ale na liście ujawnionej przez CIS nie ma w ogóle takiego kursu.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii – mówi prof. Marek Migalski, politolog. I dodaje: – To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.

MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

TE PRZEPROSINY POKAZUJĄ, ŻE MARSZAŁEK NIC NIE ZROZUMIAŁ I NIE CHCE PRZYJĄĆ DO WIADOMOŚCI, ŻE JEGO ZACHOWANIE JEST BULWERSUJĄCE.

Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.

SZCZEGÓLNIE DLA EKIPY, KTÓRA GŁOSIŁA SANACJĘ OBYCZAJÓW PUBLICZNYCH, KTÓRA OSKARŻAŁA PO O JEDZENIE OŚMIORNICZEK I NADUŻYWANIE WŁADZY.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że

TA SPRAWA MOŻE BYĆ ISTOTNIEJSZA, NIŻ WSZYSCY MYŚLĄ.

Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.

To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.

TYMCZASEM MOŻE OKAZAĆ SIĘ, ŻE WŁAŚNIE TAKA „PIERDOŁA” PRZEŁOŻY SIĘ NA EMOCJE WYBORCÓW.

I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.

DLA WYBORCÓW MILIARDY NA BUDOWĘ CENTRALNEGO PORTU LOTNICZEGO NIE DZIAŁAJĄ TAK DOBRZE JAK LOTY MARSZAŁKA.

Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że

POŁOWA PLAŻOWICZÓW POWIEDZIAŁABY COŚ NIECENZURALNEGO NA TEN TEMAT O PANU MARSZAŁKU.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że

JEŻELI PIS WYGRA JESIENIĄ, TO BĘDZIE ON NA RÓWNI EKSPONOWANYM STANOWISKU.

Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi.

JEŻELI PODJĘLI DECYZJĘ, ŻE “IDĄ NA TWARDO”, TO ŻADNE NOWE REWELACJE TEGO NIE ZMIENIĄ, CHYBA ŻE WYJDĄ JAKIEŚ NOWE SPRAWY POZA KWESTIAMI LOTÓW.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o działaniach prokuratury w sprawie Marka Falenty i Geralda Birgfellnera, pytamy też o zmiany w Kodeksie karnym, które wprowadził minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, i o nowe prawo wyborcze. – My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia neo-KRS ciągle nie zostały ujawnione mimo wyroku  Naczelnego Sądu Administracyjnego. To kolejny niebezpieczny precedens?

JACEK DUBOIS: Sami sędziowie muszą być chyba zawstydzeni, skoro nie chcą pokazać twarzy. Zachowanie rządu i przede wszystkim marszałka podchodzi pod kategorię odpowiedzialności karnej. Upublicznienie jest obowiązkiem nałożonym przez NSA.

Co grozi za niewykonanie wyroku?
Mamy tu dwa elementy: kwestie odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej, ponieważ niedopełnienie obowiązku przez urzędnika państwowego wypełnia znamiona art. 231 KK, zatem ta sprawa powinna być zbadana z punktu widzenia odpowiedzialności karnej.

Na ile to jest niebezpieczne z punktu widzenia istnienia państwa?
Proszę pamiętać, że

WŁADZA PRZESTAŁA WYKONYWAĆ SWOJE OBOWIĄZKI OD 2016 ROKU, KIEDY PREMIER BEATA SZYDŁO NIE OPUBLIKOWAŁA WYROKU TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO. PRECEDENS POWSTAŁ JUŻ WTEDY.

Jednocześnie powstała sytuacja, kiedy prokuratura przestała wykonywać swoje obowiązki, czyli pociągać do odpowiedzialności urzędników związanych z klasą rządzącą, którzy naruszają prawo. To, co dzieje się teraz w związku z listami poparcia do KRS, to tylko potwierdzenie, że powstała grupa osób, której prawo nie dotyczy. Po drugie, że pewne przepisy stają się martwe, bo interes klasy rządzącej jest ponad obowiązującymi przepisami, a prawo zaczyna być stosowane tylko, gdy dla rządzących jest to wygodne. Oceniam to jako powrót do czasów mojej młodości, bo widzę tę samą metodologię działania, która była w czasach komunistycznych.

Co jest w tych listach, że władza tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Możemy zakładać, że z listami jest coś nie w porządku. Być może osoby, które podjęły decyzję, aby złożyć swój podpis, teraz się tego wstydzą. Wiemy już, że niektórzy kandydaci popierali sami siebie, i to już stawia te wybory bardziej w kategorii komedii, niż rzeczywistej rekrutacji do jednego z najważniejszych organów wymiaru sprawiedliwości.

JEŻELI KANDYDACI SAMI SOBIE UDZIELAJĄ POPARCIA, TO MAMY TU SURREALIZM, KTÓRY RACZEJ POWINIEN MALOWAĆ DALI LUB OPISYWAĆ KTÓRYŚ Z SURREALISTÓW FRANCUSKICH.

Obecna władza nie potrafi przestrzegać nawet stworzonych pod siebie przepisów. To himalaje absurdu?
Kwestię legalności neo-KRS rozsądzi TSUE i jestem głęboko przekonany, że te wszystkie kwestie, które były podnoszone przez prawników przez ostatnie lata znajdą odzwierciedlenie w orzeczeniu, które wykaże nielegalność tego organu.

Prokuratura uznała, że nie będzie przesłuchiwać Marka Falenty w sprawie listu do prezydenta, w których szantażuje głowę państwa. Co gorsza, wydaje się, że już na nikim to nawet nie robi wrażenia, a prokuratura robi, co chce.
Na pewno nie można się przyzwyczajać do zła, tylko trzeba za każdym razem wykazywać, gdzie naruszono prawo i władza funkcjonuje w sposób nieprawidłowy.

Pan Marek Falenta został skazany w jednej z największych afer uderzających w demokratyczny rząd, która doprowadziła poniekąd do obalenia demokratycznego rządu. Marek Falenta w trakcie procesu wykazywał lojalność wobec swoich mocodawców, to spowodowało, że postępowanie w dalszym zakresie zostało umorzone, ponieważ brak było jakichkolwiek dowodów wskazujących na udział innych osób. W tej chwili pan Falenta zdecydował się mówić, co oznacza, że pojawiły się nowe informacje, nowe dowody. To, czy pan Falenta jest wiarygodny, powinno się ustalić po przesłuchaniu jego i osób przez niego wskazanych. Sytuacja która nastąpiła – ten dowód został zlekceważony – jest tylko potwierdzeniem, że

POWSTAŁ KLOSZ, POD KTÓRYM PROKURATURA CHRONI OSOBY Z KLASY RZĄDZĄCEJ I NIEZALEŻNIE OD FAKTÓW, DOWODÓW I TEGO, CO SIĘ DZIEJE, PRAWO PRZESTAŁO OBOWIĄZYWAĆ RZĄDZĄCYCH.

Marka Falenty prokuratura nie chce przesłuchać, Jarosława Kaczyńskiego też nie chce, a Geralda Birgfellnera przesłuchiwała wielokrotnie. Co się dzieje w sprawie “dwóch wież”?
Pani prokurator prowadząca sprawę awansowała, co oznacza, że niewywiązywanie się ze swoich obowiązków w tej sprawie wiąże się z korzyściami osobistymi. Po drugie, prokuratura przegrała wszystkie potyczki sądowe z pełnomocnikami Birgfellnera. Wszystkie postanowienia ukarania grzywną pana Birgfellnera, które nakładała prokuratura, były uchylane przez sąd. To oznacza, że wykazaliśmy, że prokuratura działa w tej sprawie w sposób bezprawny. Natomiast nie jesteśmy w stanie zmusić prokuratury środkami prawnymi do działania. Moim zdaniem oznacza to, że prawo jest w tym zakresie skonstruowane w sposób wadliwy. Sądzę również, że będzie to przesłanka do ustawodawcy w przyszłości, aby w większym stopniu działania prokuratury, która nie wykonuje swoich obowiązków, były poddane kontroli sądowej.

WARTO SIĘ ZASTANOWIĆ, CZY NIE POWINNY POWSTAĆ MECHANIZMY, KTÓRE POZWOLIŁYBY ZMUSIĆ PROKURATORÓW DO WYKONYWANIA SWOICH OBOWIĄZKÓW.

Obecnie pan Birgfellner będzie przesłuchiwany w Wiedniu, w drodze prawnej, po raz siódmy. Jestem bardzo ciekaw pytań pani prokurator, które padną, bo do tej pory niczym w kołowrotku powtarzane były te same. Działanie prokuratury jest tu dla mnie jasne; ma doprowadzić do tego, aby przed wyborami nic się nie stało w tej sprawie, żeby w jakiś sposób skompromitować pana Birgfellnera, i podejrzewam, że w przypadku wygrania wyborów przez PiS prokuratura już jasno odmówi wszczęcia postępowania.

Co wtedy?
Na każdą decyzję prokuratury przysługuje zażalenie do sądu i oczywiście jeżeli tak się stanie, to będziemy to skarżyć.

JEŻELI PROKURATURA W OBECNYM KSZTAŁCIE NIE ZACZNIE PRACOWAĆ, TO PODEJRZEWAM, ŻE KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI, KIEDY ZASADY DEMOKRATYCZNE ZNÓW ZACZNĄ OBOWIĄZYWAĆ, TA SPRAWA WRÓCI.

Sejm zmienił zasady wyborcze. Teraz o legalności wyborów będzie orzekać niekonstytucyjna, wybrana przez obecną władzę Izba Dyscyplinarna. Trochę straszno?
Bardziej śmieszno, bo Izba Dyscyplinarna jest kolejnym tworem, którego legalność jest kwestionowana przez instytucje unijne. W momencie, gdy ID będzie stwierdzać legalność wyborów, a okaże się, że sama jest tworem nielegalnym, to znajdziemy się w kolejnym „pasztecie prawnym”. Ja traktuję to już jednak bardziej w kategoriach humorystycznych. Dla mnie większym problemem jest kwestia nowych kodyfikacji prawa karnego, które zostały rozszerzone. Moim zdaniem zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego.

Smutna puenta.
Bo myślę, że

DOCHODZIMY DO SYTUACJI, KIEDY PRZESTANIEMY BYĆ AKCEPTOWANI.

Każdy kraj może wprowadzać pewien indywidualizm, ale jeśli zaprzecza się całemu dorobkowi myśli intelektualnej Europy, to przestaje się być w tym środowisku akceptowanym. W pewnym momencie zostaniemy, jako wyborcy, postawieni pod ścianą, czy chcemy tworzyć plemię, które będzie odosobnione, które kieruje się własnymi prawami, daleko od osiągnięć współczesności, czy chcemy być Europejczykami. Jeżeli chcemy, to nie jesteśmy w stanie połączyć tego z władzą, która staje się władzą plemienną, bojącą się zetknięcia z problemami. Nasza władza to kult harcerski, który uprawia zadowolony z siebie prezydent i premier, która jednocześnie odchodzi od większych pytań współczesności; o klimat, ekonomię, przyszłość, o zagrożenia, pytania z zakresu sztucznej inteligencji. My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża.

Portal ciekaweliczby.pl zestawia budżetowe wydatki na Kancelarię Premiera rządu Platformy Obywatelskiej wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym z obecnym rządem Prawa i Sprawiedliwości.

Polska to Zadupie wg Mateusza Morawieckiego

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.