Kardynał molestujący ucznia. Wielkie mi odkrycie

Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie kard. Henryka Gulbinowicza, którego oskarżono o molestowanie seksualne. Decyzję podjęła prokurator Dorota Białkowska z powodu przedawnienia się czynu.

Hierarchę oskarżył były uczeń Niższego Seminarium Duchownego w Legnicy. O sprawie w artykule „Karol Chum oskarża kardynała Gulbinowicza o molestowanie”.

– „Spodziewałem się tego. Znaczy, że prawnie nic im zrobić nie mogę. Kościół może natomiast nadal w tym temacie prowadzić swoje postępowanie, gdyż w przypadku dostojnika tej rangi nie stosuje się przedawnień i pozostaje to w gestii papieża. Oczywiście, zakładam, że Kościół zbagatelizuje sprawę i sprawcy pozwoli spokojnie umrzeć. Jednocześnie, nie ma żadnych narzędzi by zamknąć mi usta, a to oznacza, że będę kardynała Gulbinowicza bezkarnie nadal nazywał przestępcą seksualnym” – napisał w oświadczeniu Karol Chum. Rozważa skierowanie sprawy do sądu.

Głos w sprawie zabrał rzecznik prasowy wrocławskiej kurii ksiądz Rafał Kowalski. – „W postępowaniu świeckim krajowym, w przypadku przedawnienia czynu, trzeba sprawę umorzyć. W Kościele to Stolica Apostolska będzie decydowała, co dalej. Watykan może postanowić o cofnięciu umorzenia i o przeprowadzeniu dochodzenia kanonicznego. O podjęcie takiej decyzji poprosimy na pewno Watykan” – powiedział w rozmowie z onet.pl.

Nazwisko kard. Gulbinowicza pojawiło się także w raporcie o pedofilii w polskim Kościele. Został tam wymieniony jako jeden z hierarchów, którzy tuszowali przypadki molestowania seksualnego nieletnich przez księży.

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

– „Panie premierze, w sposób stanowczy, zdecydowany, zwracam się do pana o możliwie niezwłoczne odwołanie Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości. Jeżeli tak się nie stanie, panie premierze, przecież jest pan historykiem, historia tego panu nie zapomni” – apeluje do Mateusza Morawieckiego prof. Adam Strzembosz. Przesłanie byłego Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego i przewodniczącego Trybunału Stanu opublikowała na Facebooku i YouTubie inicjatywa Wolne Sądy.

Niekwestionowany autorytet prawniczy przypomniał premierowi, że działał w dawnej „Solidarności”. Powiedział, że został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz najwyższym odznaczeniem państwowym Orderem Orła Białego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

– „Panie premierze, w sposób stanowczy, zdecydowany, zwracam się do pana o odwołanie pana Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości i to nie tylko dlatego, że pod jego bokiem działała grupa, właściwie przestępcza, bo ujawniająca niedostępne materiały personalne i dokonująca hejtu o znamionach zniesławienia, na której czele stał wiceminister sprawiedliwości, którego pan powołał. Równocześnie w grupie tej znaleźli się nominaci pana Zbigniewa Ziobry na stanowiska prezesów sądów, zastępcy rzecznika dyscyplinarnego czy członków KRS. Również znalazła się tam osoba z Sądu Najwyższego wybrana z udziałem przynajmniej ministra sprawiedliwości” – podkreślił prof. Strzembosz.

To oczywiste nawiązanie do ujawnionej przez Onet i „Gazetę Wyborczą” afery hejterskiej z udziałem m.in. byłego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebaka. Akcja miała na celu zdyskredytowanie sędziów, krytykujących pisowskie zmiany w sądownictwie. – „Pomawiano o haniebne czyny członków stowarzyszenia Iustitia i tych adwokatów, którzy w ramach Wolnych Sądów zorganizowali obronę nas przed łamaniem Konstytucji i innymi nadużyciami władzy” – stwierdził były Pierwszy Prezes SN.

Według prof. Strzembosza, to „Ziobro odpowiada za nominacje na wysokie stanowiska sędziowskie często ludzi sfrustrowanych, gotowych na wszelkie kompromisy moralne dla uzyskania wysokich stanowisk”. Zdaniem wybitnego prawnika, Ziobro „musi ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje”.

W nowym programie PiS znalazł się zaskakujący zapis dot. zawodu artysty. Partia rządząca planuje bowiem odgórnie regulować ten fragment rynku i ustalać, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Czy to początek wpływania ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego na wolność wypowiedzi w sztuce?

Kto jest artystą?

Dziś polityka państwa względem działalności artystycznej jest dość liberalna. Np. na przesłuchania do opery może przyjść teoretycznie każdy. Jeśli tylko będzie cechował się dobrym warsztatem, ma szansę na angaż.

To zdroworozsądkowe podejście. Prawdziwym artystą trudno stać się bowiem w wyniku zdawania egzaminów w szkole. Historia kina czy muzyki zna wiele przykładów genialnych samouków. Topowy dziś aktor Sebastian Fabijański miał problemy z dostaniem się do szkoły aktorskiej, a gdy to w końcu mu się udało, nie ukończył jej. Adam ‘Nergal Darski, którego zespół metalowy Behemoth dziś święci tryumfy na całym globie i jest jedną z niewielu polskich grup, która sprzedaje płyty zarówno w Europie, Azji czy USA, nie potrafi nawet czytać nut.

Pomysł PiS-u nie dotknie jednak artystów niezależnych, ale w dużej mierze tych, którzy swoją karierę opierają na publicznych dotacjach czy pracy w operach, teatrach lub domach kultury. To o ich przyszłości chce decydować partia. Z dokumentu wynika bowiem, że każdy, kto zawodowo zajmuje się rozrywką, musiałby wystąpić o potwierdzenie statusu “artysty zawodowego” oraz dostać specjalną kartę:

Status artysty zawodowego przysługuje absolwentom studiów II stopnia uczelni artystycznych lub ogólnokształcących szkół baletowym oraz osobom fizycznym, które mają udokumentowany dorobek artystyczny, potwierdzony przez stowarzyszenie reprezentatywne” – czytamy w programie PiS, którego fragment na Twitterze opublikował Tomasz Skory z RMF.

Status potwierdza Rada Funduszu na wniosek samego zainteresowanego. By przejść weryfikację, wnioskodawca musi dostarczyć Radzie dyplom ukończenia studiów albo potwierdzenie dorobku artystycznego wystawione przez “stowarzyszenie reprezentatywne”.

Cenzura w wersji light?

Jakie mogą być efekty nowych pomysłów PiS-u?

-To niejako powrót do PRL-u – ostrzega Bogdan Desoń, kandydat na posła Koalicji Obywatelskiej z Bielska-Białej i zarazem zawodowy śpiewak operowy –  Choć pozornie pomysł może wydać się komuś całkiem rozsądny, przy dalszych regulacjach zaistnieje problem. Status artysty mogą otrzymywać tylko faworyci władzy.

W konsekwencji pomysł partii Kaczyńskiego wprowadzi w środowisko muzyków czy aktorów cenzurę. Ci pierwsi będą obawiać się nagrać piosenki z tekstem, który uderzałby w rząd. Z kolei reżyserzy pokroju Wojciecha Smarzowskiego czy Patryka Vegi mogą zacząć mieć problemy z obsadzaniem ról we własnych filmach.

PRL-bis

Trudno ocenić, jakie podejście do sztuki ma Jarosław Kaczyński, zapisy z programu jego partii sugerują jednak na próbę stworzenia nowej kasty artystów. Czy czeka nas socrealizm-bis? Ktoś tu usilnie stara się zafundować nam karykaturalną podróż w przeszłość…

Część 1 dostępna tutaj >>>

Na kontrakcie Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską firmą PR-ową White House Writers Group najbardziej skorzystała rodzina związanego z PiS-em polonijnego historyka Marka Chodakiewicza, który w Polsce zasłynął atakiem na homoseksualistów. W rozliczeniach WHWG znaleźliśmy olbrzymie przelewy dla jego siostry, żony, współpracownika i dla niego samego.

  • W ciągu dwóch lat Chodakiewiczowie dostali z kieszeni polskiego podatnika w sumie ponad ćwierć miliona dolarów, czyli ponad milion złotych
  • Najlepiej zarabia siostra Chodakiewicza — za pracę przy projekcie PFN inkasuje 120 tys. dol. rocznie i zwrot kosztów
  • W dokumentach są także przelewy dla żony i współpracowników Chodakiewicza oraz dla niego samego
  • Chodakiewicz to dobry znajomy Macieja Świrskiego, byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej, który podpisywał kontrakt w USA

Wczoraj ujawniliśmy, że Polska Fundacja Narodowa zapłaciła w ciągu kilkunastu miesięcy ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — amerykańskiej firmie PR-owskiej White House Writers Group za promowanie naszego kraju w USA. Amerykanie wzięli pieniądze m.in. za stworzenie w mediach społecznościowych profili o Polsce, które na całym świecie obserwuje po kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. Dla porównania — ambasada RP w Waszyngtonie dostaje rocznie na swoje wydatki i utrzymanie podobną kwotę.

Czemu PFN podpisała taki lukratywny kontrakt właśnie z White House Writers Group? Według ustaleń Onetu, kluczową postacią w tej historii jest prof. Marek Jan Chodakiewicz, kontrowersyjny polonijny historyk. Chodakiewicz ostatnio stał się głośny, gdy podczas wykładu organizowanego przez Instytut Pamięci Narodowej wulgarnie wypowiadał się o homoseksualistach, przypisując im skłonności do zoofilii.

Chodakiewicz jest związany z PiS — z nadania Ministerstwa Kultury jest m.in. członkiem rady programowej Muzeum II Wojny Światowej. Jego bliskim znajomym jest Maciej Świrski, który w momencie tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej w 2016 r. został wiceprezesem fundacji ds. współpracy międzynarodowej. To właśnie Świrski zdecydował, by lukratywny kontrakt na promowanie Polski w USA trafił do firmy WHWG.

Marek Jan Chodakiewicz Foto: Stefan Maszewski / East News

Marek Jan Chodakiewicz

Siostra

W White House Writers Group zatrudniona jest osoba, której jedynym zadaniem jest współpraca w imieniu firmy z Polską Fundacją Narodową. Wynika to jasno z dokumentacji, którą WHWG przesłało do Departamentu Sprawiedliwości USA, gdzie firma musi składać informacje dotyczące pieniędzy otrzymywanych od instytucji podległych obcym rządom. Osoba ta została zgłoszona jako pracownik WHWG zajmujący się współpracą z Fundacją w pełnym wymiarze godzin, inni pracownicy firmy zostali zgłoszeni jako zajmujący się kontraktem z PFN w niepełnym wymiarze czasu.

Ową osobą jest Polka Anna Wellisz, która od ćwierć wieku ma amerykański paszport. Na kontrakcie WHWG z Polską Fundacją Narodową zarabia bardzo dobrze: rocznie 120 tys. dolarów, czyli nieco ponad 39 tys. zł miesięcznie. Z dokumentacji wynika, że jest jedyną pracownicą WHWG, której płaca wprost zależy od kontraktu z Polską Fundacją Narodową. Pracuje więc w WHWG dlatego, że płaci za to fundacja z Warszawy.

Pełne nazwisko tej pracownicy to Anna Chodakiewicz-Wellisz. Pani Wellisz jest siostrą prof. Chodakiewicza.

Poza sowitym — nawet jak na waszyngtońskie warunki — wynagrodzeniem Wellisz korzysta z kontraktu z PFN także na inne sposoby. W umowie jest zapis, zgodnie z którym PFN zwraca pracownikom WHWG „uzasadnione” wydatki, które powinny być związane z wykonywaniem obowiązków dla fundacji. W praktyce owe wydatki to studnia bez dna, sięgają milionów dolarów, a ich weryfikacja przez PFN jest iluzoryczna. W wykazie owych dodatkowych kosztów, zwracanych firmie przez PFN, wielokrotnie znaleźliśmy nazwisko Wellisz.

Wedle pierwszego rozliczenia — obejmującego półrocze między listopadem 2017 r. a kwietniem 2018 r. — Wellisz dostała zwrot za bilet lotniczy do Polski (1660 dol.), hotele (1168 dol.) i przejazd koleją między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem (198 dol.). Jednak już w drugim rozliczeniu, za okres maj — październik 2018 r., koszty zwrócone pani Wellisz wzrosły drastycznie i przekroczyły w sumie 23 tys. dol. (90 tys. zł). Poza przelotami, przejazdami i hotelami, pojawiły się m.in. wydatki na jedzenie. Trudno je przypisać do spotkań w polskich sprawach — bo takie zadeklarowała tylko jedno.

W ostatnim sprawozdaniu — kończącym się w kwietniu br. — WHWG przestała w ogóle podawać, którzy pracownicy odpowiadają za konkretne wydatki. Ale rachunków na posiłki jest sporo, zwłaszcza w restauracjach położonych blisko waszyngtońskiej siedziby WHWG, choćby Ristorante Piccolo czy Bangkok Joe’s.

Co konkretnie robi Wellisz? Najzupełniej poważnie WHWG napisała w sprawozdaniu dla rządu USA, że w ramach kontaktów z amerykańskimi oficjelami w sprawach dotyczących Polski, Wellisz pisała e-maile do Georgette Mosbacher, ambasador USA w Warszawie.W sprawozdaniach znajduje się jeszcze informacja, że udzieliła wywiadu na temat Polski katolickiemu radiu Ave Maria — to lokalna stacja radiowa ze stanu Michigan. To wywiad telefoniczny, w większości poświęcony polskiej historii, choć słychać, że Wellisz sprzyja obecnej władzy w Polsce.

Żona

W sprawozdaniach WHWG znaleźliśmy też informacje o przelewach dla p. Moniki Jabłońskiej. To także Polka, która od 2001 r. ma obywatelstwo USA. Jej pełne nazwisko to Monika Jabłońska-Chodakiewicz. Pani Jabłońska jest żoną prof. Chodakiewicza. Jabłońska jest badaczką spuścizny Jana Pawła II i została przez WHWG zatrudniona, gdy firma organizowała konferencję „Ronald Reagan i papież Jan Paweł II: partnerstwo, które zmieniło świat”. Odbyła się ona we wrześniu 2018 r.

Jednym z zadań Jabłońskiej było zaproszenie na konferencję ambasador USA w Watykanie Callisty Gingrich, żony byłego republikańskiego polityka. W tym celu Jabłońska wraz z małżonkiem poleciała do Watykanu. Chodakiewicz zresztą też znajduje się na liście kosztów WHWG — dostał 1000 dol. Pieniędzmi PFN-u Amerykanie zapłacili mu za udział w konferencji organizowanej przez jego siostrę i żonę. W tej konferencji udział wziął także znajomy prof. Chodakiewicza, ówczesny wiceprezes PFN Maciej Świrski.

Do kosztów rozliczeń z polską fundacją, WHWG wpisała nawet maile, które żona Chodakiewicza wysyłała potem za Spiżową Bramę w sprawie planów podobnej konferencji w Rzymie. Jabłońska zainkasowała w sumie 24 tys. dol. (prawie 100 tys. zł).

Ludzie Chodakiewicza

To wciąż nie wszystkie osoby związane z Chodakiewiczem, których zarobiły na kontrakcie z Polską Fundacją Narodową. Jesienią ub.r. Amerykanie z WHWG zatrudnili 36-letniego Pawła Styrnę. To kolejny Polak z paszportem USA. W rozliczeniach znaleźliśmy informację, że przysługuje mu 1600 dol. za każde zlecenie wykonywane dla WHWG. Są też konkretne przelewy na niemal 40 tys. dol. (ponad 150 tys zł) do końca kwietnia br.

Styrna jest pracownikiem naukowym w waszyngtońskim think-tanku The Institute of World Politics, tak jak Chodakiewicz. Pracują w tej samej katedrze studiów polskich.

Założyciel Institute of World Politics John Lenczowski był wraz z Chodakiewiczem uczestnikiem konferencji o Reaganie i papieżu — za udział także otrzymał z pieniędzy PFN 1 tys. dol. Za inną konferencję — kolejny tysiąc dolarów.

Chodakiewicz nie odpowiedział na nasze pytania dotyczące pieniędzy, które jego rodzina i współpracownicy zarabiają na kontrakcie z Polską Fundacją Narodową. Za to PFN po otrzymaniu naszych pytań wydała oświadczenie. Napisała w nim, że Anna Wellisz jest stypendystką Fulbrighta i absolwentką UC Berkeley, gdzie skończyła komparatystyczne studia doktoranckie. „Prowadzi ten projekt na co dzień, włącznie z organizowaniem wizyt studyjnych z USA w Polsce” — napisała fundacja.

PFN chwali także Chodkiewiczów za konferencję o papieżu i Reaganie: „Wykorzystanie dwóch waszyngtońskich ekspertów z polskim doświadczeniem było kluczowe dla przekazu: prof. Marek Jan Chodakiewicz, autor kilkuset publikacji i ekspert najnowszej historii Polski i Europy, który doktoryzował się na Columbia University, wystąpił w panelu historycznym; Monika Jabłońska, autorka jedynej w języku angielskim monografii o Janie Pawle II jako autorze poezji, prozy i dramatów uczestniczyła w panelu o polskim Papieżu. Monika Jabłońska ma magisterium z literatury i prawa w Polsce i USA. Studiowała w Rzymie i znała osobiście polskiego Papieża, który zachęcił ją do napisania tej książki.”

Reklamy

Kolejny ksiądz pedofil, Kuchciński zbój, bezprawie PiS

Katarzyna założyła profil na Facebooku i opisuje jak krzywdził ją Roman B. Do niedawna był jeszcze księdzem. Wystąpił ze stanu kapłańskiego po tym jak sprawa została nagłośniona przez media. Jako pierwsza historię ujawniła Justyna Kopińska w Dużym Formacie.

„Jest tu sama prawda, nawet jeśli przytłaczająca i męcząca, ale tak wygląda ta prawda. Tak wygląda moje życie. Przykro mi” – pisze Katarzyna. W kolejnych postach opowiada o tym jak przez dwa lata była więziona przez księdza Romana B.

Był bardzo agresywny. Ciagle zły. Nie podobało mu się wszystko, to jak siedzę, stoję, gdzie patrze. Wiecznie uważał, że go nie słucham. Kiedy przebywał w mieszkaniu ze mną na Rugiańskiej, nie wiedziałam, jak mam siedzieć, gdzie mam siedzieć, co mam ze sobą robić, żeby tylko nie był zły. Denerwowałam go sobą. Potrafił siedzieć na fotelu i czytać jakiś modlitewnik, po czym nagle potrafił podnieść głowę do góry i zaczynał na mnie krzyczeć, że mam się wynosić i to już, do drugiego pokoju, że mam zejść mu z oczu. Wstawałam i szłam bez słowa.

W tym mieszkaniu były dwa pokoje. Większy i mały, w którym on mieszkał jak był dzieckiem. Jego mama mieszkała w tym większym w którym ja przebywałam. W dużym pokoju było łóżko, szklany stół, fotel i meblościanka. Ogromnie długie, grube zasłony. Kazał mi je w większości mieć zasłonięte. 
Mała łazienka z wanną. Nienawidziłam się w niej kąpać zwłaszcza, kiedy był w tym mieszkaniu, bo zawsze siadał w łazience obok wanny i patrzył, jak się kąpie, czasami kazał mi powtarzać jedną czynność wiele razy i mówił mi, ile mogę nalać wody, z reguły mogłam tylko po kostki, żeby nie było dużych rachunków. Szybko robiło mi się zimno. Siedząc tak gadał różne głupoty. Któregoś razu dał mi maszynkę do golenia i powiedział, że mam go ogolić, tylko tak, żeby go nigdzie nie skaleczyć, pamiętam, że nie chciałam i tak się bałam, że ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam tej maszynki utrzymać. Nie potrafiłam zrobić tego tak, ja chciał ale też go nie skaleczyłam, na moje szczęście, bo zapewne bym dostała lanie.

Po takiej kąpieli mnie wycierał ręcznikiem i zaprowadzał do pokoju. Jeśli nie kąpał się tego dnia ze mną to szedł po mnie się kąpać i tak też było tego dnia. Podał leki i kazał się położyć do łóżka. Oprócz sutanny miał tylko kilka rzeczy. Bardzo mało. Praktycznie zawsze chodził w tym samym. Nigdy nie zapomnę niebieskiego polara. Miał go na sobie nawet w trakcie procesu Sądowego karnego, kiedy go przywozili z więzienia. Był obleśny. ohydny. Miał ohydny zapach potu. Nigdy też nie zapomnę jego ohydnych krótkich włosów i skóry, która mu się zawsze na tej głowie łuszczyła i używał do mycia głowy szamponu dla dzieci. Kiedy wrócił tego wieczoru z łazienki powiedział że chce mnie nasmarować całą oliwką i też to zrobił, robił to bardzo często. Tak samo często gwałcił mnie różnymi przedmiotami.

Noc była koszmarna ale nie chcę opisywać szczegółów, są zbyt drastyczne. Następnego dnia jak zwykle pojechał do Stargardu na msze a miał przynajmniej jedną dziennie do odprawienia albo w zależności od dnia miał zajęcia w szkole, w której uczył. W Katolickim Liceum . Ja idąc do łazienki zobaczyłam u siebie ja zwykle jakiegoś siniaka czy zadrapanie. Najbardziej nienawidziłam tych na twarzy. Kiedy zauważyłam, że takie mam to z reguły przez kilka dni nie spoglądałam w lusterko. Bałam się tego widoku. Kiedy mówiłam mu, że mam siniaka albo że coś mnie boli to mówił, że mogłam się nie bronić, tylko one pojawiały się również wtedy, kiedy się nie broniłam.

Pamiętam, jak złamał mi rękę i wróciliśmy do domu. Miałam wtedy założony gips, ta ręka tak potwornie bolała więc płakałam z bólu a on mówił, że mam nie przesadzać, że szybko się zagoi. Tak naprawdę on się cieszył, bo wiedział, że będę od niego zależna. Że ciężko będzie mi w pierwszych dniach cokolwiek samej zrobić, że będę musiała go o coś prosić a on to lubił, kiedy go prosiłam, i miał rację, nawet ubrać było mi się cieżko, więc prosiłam go o pomoc. Na tym gipsie napisał mi napis Markerem „ Bóg jest dobry”. Chce mi się rzygać jak sobie o tym przypomnę. I wiecznie włączał piosenkę -„ Mateo- przyjaciela mam”. Aż się teraz popłakałam jak sobie przypomniałam, ile razy kazał mi słuchać tej piosenki i jak często wtedy myślałam sobie, że nienawidzę Pana Boga za to co mi robi jego wysłannik, że ten cały jego Bóg nie istnieje, bo gdyby był to by mi się coś takiego nie stało. Jak było mi wtedy źle. To potwornie boli kiedy wracam myślami do tamtego czasu, kiedy leżałam na tym łóżku całe dnie z tym gipsem. Byłam taka mała, chuda, wystraszona, obolała, sama. Każda godzina trwała tam wieczność.

Często sobie zadaje pytanie, jak ja to wszystko przeżyłam?

Jest 23.00, słyszę jak idzie po klatce i przekręca się klucz w drzwiach. Kładzie na przedpokoju sutannę, ściąga koloratkę, przychodzi do pokoju i pyta: śpisz? (…) Przyszedł, położył się obok i gwałcił mnie kilka godzin z przerwami… Nie byłam w stanie się bronić, moje szarpanie, kopanie nic nie dawało a jedynie się wściekał i był jeszcze brutalniejszy. Ważyłam ok. 40 kg, a on ważył ponad 100 kg, miał 196 cm wzrostu, ja byłam małą dziewczynką. Rano wstał, ubrał się i pojechał na mszę którą miał na 6.00, zamknął drzwi…” – opowiada Katarzyna i dodaje: „Piszę o tym pierwszy raz w życiu publicznie i jest to dla mnie bardzo trudne”.

Kobieta pisze, że takich dni i nocy było wiele. Ksiądz gwałcił ją wielokrotnie, także różnymi przedmiotami. Zdarzało się, że ją głodził przez kilka dni nie przywożąc jedzenia. Powykręcał klamki z okien, by nie mogła wezwać pomocy.

Zmusił do aborcji

„Kiedy usiadłam, zaczął mnie wszędzie dotykać i powiedział: ‚Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz. Tylko nie mów, że jesteś w ciąży? Jeśli jesteś to albo usuniesz albo cię wywiozę za granicę’. (…) Potem zabrał do znajomej ginekolog. Weszliśmy do gabinetu, pani doktor kazała mi usiąść na fotelu, on stał obok. Podała mi jakiś lek i pamiętam dopiero moment jak obudziłam się na plebanii w Stargardzie, on siedział wtedy przy komputerze i coś pisał, a mnie tak bardzo bolało całe podbrzusze, miałam spodnie brudne od krwi. Zaczęłam płakać i mówiłam mu, że bardzo boli, że nie mogę wstać. Powiedział, że dostałam leki przeciwbólowe i ból minie. Długo później krwawiłam. Następnego dnia po aborcji dalej mnie gwałcił” – pisze Katarzyna.

I dodaje: „Nie pozwolił mi nawet odpocząć, nie pozwolił, żeby rany się zagoiły. To był taki ból, że myślałam, że umieram i chyba nawet chciałam umrzeć. To był moment w którym marzyłam, żeby mnie zamordował. Żebym nie musiała już cierpieć”.

Trauma na zawsze

Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło kilka lat. Katarzyna jest już dorosłą osobą, ale do tej pory walczy z traumą. Pomaga jej blog, którego niedawno zaczęła pisać: „Zabił mnie za życia, a dostał tak niski wyrok. Ktoś za wyłudzenie od kogoś pieniędzy albo kradzież czy cokolwiek innego dostaje więcej lat więzienia” .

„Nienawidzę siebie i swojego ciała. Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem nikim. Czuję się nikim. Zabił we mnie wszystko: dzieciństwo, pasje, marzenia, uśmiech, duszę, sens życia, życie. Zabił mnie za życia. Ja nie żyję. Ja wegetuję. Cierpię” – dzieli się swoimi emocjami kobieta. Przyznaje, że blog pokazał jej, iż nie jestem sama i otrzymuje dużo wsparcia od czytelników. Nadal ma jednak momenty załamania: „Staliście się dla mnie bardzo ważni i to dzięki temu blogowi i wam miałam motywację, żeby w ogóle wstać z łóżka. A spędziłam w nim większość życia. Pojawiło się jakiś sens, jakieś światło… Jednak nie dałam sobie rady. Przepraszam”.

Milion za krzywdy

17 września Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok niższej instancji, zgodnie z którym Towarzystwo Chrystusowe, do którego należał były już ksiądz Roman B., ma zapłacić milion złotych odszkodowania. Sąd przyznał także Katarzynie, która była gwałcona przez duchownego, dożywotnią rentę.

W 2008 r. ksiądz Roman B. wykorzystał trudną sytuację rodzinną pokrzywdzonej i namówił ją do opuszczenia rodzinnego domu. 13-letnia wówczas Katarzyna zamieszkała w internacie w innym mieście. Wtedy rozpoczął się jej dramat.

– To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego – mówiła podczas procesu.

Duchowny został prawomocnie skazany na cztery lata więzienia i otrzymał czteroletni zakaz wykonywania zawodów związanych z nauczaniem dzieci. Po wyjściu z więzienia ksiądz Roman trafił do domu księży emerytów prowadzonego przez Towarzystwo Chrystusowe w Puszczykowie. Od niedawna nie jest księdzem.

Jeśli prawdą są informacje, że z rządowych przelotów przysługujących wyłącznie czterem najważniejszym osobom w państwie korzystały same dzieci marszałka, sprawę powinny badać nie media, ale prokuratura.

Status lotów HEAD nadaje się lotom z prezydentem RP, marszałkiem Sejmu, marszałkiem Senatu i premierem. Nie mogą być to członkowie rodzin najważniejszych osób w państwie, chyba że towarzyszą VIP-owi w oficjalnej delegacji w której zaproszona jest np. małżonka marszałka czy premiera. 23 loty od stycznia do czerwca tego roku na linii Rzeszów-Warszawa oczywiście takimi delegacjami nie są, choć Kancelaria Sejmu usilnie stara się do tego nas przekonać.

Sprawa jest znacznie poważniejsza i nie dotyczy tylko ordynarnego nadużywania władzy przez marszałka, ale szeregu osób, które naginały prawo by spełnić jego życzenie lub rozkaz. Głowa samego marszałka, o której tak dużo mówi opozycja, nie wystarczy.

O tym że z wojskowego Gulfstreama G550 na lotnisku w rzeszowskiej Jesionce wysiadały czasem same dzieci marszałka mówią dziennikarzom oburzeni pracownicy, którzy obsługiwali te loty. Jeśli to prawda nie mówimy już o aferze wizerunkowej, ale o przestępstwie, za które grozi nawet osiem lat więzienia. Rodzinne loty o statusie lotów specjalnych nie mieszczą się w żadnych kanonach, a kwestia wysokich kosztów są najmniejszym z problemów.

Prokuratura powinna zbadać kto komu wydawał takie polecenia i czy fałszowano dokumenty wpisując lot HEAD marszałka Sejmu, z którego korzystała wyłącznie córka, 19-letni synowie czy żona? Dlaczego realizowano taki lot, łamiąc prawo i procedury? 15 tys. zł za 23 loty na linii Rzeszów-Warszawa według stawek PLL LOT mogą nie wystarczyć. 

Prokuratura powinna wezwać na świadków pracowników lotnisk, ochronę SOP, szefa tej formacji, dyrektora lotów wojskowych przy MON i zapytać jak zlecano taki lot, kto o tym decydował i kto był na pokładzie. Ważne byśmy się także dowiedzieli od kiedy rodzina Kuchcińskiego korzysta z takich przywilejów i czy 23 loty na tej linii nie były elementem większej całości.

Kiedy Bogdan Klich, minister obrony rządu PO-PSL latał wojskową CASĄ, choć mógł, do domu w Krakowie omal nie stracił stanowiska. Opozycja (PiS) chciała ukrzyżować premiera Donalda Tuska, że rządowym embrarerem podróżował (sam) do rodzinnego Gdańska na weekendy generując ogromne koszty. Tusk przesiadł się więc do rejsowych samolotów.

Jak widać rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wyniósł z tego żadnego morału dla siebie. Premier Beata Szydło do krakowskich Balic (najbliższe lotnisko do jej rodzinnych Brzeszcz) przylatywała wojskową CASĄ, będącą na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP, gdzie czekała na nią kolumna rządowego BOR z limuzynami. Dwa dni przed przylotem Szydło CASA przylatywała z pilotem i BOR w ramach tzw. oblotu komisyjnego, a więc sprawdzała warunki.

Sprawa wyszła na jaw po wypadku w Oświęcimiu, kiedy okazało się, że kierowca audi z Szydło na pokładzie, który uderzył w skręcające seicento ma przekroczony czas pracy. Z Warszawy funkcjonariusze BOR wyjechali już bowiem o 7 rano by czekać na premier Szydło w Balicach. Jak tłumaczyło nam wtedy Centrum Informacyjne Rządu samolot C-295, którym premier Szydło latała „jest wykorzystywany do przewozu VIP na podstawie przydzielonego limitu nalotu dyspozycyjnego ministra MON.

Przyciśnięta do muru KPRM podała, że w ciągu dwóch lat sprawowania urzędu Szydło skorzystała z CAS-y na loty do domu aż 77 razy. Godzina lotu CASĄ kosztuje 5,7 tys. złotych (dane za 2010 r.).

Kilka miesięcy później rząd PiS za pół miliarda złotych kupił dwa Gulfstreamy G550, którymi tak ochoczo lata dziś marszałek Sejmu z rodziną.

Po informacjach Radia ZET o tym, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał rządowymi samolotami wraz z rodziną, Jarosław Kaczyński prawdopodobnie zamierza skończyć z takimi incydentami raz na zawsze. W jaki sposób? – Uważamy, że trzeba się liczyć z oczekiwaniami społecznymi i w związku z tym zwróciłem się do ministra obrony i szefa Kancelarii Premiera, bo tutaj mogę działać tylko jako szef partii, ale poproszę o to także prezydenta, żeby zwrócił się do szefa swojej kancelarii, aby odpowiednie przepisy regulujące te sprawy zostały stworzone – wyjaśniał w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, w typowym dla siebie języku Kaczyński.

– Czyli żeby poza lotami służbowymi, jak w przypadku, gdy prezydent leci z pierwszą damą, w tych innych, nieformalnych okolicznościach, kiedy to rodzina korzysta z przelotu, żeby odpowiednia kwota o wartości ceny biletów rejsowych była płacona – dodał szef PiS.

Jarosław Kaczyński nie byłby jednak sobą, gdyby ze sprawy nie próbował zrobić oręża przeciw opozycji. – Podkreślam, że marszałek nie uczynił niczego, co byłoby sprzeczne z prawem albo z praktykami, które miały miejsce poprzednio – powiedział. Dodał, że poprzednie ekipy rządzące korzystały z lotów na pozór służbowych, „a w praktyce były to loty turystyczne”. Także wicepremier Jacek Sasin w rozmowie z Polsat News w poniedziałek zwrócił uwagę, że nie ma żadnych regulacji, które mówiłyby, kto i na jakich zasadach może latać z VIP-ami.

Tymczasem skarcony Kuchciński – zamiast podać się do dymisji – „w zamian” za 23 „rodzinne” loty wpłacił pieniądze na cele charytatywne: 5 tys. zł na Klinikę Budzik działającą przy Centrum Zdrowia Dziecka oraz 10 tys. zł na Caritas Polska.

Raczej trudno doszukać się w tym hojnym geście dobrowolności. Po prostu Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną.

Po raz kolejny „lekarstwem na kłopoty”, związane z nadużyciem stanowiska (słynne „nam się to po prostu należy”) staje się akcja charytatywna. Szlaki przetarł poprzedni skład rządu PiS, pod batutą Beaty Szydło. Takie pomysły sprawiają, że sfera życia publicznego w Polsce coraz bardziej osuwa się w rejony religijno-metafizyczne, które z nowoczesnym funkcjonowaniem państwa mają raczej mało wspólnego.

Sąd nakazał ujawnienie list poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. Decyzji sprzeciwił się PiSowski przewodniczący Urzędu Ochrony Danych Osobowych – Jan Nowak.

UODO – przed udostępnieniem nazwisk kandydatów – chce sprawdzić, czy upublicznienie danych sędziów jest zgodne z obowiązującą ustawą o ochronie danych osobowych i ustawodawstwem Unii Europejskiej. Kancelaria Sejmu do czasu zbadania sprawy przez UODO, nie może upublicznić list.

Pismo UODO wpłynęło do Kancelarii Sejmu w dniu 29 maja br. „Postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zostało wydane w związku z postępowaniem wszczętym przez Prezesa z urzędu na podstawie nowej ustawy o ochronie danych osobowych, która weszła w życie 25 maja 2018 r. Tego samego dnia zaczęło też obowiązywać unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO)” – czytamy w piśmie opublikowanym na stronie Centrum Informacyjnego Sejmu.

Postanowienie UODO ma charakter tymczasowy i obowiązuje jedynie do czasu wydania decyzji kończącej w tej sprawie. „Kancelaria Sejmu będzie oczekiwać na wydanie przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych ostatecznej decyzji o dopuszczalności ujawnienia danych osobowych sędziów” – dowiadujemy się z oficjalnej strony Sejmu RP.

Jeszcze wczoraj, dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka deklarował, że nazwiska kandydatów do KRS ogłoszone zostaną 30 lipca. Jak widać, przyjdzie nam jeszcze na to poczekać.

Kancelaria Sejmu nie ujawni list poparcia dla kandydatów do neo-KRS mimo wyroku NSA sprzed dwóch tygodni. Z kłopotu wybawił ją Jan Nowak, wieloletni polityk i radny PiS, od kwietnia prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

To kolejna odsłona bitwy o ujawnienie list poparcia, które muszą być mocno kompromitujące, skoro PiS broni ich jak niepodległości. Tym bardziej że wybory za pasem.

Strasburg zajmie się sędziami usuniętymi z KRS

Polityk PiS chce być supersądem

Gry polityczne, żeby nie wiem jak żenujące, to nic szczególnego. W tej sprawie mamy jednak rzecz wyjątkową: oto organ państwa uznaje się za uprawniony do zbadania legalności prawomocnego wyroku sądu. Wbrew konstytucji i wszelkim międzynarodowym standardom.

„29 lipca 2019 r. do Kancelarii Sejmu wpłynęło postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zobowiązujące Kancelarię Sejmu do powstrzymania się od upublicznienia lub udostępnienia w jakiejkolwiek formie danych osobowych sędziów, zawartych w wykazach osób popierających zgłoszenia kandydatów do KRS” – poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu.

Prezes Nowak nie powołuje się na żaden przepis pozwalający UODO badać legalność sądowych wyroków. Swoje kompetencje wywodzi z tego, że zajmuje się ochroną danych i wykonaniem unijnego rozporządzenia RODO. Tyle że zgodność ujawnienia list z tym prawem badały już i wojewódzki, i Naczelny Sąd Administracyjny. UODO nie jest żadnym supersądem czy kolejną instancją w tej sprawie. Podlega wyrokom sądów jak każdy organ i każdy obywatel. Jeśli chciał wyrazić przed sądami swoje zdanie w tej sprawie – wystarczyło zgłosić opinię przyjaciela sądu. Ale sąd tą opinią nie byłby związany, bo prawo mówi, że sąd jest „najwyższym biegłym”.

Prezydent Duda: Sądy mają robić, „co ludzie chcą”

Szydło, Duda i Nowak

UODO jest już trzecim w czteroletnich rządach PiS organem, który uznaje się za uprawniony do badania ostatecznych orzeczeń sądów. Pierwsza była premier Beata Szydło, która uznała kilkanaście wyroków Trybunału Konstytucyjnego za niewiążące „opinie wydane przy kawie i ciasteczkach” i odmówiła ich publikacji. Potem prezydent Andrzej Duda zignorował prawomocne postanowienia NSA wstrzymujące nominacje sędziów do Sądu Najwyższego. Teraz Jan Nowak odpowiada na oczekiwanie swojej partii i będzie badał wyrok NSA. Prawdopodobnie przynajmniej do wyborów.

Można, oczywiście, złożyć doniesienie do prokuratury o przekroczeniu uprawnień przez UODO i niedopełnieniu obowiązków przez marszałka Sejmu, ale prokuratura zrobi z tym to, co każe partia rządząca, czego nie raz już dała dowody. Odtworzyliśmy PRL, z fasadowością jego instytucji kontrolnych i partyjną nomenklaturą posadowioną na strategicznych lub/i intratnych stanowiskach.

Jest jeszcze możliwość zaskarżenia przepisu ustawy o dostępie do informacji publicznej, na którym oparł się NSA, do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Tam zaś też się zejdzie. Wreszcie TK uchyli przepis, jak było z przepisem kodeksu wykroczeń, na podstawie którego łódzkiego drukarza uznano winnym bezzasadnej odmowy usługi. Albo go odpowiednio zinterpretuje. A wtedy Kancelaria Sejmu wniesie do sądu sprawę list na nowo, wskazując, że znikła podstawa prawna wyroku.

Trybunał Sprawiedliwości: Polskie przepisy sprzeczne z prawem Unii

Nadzieja w sygnalistach

Listy poznamy, jeśli znajdzie się jakiś sygnalista, który je ujawni. I narazi się na odpowiedzialność karną, bo w Polsce prawo nie chroni sygnalistów.

Zasada: „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”, po raz kolejny się sprawdza. Prawo pięści przed prawem stanowionym. Bezprawie ubrane w kostium prawa.

Mamrot Kuchciński i przyjaciel pedofilów w sukienkach, Głódź

„Politycy PiS stawiają się ponad prawem, nie udostępniając opinii publicznej dostępu do informacji, jaką jest to, kto poparł obecnych nominatów PiS w Krajowej Radzie Sądownictwa” – powiedziała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO. Wymieniła marszałka Sejmu i urzędników Kancelarii Sejmu, którzy nie wywiązali się z prawomocnego wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego i nadal nie opublikowali list poparcia nominatów w nowej KRS.

Gasiuk-Pihowicz poinformowała, że do prokuratury trafi zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nieudostępnieniu, wbrew obowiązkowi wynikającemu z dostępu do informacji publicznej, zgłoszeń do upolitycznionej KRS. – „Listy poparcia dla członów KRS to najwyraźniej lista wstydu dla polskiego wymiaru sprawiedliwości, skoro tak wielkim problemem jest jej ujawnienie. Ludzie mają prawo wiedzieć, kto podpisał się pod listami poparcia dla nominatów polityków PiS-u w KRS i zrobimy wszystko, żeby ta informacja stała się znana opinii publicznej” – stwierdziła posłanka PO. Za niewywiązanie się z tego obowiązku grozi kara grzywny, kara ograniczenia wolności lub kara pozbawienia wolności do jednego roku.

Wiceszef klubu PO Borys Budka powiedział, że przed prawem nie ma „równych i równiejszych”. – „Marszałek Sejmu ma obowiązek wykonać prawomocny wyrok. Należy zadać pytanie: dlaczego z uporem maniaka usiłuje ukryć, kto podpisał listy poparcia dla kandydatów do neoKRS? Dlaczego PiS tak bardzo chroni tę informację? Może się okazać, że te osoby są podległe ministrowi sprawiedliwości. Zadajemy publiczne pytanie: czy minister sprawiedliwości – polityk i poseł – wpływał, naciskał na sędziów zatrudnionych w ministerstwie sprawiedliwości, by podpisywali tego typu listy?” – stwierdził Budka. Jego zdaniem, w nowej KRS są osoby, które zawdzięczają karierę politykom PiS, co sprawia, że obecna KRS „została pobawiona konstytucyjnego przymiotu niezależności, a osoby, które się w KRS znalazły nie mogą być uznawane za niezawisłych sędziów”.

W odpowiedzi Kancelaria Sejmu podała, że trwa „gromadzenie materiałów, co ma potrwać co najmniej do 28 sierpnia. – „Listy [poparcia do nowej KRS] zawierają zarówno PESEL, jak i wzory podpisów i w związku z tym muszą być zanonimizowane” – tak tłumaczy się Kancelaria Sejmu. Przecież to jest 30 minut pracy! Nie ma żadnych powodów, by przedłużać obywatelom ten termin do końca sierpnia” – poinformował na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR. A Michał Wawrykiewicz z Inicjatywy Wolne Sądy dodał: – „Zobaczycie Państwo, że nie pokażą tych list. Na pewno nie przed wyborami. Mogę przyjąć każdy zakład. Okaże się, że „służby prawne Kancelarii” odkryły jakieś nieprawidłowości bądź niejasności interpretacyjne wyroku, albo że listy zaginęły, zalały się kawą czy coś takiego. Na bank”.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku już po raz drugi odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Zawiadomienie złożyła Beata Maciejewska z partii Wiosna, która napisała, że abp Sławoj Leszek Głódź oraz bp Ryszard Kasyna mogli dopuścić się przestępstwa z art. 200 kk, polegającego na tym, że nie zawiadomili organów ścigania, mając wiarygodną wiadomość o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich.

Wcześniej z podobnym zawiadomieniem do prokuratury wystąpiła Anna Górska z partii Razem. Zostało ono oddalone, o tym w artykule „Abp Głódź nie będzie musiał wyjaśniać, czy w jego diecezji kryto księży pedofilów”.

Maciejewska złożyła swoje zawiadomienie 21 maja. Decyzję o odmowie śledztwa otrzymała kilka dni temu.

„Bardzo mnie zdziwiła ta odmowa, bo inne prokuratury w kraju podjęły czynności po podobnych zawiadomieniach w podobnych sprawach. Dziwi mnie także zachowanie prokuratury w kontekście zapowiedzi Zbigniewa Ziobry, który jako prokurator generalny mówił, że przypadki pedofilii będą bezwzględnie ścigane” – skomentowała w rozmowie z „GW” Maciejewska.

Droga młodzieży, może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale władza PiS ma dla Was swoje pomysły.

Kolejne podejście? To naprawdę nic złego. Wręcz przeciwnie. Kolejne podejście dowodzi determinacji, siły woli i odporności na przeciwności losu. Tak więc, droga młodzieży, nawet jeśli któreś z Was wciąż nie odnalazło swojego nazwiska na liście do żadnej z wybranych szkół średnich, nie ustawajcie w wysiłkach. Jak to mawiali starożytni – per aspera ad astra, czyli przez trudy do gwiazd. Im sroższe ciernie, głogi, tym milsze jest zwycięstwo w postaci oślej ławki w branżowej szkole gastronomicznej. Albo budowlanej.

Siedząc już w ławach budowlanki, ostatecznie będziecie wygrani. Bo nie ma to, jak mieć porządny fach w ręku. Może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale mądra władza pomyślała o Was zawczasu, bowiem nic nie leży jej na sercu tak, jak młodzieży chowanie. Przygotowała dla Was fantastyczną reformę oświaty. Może i perspektywa studiowania medycyny, prawa, a nawet filozofii w tej chwili wydaje się Wam kusząca, ale uwierzcie byłej minister Zalewskiej oraz stojącym za nią anonimowym reformatorom polskiej oświaty. Ten brak miejsc w liceach to tylko dla Waszego dobra przecież.

Po pierwsze – szukanie wolnej ławki w szkole ogólnokształcącej to będzie dla Was pierwsza prawdziwa próba charakteru oraz wiary (proście, a będzie Wam dane, szukajcie, a znajdziecie). Po drugie zaś, nawet jeśli będziecie pukać wytrwale, ale drzwi „Staszica” jednak się dla Was nie otworzą, to – jak to pięknie i mądrze podsumował pan senator Bonkowski (zapamiętajcie dobrze to szlachetne nazwisko) – niejeden dzisiejszy parlamentarzysta, wicewojewoda, a nawet prezes w spółce skarbu państwa jest absolwentem takiej sobie podstawówki na Podlasiu. Mało to wysokich stanowisk zajmują teraz ludzie po zawodówkach? A przecież „dają radę”. No, a poza tym uczyć się można wszędzie. No i w każdym wieku. Nawet pan prezydent zapewnia przy każdej okazji, że „ciągle się uczy”, o ministrach aktualnego rządu i nowych europosłach nie wspominając.

Wy też powinniście się byli – swoja drogą – bardziej do książek przyłożyć, skoro miejsca dla Was nie starczyło, a inni się jednak dostali. Więc może byli lepsi?  Weźcie przykład z pani Beaty. Też się ciągle uczy. Jeszcze niedawno witała amerykańskich żołnierzy kultowym „welcome in Poland”, a teraz – proszę – zamierzała szefować komisji w Europarlamencie, a mówiło się przecież o jeszcze wyższych stanowiskach dla niej. To się nazywa zdrowa ambicja. Wprawdzie dwa razy przegrała sama ze sobą, bo nie miała kontrkandydata, ale co z tego. Taki Grzegorz Schetyna to przegrał i to nawet nie z sobą, ale z Nie Wiadomo Kim. Respondenci pytani, kogo wybraliby na lidera opozycji częściej niż na Schetynę wskazywali przecież na Kogoś Innego!

Ale – wracając do brakujących miejsc w liceach – nie przejmujcie się. Ministerstwo Edukacji zapewnia, że w szkołach ogólnokształcących ciągle czeka na was ileś tam tysięcy wolnych ławek. A że akurat nie w Warszawie, tylko w Augustowie albo Cisnej? To szczegół. Pomyślcie sobie, że tacy – na przykład – chorzy na cukrzycę lub tarczycę mają jeszcze gorzej. No, bo są chorzy, a po leki muszą jechać z Krakowa na Pomorze albo z Podkarpacia gdzieś pod Szczecin. Tymczasem wiele pociągów Intercity wciąż nie ma klimatyzacji, a i tak przejazd nimi kosztuje majątek.

Natomiast Was, inaczej niż emerytów, którym w kryzysie służby zdrowia nawet „trzynastka” niewiele pomoże, od września będzie bez problemu stać na bilet. Nie bez powodu państwo zapewniło Pięćset Plus na każde dziecko przecież. Ostatecznie starczy Wam nawet na samolot, kiedy – korzystając ze światłej rady wiceministra nauki – wybierzecie liceum za granicą. Ów nie wspomniał wprawdzie, czy budżet zwróci Wam za czesne i utrzymanie w Eaton czy innym Oxfordzie, ale to chyba oczywiste. Wszak zwraca koszty pacjentom, którzy wyjeżdżają z kraju na pilne operacje, więc czemu państwo miałoby traktować swoją młodzież gorzej niż seniora z zaćmą czy niewydolnością tarczycy.

Zatem głowa do góry i szukacie swojej szansy w kolejnym podejściu. Przypadek Anny Zalewskiej i jej awansu do Brukseli w nagrodę za reformę edukacji dowodzi, że zmiany w oświacie wyjdą Wam tylko na dobre. Może Wy, Wasi rodzice i nauczyciele, jeszcze tego nie dostrzegacie, ale skoro była minister została wybrana w wyborach powszechnych, inni musieli dostrzec to za Was. I odpowiednio docenić. Pewnie właśnie dlatego wysłali Was do szkół, które w przeszłości pokończyli sami. No, żebyście wreszcie przejrzeli na oczy i wyszli na ludzi. Wtedy Waszej przyszłości już nic nie zagrozi. Trzeba tylko trochę wytrwałości, uporu i wiary (w prezesa), a jeszcze porobicie kariery jak gwiazdy PiS – Beata Szydło i jej brukselskie koleżanki. Welcome in Poland!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Kler i Kaczyński – specjaliści od gwałtów i zabijania

Premiera kolejnej części dokumentu o księżach pedofilach w polskim Kościele zaplanowana jest na październik tego roku. – „Poszukamy odpowiedzi na pytanie, dlaczego duchowni byli traktowani ulgowo przez prawo. Wiemy już, że na śledczych wywierano naciski, bo „księdzu biskupowi na tym zależy…” i tak dalej” – mówił Sekielski.

Pierwsza część „Tylko nie mów nikomu” miała ponad 22 mln widzów w internecie. Według Sekielskiego, teraz powinna zostać powołana komisja śledcza w sprawie pedofilii w polskim Kościele. Dziennikarz uważa, że niezbędne są także bardziej zdecydowane działania rządzących. – „Nie mówię o wyprowadzaniu biskupów w kajdankach i przy blasku fleszy, ale hierarchowie są obecnie traktowani ulgowo. Przecież kuria to nie teren eksterytorialny. Wymiar sprawiedliwości działa bez zarzutu w pojedynczych przypadkach, ale nie sięga wyżej. Nie są sprawdzane wątki przenoszenia księży między parafiami i diecezjami” – zauważył Sekielski.

Dziennikarz równolegle zajmuje się pracą nad innym dokumentem, Sekielski rozpoczyna prace nad filmem o SKOK-ach, których twórcą jest senator PiS Bierecki”. Premiera – w marcu przyszłego roku.

„Przed nami nowe cele i Prezes mierzy do nich z karabinu? Bardzo oryginalna reklama dzisiejszej konwencji PiS w Katowicach” – skomentował na Twitterze Marcin Zasada z „Dziennika Zachodniego”. A chodzi o zadziwiające zaproszenie na konwencję tej partii.

Na Twitterze PiS Małopolskie pojawiło się zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, który dzierżąc karabin spogląda w celownik. Otaczają go rozradowani działacze, a nad zdjęciem umieszczono rzeczone zaproszenie oraz hasło: „PRZED NAMI NOWE CELE!!!”.

„Królowie politycznego marketinga”; – „Żałość. Kiedy będzie ujeżdżał lwa?”;

 „Lubi rodeo, pewnie chciał być kowbojem… i ten tłumek lizusów uchachanych…zacne…” – komentowali internauci.

 „Właśnie kupiłem bilet na prom. 26 lipca nad ranem opuszczę UK. Mam nadzieję, że na zawsze. Kierunek Polska” – tweet tej treści pojawił się na wielu kontach. Pod jednym z nich wpis zamieścił Mateusz Morawiecki: – „Czekamy! Zapraszamy! I z całego serca życzę spełnienia marzeń w Ojczyźnie!”.

„Jak tam, kupiliście już bilet na prom, podobno 26 lipca wszyscy opuszczają UK… Nie szkodzi, że nie opuszczacie UK, nie ma Was w UK, macie uwierzyć, że wszyscy Polacy wracają z UK do Polski… Wszystkie… Boty…” – napisał internauta SpecGhost. Dołączył wykaz kilkunastu wpisów tej samej treści. O podobnych działaniach w artykule „Prawicowe „kuzynki” w akcji: torcik daim z herbatką w IKEI poważnie zagrożone”.

Internauci nie dali się nabrać. – „Nie wierzę w aż taki zbieg przypadków: najpierw facet rezygnuje z dobrobytu, kosztem życia w skompromitowanym pislandzie i obwieszcza to w necie, a następnie, niby przypadkiem, na jego wpis wpada matołuszek i wita go z otwartymi ramiona”;

„Kolejna szopka Morawieckiego dla ciemnego ludu”; – „Muszą jakoś przykrywać niewygodne fakty, bo jak na razie więcej Polaków za rządów PiS wyjechało z kraju: 2 mln 540 tys. mieszkańców Polski przebywało czasowo poza granicami kraju na koniec 2017, czyli o 25 tys. więcej niż w 2016 i 143 tys. więcej niż w 2015 r.” – napisała Alicja Defratyka, ciekaweliczby.pl.

Prawo i Sprawiedliwość zniszczyło cały dorobek wielu lat, który pozwolił być nam znaczącym głosem w Europie.

Przez minione 4 lata rządów PiS wmawiano nam ze wszystkich stron, że cud się wreszcie stał i Polska wstała z kolan. Wreszcie do Europy dotarło, z kim ma do czynienia, że nie z nami takie różne numery i jej psim obowiązkiem jest uznać polską rację stanu za dominującą, za prawą i sprawiedliwą na miarę wszechczasów. Niesamowite, bo i większość Polaków uwierzyła, że Europa powinna brać z nas przykład, uczyć się od nas i w ogóle dziękować Bogu, że jesteśmy i chcemy nadal w tej wspólnocie europejskiej tkwić. No cóż, naiwnych nie sieją, sami się rodzą, a ci nie chcą lub może nie potrafią dostrzec, że z pozycji klęcznej przeszliśmy na tzw. leżenie plackiem. Jeśli to właśnie jest miarą naszego znaczenia w Europie, to rzeczywiście jest czego pogratulować partii rządzącej.

Deklaracje i wiara w rosnące znaczenie Polski na arenie europejskiej to jedno, ale życie pokazało dobitnie, jak to faktycznie wygląda: ostra reakcja UE na przeprowadzone zmiany w sądownictwie, wszczęcie w styczniu 2016 r. przez Komisję Europejską mechanizmu obrony praworządności w Polsce, w grudniu 2017 r. uruchomienie procedury na podstawie art. 7 Traktatu UE, w marcu 2018 zaskarżenie do TSUE ustaw o sądach powszechnych i SN wprowadzonych przez PiS, w październiku 2018 r. skarga do Trybunału unijnego na  naruszenie zasady niezawisłości sędziów. PiS postawione pod ścianą aż dziewięciokrotnie nowelizowało zmienione przez siebie ustawy i zapewne to jeszcze nie koniec poprawek. A to nie wszystko. Nie zapominajmy o unijnym nakazie zatrzymania wycinki Puszczy Białowieskiej, za którą tak ochoczo wziął się były już minister Szyszko czy news ostatnich dni, czyli wstrzymanie dotacji na program „Czyste powietrze”, bo jego realizacja przez polskie władze woła o pomstę do nieba.

W minionych 4 latach aktywność polskiej dyplomacji na forum europejskim była bliska zeru. Ciężko polskie władze zapracowały sobie na to, by nikt nie wziął pod uwagę głosu Polski, gdy nowelizowano w niekorzystny dla nas sposób dyrektywę o pracownikach delegowanych. Nasi dyplomaci mówili pewnie zbyt cicho lub na tyle bez sensu i merytorycznych argumentów, że nie warto było nawet ich posłuchać. Nie zaproszono Polski do udziału dyskusji nad nowym projektem  militarnym, w którym biorą udział Francja, Niemcy i osiem innych państw. Mimo ostrego sprzeciwu Beaty Szydło, Donald Tusk został ponownie wybrany przewodniczącym Rady Europejskiej, co i tak nie przeszkodziło PiS-owi okrzyknąć sukces, a byłą już panią premier zasypać kwiatami.

Nieźle też w czasie samowładztwa PiS skonfliktowała się Polska z naszymi partnerami w Europie. Z Niemcami o nieszczęsny gazociąg Nord Stream II i odszkodowania, których nagle nam się zachciało. Z Francją przez Caracale, z Ukrainą przez interpretacje historyczne i paszporty okazjonalne, z Litwą również o paszporty, z Czechami, bo wolą integrację z Europą zamiast tylko z nami, Słowacją, która dogadała się z Brukselą w sprawie przyjęcia uchodźców. Włosi mają nam za złe, że odmówiliśmy przyjęcia uchodźców zgodnie z unijnym rozdzielnikiem, a Norwegia zarzuca rządowi polskiemu chęć przejęcia pieniędzy z tzw. funduszy norweskich, co jest całkowicie bezprawne.

Ktoś mi powie, że manipuluję faktami, bo na przykład świetnie sobie radzimy w Grupie Wyszehradzkiej. Tralala… opowieści o dominującej roli Polski można włożyć między bajki. Fakt, ostatnio wspólnie państwa członkowskie grupy opowiedziały się przeciwko kandydaturze Timmermansa na szefa KE, ale jeśli przyjrzymy się bliżej, to w wielu kwestiach, chociażby dotyczących energetyki, praworządności czy stosunku do Rosji, mówią one różnym głosem. Jest jeszcze Trójmorze, ale jakoś nie widzę konkretnych efektów jego działalności, poza tym, że to takie państwo w państwie, rodzaj przeciwwagi dla UE, z wiodącą oczywiście, rolą Polski.

Przyglądając się więc europejskiej polityce PiS, warto zadać sobie pytanie, dokąd ta partia Polskę prowadzi? Co Polsce daje łamanie zasad UE, kłótnie z kim się tylko da, bycie ciągle na wielkie NIE, przeciwstawianie się decyzjom KE, negowanie wyroków TSUE, ukrywanie flagi unijnej, krytykowanie i agresywne podejście?

PiS zniszczyło cały dorobek wielu lat, który pozwolił być nam znaczącym głosem w Europie. Niewielu liczy się obecnie z Polską, naszą partią rządzącą i jej politykami, co widać szczególnie teraz w nowym Europarlamencie. „Świetnie przygotowana” ekipa prezesa Kaczyńskiego nie załapała się na żadne ważne stanowisko w strukturach unijnych. Dlaczego? Ano nikt nie chce marnować czasu, nie chce współpracować z europejskimi malkontentami, którzy poza wybujałym ego, niczego więcej do UE nie wnoszą. Czyż można upaść niżej?

Patologie PiS i Kościoła kat.

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Klecha dorabia po mszy

Andrzej Bober poinformował o przedsiębiorczym księdzu z Warszawy, który nie dość, że zebrał pieniądze w czasie mszy, to jeszcze po niej postanowił dorobić sobie na przykościelnym parkingu.

***

Wysłannik papieża w Polsce

Do Polski przyjechał Abp Charles Scicluna – była to reakcja papieża na afery pedofilskie w polskim Kościele katolickim.

Kościół zblatował się z władzą PiS

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej