Sędziowie już mają stan wojenny

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Ziobro nie poddaje się, zastrasza sędziów

Konrad Szymański sugerował, że ministrowie państw UE dali się przekonać polskiemu rządowi ws. praworządności. Ale OKO.press dotarło do zapisów z wtorkowego posiedzenia Rady ds. Ogólnych. Mówiono na nim o wyrokach TSUE, Izbie Dyscyplinarnej w SN i postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów. Rząd utrzymywał, że dyscyplinarki są prowadzone bez jego ingerencji

Minister ds. europejskich Konrad Szymański, podsumowując dyskusję ministrów państw UE o praworządności w Polsce na Radzie ds. Ogólnych 10 grudnia 2019, podkreślał, że po prezentacji Komisji Europejskiej i polskiego rządu, delegaci nie zadali dodatkowych pytań. Niektóre media, w tym portal Niezalezna.pl, odczytały to jako dowód na rzekome znudzenie się w Brukseli sytuacją sędziów w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Szymański powiedział po posiedzeniu Rady:

„Myślę, że Komisja Europejska podchodzi do sprawy w sposób rzeczowy i konstruktywny. Mam nadzieję, że to się utrzyma”.

Jak dokładnie miało to wyglądać wg ministra?

„Państwa członkowskie przynajmniej na tym etapie uznały, że nie ma powodów do zadawania kolejnych pytań” – powtórzył Szymański.

Optymistyczną dla polskiego rządu opowieść Szymańskiego podważa oficjalna notatka z dyskusji na Radzie ds. Ogólnych, do której dotarło OKO.press.

Sędziowie w centrum zainteresowania

Jasno wynika z niej, że sytuacja sędziów w Polsce, zwłaszcza wszczynane wobec nich postępowania dyscyplinarne, stanowiły sedno obrad.

Notatka w tłumaczeniu na polski brzmi:

„Ministrowie następnie przeszli do omówienia sytuacji w związku z procedurą z Artykułu 7(1) Traktatu o UE dotyczącą praworządności w Polsce. Komisja zreferowała, co wydarzyło się od września, podkreślając, że sytuacja ogólnie dalej się pogarsza.

[Komisja – przyp.red.] Odnotowała też, że w związku z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada,  polski Sąd Najwyższy 5 listopada orzekł, że jego Izba Dyscyplinarna nie spełnia kryteriów niezależności i niezawisłości sędziowskiej w rozumieniu prawa europejskiego, a Krajowa Rada Sądownictwa nie jest niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ten wyrok był publicznie krytykowany przez polskie władze. Komisja wskazała też na negatywne zjawiska dotyczące postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów oraz Trybunału Konstytucyjnego.

W odpowiedzi, polski rząd odrzucił obawy Komisji i odnotował, że od grudnia 2018 roku nie wprowadzono żadnych zmian ustawodawczych dotyczących regulacji, które są przedmiotem zainteresowania Komisji (chodzi o skargę KE na wypracowany za PiS model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – przyp. red.).

Polski rząd odniósł się do komentarzy zaprezentowanych przez Komisję, argumentując, że władze zajęły stanowisko potępiające sędziów, którzy krytykują status innych sędziów, ponieważ takie zachowanie podważa zaufanie do sądownictwa i stoi w sprzeczności z kodeksem etyki  sędziowskiej.

Rząd bronił również nowego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej dla sędziów, mówiąc, że postępowanie dyscyplinarne są prowadzone bez ingerencji ze strony rządu.

Żadna z delegacji nie zabrała głosu, a Przewodniczący przedstawił wniosek końcowy, że Rada będzie dalej śledzić rozwój sytuacji”.

Z innego dokumentu, do którego dotarło OKO.press – oficjalnych konkluzji ze spotkania Rady ds. Ogólnych – wynika zaś, że na Radzie dyskutowano też o ostatnich wyrokach Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących praworządności w Polsce – wyroku z 5 listopada, w którym TSUE ocenił, że zaproponowany przez PiS sposób przechodzenia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów w Polsce nie spełnia standardów unijnego prawa, a także wyroku z 19 listopada, w którym TSUE  przedstawił szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej w SN.

Obraz spotkania, jaki wyłania się z tych dokumentów, przeczy wizji sugerowanej przez Ministra Szymańskiego.

Nic nie wskazuje, że ministrowie państw UE obecni na Radzie zostali przekonani do wizji przedstawionej przez polski rząd. Zostali za to szczegółowo i wyczerpująco poinformowani o rozwoju sytuacji dotyczącej praworządności w Polsce od września.

Jak zinterpretować fakt, że delegacje państw UE po prezentacji KE i polskiego rządu nie zadawały dalszych pytań? Można to rozumieć jako wyraz konsternacji po przyznaniu przez polską delegację, że rząd oficjalnie potępia niektórych sędziów i oskarża ich o podważanie zaufania do porządku prawnego.

Powód ciszy może być też jednak bardziej techniczny. Spotkanie nie miało formatu debaty, jego celem było zreferowanie wydarzeń przez obie strony, czyli Komisję i polski rząd.

Minister Szymański sugeruje, że brak pytań dowodzi przychylności argumentacji przedstawionej przez Polskę. Ale równie dobrze może być to oznaka poparcia dla argumentów KE. Symptomatyczne, że nikt też polskiego rządu głośno nie poparł.

Komisarze zaniepokojeni pogorszeniem się sytuacji w Polsce

Natomiast wystąpienia unijnych komisarzy po Radzie ds. Ogólnych, zarówno wiceszefowej Komisji Europejskiej Věry Jourovej, jak i komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, potwierdzają, że Polska pozostaje w centrum ich zainteresowań – z negatywnych powodów.

„Sytuacja w Polsce mnie martwi. Ale wysłucham dziś odpowiedzi stron rządowych. Chciałabym jak najszybciej odwiedzić Polskę, żeby posłuchać, jakie są plany rządu w Warszawie. Mam nadzieję, że fakt, iż sama pochodzę z tego regionu, pomoże mi lepiej to zrozumieć” – zapowiedziała wiceprzewodnicząca KE.

„W ostatnich tygodniach i miesiącach obserwowaliśmy pogorszenie się sytuacji sądownictwa i niektórych postępowań dyscyplinarnych” – mówił odpowiedzialny za kwestie praworządności komisarz Reynders.

Sędziowie z Katowic zadali pytanie prawne do Sądu Najwyższego o legalność nowej KRS i już następnego dnia rzecznik dyscyplinarny ministra Ziobry założył im dyscyplinarki. Rzecznik chce przestraszyć sędziów, by nie wykonywali wyroku TSUE i nie podważali legalności powołanej przez PiS nowej KRS oraz Izby Dyscyplinarnej

Postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów z Katowic wszczął w czwartek 12 grudnia 2019 zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Przemysław Radzik. Formalnie na razie jest to postępowanie wyjaśniające, ale wiedząc jak działa powołany przez ministra Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny, można się spodziewać, że sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi dla katowickich sędziów.

Radzik ściga sędziów za działalność orzeczniczą

Przemysław Radzik, na co dzień sędzia rejonowy i prezes sądu w Krośnie Odrzańskim z nominacji ministra Ziobry, będzie ścigać trzech doświadczonych sędziów z Sądu Apelacyjnego w Katowicach. W środę 11 grudnia skład orzekający tego sądu w składzie: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina wydał postanowienie o skierowaniu pytania prawnego do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpoznawali apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, który wydał sędzia nominowany przez nową, powołaną w niekonstytucyjny sposób KRS. I nabrali wątpliwości, czy sędzia ten jest właściwie powołany. Bo sędziów – członków nowej KRS wybrali posłowie PiS i Kukiz’15, głównie spośród sędziów współpracujących z resortem ministra Ziobry.

Katowiccy sędziowie zadali więc pytanie prawne do Sądu Najwyższego o status takiego sędziego, czy jest on zgodny z przepisami prawa i czy taki sędzia mógł wydawać legalne wyroki.

Pytania prawne to normalna procedura i uprawnienie każdego sędziego. Sędziowie mają prawo je zadawać i mieszczą się one w zakresie orzeczniczym. Tym bardziej, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w niedawnym wyroku wskazał, że polskie sądy mogą same badać legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej oraz dał do tego wskazówki. A potem Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym orzekł, że Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego, zaś nowa KRS nie jest niezależna od polityków.

Sędziowie z Sądu Apelacyjnego w Katowicach wykonali tylko wyrok TSUE.

Radzik zarzuca sędziom popełnienie przestępstwa

Dlaczego więc zaczął ich ścigać nominat ministra Ziobry, zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik?
Uważa on, że katowiccy sędziowie mogli popełnić przewinienie dyscyplinarne „polegające na uchybieniu godności urzędu” poprzez przekroczenie uprawnień. Bo mieli przyznać „sobie kompetencje do ustalania i oceny sposobu działania konstytucyjnych organów państwa w zakresie sposobu wyboru części członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposobu powołania sędziego orzekającego w I instancji, przez co podważając przepis art. 106i § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych [przepis ten mówi, że asesorów powołuje prezydent, na wniosek KRS – red.], wzięli udział w wydaniu postanowienia o przedstawieniu Sądowi Najwyższemu zagadnienia prawnego, którego treść stanowiła bezprawną ingerencję w ustawowy sposób powołania sędziów do składów orzekających”.

Zdaniem Radzika sędziowie mogli w ten sposób nawet naruszyć Konstytucję, a ich orzeczenie zakwalifikował jako przestępstwo przekroczenia uprawnień (art. 231 prf 1 kodeksu karnego), które jest na „szkodę interesu publicznego w postaci prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.

Taka kwalifikacja nie jest przypadkowa, bo jeśli sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi to trafi do rozpoznania od razu do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym.

Radzik sugeruje też, że sędzia sprawozdawca sprawy rozwodowej, na kanwie której zadano pytanie prawne do SN, mógł popełnić kolejny delikt dyscyplinarny. W ocenie Radzika sędzia ten powinien się wyłączyć z orzekania, bo sam uzyskał awans do Sądu Apelacyjnego dzięki nowej KRS.

To nie koniec represji

Natychmiastowe założenie dyscyplinarki katowickim sędziom za badanie legalności nowej KRS i wykonanie wyroku TSUE wpisuje się w działalność głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasotę. Wszyscy są z nominacji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Od roku ścigają niezależnych sędziów za obronę wolnych sądów. A do niedawana ścigają ich też za wydawane orzeczenia oraz za badanie legalności nowej KRS.

Represje się nasiliły po wydaniu wyroku TSUE, dotyczącym nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej. Ma to zniechęcić sędziów do jego wykonania, a kolejne dyscyplinarki mają ich zastraszyć.
Dyscyplinarki za podważanie legalności nowej KRS mają:

1. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna, który jako pierwszy w Polsce wykonał wyrok TSUE. Zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I za to spadł na niego grad represji.

2. Sędziowie z Sądu Okręgowego w Krakowie. Rafał Lisak, Wojciech Maczuga, Kazimierz Wilczek jeszcze przed wyrokiem TSUE chcieli zbadać status asesora, których wydał wyrok w pierwszej instancji. Chcieli sprawdzić czy powołała go nowa KRS i tylko za to dostali zarzuty dyscyplinarne. Potem okazało się, że asesora powołała stara, legalna KRS.

3. Sędzia Krystian Markiewicz z Katowic, szef Iustitii. Dostał aż 55 zarzutów za list, odezwę do sędziów, w której podważał legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej.

Uderzenie w Markiewicza miało wyglądać na spektakularne, bo jest liderem Iustitii, największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, które broni niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie nie dali się jednak zmrozić ilością zarzutów.

4. Sędzia Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Ona z kolei ma dyscyplinarkę za to, że nie chciała orzekać z rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem i za to, że zakwestionowała jego status jako sędziego delegowanego. Sędzia w tej sprawie zadała pytania do TSUE. Nie chciała orzekać z Radzikiem, bo jego nazwisko pojawiło się w kontekście afery hejterskiej w ministerstwie sprawiedliwości.

Sędzia 6 grudnia dostała w związku z tą sprawą 5 zarzutów dyscyplinarnych, również za to, że miała odwagę rozmawiać z prasą.

Jacek Sasin, wicepremier i od niedawna minister aktywów państwowych tą wypowiedzią niewątpliwie wbił się na wyżyny hipokryzji. – „Wszystko wskazuje na to, że do zmiany szefa NIK potrzebna byłaby zmiana Konstytucji. Nie zgadzając się na nie, to opozycja bierze na siebie odpowiedzialność, że pan prezes Banaś w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję” – powiedział Sasin w TVN24.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to tzw. pisowski przekaz dnia. W podobnym tonie wypowiada się większość prominentnych polityków tej partii, np. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk.

Politycy partii rządzącej mają krótką, a raczej wybiórczą pamięć. Marian Banaś został szefem NIK dzięki głosom posłów i senatorów PiS. Kiedy poseł PO Robert Kropiwnicki przed wyborem Banasia, chciał z mównicy sejmowej powiedzieć o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych kandydata na szefa NIK, marszałek Elżbieta Witek wyłączyła mu mikrofon.

Internauci byli oburzeni wypowiedzią pisowskiego wicepremiera: – „Panie Sasin, chyba w waszym rządze pan Banaś był ministrem, to Wy go większością głosów na stołek wsadziliście, a teraz Pan zwala na opozycje? No przepraszam za pytanie.. ale czy Pan ma jaja?”; – „Bezczelny typ. Zdołał odsunąć od siebie odpowiedzialność za organizację lotu do Smoleńska i teraz próbuje powtórzyć manewr”; – „Sasin ma najbardziej brawurowy intelekt spośród pisowców. No, może jeszcze Suski może się z nim równać”.

Część internautów po prostu kpiła z Sasina: – „Za mocne. Dzwonię do Banasia”; – „Taaa, bo Kopernik była kobietą. Typowy przykład, że jak nie uda się wyciszyć afery, to kilka najbardziej znanych twarzy PiS-u krzyczy, to nie my, to Oni”; – „Musiał się Pan Sasin w coś mocno uderzyć, by pleść takie androny”; – „A tak w ogóle to wina Tuska”.

Jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić się własnym nieuctwem i brakiem gustu, prześcigając w wyliczeniach, ilu książek noblistki się nie przeczytało…

„Słychać wycie, znakomicie!”, tak polska prawica zwykła pisać o części opinii publicznej oburzonej postępowaniem polityków PiS, łamaniem przez nich prawa, Konstytucji i dobrych obyczajów i pokazując w ten sposób niską radość, że oto udało się „dokopać” komuś, czyją niewybaczalną winą jest, że śmie wiedzieć świat inaczej, mieć inne poglądy.

Dziś owo słynne wycie słychać z prawej strony. Znam prawicę od lat, znam przecież ludzi z tego środowiska, a nie spodziewałam się, że Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk tak ich dotknie. Skoro tak się stało to znaczy, że z morale tego środowiska, z jego poczuciem własnej wartości jest już dramatycznie źle.

Sprawa Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie jest pierwsza sprawa, która pokazuje, że realnie istnieją dwie Polski (właściwie jest ich wiele, nie tylko dwie, ale mówię o głównej osi podziału): taka, która bardzo chce się otworzyć, chce różnorodności, chce doświadczać i poznawać, szanuje i jest gotowa wysłuchać, i Polska która nienawidzi sukcesu innych, chce utalentowanych ściągać w dół, zawistna, zazdrosna i mała. I nie, nie mówię o zwykłych ludziach. Mówię o tych, którzy mają się, choćby z tytułu sprawowanych urzędów czy wykonywanych zawodów za elity i powołują się często na bliżej nieokreśloną „przedwojenną inteligencję”, która dziś na ich widok umarłaby ze śmiechu lub z zażenowania.

Wyobrażam sobie czasem, co by Tadeusz Boy – Żeleński, powiedział Glińskiemu, a Tuwim napisał o Kurskim i wiem, że nie pójdziemy jako naród i społeczeństwo do przodu, dopóki nie pozbędziemy się z polityki i dziennikarstwa ludzi, reprezentujących taką mentalność i takie cechy jak kompletna głupota, prostactwo, zawiść, zazdrość, małość, małostkowość, mściwość, ograniczone horyzonty, brak dystansu do siebie i świata, niedouczenie, brak kultury i dobrego (a często w ogóle żadnego) wychowania.

To, co wyprawiają prawicowe – bo o nich mówię – elity polityczne i dziennikarskie wokół Nobla dla Olgi Tokarczuk, pokazuje, że złość, zawiść, małość i miałkość są nie tylko ich siłą napędową, ale wręcz tlenem i krwiobiegiem – nie mogąc nikogo oczernić, umniejszyć, nie mając na kogo napluć swoimi słowami, zapewne by umarli.

Nigdy nie zrozumiem, jak można powołując się latami na patriotyzm, polegający na dumie z polskości, nie być dumnym, że Polka dostaje Nagrodę Nobla, jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić własnym nieuctwem i brakiem gustu prześcigając w wyleczeniach, ilu książek Noblistki się nie przeczytało.

Jak można nie mieć na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie wiedzieć, że próba zdezawuowania osiągnięcia tej rangi, pokazuje i obnaża wyłącznie kompleksy tych, którzy to robią i ich szorujące po dnie poczucie własnej wartości.

Jak można nie inspirować się tak utalentowanymi ludźmi i nie życzyć im wszystkiego dobrego, tylko wygadywać rzeczy w stylu ministra kultury (sic!), że czułość to za mało – po doskonałym zresztą wykładzie Noblowskim Tokarczuk.

Ja wiem, że modna jest teraz wśród niektórych publicystów taka maniera, żeby każdego rozumieć, wszystko tłumaczyć i rozgrzeszać każde świństwo, podłość i małość.

Mają w nosie łamanie Konstytucji? Pewno sfrustrowani, niedouczeni, pewnie elity nie dość się postarały…łykają brewerie i złodziejstwa polityków jak pelikany – o biedni, sfrustrowani, a w ogóle to wina Balcerowicza…. Nie przeszkadza im pogrążanie i zadłużanie Polski, upadająca edukacja i służba zdrowia – pewnie jest jakieś usprawiedliwienie…

Można tak w nieskończoność, tylko to, oprócz tego, że skrajnie naiwne, nie doprowadzi do rozwoju i progresu. Bo rozwinąć się można tylko wtedy, kiedy się zrozumie, że są rzeczy na które nie ma żadnego usprawiedliwienia, na które pozwalać nie można i kropka.

W przeciwnym razie takie właśnie „elity” będą wciągać nas coraz głębiej w bagno, aż do samego dna.

Duda przegra, stanie przed Trybunałem Stanu, jak też Ziobro i Jaki

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Olga Tokarczuk, rodacy za demokracją. Małgosia, czy Jacek?

Cały wykład noblowski Olgi Tokarczuk tutaj >>>

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów; pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii. Polakom po październikowych wyborach przygląda się psycholożka prof. Krystyna Skarżyńska

Jak wprost powiedział Jarosław Kaczyński, jeszcze nie wszyscy Polacy zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość, ale „mimo wszystko jest się z czego cieszyć”. Ta wypowiedź wiele mówi o tej partii i jej oczekiwaniach. Chcą mieć pełnię władzy, myślą, że na większe poparcie zasłużyli, a tu społeczeństwo okazało się nie całkiem wdzięczne.

Jest też zawód po stronie obywateli, wspierających zarówno Koalicję Obywatelską, jak i Lewicę, którzy myśleli, że opozycja zdobędzie zdecydowanie więcej głosów.

W przeprowadzanych rozmowach (w kilku badaniach focusowych) wśród różnych grup respondentów, a także w wypowiedziach medialnych osób z różnych stron politycznej sceny, zauważam nastrój zawiedzenia oczekiwań po wyborach parlamentarnych 2019.

Tymczasem cała opozycja zdobyła więcej głosów niż Zjednoczona Prawica, choć nie przełożyło się to na większość mandatów. O tym za mało się mówi.

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów;  pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii.

Koalicja Obywatelska musi się jasno określić

Zauważono też liczne przemieszczenia między elektoratami, wiele osób odeszło z KO i to w różne strony: na lewo, ale i w kierunku PSL z Kukizem, zdecydowanie mniej do PiS.

Przepływy te są – moim zdaniem – dowodem na to, że ludzie już nie bardzo chcą głosować na partię, która oferuje mało wyrazistą ofertę dla wszystkich (nawet jak jest anty-PiS-em), tylko głosują na taką, która wydaje się bliższa ich światopoglądowi.

Jeżeli tak jest, to KO ma przed sobą poważną pracę, której efektem powinna być jasna, klarownie i atrakcyjnie opowiedziana koncepcja tego, czym jest dla niej  demokratyczne centrum, jakie państwo i społeczeństwo chce rozwijać, ile ma być w tym państwie liberalizmu, ile  (i jakiej) solidarności. Bez tego prawdopodobnie rozpadnie się na jakieś dwie mniejsze partie.

PiS „pasuje” wielu ludziom

Co do wyborców PiS (czy Zjednoczonej Prawicy) to nie jest tak, że większość z nich wybiera tę partię jedynie ze względu  na transfery materialne. Z danych, jakie zbieramy od lat, wynika, że polskie społeczeństwo jest w dużej mierze konserwatywne, więc deklarowane przez rządzącą prawicę wartości „pasują” wielu ludziom (zwłaszcza starszym, gorzej wykształconym, ale i młodym mężczyznom).

Dwa mechanizmy głosowania zadziałały w tę samą stronę: i portfel (transfery finansowe), i różaniec (podobne wizje roli Kościoła, tradycyjno-narodowe wartości).

Oba te mechanizmy (czy motywy poparcia wyborczego) współpracują ze sobą.

Wiadomo, że jeżeli oddaliśmy na kogoś swój głos (np. bo wzmocnił naszą pozycję finansową, zauważył nasze potrzeby), to mamy tendencję przypisywać mu /jej pewne ważne podobieństwo (np. w sferze wartości), żeby dodatkowo wzmocnić, uzasadnić (czy „uszlachetnić”) swój wybór.

Mniej ważne są wtedy obserwowane zachowania konserwatywnego (z deklaracji) polityka, odbiegające od jego deklaracji ideowych (oszukuje na podatkach, bije żonę, rozwodzi się trzeci raz) niż chęć dostrzegania wspólnych wartości.

Wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić

Dla badaczy społeczeństwa jest wiele wyzwań, związanych z próbami jego lokalizacji na wymiarach sekularyzacji i wartości europejskich. Jest wiele niespójnych danych.

Na przykład, prof. Mirosława Marody w książce „Społeczeństwo na zakręcie” (2019), bazując na badaniach EVS (European Voluntary Service – Wolonatriatu Europejskiego) sprzed paru lat dowodzi „postępującego procesu sekularyzacji”: od roku 1990 do 2017 stopniowo spada procent respondentów deklarujących ważność Boga i religii w ich życiu oraz częstość udziału w mszy.

Ale inne dane dowodzą, że między rokiem 1998 a 2017 nastąpił wyraźny

wzrost „katolickiego fundamentalizmu”

(określenie Bogdana Wojciszke  i jego współpracowników, „Psychologia Społeczna” 2017, nr 2), np.:

• w roku 2016 z opinią „wartości chrześcijańskie w Polsce powinny być szczególnie chronione” zgadzało się 68,5 proc., podczas gdy w 1998 – 46,5 proc.;

• „Życie poczęte powinno podlegać bezwzględnej ochronie prawnej”: 51,9 proc. w roku 2016, 45,3 proc. –  w 1998;

• „Polska powinna być krajem bardziej katolickim”: 36,3 proc. w roku 2016, 25,8 proc. – w 1998.

Jeszcze wyraźniejszy jest

wzrost ksenofobii

Oto przykłady:

• „Polska powinna być przede wszystkim dla Polaków” – 72,6 proc. wobec 56,7 proc.- w roku 1998;

• „Polska powinna bronić się przed zalewem wzorców obcych naszej kulturze narodowej”  – 77,5 proc. wobec . 60,6 proc. w roku 1998;

• „Polska powinna wprowadzić ograniczenia dla obcokrajowców przybywających z Zachodu: 56,6 proc. wobec 34,9 proc. w roku 1998.

Moje dane z lat 2014-2018 są podobne. Ale gdy do pytań światopoglądowych dodano w roku 2016 pytanie o prawo do procedury in vitro – ponad 90 proc. ogólnopolskiej próby odpowiedziało „zdecydowanie tak” i „raczej tak”.

Jesteśmy znacząco bardziej narodowo-katoliccy i ksenofobiczni  (w tym sensie – bardziej konserwatywni) niż byliśmy 20 lat temu i niż byliśmy w roku 2014. Ale „wybiórczo”.

Co to znaczy? Co wybieramy z naszej tradycji, a co odrzucamy? Co jest wynikiem autentycznej, głębokiej zmiany świadomości, co konformizmem czy efektem retoryki rządzących?  To są wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić.

Co się wylęgnie z lewicy

Część społeczeństwa myśląca prospektywnie, czyli bardziej lewicowo-liberalnie, odeszła od Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej w kierunku Lewicy.

Platforma Obywatelska w jakimś sensie zmroziła sporo swojego elektoratu różnymi działaniami, raz w prawo  – na przykład wystawiając w wyborach dawnych członków PiS-u lub PZPR, a innym razem w lewo – przyjmują pewne prospektywne postulaty Lewicy.

Lewica też nie jest jednorodna i ciekawe, co się z tego dalej wylęgnie. I tu też potrzeba poważniejszej refleksji nad mechanizmami i związaną z nimi stabilnością prospektywnych preferencji.

Dziś nie wiem,

ile w tym poparciu dla Lewicy jest przejawem głębszej refleksji, znajomości programów lewicowych partii i zgodności własnych wartości z tymi programami, a ile osób wybrało te partie, bo miało dużą niechęć do innych partii

czy „obraziło się” na tę, którą przedtem popierało.

Zjawisko negatywnego elektoratu

Zjawisko „negatywnego elektoratu” staje się coraz bardziej wyraźne w rożnych spolaryzowanych społeczeństwach; w analizach psychologiczno-społecznych poświęca się mu coraz więcej uwagi (por. Alan I. Abramowitz, Steven W. Webster, Negative Partisanship: Why Americans Dislike Parties But Behave Like Rabid Partisans, “Advances in Political Psychology”, vol. 39, 2018).

Demokracja PiS-u i opozycji

Nasze społeczeństwo jest zróżnicowane, jeśli chodzi o stosunek do demokracji. Można przywołać rysunki i komentarze Krzysztofa Pacewicza („Wyborcza”) do odpowiedzi, jakich udzielają Polacy pytani o stosunek do demokracji.

Rzeczywiście, większość – również zwolennicy PiS-u – jest za demokracją, zresztą liderzy PiS powtarzają, że jest to partia najbardziej demokratyczna. Ale ta demokracja znaczy zupełnie co innego w zależności od tego, którą stronę politycznego sporu pytamy.

Dla zwolenników PiS-u demokracja jest oparta głównie na tym, że są wolne wybory i w ogóle jest dużo wolności (w rozumieniu: robimy, co chcemy).

Większość nas wybrała, nie mamy żadnych ograniczeń, państwo jest suwerenne, to jest demokracja. Natomiast nieobecne w tym myśleniu są prawa i wolności człowieka, rola opozycji, wielopartyjność.

Tym zaś, co łączy elektoraty opozycyjne, jest określona wizja społeczeństwa i państwa, zawierająca szacunek dla indywidualnych praw i wartości jednostek oraz różnych stylów życia, ale i poczucie związku z szerszą wspólnotą

(por. Krystyna Skarżyńska, Freedom, freedom… but what freedom? Intrinsic and extrinsi sense of freedom as predictors of preferences for political community and attitudes towards democracy, Social Psychological Bulletin, v. 14, 2019).

Zadajemy sobie pytanie, dlaczego ewidentne dla demokratów naruszenia zasad demokracji przez rządzącą partię nie spowodowały przesunięcia elektoratów, tylko nawet ją wzmocniły.

Autorytaryzm odrzucany

Z moich badań wynika, że kiedy się pyta Polaków wprost nie o demokrację, ale o przejawy autorytaryzmu władzy, nie używając jednak słowa „autorytaryzm”, to respondenci w większości zdecydowanie lub raczej uważają je za niedopuszczalne: czyli deklarują, że nie godzą się na używanie siły wobec opozycji, naruszanie trójpodziału władzy i niechlujne, prowadzone bez konsultacji społecznych, ustawodawstwo, niszczenie opozycji i niesprawiedliwe traktowanie jej w sądach.

Kiedy się pyta o poziom akceptacji dla tych poczynań władzy – ostatnie takie badania przeprowadzałam w końcu 2018 roku – to okazuje się, że raczej popiera je około 18 proc. respondentów, oczywiście więcej w elektoratach partii prawicowych niż w elektoratach partii lewicowych i liberalnych.

Wymiary prawicowości a autorytaryzm

Najważniejsze jest głębsze zrozumienie społeczeństwa, bo na nim można budować oczekiwania  i plan co robić dalej.

Właściwie dzisiaj jesteśmy w systemie autorytarnym. Wybory są fasadą.

Ostatnie wybory nie były zupełnie uczciwe w tym sensie, że przewaga jednej ze stron, jeśli chodzi o propagandę i użyte środki, była zastraszająca.

Wiadomo, co się dzieje z sądami, z Trybunałem Konstytucyjnym, jakie są zapowiedzi co do mediów i samorządów. Niewielka przewaga opozycji w Senacie jest jednak wskazówką, że gdy dobrze obmyśli się dobór kandydatów, dotrzyma się ustaleń międzypartyjnych w ramach opozycji, wybory – nawet przy tak nierównych siłach państwowego wsparcia dla rządzących i opozycji, jak to było w październiku  – może wygrać opozycja.

Ale starania Zjednoczonej Prawicy [PiS plus Gowin + Ziobro], by demokratyczny werdykt wyborczy zmienić, kusząc opozycyjnych senatorów stanowiskami, demaskują kolejny raz niedemokratyczny charakter rządzących dziś Polską.

Paradoksem jest wysokie poparcie wyborcze sił autorytarnych – przy jednocześnie stwierdzanym stosunkowo niewielkim procencie Polaków dopuszczających autorytarne rządzenie.

W kilku moich badaniach stwierdziłam, że

poziom deklarowanej akceptacji różnych przejawów autorytarnego rządzenia jest wyraźnie związany z prawicowością oraz z akceptacją agresji w życiu politycznym.

W badaniach używałam różnych miar prawicowości – lewicowości respondentów. Pytałam o autoidentyfikację na skali lewica-prawica, o siłę postaw prawicowo-autorytarnych (tzw. right-wing authoritarianism), na które składają się: uległość wobec uznanego autorytetu, autorytarna agresja wobec inaczej myślących oraz konwencjonalizm, czyli podporządkowanie się tradycyjnym normom i wartościom.

Trzecią miarą lewicowości-prawicowości był stosunek do konserwatyzmu światopoglądowego (do twierdzeń takich, jak: więcej Kościoła w państwie, kobieta bez wolności wyboru, Polska tylko dla Polaków).

W roku 2016 i kolejnym wszystkie trzy miary poziomu prawicowości dodatnio istotnie korelowały z uproszczonym rozumieniem demokracji (jako rządów wybranej większości) oraz z większą akceptacją dla agresji w polityce.

Te trzy zmienne: prawicowość, proste rozumienie demokracji i akceptacja agresji w polityce – pozwalały przewidzieć wyższy poziom poparcia autorytaryzmu władzy (w tzw. analizach ścieżkowych).

Można więc zasadnie powiedzieć, że konserwatywny, narodowo-katolicki fundamentalizm (wyraźnie obecny w polskim społeczeństwie) jest istotnym czynnikiem, sprzyjającym poparciu dla autorytarnej władzy.

Zrozumienie powodów, dla których w ostatnich 20 latach wzrosła liczba osób przyjmujących taki światopogląd i jednocześnie akceptujących agresję w polityce, pozwoli sformułować takie projekty społeczne, które nie pozwolą na to, by anty-demokratyczne partie zdobywały w Polsce realną władzę.

Psychologowie od lat wskazują, że ważnym czynnikiem wzmacniającym konserwatyzm jest poczucie zagrożenia. A co jeszcze?

Przewietrzony parlament, to dobrze dla demokracji

Wybory parlamentarne pokazały że społeczeństwo potrafi się mobilizować i więcej głosowało „za demokracją” niż „za autorytaryzmem”.

Aktywistki i aktywiści społeczni dostrzegli, że trzeba współdziałać z partiami, chociaż niektóre przeżywają kryzys. Przed nami są zmiany myślenia o polityce. Wydaje się, że nie musi być ona przeciwstawiana społecznym ruchom obywatelskim.

Co jest jeszcze optymistyczne? Jednak to, że przyszła do Sejmu młoda lewica, że zmienia się auto-wizerunek i zewnętrzny odbiór PSL,  jest czymś dobrym dla demokracji.

Po prostu, dzięki tym zmianom, różne segmenty społeczeństwa zyskały swoją wyraźniejszą reprezentację w parlamencie. Teraz będą sprawdzać, czy warto się wiązać z tymi partiami na dłużej. Tym sposobem staną się bardziej aktywnymi obywatelami i docenią (mam nadzieję) rolę mniejszości w demokracji parlamentarnej.

To mówicie, że jak to było z tą Targowicą? Kto jest zdrajcą ojczyzny?

Za nami debata prawyborcza kandydatów PO na urząd prezydenta. W szranki stanęli wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska i prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Kidawa-Błońska mówiła, że kandyduje, bo nie zgadza się na „kolejnych Banasiów czy Misiewiczów”. – „Państwo musi się przed tym bronić. A prezydent jako strażnik Konstytucji ma tu dużo do zrobienia. Kandyduję, dlatego, że chcę, aby prezydent łączył Polaków, a nie dzielił. Kandyduję, bo wierzę, że łączy nas więcej niż antyPiS” – stwierdziła.

Jacek Jaśkowiak powiedział, że atmosfera na sali jest „jak na meczu Lecha z Legią”. Powoływał się na swoje doświadczenia jak prezydenta Poznania. – „Obiecuję, że zawsze będę stał po stronie poniżanych i słabszych. Kierujmy się tym, co jest ważne dla Polski – te wybory będą kluczowe, niech wygra ten, kto ma większe szanse wygrać z Andrzej Dudą” – mówił Jaśkowiak. Zaprezentował swoje hasło: „Prawdziwy prezydent, silna Polska”.

Kandydaci mówili, jak zamierzają rozliczyć rządy PiS i Andrzeja Dudę. – „Każda osoba, która łamie prawo, narusza Konstytucję, powinna być osądzona. Nie może być tak, że politycy są dziś bezkarni, bezkarnie niszczą Polskę. Musimy pokazać do jakiej sytuacji doszło, jaka to jest demoralizacja” – uważa Kidawa-Błońska.

„Nie mam żadnych wątpliwości, że należy postawić przed Trybunałem Stanu prezydenta Andrzeja Dudę za łamanie Konstytucji. Należy również postawić do odpowiedzialności karnej tych wszystkich, którzy łamali Konstytucję, prawo i nawet w elektoracie PiS-u, powiedziałbym więcej, nawet wśród rządzących nie ma już w tej chwili wątpliwości, że należy postawić akt oskarżenia Marianowi Banasiowi” – powiedział Jaśkowiak.

Kandydat na prezydenta zostanie wyłoniony 14 grudnia podczas konwencji PO.

Ofensywa „dobrej zmiany” załamała się. Teraz władza ma do wyboru dwie możliwości: albo ustąpić, albo pójść w zaparte, narażając się na odpowiedzialność karną w przyszłości.

Wyrok Sądu Najwyższego, delegalizujący Izbę Dyscyplinarną SN oraz Krajową Radę Sądownictwa, to Stalingrad Zbigniewa Ziobry. „Dobra zmiana” próbuje jeszcze robić dobrą minę do złej gry, głośno krzyczy „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!” – ale sama wie, że jest w tym zaklinaniu rzeczywistości całkiem nieprzekonująca.

Bo oczywiście stało się – i to nie tylko w sferze symbolicznej. Reżim całkiem praktycznie stracił możliwość legalnego represjonowania niezawisłych sędziów. Owszem, może ich nadal szykanować i niszczyć, ale w tym celu musi zrzucić maskę i zademonstrować światu swą prawdziwą twarz. Musi przyznać: tak, jesteśmy gangsterami i pełniąc funkcje państwowe, stosujemy gangsterskie metody.

Wyrok SN zwolnił sędziów z obowiązku stawiania się przed Izbą Dyscyplinarną SN, która została uznana za organ nielegalny. I nie ulega wątpliwości, że oskarżani sędziowie wykażą dość determinacji i konsekwencji, by z tego zwolnienia skorzystać – akurat ci, którym władza wytacza postępowania dyscyplinarne należą do elity najodważniejszych i najbardziej świadomych swej niezawisłości. Nie będą się wahać ani ustępować pod presją. Izba Dyscyplinarna będzie się więc zbierać i obradować pod nieobecność podsądnych, może nawet będzie wydawać jakieś „wyroki” – ale nikogo nie będzie to obchodzić. Poza władzą.

Reżim poprzez swych mianowanych namiestników będzie chciał nadać moc tym rzekomym „wyrokom”. Niepokornych sędziów spotkają więc represje takie, jak np. sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna, którego minister odwołał z sądu okręgowego, a „dobrozmianowy” szef sądu rejonowego zawiesił w orzekaniu. Tyle tylko, że próbując w ten sposób sterroryzować środowisko, władza odrzuci ostatnie już pozory praworządności i w pełni ujawni przestępczy charakter.

Jak na to zareaguje środowisko sędziowskie i cała opinia publiczna? Próbkę już mieliśmy: w całym kraju odbyły się protesty, a sędziowie z Olsztyna starali się zorganizować zebranie, by zażądać dymisji szefa sądu rejonowego Macieja Nawackiego. Ten zaś zakazał im tego, co już było ostatnim gwoździem do trumny i dopełniło jego wizerunku.

Po wyroku Sądu Najwyższego władza stoi więc przed wyborem: albo ustąpić, ale w praktyce będzie to polityczna kapitulacja, zwiastująca rychły koniec rządów ferajny Kaczyńskiego, albo pójść w zaparte i sięgnąć po represje jak w Olsztynie. Prawdopodobieństwo, że wybierze to drugie, wydaje się znacznie większe.

Na krótką metę będzie to bardziej bolesne dla środowiska sędziowskiego i całego społeczeństwa obywatelskiego, ale w dalszej perspektywie pożałują tego sami „dobrozmianowcy”. Gdyby podporządkowali się wyrokowi SN, staliby tylko w obliczu groźby utraty władzy. Wypowiadając posłuszeństwo prawu, narażają się na znacznie poważniejsze konsekwencje – od wydalenia z zawodu po karę więzienia.

Sugerowałbym Zbigniewowi Ziobrze, żeby starannie sobie przekalkulował, czy mu się to opłaca.

TVP nie pokazała wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. W czasie, gdy najmłodsza polska noblistka przemawiała w Sztokholmie, na antenie TVP Info pokazano m.in. materiał „Miliony z warszawskiego ratusza dla organizacji promujących dewiacje seksualne, narkotyki i prostytucje”. Odczytu nie pokazano też w kolejnych godzinach i nie informowano o nim na portalu tvp.info.

Prusak Ziobro, prostak Duda i inne pisizmy obnażane przez Donalda Tuska i prof. Zajadło

Dlaczego PiS-owi podoba się instytucja Rechtsbeugung? Przy pewnej interpretacji nadaje się wręcz modelowo do politycznego sterowania wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była wykorzystywana w niemieckiej historii

Obecnie rządzący mają pewną dziwną manierę – dokonują w polskim systemie prawa pewnych, niekiedy bardzo kontrowersyjnych zmian, a następnie próbują na siłę udowodnić, że są to rozwiązania powszechnie stosowane w innych państwach europejskich. Takie uzasadnienie ma jakby dodatkowo legitymizować racjonalność tych legislacyjnych propozycji, a zwłaszcza podkreślać ich rzekomą zgodność z europejską kulturą prawną.

Zupełnie abstrahuje się jednak przy tym od tylko pozornego podobieństwa tych propozycji do regulacji przyjętych w innych państwach, a przede wszystkim od kontekstu tradycji i kultury politycznej, w których one tam funkcjonują.

Typowym przykładem było stworzenie nowego systemu kreacji sędziowskiej części Krajowej Rady Sądownictwa (słusznej nazywanej przez większość środowiska prawniczego neo-KRS), a w konsekwencji także do pewnego stopnia nowego systemu nominacji sędziów i oceny ich orzecznictwa.

Ostatnio ta perwersyjna implantologia prawna przybrała jednak zupełnie nowy wymiar. Oto bowiem prasa („Dziennik Gazeta Prawna” z 2 grudnia 2019) doniosła o planowanej regulacji wprowadzającej karno-prawną odpowiedzialność sędziów za wydane orzeczenia – miałaby ona być wzorowana na rozwiązaniach niemieckich (§ 339 niemieckiego kodeksu karnego, Strafgesetzbuch – StGB) i/lub francuskich (art. 10 ustawy o statusie sądownictwa).

Na szczególnie krytyczną uwagę zasługuje moim zdaniem zwłaszcza pierwsza z tych propozycji, a chodzi o następujący przepis StGB: „Sędzia, inna osoba sprawująca urząd publiczny lub arbiter, który jest winien naginania prawa na korzyść lub niekorzyść jednej ze stron w prowadzonym postępowaniu lub wydanym orzeczeniu w sprawie prawnej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do pięciu lat”.

Ktoś tu niewiele wie

Wszystko wskazuje na to, że pomysłodawcy wprowadzenia do polskiego systemu prawa tego specyficznego przestępstwa określanego w skrócie mianem „naginania prawa” (niem. Rechtsbeugung) mają dosyć blade pojęcie na temat istoty tej instytucji. Chyba niewiele wiedzą:

  • po pierwsze, na temat jej genezy i miejsca w historii niemieckiego prawa karnego;
  • po drugie, na temat kontrowersji, które zawsze wywoływała i do dziś wywołuje w niemieckiej dogmatyce prawa karnego materialnego i procesowego;
  • po trzecie, na temat celów, w których była/nie była  wykorzystywana w niemieckiej praktyce prawnej;
  • po czwarte, na temat gigantycznej literatury prawniczej i orzecznictwa sądowego, którymi obrosła.

Planowany prawny implant wydaje się więc być przypadkiem „lekarza” działającego bez należytego rozeznania zarówno istoty wszczepianego „organu”, jak i stanu zdrowia „pacjenta” oraz potrzebnej mu „terapii”.

Ograniczone ramy tego felietonu nie pozwalają na szczegółowe omówienie wszystkich podnoszonych w niemieckiej literaturze prawniczej wątpliwości i kontrowersji, skupmy się więc tylko na niektórych z nich.

Już na wstępie możemy się jednak domyślać, dlaczego PiS-owi bez bliższego rozeznania problemu podoba się instytucja Rechtsbeugung – przy pewnej interpretacji nadaje się ona bowiem wręcz modelowo na polityczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości i tak też niekiedy była ona wykorzystywana w niemieckiej historii.

Trafnie podsumował to niemiecki uczony Ingo Müller, profesor prawa i procesu karnego, a przy tym wybitny krytyczny badacz perwersji nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości: „Stan faktyczny naginania prawa był wykorzystywany, w zależności od potrzeb, zarówno po to, by dyscyplinować niechcianych kolegów [tj. głównie sędziów, ale także prokuratorów – JZ], ale także po to, by immunizować sędziów przed jakimikolwiek zarzutami karno-prawnymi”.

Groźba politycznej instrumentalizacji

Po pierwsze, pojęcie Rechtsbeugung pojawiło się w niemieckim prawie karnym w połowie XIX. wieku, następnie zostało przyjęte w kodeksie karnym z 1871 roku i tak przetrwało różne próby reform aż do dnia dzisiejszego (wcześniej był to § 336, od 1998 roku § 339 StGB).

Pewną ciekawostką może być to, że prawdopodobnie zostało przejęte z języka biblijnego, takim terminem Recht beugen  (naginać prawo) posłużył się bowiem Marcin Luther w swoim tłumaczeniu Księgi Powtórzonego Prawa (27, 19; na marginesie w polskim wydaniu pojawia się zwrot „łamie prawo”, a nie „nagina prawo”, a to zdecydowanie nie jest to samo). Przeniesienie tak niedookreślonego i nieprecyzyjnego pojęcia do języka prawnego musiało zrodzić problemy.

Już pobieżna lektura przepisu § 339 StGB może budzić cały szereg wątpliwości interpretacyjnych.

Czymże bowiem jest w swojej istocie „naginanie” ze skutkiem określonym w tym przepisie – każdym błędnym zastosowaniem/wykładnią prawa, czy wyłącznie czymś znacznie dalej idącym i poważniejszym, a jeśli tak – to czym?

W jakim zamiarze musi działać sędzia, by postawić mu zarzut Rechtsbeung – wyłącznie w zamiarze bezpośrednim, czy też może także w zamiarze ewentualnym?

Jaką teorią uzasadnić istotę stosunku sprawcy do czynu – subiektywną, obiektywną, mieszaną? Czy Rechtsbeugung dotyczy tylko nagięcia prawa materialnego, czy także formalnego?

Co się dzieje w sytuacji, gdy sąd działał w składzie kolegialnym – odpowiedzialni są tylko sędziowie głosujący za orzeczeniem, czy wszyscy?

Jak to ustalić wobec tajemnicy narady sędziowskiej w sytuacji, gdy wszyscy złożyli swój podpis pod orzeczeniem, a żaden nie złożył zdania odrębnego? Itd. itp. Wprawdzie w ostatnich latach szereg z tych kontrowersji rozstrzygnięto w tę czy w drugą stronę i doprecyzowano ekstraordynaryjny charakter Rechtsbeugung, ale i tak litania wątpliwości zgłaszanych w licznych publikacjach w niemieckiej literaturze prawniczej i w orzecznictwie sądowym w zasadzie nie ma końca.

Po drugie, na te problemy dogmatyczne nakłada się też pewna fundamentalna kwestia ustrojowa. Zgodnie z art. 20 ust. 3 niemieckiej Ustawy Zasadniczej z 1949 roku (de facto konstytucji w powszechnym rozumieniu – Grundgesetz (GG)) „władza wykonawcza i sądownicza są związane ustawą i prawem”.

W ramach trójpodziału władzy towarzyszą temu zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów. I tutaj pojawia się u niektórych niemieckich komentatorów pewna wątpliwość: czy w związku z tym da się pogodzić groźbę odpowiedzialności za popełnianie Rechtsbeugung z niezawisłością sędziowską?

W powszechnej opinii nie ma tutaj sprzeczności – w demokratycznym państwie prawa § 339 StGB powinien stanowić dodatkowe wzmocnienie art. 20 ust. 3 GG, wyznaczając sędziemu pewne granice, których nie może przekroczyć pod groźbą odpowiedzialności karnej. Pod warunkiem wszakże, że jest poprawnie stosowany i interpretowany, a nie politycznie instrumentalizowany.

Nie zmienia to jednak faktu, że Rechtbeugung jest instytucją specyficznie niemiecką i trudno odnaleźć jej bezpośredni odpowiednik w kodeksach karnych współczesnym państw europejskich.

Jeśli zdarzyłby się jakiś wyjątek, który umknął mojej uwadze, to potwierdza on tylko regułę – najczęściej zawarte są tam jedynie regulacje zbliżone do przepisu art. 231 polskiego kodeksu karnego (nadużycie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego).

Po trzecie wreszcie i najważniejsze, stosowanie i wykładnia Rechtsbeugung może zależeć w dużej mierze od woli politycznej i wpisywać się idealnie w pewien model relacji pomiędzy polityką i prawem.

Mówiąc wprost – jest to niebezpieczny instrument do łatwej politycznej instrumentalizacji sędziów i prokuratorów, a taki jest przecież sens całej PiS-owskiej tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości.

Bat na sędziów z NRD

Spójrzmy na doświadczenia niemieckie. Po drugiej wojnie światowej od początku lat 50. w niemieckim wymiarze sprawiedliwości nastąpił de facto proces renazyfikacji, a nie denazyfikacji systemu sądownictwa i do urzędów powróciły osoby, które w okresie nazizmu popełniły nie tylko przestępstwa naginania prawa, lecz dopuściły się wręcz ewidentnych zbrodni sądowych. Trudno się więc dziwić, że sprawy dotyczące Rechstbeugung  zdarzały się relatywnie rzadko, a jeśli się już zdarzały, to kończyły się wyrokami uniewinniającymi.

Po zjednoczeniu Niemiec wahadło odbiło w drugą stronę. Wprawdzie Federalny Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń podkreślił, że nie da się porównać NRD z Trzecią Rzeszą, to jednak nie chcąc powtórzyć błędu zaniechania z przełomu lat 50. i 60., na początku lat 90. wytoczono szereg spraw, bardzo często słusznie ale i często niesłusznie z neoficką nadgorliwością, sędziom i prokuratorom z byłej NRD.

W przypadku jednego i drugiego bezprawia, nazistowskiego i komunistycznego, decyzja na tak lub nie Rechtsbeugung była niestety zdeterminowana politycznie.

Konkludując – trzeba bardzo uważać z prawnymi implantami. Dla propisowskich prawników mam dodatkowo informację niezbyt dobrą. Jeśli przyjrzeć się np. przypadkowi sędziego Juszczyszyna, to w mojej ocenie jego orzeczenie ma się nijak do znamion Rechtsbeugung.

Nie byłbym jednak tego już taki pewien w odniesieniu do sędziego Lasoty i jego wniosku dyscyplinarnego w sprawie sędziego Juszczyszyna.

W jeszcze większym stopniu dotyczy to prokuratorów tzw. dobrej zmiany i licznych decyzji w sprawie umorzenia postępowania lub odmowy wszczęcia postępowania. Vide – umorzenie postępowania w sprawie portretów europosłów zawieszonych na szubienicach.

Rechtsbuegung? Niech sobie każdy obywatel, nie tylko prawnik, sam odpowie na to pytanie.

Tak jak byłem sceptyczny co do tegorocznych wyborów – nie mówiłem o tym, żeby nie demobilizować – tak samo jestem przekonany, że system zbudowany przez PiS zapadnie się nawet nie ze względu na skuteczność opozycji, ale pod ciężarem łajdactwa, jakie nam fundują” – powiedział szef Europejskiej Partii Ludowej Donald Tusk w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Według byłego polskiego premiera, „to tylko kwestia przesunięcia w czasie, ale PiS nie będzie rządzić w Polsce za cztery lata”. – „Oni teraz nie spoczną w wysiłkach, by rozwalić system do końca, bo wiedzą, że już stracili władzę. Widać teraz każdego dnia, jak to zaczyna się kruszyć. Proszę sobie wyobrazić, jak z miesiąca na miesiąc będzie narastał ich strach. Strach tych, którzy teraz rozwalają system sędziowski, obrażają sędziów, szantażują ich, wyrzucają z pracy, organizują hejt przeciw nim. Ta władza najzwyczajniej w świecie boi się odpowiedzialności, i słusznie – jest wiele ewidentnych powodów do pociągnięcia wielu funkcjonariuszy tej władzy do odpowiedzialności karnej i procesowej” – stwierdził Tusk.

Były przewodniczący Rady Europejskiej odniósł się do postępowań KE, dotyczących przestrzegania praworządności w Polsce. – „Od pierwszego dnia do dziś miałem i mam ambiwalentny stosunek wobec tego, co robi się w Brukseli względem Polski. Niezależnie od idiotycznej retoryki PiS nikt z nas nie chciałby, żeby Europa zajmowała się Polską jako pacjentem. Trzeba było robić wszystko dla chronienia polskiej reputacji, a z drugiej strony Warszawa robiła bardzo dużo, żeby tę reputację zniszczyć. Gdyby działania Komisji Europejskiej były agresywniejsze, to jeszcze bardziej osłabiałoby naszą reputację, a ich brak jeszcze bardziej ośmielałby PiS do rujnowania tej reputacji. To łamigłówka bez dobrego rozwiązania” – podkreślił.

Wrócił też do jednego z większych kryzysów, który w minionych latach dotknął UE. – „Można się spierać o różne prawne rozwiązania dotyczące np. kontroli napływu migrantów, ale to, co PiS i jego patroni potrafili mówić w czasie kryzysu migracyjnego albo na temat mniejszości seksualnych, to jest po prostu antychrześcijańskie i antydemokratyczne” – powiedział Tusk.

Nawiązał do napisanej przez siebie książki „Szczerze”, która zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu. To zapis jego 5-letniej kadencji jako przewodniczącego RE. – „Oczywiście najwięcej czasu zabierała praca w sprawach unijnych. Nie ukrywam, że emocjonalnie zdecydowanie bardziej przeżywałem to, co dzieje się w Polsce, niż funkcję szefa Rady Europejskiej. Niestety, polska władza dostarczała wystarczająco dużo powodów, żeby przejmować się właściwie każdego dnia”.

Więcej Tuska tutaj >>>

Andrzej Duda przyjął ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza za zamkniętymi drzwiami. Nie w Pałacu Prezydenckim, ale w Belwederze. Zaprzysiężenie nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego obyło się bez dziennikarzy. Ślubowanie złożyli Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina. Z tego grona najwięcej kontrowersji budzi powołanie Stanisława Piotrowicza, który w okresie stanu wojennego był prokuratorem. Andrzej Duda wielokrotnie krytykował sędziów za to, że nie „oczyścili” swojego środowiska po upadku komunizmu. (http://www.tvn24.pl/)

Zobacz, jak to jest, urządziłeś Pan sobie kompromitację na pełną skalę, publiczne kpiny ze swoich dotychczasowych wystąpień, nawet poza granicami kraju. Jak zwierzę z podwiniętym ogonem ze wstydu, w ukryciu, urządzasz Pan tajną przysięgę z „tak mi dopomóż Bóg”.

Tak postępują tylko ludzie zakłamani i nieodpowiedzialni, dla których lizusostwo dla kariery jest przyzwyczajeniem. To dowód na brak samodzielności myślenia i działania, brak autorytetu i dziecinadę. Wykonanie tak podłego zadania prezesa, którego zadowolenie może skutkować wystawieniem grzecznego Andrzejka do wyborów w maju, nie dla wszystkich jest uzasadnieniem.

Wstydź się Pan!

Przynajmniej raz wiesz, jak to jest.

Znaczna część świadomego narodu i sam wstydzę się za Pana, za każdym razem, kiedy tylko otwierasz publicznie usta, aby wykrzyczeć kolejne brednie i kłamstwa albo, pożal się boże, opowiesz Pan dowcip. Nie wiem, jak te pół roku wytrzymam z Panem jako chodzącym przykładem wstydu i kompromitacji Polski. Jednak wspiera mnie przekonanie, że Pana immunitet się skończy. Wiesz Pan dobrze, co mi uczyniłeś. Czekam.

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat…

No i stało się. W Belwederze, z dala od kamer, po cichu, tak jakby z pewnym zawstydzeniem pan Duda zaprzysiągł Piotrowicza i Pawłowicz na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wielkie oburzenie, gniew, mnóstwo pełnych złości komentarzy, a ja pytam, skąd te nerwy?

Czy to naprawdę ważne, kto dzisiaj zasiada w Trybunale? Przecież TK praktycznie nie mamy już od kilku lat, od czasów, gdy Zjednoczona Prawica – ku chwale Ojczyzny – prowadzi nas w coraz większą przepaść. Trybunał to tylko atrapa, która nawet już nie zachowuje pozorów instytucji demokratycznej. Tak więc naprawdę nie ma się czym entuzjazmować i wydziwiać, że takie „gwiazdy” tam trafiły. Jaki Trybunał, tacy w nim sędziowie.

Przykre jest to, że do rozwalenia Trybunału przyłożyli ręce politycy PO. Wszyscy pamiętamy ostatnie posiedzenia Sejmu przed jesienią 2015 roku. To wówczas wybrano trzech sędziów do TK na miejsce tych, którym kadencja się kończyła, a przy okazji również dwóch, których powinien wybrać dopiero nowy Sejm. „Pięknie” wykorzystał to prezes PiS i jego partia. Otwarto mu drzwi, co pozwoliło pójść dalej w kierunku bezprawia i załatwić sprawę po swojemu. Pisowski Sejm, nie bacząc już na nic, biegiem wybrał sobie swoich 5 sędziów (odrzucając jednocześnie tych trzech legalnie wybranych). Duda równie szybko „namaścił” tę piątkę i po ptakach. Jeszcze przez prawie rok, gdy prezesem był Andrzej Rzepliński Trybunał Konstytucyjny funkcjonował, choć już jego orzeczenia nie były publikowane. Jednak od grudnia 2016, gdy rządy w Trybunale objęła marna prawniczka, ale dobra przyjaciółka prezesa – Julia Przyłębska, instytucja ta stała się atrapą.

Julia Przyłębska wzięła się ostro do roboty, ale tej związanej z remontem, zakupem nowego samochodu, zmianami przepisów związanych z organizacją i trybem postępowania przed Trybunałem, zmianami organizacyjnymi, w tym likwidacją Biura Trybunału Konstytucyjnego. Wzięła też na siebie rolę uroczej gospodyni, witając w progach Trybunału takich gości, jak Zbigniew Ziobro, poseł Arkadiusz Mularczyk, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł czy też Mariusz Kamiński. Spędzała czas na towarzyskich spotkaniach z Jarosławem Kaczyńskim i innymi politykami Zjednoczonej Prawicy. Często odwiedzała też Berlin, by małżonkowi ambasadorowi nie było za nią zbyt tęskno.

Ech, szybko pokazała, że bezstronność, samodzielność i rzetelność sędziowską są jej obce, że liczy się tylko dobry układ z obecną władzą. No cóż, kobieta ambitna, a gdy nie starczyło talentu, gdy wyniki jej dotychczasowej pracy nie znalazły uznania, to co jej pozostało? Wybić się tylko dzięki własnemu urokowi osobistemu, obiecać to i owo, złamać zasady etyki prawniczej oraz zadeklarować bezgraniczną lojalność PiS i to pani Przyłębskiej wyszło najlepiej. Osiągnęła sukces. Teraz rządzi… atrapa, ale co tam.

Za panowania tej pani TK wydał najmniej wyroków od 20 lat. Od 2005 roku liczba spraw rozstrzyganych rocznie przez Trybunał wynosiła sto kilkadziesiąt, w 2015 r. do Trybunału wpłynęły rekordowe 623 wnioski, pytania prawne i skargi konstytucyjne. W 2016 r. było ich już 360, a w pierwszym roku rządów Przyłębskiej, tylko 285, a w pierwszych miesiącach 2019 raptem 17. Znacznie zmniejszyła się liczba spraw składanych do TK, co wynika głównie z braku zaufania do tej instytucji i przeświadczenia, że i tak orzeczenie będzie zgodne z wolą prezesa Kaczyńskiego. Liczba orzeczeń spadła ze 173 w 2015 roku do 89 w 2017 roku.

Trybunał działa zgodnie z linią polityczną PiS. Czasami tylko błyśnie orzeczeniem niby przeciwko partii rządzącej, ale to taka gra pozorów i element gierki. Podrzucono więc Trybunałowi sprawę aborcji eugenicznej i inne, mając świadomość, że Przyłębska tego nie ruszy, poczeka cierpliwie i wraz z wyborem nowego parlamentu wywali je do kosza, podobnie jak reparacje od Niemiec czy sprawę list poparcia kandydatów do neoKRS.

Czy w tej sytuacji naprawdę warto się wkurzać, że taka Pawłowicz czy taki Piotrowski znaleźli się w takim Trybunale Konstytucyjnym? Nie ma sensu, bo to nie ten Trybunał, bo to nie ta instytucja, która miała stać na straży polskiej Konstytucji i polskiej demokracji. Szkoda czasu i nerwów.

Ważne byśmy teraz skupili się na czymś innym. Na nadchodzących wyborach prezydenckich. Musimy ostro powalczyć o jeszcze większą mobilizację niż w wyborach parlamentarnych, musimy powstrzymać na wodzy własne emocje, sympatie czy antypatie i postawić na kontrkandydata Dudy w II turze, no chyba… że II tury nie będzie. Musimy twardo stać za naszymi sędziami, by byli silni nami i naszym wsparciem. Musimy przestać walić w siebie, bo tylko tak się osłabiamy. A Trybunał? Prokuratura, wojsko, policja, Kościół? Przyjdzie czas, odbudujemy morale i przywrócimy prawidłowe funkcje i relacje.

Na sędziach i Banasiu PiS się wykolei. Nareszcie będzie piękna katastrofa

PiS ma aktualnie 35% poparcia w najnowszym sondażu Kantar. Tego spadku nie zatrzyma już nic. Przedłużająca się afera Banasia ciągnie partię Kaczyńskiego w dół.

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik zrobił kolejną dyscyplinarkę sędziemu Krystianowi Markiewiczowi. Zarzuca mu 55 przewinień, m.in. podżeganie sędziów do odmowy współpracy z powołaną przez PiS Izbą Dyscyplinarną SN i podważanie legalności nowej KRS

O nowych zarzutach dla szefa Iustitii poinformował Główny Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab w środę 4 grudnia 2019. Z jego komunikatu wynika, że sędzia Markiewicz dostał zarzuty popełnienia 55 przewinień dyscyplinarnych „oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa i uchybienia godności urzędu sędziego”.

Zastępcy głównego rzecznika Przemysławowi  Radzikowi nie spodobało się to, że w maju 2019 Markiewicz jako szef Iustitii skierował do prezesów sądów i sędziów dyscyplinarnych działających przy sądach apelacyjnych list, w którym zarząd Iustitii wzywał m.in. do powstrzymania się od orzekania w sprawach dyscyplinarnych oraz do nieprzesyłania akt z odwołaniami do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, którą powołał PiS.

Zarząd Iustitii  przekonywał, by poczekać na wyrok TSUE o legalności nowej, niekonstytucyjnie powołanej KRS i Izby Dyscyplinarnej, obsadzonej głównie prokuratorami, którzy współpracowali ze stronnikami Zbigniewa Ziobry w prokuraturze.

Według Radzika, list podpisany przez Markiewicza jako przewodniczącego największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, to manifest polityczny, w którym zakwestionował niezależność i legalność nowej KRS oraz legalność i apolityczność Izby Dyscyplinarnej.

Ponadto szef Iustitii miał podżegać adresatów listu do „popełnienia deliktu dyscyplinarnego, polegającego na nierespektowaniu porządku prawnego Rzeczpospolitej Polskiej poprzez powstrzymywanie się od orzekania oraz zaniechanie przedstawiania odwołań stron i akt spraw dyscyplinarnych Izbie Dyscyplinarnej”.

Zdaniem rzecznika w ten sposób Markiewicz miał naruszyć konstytucyjną zasadę apolityczności sędziów oraz miał złamać rotę ślubowanie sędziowskiego.

Markiewicz: Nie mamy zamiaru siedzieć cicho

Krystian Markiewicz mówi OKO.press: „Rzecznicy dyscyplinarni Piotr Schab, Michał Lasota i Przemysław Radzik po wyroku TSUE wzmogli działania, by zastraszyć sędziów, by nie walczyli o praworządność i nie wykonywali wyroku TSUE.
Ale my nie mamy zamiaru siedzieć grzecznie i czekać, by jak w Turcji sędziów zastąpili polityczni urzędnicy. Nadal będziemy protestować, a ja nadal będę wydawał niezależne wyroki dopóki będzie to możliwe” – mówi Markiewicz.

Krystian M. jak przestępca

Co ważne rzecznik dyscyplinarny pisze o sędzim Markiewiczu Krystian M., tak jakby był przestępcą. Ale to nie nowość. We wszystkich komunikatach rzecznik dyscyplinarnych tak pisze o sędziach, którym stawia zarzuty. Cały komunikat w tej sprawie jest tutaj.

Zarzuty dla Markiewicza to nie zaskoczenie, bo „dobra zmiana” w sądach od wielu miesięcy pokazuje, że z sędziami broniącymi niezależności wymiaru sprawiedliwości chce rozprawić się siłowo. Czyli robiąc im dyscyplinarki, zakładając im sprawy karne i wyrzucając z zawodu.

Reakcja na wyrok TSUE

Sygnały tego, że tak będzie, pojawiły się zwłaszcza po ostatnim wyroku TSUE, w którym Trybunał dał wskazówki polskim sądom jak należy oceniać legalność Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym i nowej KRS.

Po tym wyroku sędzia z Olsztyna Paweł Juszczyszyn wykonując wyrok TSUE zażądał od Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I spadł na niego grad represji. Najpierw minister Ziobro odwołał go z delegacji w sądzie okręgowym, potem główny rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę zrobił mu dyscyplinarkę. A na koniec prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie powołany przez ministra Ziobro odsunął Juszczyszyna od sądzenia, zawieszając go w obowiązkach.

To jak potraktowano Juszczyszyna, to sygnał dla całego środowiska sędziowskiego, co zrobi władza z niepokornymi sędziami jeśli dalej będą kwestionować legalność nowej KRS, legalność awansowania przez nią sędziów i legalność Izby Dyscyplinarnej, którą PiS powołał po to, żeby wyrzucać szybciej z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i adwokatów.

Jednak sędziowie w całej Polsce stanęli w obronie olsztyńskiego kolegi.

Siłowy kurs obecnej władzy wobec niezależnych sędziów potwierdzają też przecieki do prasy o projekcie ustawy, który PiS ma złożyć w Sejmie. Kilka dni temu pisał o tym „Dziennik Gazeta Prawna”. Dziennik podał, że w najbliższym czasie ma być złożony w Sejmie projekt dyscyplinujący sędziów, wprowadzający kary dla tych, co kwestionują niekonstytucyjne „reformy” wprowadzane przez PiS w wymiarze sprawiedliwości.

Trałowanie Krystiana Markiewicza

Najnowsze zarzuty dla szefa Iustitii wpisują się w akcje rozprawy z niepokornymi sędziami. Pod rządami Markiewicza Iustitia skonsolidowała się, sędziowie są zjednoczeni i stoją za sobą murem. Dla władzy PiS to duży problem.

Najnowsze zarzuty dla Markiewicza to już kolejna dyscyplinarka jaką mu zrobił rzecznik dyscyplinarny Ziobry.

W połowie listopada wraz z czwórką innych sędziów z władz Iustitii dostał zarzuty za to, że odmówił stawienia się na przesłuchanie przed głównym rzecznikiem dyscyplinarnym. Sędziowie mają prawne powody, by podważać legalność wszczynanych przez rzeczników Ziobry postępowań dyscyplinarnych dla sędziów sądów powszechnych. I dlatego odmawiają stawiania się na przesłuchania u niego.

Markiewicz dodatkowo w tej sprawie ma zarzut podżegania innych sędziów do ignorowania głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasoty.
Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Będą kolejne dyscyplinarki?

Sędzia Markiewicz, wraz z innymi sędziami z Iustitii, może mieć kolejną dyscyplinarkę za krytykę „dobrej zmiany” w internecie. Rzecznik dyscyplinarny może chcieć zrobić z nich grupę hejtującą sędziów, którzy poszli na współpracę z resortem ministra Ziobry.

Zarzuty dla Markiewicza są jednak absurdalne. Bo jego działalność publiczna związana jest z tym, że wypowiada się jako szef stowarzyszenia Iustitia, do czego ma prawo.

Ponadto rzecznik dyscyplinarny ściga go, choć to on jest prawdziwą ofiarą hejtu, jaki organizowała Mała Emi. Akcje oczerniania Markiewicza jako lidera Iustiti omawiała ona m.in. z byłem wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem.

Media opisały to jako aferę hejterską w ministerstwie sprawiedliwości. Nikt za tę aferę nie ma postawionych zarzutów, ani dyscyplinarki. Za to rzecznik dyscyplinarny Ziobry sprawdza plotki, którymi oczerniano Markiewicza. Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Na tym jednak nie koniec. Rzecznicy dyscyplinarni systematycznie zaostrzają swoje podejście wobec niepokornych sędziów. I od niedawna składają wnioski o zawieszenie w czynnościach służbowych sędziów (którym stawiają zarzuty dyscyplinarne) i obniżenia im wynagrodzenia.

Tak zrobili wobec sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego. Rzecznik dyscyplinarny uprzedza, że taki wniosek rozważy też wobec sędziego Markiewicza. Decyzję o zawieszeniu sędziego podejmuje sąd dyscyplinarny, do którego trafia sprawa z zarzutami dyscyplinarnymi.

Jeśli sąd zgodzi się na zawieszenie, to sędzia może mieć zmniejszone wynagrodzenie w granicach 25-50 proc. To dodatkowa represja dla niezależnych sędziów.

Ostatnio Izba Dyscyplinarna dała nowe narzędzie ministrowi Ziobrze, by mógł skarżyć wszystkie decyzje dotyczące dyscyplinarek dla adwokatów. Dodajmy – skarżyć do Izby Dyscyplinarnej.

Więcej o Tusku >>>

PiS ma coraz większy kłopot z Banasiem. „Pancerny Marian” tkwi i tkwi na stanowisku szefa NIK. PiS próbuje nowych wybiegów retorycznych. Bartosz Kownacki mówi, że Banaś zapisał się do opozycji, Jacek Kurski, że Banasia pogrążyła jego telewizja. Końca nie widać

MAFIJNE PORACHUNKI W PIS >>>

Co piszą o Banasiu – tutaj >>>

Polityczna saga z Marianem Banasiem w roli głównej nie ma końca. 2 grudnia „Dziennik Gazeta Prawna” podał, że prezes NIK w piątek 29 listopada złożył na ręce Marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Dymisja nie została przyjęta, ponieważ PiS miało się nie zgodzić na treść pisma, na nową propozycję treści dymisji z kolei sam Banaś nie chciał się zgodzić.

„Dziennik Gazeta Prawna” podał dziś, że w swoim piśmie Banaś miał napisać: „Wobec utraty mandatu, jaki został mi udzielony, a także kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny składam w dniu dzisiejszym rezygnację ze stanowiska Prezesa Najwyższej Izby Kontroli”. To pismo miał przekazać Witek 29 listopada kierowca Banasia. „Potwierdziliśmy autentyczność dokumentu, który został napisany i odręcznie podpisany przez prezesa NIK” – pisze dziennik.

PiS zaproponował Banasiowi bardziej formalnie, zredagowane pismo, miał się powołać na art. 17 ustawy o NIK, a następnie wskazać na mocy art. 21 ust. 3 osobę, która będzie go zastępowała. Miał to być powołany dwa dni wcześniej wiceprezes NIK Tadeusz Dziuba. Prezes NIK miał odrzucić tę wersję.

Dlaczego „zwykła” dymisja nie wystarczyła? „Zgodnie z prawem prezes NIK pełni swoją funkcję do momentu wyboru nowego. Jeśli Banaś złoży rezygnację, nikogo nie wyznaczając, to rządzi w Izbie do zaprzysiężenia nowego prezesa. A z tym może być problem, bo na kandydaturę musi się zgodzić Senat, w którym większość ma opozycja” – tłumaczy „Wyborczej” jeden z jej informatorów.

No i mamy pat. A politycy PiS sięgają po nowe wybiegi retoryczne, które mają pokazać, że nie ponoszą odpowiedzialności za tę coraz bardziej absurdalną sytuację.

Banaś – od bohatera do zera

To pogłębia problem PiS z Banasiem, który jeszcze niedawno był ważnym członkiem rządu i „kryształowym człowiekiem”. Problemy zaczęły się 21 września, gdy reportaż śledczy TVN24 ujawnił, że w należącej do prezesa NIK kamienicy gangsterzy prowadzą hotel z pokojami na godziny.

Początkowo PiS starał się bronić Banasia. 25 września prezes PiS Jarosław Kaczyński chwalił prezesa NIK 25 września: „.Jeżeli ktoś, jak Marian Banaś, zabrał co najmniej dwieście kilkadziesiąt miliardów przestępcom, to ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji, żeby kogoś takiego skompromitować”. Dodał jednak z ostrożności: „Niczego nie przesądzamy, czekamy na rozstrzygnięcia”.

Banaś był dla PiS cenny, bo był twarzą opowieści o odbieraniu przestępcom miliardów złotych przez sprawny rząd „dobrej zmiany”. O tym, że opowieść ta jest w dużym stopniu fałszywa, pisaliśmy m.in. w tekście „PiS: PO ukradła Polakom 250 mld złotych z VAT. W takim razie PiS ukradł już 87 mld”

Tuż po wyborach parlamentarnych z 13 października publiczne wypowiedzi o Banasiu zaczęły się zmieniać, o czym pisaliśmy w tekście „Teoria dwóch Banasiów, czyli niestała miłość PiS do prezesa NIK”.

„Banaś wszedł w koalicję z opozycją”

Prezesa NIK nie można po prostu usunąć, ma mocną pozycję zapisaną w Konstytucji. Pod koniec listopada PiS uznał, że dosyć tego. Jarosław Kaczyński tupnął nogą i powiedział, że oczekuje od Banasia dymisji. Premier Morawiecki zapoznał się z raportem CBA z kontroli oświadczeń majątkowych szefa i również publicznie, razem z chórem polityków PiS, zaczął namawiać Banasia do ustąpienia ze stanowiska.

Teraz PiS idzie jeszcze dalej i próbuje zapisać prezesa NIK do opozycji.

2 grudnia wieczorem w Polsat News poseł PiS Bartosz Kownacki mówił:

„Mam wrażenie, że Banaś wszedł w koalicję z opozycją. On jest dzisiaj najbardziej przydatny dla opozycji. To widać po deklaracjach, które składali liderzy pana Tomczyka”

Cezary Tomczyk z PO był drugim gościem programu. Kownacki powiedział jeszcze do niego:

„W waszym interesie jest to, żeby Banaś nadał był szefem NIK”.

Kurski: To TVP pogrążyła Banasia

Logikę związków Banasia z opozycją do granic możliwości wykręcił Jacek Kurski w rozmowie z braćmi Karnowskimi w tygodniku „Sieci”.

Kurski powiedział: „To TVP pogrążyła szefa NIK. Słowa, które u nas Marian Banaś wypowiedział w »Gościu Wiadomości«, były dlań dużym problemem, przedmiotem ataku opozycji”.

Kurskiemu chodzi o wywiad Banasia w TVP 23 września, dwa dni po materiale „Superwizjera”. Według Kurskiego to jego telewizja pogrążyła Banasia. Zrobiła to, oddając mu głos, żeby nieniepokojony wytłumaczył się ze swojej kamienicy. Banaś powiedział wtedy, że kamienicę dostał od weterana AK. Rzeczywiście, był za ten występ w TVP krytykowany. A skoro był atakowany, to trzeba było się go pozbyć. W ten sposób to Jacek Kurski bohatersko obalił Banasia.

Przekaz dnia

Portal rmf24.pl dotarł do przekazu dnia polityków PiS na temat Banasia. Członkowie partii Kaczyńskiego mają w mediach mówić, że:

  • PiS zrobił wszystko co mógł, decyzja należy do Banasia;
  • Zbadają możliwość usunięcia Banasia za pomocą zmiany prawa;
  • PO wykazuje się hipokryzją, bo nie nawoływali do usunięcia z tej samej funkcji Krzysztofa Kwiatkowskiego, na którym ciążyły zarzuty prokuratorskie;

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu poinformował, że: „W nawiązaniu do doniesień medialnych chciałbym zakomunikować, że do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło pismo opisane w artykule. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać ani tym bardziej go odesłać”.

Bartosz Godusławski z „DGP” skomentował to na Twitterze krótko: „To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”.

Musi być grubo – jak mówią politycy – skoro lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim oświadczeniu majątkowym, złożonym na koniec minionej kadencji Sejmu, przemilczał spółkę Srebrna.

Tymczasem chociaż prezes PiS nie jest udziałowcem spółki Srebrna, to był pełnomocnikiem do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Brał też udział w rozmowach dotyczących budowy przez Srebrną wieżowca w centrum Warszawy.

Gdy wybuchła afera spółki Srebrna wyszły na jaw kompromitujące szczegóły. Okazało się, że w Warszawie miały one budować „Kaczyński tower”, 190-metrowy biurowiec, a w przygotowaniach do inwestycji miał brać udział sam Jarosław Kaczyński. Nazwa Srebrna pojawia się nawet jeszcze w oświadczeniu Kaczyńskiego majątkowym za 2018 rok.

W zeznaniu przekazanym przez prezesa PiS do Kancelarii Sejmu czytamy: „Posiadał jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane.”

W odczuciu wielu osób rezygnacja Kaczyńskiego z udziału w pracach spółki jest wielce wątpliwa, zwłaszcza, że pozostaje on nadal przewodniczącym Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, czyli większościowym udziałowcem spółek Srebrna i Srebrna media.

Związane z Prawem i Sprawiedliwości spółki to potężne przedsiębiorstwa, które zajmują się m.in. wynajmem i zarządzaniem warszawskimi nieruchomościami przy Srebrnej 16 oraz w Alejach Jerozolimskich 125/127. Jest to ścisłe centrum stolicy, gdzie każdy metr jest na wagę złota. Spółki dysponują też gruntami w centrum Puszczy Augustowskiej.

Ziobro sprywatyzował KRS, Kaczyński kuleje

UJAWNIAMY powiązania członków nowej KRS z ministrem sprawiedliwości Ziobrą. Na 15 członków aż 10 zgłosiły osoby powiązane z ministerstwem, 9 dostało od Ziobry funkcję wice/prezesa sądu, 9 działało w komisjach i zespołach ministerstwa, a 4 było tam zatrudnionych. To poważne zarzuty w myśl wyroku TSUE z 19 listopada. I mocne argumenty dla Sądu Najwyższego

Na czwartek 5 grudnia zaplanowano posiedzenie Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN, podczas którego zapaść ma tzw. orzeczenie wykonujące wyrok TSUE z 19 listopada 2019, który dotyczy m.in. statusu neo-KRS.

Przez ponad 18 miesięcy funkcjonowania, nowa KRS po wielokroć udowodniła, że nie jest organem niezależnym od władzy politycznej. Niejasności dotyczące wyboru jej członków, tajne listy poparcia, nieujawnione do dziś mimo wyroku NSA i żądań sądów, przesłuchania kandydatów trwające ledwie kilkanaście minut czy próba legalizacji własnego statusu przy pomocy TK Julii Przyłębskiej – to tylko kilka jaskrawych przykładów działania ramię w ramię z władzą.

Jednym z kluczowych wątków, jakie rozważać będzie Sąd Najwyższy wykonując wyrok TSUE są powiązania członków nowej KRS z ministrem Zbigniewem Ziobrą i jego ministerstwem sprawiedliwości (patrz dalej – analiza wyroku TSUE).

Przedstawiamy poniżej wszystkie dostępne obecnie informacje o tych powiązaniach. Korzystamy z trzech źródeł:

  • stron internetowych sądów. Z nich wiadomo, kto jest prezesem lub wiceprezesem sądu z nadania Zbigniewa Ziobry i czy uzyskał delegację z sądu niższej instancji;
  • informacji udostępnianych przez samą KRS – część jej członków, ubiegając się o awans, miała obowiązek przedstawić swój życiorys i wykaz zajmowanych stanowisk;
  • Dziennika Urzędowego Ministra Sprawiedliwości, gdzie są dane o udziale sędziów z nowej KRS w ministerialnych zespołach i komisjach.

Lista jest rozwinięciem wcześniejszej publikacji Patryka Wachowca, a także analizy 18 kandydatów do KRS przygotowanej przez Iustitię. Zawiera nowe ustalenia i jest najpełniejszą informacją o powiązaniach neo-KRS z władzą wykonawczą.

Patryk Wachowiec jest analitykiem prawnym Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), a także współpracownikiem naszego Archiwum Osiatyńskiego.

Na czym polegają powiązania członków neo-KRS z ministerstwem Ziobry

Analizujemy powiązania każdego z 15 sędziów neo-KRS z ministerstwem Ziobry. W grę wchodzi:

  • zgłoszenie sędziego do neo-KRS przez osobę powiązaną z ministrem/ministerstwem sprawiedliwości. Kandydata do nowej KRS reprezentował pełnomocnik, który zbierał podpisy poparcia i składał komplet dokumentów w Kancelarii Sejmu; aż 10 z członków rady zgłosiły osoby powiązane z ministrem: inni prezesi z nadania Zbigniewa Ziobry lub politycy z kierownictwa resortu;
  • zgłaszający powiązany rodzinnie lub towarzysko – wśród zgłaszających kandydatów na członków KRS znalazły się minimum trzy osoby powiązane z nimi rodzinnie lub towarzysko, które same są beneficjentami zmian w sądownictwie – bracia, rodzice lub partnerzy życiowi, którzy zawdzięczają ministrowi Ziobrze stanowiska prezesów sądów czy też delegacje do resortu sprawiedliwości;
  • delegacja do ministerstwa – czworo z członków nowej KRS, chwilę przed objęciem stanowiska, pracowało w resorcie sprawiedliwości, wykonując czynności urzędnicze jako podwładni ministra;
  • delegacja do innego sądu – minister sprawiedliwości delegował pięcioro sędziów do pracy w innym sądzie (głównie wyższej instancji – w sądach okręgowych lub apelacyjnych;
  • (wice)prezes sądu – minister Ziobro dał aż dziewięciorgu członkom neo-KRS kierownictwo sądów, wcześniej zwolnione w ramach „czystki”. Wielu prezesów i wiceprezesów sądów Ziobro odwoływał faksem przy braku merytorycznych podstaw;
  • członkostwo w komisji egzaminacyjnej – minister sprawiedliwości powoływał siedmioro członków nowej KRS do zespołów prowadzących egzaminy na radców, adwokatów czy prokuratorów;
  • członkostwo w zespole problemowym w ministerstwie sprawiedliwości, np. w zespole ds. postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów i asesorów czy zespole przygotowującym system mierzący obciążenie prac sędziów. Łącznie czworo członków KRS pełni/ło taką funkcję;
  • rekomendacja przez KRS – mimo ewidentnego konfliktu interesów, dwoje sędziów nowej KRS starała się również o awans do sądu wyższej instancji;
  • domniemany udział w „aferze hejterskiej”, w której centralną rolę odgrywał wiceminister Piebiak. Według mediów zamieszanych być mogło trzech członków neo-KRS.

Sędzia po sędzi, prześwietlamy

1. Leszek Mazur – sędzia Sądu Okręgowego (SO) w Częstochowie, przewodniczący KRS

Zgłosił go brat – Witold Mazur, prezes Sądu Apelacyjnego w Katowicach, powołany przez ministra Ziobrę.

2. Dariusz Drajewicz – sędzia Sądu Rejonowego (SR) dla Warszawy-Mokotowa, wiceprzewodniczący KRS

  • Zgłoszony przez Łukasza Kluskę, prezesa SR w Pruszkowie, powołanego przez ministra Ziobrę, delegowanego do SO w Warszawie i rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego SO w Warszawie;
  • Sam Drajewicz z kolei zgłosił innego członka KRS, Macieja Miterę.
  • Wiceprezes SO w Warszawie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisjach do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego w latach 2016-2019.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministra sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2017-2019.
  • Członek komisji egzaminacyjnej przy ministrze sprawiedliwości do spraw odwołań od wyniku egzaminu radcowskiego 2018.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

3. Jarosław Dudzicz – sędzia SR w Słubicach

  • Zgłoszony przez Annę Kuśnierz-Milczarek, prezesa SR w Gorzowie Wielkopolskim, powołaną przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SO w Gorzowie Wielkopolskim, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Gorzowie Wielkopolskim.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu adwokackiego 2020.
  • Były członek zespołu do spraw czynności ministra sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

4. Grzegorz Furmankiewicz – sędzia SO w Krośnie

  • Zgłoszony przez Marcina Romanowskiego, podsekretarza stanu w ministerstwie sprawiedliwości, kandydata PiS w wyborach do Sejmu w 2019 roku.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji adwokackiej 2019.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krośnie.
  • Wiceprezes SO w Krośnie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Rekomendowany przez KRS na stanowisko sędziego SO w Krośnie.

5. Marek Jaskulski – sędzia SR Poznań-Stare Miasto w Poznaniu

[brak informacji o powiązaniach]

6. Joanna Kołodziej-Michałowicz – sędzia SR w Słupsku

  • Zgłoszona przez męża, Andrzeja Michałowicza, prezesa SO w Słupsku, powołanego przez min. Ziobro.
  • Rekomendowana przez KRS na stanowisko sędziego SO w Słupsku.

7. Jędrzej Kondek – sędzia SR dla m.st. Warszawy

  • Zgłoszony przez Marcina Romanowskiego, podsekretarza stanu w ministerstwie sprawiedliwości, kandydata PiS w wyborach do Sejmu w 2019 roku.
  • Były członek zespołu do spraw ochrony praw pracowniczych  ministerstwie sprawiedliwości.

8. Teresa Kurcyusz-Furmanik – sędzia WSA w Gliwicach

[brak informacji o powiązaniach]

9. Ewa Łąpińska – sędzia SR w Jaworznie

[brak informacji o powiązaniach]

10. Zbigniew Łupina – sędzia SR w Biłgoraju

  • Prezes SR w Biłgoraju, powołany przez ministra Ziobrę.

11. Maciej Mitera – sędzia SR dla Warszawy-Śródmieścia

  • Zgłoszony przez sędziego Dariusza Drajewicza, członka KRS.
  • Prezes SR dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego 2018.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2018.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Były członek zespołów do opracowania systemu mierzenia obciążenia pracą sędziów (ważenia spraw) i do spraw zapobiegania przestępstwom wynikającym z nienawiści religijnej i rasowej w ministerstwie sprawiedliwości.

12. Maciej Nawacki – sędzia SR w Olsztynie

  • Zgłoszony przez sędziego Michała Lasotę, obecnie zastępcę rzecznika dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych, prezesa SR w Nowym Mieście Lubawskim powołanego przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SR w Olsztynie, powołany przez ministra Ziobrę
  • Przedstawiciel ministerstwa sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego 2018.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

13. Dagmara Pawełczyk-Woicka – sędzia SR dla Krakowa-Podgórza

  • Zgłoszona przez sędziego Dariusza Pawłyszcze, rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego, delegowanego do pełnienia czynności w ministerstwie sprawiedliwości.
  • Powiązania towarzyskie z sędzią Dariuszem Pawłyszcze.
  • Prezes SO w Krakowie, powołana przez ministra Ziobrę.
  • Delegowana przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krakowie.
  • Członkini Rady Programowej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, wskazana przez ministra Ziobrę.
  • Były członek zespołów do opracowania systemu mierzenia obciążenia pracą sędziów (ważenia spraw) i do opracowania rozwiązania informatycznego wspomagającego realizację przydziału spraw w sądach powszechnych, oba – w ministerstwie sprawiedliwości.

14. Rafał Puchalski – sędzia SO w Rzeszowie

  • Zgłoszony przez sędziego Michała Bukiewicza, rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego SO Warszawa-Praga w Warszawie, prezesa SR dla Warszawy Pragi-Południe w Warszawie powołanego przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SO w Rzeszowie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2017-2019.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego.

15. Paweł Styrna – sędzia SR w Wieliczce

  • Wiceprezes SO w Krakowie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krakowie.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Członek komisji konkursowej ministerstwa sprawiedliwości do przeprowadzenia egzaminu na aplikację sędziowską i aplikację prokuratorską 2019.
  • Członek zespołu nadzorującego przebieg testu w konkursie na aplikację sędziowską i aplikację prokuratorską 2018-2019.

Wyrok TSUE, kryteria do oceny neo-KRS

wyroku z 19 listopada 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) przypomniał, że gwarancje niezawisłości i bezstronności sądu wymagają m.in., by

zasady powoływania jego członków „pozwalały wykluczyć wszelką uzasadnioną wątpliwość co do niezależności tego organu od czynników zewnętrznych oraz co do jego neutralności względem ścierających się interesów” (punkt 123)

Te zasady mają na celu ochronę przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz. Powinny zapewniać, że „wykluczony jest nie tylko bezpośredni wpływ w postaci zaleceń, ale również bardziej pośrednie formy oddziaływania, które mogą zaważyć na decyzjach sędziów” (punkt 125).

Podobne zasady oceny niezawisłości sądu znajdują oparcie w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (punkt 127).

Wśród obowiązków nałożonych na sąd odsyłający, czyli Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, TSUE wskazał m.in. na konieczność upewnienia się, że „materialne warunki oraz zasady proceduralne odnoszące się do decyzji o powołaniu [sędziów] są sformułowane w taki sposób, że nie dają powodów do uzasadnionych wątpliwości co do niezależności sędziów od czynników zewnętrznych oraz ich neutralności […] po tym, jak zostaną oni powołani” (punkt 134).

O ile, zdaniem TSUE, sam fakt uczestnictwa Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) w procesie powoływania sędziów przyczynić się może do obiektywizacji tej procedury, to może być tak

jedynie wtedy, gdy sama KRS będzie „wystarczająco niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz od organu, któremu ma przedłożyć taki wniosek o powołanie” – czyli prezydenta RP (punkty 137-138).

W ocenie TSUE warunek niezależności i bezstronności konkretnego sądu może bowiem zależeć od stopnia niezależności KRS od władzy politycznej (punkt 139). W konsekwencji sąd odsyłający ma obowiązek ocenić wszystkie okoliczności faktyczne i prawne dotyczące okoliczności wyboru członków KRS i sposobu, w jaki organ ten konkretnie wypełnia swoją rolę (punkt 140).

Powyższa ocena powinna uwzględniać wszystkie wątpliwości wyrażone przez Sąd Najwyższy, gdyż – jak stwierdził TSUE – jedynie „ich zbieg, w połączeniu z okolicznościami, w jakich wyborów tych dokonano, może prowadzić do powzięcia wątpliwości co do niezależności [KRS], nawet jeżeli taki wniosek nie nasuwałby się, gdyby czynniki te były rozpatrywane oddzielnie” (punkt 142).

W konsekwencji, TSUE – posiłkując się wskazaniami SN – wskazał kilka czynników, które należy wziąć pod uwagę w procesie oceny niezależności KRS (punkty 143-5). Podkreślenia wymaga jednak fakt, że z uwagi na obowiązek uwzględniania „wszystkich okoliczności” nie jest to katalog zamknięty.

W tym kontekście istotne dla stwierdzenia stopnia niezależności KRS od władzy wykonawczej wydaje się przedstawienie powiązań członków-sędziów tego organu, wybranych przez Sejm w 2018 roku, z ministrem sprawiedliwości. Na potrzeby tej oceny należy wziąć pod uwagę tak okoliczności ujawnione w momencie wyboru i objęcia tych stanowisk, jak i w toku prac KRS w nowym składzie. W tym celu warto aktualizować istniejące w obiegu publicznym informacje o powiązaniach członków KRS z szefem resortu sprawiedliwości.

Do czego doszliśmy, że podanie ręki drugiej osobie staje się rzeczą wyjątkową? Najbliższe lata nie tylko w Polsce, będą należały do kobiet. Kobiety zaczynają walczyć o lepszy świat. My to mamy w sobie. Bierzemy odpowiedzialność za dzieci, za rodzinę, za słabszych i coraz bardziej za zmiany. Jeżdżę po Polsce i wiem, że ludzie chcą zmiany. Duda daje im teatr

„Sprawy zdrowia i klimatu, tak bardzo ze sobą połączone, są jednymi z najważniejszych dla poczucia bezpieczeństwa wszystkich Polek i Polaków. Oglądałam niedawno film dokumentalny, w którym młodzi ludzie opowiadają o tym, czego się boją. Oni zdają sobie sprawę z tych zagrożeń, a my, starsze pokolenie, nie mamy takiej wyobraźni” – mówi OKO.press Małgorzata Kidawa-Błońska, konkurentka Jacka Jaśkowiaka w prawyborach prezydenckich w PO.

Mówi też o tym, czy podałaby rękę Jackowi Międlarowi, czy podpisałaby ustawę aborcyjną zezwalającą na przerwanie ciąży do 12. tygodnia i co ma do powiedzenia mieszkańcom Białostocczyzny.

Z Jackiem Jaśkowiakiem Potrafię się bić, jestem autentyczny. Wykorzystam sztuczność i śmieszność Dudy”.

To między Jaśkowiakiem a Kidawą-Błońską będą wybierać kandydata/kandydatkę na prezydenta członkowie Koalicji Obywatelskiej w styczniowych prawyborach.

Teksty OKO.press o Małgorzacie Kidawie-Błońskiej przeczytasz tu.


Kidawa-Błońska: Chciałam być premierem, chce być prezydentem

Agata Szczęśniak, OKO.press: Wygra pani z Andrzejem Dudą?

Małgorzata Kidawa-Błońska: Wygram. Wierzę w siebie. Jak dotychczas wygrywam wybory, w których startuję. Wszyscy mówią, że pan prezydent Duda jeździ po Polsce…

Wszystkie powiaty objechał.

Ja również objechałam Polskę wzdłuż i wszerz przez ostatnie cztery lata. Jeździłam też wcześniej jako rzecznik rządu i Marszałek Sejmu. Byłam na spotkaniach z mieszkańcami miast, ale też mniejszych miejscowości, wielokrotnie na trudnych dla mojej formacji terenach, czyli Lubelszczyźnie i Podkarpaciu.

Widzę, że wszędzie Polacy chcą zmiany. Chcą innej polityki, chcą być przez rządzących szanowani i dumni z prezydenta, z tego co sobą reprezentuje i jak reprezentuje Polskę na świecie. Chcą prezydenta, dla którego każda obywatelka i każdy obywatel będą jednakowo ważni. Widzimy obrazki ze spotkań prezydenta Dudy z Polakami, ale staram się tam doszukać rozmowy, odpowiadania na pytania i, niestety, nie znajduję. To wszystko teatr.

OKO.press nagrało spotkania Andrzeja Dudy w Jarocinie. Ludzie są zachwyceni, młodzież i dzieci garną się do niego. Duda przytula niemowlęta.

Robią zdjęcia, chcą zobaczyć z bliska znaną osobę, ale chcą też przedstawić swoje problemy szukać rozwiązań. A tego nie ma. Prezydent boi się trudnych pytań, a gdy takie otrzymuje, szczególnie o sądownictwo, reaguje nerwowo i odpowiada wręcz krzykiem. Dziś w Polsce głowa państwa nie wypełnia przypisanych mu zadań. Nie wykorzystał szansy współpracy z opozycją w najistotniejszych dla naszego państwa sprawach. Przez pięć lat odbyła się tylko jedna Rada Bezpieczeństwa Narodowego, a to jest podstawowy – konstytucyjny – organ doradczy w zakresie bezpieczeństwa państwa. Przez całą kadencję jedno spotkanie!

Kto komu podaje rękę

Ostatnio zszedł z trybuny sejmowej i podawał rękę opozycji.

Proszę zobaczyć, do czego doszliśmy, że podanie ręki drugiej osobie staje się rzeczą wyjątkową? Czy nie powinno to być standardem? Prezydent nie robił tego do tej pory, stąd pytanie o szczerość tego gestu. Prezydent powinien wychodzić ponad podziały nie tylko w czasie kampanii wyborczej. Ale w końcu sam powiedział, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków.

Pani podaje rękę wszystkim?

Każdej osobie podaję rękę.

Jarosławowi Kaczyńskiemu?

Tak i choć diametralnie się różnimy, to jest posłem polskiego Sejmu, dostał głosy warszawiaków.

Januszowi Korwin-Mikkemu?

Gest podania ręki to sygnał, że możemy porozmawiać. A rozmawiać zawsze warto.

Jackowi Międlarowi?

Może nie będzie takiej okazji.

Jaśkowiak bokserem, ja zagrałabym w coś zespołowego

Zanim przyjdzie czas na Dudę musi Pani wygrać z Jackiem Jaśkowiakiem.

Trwają prawybory, jestem codziennie w podróży. Spotykam się z koleżankami i kolegami z Platformy Obywatelskiej, rozmawiamy o planach na kampanię, prezydenturę i o tym, co chcielibyśmy, by zmieniło się w Polsce. Mam ogromne wsparcie z ich strony. My bardzo chcemy wygrać wybory prezydenckie, dlatego trzeba wybrać osobę, która ma największe szanse pokonać Andrzeja Dudę.

Jacek Jaśkowiak podkreślał w OKO.press, że jest bokserem…

Wiemy o tym nie od dziś. Rzeczywiście, bokser potrafi się bić, wie jak użyć siły do pokonania przeciwnika. Ale to sport indywidualny, a formy walki i dochodzenia do zwycięstwa są różne. Siłowe rozwiązania bywają na ogół nieskuteczne.

Szachy? Ping-pong? Skoki narciarskie?

Lubię gry zespołowe, bo w zespole można na sobie polegać, wspierać się i budować zaufanie. W dobrze zorganizowanym zespole jest lider, który bierze na siebie odpowiedzialność, ale ważni są wszyscy zawodnicy, a każdy ma do spełnienia ważną rolę. W zespole wola walki jest ogromna, każdego z osobna i wszystkich razem.

Jacek Jaśkowiak powiedział nam też, że Polacy są zmęczeni politykami, którzy są w polityce od 20, 25 lat. Takimi jak Pani.

A od ilu lat Jacek Jaśkowiak jest w polityce?

Od 2010 roku? Do PO wstąpił w 2013.

Jacek Jaśkowiak nie jest debiutantem w polityce. Nigdy nie aspirował jednak do polityki krajowej.

Uważam, że zarówno nowe spojrzenie, jak i doświadczenie są jednakowo ważne i się uzupełniają. Dlatego to zawsze korzyść dla wszystkich, gdy do Sejmu dostają się młodzi posłowie, z nową energią i pomysłami, ale by pracować skutecznie muszą wspierać się doświadczeniem tych parlamentarzystów z dłuższym stażem. I tu znów wracamy do tematu gry zespołowej. Musimy umieć ze sobą rozmawiać i współpracować, by w warunkach różnorodności poglądów wypracowywać rozwiązania.

Z jednym się zgodzę, że Polacy są zmęczeni politykami, którzy zajmują się głównie sobą i walką polityczną, a nie tym, czym powinni, czyli tworzeniem dobrego prawa.

Jaśkowiak powiedział też, że ważne jest, żeby mieć doświadczenie poza warszawską polityką. Sam był biznesmenem, jest samorządowcem.

Ja zdecydowałam się na wejście do polityki dla wspierania i rozwoju kultury, miałam pomysły jak to zrobić, potrzebowałam jedynie skutecznego narzędzia. Warto jednak mieć gdzie wrócić. Jest też życie poza polityką.

Wróciłabym do robienia filmów

Pani jest i była: marszałkiem, wicemarszałkiem, rzeczniczką rządu, posłanką… 

Także Radną Warszawy.

Miałaby Pani, gdzie wrócić?

Z pewnością mogłabym wrócić do pracy w filmie. Zawsze to lubiłam i wciąż, dzięki mężowi i synowi, mam bliski kontakt z produkcją filmową. Przyznam, że to czasem trudniejsze niż polityka.

Jaśkowiak ma poparcie w Platformie?

Myślę, że to będzie ciekawe doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla niego, choć

mam tę przewagę, że ja już się dobrze znam ze strukturami w całym kraju. Nie muszę się im przedstawiać, a mogę skupić na mówieniu o tym, co chciałabym zrobić.

Decydująca będzie jednak siła przekonywania kandydatów. W demokratycznej partii ludzie wybierają świadomie, nie pod presją. Jestem przekonana, że moje pomysły na kampanię i prezydenturę spodobają się koleżankom i kolegom.

To proszę powiedzieć: dlaczego powinni wybrać Panią, a nie Jaśkowiaka?

Zadaniem dla nowego prezydenta będzie zatrzymanie wojny polsko-polskiej.

W pojedynkę tego nie zrobi. Jesteśmy w takim momencie, że dla odbudowy polskiej wspólnoty, naprawy wielu ważnych dla naszego życia obszarów, potrzebna jest umiejętność gry zespołowej. Wiem, że to trudne zadanie, ale nie boję się go podjąć.

Na naszych oczach świat, do którego byliśmy przyzwyczajeni, coraz szybciej się zmienia. To, co kiedyś widzieliśmy tylko w filmach, zaczyna być rzeczywistością. Tracimy poczucie  bezpieczeństwa w szerokim znaczeniu tego słowa. Brakuje poczucia, że nasze zdrowie i życie jest chronione, bo stan systemu ochrony zdrowia jest dramatyczny i wciąż się pogarsza. Młodzi strajkują na ulicach miast na całym świecie, bo politycy mówią o konieczności ochrony środowiska i klimatu, ale nie podejmują zdecydowanych działań. A tu chodzi o przyszłość przyszłych pokoleń. I czy dziś w Polsce jesteśmy odpowiednio przygotowani na ataki cybernetyczne? Co z bezpieczeństwem w sieci?

Młodzi mają prawo być inni

To są największe zagrożenia stojące przed Polską?

Wyzwań jest więcej. Ale są sprawy pilne, które wymagają zdecydowanych działań tu i teraz. Jeszcze niedawno w Brukseli, podczas mojego spotkania z ówczesną przewodniczącą-elekt Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, rozmawiałyśmy także o smogu w Polsce. Jakież było jej zdziwienie, że mamy w Polsce ten problem, a w Europie Zachodniej już sobie z nim poradzono.

Dlatego uważam, że sprawy zdrowia i klimatu, tak bardzo ze sobą połączone, są jednymi z najważniejszych dla poczucia bezpieczeństwa wszystkich Polek i Polaków. Oglądałam niedawno film dokumentalny, w którym młodzi ludzie opowiadają o tym, czego się boją. Oni zdają sobie sprawę z tych zagrożeń, a my, starsze pokolenie, nie mamy takiej wyobraźni.

Młodzi chcą przyjaznych miast, które nie izolują, nie zamykają w odgrodzonych przestrzeniach, ale zachęcają do aktywności i kontaktu z innymi ludźmi. Betonowe place bez zieleni i przestrzeni wspólnej to nie jest ten kierunek. Młodzi chcą mieć poczucie, że nie pieniądze są najważniejsze, ale harmonia. Chcą pracować, realizować się, działać w dobrej współpracy, a nie w walce i rywalizacji. Chcą żyć swoim życiem. Bez nacisku, presji, że coś muszą, że mają żyć w taki, a nie inny sposób. Ten dokument zrobił na mnie duże wrażenie. Głos pokolenia, który do nas wciąż zbyt słabo dociera.

I jak Pani odpowie na te oczekiwania jako prezydentka?

W moim przekonaniu rolą i wręcz obowiązkiem osoby pełniącej urząd prezydenta jest tworzenie warunków do dialogu i inicjowanie akcji edukacyjnych, które pozwolą oddać głos tym, którzy dziś nie mogą się z nim przebić.

Czyli zapraszać do kancelarii.

Młodzi powinni być stałymi gośćmi w Kancelarii Prezydenta. A przecież prezydent ma też konkretne prerogatywy, między innymi przygotowywanie projektów ustaw i kierowanie ich do Sejmu.

To jakie inicjatywy ustawodawcze podejmie Pani w dziedzinie ekologii, cyberterroryzmu czy innych spraw nękających młodych ludzi?

Często mówi się, że politycy nie słuchają głosu młodego pokolenia. Uważam, że trzeba to koniecznie zmienić jeśli mamy przygotowywać rozwiązania, które wpłyną na przyszłe pokolenia. O projektach ustaw z pewnością jeszcze porozmawiamy.

Andrzej Duda zdobył w 2015 roku ponad 60 proc. głosów młodych ludzi. Dlaczego?

Był z pewnością bardziej energiczny w kampanii. W jasny sposób przedstawiał plany i zamierzenia, które chciał realizować.

Pani umie mówić takim językiem? Jasno przedstawi Pani młodym swoją wizję?

Tak. I będę rozmawiać ze wszystkimi środowiskami. Ale wiem, że

młodzi są ważni i nie możemy od nich wymagać, żeby byli tacy, jak my. Chęć układania młodym życia ich odstraszy, bo odbiorą to jako ograniczanie swobody. Mają prawo żyć po swojemu.

Najbliższe lata będą należały do kobiet

Są inni, zwłaszcza młode kobiety są inne. Częściej popierają związki partnerskie, rzadziej ulegają antysemickim kliszom, bardziej zdecydowanie opowiadają się za edukacją seksualną. Boją się kryzysu klimatycznego i katastrofy w ochronie zdrowia, a nie „ideologii gender” i osób LGBT. 

To prawda, wzrasta świadomość młodych ludzi dotycząca tego, co jest dziś dla nich zagrożeniem, a co tylko straszeniem. Zwłaszcza kobiety w Polsce poczuły swoją siłę, także dlatego, że wobec prób ograniczania naszych praw pokazujemy solidarność i wolę walki. To przed czarnymi protestami ugiął się prezes Kaczyński i PiS. Działania tej partii doprowadziły do tego, że zjednoczyły się kobiety o różnych poglądach, razem stanęły w obronie swoich praw i wolności, spraw, które nas dotyczą.

Dużo zmieniło się dzięki temu, że kobiety zaczęły się wspierać. Od lat robi to Kongres Kobiet, także przez organizowanie letnich akademii, powstają organizacje kobiece, także w mniejszych miejscowościach, gdzie kobiety stają się liderkami społecznymi.

Najbliższe lata nie tylko w Polsce, ale i na świecie będą należały do kobiet.

We wszystkich prawie krajach kobiety zaczynają walczyć o lepszy świat. My to mamy w sobie. Bierzemy odpowiedzialność za dzieci, za rodzinę, za słabszych, a teraz, coraz bardziej za zmiany zachodzące w kraju i na świecie.

Młode kobiety są w większości za tym, by to kobieta decydowała o przerwaniu niechcianej ciąży, 80 proc. elektoratu PO jest za liberalizacją ustawy. Pani w kwestionariuszu „Mam prawo wiedzieć” znaczyła odpowiedź „nie mam zdania”.

To jest trudny kwestionariusz, bo na wiele pytań trudno odpowiedzieć jednym słowem…

Aborcja na biurku prezydentki Kidawy

Można: „tak” albo „nie”. Czy jest Pani za tym, żeby do 12. tygodnia ciąży kobieta mogła ją przerwać?

Każda decyzja o przerwaniu ciąży, to zawsze dramat.

Nie, nie zawsze. Dla wielu kobiet jest to trudna decyzja, ale opowieści, że wszystkie tego żałują to bzdura.

Zgadzamy się, że to zawsze jest bardzo trudna decyzja. Gdyby obecnie obowiązująca ustawa była wykonywana, dyskusja na ten temat byłaby w innym miejscu. Wciąż nie ma w Polsce edukacji seksualnej, wycofano antykoncepcję awaryjną bez recepty. Lekarze zasłaniają się klauzulą sumienia, mają do tego prawo, ale szpital musi wskazać miejsce, gdzie kobieta może znaleźć pomoc. A często tak się nie dzieje.

To, że lekarze mają prawo do klauzuli sumienia, to dobrze czy źle?

Wywalczyli to sami lekarze. Uważam, że klauzulę sumienia trzeba przejrzeć na nowo, nie może być zasłoną do niepodejmowania decyzji przez lekarza. Mamy ustawę, którą jedni chcą zaostrzać, inni liberalizować. Przez ostatnie lata nie było większości, żeby tę ustawę zmienić, a ta, która obowiązuje, nie jest wykonywana. Prawo nie może działać przeciwko kobietom.

Liczba legalnych dziś aborcji to nieco ponad 1000 rocznie. Dziesiątki tysięcy kobiet przerywają ciążę nielegalnie, w szarej strefie, albo w ramach turystyki aborcyjnej. Zapytam jeszcze raz: jest Pani za prawem kobiet do aborcji do 12. tygodnia?

Obecne rozwiązanie prawne powinno być przestrzegane.

Na biurko prezydent Kidawy-Błońskiej wpływa przyjęta przez Sejm ustawa liberalizująca prawo aborcyjne. Podpisuje Pani?

Proszę pamiętać, że rolą prezydenta nie jest narzucanie własnego światopoglądu, ale bycie organizatorem życia publicznego.

Jeżeli taka ustawa zyska większość w parlamencie, i będzie miała szeroką akceptację społeczną, to jest to możliwe.

Ale chciałabym, żeby jednym z pierwszych kroków była dobrze przygotowana i zorganizowana edukacja seksualna. Bez tego trudno rozmawiać o innych rozwiązaniach.

Żeby wygrać trzeba bardzo chcieć

Dlaczego Platforma Obywatelska ma takie słabe kampanie wyborcze?

Ostatnie kampanie można było przeprowadzić lepiej pod względem organizacyjnym. Ale w jesiennej kampanii parlamentarnej wydarzyło się coś, czego wcześniej nie doświadczyłam, a przecież w wielu kampaniach brałam udział. Zaangażowanie osób, które były na listach, nawet na dalszych miejscach, bo nie mówię tylko o liderach, było ogromne. Ludzie dawali z siebie wszystko, wierzyli, że każdy głos ma znaczenie. Wyborcy to docenili i zaangażowali się udostępniając ogrodzenia i balkony na banery, pomagali rozklejać plakaty, roznosić ulotki, widać było duże wsparcie w mediach społecznościowych. Potrafiliśmy zmobilizować wielu ludzi i przekonać, że warto się zaangażować, wziąć udział w kampanii i oczywiście w wyborach.

Gdybyśmy jeszcze popracowali nad kilkoma elementami, to nasz wynik mógłby być lepszy.

Czasami kandydaci, a zwłaszcza kandydatki, angażowały się wbrew warunkom, jakie im stworzono. W Szczecinie pierwsza kobieta była na 5. miejscu: Magdalena Filiks.

Za pierwszym razem [w 2005 r. – red.] startowałam w wyborach do Sejmu z 11. miejsca. Z tego powodu postanowiłam, że pomogę osobom znajdującym się na wyższych miejscach. Zależało mi na ogólnym wyniku całej Platformy. W pewnym momencie koleżanka mnie zapytała: „Małgorzata, chcesz te wybory wygrać, czy nie?” Mówię: „No tak, ale…”. Ona na to: „Masz uwierzyć, że się uda. Jesteś na liście, a teraz do roboty!”. Uzyskałam z tego 11. miejsca piąty wynik na naszej liście i od tamtej pory, w każdych wyborach, zdobywam coraz więcej głosów.

Pierwsze miejsce na pewno pomaga, ale też zobowiązuje do pracy na całą listę. Jedynka bierze na siebie odpowiedzialność za wygraną bądź przegraną partii w danym okręgu. Każde kolejne miejsce jest niepewne, a sukces zależy od wkładu pracy w kampanię. Dalsze miejsce nie przekreśla perspektywy na uzyskanie mandatu. Michał Szczerba w 2007 roku wszedł do Sejmu z 26. miejsca na liście.

Dlaczego kampania Bronisława Komorowskiego w 2015 roku była taka zła?

Pierwsza kampania Bronisława Komorowskiego, przy której pracowałam, była bardzo udana.

Ale druga – nie. Na czym polegała różnica?

Osoby zaangażowane w prowadzenie kampanii muszą wierzyć, że kampania jest do wygrania. I chcieć ją wygrać.

Chyba wszyscy uważali, że kampania Komorowskiego jest do wygrania.

W kampanii trzeba wykorzystać każdy dzień, cały czas mocno pracować. Nie można czekać, aż coś samo przyjdzie.

Czyli za mało pracy było?

Wiele osób uwierzyło, że kampania jest już wygrana.

Czyli Pani kampania też jeszcze nie jest wygrana?

Żeby wygrać, niezbędna jest wiara w zwycięstwo. I każdy dzień musi być wykorzystany na maksa, nie można się ani na chwilę zatrzymać. Ja lubię kampanie, wygrałam sześć swoich i pracowałam przy wygranej kampanii Bronisława Komorowskiego w 2010 roku.

To możliwość sprawdzenia siebie, nauka czegoś nowego każdego dnia, poznawanie nowych ludzi i ich opinii. To jest najcenniejsze doświadczenie.

Uwielbiam jeździć po Polsce

Lubi pani jeździć po Polsce?

Uwielbiam.

Na Podkarpacie też?

W poprzedniej kadencji to był region, który chyba najczęściej odwiedzałam i muszę powiedzieć, że było rewelacyjnie. Wiele razy słyszałam: „na Podkarpaciu nic nie zyskacie, odpuśćcie sobie”, a my potrafiliśmy jednego dnia rozdać kilkaset konstytucji, godzinami rozmawiać w małych miejscowościach z ludźmi.

Rozmawiacie, a potem ludzie i tak głosują na PiS.

Nasi kandydaci zdobyli mandaty na Podkarpaciu, choć mówiono, że nie mają większych szans. Niektórzy poprawili swoje wyniki w stosunku do najlepszych czasów Platformy. Czyli jest sens rozmawiać i warto przekonywać, bo ludzie muszą zobaczyć, że nam na nich zależy.

Elżbieta Łukacijewska…

Także do niej przyjeżdżałam w kampanii.

opowiadała OKO.press o – delikatnie mówiąc – braku wsparcia z centrali partyjnej, o „ciągle tych samych facetach zamkniętych w jakimś pokoju”. Polegała głównie na sobie.

W każdej kampanii kandydat polega na sobie i z takiego założenia trzeba wychodzić. Kampania opiera się na wysiłku swoim i najbliższych współpracowników. Nie można czekać, aż coś samo przyjdzie, ale wsparcie partii też jest oczywiście potrzebne. Centrala nadaje kierunek działaniom. Elżbieta Łukacijewska wykonała wielką pracę, zdobyła mandat, to jej sukces i nikt jej tego nie odbierze.

Małe miejscowości będą kluczowe w kampanii prezydenckiej.

Wszystkie będą kluczowe. Ktoś, kto czyta badania i z nich wnioskuje, że walczymy tylko w małych miejscowościach, bo one zdecydują, jest w błędzie. Wyborcy wszędzie są tak samo ważni.

Jeżeli się gdzieś odpuszcza, to ja się nie dziwię reakcjom wyborców: Nie chciało się wam przyjechać? Nie chcieliście z nami rozmawiać? Dlaczego więc mamy na was głosować? Albo jeszcze gorzej – po co mamy w ogóle iść na wybory?

Nie wiedzą, że z nami można rozmawiać

Jak Pani przekona do siebie mieszkańców Białostocczyzny?

Każdy region w Polsce ma swoją specyfikę, jest różny, ale jednakowo ważny. Nie może być tak, że jeden region jest faworyzowany kosztem drugiego. Teraz jesteśmy w trakcie prawyborów i wkrótce pojadę także do Białegostoku. Będziemy rozmawiać o tym, jakie są oczekiwania wobec Prezydenta RP, opowiem jak ja wyobrażam sobie pełnienie funkcji głowy państwa, co moglibyśmy wspólnie zrobić. Chciałabym, by ludzie się otworzyli i szczerze opowiadali o problemach, które napotykają w swoim otoczeniu. W kampanii parlamentarnej dowiedziałam się, że

w województwie podlaskim są miejsca, których mieszkanki muszą pokonać kilkadziesiąt kilometrów na wizytę u ginekologa. Takie tematy pojawiają się na moich spotkaniach w całej Polsce.

Mam też doświadczenia z trudnymi dyskutantami. Zdarzają się twardzi panowie, którzy mówią, że „nie ma sensu z Wami rozmawiać, nie głosuję na Was, bo Wy jesteście zdrajcami”. Nie odpuszczam w takiej sytuacji i dopytuje o konkrety. Ludzie otwierają się, dzielą spostrzeżeniami i na koniec robimy sobie wspólne zdjęcie. „Nie wiedziałem, że z wami można rozmawiać, że z panią można rozmawiać” – mówią.

Jakie wspólne tematy znajduje Pani z wyborcami o prawicowych poglądach?

Takie tematy jak godność, sprawiedliwość i bezpieczeństwo nie mają barw partyjnych.

Zdrowie?

Zdrowie także. Ludzie budują swoją tożsamość w lokalnych wspólnotach, integrują się wokół wspólnych interesów i zagrożeń. Chcą wiedzieć, że w Warszawie jest dla kogoś ważne, że oni tutaj, we wsi czy miasteczku, mają potrzeby, których nie można lekceważyć.

Czy lewica jest coś warta?

Powiedziała pani o lewicy, że jest nic nie warta.

Tak nie powiedziałam.

Powiedziała Pani, że jeśli zagłosuje za projektem PiS w sprawie zniesienia limitu 30-krotności, to jest nic nie warta.

PiS zaczęło nową kadencję od projektów podnoszących podatki i ściągających środki z funduszu dla niepełnosprawnych. Bardzo im zależało na ustawie znoszącej 30-krotność składki ZUS, bo pilnie potrzebują miliardów na realizację obietnic wyborczych. Sięgając po pieniądze podatników podważają, już nie po raz pierwszy, zaufanie do instytucji państwowych. Zostałam zapytana przez Monikę Olejnik „Kropce nad i” o ocenę planów lewicy, która zastanawiała się nad poparciem tego pomysłu.

Dla mnie działanie w opozycji to analiza projektów, które składa partia rządząca, dyskusja z ekspertami i konsultacje, czego przez ostatnie lata unikało PiS. Szczególnie w przypadku projektów, których skutki odczujemy dopiero w przyszłości. W tym przypadku są to skutki negatywne. Opozycja musi nad tym czuwać. Dobrze, że ostatecznie skończyło się wycofaniem tego projektu z porządku obrad.

Miałam taką sytuację któregoś dnia w podróży, kiedy podeszła do mnie kobieta i powiedziała, żebyśmy w tej sprawie walczyli, bo jeśli zniesienie 30-krotności wejdzie w życie, to podejmie decyzję o wyjeździe z Polski. Jestem przekonana, że stracilibyśmy wtedy wielu specjalistów, których potrzebujemy tu, w kraju.

Co do lewicy to dodałam, że mam nadzieje, że tak się nie stanie i nie poprze tej propozycji.

Czyli nie jest nic niewarta?

Oczywiście, że nie jest.

To zostało tak odebrane: Małgorzata Kidawa-Błońska mówi, że lewica – politycy, wyborcy – są nic nie warci. W sytuacji, gdy głosy lewicy mogą decydować o wyborze w II turze wyborów prezydenckich.

Nigdy nie użyłam takich słów. Zresztą, o żadnej formacji nie powiedziałabym w ten sposób. Skoro ludzie wybierają swoich przedstawicieli do Sejmu, to znaczy, że ci ludzie ich przekonują i są dla nich ważni.

To, co ostatecznie zrobiła Lewica w sprawie 30-krotności, było w porządku?

Myślę, że ten temat nie jest jeszcze ostatecznie zamknięty.

Podatki mogą zniechęcić do aktywności

Lewica nie podjęła jeszcze decyzji, kto będzie ich kandydatem lub kandydatką na prezydenta, czekają na wasze prawybory…

A ja myślałam, że nie czekają na naszą decyzję, ale już to ustalają między sobą.

Kto byłby dla Pani groźniejszym kandydatem Lewicy: Robert Biedroń, Adrian Zandberg czy Gabriela Morawska-Stanecka?

Kontrkandydat w tych wyborach, którego chcę pokonać, jest gdzieś indziej, w Pałacu Prezydenckim.

Jeśli wygra Pani prawybory, i przejdzie przez I turę, będzie Pani chciała przekonać osoby o lewicowych poglądach do głosowania na Panią?

Nie zwracam się tylko do wyborców Platformy Obywatelskiej. To, o czym będę mówić od początku kampanii, dotyczy wszystkich Polaków.

Lewica chce przywrócić trzeci próg podatkowy. Poparłaby Pani podniesienie podatków dla najbogatszych?

Osoby dobrze zarabiające płacą wyższy podatek od dochodów powyżej 85,5 tys. zł rocznie, a osoby zarabiające więcej niż 127 tys. zł rocznie nie mają w ogóle kwoty wolnej, bo PiS ją zlikwidował. Co więcej, obecny rząd wprowadził de facto III próg podatkowy dla dochodów powyżej 1 mln zł. To tzw. danina solidarnościowa w wysokości 4 proc.

Kolejne podatki dochodowe mogą tylko zniechęcić do aktywności najbardziej kreatywnych Polaków, dzięki którym gospodarka Polska się rozwija i jest konkurencyjna. A tylko wtedy możemy pomagać najsłabszym i zapewnić wszystkim obywatelom wysoki poziom ochrony zdrowia, edukacji i innych usług publicznych.

Mówi się o emeryturze minimalnej i maksymalnej…

Dobry pomysł?

Emerytura minimalna w polskim systemie emerytalnym powinna być wyższa i musi zapewniać  emerytom godne życie. Jej poziom w długim horyzoncie zależeć będzie nie od woli polityków, ale od stanu naszej gospodarki, wydajności pracy, a także liczby osób pracujących, bo to one muszą odprowadzić składki na te emerytury.

Pomysł emerytury maksymalnej może być interesujący, ale pod warunkiem, że zmienimy system. Nie można przecież powiedzieć ludziom, którzy płacili wysokie składki, że część pieniędzy, które zgromadzili na swoją emeryturę, nie zostanie im wypłacona.

Dlatego zniesienie limitu trzydziestokrotności i jednocześnie wprowadzenie maksymalnej emerytury, czyli projekt lewicy, to po prostu podniesienie podatku. A jeśli tak, to

uczciwym byłoby powiedzenie wprost: podnosimy podatki.

Trybunał Konstytucyjny potwierdził to, co powtarza lewica: emerytury to nie są pieniądze poszczególnych obywateli, tylko wspólne pieniądze.

Trybunał nie powiedział, że wspólne, tylko publiczne, ale są to pieniądze, które każdy pracownik odprowadza na swoje indywidualne konto emerytalne, żeby korzystać z nich po przejściu na emeryturę, bo taki jest polski system emerytalny.

Emerytury nie są prywatną własnością, są zasobem społecznym.

Nie w tym modelu – tzw. zdefiniowanej składki – jaki przyjęliśmy. Wysokość emerytury zależy od tego, ile pieniędzy odłożyła Pani na swoim koncie emerytalnym, a to zależy od tego, jak długie były okresy składkowe, czyli przez jaki czas pani pracowała, odprowadzając składki. Jeżeli pani pracuje długo i odprowadza składki na emeryturę, to ma pani wyższą emeryturę. Jeżeli pracuje pani krócej albo zarabia mniej – ma pani mniejszą emeryturę, bo składki były odpowiednio niższe.

Podnieśliśmy wiek emerytalny myśląc o naszych dzieciach i wnukach

Andrzej Duda pewnie zaatakuje Panią za to, że w 2013 roku rząd PO podniósł wiek emerytalny.

To była trudna decyzja, ale podjęliśmy ją w poczuciu odpowiedzialności za Polskę w perspektywie wieloletniej, a nie jednej, czy dwóch kadencji.

Coraz mniej Polaków pracuje, bo rodzi się coraz mniej dzieci i żyjemy coraz dłużej. Wzięliśmy odpowiedzialność, tak jak inne państwa Europy, za przyszłość naszych dzieci i wnuków.

Chcemy przecież, żeby system emerytalny był bezpieczny, żeby ludzie dostawali pieniądze po przejściu na emeryturę i żeby była suma, za którą da się godnie żyć. Państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ekonomiczne swoim obywatelom. Warto pamiętać zresztą, że wydłużanie aktywności zawodowej kobiet rozłożyliśmy na 25 lat! Przegraliśmy wybory, PiS cofnął ustawę. Teraz były wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie PiS, Bartosz Marczuk, sam przyznaje, że Polki i Polaków czekają głodowe emerytury.

Ustawa z wyższym wiekiem emerytalnym trafiła na Pani biurko prezydenckie. Podpisuje Pani?

Nie sądzę, żeby ktokolwiek planował teraz podwyższenie wieku emerytalnego. Na pewno trzeba zachęcać ludzi, żeby chcieli dłużej pracować, żeby im się to naprawdę opłacało. Koalicja Obywatelska ma taki projekt motywujący do dobrowolnego pozostania na rynku pracy.

Kobieta w wieku 60 lat przechodząca na emeryturę ze swoim doświadczeniem, umiejętnościami to nie jest tylko strata świetnego pracownika. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to ona będzie miała drastycznie niską emeryturę.

Z tzw. Tablic Trwania Życia GUS wynika, że 60 letnia kobieta pożyje jeszcze średnio 24-25 lat. 

60, 70-letnie kobiety są często bardzo aktywne. Dla mnie oburzające jest, że na uczelniach kobieta profesor w wieku 60 lat ma przechodzić na emeryturę, kiedy właśnie teraz może poświęcić nauce cały swój czas, ma odchowane dzieci i stabilizację życiową.

Antykomunista Duda przyjmie przysięgę od prokuratora Piotrowicza

Jak prezydent Kidawa-Błońska poradzi sobie Pani z kryzysem praworządności? Ma Pani konkretny pomysł?

Powinniśmy mieć w Polsce prawdziwego strażnika konstytucji. Przypomnę, że kryzys praworządności rozpoczął się od złamania przez obecnego prezydenta ustawy zasadniczej. Ułaskawił Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wyroku. Przyjął przysięgę od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych na miejsca już obsadzone.

Prezydent Duda jeżdżąc po powiatach występuje z płomiennymi mowami, że orzekający sędziowie są związani z komunistycznym reżimem, że są skorumpowani. I teraz będzie odbierać ślubowanie od komunistycznego prokuratora, Stanisława Piotrowicza?

Jak już wspomniałam,

nie użył weta, by zapobiec niszczeniu sądownictwa, bo nie jest prezydentem samodzielnym. Ja nigdy bym na to nie pozwoliła.

A konkretnie?

Przede wszystkim korzystanie z prezydenckich prerogatyw – weta i inicjatywy ustawodawczej.

Czy Andrzej Duda jest samodzielnym politykiem?

Nikt już nie ma złudzeń o choćby minimalnej samodzielności prezydenta Dudy. Jest nie tylko niesamodzielny, ale całkowicie skrępowany oczekiwaniem na partyjne wytyczne.

Nie potrafię wskazać jakiegokolwiek obszaru samodzielności pana prezydenta.

Ma instrumenty, z których nie korzysta, nie realizuje obietnic, bo te zarezerwowane są dla partii. Nie pomógł frankowiczom, choć obiecywał w czasie kampanii prezydenckiej wsparcie. Skapitulował w sferze bezpieczeństwa i obronności na rzecz ministra obrony narodowej.

Chciałam być premierem, chce być prezydentem

A Pani jest samodzielnym politykiem?

Oczywiście. Dlaczego Pani pyta?

Bo Grzegorz Schetyna…

Dlaczego Grzegorz Schetyna?

…wymyślił, że Pani będzie premierem.

Żeby zostać premierem, trzeba najpierw wygrać wybory.

To jak to było?

Grzegorz Schetyna zaproponował mi kandydowanie w wyborach parlamentarnych z Warszawy, a zgodnie z naszą tradycją lider listy w stolicy jest również kandydatem na Premiera. Te wybory były dla nas bardzo ważne i tu nie chodziło o czyjeś ambicje, ale o odpowiedzialność.

Chciała Pani być premierem?

Tak, chciałam się podjąć tej odpowiedzialności.

A prezydentem?

Tak, chcę. Wiem, że mogę zawalczyć o zwycięstwo w wyborach prezydenckich i wygrać. To byłby kolejny krok, po wygranej w Senacie, do zakończenia wszechwładzy jednej opcji politycznej, przywrócenia godności urzędu Prezydenta, a także początek powrotu do przestrzegania Konstytucji RP i stania na jej straży. Kiedy nie jedna, ale każdego dnia wiele osób zwraca się do mnie i mówi, że warto podjąć tę decyzję, wystartować w tych wyborach, oni pomogą, zrobią co w ich mocy, to nie można wobec takich oczekiwań przejść obojętnie.

Andrzej Duda chciał przeprowadzić referendum konstytucyjne. Co Pani o tym myśli?

I nic z tego nie wyszło. Żeby prowadzić dyskusję o zmianie konstytucji należy zacząć od jej przestrzegania. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Waszyngtonie, gdzie wyłożony dla wszystkich jest najważniejszy dla Amerykanów dokument – konstytucja. I wszyscy zjeżdżają się z całego kraju, by zobaczyć te pożółkłe karty.

Pamiętam najważniejsze w moim życiu referendum: za przystąpieniem do Unii Europejskiej i to przerażenie w sobotę [7 czerwca 2003 roku – red.], że jest tak bardzo niska frekwencja.

Dla nas było to spełnienie marzeń wielu pokoleń i bycia w europejskiej rodzinie. Tymczasem tego dnia dochodziły do nas sygnały, że frekwencja gwarantująca ważność referendum może nie zostać przekroczona. Pamiętam ten dzień i nie chciałabym sytuacji, gdy otworzy się furtka do instrumentalnego wykorzystywania referendum w zależności od zmiany partii rządzącej, czy po prostu politycznych motywacji.

Referenda mają uzasadnienie, jeśli ważą się sprawy fundamentalne z punktu widzenia państwa i obywateli. Kiedy waży się nasza dalsza przyszłość. W czasach szalejącego populizmu to może być groźne narzędzie. Brytyjczycy przeprowadzili referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i już następnego dnia obudzili się przerażeni jego wynikiem. Nie mogą się z tym uporać do dziś.

Kiedy Polacy mobilizują się w wyborach?

W stanach zagrożenia. Kiedy boją się, że mogą stracić coś dla nich ważnego.

Teraz mamy taki stan?

Tak, teraz mamy taki stan. Proszę spojrzeć na mobilizację przy wyborach parlamentarnych – bardzo wysoka frekwencja i poparcie dla partii opozycyjnych. Polacy zmobilizowali się też przy wyborach samorządowych. Pokazaliśmy, że doceniamy to, co daje nam samorządność.

Moim marzeniem jest, żeby Polacy chętnie brali udział w wyborach nie dlatego, że coś stracą, tylko dlatego, że chcą wybrać między jednym a drugim rozwiązaniem. Nie ze strachu.

Čaputová, Merkel, Thatcher

Co wybiorą, jeśli wybiorą Panią?

Wybiorą przywrócenie urzędowi Prezydenta RP powagi i należnej rangi. A przede wszystkim wybiorą prezydenta wszystkich Polek i Polaków.

Marzy mi się Polska otwarta, bezpieczna, z szacunkiem dla innych, z podkreśleniem różnorodności. Moja opowieść o Polsce to opowieść o Polsce różnorodnej. Chcę zatrzymać tę tendencję, którą obserwujemy od kilku lat, że rządzą nami ludzie z ambicjami na urządzanie nam wszystkim życia. Trzeba zagwarantować wolność i szansę rozwoju każdemu.

Kto Pani zdaniem w tej chwili w Polsce albo na świecie najbardziej czuje wyzwania, o których Pani mówiła? Kto panią inspiruje?

Jest kilka takich osób. Polityka się zmienia. Był czas mocnych, silnych mężczyzn. Teraz w polityce na pierwszy plan wychodzą kobiety. Jest Słowacja z Čaputovą, Chorwacja z Grabar-Kitarović, w krajach skandynawskich rządzi coraz więcej kobiet. Niosą ze sobą inny model prowadzenia polityki.

Jaki?

Spokojniejszy, co nie znaczy, że nie stanowczy. Te kobiety inaczej prowadzą politykę, nie wiecową, ale pozytywną, skupioną na zadaniach.

Zuzana Čaputová Panią inspiruje?

Tak, bardzo. To aktywistka społeczna, która przeciwstawiła się trucicielom środowiska. Wydawało się, że wygrana jej konkurenta w II turze jest pewna. Okazało się inaczej.

A Angela Merkel?

Angela Merkel, od lat najbardziej wpływowa kobieta świata. Z zaskoczeniem usłyszałam ostatnio, że zarzuca się jej brak charyzmy. Naprawdę nie jest charyzmatyczna?

Jest?

Jeżeli polityk przez tyle lat potrafi nie tylko rządzić swoim krajem, ale mieć ogromny wpływ na cały świat, to nie jest charyzmatyczny? Przecież ona była najbardziej wpływową kobietą w światowej polityce od wielu lat, może tylko Margaret Thatcher jej dorównuje. W trudnych i skomplikowanych dla jej kraju czasach Merkel potrafiła znaleźć sposób, by przekonać do siebie ludzi. Tylko my rozumiemy to „porywanie tłumów” w sposób bardziej ostentacyjny, dosłowny. Naszym wyzwaniem dzisiaj jest odbudowa wzajemnego zaufania. Jakiego rodzaju charyzmy potrzeba, by tego dokonać? Angela Merkel tyle osiągnęła, wszyscy ją szanują, to znaczy, że ona ma tę charyzmę, bo ludzie za nią poszli.

Była też bezwzględną graczką polityczną.

I bez płomiennych przemówień, widowiskowego, „charyzmatycznego” skakania po trybunie.

A w Polsce, kto Panią inspiruje? Kogo chciałaby Pani mieć w swojej drużynie?

Wielu polityków. Moja współpraca z Donaldem Tuskiem to ciekawe doświadczenie. Pokazał inny, odpowiedni na te czasy rodzaj uprawiania polityki.

Z europejskiej polityki interesuję się postacią Margaret Thatcher, choć nie wszystkie jej decyzje budzą mój entuzjazm.

Dlaczego?

Będę bardziej prospołeczna niż ona w tamtych czasach, nie odważyłabym się…

Nasłać uzbrojonych policjantów na górników?

…zamykać kopalń w taki sposób. Szukałabym innego rozwiązania, Anglicy jej to ciągle pamiętają. Oceniając z perspektywy czasu, zgadzam się większością komentatorów, że polityczne dokonania Margaret Thatcher są godne podziwu i wymagały odwagi.

Zasypywać podziały, budzić zaufanie

Co jest najważniejszym problemem w Polsce?

W sferze wspólnoty cierpimy na brak zaufania. Brakuje nam zaufania do innych, do instytucji, nie ma zaufania w Kościele, w szkole i innych sferach naszego życia.

Co może z tym zrobić prezydent?

Tu akurat dużo. Pokazać własnym przykładem, że można i należy przełamywać bariery, unikać dezawuowania przeciwników. Bez zaufania nic nie można stworzyć, jedynie zniszczyć.

Musimy zaufać też osobom, które dziś głosują na PiS?

Nikogo nie wolno wykluczać.

Mają swoje powody, żeby głosować na PiS?

Każdy może głosować na tę osobę, do której jest mu bliżej. PiS mówił do ludzi i o ludziach w inny sposób. Powody wyborów są różne, ale wykluczanie i dzielenie ludzi jest czymś złym. Polacy ciągle mają nadzieję, że wreszcie pojawi się ktoś, kto zacznie zasypywać te podziały.

Więcej Tuska >>>

Tusk: Obiecałem i tutaj w jakimś sensie pierwszeństwo będzie miała kobieta, bo obiecałem Kidawie-Błońskiej, że będę ją wspierał z całego serca, zanim pojawiła się kandydatura Jaśkowiaka

– Chyba rzeczywiście jednak ta pierwsza tura będzie tą formą realnych prawyborów i ważne jest, żeby ci, którzy nie chcą kontynuacji tej prezydentury, która momentami wydaje się – powiem brutalnie – karykaturą prezydentury przez tę nadzwyczajną zupełnie podległość prezydenta wobec PiS-u i prezesa Kaczyńskiego, więc tak czy inaczej z pełnym przekonanim zagłosuję w II turze z pełnym przekonaniem na kandydata opozycji i proponowałbym, żeby przyjąć oczywiście dla tej części, która podziela mój pogląd, żeby przyjąć tę zasadę jako oczywistą – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

– Jak wiemy, jesteśmy przed rozstrzygnięciem tej kwestii [kandydata PO] i nie chciałbym tu wpływać własnym publicznym sądem na ten temat. Nie jest to ucieczka od odpowiedzi na to pytanie. Jestem przekonany, że Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak mają, to są różne atuty, ale oboje mają poważne szanse żeby… Obiecałem i tutaj w jakimś sensie pierwszeństwo będzie miała kobieta, bo obiecałem Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, że będę ją wspierał z całego serca, zanim pojawiła się kandydatura Jacka Jaśkowiaka. Więc niestety nie będę w tym czasie w Polsce. Będę w Polsce, ale dopiero wieczorem tego samego dnia. Tak się ułożyły obowiązki, ale z równą satysfakcją przyjmę inny werdykt, bo znajduje dobre powody, żeby wspierać i Małgorzatę Kidawę-Błońską i prezydenta Jaśkowiaka w tych wyborach – mówił dalej.

W poniedziałek lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński „wylądował” w szpitalu w Otwocku. Z nieoficjalnych informacji zdobytych przez redakcję WP wynika, że prezes przeszedł zabieg wszczepienia endoprotezy w stawie kolanowym.

Pierwotnie zabieg miał odbyć się w styczniu, jednak Jarosław Kaczyński, ze względu na napięty harmonogram kampanijny, zdecydował się go przełożyć. Poważny zabieg wymaga parodniowego okresu rekonwalescencji, a na to lider PiS nie może sobie pozwolić…

Tymczasem do kolejnych wyborów – tym razem prezydenckich – jest jeszcze pół roku i być może szef PiS uznał, że czas pomyśleć o swoim zdrowiu.

Jak podaje dziennik „Fakt”, prezesa PiS około godziny 21:00 odwiedził minister zdrowia Łukasz Szumowski, gdzie podjechał rządową limuzyną, by spędzić tam około godziny. Niecodzienność tej sytuacji ściągnęła na głowę szefa resortu cała serię kpin i prześmiewczych komentarzy.

Z ostatniej chwili: Narodowe Kolano odwiedził w szpitalu Minister Zdrowia Łukasz Szumowski Przyszedł zapytać się co może zrobić dla Kolana” – zadrwił z miejsca internauta na Twitterze.

„Szumowski wie, że to w zasadzie jedna z nielicznych chwil, kiedy może dostać się do Prezesa na audiencje. Nie krytykujmy go za to” – apelują inni użytkownicy Twittera i z drwiną sugerują, iż „Szumowski przekonywał Kaczyńskiego, że w każdym szpitalu w Polsce każdy pacjent ma – jak prezes – do dyspozycji całe piętro, a w odwiedziny przyjeżdża przynajmniej naczelnik wydziału zdrowia z województwa”.

Nie od rzeczy jest też spostrzeżenie, iż „Kaczyński zawsze ucieka do szpitala jak jest afera w jego KAŚCIE tak było też w przypadku rodzin osób niepełnosprawnych. TCHÓRZ I EGOISTA” – komentuje internauta na Twitterze.