Kaczyński maczał palce w zastraszaniu sędziów

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień i długo wyczekiwanym odsunięciu prywatnych ambicji na dalszy plan, Prawo i Sprawiedliwość również przedstawiło swoją strategię na nadchodzący miesiąc, w czasie którego będzie starało się obronić swoje rządy i 13 października ponownie zdobyć co najmniej 231 głosów w Sejmie. W przeciwieństwie do lidera Koalicji Obywatelskiej, tym razem prezes Kaczyński nie tylko nie zostanie schowany przed opinią publiczną, ale stać się ma jedną z głównych twarzy kampanii. Naczelnym hasłem ma być “Dobry czas dla Polski”, a promowanym motywem wiarygodność ekipy Zjednoczonej Prawicy.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom i efektom szeregu działań Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat, to gołym okiem widać, że obóz rządzący zaliczył zdecydowanie więcej spektakularnych porażek, niż wielkich sukcesów. Co najgorsze dla centrali partyjnej na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, wiele tych niepowodzeń dotyczy kwestii fundamentalnych dla elektoratu PiS, takich jak powstanie z kolan na arenie międzynarodowej, bezpieczeństwo mieszkaniowe, tani i powszechny dostęp do lekarza i leków czy potrzeba władzy silnej i skutecznej. Na każdym z tych pól partia Jarosława Kaczyńskiego zawiodła, co w pewnym momencie przeważy szalę rozgoryczenia i rozczarowania.

Izolacja i marginalizacja pozycji Polski

W zasadzie trudno dziś wskazać choćby jeden realny sukces rządu Beaty Szydło lub Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej. Z powodu zapalczywości i głupiego uporu w kwestiach ideologicznych, Polska jest dziś na marginesie Unii Europejskiej, a o wejściu do twardego jądra decyzyjnego może już jedynie pomarzyć. Z prymusa europejskiej integracji staliśmy się czarną owcą, z liczącego się gracza – piątym kołem u wozu. Łamanie unijnej solidarności, demontaż systemu praworządności w sądach, popsute stosunki z sąsiadami i innymi wielkimi graczami – to wszystko znajduje się na słonym rachunku polityki PiS, zwłaszcza gdy dojdzie do powiązania budżetu unijnego z poziomem praworządności w kraju członkowskim. Postawiliśmy na ślepy sojusz z USA, które widząc służalczość i dyspozycyjność, wciskają nam kolejne “świetne interesy”, przy okazji dyktując polskiemu rządowi, jakie ustawy możemy przyjąć, a jakie należy jak najszybciej anulować. Wystarczy wspomnieć nowelizację ustawy o IPN czy ostatnio choćby kwestię podatku cyfrowego, którego porzucenie wprost polecił w ostatnich dniach wiceprezydent USA Mike Pence. Jedyne, co może jeszcze dawać pewną satysfakcję elektoratowi PiS, to deklarowany twardy kurs wobec putinowskiej Rosji, jednak jedynie do czasu, gdy widzowie TVP Info w końcu zauważą, że, cytując ministra Błaszczaka, współfinansujemy rosyjską ekspansje na byłe republiki radzieckie, kupując z okupowanych przez Rosję terenów węgiel na rekordową skalę.

Kasta sędziowska i sędziowie na telefon

Przebudowa wymiaru sprawiedliwości miała być jednym z najważniejszych celów strategii “dobrej zmiany”. Ostatnie tygodnie pokazały, że bezprecedensowa miotła kadrowa w polskich sądach i prokuraturach nie przyniosła efektu w postaci usprawnienia ich prac. Statystki w tych sprawach pokazują, że sądy działają wolniej, a na sprawiedliwość przed obliczem Temidy trzeba czekać jeszcze dłużej. Co gorsza, to co kilka lat temu było jedynie bulwersującą ciekawostką w sądach (prowokacja w sprawie sędziego Milewskiego znanego jako “sędzia na telefon”) dziś stało się normą, za sprawą wpuszczenia na szczyty kierownicze w strukturach wymiaru sprawiedliwości osób zdegenerowanych i całkowicie podporządkowanych ekipie rządowej. Screeny z komunikatorów internetowych pokazują istnienie w pełni zorganizowanego układu towarzyskiego, w którym uczestniczą nie tylko politycy i ich współpracownicy, ale i sędziowie, prokuratorzy czy członkowie Krajowej Rady Sądownictwa. Wykreowaną przez prawicowe media “nietykalną kastę” zastąpiła jak najbardziej realna, która mimo złapania za rękę dalej przekonuje, że system jest niezależny a ujawniona patologia tak naprawdę nie istnieje. Białe jest czarne? Jak najbardziej.

Gospodarczy regres

Mimo szumnych deklaracji stworzenia warunków do boomu inwestycyjnego w oparciu o innowacyjną gospodarkę, gospodarczo utrzymuje nas dziś w największym od lat stopniu konsumpcja indywidualna. Rząd wrzucił do gospodarki gigantyczne pieniądze, by stymulować popyt i zbierać większe wpływy z podatków. Inwestycje stoją, innowacji brak. Ani samochodów elektrycznych, ani grafenu, ani wykreowania choćby jednej globalnej marki. Symbolem upadku narracji o odbudowie polskiego przemysłu stoczniowego już na zawsze zostaną zardzewiała stępka pod prom, upadająca państwowa stocznia NAUTA czy ostatnio lodołamacz posklejany taśmą. Jeśli ktokolwiek zyskał finansowo na polityce gospodarczej rządu, to przede wszystkim prawicowe media, które mimo fatalnych wyników sprzedaży ciągle doją polski budżet ile wlezie.

Kaczyński przegrał z imposybilizmem…

Pokonanie barier biurokratycznych w celu uruchomienia skutecznego systemu państwowego budownictwa mieszkaniowego, znane pod nazwą programu “Mieszkanie Plus” to najbardziej spektakularna porażka Jarosława Kaczyńskiego. To miało być takie łatwe – państwo i samorządy przekazują ziemię, państwowy deweloper buduje, a ceny mieszkań są dostępne dla maluczkich. To miał być jedyny program ekipy Zjednoczonej Prawicy, w którym trzeba było faktycznie czegoś dokonać, z czymś wygrać, coś rozsądnego wymyślić. Tu nie wystarczyło po prostu rozdawać nieswoje pieniądze czy cofać trudne (ale potrzebne) decyzje poprzedników. To miał być dowód na to, że Kaczyński z imposybilizmem, trawiącym III RP wygra i pokaże, że “da się”. Nie dało się, klęska jest gigantyczna, program pozostaje atrapą. Bezpieczeństwo mieszkaniowe nadal jest iluzoryczne i oparte o kredyty hipoteczne.

… i pazernością swoich

Nie ma też nowej jakości w poziomie moralności nowych “elit”. Działacze partyjni czerpią z państwowego koryta tak, jak nikt nigdy wcześniej. Nagrody, premie, dotacje, wątpliwe operacje, wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Prokuratura instrumentalnie wykorzystywana do obrony swoich interesów, ginące dowody niekorzystne dla Beaty Szydło czy ostatnio wiceministra Piebiaka. Dziś każdy, kto wejdzie władzy w drogę, może stać się ofiarą totalnego państwa i jego organów. Schematy znane z filmowego “Układu zamkniętego” stały się dziś przerażającą rzeczywistością i w zasadzie niewiele można zrobić, bo system jest szczelny i bezlitosny. Kłamią, oszukują, kradną i wzajemnie się kryją, bo mogą i wiedzą, że pozostaną bezkarni. Są właśnie takim państwem, z jakim w kampanii w 2015 roku chcieli walczyć, pokazując je jako wypaczenie.

W 2015 roku PiS doszło do władzy, bo wykreowało u społeczeństwa wrażenie konieczności zmian na szczytach władzy. Dziś opozycja niestety nic takiego nie potrafi zaproponować, mimo iż powodów jest aż nadto. Stworzenie realnej alternatywy i pokazanie korzyści dla przeciętnego Kowalskiego z odsunięcia partii Kaczyńskiego od władzy to dziś podstawowe zadanie Koalicji Obywatelskiej i pozostałych bloków opozycyjnych. Bez tego będzie tylko gorzej, a opisane wyżej patologie tylko się nasilą. Warto się zastanowić, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie to wytrzymać.

„Jeśli prawdą jest, że CBA kupiło system Pegasus do nielegalnej inwigilacji obywateli, to mamy do czynienia z niebywałym skandalem sięgającym premiera i ministra-koordynatora, którzy musieli ten zakup akceptować” – powiedział płk Grzegorz Reszka, były wiceszef UOP i szef SKW. W artykule „System Pegasus – najbardziej niebezpieczne narzędzie do inwigilacji – jest w rękach CBA?”.

Płk Reszka wziął udział w dzisiejszym posiedzeniu zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Poświęcone ono było systemowi Pegasus.

„Używa się go dlatego, żeby inwigilować obywateli bez zgody sądu. W obecnym stanie prawnym te same informacje służby mogą uzyskać legalnie. Jeśli zakupiono system Pegasus, to dla nielegalnej inwigilacji bez pozostawienia śladów. Ja nie wierzę politykom PiS odpowiadającym za służby. Wielokrotnie ci ludzie udowodnili, że nie cenią wartości merytorycznych i profesjonalistów” – stwierdził płk. Reszka.

„Uwaga! To może być największa afera w historii obu rządów PiS. SrebrnaGate, AirKuchciński, a nawet TrollAfera Ministerstwa Sprawiedliwości to pikuś! Byłby to bowiem dowód na tworzenie w Polsce policji politycznej, która ma „wziąć za pysk” każdego, kto sprzeciwiłby się władzy!” – skomentował na Twitterze Adam Szejnfeld z PO. A jeden z internautów dodał: – „Bo wiadomo – każdy, kto nie zgadza się z władzą to wróg – jak w PRL”.

Po trzech dniach od rozpoczęcia budowy mostu pontonowego na Wiśle minister Mariusz Błaszczak ogłosił zakończenie budowy.

Podczas konferencji Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zapowiedział, że po wygranych wyborach na stanowisku premiera widzi Małgorzatę Kidawę-Błońską.

„Ludzie chcą kogoś, kto nie będzie zajmował się polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą. Kogoś, kto skoncentruje się na ludzkich sprawach. Im dłużej tego słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest tylko jedna taka osoba. I to właśnie ona powinna być naszym wspólnym kandydatem na stanowisko premiera” – uzasadniał swoja decyzję lider KO.

Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała: „Musimy wygrać, bo oczekują tego od nas PolacyNaprawdę wiemy, czego chcą. Nie chcą polityków, którzy zajmują się sobą. Chcą polityków, którzy wiedzą, jakimi oni są ludźmi, jakie mają marzenia, potrzeby, pragnienia (…) Polska jest warta tego, żeby była krajem bez nienawiści – podkreśliła kandydatka KO na premiera.

Kidawa-Błońska jest „nową jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Sejmu w okręgu warszawskim. W przeszłości szefowała warszawskim strukturom Platformy Obywatelskiej.

Dotychczasową wrocławską jedynkę byłą marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską – zastąpić ma Grzegorz Schetyna.

Reklamy

Kolejny ksiądz pedofil, Kuchciński zbój, bezprawie PiS

Katarzyna założyła profil na Facebooku i opisuje jak krzywdził ją Roman B. Do niedawna był jeszcze księdzem. Wystąpił ze stanu kapłańskiego po tym jak sprawa została nagłośniona przez media. Jako pierwsza historię ujawniła Justyna Kopińska w Dużym Formacie.

„Jest tu sama prawda, nawet jeśli przytłaczająca i męcząca, ale tak wygląda ta prawda. Tak wygląda moje życie. Przykro mi” – pisze Katarzyna. W kolejnych postach opowiada o tym jak przez dwa lata była więziona przez księdza Romana B.

Był bardzo agresywny. Ciagle zły. Nie podobało mu się wszystko, to jak siedzę, stoję, gdzie patrze. Wiecznie uważał, że go nie słucham. Kiedy przebywał w mieszkaniu ze mną na Rugiańskiej, nie wiedziałam, jak mam siedzieć, gdzie mam siedzieć, co mam ze sobą robić, żeby tylko nie był zły. Denerwowałam go sobą. Potrafił siedzieć na fotelu i czytać jakiś modlitewnik, po czym nagle potrafił podnieść głowę do góry i zaczynał na mnie krzyczeć, że mam się wynosić i to już, do drugiego pokoju, że mam zejść mu z oczu. Wstawałam i szłam bez słowa.

W tym mieszkaniu były dwa pokoje. Większy i mały, w którym on mieszkał jak był dzieckiem. Jego mama mieszkała w tym większym w którym ja przebywałam. W dużym pokoju było łóżko, szklany stół, fotel i meblościanka. Ogromnie długie, grube zasłony. Kazał mi je w większości mieć zasłonięte. 
Mała łazienka z wanną. Nienawidziłam się w niej kąpać zwłaszcza, kiedy był w tym mieszkaniu, bo zawsze siadał w łazience obok wanny i patrzył, jak się kąpie, czasami kazał mi powtarzać jedną czynność wiele razy i mówił mi, ile mogę nalać wody, z reguły mogłam tylko po kostki, żeby nie było dużych rachunków. Szybko robiło mi się zimno. Siedząc tak gadał różne głupoty. Któregoś razu dał mi maszynkę do golenia i powiedział, że mam go ogolić, tylko tak, żeby go nigdzie nie skaleczyć, pamiętam, że nie chciałam i tak się bałam, że ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam tej maszynki utrzymać. Nie potrafiłam zrobić tego tak, ja chciał ale też go nie skaleczyłam, na moje szczęście, bo zapewne bym dostała lanie.

Po takiej kąpieli mnie wycierał ręcznikiem i zaprowadzał do pokoju. Jeśli nie kąpał się tego dnia ze mną to szedł po mnie się kąpać i tak też było tego dnia. Podał leki i kazał się położyć do łóżka. Oprócz sutanny miał tylko kilka rzeczy. Bardzo mało. Praktycznie zawsze chodził w tym samym. Nigdy nie zapomnę niebieskiego polara. Miał go na sobie nawet w trakcie procesu Sądowego karnego, kiedy go przywozili z więzienia. Był obleśny. ohydny. Miał ohydny zapach potu. Nigdy też nie zapomnę jego ohydnych krótkich włosów i skóry, która mu się zawsze na tej głowie łuszczyła i używał do mycia głowy szamponu dla dzieci. Kiedy wrócił tego wieczoru z łazienki powiedział że chce mnie nasmarować całą oliwką i też to zrobił, robił to bardzo często. Tak samo często gwałcił mnie różnymi przedmiotami.

Noc była koszmarna ale nie chcę opisywać szczegółów, są zbyt drastyczne. Następnego dnia jak zwykle pojechał do Stargardu na msze a miał przynajmniej jedną dziennie do odprawienia albo w zależności od dnia miał zajęcia w szkole, w której uczył. W Katolickim Liceum . Ja idąc do łazienki zobaczyłam u siebie ja zwykle jakiegoś siniaka czy zadrapanie. Najbardziej nienawidziłam tych na twarzy. Kiedy zauważyłam, że takie mam to z reguły przez kilka dni nie spoglądałam w lusterko. Bałam się tego widoku. Kiedy mówiłam mu, że mam siniaka albo że coś mnie boli to mówił, że mogłam się nie bronić, tylko one pojawiały się również wtedy, kiedy się nie broniłam.

Pamiętam, jak złamał mi rękę i wróciliśmy do domu. Miałam wtedy założony gips, ta ręka tak potwornie bolała więc płakałam z bólu a on mówił, że mam nie przesadzać, że szybko się zagoi. Tak naprawdę on się cieszył, bo wiedział, że będę od niego zależna. Że ciężko będzie mi w pierwszych dniach cokolwiek samej zrobić, że będę musiała go o coś prosić a on to lubił, kiedy go prosiłam, i miał rację, nawet ubrać było mi się cieżko, więc prosiłam go o pomoc. Na tym gipsie napisał mi napis Markerem „ Bóg jest dobry”. Chce mi się rzygać jak sobie o tym przypomnę. I wiecznie włączał piosenkę -„ Mateo- przyjaciela mam”. Aż się teraz popłakałam jak sobie przypomniałam, ile razy kazał mi słuchać tej piosenki i jak często wtedy myślałam sobie, że nienawidzę Pana Boga za to co mi robi jego wysłannik, że ten cały jego Bóg nie istnieje, bo gdyby był to by mi się coś takiego nie stało. Jak było mi wtedy źle. To potwornie boli kiedy wracam myślami do tamtego czasu, kiedy leżałam na tym łóżku całe dnie z tym gipsem. Byłam taka mała, chuda, wystraszona, obolała, sama. Każda godzina trwała tam wieczność.

Często sobie zadaje pytanie, jak ja to wszystko przeżyłam?

Jest 23.00, słyszę jak idzie po klatce i przekręca się klucz w drzwiach. Kładzie na przedpokoju sutannę, ściąga koloratkę, przychodzi do pokoju i pyta: śpisz? (…) Przyszedł, położył się obok i gwałcił mnie kilka godzin z przerwami… Nie byłam w stanie się bronić, moje szarpanie, kopanie nic nie dawało a jedynie się wściekał i był jeszcze brutalniejszy. Ważyłam ok. 40 kg, a on ważył ponad 100 kg, miał 196 cm wzrostu, ja byłam małą dziewczynką. Rano wstał, ubrał się i pojechał na mszę którą miał na 6.00, zamknął drzwi…” – opowiada Katarzyna i dodaje: „Piszę o tym pierwszy raz w życiu publicznie i jest to dla mnie bardzo trudne”.

Kobieta pisze, że takich dni i nocy było wiele. Ksiądz gwałcił ją wielokrotnie, także różnymi przedmiotami. Zdarzało się, że ją głodził przez kilka dni nie przywożąc jedzenia. Powykręcał klamki z okien, by nie mogła wezwać pomocy.

Zmusił do aborcji

„Kiedy usiadłam, zaczął mnie wszędzie dotykać i powiedział: ‚Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz. Tylko nie mów, że jesteś w ciąży? Jeśli jesteś to albo usuniesz albo cię wywiozę za granicę’. (…) Potem zabrał do znajomej ginekolog. Weszliśmy do gabinetu, pani doktor kazała mi usiąść na fotelu, on stał obok. Podała mi jakiś lek i pamiętam dopiero moment jak obudziłam się na plebanii w Stargardzie, on siedział wtedy przy komputerze i coś pisał, a mnie tak bardzo bolało całe podbrzusze, miałam spodnie brudne od krwi. Zaczęłam płakać i mówiłam mu, że bardzo boli, że nie mogę wstać. Powiedział, że dostałam leki przeciwbólowe i ból minie. Długo później krwawiłam. Następnego dnia po aborcji dalej mnie gwałcił” – pisze Katarzyna.

I dodaje: „Nie pozwolił mi nawet odpocząć, nie pozwolił, żeby rany się zagoiły. To był taki ból, że myślałam, że umieram i chyba nawet chciałam umrzeć. To był moment w którym marzyłam, żeby mnie zamordował. Żebym nie musiała już cierpieć”.

Trauma na zawsze

Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło kilka lat. Katarzyna jest już dorosłą osobą, ale do tej pory walczy z traumą. Pomaga jej blog, którego niedawno zaczęła pisać: „Zabił mnie za życia, a dostał tak niski wyrok. Ktoś za wyłudzenie od kogoś pieniędzy albo kradzież czy cokolwiek innego dostaje więcej lat więzienia” .

„Nienawidzę siebie i swojego ciała. Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem nikim. Czuję się nikim. Zabił we mnie wszystko: dzieciństwo, pasje, marzenia, uśmiech, duszę, sens życia, życie. Zabił mnie za życia. Ja nie żyję. Ja wegetuję. Cierpię” – dzieli się swoimi emocjami kobieta. Przyznaje, że blog pokazał jej, iż nie jestem sama i otrzymuje dużo wsparcia od czytelników. Nadal ma jednak momenty załamania: „Staliście się dla mnie bardzo ważni i to dzięki temu blogowi i wam miałam motywację, żeby w ogóle wstać z łóżka. A spędziłam w nim większość życia. Pojawiło się jakiś sens, jakieś światło… Jednak nie dałam sobie rady. Przepraszam”.

Milion za krzywdy

17 września Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok niższej instancji, zgodnie z którym Towarzystwo Chrystusowe, do którego należał były już ksiądz Roman B., ma zapłacić milion złotych odszkodowania. Sąd przyznał także Katarzynie, która była gwałcona przez duchownego, dożywotnią rentę.

W 2008 r. ksiądz Roman B. wykorzystał trudną sytuację rodzinną pokrzywdzonej i namówił ją do opuszczenia rodzinnego domu. 13-letnia wówczas Katarzyna zamieszkała w internacie w innym mieście. Wtedy rozpoczął się jej dramat.

– To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego – mówiła podczas procesu.

Duchowny został prawomocnie skazany na cztery lata więzienia i otrzymał czteroletni zakaz wykonywania zawodów związanych z nauczaniem dzieci. Po wyjściu z więzienia ksiądz Roman trafił do domu księży emerytów prowadzonego przez Towarzystwo Chrystusowe w Puszczykowie. Od niedawna nie jest księdzem.

Jeśli prawdą są informacje, że z rządowych przelotów przysługujących wyłącznie czterem najważniejszym osobom w państwie korzystały same dzieci marszałka, sprawę powinny badać nie media, ale prokuratura.

Status lotów HEAD nadaje się lotom z prezydentem RP, marszałkiem Sejmu, marszałkiem Senatu i premierem. Nie mogą być to członkowie rodzin najważniejszych osób w państwie, chyba że towarzyszą VIP-owi w oficjalnej delegacji w której zaproszona jest np. małżonka marszałka czy premiera. 23 loty od stycznia do czerwca tego roku na linii Rzeszów-Warszawa oczywiście takimi delegacjami nie są, choć Kancelaria Sejmu usilnie stara się do tego nas przekonać.

Sprawa jest znacznie poważniejsza i nie dotyczy tylko ordynarnego nadużywania władzy przez marszałka, ale szeregu osób, które naginały prawo by spełnić jego życzenie lub rozkaz. Głowa samego marszałka, o której tak dużo mówi opozycja, nie wystarczy.

O tym że z wojskowego Gulfstreama G550 na lotnisku w rzeszowskiej Jesionce wysiadały czasem same dzieci marszałka mówią dziennikarzom oburzeni pracownicy, którzy obsługiwali te loty. Jeśli to prawda nie mówimy już o aferze wizerunkowej, ale o przestępstwie, za które grozi nawet osiem lat więzienia. Rodzinne loty o statusie lotów specjalnych nie mieszczą się w żadnych kanonach, a kwestia wysokich kosztów są najmniejszym z problemów.

Prokuratura powinna zbadać kto komu wydawał takie polecenia i czy fałszowano dokumenty wpisując lot HEAD marszałka Sejmu, z którego korzystała wyłącznie córka, 19-letni synowie czy żona? Dlaczego realizowano taki lot, łamiąc prawo i procedury? 15 tys. zł za 23 loty na linii Rzeszów-Warszawa według stawek PLL LOT mogą nie wystarczyć. 

Prokuratura powinna wezwać na świadków pracowników lotnisk, ochronę SOP, szefa tej formacji, dyrektora lotów wojskowych przy MON i zapytać jak zlecano taki lot, kto o tym decydował i kto był na pokładzie. Ważne byśmy się także dowiedzieli od kiedy rodzina Kuchcińskiego korzysta z takich przywilejów i czy 23 loty na tej linii nie były elementem większej całości.

Kiedy Bogdan Klich, minister obrony rządu PO-PSL latał wojskową CASĄ, choć mógł, do domu w Krakowie omal nie stracił stanowiska. Opozycja (PiS) chciała ukrzyżować premiera Donalda Tuska, że rządowym embrarerem podróżował (sam) do rodzinnego Gdańska na weekendy generując ogromne koszty. Tusk przesiadł się więc do rejsowych samolotów.

Jak widać rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wyniósł z tego żadnego morału dla siebie. Premier Beata Szydło do krakowskich Balic (najbliższe lotnisko do jej rodzinnych Brzeszcz) przylatywała wojskową CASĄ, będącą na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP, gdzie czekała na nią kolumna rządowego BOR z limuzynami. Dwa dni przed przylotem Szydło CASA przylatywała z pilotem i BOR w ramach tzw. oblotu komisyjnego, a więc sprawdzała warunki.

Sprawa wyszła na jaw po wypadku w Oświęcimiu, kiedy okazało się, że kierowca audi z Szydło na pokładzie, który uderzył w skręcające seicento ma przekroczony czas pracy. Z Warszawy funkcjonariusze BOR wyjechali już bowiem o 7 rano by czekać na premier Szydło w Balicach. Jak tłumaczyło nam wtedy Centrum Informacyjne Rządu samolot C-295, którym premier Szydło latała „jest wykorzystywany do przewozu VIP na podstawie przydzielonego limitu nalotu dyspozycyjnego ministra MON.

Przyciśnięta do muru KPRM podała, że w ciągu dwóch lat sprawowania urzędu Szydło skorzystała z CAS-y na loty do domu aż 77 razy. Godzina lotu CASĄ kosztuje 5,7 tys. złotych (dane za 2010 r.).

Kilka miesięcy później rząd PiS za pół miliarda złotych kupił dwa Gulfstreamy G550, którymi tak ochoczo lata dziś marszałek Sejmu z rodziną.

Po informacjach Radia ZET o tym, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał rządowymi samolotami wraz z rodziną, Jarosław Kaczyński prawdopodobnie zamierza skończyć z takimi incydentami raz na zawsze. W jaki sposób? – Uważamy, że trzeba się liczyć z oczekiwaniami społecznymi i w związku z tym zwróciłem się do ministra obrony i szefa Kancelarii Premiera, bo tutaj mogę działać tylko jako szef partii, ale poproszę o to także prezydenta, żeby zwrócił się do szefa swojej kancelarii, aby odpowiednie przepisy regulujące te sprawy zostały stworzone – wyjaśniał w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, w typowym dla siebie języku Kaczyński.

– Czyli żeby poza lotami służbowymi, jak w przypadku, gdy prezydent leci z pierwszą damą, w tych innych, nieformalnych okolicznościach, kiedy to rodzina korzysta z przelotu, żeby odpowiednia kwota o wartości ceny biletów rejsowych była płacona – dodał szef PiS.

Jarosław Kaczyński nie byłby jednak sobą, gdyby ze sprawy nie próbował zrobić oręża przeciw opozycji. – Podkreślam, że marszałek nie uczynił niczego, co byłoby sprzeczne z prawem albo z praktykami, które miały miejsce poprzednio – powiedział. Dodał, że poprzednie ekipy rządzące korzystały z lotów na pozór służbowych, „a w praktyce były to loty turystyczne”. Także wicepremier Jacek Sasin w rozmowie z Polsat News w poniedziałek zwrócił uwagę, że nie ma żadnych regulacji, które mówiłyby, kto i na jakich zasadach może latać z VIP-ami.

Tymczasem skarcony Kuchciński – zamiast podać się do dymisji – „w zamian” za 23 „rodzinne” loty wpłacił pieniądze na cele charytatywne: 5 tys. zł na Klinikę Budzik działającą przy Centrum Zdrowia Dziecka oraz 10 tys. zł na Caritas Polska.

Raczej trudno doszukać się w tym hojnym geście dobrowolności. Po prostu Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną.

Po raz kolejny „lekarstwem na kłopoty”, związane z nadużyciem stanowiska (słynne „nam się to po prostu należy”) staje się akcja charytatywna. Szlaki przetarł poprzedni skład rządu PiS, pod batutą Beaty Szydło. Takie pomysły sprawiają, że sfera życia publicznego w Polsce coraz bardziej osuwa się w rejony religijno-metafizyczne, które z nowoczesnym funkcjonowaniem państwa mają raczej mało wspólnego.

Sąd nakazał ujawnienie list poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. Decyzji sprzeciwił się PiSowski przewodniczący Urzędu Ochrony Danych Osobowych – Jan Nowak.

UODO – przed udostępnieniem nazwisk kandydatów – chce sprawdzić, czy upublicznienie danych sędziów jest zgodne z obowiązującą ustawą o ochronie danych osobowych i ustawodawstwem Unii Europejskiej. Kancelaria Sejmu do czasu zbadania sprawy przez UODO, nie może upublicznić list.

Pismo UODO wpłynęło do Kancelarii Sejmu w dniu 29 maja br. „Postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zostało wydane w związku z postępowaniem wszczętym przez Prezesa z urzędu na podstawie nowej ustawy o ochronie danych osobowych, która weszła w życie 25 maja 2018 r. Tego samego dnia zaczęło też obowiązywać unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO)” – czytamy w piśmie opublikowanym na stronie Centrum Informacyjnego Sejmu.

Postanowienie UODO ma charakter tymczasowy i obowiązuje jedynie do czasu wydania decyzji kończącej w tej sprawie. „Kancelaria Sejmu będzie oczekiwać na wydanie przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych ostatecznej decyzji o dopuszczalności ujawnienia danych osobowych sędziów” – dowiadujemy się z oficjalnej strony Sejmu RP.

Jeszcze wczoraj, dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka deklarował, że nazwiska kandydatów do KRS ogłoszone zostaną 30 lipca. Jak widać, przyjdzie nam jeszcze na to poczekać.

Kancelaria Sejmu nie ujawni list poparcia dla kandydatów do neo-KRS mimo wyroku NSA sprzed dwóch tygodni. Z kłopotu wybawił ją Jan Nowak, wieloletni polityk i radny PiS, od kwietnia prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

To kolejna odsłona bitwy o ujawnienie list poparcia, które muszą być mocno kompromitujące, skoro PiS broni ich jak niepodległości. Tym bardziej że wybory za pasem.

Strasburg zajmie się sędziami usuniętymi z KRS

Polityk PiS chce być supersądem

Gry polityczne, żeby nie wiem jak żenujące, to nic szczególnego. W tej sprawie mamy jednak rzecz wyjątkową: oto organ państwa uznaje się za uprawniony do zbadania legalności prawomocnego wyroku sądu. Wbrew konstytucji i wszelkim międzynarodowym standardom.

„29 lipca 2019 r. do Kancelarii Sejmu wpłynęło postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zobowiązujące Kancelarię Sejmu do powstrzymania się od upublicznienia lub udostępnienia w jakiejkolwiek formie danych osobowych sędziów, zawartych w wykazach osób popierających zgłoszenia kandydatów do KRS” – poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu.

Prezes Nowak nie powołuje się na żaden przepis pozwalający UODO badać legalność sądowych wyroków. Swoje kompetencje wywodzi z tego, że zajmuje się ochroną danych i wykonaniem unijnego rozporządzenia RODO. Tyle że zgodność ujawnienia list z tym prawem badały już i wojewódzki, i Naczelny Sąd Administracyjny. UODO nie jest żadnym supersądem czy kolejną instancją w tej sprawie. Podlega wyrokom sądów jak każdy organ i każdy obywatel. Jeśli chciał wyrazić przed sądami swoje zdanie w tej sprawie – wystarczyło zgłosić opinię przyjaciela sądu. Ale sąd tą opinią nie byłby związany, bo prawo mówi, że sąd jest „najwyższym biegłym”.

Prezydent Duda: Sądy mają robić, „co ludzie chcą”

Szydło, Duda i Nowak

UODO jest już trzecim w czteroletnich rządach PiS organem, który uznaje się za uprawniony do badania ostatecznych orzeczeń sądów. Pierwsza była premier Beata Szydło, która uznała kilkanaście wyroków Trybunału Konstytucyjnego za niewiążące „opinie wydane przy kawie i ciasteczkach” i odmówiła ich publikacji. Potem prezydent Andrzej Duda zignorował prawomocne postanowienia NSA wstrzymujące nominacje sędziów do Sądu Najwyższego. Teraz Jan Nowak odpowiada na oczekiwanie swojej partii i będzie badał wyrok NSA. Prawdopodobnie przynajmniej do wyborów.

Można, oczywiście, złożyć doniesienie do prokuratury o przekroczeniu uprawnień przez UODO i niedopełnieniu obowiązków przez marszałka Sejmu, ale prokuratura zrobi z tym to, co każe partia rządząca, czego nie raz już dała dowody. Odtworzyliśmy PRL, z fasadowością jego instytucji kontrolnych i partyjną nomenklaturą posadowioną na strategicznych lub/i intratnych stanowiskach.

Jest jeszcze możliwość zaskarżenia przepisu ustawy o dostępie do informacji publicznej, na którym oparł się NSA, do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Tam zaś też się zejdzie. Wreszcie TK uchyli przepis, jak było z przepisem kodeksu wykroczeń, na podstawie którego łódzkiego drukarza uznano winnym bezzasadnej odmowy usługi. Albo go odpowiednio zinterpretuje. A wtedy Kancelaria Sejmu wniesie do sądu sprawę list na nowo, wskazując, że znikła podstawa prawna wyroku.

Trybunał Sprawiedliwości: Polskie przepisy sprzeczne z prawem Unii

Nadzieja w sygnalistach

Listy poznamy, jeśli znajdzie się jakiś sygnalista, który je ujawni. I narazi się na odpowiedzialność karną, bo w Polsce prawo nie chroni sygnalistów.

Zasada: „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”, po raz kolejny się sprawdza. Prawo pięści przed prawem stanowionym. Bezprawie ubrane w kostium prawa.

Zamordyzm PiS coraz bliżej

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Kto tak śmierdzi w Polsce?

Co tak w Polsce śmierdzi?

Prezes PiS Jarosław Kaczyński pozywa Platformę Obywatelską i jej posłów za łączenie go z aferą dotyczącą spółki Srebrna. – Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza, a Marcin Kierwiński dodaje: – Panie prezesie Kaczyński, jest pan jednym z obywateli tego państwa i obowiązuje pana to samo prawo, co innych obywateli.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie spodobało się to, że posłowie opozycji dopytywali o jego powiązania ze spółką Srebrna i aferą dotyczącą budowy dwóch wież w Warszawie.

Pozew dotyczy zarówno Platformy Obywatelskiej, jak i poszczególnych posłów – Krzysztofa Brejzy, Cezarego Tomczyka i Marcina Kierwińskiego. Chodzi o ochronę dóbr osobistych.

– Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza. – Będziemy pytać o to imperium, o oligarchię, która uwłaszczyła się na majątku publicznym poprzez spółkę Srebrną. Będziemy pytać o ten biznes deweloperski, interes życia Jarosława Kaczyńskiego, o szczegóły negocjacji z biznesmenem austriackim, i będziemy pytać, co w biurze partii robił prezes banku – dodaje Krzysztof Brejza.

Kilka pytań opozycji

Posłowie opozycji sprawę pozwu Kaczyńskiego chcą wykorzystać, aby zmusić prezesa do stawienia się w sądzie i odpowiedzenia na pytania odnośnie do Srebrnej i działalności biznesowej prezesa PiS-u. Do tej pory prokurator Renata Śpiewak, która zajmuje się sprawą Geralda Birgfellnera, nie zdecydowała się na przesłuchanie prezesa PiS.

– Składamy wniosek o to, aby to pan stawił się przed sądem i skorzystamy z tego pozwu, żeby spojrzeć panu prosto w oczy i żeby zadać kilka pytań o spółkę Srebrna, reklamy państwowych firm uruchomionych w supertrybie do spółki Forum, będziemy pytać o inwestora, całą sprawę oszustwa – dodaje Krzysztof Brejza.

– Przypomina się przysłowie: pokaż mi swojego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Dziś trzeba jasno powiedzieć, że całe państwo PiS zostało użyte po aferze spółki Srebrna, aby uderzyć w niezależnych dziennikarzy i posłów – mówi Cezary Tomczyk.

– Nie można pozwolić, żeby państwo prawa przerodziło się w państwo Prawa i Sprawiedliwości, bo to taka różnica, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. My musimy dziś stać po stronie prawa i po stronie zasad i nie możemy pozwolić na to, aby sprawa spółki Srebrna została zamieciona pod dywan – dodaje Tomczyk.

„Po ujawnieniu rozrostu aparatu kadrowego w ministerstwach jest i odp. z KPRM. 2015 – 583 pracowników / 56 funkcji kierowniczych. 2019 – 714 pracowników / 80 funkcji kierowniczych. Rząd – wielki, większy, największy…” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO udostępnił odpowiedź Kancelarii Premiera na jego pytanie o stan zatrudnienia na początku 2015 i 2019 roku.

Ten przerost zatrudnienia Kancelaria tłumaczy m.in. likwidacją Ministerstwa Skarbu, którego pracownicy przeszli do KPRM. A w związku z powstaniem Centrum Analiz Strategicznych i Narodowego Instytutu Wolności trzeba było zatrudnić nowych.

Klupa znaczy kupa.

„Jako prawnicy widzimy wszystkie błędy i niebezpieczeństwa tej ustawy. Jako obywatele nie możemy milczeć. Naszym obowiązkiem jest zaprotestować. Przyjęte rozwiązania pozostają w sprzeczności z przepisami Konstytucji RP i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Zrywają z tysiącletnim dorobkiem europejskiej kultury prawnej, zbliżając nas do obcych kulturowo systemów i filozofii karania praktykowanych w niektórych państwach azjatyckich” – napisali w liście do Andrzeja Dudy profesorowie prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni obecnego prezydenta. Pod listem podpisali się m.in. prof. Jan Widacki, prof. Andrzej Zoll, prof. Stanisław Waltoś prof. Andrzej Mączyński, prof. Piotr Kardas.

Sygnatariusze apelują, że Duda zawetował przegłosowaną w Sejmie i Senacie przez posłów PiS nowelizację Kodeksu karnego. – „W sytuacji, gdy ta zła ustawa została w sposób skandaliczny i bezrefleksyjny przyjęta przez parlament, tylko Pana weto może powstrzymać wejście jej w życie i wyrządzenie nieodwracalnych szkód społecznych, nieodwracalnych szkód poniesionych przez poszczególnych ludzi, szkód dla Polski” – napisali profesorowie.

Według profesorów, pisowska nowelizacja „cofa nas co najmniej o wiek”. – „Twórcy ustawy, poza kilkoma demagogicznymi, na ogół nieprawdziwymi hasłami, nie potrafili rzeczowo podać celu, jakiemu ta nowelizacja ma służyć ani co zmusza do jej wprowadzenia w tak wielkim pośpiechu. Jako prawnicy zdajemy sobie sprawę z wadliwości i społecznej szkodliwości wprowadzanych uregulowań, z kłamliwości jej publicznych uzasadnień. Tę ustawę uchwalano w niedopuszczalnym trybie, bez żadnej rzeczowej konsultacji, bez wysłuchania ekspertów, w warunkach paniki moralnej i silnych społecznych emocji” – stwierdzają sygnatariusze listu. Przypomnijmy, że Ziobro ujawnił swój projekt po emisji filmu braci Sekielskich, ale – jak zaznaczają prawnicy z UJ – nowelizacja Kodeksu karnego ma niewielki związek z karaniem księży pedofilów.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Wizyta Andrzeja Dudy z rodzinką w USA jest tematem numer jeden w ostatnich dniach. Jedni chwalą, drudzy ganią. Jedni głoszą sukces, inni szukają drugiego dna i podśmiewają się pod nosem. Jednak nie spotkanie panów A.D. i D.T. dzisiaj mnie zajmuje, ale pewna sprawa, która dzięki nim jakoś mi się wbiła do głowy i wyjść z niej nie chce. To ostro przyspieszony proces militaryzacji.

Zbrojenia, których jestem świadkiem, bardzo mnie niepokoją. Każdy, kto dobrze zna historię, rozumie, że to nic nowego. Mechanizm jest niezwykle powtarzalny i prosty. Najpierw straszy się naród, przekonuje, że jest niedoceniany, inni chcą go wykorzystać i w każdej chwili grozi nam jakiś bliżej niesprecyzowany atak. Następny krok to właśnie ładowanie olbrzymiej kasy w modernizację armii, jakieś organizacyjne roszady w wojsku, szukanie pewnego sojusznika, który nas obroni, tworzenie nowych struktur „wojskowopodobnych”. Oczywiście, towarzyszy temu zjawisko narastających pretensji do całego świata, a właściwie konkretnych państw, a na sile przybiera też postawa roszczeniowa. Dodajmy do tego jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy i skupienie się na archaicznym patriotyzmie, który ma przekonać do wyższości narodu nad innymi. Jeśli nie znajdzie się jakaś mądra głowa, która skutecznie swoim autorytetem i siłą pokojowych argumentów, powstrzyma takie działania, to świetnie wiemy, czym one mogą się zakończyć. Nawet nie muszę o tym wspominać, prawda?

– „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. Jeśli się rozejrzymy po własnym podwórku, to trzeba przyznać, że te słowa brzmią bardzo znajomo. Jednak muszę was zaskoczyć. To nie prezes, to wypowiedź Hermanna Göringa podczas procesu w Norymberdze.

Ta nasza droga z czołgiem z przodu i karabinem pod pachą zaczęła się dość niewinnie i początkowo nikt nie przykładał do tego specjalnej wagi, tylko uśmiechał się pobłażliwie i pukał w czoło. Ot, prezes partii rządzącej bąknął kilka razy coś o wrogach i wydawałoby się, że koniec tematu. Jednak z czasem rozpoczęło się istne szaleństwo. Okazało się, że Polacy chętnie kupują podawany im na tacy strach przed Rosją, Niemcami i innymi „złymi”, którzy tylko czyhają gdzieś w ciemnych zakamarkach na odpowiedni moment, by nas zaatakować, zgnębić, podbić, zniszczyć. Poszli jak lep na muchy, nie zdając sobie nawet sprawy, że ten temat w retoryce PiS to nic innego, jak zwykła manipulacja. Partia rozkręciła się na całego, atakując nas z każdej możliwej strony newsami o wrogach, którzy czają się wszędzie, więc musimy biegiem się zmilitaryzować, poprawić stan polskiej armii i być gotowi na najgorsze. Lud coraz bardziej przestraszony, włos mu się jeży z przerażenia i ma narastającą obsesję na punkcie zagrożenia państwowości. Przestaje już łapać, że to jakaś wielka imaginacja rodem z krainy fantasy i z wielką wdzięcznością zapatrzony jest w prezesa, premiera, prezydenta i resztę, którzy nie dadzą nas przecież skrzywdzić, nie oddadzą Polski, obronią nas, zapewnią bezpieczeństwo.

Kiedy naród jest już odpowiednio ustawiony, naładowany patriotyzmem i poczuciem misji dziejowej, PiS wchodzi w kolejny etap, czyli właśnie w tę nieszczęsną militaryzację. Już w lutym 2018 roku było wiadomo, że Polska wydaje procentowo w stosunku do swojego PKB najwięcej na zbrojenia ze wszystkich krajów NATO w Europie. Tylko w tym roku państwo przeznaczy na obronność 44 mld 674 mln zł. Antoni Macierewicz ze swoją obsesją wziął się ostro do roboty w MON – rozwalił, co się dało, tu zawalił jakiś przetarg, tam się wycofał z już gotowej umowy, władował miliony w twór zwany WOT, wymyślił klasy wojskowe w każdym powiecie i rach-ciach, a nowa armia w nowej odsłonie, uzbrojona po zęby stała się wizytówką pisowskiej Polski. To znaczy miała się stać, bo chwilowo przypomina to jeden wielki miszmasz. Jego dzieło kontynuuje z wdziękiem, choć totalnym brakiem kompetencji, Mariusz Błaszczak i tak sobie idziemy w kierunku uzbrojenia po zęby. Na każdym kroku demonstrujemy siłę militarną, która wciąż jest kolosem na glinianych nogach, ale co tam. Ważne, że jeszcze trochę i będziemy zwarci i gotowi, by odeprzeć każdy atak, by poradzić sobie z każdym wrogiem.

PiS-owi udało się też zdobyć nie byle jakiego sojusznika. Faceta, któremu zupełnie nie przeszkadza pisowski populizm, łamanie zasad demokracji, dążenie do autorytaryzmu w najczystszej postaci. I to właśnie z nim Andrzej Duda świętuje teraz przyjaźń, podpisuje różne umowy. Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Polska to niezła krowa dojna dla USA. Nie dość, że korzystamy już z dostaw amerykańskiego nierentownego gazu łupkowego, którego nikt na świecie nie chce kupować z uwagi na wysokie ceny wydobycia i transportu, zapewniamy dochody amerykańskim firmom wydobywczym w zamian za obietnicę, że Trump wspomoże naszą walkę z Nordstream 2, to teraz będziemy bulić jak za zboże za stacjonowanie większych sił amerykańskich w Polsce. Daliśmy się nieźle wkręcić, stając przeciwko jednolitej i solidarnej polityce UE. Wybraliśmy antyunijnego Trumpa i zapewne w którymś momencie solidnie za to zapłacimy. Ale czy to ważne dla pisowskiej władzy? Skąd… ważne, że będziemy mieć amerykańskich żołnierzy, jakieś tam rakiety, śmigłowce, działa i pewność, że im więcej kasy na nie wydamy, tym bardziej Trump będzie nas kochał.

Przyglądam się polityce PiS i nie wiem, do czego tak naprawdę ta militaryzacja ma nas zaprowadzić. Zrozumiałabym, gdyby te działania miały być zgodne z zasadą, że państwo musi pokazać swoją siłę, gdy chce rozmawiać o pokoju, ale w tym przypadku widzę tylko same zbrojenie się, a co z chęcią utrzymania porozumienia i pokojowego rozwiązywania problemów? Przez te już prawie 4 lata rządów PiS nie zauważyłam, by ta partia potrafiła, a nawet chciała rozmawiać z państwami, z którymi nie zawsze nam po drodze. Mało tego, czasami odnoszę wrażenie, że PiS jest coraz bardziej nastawiony na konfrontację.

Ktoś mi więc może wyjaśni, o co chodzi? Czy to tylko jakaś sztuka dla sztuki, pozorowanie potęgi, prymitywna fanfaronada czy najzwyklejsze lekceważenie polityki, której celem jest utrzymanie bezpieczeństwa światowego? Czym to się dla nas skończy?

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>