Macierewicz, Morawiecki, Jolanta Turczynowicz-Kieryłło i pisowska codzienna nieprawość

Za rządów PiS wszystko się waży. Ważą się losy Polski, niestety Kaczyński i jego ancymonki (mitoman Morawiecki i złamany Duda) działają na szkodę kraju, obywateli.

Nie mają wizji. Pieprzą o niej, bo wizją nie jest przekupswo (rozdawnictwo), niektórzy niedorobieni intelektualnie dziennikarze nazywają to transferem. Nasi durnie nie mają za wiele wiedzy, to typowo polskie niedoróbki, jakich przez dzieje mieliśmy nadto.

PiS to partia koryta i załatwiania kompleksów. Kaczyński zaś mentalny – nie tylko fizyczny – kurdupel. Świetnie te barachło ujął Zbigniew Herbert (Potęga smaku).

Morawiecki – mitoman, jako się rzekło – negocjuje budżet Unii Europejskiej. Ponoć jest w stanie oddać 100 mld za to, aby Bruksela nie przyczepiała się do praworządności ( istocie bezprawie) pisowskiego w Polsce.

Skończy się, jak to ancymonki potrafią: odda 100 mld, a TSUE weźmie się tym kurduplowatym autokratom do dupy.

A tak poza tym PiS czyni swoje idiotyzmy. Chory człowiek Macierewicz wraca na tapetę. Tak jak on przekazuje swoją wodę z mózgu elektoratowi PiS nikt nie potrafi, zbliża się kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, za którą odpowiada Lech Kaczyński, byle jakie xero Jarosława.

Szefowa sztabu Dudy Turczynowicz-Kieryłło to kobieta słup, mentalnie zacofana (inaczej nie może być, aby wdać się w interesy polityczne z Dudą), a przy tym kobieta piękna, przynajmniej jak na mój gust.

Kogoś tam pogryzła ta pani. Mniejsza o zgryz, ale gdy ona się odezwie to gryzie nie tylko demokracje, ale i rozum. Niedokształcona w literaturze i w tym, co czyni nas interesującymi (bądź nie) osobowościowo.

Był palec Lichockiej, jest sobaka Dudy.

OKO.PRESS Z BRUKSELI. W piątek 21 lutego, w drugim dniu negocjacji nowego budżetu Unii Europejskiej, liderzy państw nie zdołali wypracować porozumienia. Po zaledwie 30 minutach rozmów i przy braku szans na konsensus, głowy państw przerwały nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej. Polska w gronie państw sprzeciwiających się budżetowym cięciom.

Więcej jak mitoman Morawiecki walczy w Brukseli >>>

2,75 mln zł – tyle na swoje działania w 2020 roku dostanie podkomisja smoleńska. „Mają rozmach… Pan Antoni zapowiadał koniec, a tu kolejne miliony złotych w błoto” – komentuje dr Maciej Lasek, jeden z autorów raportu Millera, wyjaśniającego przyczyny katastrofy z 10 kwietnia. Zaś Antoni Macierewicz już zapowiada swój kolejny raport i przekręca fakty.

O zbuku Macierewiczu, który znowu żywi się naszymi milionami >>>

Sędziowie z Olsztyna, którzy postawili się nominatowi Ziobry Maciejowi Nawackiemu, dostają listy poparcia od innych sędziów. Wspiera ich Adam Strzembosz z grupą sędziów, którzy założyli „Solidarność” w sądach w PRL-u oraz duża grupa sędziów z Warszawy.

O walce sędziów o praworządność w kraju >>>

Zakrojone na ogromną skalę przeszukania w sprawie majątku Mariana Banasia tylko w drobnej części dotyczą słynnej kamienicy w Krakowie. Z informacji Onetu wynika, że śledczy wiążą sprawę szefa NIK z gigantycznym praniem pieniędzy — chodzi o ponad 5 mln zł.

Więcej o wojnie mafijnej w PiS >>>

Dzisiejsze działania wyglądają z jednej strony jak próba zastraszenia, a z drugiej jak jakiś rodzaj zemsty. Trudno założyć, że Marian Banaś przez tyle miesięcy nie zabezpieczył jakichś dokumentów, które miałyby o nim źle świadczyć, tym bardziej, że kwestia dotyczy nieprawidłowego oświadczenia majątkowego. Oczywiście, że to niedopuszczalne, że prezes NIK-u ma problem ze swoim oświadczeniem, ale środki, które są do tego teraz używane, są niewspółmierne. Prawdziwych przestępców, z twardymi zarzutami nie ściga się w ten sposób, że kilkudziesięciu agentów w tym samym czasie wchodzi do kilku mieszkań, zatrzymuje dzieci itd. To jest bezceremonialne psucie państwa w biały dzień i jestem przekonany, że to dopiero początek, a nie koniec – mówi Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO. – To wielka klęska PiS-u, także moralna, bo pokazuje, że nic z tego, co zapowiadali – ani wzmocnienie państwa, ani zasad elementarnej uczciwości – nie zostało wprowadzone. Przypomnę, że okazało się, że politycy PiS-u rabowali kontenery PCK, a pieniądze wykorzystywali na swoje cele lub kampanię wyborczą. To kompletne bankructwo moralne partii, która wyrosła na walce z domniemaną korupcją, a tymczasem wszystko jest na odwrót i to PiS jest korumpującym ugrupowaniem – dodaje.

Wywiad z Tomaszem Siemoniakiem tutaj >>>

Prezydent Duda wielokrotnie okazywał swoją tchórzliwą naturę. W sytuacjach, kiedy naprawdę potrzeba było podejmować decyzję, on uciekał, kierował sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. Na marginesie to pokazuje, jaką rolę pełni TK dziś. To organ przyboczny dla PiS-u, dla prezydenta, który wykonuje działania potrzebne władzy w danym momencie – mówi senator Marek Borowski. – Odnoszę wrażenie, że Kaczyński przestaje panować nad tą całą sytuacją. To już nie jest ten wszechmocny wezyr, który wszystkim steruje, a poszczególne części tego aparatu, który budował, zaczynają grać przeciwko sobie. To jest dość typowe dla autorytarnych reżimów, gdzie główny wódz słabnie – dodaje.

Wywiad z Markiem Borowskim tutaj >>>

– Obecny rząd żyje na koszt pierwszych 100 dni gabinetu premier Szydło i pierwszego rządu premiera Morawieckiego. Dokonane wówczas reformy, przyjęte ustawy na długo określiły sposób postrzegania tej władzy, wypracowały pewne stereotypy na jej temat – o 100 dniach drugiego rządu Mateusza Morawieckiego w rozmowie z Gazeta.pl opowiada politolog prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Wywiad Łukasza Rogojsza z prof. Chwedorukiem tutaj >>>

O Jolancie Turczynowicz-Kieryłło tutaj >>>

Ich ostatnią szansą na utrzymanie się przy korycie jest kontynuacja prezydentury Dudy. Jeśli Duda wygra, wołami ich się od władzy nie odciągnie.

A miało być tak pięknie. Zjednoczona Prawica wygrywa jedne wybory, potem kolejne. Wreszcie cała władza w ręce prezesa, Ziobry i spółki. Trzeba przyznać, że w 2015 roku byli oni świetnie przygotowani, by dorwać się do koryta i utrzymać się przy nim jak najdłużej

Esej Tamary Olszewskiej tutaj >>>

SKOK-i, dewastacje Kaczyńskiego i Bareja wg PiS

Pięć bitew o SKOK. Jak Bierecki, Kaczyński, Duda i politycy PiS blokowali nadzór nad Kasami

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością.

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację w Kasach i faktycznie uchronili setki tysięcy ludzi przed stratą oszczędności.

To także próba rozmycia afery związanej z korupcyjną propozycją złożoną Leszkowi Czarneckiemu przez Marka Ch., szefa KNF powołanego za rządów PiS. Rządzący chcą pokazać, że wprawdzie w ich obozie zdarzają się czarne owce, ale za rządów poprzedników, było ich jeszcze więcej (w KNF – siedem razy więcej!).

Ale nie damy PiS-owi, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Przypominamy, jak Bierecki i sprzyjający mu politycy – głównie z PiS – doprowadzili do tego, że przed laty SKOK-i zostały objęte wyłącznie nadzorem Krajowej SKOK (na której czele stał Bierecki) i jak przez kilkanaście lat blokowali wprowadzenie zewnętrznego, państwowego nadzoru nad kasami.

Prokuratura i Ziobro: nadzór KNF był spóźniony

6 grudnia 2018 roku szczecińska prokuratura wysłała funkcjonariuszy Centralnego Biuro Antykorupcyjnego, by o 06.00 rano zatrzymali siedmioro urzędników, którzy za rządów PO-PSL nadzorowali SKOK-i w Komisji Nadzoru Finansowego. Wśród nich – byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka i jego byłego zastępcę Wojciecha Kwaśniaka.

Śledczy zarzucili im, że zbyt późno podjęli działania nadzorcze w sprawie SKOK Wołomin i przez spóźnione wprowadzenie w tej Kasie zarządu komisarycznego doprowadzili do szkody przekraczającej 1,5 mld złotych.

Prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, na konferencji dotyczącej zatrzymań, powtarzał, że „to jest prawdziwa afera KNF” (w odróżnieniu od sprawy Marka Ch., byłego szefa KNF, powołanego za rządów PiS).

Cały tekst o SKOK-ach tutaj >>>

Kiedy Andrzej Duda wznosił podczas inauguracji Sejmu IX kadencji akty strzeliste do demokracji i dialogu, za fasadą szła ta sama destrukcyjna robota.

Próba zniesienia trzydziestokrotności, drastyczne podwyżki akcyzy na alkohol i papierosy, zrujnowanie Funduszu Rezerwy Demograficznej w związku z kiełbasą wyborczą dla emerytów, milczenie o sprawie Banasia.

Zadowolony z siebie premier dywagował o państwie dobrobytu, gdy nad gospodarką europejską znów gromadzą się chmury, a poważne inwestycje w Polsce stoją w miejscu. No ale od czasów rzecznika Jerzego Urbana wiadomo, że rząd się sam wyżywi, zwłaszcza że konfiturami ma teraz zarządzać pan Sasin.

O tym, że „wersal” – czyli szacunek dla przeciwników politycznych i dla prawa – w polityce polskiej się skończył, usłyszeliśmy już dawno temu od Andrzeja Leppera. Niszczenie demokracji zaczyna się od niszczenia praworządności i debaty politycznej, którą zastępuje słowotok i hejt.

Więcej >>>

Podczas kiedy premier Morawiecki wygłaszał triumfalne orędzie w Sejmie, wzrok mój padł na ogromny, sześcioszpaltowy tytuł w „Rzeczpospolitej”: „Czy powstanie Agencji Uzbrojenia opanuje CHAOS W ZBROJENIÓWCE” (podkreślenie – Pass.). Chaos w zbrojeniówce? Pierwsze słyszę. Przecież przemysł zbrojeniowy należy do najważniejszych gospodarczo i politycznie, to oczko w głowie każdego rządu. Jak to jest możliwe, że tam, gdzie wszystko jest pod kontrolą władzy, panuje chaos? Czy to wina Tuska?

Jak informuje poważna przecież gazeta, nie tak dawno utworzona Polska Grupa Zbrojeniowa wraz z Inspektoratem Uzbrojenia MON mają utworzyć nową Agencję Uzbrojenia. Kolejna reorganizacja na wielką skalę. Po co? Dlaczego? Czyżby zbrojeniówka dotychczas nie powstała z kolan? Dziennikarze Zbigniew Lentowicz i Marcin Piasecki wyjaśniają, że politycy związani z  szefem MON Mariuszem Błaszczakiem „nie chcą dopuścić do tego, by zbrojeniowy potentat był nadzorowany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych kierowane przez wicepremiera Jacka Sasina”. Nowa agencja będzie mogła zlecać produkcję na rzecz wojska bez przetargu.

Więcej >>>

W największej opozycyjnej partii rozpoczęła się procedura prezydenckich prawyborów, w których zmierzą się Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak. Ale nie tylko oni szykują się do walki o pozycję w partii.

Rozpoczynamy nowy etap polityki, który zakończy się zwycięstwem w wyborach – powiedział po piątkowym posiedzeniu zarządu PO Grzegorz Schetyna, ogłaszając jednocześnie, że w partii zaczyna się procedura prezydenckich prawyborów. Zarząd Platformy zatwierdził kandydatów: Małgorzatę Kidawę-Błońską i Jacka Jaśkowiaka.

Prawybory, czyli wreszcie emocje w PO

Los prawyborów wisiał na włosku do ostatniej chwili. Termin zgłoszeń kandydatów minął we wtorek o północy i do tego momentu jedyną oficjalnie zgłoszoną kandydatką była Kidawa-Błońska. Dopiero następnego dnia okazało się, że korespondencyjnie wpłynęło jeszcze zgłoszenie drugiego kandydata – prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka.

– Grzegorz Schetyna włożył w ostatnich dniach mnóstwo energii, żeby znaleźć kogoś, kto stanie do prawyborów. Długo namawiał Tomasza Grodzkiego, posłów, europosłów, a nawet kilku samorządowców – mówi „Polityce” poseł PO. – Te prawybory to był dla niego punkt honoru, wiedział, że jeśli się nie odbędą, to zostanie to uznane za jego osobistą porażkę – dodaje nasz rozmówca.

Start Jaśkowiaka był zaskoczeniem dla prawie wszystkich. Na pierwszym miejscu – dla Kidawy-Błońskiej, która wyraźnie niezadowolona komentowała, że wolałaby się o tym dowiedzieć od samego kandydata. Ale zdziwieni byli też inni, zwłaszcza przeciwnicy Schetyny, którzy mieli nadzieję szybko zacząć kampanię prezydencką i przeprowadzić jak najsprawniej wybory na przewodniczącego PO. Według relacji naszych rozmówców Kidawa-Błońska była tak zła na Schetynę, że rozważała wycofanie się ze startu. Nie zdecydowała się jednak na to, a zamiast tego postanowiła podobno walczyć z jeszcze większą determinacją.

Więcej >>>

Nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie? – zdawał się pytać prezes. Jednak tym razem ta buta to pozór. Kamuflaż. Wódz słabnie i wie o tym.

Wiele osób sądziło, że po porażce, jaką w gruncie rzeczy był dla PiS wynik wyborów, Jarosław Kaczyński złagodzi kurs. Po doświadczeniach nocy z czwartku na piątek są mocno zaskoczeni: jak to?!

Znów zobaczyli to samo szyderczo wykrzywione oblicze „dobrej zmiany”, które tak dobrze znają z minionej kadencji. Znów byli świadkami, jak zgraja kreatur prezesa bezceremonialnie przepycha na eksponowane stanowiska w państwie najgorsze szumowiny, pozbawiając oponentów jakiegokolwiek wpływu na sprawy publiczne.

W głosowaniu coś „nie stykło”? Moglibyśmy je przegrać? A cóż za problem, zagłosujemy jeszcze raz… Dobrze zapamiętajmy twarz Jarosława Kaczyńskiego, ten jego szyderczy uśmieszek szatniarza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie?

Pozornie uśmieszek i bezczelność była taka sama, jak w minionych czterech latach, kiedy „dobra zmiana” prezentowała butę i ignorowała każdy głos sprzeciwu. To była metoda Kaczyńskiego na radzenie sobie z oponentami.

W państwach praworządnych i demokratycznych władza musi się liczyć z opiniami opozycji i społeczeństwa, uwzględniając je w swoich działaniach. A Kaczyński demonstracyjnie się z nimi nie liczył. Przetrzymał falę wielkich demonstracji, przetrzymał oblężenie parlamentu, przetrzymał strajki niepełnosprawnych, nauczycieli i innych grup społecznych. Wyrobił w obywatelach przekonanie, że władza nie reaguje na nic, więc nie ma sensu protestować, bo to i tak nic nie da.

Na pierwszy rzut oka czwartkowa noc była ciągiem dalszym tego samego spektaklu. A jednak coś się zmieniło.

Kilka dni wcześniej uformowało się zdominowane przez opozycję prezydium Senatu, które już zapowiada powołanie komisji, mającej zbadać sprawki pisowskiego szefa NIK. Na początku tygodnia PiS musiał jak niepyszny wycofać się z planu zniesienia tzw. limitu 30-krotności w składkach ZUS. Expose premiera spotkało się z miażdżącą krytyką ze wszystkich stron. Koalicjanci się burzą i żądają większego udziału we władzy, biskupi domagają się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. I nawet Jacek Kurski musiał się wycofać z sylwestrowych planów TVP.

Wszystko to razem stwarza wrażenie słabości. Widać wyraźnie, że władza straciła pełną kontrolę nad sytuacją i w wielu kwestiach znalazła się w defensywie. I właśnie taki jest kontekst czwartkowego spektaklu w Sejmie.

W poprzednich czterech latach PiS demonstrował siłę, którą rzeczywiście posiadał. Teraz jednak demonstracja siły była kamuflażem, zasłoną dymną, mającą ukryć erozję władzy Kaczyńskiego. Prezes pilnie potrzebował takiego spektaklu, by podtrzymać entuzjazm i zmotywować swych żołnierzy. Autorytet, jakim się cieszy, jest bowiem pochodną przekonania jego wyznawców, że wódz nigdy się nie myli, nigdy nie przegrywa i prowadzi swój lud od jednego chwalebnego triumfu  do następnego. Tę wiarę trzeba w ludzie pisowskim podtrzymywać – i temu właśnie służył czwartkowy pokaz buty i szyderczy uśmieszek na twarzy wodza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie?

Otóż, zrobimy, panie prezesie. Wkrótce się pan przekona.

Morawiecki, Ziobro i wyrok TSUE

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oraz, pośrednio, Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak pisała w OKO.press Anna Wójcik, Trybunał polecił polskiemu SN, by ten zbadał niezależność nowej Izby za pomocą konkretnych kryteriów.

Premier nie skomentował wyroku wprost, choć z pewnością został o nim poinformowany, a exposé zaczęło się z 10-minutowym opóźnieniem. Skorzystał natomiast z okazji, by – po raz kolejny – wygłosić połajanki dla opozycji, która „donosi na Polskę do instytucji międzynarodowych” i bronić rządowych reform. Które – według niego – są tak niewinne, jak za zachodnią granicą.

Niby nic o wydarzeniach w Luksemburgu, a jednak.

Zahaczając o TSUE

„Niezawisłość jest bardzo ważna, ale ona nie oznacza braku odpowiedzialności. Podział władz, ale też ich równowaga. Demokratycznie wybrany parlament ma wpływ na obsadę sądów w każdym kraju. W USA, Francji, Hiszpanii, wszędzie. W Niemczech np. czynny polityk CDU został rok temu wybrany na wiceprezesa federalnego Trybunału Konstytucyjnego” – zapewniał Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera to jasne odniesienie do reformy Krajowej Rady Sądownictwa, której m.in. dotyczył dzisiejszy wyrok TSUE.

Po nowelizacji przeprowadzonej przez PiS 15 członków-sędziów Rady w marcu 2018 roku wybrali posłowie, a nie środowisko sędziowskie. Zdaniem licznych ekspertów prawnych doprowadzono tym samym do upolitycznienia Rady. Przez co nie jest ona w stanie skutecznie stać na straży niezawisłości sędziów.

Opinia KRS jest kluczowym elementem postępowań konkursowych na wszystkie stanowiska sędziowskie. Upolityczniona KRS to zatem upolitycznione sądy, w tym np. Izba Dyscyplinarna SN, której wszystkich członków powołano już po zmianach PiS.

Choć TSUE nie orzekł dziś wprost, czy Izba Dyscyplinarna spełnia wymagania niezależnego sądu, to nakazał Sądowi Najwyższemu zbadanie tej sprawy. Przedstawił szereg kryteriów, które musi spełniać sąd, by gwarantować obywatelom prawo do rzetelnego procesu.

Robimy to, co inni

Słowa premiera w exposé to echo ulubionego argumentu PiS, gdy trzeba bronić zamachu na sądy: polskie reformy niczym nie różnią się od rozwiązań funkcjonujących m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Kilkakrotnie demaskowaliśmy go w OKO.press.

Jak pisaliśmy, podobieństwo między ustawami Ziobry a systemem hiszpańskim jest pozorne. A Hiszpania, która dołuje w europejskich rankingach niezależności władzy sądowniczej, to niezbyt dobry wzór do naśladowania.

Przywołany przez Morawieckiego system niemiecki należy do najbardziej upolitycznionych w UE. Ale na korzyść Niemców działa długa tradycja, obecność opozycji w komisji rekrutacyjnej, opinia sędziów i dobry obyczaj. W Niemczech nie do pomyślenia jest na przykład, by do sądu wybrano kandydata bez doświadczenia i kompetencji.

Problemem, jak słusznie zauważyli międzynarodowi politycy, jest całokształt polskiej reformy, nie jej wyrwane z kontekstu elementy.

Przypomnijmy:

PiS upolityczniło KRS. Podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. Próbuje przejąć Sąd Najwyższy. Ściga sędziów, którzy ośmielą się krytykować te pomysły. Do tego dochodzi czystka w prokuraturze.

Żeby było „normalnie”

„Czy opozycja w tych krajach chodzi do instytucji międzynarodowych ze skargą, że tam nie ma praworządności? Nie. Bo oni rozumieją, że mocno szkodzi to ich krajom. Bardzo bym sobie życzył, żeby w Polsce było pod tym względem normalnie. Jak w dojrzałych krajach Zachodu. Nie osłabiajmy Polski, skarżąc się na nią, tylko razem Polskę wzmacniajmy” – apelował Morawiecki w exposé.

Premier zarzuca politykom opozycji, że „donosząc” unijnym instytucjom o posunięciach PiS, szkodzą własnemu krajowi. Ale do osłabienia pozycji Polski na świecie doprowadziły właśnie reformy sądownictwa partii Kaczyńskiego. To one zaowocowały m.in. rekordowym spadkiem oceny stanu polskiej demokracji w rankingu Freedom House.

Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie potwierdził, że próba przeprowadzenia czystki w sądach, była niezgodna z unijnym prawem. „Donosy” opozycji nie były zatem bezpodstawne.

Z Morawieckim nie zgadza się także większość polskiej opinii publicznej.

58 proc. badanych w najnowszym sondażu OKO.press odpowiedziało, że unijny Trybunał ma prawo zatrzymać „reformę” PiS, jeśli uzna, że narusza ona zasady UE. Przeciw było 1,7 raza mniej – 35 proc. Nawet wśród wyborców PiS 25 proc. daje takie prawo TSUE, wśród pozostałych osób aż 78 proc.

Poparcie dla działań Trybunału w Luksemburgu rośnie, a narracja PiS, powtórzona w exposé Morawieckiego, słabnie. Półtora roku temu „za” opowiedziało się 54 proc. respondentów. Wśród wyborców PiS było ich wyraźnie mniej niż dziś.

Mateusz Morawiecki jest baronem Münchausenem polskiej polityki. Jego specjalnością są różnego rodzaju niestworzone historie i zapowiedzi podlane patetycznym sosem. Kiedy się okazuje, że prawie nic nie zostało zrealizowane, płynnie przechodzi się do następnych wielkich zapowiedzi, obietnic i kolejnej porcji sosu – mówi OKO.press Marek Borowski

Pamiętam wypowiedzi premiera Morawieckiego sprzed kilku lat, gdy próbował zawładnąć umysłami Polaków, wygłaszając płomienne obietnice dotyczące wielkich projektów, które wprowadzą Polskę do świata innowacji i wprawią w zachwyt cały świat. Pamiętam auta elektryczne, promy, lukstorpedy, drony… Mieliśmy mieć też znaczący wzrost inwestycji w ciągu kilku lat i szybko doganiać średnią europejską, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca.

To były wspaniałe perspektywy i plany, problem w tym, że akurat te, które wymieniłem, nie zostały zrealizowane nawet w pięciu procentach. Mijają cztery lata rządów PiS, pan premier znów wychodzi na mównicę i nie mówi o tym słowa. Słyszymy za to o 9 tys. km linii kolejowych, którymi można opasać trzykrotnie polskie granice. Słyszymy o wielkiej transformacji z gospodarki papierowej do cyfrowej.

Państwo dobrobytu? Morawiecki kompromituje tę ideę

Gdybyśmy Mateusza Morawieckiego usłyszeli po raz pierwszy, pewnie robiłby jakieś wrażenie. Teraz rozczarowuje. Nie łączyłem z nim wielkich nadziei, ale myślałem, że stać go na więcej. Gdyby premier odniósł się także chociaż w paru słowach do rzeczy, które się nie udały, to by ociepliło jego wizerunek. Pokazałby, że stoi na czele rządu, który boryka się także z problemami. Ale nic takiego nie usłyszeliśmy.

Rząd Morawieckiego znów objawił się jako ekipa, który preferuje rozwiązania indywidualne, zaniedbując rozwiązania zbiorowe. Mamy 500 plus, bardzo ładnie, bardzo dobrze, ale przecież za 500 złotych żadna rodzina nie kupi dobrej edukacji i dobrego lekarza.

W państwie dobrobytu, o którym Morawiecki cały czas opowiadał, interes indywidualny jest równoważony z interesem grupowym, społecznym. Te zaniedbania, które mają miejsce w zdrowiu, w edukacji, w administracji publicznej, w polityce senioralnej, to zaniedbania dramatyczne, które ideę państwa dobrobytu kompromitują.

I co pan premier miał w tej sprawie do powiedzenia?

Jeśli chodzi o edukację, premier stwierdził, że przeznaczy na nią więcej pieniędzy. Z tym że chodzi raczej o pieniądze samorządów. Coś wspomniał o nauczycielach, że „inwestujemy w edukację”, co było tak śmieszne, że aż nie wierzyłem w to, co słyszę. Dowiedzieliśmy się też, że nauczyciele dostaną podwyżki w skali takiej jak sfera budżetowa – problem w tym, że nauczyciele spadli poniżej jakichkolwiek sensownych wskaźników płac i należą im się te podwyżki znacznie wyższe. Ze słów Morawieckiego wynika, że nic z tego nie będzie.

Zdrowie? Dramat. Pan premier, zwracam uwagę, już nie wspomniał, że Polska w ciągu czterech lat osiągnie pułap wydatków na ochronę zdrowia w wysokości 6 proc. w relacji do PKB. Stwierdził natomiast, że już bardzo dużo na zdrowie przeznaczyliśmy, a prawda jest taka, że w rzeczywistości wzrost jest minimalny, jeśli chodzi o stosunek do PKB.

Nie usłyszeliśmy też ani słowa, jak rząd chce sobie poradzić z problemem gigantycznego zadłużenia szpitali.

Puste słowa o zgodzie

A poza tym oczywiście praworządność w Polsce kwitnie, jesteśmy też w czołówce demokracji. Morawiecki powiedział też, że sądownictwo musi być niezawisłe, ale musi być też odpowiedzialne.

To mi przypomina taką tezę, którą słyszałem ponad 40 lat temu, że krytyka, jak najbardziej, jest dopuszczalna, ale musi być konstruktywna. Jeżeli krytyka będzie niekonstruktywna, to takich krytykantów my tutaj potraktujemy odpowiednio.

To pokazuje, jak bardzo pewne stereotypy peerelowskie są ciągle żywe i obecne w PiS. Sądownictwo ma być po prostu niezawisłe i koniec!

I wreszcie mieliśmy wyciąganie ręki do opozycji, w patetycznym sosie, że są pewne sprawy, że trzeba razem, że wspólnie. Jak trzeba razem i wspólnie, to już wysłuchaliśmy w exposé pana Antoniego Macierewicza jako marszałka seniora,  ale o to mniejsza.

Natomiast gdyby premier powiedział, że podejmie działania, by media publiczne stały się naprawdę mediami publicznymi, że to, co było do tej pory, teraz się skończy, to bym rozumiał, że wyciąga rękę. Bez tego jego słowa są puste. On swoje, prezes będzie swoje mówił, a Jacek Kurski swoje. Za chwilę pamięć o exposé przeminie i zderzymy się z rzeczywistością. I wtedy się okaże, że ile warte były te zapowiedzi.

Premier nie zająknął się również o tym, że mamy na świecie spowolnienie gospodarcze, powiedział natomiast, że chcemy utrzymać tempo wzrostu o 2, 3 pkt. proc. wyższe niż w Europie Zachodniej. Cóż, muszę powiedzieć, że to nie jest żaden ambitny program. Europa się będzie rozwijać w tempie, załóżmy, 1, 1,2, 1,3 proc. W takim wypadku polskie PKB będzie rosnąć ledwie o 3 proc. z kawałkiem.

Nie słyszymy już  także, że w dziesięć lat dogonimy Niemcy. Nie było zapowiedzi wzrostu poziomu inwestycji, bo premier już się zorientował, że to jest łatwy cel do krytyki. Wspomniał tylko o budżecie zrównoważonym – wspaniale, natomiast Morawiecki doskonale wie, że ten budżet jest zrównoważony jednorazowymi przychodami, a także sztuczkami księgowymi.

Zapewne trudno byłoby oczekiwać od premiera, by mówił, że jak będzie źle, to przytniemy to, czy tamto, ale widać było wyraźnie, że znacznie przycichło chwalenie się sukcesami polegającymi na szybkim tempie wzrostu.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Pan premier jest elokwentny, kocha poezję, odwoływanie się do ekonomistów, cytatów – od Norwida do Dmowskiego. A jeszcze przy okazji oczywiście postraszył LGBT i nowinkami z Zachodu. Znowu jakbym słyszał peerelowską propagandę. Na całym świecie te sprawy się zwyczajnie rozwiązuje, ale u nas? Wsi spokojna, wsi wesoła, my tu przedmurze chrześcijaństwa, gdzie absolutnie nie wpuścimy żadnych nowych prądów.

Zwłaszcza – jakżeby inaczej – przed nowinkami chronić będziemy dzieci. Gdy Morawiecki powiedział „kto podniesie rękę na nasze dzieci…”, to myślałem, że za chwilę usłyszymy „…tę rękę mu odrąbiemy”. Ale premier był łagodny i zamiast odrąbywania usłyszeliśmy, że się przeciwstawimy. Inna sprawa, że jak Morawiecki mówił o dzieciach, to każdemu muszą przyjść do głowy księża i problem pedofilii w Kościele. On oczywiście nie o tym myślał, zabrakło mu po prostu wyczucia.

Co właściwie orzekł europejski sąd? Jakie są skutki wyroku dla Izby Dyscyplinarnej i neo-KRS? Czy rację ma triumfujący Ziobro? Tłumaczy to wszystko sędzia TSUE Marek Safjan i ośmioro wybitnych ekspertów. Polecamy lekturę zwłaszcza rozczarowanym, że Luksemburg nie zmiażdżył „deformy sądów”

Niewątpliwie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wydany dziś (19 listopada) w odpowiedzi na pytania prejudycjalne zadane przez Izbę Pracy Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18) okazał się rozczarowaniem dla wszystkich, którzy oczekiwali, że Wielka Izba TSUE powtórzy miażdżącą krytykę Izby Dyscyplinarnej SN i KRS,  jaką w czerwcu wygłosił rzecznik generalny TSUE prof. Jewgienij Tanczew.

Tanczew ocenił wówczas wprost, że Krajowa Rada Sądownictwa i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna w SN nie spełniają wymogu skutecznej ochrony sądowej w rozumieniu prawa unijnego, o której mówi art. 19 ust.1 Traktatu o Unii Europejskiej i art. 47 Karty Praw Podstawowych UE.

TSUE nie poszedł tak daleko.

W wyroku z 19 listopada Trybunał zachował się podobnie jak w sprawie pytań prejudycjalnych zadanych przez sąd irlandzki (a dokładniej, przez sędzię Aileen Donnelly): przedstawił kryteria, na podstawie których to sąd krajowy ma ocenić, czy sąd, do którego odsyła sprawę, jest niezawisły i niezależny w rozumienia prawa unijnego.

O co pytał SN i co odpowiedział Trybunał

Izba Pracy SN zapytała TSUE, „czy niezawisłym i niezależnym sądem w rozumieniu prawa Unii Europejskiej jest sąd, który z uwagi na ustrojowy model jego ukształtowania oraz sposób działania, nie daje rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej?”.

Odpowiedź na to pytanie jest Izbie Pracy potrzebna, aby ocenić, czy sąd, do którego chce odesłać rozpatrywaną sprawę – czyli utworzona za rządów PiS Izba Dyscyplinarna SN – jest niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego.

Wielka Izba TSUE wydała wyrok, w którym nie odpowiedziała wprost na to pytanie, ale przedstawiła przekrojowe i szczegółowe kryteria tej oceny.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan podkreślił, że w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane przez sądy krajowe, TSUE podaje kryteria niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy, ale nie „wyręcza” sądu krajowego, w tym wypadku Izby Pracy SN, od dokonania samodzielnej oceny.

Pytania zadane przez Izbę Pracy SN nie dotyczyły wprost Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale w orzeczeniu TSUE są dwa nowatorskie elementy, które sprawiają, że Izba Dyscyplinarna SN ma jasne kryteria także oceny KRS.

Po pierwsze, TSUE orzekł, że istnieje relacja między niezawisłością sędziowską a mechanizmami wyłaniania kandydatów na sędziów. W Polsce w procesie wyłaniania kandydatów na sędziów kluczową rolę odgrywa Krajowa Rada Sądownictwa.

Po drugie, TSUE wskazuje, że należy dokonać oceny funkcjonowania całego systemu, który determinuje niezawisłość sądów. To znaczy, że przy ocenie organu, który wyłania sędziów (KRS), należy wziąć pod uwagę cały kontekst jego działania (cała analiza prof. Safjana w nagraniu Inicjatywy Wolne Sądy).

Piłka po polskiej stronie boiska, ale według europejskich zasad gry

Orzeczenie TSUE zostało z entuzjazmem przyjęte przez Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro:

„Bardzo dobre orzeczenie. Trybunał Sprawiedliwości orzekł to, czego się spodziewałem.

Czyli, że nie jest właściwy do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa i przesunął piłeczkę z powrotem na polskie podwórko”.

Nie sposób zweryfikować prawdziwości pierwszej części wypowiedzi ministra Ziobry, ponieważ nie wiadomo, jakie były jego przewidywania.

Druga część rozmija się z prawdą.

Owszem TSUE „przesunął piłeczkę na polskie podwórko” w tym sensie, że nie dokonał wprost oceny Izby Dyscyplinarnej SN i KRS.

Rozwijając metaforę Ziobry: piłka jest po polskiej stronie boiska, ale arbiter wyraźnie powiedział, że gra toczy się według europejskich reguł. I precyzyjnie je opisał.

Zupełnym wymysłem jest stwierdzenie, że Trybunał Sprawiedliwości powiedział,  że nie jest sądem właściwym do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa.

Przeciwnie, podkreślił, że kwestie niezawisłości i niezależności sądów są materią prawa europejskiego.

Tę kwestię wyjaśnia prof. Marek Safjan:

„TSUE potwierdził, że jest kompetentny do oceny sądownictwa w państwie członkowskim UE. Kwestie związane z niezależnością i niezawisłością sądów są objęte prawem europejskim, należą do materii traktatów i Karty Praw Podstawowych. To nie jest sprawa wewnętrzna prawa krajowego. To sprawa, która wymaga oceny na podstawie przepisów prawa unijnego.

Art. 2 Traktatu o UE, wskazujący na rządy prawa, zawiera zarazem wymagania odnośnie wymiaru sprawiedliwości.

TSUE mówi: to prawda, że każde państwo członkowskie zachowuje autonomię co do organizacji wymiaru sprawiedliwości, mechanizmów powoływania sędziów, trybu funkcjonowania sądów. Tych wyborów dokonuje państwo członkowskie. Ale owe wybory muszą być podporządkowane temu, by funkcjonowanie sądów zapewniało skuteczną ochronę praw jednostek.

Taką ochronę może zapewnić tylko niezawisłe sądownictwo i niezawiśli sędziowie. Stąd wywodzimy wymaganie dotyczące niezawisłości sądów.”

Luksemburski Trybunał podał szczegółowe kryteria oceny niezawisłości i niezależności sądów

TSUE w liczącym aż 172 paragrafy wyroku przedstawił przekrojowe, rozbudowane i szczegółowe kryteria, które musi wziąć pod uwagę sąd krajowy (czyli Izba Pracy SN) przy dokonywaniu oceny, czy odsyła sprawę do sądu spełniające wymogi niezależności i niezawisłości w rozumieniu prawa unijnego (Izba Dyscyplinarna SN).

Sednem wyroku TSUE jest to, że organizacja sądownictwa podlega ocenie pod względem wpływu na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów.

Co więcej, obowiązkiem sądów jest oceniać ten wpływ nie tylko na podstawie przepisów obowiązującego prawa, ale również tego, jak te przepisy są stosowane i jak rzeczywiście funkcjonują instytucje, które powinny stać na straży niezawisłych sądów.

Trybunał podał kryteria oceny KRS. „Wyrok instrukcyjny”

W komunikacie prasowym wydanym rano przez biuro Trybunału Sprawiedliwości UE położono nacisk na te elementy wyroku TSUE, które odnosiły się do kryteriów oceny przez Izbę Pracy SN sądu, do którego ta izba chce odesłać rozpatrywaną przez siebie sprawę czyli Izby Dyscyplinarnej SN.

Nie powinno to jednak przesłaniać kwestii kluczowej z punktu widzenia oceny stanu praworządności w Polsce: TSUE podał kryteria dotyczące organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Takim organem w Polsce jest Krajowa Rada Sądownictwa.

Prof. Marek Safjan:

„Wyrok na ogromne znaczenie. Zawiera podsumowanie wszystkich najważniejszych tez w orzecznictwie TSUE związanych z niezawisłością. Wskazuje też na pośrednie zagrożenia, jakie mogą wpływać na niezawisłość sędziowską. Te pośrednie zagrożenia są związane ze sposobem, trybem powoływania sędziów i funkcjonowania takiego organu, jakim w Polsce jest KRS.

TSUE mówi, że przesłanki związane z niezawisłością sędziowską mogą być zagrożone w sytuacji, gdy istnieją nieodpowiednie mechanizmy związane z powoływaniem sędziów, przede wszystkim chodzi tutaj o funkcjonowanie takiego ciała jak KRS.

Krajową Radę Sądownictwa Trybunał ocenia (w Motywach wyroku) jako instytucję niespełniającą – prawdopodobnie – pewnych przesłanek gwarantujących niezależność kandydatów powoływanych na podstawie opinii KRS. Ta ocena KRS będzie wymagała potwierdzenia przez Sąd Najwyższy. Ale istotne jest to, że TSUE dokładnie wskazał, jakie są najbardziej wątpliwe punkty w powołaniu i funkcjonowaniu KRS.”

Podobnie widzi to dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że KRS jako organ odpowiedzialny za nominacje sędziów jest objęta przez prawo unijne. Dał sądom wskazówki, jak oceniać takie organy. TSUE zasiał też ziarno niepokoju w ocenie funkcjonowania KRS w Polsce. Do tego orzekł, że proces nominowania sędziów nie może budzić w zewnętrznym obserwatorze wątpliwości, co do bezstronności i niezawisłości tak wybranego sądu”.

Prawniczka Maria Ejchart-Dubois z Inicjatywy Wolne Sądy podkreśla, że

„Trybunał Sprawiedliwości UE wydał dzisiaj wyrok instrukcyjny.

Określił standardy, jakie ma spełniać niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego sąd. Zrobił to w sposób przekrojowy i szczegółowy. TSUE orzekł m.in. jakie cechy powinien mieć organ opiniujący sędziów – takim organem w Polsce jest KRS. Czyli od tego momentu jest jasne, jakich według TSUE należy używać kryteriów do oceny KRS. Według kryteriów przedstawionych w wyroku TSUE, przy tej ocenie trzeba wziąć pod uwagę nie tylko okoliczności prawne, ale też faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Czyli sposób i okoliczności powołania, a także rzeczywiste funkcjonowanie KRS i sposób, w jaki wypełnia – bądź nie – konstytucyjnie powierzoną mu rolę stania na straży niezawisłości sądów w Polsce. To ma kolosalne znaczenie dla oceny KRS”.

Wyrok siódemkowy Izby Pracy SN. A może wcześniej?

Dr hab. Piotr Bogdanowicz, adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego precyzyjnie wskazał, że Trybunał Sprawiedliwości UE w punktach 140, 143, 144 i 145 wyroku podał pięć elementów kluczowych do oceny KRS. Są to:

  • skrócenie kadencji poprzedniej KRS przed terminem;
  • fakt, że członkowie KRS są z nadania politycznego,
  • nieprawidłowe powołanie KRS,
  • sposób funkcjonowania KRS oraz
  • brak skutecznej procedury odwoławczej od decyzji KRS.

Adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik, również z Inicjatywy Wolne Sądy, wskazuje na znaczenie wyroku dla organów państwa, ale też dla sędziów adwokatów w całej Europie. „Kryteria podane przez Trybunał Sprawiedliwości UE musi zastosować każdy sędzia, który ma wątpliwości, co do niezawisłości sądu, do którego odsyła sprawę. Adwokaci  w całej Europie będą świadomi konieczności przeprowadzenia takiego testu i na pewno będą to uwzględniać w strategiach procesowych, przy reprezentowaniu swoich klientek i klientów. To może wpłynąć na przebieg wielu spraw. Z punktu widzenia ochrony interesów obywateli najważniejsze jest jednak, aby Izba Pracy SN oceniła nie tylko Izbę Dyscyplinarną SN pod kątem niezależności, ale też organ biorący udział w procesie powoływania do Izby Dyscyplinarnej sędziów, czyli KRS.

Mam nadzieję, że Izba Pracy SN zdecyduje się powziąć uchwałę w składzie siedmiu sędziów, co sprawi, że ta uchwała będzie miała moc zasady prawnej i będzie obowiązywać wszystkie sądy.”

Adwokat Michał Wawrykiewicz, kolejny współtwórca Inicjatywy Wolne Sądy, który wraz z adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram reprezentował sędziego NSA, którego sprawa stała się dla Izby Pracy SN przyczynkiem do zadania pytań TSUE, uważa jednak, że sądy nie muszą czekać na „uchwałę siódemkową” SN, ponieważ wyroki TSUE są wykonywane niezwłocznie i obowiązują wszystkie organy polskiego państwa. Wawrykiewicz twierdzi, że

„już dziś na podstawie tego wyroku, organy polskiego państwa – w tym sądy i KRS –  powinny doprowadzić do wstrzymania orzekania przez sędziów, którzy zostali powołani z udziałem nowej KRS”.

Uzasadnienie lepsze niż komunikat. Pełne konkretów

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy poprzedniej KRS:

„Uzasadnienie wyroku jest bardzo precyzyjne, o wiele lepsze niż komunikat prasowy. W punkcie 143 wyroku TSUE wyraźnie wskazuje np., że nowa KRS została utworzona w drodze skrócenia czteroletniej kadencji poprzedniej KRS.

Ponadto, TSUE wskazuje, że sędziowie, którzy zasiadają obecnie w KRS, byli desygnowani przez organy władzy ustawodawczej.

TSUE zwrócił nawet uwagę na ewentualne nieprawidłowości, jakimi mogą być dotknięte procesy powoływania niektórych członków KRS.

TSUE wyraźnie wskazuje na zagadnienie utajniania list poparcia kandydatów do KRS. Kancelaria Sejmu ich nie publikuje pomimo wyroku NSA.

Oczywiście, sam wyrok każe sądowi pytającemu – czyli Izbie Pracy SN – ocenić wszystkie te przesłanki i ich wpływ na niezależność samej KRS. Kwestia niezależności KRS ma bezpośredni wpływ na prawidłowość wyborów sędziów izb SN, ale i sądów powszechnych, którzy zostali rekomendowani przez KRS”.

Jeżeli SN rozstrzygnie o statusie KRS w składzie rozszerzonym, składzie siedmiu sędziów, jego rozstrzygnięcie będzie miało moc zasady prawnej obowiązującej wszystkie składy sędziowskie w Polsce.

„Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach” – zwracał się do Morawieckiego Grzegorz Schetyna, wytykając mu kłamstwa i niespełnione obietnice. Władysław Kosiniak-Kamysz i Adrian Zandberg szachowali premiera własnymi projektami – o klimacie, równych płacach i emeryturach. Pytali, czy PiS je poprze.

Po expose premiera Morawieckiego usłyszeliśmy trzy wystąpienia polityków opozycji. Każde inne – nie tylko w treści. Obrazowały bowiem różne strategie różnych odłamów opozycji:

  • Grzegorz Schetyna mówił w imieniu klubu Koalicji Obywatelskiej.

Rząd Morawieckiego nazwał rządem kontynuacji i może dlatego przemówienie lidera PO też było przemówieniem kontynuacji – niezłomnej opozycji, która będzie bronić państwa prawa. Schetyna nazywał Morawieckiego kłamcą, wytykał niespełnione obietnice. Nie dowiedzieliśmy się wiele o tym, jaka jest kontrpropozycja KO.

Przemówienia liderów PSL i Lewicy roiły się od zapowiedzi projektów, które zgłoszą, w przemówieniu szefa PO takich deklaracji nie było. Zrobił to później Borys Budka, zapowiedział złożenie dwóch projektów – o bezpieczeństwie pieszych oraz in vitro.

  • Adrian Zandberg – to pierwsze wystąpienie polityka Lewicy z trybuny sejmowej w tej kadencji Sejmu.

Zrobiło wrażenie porównywalne z występem Zandberga w telewizyjnej debacie w 2015 roku. Dobitne, merytoryczne, wygłoszone z pasją. Komentatorzy pisali o „expose Zandberga” albo o „kontrexpose”.

Polityk Lewicy odniósł się bowiem niemal do wszystkich obszarów, w których wcześniej coś obiecywał Morawiecki. I odpowiadał kontrpropozycjami. Siła jego krytyki nie polegała na epitetach, ale na pokazaniu możliwych rozwiązań problemów społecznych, które PiS pomija.

I na łapaniu PiS za słowo: „Jesteście tacy prospołeczni? To zobaczmy, czy poprzecie prospołeczne ustawy Lewicy. „Przemówienie na miarę kandydata w wyborach prezydenckich?” – pytali dziennikarze.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz – tu też komentowano, że szef PSL wygłosił przemówienie prezydenckie.

Silne nie tyle szczegółowością krytyki, ile próbą budowania porozumienia. Lider ludowców docenił obecną na sali Lewicę.

A jako motyw przewodni lekarz Kosiniak-Kamysz wybrał temat, który najbardziej chyba interesuje dziś polskie społeczeństwo – opłakany stan systemu ochrony zdrowia.

Kosiniak-Kamysz przedstawił PSL jako inicjatora wspólnych projektów – przypomniał, że „Pakt na rzecz zdrowia” podpisali liderzy czterech innych ugrupowań. Mówił przede wszystkim do przedsiębiorców i mieszkańców małych miejscowości.

Poniżej szczegółowe omówienie trzech przemówień.

Schetyna: Polityczne science fiction Morawieckiego

Platforma Obywatelska przez całe expose punktowała je w mediach społecznościowych pod hasztagiem #exposeKłamstw. I właśnie kłamstwo było głównym motywem wystąpienia Grzegorza Schetyny.

Zresztą PiS nie pozostawał dłużny, Schetynie raz po raz przerywały okrzyki „kłamstwa” – krzyczał tak z ław rządowych m.in. Mariusz Błaszczak, na co szef PO odkrzyknął: „Prawda boli!”. I przypomniał, że Mateusz Morawiecki dwukrotnie przegrał przed sądem – właśnie za kłamstwo. „To jest prawda o pańskiej polityce” – mówił.

Gdy Schetyna zaczął przemawiać, z sali plenarnej wyszedł Jarosław Kaczyński. A przewodniczący PO wykorzystał okazję, by wytknąć Morawieckiemu, że nie jest on samodzielnym premierem:

„Faktycznym twórcą tego rządu jest prezes Kaczyński. Widzieliśmy to na Nowogrodzkiej. Suflował przez rzecznika rządu premierowi wskazówki personalne”.

Upomniał się o oświadczenie majątkowe premiera i zaapelował o ujawnienie majątku również żony Morawieckiego. Schetyna zapytał też, czy premier dostał od służb notę ostrzegającą przed Marianem Banasiem.

Morawiecki nie zdefiniował, czym jest „normalność”, Schetyna – tak: „Normalność to prawda, uczciwość, rządy prawa i gospodarność”. „A wy wszystko to łamiecie dzień w dzień”.

Schetyna mówił: „Z tym się zgodzę [że nowy rząd będzie rządem kontynuacji]. Będzie kontynuował waszą pisowską nieudolność, łamanie prawa, zasad demokracji, brutalną propagandę i kłamstwo. To słyszeliśmy i to zapowiedź tego. Widzieliśmy to przez ostatnie 4 lata i rozumiem, że będziemy widzieć te próby przez następne 4, a może krócej”.

Stwierdził, że pomysł PiS na politykę to „ciągłe obietnice”. I przypomniał obietnicę miliona aut elektrycznych, prom, przemysł stoczniowy – „stępka została”, oddłużenie szpitali.

„Ochrona zdrowia nigdy nie była tak zadłużona jak za waszych czasów”- mówił. Zwrócił uwagę na fatalną sytuację na SOR-ach i „inwestycje porośnięte krzakami”. „Dalej pan nakręca spiralę politycznego science fiction” – punktował Schetyna.

Mówił o rozbieżności między słowami Morawieckiego a rzeczywistością: „Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach”. „Państwo nie jest bytem wirtualnym, tu mieszka 38 milionów ludzi. O ich interes trzeba walczyć.

Schetyna zdefiniował zadania opozycji na najbliższe cztery lata:

„Będziemy pilnować praworządności, demokracji, wreszcie zdrowego rozsądku. Będziemy pokazywać wasze błędy, wasze zaniechania, wasze niespełnione obietnice”.

O Senacie: „nie będzie nocnego procedowania w Senacie, Senat nie będzie na wasze usługi. Tego już nie będzie. Będzie normalnie”.

Zandberg: Polska PiS nie jest państwem dobrobytu

To wystąpienie zelektryzowało komentatorów.

Adrian Zandberg po raz pierwszy stanął na mównicy sejmowej oko w oko z premierem Morawieckim. I przemawiał tak, jakby prowadził z premierem rozmowę – poważną debatę o Polsce, jak równy z równym. A jednocześnie pokazywał, że premier RP nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zandberg dowodził, że Polska ani państwem dobrobytu nie jest, ani się nim nie stanie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Wymieniał kolejne dziedziny, w których PiS nie dotrzymał obietnic: mieszkalnictwo, szkolnictwo, ochrona zdrowia. Upomniał się o lokatorów, lekarzy-rezydentów, osoby starsze, małych przedsiębiorców, pracowników budżetówki.

Zandberg:

„Polska po czterech latach pańskich rządów nie jest państwem dobrobytu. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo staje się najgorszym z pracodawców. Nadal kwitną śmieciówki i łamane jest prawo pracy”.

Polityk Lewicy postanowił wytłumaczyć Morawieckiemu i PiS-owi, na czym faktycznie polega „państwo dobrobytu”:

„Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja.

To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog.

Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy”.

Premier nie zna Polski – podkreślał Zandberg. A nie zna, bo nie rozmawia między innymi  z pracownikami: „Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt”.

Program „mieszkanie plus” Zandberg nazwał „totalną kompromitacją”: „opowiadaliście bajki”, „Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy”.

Czasem Zandberg zaznaczał, że PiS niektóre problemy odziedziczył po poprzednich rządach, ale ich nie rozwiązał. Tak jest na przykład w przypadku zapaści w ochronie zdrowia: „Żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa.

W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście”.

„Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście”.

Wytknął wycofanie się rządu z podatku cyfrowego: „Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna”.

Zandberg zwrócił też uwagę, że idzie spowolnienie gospodarcze, a rząd nie ma pomysłu, co z nim zrobić: „Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji?”

O polityce zagranicznej: „Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy.

Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów.

My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać się Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom”.

O normalności i rodzinie: „Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny”.

O nietykalnych dzieciach: „Dzieci są nietykalne – mówi premier. Szkoda, że pan premier chce dzieci chronić przed jakąś wyimaginowaną ideologią, a nie ma problemu z pedofilią i jej ukrywaniem wśród kleru. Zamiast o kolejnych skazanych księżach, z mediów cały czas napływają kolejne wiadomości o umorzonym postępowaniach przeciwko pedofilom w sutannach”.

Zandberg zapowiedział, że Lewica będzie sprawdzać PiS – ale nie wytykając niedotrzymywanie obietnic, tylko zgłaszając konkurencyjne projekty:

„My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić”.

Tu padła propozycja ustawy „która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2% produktu krajowego brutto” oraz drugiej „która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych”.

„Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo” – mówił Zandberg.

Ale to nie wszystko. Lider Lewicy obiecał „projekt podwyższenia płac w całej budżetówce”, zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i ustawę o płacy minimalnej: „Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem”.

Wytknął też Morawieckiemu hipokryzję w sprawie równości kobiet: „To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa”.

Kosiniak-Kamysz: Expose, czyli Wszystkiego najlepszego dla wszystkich

Kosiniak-Kamysz zaczął od metafory lekarskiej: expose to powinno być postawienie diagnozy i zaproponowanie odpowiedniego leczenia. A tak nie jest: „Premier przedstawił koncert życzeń: wszystkiego najlepszego dla wszystkich”.

„Może jest i dobra wola, ale nie ma konkretów” – mówił. Zwracał uwagę, że nie raz premier zapraszał opozycję do współpracy, a potem „zamrażarka albo niszczarka”.

O ile Adrian Zandberg tłumaczył Morawieckiemu, czym jest państwo dobrobytu, o tyle lider ludowców zmierzył się z pojęciem „normalności”:

  • „Czy normalnym jest państwo, w którym emerytka odchodzi z apteki, bo nie może wykupić wszystkich leków?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym asystentka prezesa z waszej nominacji zarabia więcej w miesiąc niż pielęgniarka w ciągu roku?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym rolnik na dopłaty do modernizacji gospodarstwa czeka miesiącami, a nawet latami?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym dzieli się Polki i Polaków na lepszy i gorszy sort?”

Przewodniczący PSL dużo mówił o przedsiębiorcach, m.in, że składki na ZUS wzrosną z 1100 do 1500 zł, wzrosną też opłaty za prąd dla małych i średnich przedsiębiorstw.

„Jest prawda przedwyborcza i prawda PiS-owska – powyborcza”. „Państwo dobrobytu za dnia, a po nocy sięganie do kieszeni. Obłuda do kwadratu”.

Premier Morawiecki lubi się powoływać na liczby i zagraniczne rankingi, w swoim expose przywołał kilka z nich. Kosiniak-Kamysz zrobił rzecz prostą i efektowną – sprawdził, jak Polska wypadła w rankingu Banku Światowego Doing business, o którym mówił premier: „Kiedy przejmowaliście władzę, byliśmy na 25. miejscu, jesteśmy na 40. miejscu, wyprzedza nas Azerbejdżan, Ruanda, Kazachstan i Mauritius. Nie jest to zbyt wielki powód do dumy”.

Wielkim korporacjom przeciwstawił małe i średnie przedsiębiorstwa „polskich rzemieślników”:

„Ręce precz od polskich przedsiębiorców!” – zawołał lider ludowców, dodając, że to zawołanie „trochę w waszym [PiS] stylu”.

Kosiniak-Kamysz wykorzystał sytuację, by zadbać o dobre stosunki z Lewicą. Nawiązał do głośnej wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i stwierdził: „My się możemy różnić, my się możemy spierać, ale ja nigdy nie powiem, że jesteście nic nie warci. Wasz głos też jest potrzebny i my go bardzo potrzebujemy.” Chodziło o ochronę zdrowia.

Mówił, że kluczowa jest dostępność do specjalistów i to, by mogli oni pracować w godnych warunkach. O pracownikach ochrony zdrowia mówił „są niedofinansowani, są zmęczeni, jest za dużo biurokracji”.

„Żeby nie było tak jak w Barlinku, Mrągowie, Głupczycach czy Cieszynie, gdzie są zamknięte oddziały pediatryczne, czy jak w Zakopanem i Kamieniu Pomorskim, gdzie gdzie zamknięte są oddziały ginekologiczno-położnicze, czy Wodzisławiu Śląskim, gdzie jest zamknięta chirurgia albo w Rzeszowie, gdzie są przyjmowani tylko pacjenci w trybie nagłym, w stanach zagrożenia życia.”

Właśnie w sprawie ochrony zdrowia Kosiniak-Kamysz zapowiadał porozumienie ponad podziałami: „Potrzeba współpracy wszystkich sił politycznych”. Domagał się natychmiastowej realizacji paktu na rzecz zdrowia.

Zapowiedział, że zgłosi poprawkę, by pieniądze z podniesionej akcyzy przeznaczyć na walkę z chorobami onkologicznymi.

Inny ważny temat wystąpienia Kosiniaka-Kamysza to współpraca z partnerami społecznymi, konsultacje i dialog. Jest to od pewnego czasu jeden z głównych motywów wystąpień szefa ludowców. „Pięknie pan mówił: wolność, solidarność, dialog społeczny, ze wszystkim trzeba się zgodzić, ale czy wszystko jest realizowane? Jak traktowaliście partnerów społecznych? Nie tylko związkowców, ale też przedsiębiorców”.

Zadeklarował współpracę w podnoszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Ale jednocześnie pytał, dlaczego PiS zapowiedział konsultacje tylko w tym obszarze.

Kosiniak-Kamysz obiecał, że zgłosi ustawy Pawła Kukiza – m.in. o zmianie ordynacji i sędziach pokoju. Chodzi o „zmiany ustrojowe, które doprowadzą do pełnej demokratyzacji państwa polskiego”.

„Jak nie będzie demokracji bezpośredniej, to wcześniej czy później w Polsce będą żółte kamizelki” – ostrzegał.

Sporą część przemówienia poświęcił klimatowi. Zapowiedział Pakt na rzecz klimatu – przechodzenie na energię odnawialną: „to jest prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne”.

„Zrobimy wszystko, żeby kolejnym pokoleniom naszą planetę Ziemię, nasze środowisko przekazać w lepszym stanie niż zastaliśmy” – deklarował.

Nie odmówił sobie złośliwości: PiS tak zabiegał o odebranie PSL poparcia na wsi, a nie wiele dla rolników zrobił. „30 sekund było o rolnictwie w tym expose. No ja wiem, że nie ma się czym pochwalić”. „Najlepszy obraz, jaki bałagan, jaki syf zrobiliście w rolnictwie, to jest stajnia w Janowie i Michałowie”. Zauważył też, że Morawiecki zapomniał o samorządach.

W finale Kosiniak-Kamysz mówił o wspólnocie narodowej, w której jest miejsce dla wszystkich.

Waldemar Mystkowski pisze także o expose Morawieckiego.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

W obozie władzy nie ma żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy.

Moim zdaniem zbyt łatwo daliśmy się wziąć pod but „dobrej zmiany”, wykorzystując niewiele możliwości, chociażby prawnych, żeby przeciwstawić się jej zapędom zmierzającym do utworzenia autorytarnej dyktatury. I w tym wypadku, niestety, niedawna historia niczego nas nie nauczyła.

Casus Leppera

Pierwszym po 1989 roku osobnikiem, który wypowiedział wojnę prawu i zaczął podważać demokratyczny ład państwa był Andrzej Lepper. Prosty chłopek-roztropek kreował się na obrońcę „uciśnionego ludu” i wręcz jego trybuna. Niestety, od początku z rozmysłem łamał przy tym prawo, przekraczając kolejne granice, sondując, dokąd może się posunąć. Nielegalne, wielogodzinne blokady dróg, połączone niekiedy ze „szturchaniem” kierowców, którzy chcieli je ominąć, polewanie bardzo niemrawo próbujących interweniować policjantów gnojówką itp. ekscesy nie spotykały się praktycznie z żadnym przeciwdziałaniem władzy, więc eskalował przemoc, np. wysypując importowane podobno ziarno z wagonów kolejowych stojących na bocznicach. Te wybryki uchodziły mu praktycznie bezkarnie, a z drugiej strony był to show dla dziennikarzy, którzy zbiegali się tłumnie na wszystkie takie wydarzenia, co robiło z pokazywanego w mediach Leppera bohatera sporej części społeczeństwa. Wjechał on potem na tym do Sejmu, gdzie już ubrany w garnitur, bezkarnie polewał z mównicy sejmowej gnojówką – tym razem werbalną – wszystkich, z najważniejszymi przedstawicielami władz włącznie i ciągle pozostawał nietykalny.

Nie wiem, w jakim stopniu Kaczyński wzorował się na Lepperze, ale poszedł tą samą drogą, tyle tylko, że wyrabiając sobie status nietykalnego nie miał już żadnych zahamowań w  kłamstwach, pomówieniach i obrzucaniu całych grup społecznych i zawodowych błotem, rozwijając jednocześnie parasol ochronny nad swoimi lokajami, którzy starali się naśladować swego wodzusia. Obserwując przez kilka lat to środowisko, nabrałem pewności, że to służalczość wobec niego i jak największa zdolność do bezgranicznej podłości wobec przeciwników politycznych, decydują o pozycji w hierarchii PiS.

Prezes generalnie nienawidzi ludzi (dlaczego tak jest, to już pole popisu dla psychologa lub psychiatry), co bardzo łatwo zauważyć, a swoich partyjnych lokajów tylko toleruje, bo mu są potrzebni do utrzymania władzy, ale nie waha się też przed publicznym poniżaniem ich od czasu do czasu, żeby ich zastraszyć.

Nie miał nigdy żadnych przyjaciół, od śmierci brata nie ma również praktycznie rodziny, otoczony od lat tylko ochroniarzami i służącymi – klakierami ma całkowicie wypaczony obraz świata, nie ma pojęcia o życiu, jest skrajnie niesamodzielny, powiedziałbym nawet, iż niezdolny do normalnej egzystencji. I te wszystkie swoje kompleksy i frustracje przekłada na politykę, dążąc w niej do dyktatorskiej władzy, która jest jego jedynym celem bez względu na wszystko.

Każdy reżim, który obejmie władzę dąży do zniszczenia zastanej struktury społeczeństwa, żeby na jej miejscu zbudować „nowy ład”. Najczęściej odbywało się to poprzez fizyczną eliminację dotychczasowych elit, tak jak wtedy, gdy Stalin pragnął stworzyć „nowego socjalistycznego człowieka”, co skończyło się wielomilionowym ludobójstwem.

Wodzuś otwarcie mówi, że w Polsce „trzeba stworzyć nowe elity”. Ponieważ jednak fizyczna likwidacja obecnych jest na szczęście niemożliwa, próbuje tego dokonać poprzez zniszczenie wszystkich autorytetów, ludzi zasłużonych dla niepodległości Polski, zdobytej w 1989 roku, czy też obecnych przeciwników politycznych obrzucanych fekaliami przez hordę bezwzględnych, prymitywnych pałkarzy pióra i mikrofonu (bo przecież nie można nazwać ich dziennikarzami). Wydawałoby się, że problemem będzie znalezienie kogokolwiek, kogo można postawić na ich miejsce – ale nie dla prezesika. Tak ogłupił i przekupił naszymi pieniędzmi plebs, że dla nich PO to komuchy, Wałęsa zdrajca Bolek (chociaż nikt tego nigdy nie udowodnił), Tusk to hitlerowiec na usługach Niemiec, a na bohatera wyniósł swojego brata, najgorszego do czasów Dudy prezydenta. Choć w tym wypadku tak naprawdę jest to kreacja własnej osoby, bo tak „przy okazji” najchętniej na pomnikach Lecha widziałby napis „Brat Jarosława Kaczyńskiego”. Nie miał żadnych hamulców, żeby forsować na wysokie funkcje w Sejmie komunistycznego prokuratora stanu wojennego, iście parszywą postać polityczną i dziesiątki innych miernot „lepszego sortu”.

Czy opozycja, będąc co prawda w Sejmie w mniejszości, zrobiła cokolwiek, żeby powstrzymać tę eskalację nienawiści? Czy wystarczająco protestowała przeciw obrzydliwym oskarżeniom sędziów, czy stanęła na wysokości zadania, gdy Kaczyński nazywał setki tysięcy protestujących „elementem animalnym”, „komunistami i złodziejami”? Czy nie można było wnieść oskarżeń przeciw tym pomówieniom, a przynajmniej nagłaśniać je do granic możliwości?

A zaczęło się wszystko od tego, że człowiek w zniszczonych, brudnych butach z podartymi sznurowadłami ogłosił się wraz ze swoimi lokajami „lepszym sortem”, co świadczyło oczywiście o ogromnym kompleksie niższości i frustracji wobec ludzi na poziomie, których zaczęto nazywać „gorszym sortem”. W normalnej demokracji osobnik wygłaszający takie poglądy byłby politycznie skończony, ale naszemu swojskiemu motłochowi się to podobało.

Dlaczego posłowie opozycji tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad tym, jak dyktatorek wpadł w furię, dorwał się do mikrofonu i zaczął wykrzykiwać, że są „kanaliami i zdradzieckimi mordami”? Zresztą – tak przy okazji – kamera pokazał go kilkadziesiąt sekund później, gdy wrócił już do ław poselskich i siedział z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolony z siebie. Czy to jest normalne zachowanie?

„Dobra zmiana” w akcji

PiS sprowadził życie polityczne w Polsce do poziomu szamba, a jego funkcjonariusze z „lepszego sortu” bezkarnie przekraczali kolejne granice niewyobrażalnego chamstwa, prymitywizmu i prostactwa. No cóż, klasyczne zachowanie, takie samo, jakie prezentowali bolszewiccy komisarze zaraz po wojnie w Polsce, często niepiśmienni chłopi, w stosunku do ludzi inteligentnych, bogatszych i wykształconych, poniżając ich na każdym kroku, aby podnieść swoje ego. Sfrustrowana, prymitywna „dobra zmiana” (chociaż niektórzy z jej członków legitymują się nawet jakimiś tytułami naukowymi) dopchała się wreszcie do żłoba i zaczęła uważać za właścicieli Polski.

O „poziomie” „lepszego sortu” świadczy wymownie żałosne zachowanie, poniżej wszelkiej krytyki i zwykłej godności jej czołowego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawowaną funkcję, przedstawiciela – byłego już marszałka Senatu Karczewskiego, który od tygodnia jest w szoku, że na skutek demokratycznych procedur został oderwany od senackiego żłobu – luksusowej willi, służbowego samochodu, darmowej wyżerki i innych przywilejów i w żaden sposób nie może się z tym pogodzić, o czym pisaliśmy kilka dni temu.

W kraju rozkwitła nowomowa, prawie jak ta u Orwella – „dobra zmiana” znaczyła w rzeczywistości rządy dążące do totalitaryzmu, łamiące filary demokracji, jak niezawisłość sądownictwa, nazywaną dla kpin „reformą wymiaru sprawiedliwości”, a której twarzą został skompromitowany prokurator komunistyczny stanu wojennego, odznaczony przez PRL-owskie władze za zasługi dla PZPR niejaki Piotrowicz. Zaczęto posługiwać się nic nieznaczącymi zbitkami słów, ale stygmatyzującymi przeciwników politycznych, takimi jak „totalna opozycja” i wieloma innymi podobnymi terminami.

Łajdactwa „dobrej zmiany” są powszechnie znane i nie sposób opisać tutaj nawet drobnej ich części, ale czy musieliśmy na wszystkie biernie się zgadzać? Oto niejaki poseł Tarczyński, zwykły prymityw, co dowiódł wielokrotnie swoim zachowaniem, pisze do Lecha Wałęsy te oto słowa: „Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam Cię na solo bydlaku!”.

I co? Właściwie nic, trochę głosów oburzenia w tzw. mediach społecznościowych i na tym koniec. Wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby któryś z posłów opozycji napisał coś podobnego do Kaczyńskiego? W swoim czasie ów pan poseł, żeby sobie dodać powagi i patriotyzmu pojechał „metodą na dziadka” – oświadczając, że ten był w NSZ, nie precyzując jednak tej informacji. Na jego miejscu byłbym ostrożny z takimi deklaracjami, bo a nuż się okaże, że przodek był w tzw. Brygadzie Świętokrzyskiej, grupie zdrajców i kolaborantów hitlerowskich, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Komendzie Głównej AK, a tym samym jedynemu wówczas legalnemu polskiemu rządowi w Londynie i byli jedynym oddziałem polskich sił zbrojnych, który poszedł na taką współpracę. O przepraszam, według historii obowiązującej od 2015 roku byli to „żołnierze wyklęci”, na których grobach w Niemczech kwiaty składał premier Morawiecki, historyk (!) z wykształcenia, a honorowy patronat nad obchodami jej powstania objął sam prezydent Duda – dwa wyjątkowo haniebne zdarzenia z udziałem najwyższych władz polskich. I znowu – zamiast jakichś zdecydowanych protestów, ciche popiskiwanie opozycji i jedynie wyraźny głos sprzeciwu ze strony niektórych środowisk kombatanckich.

Inny funkcjonariusz PiS, niejaki Joachim Brudziński, ponoć druga persona w PiS, wielotysięczne demonstracje w obronie sądów skwitował w TV „wierszykiem”: „Cały świat się z was śmieje, komuniści i złodzieje”. Może pan Jojo sądzi po sobie – do tej pory w internecie można znaleźć teksty na temat jego młodzieńczych „wyczynów”, a w 2006 roku tygodnik „Nie” pisał: „”Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna”. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli jest sporo doniesień na ten temat i ludzie piszą to pod swoimi nazwiskami, powołując się na świadków, którzy też nie ukrywają swojej tożsamości, to może jednak coś   jest na rzeczy?

Dlaczego nikt nie zaprotestował, chociażby podając sprawę do sądu, przeciwko takim chamskim pomówieniom, gdzie byli posłowie opozycji, którzy mają wielokrotnie większe możliwości działania w takich momentach od przeciętnego obywatela?

Zupełnym uwiądem w działaniu wykazuje się opozycja w sprawie tzw. telewizji publicznej, zwanej już powszechnie „Kurwizją”. Takiego szamba, jakie stworzył z niej prezes Jacek Kurski nie było od czasów stanu wojennego, a czasem nawet odnoszę wrażenie, że może telewizja tamtego okresu była bardziej obiektywna. Ja rozumiem, że babranie się w fekaliach tworzonych przez prezesa i jego pałkarzy mikrofonu, skądinąd osobnika, który nie cofnie się przed żadną podłością, nie sprawia nikomu przyjemności, ale – na Boga – nawet w początkach totalitarnego reżimu są jakieś granice, których przekroczenie powinno skutkować adekwatną reakcją – twierdzę, że stek brudów, kłamstw, pomówień mógłby być wielokrotnie zatrzymany przez sąd, tylko trzeba by do niego wnieść sprawę przeciw „Kurwizji”. Sądzę, że kilka przegranych procesów z wysokimi nawiązkami na cele charytatywne skutecznie powstrzymałoby bezwzględnych pisowskich pałkarzy z Woronicza od następnych „wybryków”. Tylko trzeba chcieć i wykazać chociaż trochę zaangażowania, a nie tkwić w opozycji i spać snem zimowym – bo zaczynam coraz bardziej nabierać przekonania, że rola niemrawej opozycji coraz bardziej przypada jej posłom do gustu.

Strach przed Macierewiczem, czyli „perełka” zaniechania

W 2007 roku opublikował on raport z likwidacji WSI, który podano do publicznej wiadomości, łącznie z aneksem nr 16, który zawierał m.in. imienną listę agentów i współpracowników tych służb na Bliskim Wschodzie, co doprowadziło do całkowitej dekonspiracji polskiej siatki wywiadowczej w tamtym regionie i – prawdopodobnie, o czy donosiły nieoficjalne źródła – śmierci kilku zdradzonych agentów. Macierewicz twierdził, że byli to jednocześnie agenci Moskwy, co nie przeszkodziło mu, jak donosiła potem prasa, pobiec z raportem – przed pokazaniem go komukolwiek z polskich władz – do tłumaczki Iriny O. (nawiasem mówiąc, żony polskiego dyplomaty pracującego długo m.in. w Moskwie) zamieszkałej w enklawie rosyjskiej w Warszawie przy ulicy Sobieskiego, żeby przetłumaczyła go na rosyjski. Ciekawe, prawda?

Raport był rzeczą bez precedensu – w nowożytnej historii nie zdarzyło się, aby jakikolwiek kraj zdradził swoich agentów, podając ich listę do powszechnej publicznej wiadomości, skazując ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i dobrowolną likwidację własnego wywiadu na dużym, do tego zapalnym terenie świata. Nawet po bolszewickiej rewolucji w Rosji nowi władcy nie zdekonspirowali publicznie agentów carskiej Ochrany.

Po publikacji raportu wszczęto śledztwa w sprawie domniemanych przestępstw WSI w nim ujawnionych, większość jednak umorzono. Osoby wymienione w raporcie jako agenci wytoczyły MON ponad 20 procesów. MON przeprosiło większość z nich, a koszty z tego wynikające przekroczyły 1,2 mln zł.

W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z Konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję przed ujawnieniem dokumentu, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie. Po tym prezydent Kaczyński zdecydował nie ujawniać przygotowanego przez Macierewicza aneksu do raportu.

Jeżeli zdekonspirowanie własnego wywiadu nie jest zdradą, to co nią jest? I oczywiście jego likwidatorowi nie spadł włos z głowy.

Od 2007 roku toczyło się co prawda w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej niemrawe śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI, ale dopiero  prokurator Krzysztof Kuciński, który prowadził sprawę od 2009 do jesieni 2013 roku wystąpił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o uchylenie mu immunitetu, bo po zbadaniu sprawy planował postawienie wielu zarzutów byłemu przewodniczącemu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Zwierzchnik jednak po naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej, na której skrytykowano zamiar stawiania zarzutów Macierewiczowi, dwukrotnie odmówił odebrania immunitetu wiceprezesowi PiS. Wtedy prokurator Kuciński zrezygnował z dalszego prowadzenia śledztwa.

Umorzenie śledztwa było umotywowane wręcz kuriozalnymi powodami, które po prostu kompromitowały Prokuraturę Apelacyjną. I tak na przykład wyjaśniano, że art. 231 Kodeksu karnego o karaniu do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków bądź ich przekroczenie odnosi się tylko do pojęcia „funkcjonariusza publicznego”. Prokuratura uznała, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej nie był takim funkcjonariuszem publicznym, bo był jedynie „osobą pełniącą funkcję publiczną”, zaś komisja weryfikacyjna nie była instytucją państwową, której szef podlega odpowiedzialności z art. 231 Kk, lecz „innym organem państwowym”, powołanym na mocy ustawy do załatwienia konkretnej sprawy.

Według PA nie można też uznać, by raport był „dokumentem” w myśl art. 271 Kk. Stanowi on, że „funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Według tej prokuratury raport nie ma takiego „znaczenia prawnego” w myśl prawa karnego.

No cóż, przechodził sobie jakiś zupełnie prywatny pan, w tym wypadku o nazwisku Macierewicz, koło budynku zawierającego archiwa WSI i zaciekawiony wstąpił je zobaczyć, i tak go one wciągnęły, że się bidulek zasiedział kilka miesięcy przy ich wertowaniu. Broń Boże, nie był on oczywiście żadną osobą urzędową, ot społecznik – hobbysta, a to co sobie tam z nich wynotował i ujawnił, nie miało przecież w ogóle znaczenia prawnego.

Przypomnijmy – był to przełom 2013 i 2014 roku, gdy u władzy była koalicja PO-PSL. Dlaczego zwierzchnicy Seremeta dopuścili do umorzenia śledztwa w tak ponurej i haniebnej sprawie, jak denuncjacja agentów przez Macierewicza, do tego umotywowanego tak pokrętnymi i wręcz żałosnymi tłumaczeniami? Już wtedy się go bali, chcieli mieć święty spokój czy kierowały nimi jakieś inne przesłanki, o których nie wiemy?

Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, na ile zarzuty wobec funkcjonariuszy WSI były zasadne – sądząc jednak po przegranych ponad 20 sprawach i wypłacanych odszkodowaniach,  można przypuszczać, iż większość z nich była wyolbrzymiona, kłamliwa albo wręcz idiotyczna – jednemu z agentów, niejakiemu Makowskiemu, zarzucono, że nie rozliczył się z sum, które płacił swoim arabskim informatorom za współpracę. Czy Macierewicz chciał dostawać faktury przez nich wystawiane? Oczywiście, prawdopodobnie mogły być jakieś sprzeniewierzenia i przywłaszczanie pieniędzy, ale działania wywiadowcze na obcym terenie i pozyskiwanie do nich miejscowej ludności zawsze są grą nieprzejrzystą i trzeba się z tym liczyć, ważne są ich efekty. A WSI miała akurat dobrze rozpracowany teren Bliskiego Wschodu, o czym świadczy chociażby ewakuacja przez te służby agentów amerykańskich z Iraku i była za to wysoko ceniona przez USA.

Drugim, jeszcze ważniejszym dowodem na miałkość oskarżeń jest to, że chyba na ich podstawie nikt ze służb nie został skazany przez sąd. WSI miało być w koncepcji PiS-u największym złem w Polsce po 1989 roku i do tej tezy Macierewicz dopasował swoje oskarżenia.

Gdyby wtedy „społeczny” likwidator Antoni został surowo ukarany za to oczywiste zniszczenie polskiego wywiadu, uniknęlibyśmy pewnie w dużej mierze szaleństw tego pana przy okazji jego przewodnictwa w tzw. podkomisji smoleńskiej, która jest jednym wielkim skandalem i wprost hucpą kompromitującą nie tylko jej członków, a szczególnie Macierewicza, ale także całe państwo polskie. Realne w tej „komisji” są tylko miliony złotych przelewane na konto jej „badaczy”, z których kilku sami się ośmieszyli, porównując katastrofę samolotu do pękających parówek i miażdżenia puszek po piwie. Może te kiełbaski i puszki po piwie, a również stan umysłu zostały im jeszcze po jakimś grillu „integracyjnym”?

W styczniu 2018 roku Macierewicz ujawnił, że koszt działania podkomisji przekroczył 6 mln złotych, rok później jednak oddzielny budżet podkomisji został skasowany i jest ona w tej chwili po prostu w budżecie MON i nie sposób już będzie dociec, ile nas to kosztuje. Tajne są także umowy z zagranicznymi „badaczami”, często nawet nie wiadomo z kim personalnie są zawierane.

I jeszcze taka oto ciekawostka: za sekretarza komisji podaje się niejaka Magda Palonek, na której temat jeden z dzienników napisał: „Wtajemniczeni twierdzą, że tak naprawdę to blogerka Martynka, która wielokrotnie pisała dla sprzyjającego rządowi portalu „wPolityce.pl”. Spytaliśmy Palonek, czy blogerka Martynka to faktycznie ona. Poprosiła, by „zwolnić ją z odpowiedzi”. Cóż, 10 tys. zł miesięcznie pensji za samo członkostwo w komisji smoleńskiej piechotą nie chodzi”.

Rozochocony bezkarnością Macierewicz dokonał całkowitej destrukcji MON, z którego wyrzucił ponad 200 pułkowników i kilkunastu najważniejszych generałów, już po uczelniach amerykańskich, mających doskonałe kontakty w NATO pod pretekstem… dekomunizacji kadry. Po dopuszczeniu do bezkarnego zniszczenia kilkanaście lat wcześniej polskiego wywiadu to następny klasyczny przykład całkowitej bierności ze strony opozycji, lenistwa albo wprost niewiarygodnej głupoty. Czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej, żeby uratować polską armię przed totalną dewastacją ze strony tego niszczyciela, który do tego poniżał najwyższych dowódców przy pomocy jakiegoś pętaka aptekarza, swojego faworyta?

Swoją drogą pomyślałem sobie w tym kontekście o czasach przedwojennych – gdyby do któregoś z ówczesnych generałów „podskoczył” w jego gabinecie jakiś cywilny gnojek, zostałby pewnie solidnie wypłazowany szablą, a potem wyrzucony sążnistym kopniakiem jego adiutanta…

Banaś i inni…

Bezczelność i arogancja podłej zmiany rośnie niemal w postępie geometrycznym. Najnowszym tego przykładem jest zachowanie szefa NIK-u, obszernie ukazywane przez media, z czego on sobie zupełnie nic nie robi. Niestety, opozycja też niewiele robi – rozumiem, że nowy Sejm i Senat nie rozpoczęły jeszcze na dobre działalności, ale obawiam się, że aktywność opozycji w tej sprawie znowu skończy się na niczym… A przecież w normalnym kraju działalność tego osobnika mogłaby doprowadzić do upadku rządu. Ale jak powiedział kiedyś niejaki Marcin Wolski, wieloletni członek PZPR, nawrócony teraz na pisowską religię, „przegraliście wybory, więc morda w kubeł”.

W obozie władzy nie ma, nie tylko moim zdaniem, żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy i monstrualnych kłamstw – kto zajmuje wyższe stanowisko, tym bardziej – nazwijmy rzecz po imieniu – łże. Nie używajmy eufemizmów w rodzaju „kontrowersyjna wypowiedź”, „mija się z prawdą”, czy nawet „kłamie”. Oni po prostu monstrualnie łżą. I znowu – chyba tylko w dwóch przypadkach podano Morawieckiego (który dorobił się już pseudonimu „Pinokio”) do sądu i musiał za kłamstwa przepraszać. Dlaczego nie można wytykać ich za każdym razem i głośno protestować, chociażby w Sejmie, jeśli ktoś nie chce wstępować na drogę sądową?

O hipokryzji rządzących można pisać opasłe tomy, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą można nazwać okradaniem państwa „w majestacie prawa”. Pamiętacie pewnie sejmowe przemówienie pani sołtysowej w Sejmie, gdy bredziła, że „wystarczy nie kraść”. Nie wiem, kogo miała na myśli, bo przez cztery lata PiS nawet nie próbował oskarżyć kogokolwiek z opozycji o jakieś przestępstwa finansowe. Kiedy indziej, po rozdaniu bardzo wysokich nagród swoim kumplom, skrzekliwym głosem niemal krzyczała „im te pieniądze się po prostu należą”. I to jest właśnie kwintesencja rządu „dobrej zmiany” – wpychanie niekompetentnych, ale swoich ludzi na wysokie, świetnie płatne stanowiska w spółkach skarbu państwa, przyznawanie im wysokich nagród, obsypywanie przywilejami, „bo im się to po prostu należy”.

Jaskrawym tego przykładem jest sytuacja w NBP, gdzie dwie panie, „dwórki” pana prezesa, jak się je eufemistycznie nazywa, zarabiają przy zupełnie niejasnym oficjalnym zakresie obowiązków po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie (co do roli, jaką te panie pełnią w rzeczywistości nikt nie ma złudzeń – wystarczy poczytać internetowe opinie na ten temat). I co dalej? Ano nic, prezes NBP i jego „dwórki” mają się dobrze, opozycja trochę poszumiała, prasa pokpiła z sytuacji, a ta została bez zmian.

Ciekawe, czy w obecnej, już mocno zmienionej sytuacji politycznej chociażby ze względu na przewagę głosów w Senacie opozycja weźmie się wreszcie do roboty, żeby walczyć z takimi patologiami?

Szyszko, Duda, Banaś – pisowska szarańcza

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – używania pieniędzy publicznych do zorganizowanego hejtu na wielką skalę – zapowiedział europoseł PiS.

– „Sok z Buraka” to internetowa fabryka hejtu i nienawiści, której machina w sposób obrzydliwy dehumanizuje polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wspierające Rząd RP. Administracja tego profilu posługuje się dezinformacją i fake newsami. „Sok z Buraka” powinien po prostu zniknąć – wypowiada się wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz.

– Uprzejmie informuję, że ratusz Warszawy nie posługuje się mową nienawiści. Jesteśmy i będziemy konsekwentni w walce z hejtem. Proszę wybaczyć, ale nie będę odnosić się do propagandowych akcji osób, które same celują w posługiwaniu się manipulacją – skomentował rzecznik prezydenta Warszawy Kamil Dąbrowa, który poinformował także, że opisany przez „Sieci” Mariusz Kozak-Zagozda jest zatrudniony przez miasto na umowę zastępstwo, ale trudno powiedzieć, czy będziemy kontynuować współpracę, musimy przeanalizować i podsumować dotychczasowe pół roku”.

Kozaka-Zagozda miał zakupić domenę w 2014 roku. Jak deklaruje pozbył się jej w 2017 roku.

Jan Szyszko nie daje o sobie zapomnieć… Były minister środowiska w rządzie Beaty Szydło postanowił odnieść się do zagrożeń dla klimatu. Krytykował też działalność 16-letniej aktywistki ekologicznej Grety Thunberg i innych młodych ludzi, którzy niedawno przeprowadzili w miastach całego świata Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

W wywiadzie dla Radia Wnet Szyszko wygłosił taką oto opinię: – „Dwutlenek węgla jest gazem życia. Przez niego powstaje drewno, pokarm. Bez niego nie ma życia na świecie. To powinien wiedzieć każdy uczeń szkoły podstawowej”.

– „Profesor-głuptas nie wspomniał tylko, że przyroda potrzebuje tylko określonej ilości dwutlenku węgla w atmosferze…. jego nadmiar jest zbrodniczy…”; – „Może Pan spróbuje wdychać CO2 zamiast tlenu i zobaczy, czy rzeczywiście jest tak wspaniale?; – „Za takie opinie Szyszko powinien mieć stan oskarżenia, za lekceważenie faktycznego zagrożenia, o wycince kilkusetletnich dębów nawet nie wspomnę”; – „Ignorancja tego gościa jest dramatyczna. Wstyd, że ktoś taki był ministrem. Nikodem Dyzma przy nim to tuz intelektu” – komentowali internauci wypowiedzi Szyszki.

A co miał do powiedzenie o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym? – „Serdecznie jej współczuję. To dziewczę na pewno oszukano, to dziewczę chyba nie wie, co mówi, bo jest ciężko, aby w tym wieku rozumieć dokładne meandry polityki i gospodarki – one się tu nawzajem łączą. I to samo było w Warszawie niedawno, jechałem na spotkanie do Pałacu Staszica, gdzie nie mogłem się dostać, gdyż młodzież spontanicznie w wieku kilkunastu lat protestowała przeciwko temu, że Polska ma węgiel kamienny i go używa, a chyba nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co tak naprawdę mówią” – stwierdził były minister środowiska.

Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że atakowanie Grety Thunberg staje się powoli jednym z ulubionych zajęć prawej strony sceny politycznej. Przypomnijmy choćby nasz artykuł „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

PAD: Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska z Trumpem

– Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie właśnie związane z wielką polityką światową – mówił prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Michałem Adamczykiem w programie „Gość Wiadomości” TVP Info, pytany czy były takie momenty, że była różnica zdań, że nie mieli wspólnego stanowiska podczas spotkania w cztery oczy.

Syn Mariana Banasia, prezesa NIK, a wcześniej ministra finansów w rządzie PiS, przez kilka lat prowadził własne biznesy. Zawodowa kariera Jakuba Banasia nabrała przyspieszenia w listopadzie 2017 r., kiedy zaczął pracować w państwowych spółkach Skarbu Państwa – poinformowały „Fakty” TVN.

Najpierw trafił do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podległej ministrowi obrony narodowej. Był tam dyrektorem, a po pięciu miesiącach został doradcą zarządu. Po kolejnych kilku miesiącach został pełniącym obowiązki prezesa w podległej PGZ spółce Maskpol, produkującej sprzęt dla wojska. Tam też nie zagrzał długo miejsca i „przerzucił” się na bankowość. Obecnie jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu w państwowym banku Pekao S.A.

Dziennikarka „Faktów” chciała się dowiedzieć, na jakich zasadach Jakub Banaś został zatrudniony w każdej ze spółek? W odpowiedzi Pekao S.A. i PGZ poinformowały o „ochronie danych osobowych” i tajemnicy przedsiębiorstwa „co do sposobu i technik rekrutacji”.

– „Uważam, że mamy do czynienia z takim nepotyzmem, w którym wysoko postawiony ojciec załatwia pracę synowi, a ten syn nie ma najmniejszych kompetencji do tego, żeby od razu zaczynać karierę od kierowania firmą” – powiedział „Faktom” Tomasz Siemoniak z PO.

Problemu nepotyzmu nie dostrzega natomiast szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. – „Nie mam wiedzy na temat kariery syna pana Banasia. Natomiast sam fakt tego, że dziecko jakiegoś polityka pracuje w spółce Skarbu Państwa, wydaje mi się, że jest niewystarczające, żeby stawiać taką tezę” – stwierdził Dworczyk.

Tacy właśnie jesteśmy: mówimy o wolności, ale kiedy trzeba zastosować ją w praktyce, wrzeszczymy, tupiemy i gotowi jesteśmy ukamienować każdego, kto myśli inaczej.

Nie mamy pojęcia, czym jest wolność, nie czujemy jej, nie rozumiemy, że przychodzi nie pod postacią kwiecistych sztandarów i romantycznych haseł, ale jako „człowiek, z którym się nie zgadzamy” i o którym myślimy „po co on/ona aż tak prowokuje?”. Wrzeszczymy jak obdzierani ze skóry za każdym razem, gdy wolność trzeba dać sobie i innym i gdy ktoś korzysta z niej w sposób, który nam się nie podoba.

Klaudia Jachira, kandydatka PO na posłankę z Warszawy, stanęła ostatnio przed pomnikiem żołnierzy AK z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna”. Obrazek prowokacyjny, bo nad jej głową mogliśmy przeczytać „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Ja odebrałam ten happening jako ostrą, ale uzasadnioną w świetle tego, co wyprawiają różni politycy z Bogiem i Ojczyzną na ustach kpinę z hipokryzji, z ludzi mających gęby pełne frazesów o wartościach (które zresztą wcale nie każdemu muszą być drogie, bo przecież nie ma takiego obowiązku), na co dzień poniżających, oczerniających i okradających innych. (Na marginesie i dla jasności: gdyby nawet kpina Jachiry była nieuzasadniona, to też ok, bo w końcu satyra i dowcip uzasadnione być nie muszą).

I co? I rozpętało się polskie dulskie, bogoojczyźniane piekło. „Jachirę usunąć z list!”, „Przez takich jak Jachira KO przegra!”, „Jak śmiała!” i oczywiście – „Idiotka!”, „Kretynka!” i takie tam chrześcijańskie, katolickie epitety, pełne miłości bliźniego.

Klaudię Jachirę podziwiam od dawna jako nieustraszoną, samotną satyryczkę, pozytywnie zakręconą. Nie wiem, jaką byłaby posłanką i nie jest to moja sprawa, ale wiem jedno: ma prawo do własnej ekspresji, także takiej, która mi i wszystkim innym się nie podoba. Także, a może przede wszystkim takiej, która uraża czyjeś uczucia. (Nigdy zresztą nie sądziłam, żeby rzeczy i ludzie naprawdę wielcy mogli zostać „obrażeni”, przeciwnie, uważam, że im rzecz mniej ważna i rozdęta, tym łatwiej o obrazę, a prawdziwa wielkość satyry i kpiny, nawet najgłupszej, się nie boi, bo jakżeby mogło być inaczej?)

Wolność to nie teoria, to praktyka, to działanie. To rozumienie, że inni mają prawo postępować w przestrzeni publicznej jak uważają za stosowne, oni, a nie ty, dopóki nie łamią prawa. I choć niektórym trudno to pojąć, nic bardziej nie służy demokracji i debacie publicznej.

Odwrotnie: stawiam tezę, że im bardziej ktoś obraża czyjeś „święte” rzekomo uczucia, tym lepiej robi to świadomości społecznej, bo pobudza myślenie i pozwala spojrzeć na „świętości” z innej perspektywy.

W Polsce to teza rewolucyjna, dlatego na jej uzasadnienie przytoczę fragment orzeczenia amerykańskiego Sądu Najwyższego w jednej z najsłynniejszych amerykańskich spraw sądowych, dotyczących wolności słowa – Hustler Magazine versus Jerry Falwell. „Istotą ochrony wolności słowa (…) jest uznanie fundamentalnej wagi, jaką ma dla społeczeństwa swobodna wymiana idei i opinii na wszelkie tematy leżące w sferze publicznego zainteresowania. Aby swobodny przepływ opinii był możliwy, ludzie muszą mieć możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy, że narażą się przez to na odpowiedzialność prawną. Należy więc chronić także wypowiedzi wynikające z niskich pobudek, chronić też ekspresję głęboko obraźliwą dla niektórych ludzi lub nawet dla większości członków społeczeństwa. Fakt, że społeczeństwo może uznać jakąś wypowiedź za obraźliwą nie jest dostatecznym powodem, by jej zakazać. Przeciwnie, jeśli to opinia wyrażona przez autora jest czymś, co wywołuje obrazę, to jest to właśnie powodem do tego, by zapewnić jej konstytucyjną ochronę. (…) Pojęcie „obraźliwości” w politycznym i społecznym dyskursie cechuje się nieuchronną podatnością na subiektywne interpretacje, co sprawiałoby, że przysięgli mogliby nakładać odpowiedzialność w oparciu o własne poglądy lub poczucie smaku, lub – co też jest możliwe – w oparciu o ich niechęć wobec konkretnej wypowiedzi”.

A przecież my w Polsce to właśnie robimy! Ciągle nakładamy na innych sankcje ze względu na własne poczucie smaku, jesteśmy na własnym punkcie przeczuleni i drażliwi, a później płaczemy, że nie ma świeżych nowych liderów, że młodzi nie chcą iść do polityki, że duszno i że inteligencji „trudno się oddycha!”. Po czym idziemy tłuc mentalnym młotkiem każdego, kto nie mieści się w naszych ramach pojmowania świata i „dobrego smaku”.

Nie można mieć wszystkiego. Nie można mieć wolności i jednocześnie gwarancji, że niczyje uczucia nie zostaną urażone, że wszyscy będą się ze sobą zgadzać (swoją drogą, jakie to byłoby koszmarne, zabijające umysł i cholernie nudne) i posuniętej do absurdu poprawności politycznej. Jeśli chcecie wolności, poluzujcie warkoczyki i nabierzcie dystansu, nie nadymajcie się jak purchawki i nie czujcie „obrażeni” i mentalnie zgwałceni za każdym razem, kiedy ktoś powie lub zrobi coś, czego wy byście nie powiedzieli lub nie zrobili.

Chyba że chcecie mieć kraj ciasnoty umysłowej, ludzi myślących tak samo, bojących się własnego cienia i autocenzurujących z obawy przed „zgorszeniem”.

Polska to Zadupie wg Mateusza Morawieckiego

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.