Duda i wojna gangów

Andrzej Duda wystartował ze swoim sztabem wyborczym. I bodaj zaczął najgorzej, jak można.

A może znajduje się w sytuacji, że dobrze już nigdy nie będzie. Tylko gorzej.

Gdy przedstawiano jego sztab, aresztowany został osławiony agent Tomek, zaś bogate terytoria Banasia przeszukane, zaś jego syn wzięty do aresztu jako zakładnik.

Chyba nikogo nie należy przekonywać (oprócz pisowców), że Polska stała się państwem mafijnym.

No i szefowa sztabu Dudy Jolanta Turczynowicz-Kieryłło to istny ewenement. Przegrała, co mogła, broniła w aferze KNF i dwórek szefa NBP Adama Glapińskiego.

Chciała sądowego zakazu publikacji o tych aferach. I przegrała. A w dniu inauguracji sztabu Dudy powiedziała zdanie, które kwalifikuje ją do PRL, bo to w istocie cenzura:

„Dowolność korzystania z wolności słowa może prowadzić do zagrożeń, nawet do zagrożeń interesów, które są ważne z perspektywy państwa”

To idiotka?

Tak! A to znaczy, że Polska zidiociała, aby taki Kononowicz w spódnicy pieprzył w przestrzeni publicznej.

To porno. Bo takie pieprzenie językiem (oralne) jest niedopuszczalne w demokracji, w państwie jako tako cywilizowanym.

Taka to Cicciolina dorwała się do mikrofonów jako szefowa sztabu wyborczego fana Leśnego Ruchadełka.

W zasadzie cieszmy się, taki fan porno musi przegrać wybory prezydenckie. Później to już będzie porno dla Dudy – Trybunał Stanu.

O tej idiotce Turczynowicz-Kieryłło tutaj >>>

Podczas konferencji, na której poznaliśmy sztab Andrzeja Dudy, prezydent zaprezentował się wyborcom w wersji aksamitnej: jako polityk spokojny, umiarkowany, nie szukający wrogów i dbający o jakość debaty publicznej. W tym samym czasie szef MSWiA Mariusz Kamiński uruchomił podległe sobie służby i przypomniał wyborcom, na czym polega codzienność w obozie PiS.

O wojnie mafijnej w PiS tutaj >>>

Katarzyna Kaczmarek opowiada OKO.press, jak wyglądało zatrzymanie jej męża, byłego agenta CBA. Ciążą na nim zarzuty dotyczące nieprawidłowości w stowarzyszeniu Helper.
PiS chce przykryć kryzys wizerunkowy po wulgarnym geście posłanki Joanny Lichockiej?

O aresztowaniu agenta Tomka i co z tego wynika – tutaj >>>

CBA przeszukało mieszkania szefa NIK Mariana Banasia i mieszkanie jego córki, zatrzymało jego syna. Agenci chcieli zrewidować gabinet Banasia w NIK, ale nie wpuścili ich urzędnicy. Akcja służb związana jest ze śledztwem dotyczącym oświadczeń majątkowych i podatkowych Banasia. Konstytucjonalista Piotrowski: nie wolno tak postępować bez uchylenia immunitetu.

Dalszy ciąg wojny mafijnej w PiS – tutaj >>>

„Wiele osób narzeka na polską służbę zdrowia, nie znając jej, ale kiedy mają z nią do czynienia, są z niej zadowoleni” – tak Stanisław Karczewski (PiS) podsumował pogłębiający się kryzys w służbie zdrowia, brak personelu, zgony na SOR i fatalną sytuację onkologii. A 2 mld na TVP są potrzebne, bo „obiektywnie przedstawia różne punkty widzenia”.

Kłamstwa Stanisława Karczewskiego, który tym samym życzy nam wszystkim śmierci (taki lekarz) – tutaj >>>

Zarówno w warstwie językowej, jak i w kwestii nowych propozycji ani PiS, ani prezydent Duda nie mają nic do zaproponowania – mówi Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. – Jeżeli nawet Duda próbuje powrócić do łagodnego, konsensualnego języka, to jednak duża część społeczeństwa pamięta słowa, jakie wypowiadał, pełne agresji i nienawiści, utrzymane w głównym nurcie PiS-owskim – dodaje. – Ponadto następuje efekt przyzwyczajenia – to, co ludzie dostają, nie jest już przez nich traktowane jako dar ze strony rządzących, tylko oczekują na następne dary – podkreśla.

Wywiad z Aleksandrem Smolarem tutaj >>>

Czy ktoś uczciwy powie jeszcze, że to nie wygląda jak walka gangów?

Oczywiście, tylko odpowiednie służby wiedzą, co tam jest pod spodem: pod zatrzymaniem Tomasza Kaczmarka (agenta Tomka), wejściem CBA do siedziby NIK i nękaniem syna Mariana Banasia i jego córki i pod wkroczeniem NIK do Prokuratury Krajowej. Ale dla obserwatora z zewnątrz to jest Bantustan. Całkiem już jawny. Państewko, Republika Kolesi czy też bananowa lub – jak kto woli – państwo w państwie.

(…)

Dziś w Polsce klimat jest bardzo podobny: im bliżej do wyborów prezydenckich, tym bardziej jawna, bezczelna i nie zważająca na dobro społeczne czy choćby wstyd przed opinią publiczną i tym bardziej krwawa zaczyna być walka o wpływy, które dziś ustanowione przetrwają kolejnych kilka lat. Dla nas, obywateli nie ma w niej wygranych. Zwycięzcy będą przecież największymi kanaliami wszechczasów, a przegrani szubrawcami i nieudacznikami. I nawet jeśli rację mają ci, którzy twierdzą, że cała afera z Banasiem jest po to, żeby przykryć środkowy palec Joanny Lichockiej, to i tak niczego nie zmienia. Jedynym ratunkiem jest już tylko urna wyborcza.

Felieton Elizy Michalik tutaj >>>

PiS zrobił z Polski republikę banasiową

Prezes NIK nie zasypia gruszek w popiele… Jak donosi RMF FM, Marian Banaś właśnie znowelizował zarządzenie dotyczące kompetencji nowych wiceprezesów NIK podczas zastępowania go w obowiązkach.

A tymi nowymi zastępcami Banasia są – przypomnijmy – byli posłowie PiS Tadeusz Dziuba i Marek Opioła. Nazwisko Dziuby pojawiło się na dymisji Banasia, której prezes NIK nie chciał podpisać. A więcej na ten temat w naszym artykule „Znikająca dymisja! Czy Witek odesłała pismo Banasia?”

Wracając do zarządzenia wydanego przez Banasia, jego obecni zastępcy nie będą mogli wiele zrobić podczas ewentualnej nieobecności prezesa NIK.  Nie mogą np. modyfikować upoważnień udzielonych przez prezesa NIK ani zmieniać struktury instytucji.

Poza tym wiceprezesi NIK nie mają też niemal żadnych uprawnień w kwestiach personalnych. Jak to określił w rozporządzeniu Banaś, nie mogą samodzielnie decydować w sprawach „nawiązywania, zmiany lub rozwiązywania stosunku pracy z pracownikami NIK”. Nie wprowadzą więc swoich ludzi do urzędu.

A przecież nie dalej jak w listopadzie Banaś w Sejmie długo rozwodził się nad zaletami i Dziuby, i Opioły… To przecież on rekomendował sejmowej komisji i marszałek Witek ich kandydatury na wiceprezesów NIK.

W powstałej w trybie pilnym opinii z 17 grudnia Biuro Analiz Sejmowych nokautuje projekt ustawy dyscyplinującej zgłoszony przez posłów PiS. Bo narusza on fundamentalne zasady prawa UE. W tym pierwszeństwo unijnych przepisów, niezależność sądów oraz niezawisłość sędziów. Projekt-demolka ma trafić pod obrady Sejmu na posiedzeniu 19-20 grudnia

We wtorek 17 grudnia 2019 Biuro Analiz Sejmowych opublikowało miażdżącą opinię o najnowszym projekcie ustawy PiS, która ma zamknąć usta niezależnym sędziom i prokuratorom. Jak wynika z nagłówka opinia powstała w trybie pilnym.

Zgodnie z zapowiedziami polityków partii Kaczyńskiego pierwsze czytanie groźnego projektu, który wpłynął do Sejmu w piątek 13 grudnia, ma mieć miejsce jeszcze w tym tygodniu. Jak dotąd nie znalazł się jednak w harmonogramie obrad posiedzenia zaplanowanego na 19 i 20 grudnia.

Opinie BAS są niezbędnym elementem procesu legislacyjnego, ale nie mają mocy wiążącej dla posłów. Mimo to, aby analizy nie podważały legislacyjnych intencji PiS, w 2017 roku partia Kaczyńskiego przeprowadziła czystkę w Biurze. Wyrzucono wicedyrektora Jakuba Borawskiego i konstytucjonalistę prof. Andrzeja Szmyta. Część pracowników zdegradowano, wielu – zniesmaczonych – odeszło.

Ale w opinii z 17 grudnia 2019

prawnicy BAS nie zostawiają suchej nitki na projekcie zgłoszonym przez posłów PiS. Mówią jednoznacznie: to pomysły sprzeczne z prawem Unii Europejskiej.

Przede wszystkim z zasadą pierwszeństwa europejskich przepisów przed prawem krajowym. Ale także z zasadą niezależności sądów i niezawisłości sędziów, które gwarantują prawo do skutecznej ochrony sądowej. To reguły wynikające bezpośrednio z unijnych traktatów oraz z orzecznictwa TSUE, które obowiązuje jednakowo we wszystkich krajach Unii. Także w Polsce.

BAS przypomina, że Polska zobowiązała się do podejmowania wszelkich środków, by realizować postanowienia traktatów i aktów instytucji UE. Ma także ułatwiać Unii wykonywanie jej zadań. To zasady z art. 4 ust. 3 Traktatu o UE.

Na wszelki wypadek analitycy odpierają także znany argument PiS, że ustawa dotyczy „organizacji i trybu działania sądów polskich”, które miałyby nie podlegać prawu Unii:

Pierwszeństwo prawa UE

Za niezgodne z unijnym prawem BAS ocenia przepisy projektu, w ramach których sędziowie sądów powszechnych, wojskowych, administracyjnych i SN mieliby odpowiadać dyscyplinarnie za

„odmowę stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową […] nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny”.

Bo z analizy BAS wynika, że byłoby to pogwałcenie kluczowej zasady funkcjonowania Unii Europejskiej, ukutej w orzecznictwie TSUE jeszcze w latach 60. Czyli pierwszeństwa prawa wspólnotowego nad prawem krajowym.

„Na mocy zasady pierwszeństwa każdy organ państwa członkowskiego, a zwłaszcza sąd krajowy, jest zobowiązany do zapewnienia pełnej skuteczności […] przepisom prawa UE oraz skutecznej ochrony sądowej praw jednostek wynikającej z tego prawa” – czytamy w analizie.

BAS przypomina tu liczne orzeczenia TSUE. Trybunał orzekł, że sądy muszą odstąpić od stosowania krajowych ustaw tam, gdzie uznają je za sprzeczne z prawem Unii. Nie powinny w tym celu oczekiwać na zmianę ustawodawstwa ani na opinię jakiegokolwiek innego organu, w tym Trybunału Konstytucyjnego.

Zdaniem analityków BAS w tym aspekcie dyscyplinujący projekt posłów PiS jest niezgodny z unijnym prawem:

„Oznaczałoby to karanie sędziów za wykonywanie obowiązków wynikających z wiążącego RP prawa unijnego. Prowadziłoby do uzależnienia działania zasady pierwszeństwa […] od uprzedniego wydania orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny. […] Takie rozwiązanie prowadziłoby do jednoznacznego i oczywistego naruszenia zasady pierwszeństwa”.

Niezależność sędziów

Analitycy BAS odnoszą się także do planowanego zaostrzenia sankcji dyscyplinarnych wobec sędziów, w tym wprowadzenia nowych, szczegółowych kategorii przewinień oraz kar pieniężnych.

Jak pisaliśmy w OKO.press nowe sankcje, w tym usunięcie z zawodu, mają grozić sędziom (oprócz niestosowania ustaw bez opinii TK) także za działania:

  • mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwość (także takie zaniechania);
  • kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność ich powołania;
  • o charakterze politycznym;
  • stanowiące uchybienie godności urzędu.

PiS zadbał także, by w przypadku nowych deliktów postępowania dyscyplinarne nie kończyły się łagodnie – naganą, upomnieniem lub odstąpieniem od wymierzenia kary. Np. za „kwestionowanie istnienia stosunku służbowego” sędziom mają grozić przeniesienia lub złożenia z urzędu. W przypadku deliktów mniejszej wagi – potrącenie miesięcznej pensji lub usunięcie z funkcji.

BAS przypomina, że niezależność sądów i niezawisłość sędziów to fundamentalny element zasady państwa prawnego – kluczowej wartości Unii z art. 2 Traktatu o UE. Zgodnie z orzecznictwem TSUE niezawisłość obejmuje ochronę przed ingerencją i atakami z zewnątrz. A także nieusuwalność i prawo do pobierania wynagrodzenia.

Trybunał podkreślił, że wszelkie przepisy dyscyplinarne muszą być sformułowane tak, by

„uniknąć ryzyka wykorzystywania takiego systemu do politycznej kontroli treści orzeczeń sądowych”.

BAS zwraca uwagę, że przewinienia dyscyplinarne zaproponowane przez posłów PiS są daleko niedookreślone i mogą być szeroko interpretowane. Mogą być stosowane „w sposób dyskrecjonalny, jeśli nie arbitralny, trudny do zweryfikowania według zobiektywizowanych kryteriów”.

„W tej sytuacji niektóre z proponowanych rozwiązań […] rodzą poważne ryzyko naruszenia uznanej w prawie unijnym zasady niezawisłości sędziów” – stwierdzają analitycy.

Co wolno sędziom

BAS zanalizował także nowe rozwiązania, które miałyby zakazać sądom „aktywności pozasądowej”. A sędziów i asesorów zmusić do ujawnienia m.in. członkostwa w stowarzyszeniach i aktywności w mediach społecznościowych.

„Nie kwestionując zasady, że sądy i sędziowie powinni zajmować się wymierzaniem sprawiedliwości, a nie działalnością polityczną, należy zauważyć, że […] [stwierdzenia projektu – red.] jako bardzo nieostre stwarza ryzyko nadużyć” – piszą badacze.

„W świetle projektowanych przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej […] powstałyby możliwości nakładania […] rygorystycznych kar dyscyplinarnych włącznie ze złożeniem z urzędu” – podkreślają.

Zdaniem BAS prowadziłoby to do naruszenia zasady zapewnienia skutecznej ochrony sądowej praw wynikających z prawa UE.Analitycy Biura dostrzegli, że nie jest w pełni jasny cel wprowadzenia wobec sędziów obowiązku informowania np. o członkostwie w stowarzyszeniach.

„Informacje ujawniane w ten sposób niekoniecznie muszą stać w sprzeczności z wykonywaniem funkcji sędziego. Jeżeli jednak [pozwalałyby – red.] na jego polityczną czy społeczną dyskredytację […], to mogłyby one oddziaływać na zdolność sędziego do bezstronnego i niezawisłego orzekania” – pisze BAS.

„Stosowanie w omawianym zakresie przepisów zaprojektowanych w ustawie rodzi ryzyko naruszenia zasad niezależności sądu/niezawisłości sędziego, a tym samym ryzyko naruszenia zasady skutecznej ochrony sądowej” – czytamy w opinii.

Nieobiektywna KRS

Autorzy projektu ustawy chcą, by uniemożliwić „kwestionowanie” umocowania sądów i zgodności z prawem powołania sędziego. Zamierzają zapewnić ostateczność aktu powołania na sędziego przez Prezydenta RP.

W tym aspekcie analitycy BAS nie doszukali się sprzeczności z unijnym prawem.

„Nie ulega wątpliwości […], że Trybunał Sprawiedliwości w swoim orzecznictwie nie podważa trwałości i ostatecznego charakteru powołania sędziego” – czytamy w opinii Biura.

Jest jednak małe „ale”. „[Trybunał – red.] oczekuje jedynie, że sposób jego powołania, przedłużania pełnienia funkcji czy odwoływania zapewni jemu [sędziemu – red.] i sądowi, w którym przyjdzie mu orzekać, niezależność i bezstronność” – piszą analitycy.

I choć TSUE nie kwestionuje prerogatyw Prezydenta RP w tej dziedzinie, to wskazuje, że „zanim dojdzie do powołania kandydatura powinna być zbadana w toku zobiektywizowanej procedury”.

Za „zobiektywizowaną” nie uznał postępowania prowadzonego przez neo-KRS. Wynika to jasno z pkt. 117 wyroku Komisja przeciwko Polsce z czerwca 2019 r.

Duda przegra, stanie przed Trybunałem Stanu, jak też Ziobro i Jaki

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Banaś, Jaki, Duda, Morawiecki – pisowska groteska, bajzel

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

„Za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju (2019 r.) 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł)” – pisze Onet.

Według prawników wynajętych przez Jannigera, młody człowiek towarzyszył wówczas Macierewiczowi na konferencji: „Polska i USA w obronie wolności: od pokonania komunizmu do zachowania suwerenności narodowej”.

Problem w tym – jak wskazuje w Onecie Stankiewicz – że w maju br. Macierewicz od dawna nie był już ministrem.

„Nie wiadomo więc, czemu na wyjazd do USA zabrał na koszt PFN osobę towarzyszącą. Trudno też mówić o jakichkolwiek „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza, który jest dziś szeregowym posłem” – pisze Onet.

Dziennikarze już wcześniej ujawnili, że PFN zapłaciła amerykańskiej firmie 5,5 mln dolarów za promowanie Polski w mediach społecznościowych. Efektem było m.in. konto na Instagramie, które obserwuje dziś 179 osób.

18 września Onet ujawnił kolejne fakty – na współpracy finansowo skorzystał przede wszystkim historyk Marek Chodakiewicz. Chodakiewicz otrzymywał pieniądze z agencji PR WHWG (które firmie zapłaciła PFN). Ogromne pieniądze dostali jego współpracownik oraz siostra i żona.

Według Onetu, siostra Chodakiewicza otrzymywała 120 tys. dolarów rocznie za… pisanie maili do ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Georgette Mosbacher.

Najnowsze doniesienia na temat PFN to nic nowego w tym sensie, że Fundacja od samego początku jest synonimem niejasnych transferów finansowych, kolejnych wtop wizerunkowych (choć została powołana do bronienia wizerunku Polski) i równie kuriozalnych co kosztownych pomysłów na promocję naszego kraju. Opisywaliśmy je regularnie w OKO.press.

Ta fundacja to nie trzeci sektor

Polska Fundacja Narodowa, choć oficjalnie i na papierze jest fundacją, ma niewiele wspólnego z trzecim sektorem, jak nazywane są zbiorczo pozarządowe organizacje. PFN została powołana w 2016 roku przez 17 spółek Skarbu Państwa, zaś inicjatywa wyszła od rządu PiS. Jej powstanie ogłaszała zresztą podczas konferencji premier Beata Szydło.

PFN miała „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa budować markę Polski poza granicami naszego kraju”. Zrzutka państwowych spółek wyniosła w pierwszym roku działalności 100 mln zł. Na początku roku 2018 finanse PFN osiągnęły pułap 220 milionów.

Dziwna to organizacja pozarządowa, której powstanie organizuje rząd. Ale dziwniejsze miało dopiero nadejść.

Oczernianie sędziów za 8 mln zł

W maju 2017 PFN zorganizowała akcję „Sprawiedliwe sądy”. Miała ona uzasadniać prowadzoną wtedy przez rząd PiS czystkę w sądownictwie. Na ulicach polskich miast pojawiły się billboardy informujące, że sędziowie kradną, wypuszczają na wolność pedofilów, nazywają się nadzwyczajną kastą i ogólnie chcą być bezkarni. Takie same treści promowano w telewizji i internecie.

PFN wykonanie akcji zleciła spółce Solvere, założonej przez byłych PR-owców Beaty Szydło. Maciej Świrski, ówczesny szef PFN twierdził we wrześniu 2017 roku, że usługi Solvere kosztowały 240 tys. zł. W grudniu 2017 Onet ujawnił cztery faktury wystawione dla Solvere na kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie ze sprawozdania finansowego PFN za 2017 rok wynika, że cała kampania kosztowała 8,4 mln zł.

„Sprawiedliwe sądy” są koronnym dowodem na to, że PFN jest politycznym narzędziem w rękach PiS. Potwierdził to nawet sąd. Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze jako prezydentka Warszawy wszczęła wobec fundacji postępowanie nadzorcze (miasto, na którego terenie organizacja jest zarejestrowana, ma taką możliwość).

Pierwszy wyrok stwierdzający, że kampanią o sądach PFN złamała swój statut, zapadł w listopadzie 2018.

„Zdaniem sądu podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie – znacznie go osłabiają, kreując oparty na jednostkowych przypadkach negatywny obraz władzy sądowniczej”.

W lipcu 2019 oddalono apelację fundacji.

W październiku 2019 portal Konkret24 napisał, że Polska Fundacja Narodowa przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności. Sprawy składają niezadowoleni obywatele, dziennikarze oraz organizacje pozarządowe. Pytają organizację o jej działalność, w szczególności finanse, ale ta odmawia odpowiedzi.

PFN pozywa OKO i… nie przychodzi na rozprawę

Rekordowy pod względem wpadek był dla PFN z pewnością rok 2018. W marcu okazało się, że Fundacja kupiła za prawie 5 mln zł używany francuski jacht, który miał opłynąć dookoła świat z okazji stulecia odzyskania niepodległości.

„Gazeta Wyborcza” szacowała, że cały rejs kosztować mógł nawet 20 mln. Wkrótce potem przedsięwzięcie upadło, bo w atmosferze skandalu z akcji wycofała się firma ambasadora kampanii Mateusza Kusznierewicza. Zamiast „Polska 100”, jak nazywała się akcja, jacht nazwano „I love Poland” i postanowiono, że będzie brał udział w światowych regatach. Pół roku temu na zawodach uległ jednak awarii i od tamtej pory czeka na naprawę w Ameryce.

W czerwcu 2018 PFN ogłosiła nabór na specjalne stypendium w Waszyngtonie dla badaczy chcących zajmować się postkomunizmem. Zaaplikował o nie prof. Adam Leszczyński, dziennikarz OKO.press: „Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało”. Nie wiadomo do dziś, bo PFN w swoim stylu uporczywie uchyla się od odpowiedzi.

Fundacja pozwała Leszczyńskiego i OKO.press za ten tekst, ale na pierwszej rozprawie 4 grudnia nikt z PFN się nie pojawił: ani pełnomocnik, ani świadkowie. Sąd ukarał świadków grzywną i odroczył rozprawę do czerwca 2020 r.

O Macierewiczu i jego Jnnigerze tutaj >>>

Marcin Zieliński, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), skonfrontował wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego z faktami. Zieliński wziął pod lupę pierwsze i drugie expose premiera, a następnie pokazał liczby. Gdy zestawi się słowa Morawieckiego z ekonomiczną rzeczywistością, wnioski nasuwają się same. Prawda może być dla tego rządu bolesna. Wystarczy porównać, co mówił premier o programie Mieszkanie+ z liczbą wybudowanych mieszkań w ramach tej sztandarowej rządowej inicjatywy. Dzięki Mieszkaniu+ powstało, uwaga, około jednego tysiąca lokali! Warto dodać, że branża deweloperska oddała w czasie rządów prawicy… 700 tysięcy mieszkań. Zobacz galerię zdjęć. Tam widać wszystko czarno na białym.

Mateusz Morawiecki chwalił się zmniejszeniem liczby stron ustaw. Tymczasem w 2016 roku weszło w życie rekordowe na polskie warunki ponad 35 tysięcy stron aktów prawnych. Premier mówił o zrównoważonym budżecie, ale – jak podkreśla Marcin Zieliński z FOR – pomijając wpływy jednorazowe (m. in. dzięki drugiemu skokowi na OFE) i uwzględniając wszystkie wydatki, Polska jest na budżetowym minusie. I to w czasie, gdy inne kraje oszczędzają na trudne czasy.

Premier wiele mówił o wspieraniu ekspansji polskich firm, podczas gdy polskie inwestycje zagraniczne spadają. Obiecywał pakiet wolnościowy dla biznesu, ale za jego kadencji Polska spadła w rankingach konkurencyjności i warunków do rozwoju biznesu. Chwalił się rozwojem elektromobilności, a trudno znaleźć osobę, która potrafi wymienić choć jeden sukces w tej dziedzinie.

Wizja Morawieckiego: przed 2015 roku był niewykorzystany potencjał

W wypowiedział Morawieckiego pobrzmiewał całkowity brak akceptacji dla działań władz przed 2015 rokiem. Polska przed rządami PiS była krajem, gdzie potencjał „nie został w pełni wykorzystany”. Później nastąpiła zmiana i mieliśmy – jak mówił Morawiecki – „złapać w żagle wiatr historii”. „Przebiliśmy rozwojowy szklany sufit” – stwierdzał dumnie premier. Zdaniem Morawieckiego jego rząd „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.

W drugiej kadencji, PiS ma zamiar wprowadzić w życie program „wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju” oraz stworzyć „potencjał, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Marcin Zieliński jest sceptyczny wobec tych szumnych zapowiedzi Mateusza Morawieckiego. W jego ocenie Polska była kiedyś liderem wzrostu po 1989 roku wśród wszystkich krajów byłego bloku wschodniego, a dziś działania PiS tylko „podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu”.

– Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 roku w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego – zauważa Marcin Zieliński.

Źródło: FOR

Marian Banaś nadal unika kamer, ale NIK przedstawił właśnie raport, który uderza w rządowy program. Budżet państwa stracił łącznie 152 miliony złotych – wynika z wyników kontroli NIK dotyczących programu „Praca dla Więźniów”, który realizowano pod nadzorem Ministerstwa Sprawiedliwości. Do prokuratury trafiło kilkanaście zawiadomień w sprawie.

NIK, którą kieruje Marian Banaś, na specjalnej konferencji prasowej przedstawiła raport dotyczący nieprawidłowości przy realizacji programu „Praca dla Więźniów” finansowanego ze środków Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. Raport jest wynikiem kontroli przeprowadzonej od 17 czerwca do 19 lipca 2019 r.

NIK: nieprawidłowości przy inwestycjach związanych z programem „Praca dla Więźniów”. 115 mln zł strat

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli podczas prowadzenia inwestycji w ramach programu doszło do 27 przypadków naruszeniem prawa zamówień publicznych.

Łączna kwota nieprawidłowo wydatkowanych sposób środków miała sięgnąć 115 mln zł

– czytamy w komunikacie Izby.

Ponadto na polecenie Prezesa Mariana Banasia, NIK skierowała m.in. zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Koszt jego budowy był zdaniem urzędników zbyt wysoki – na infrastrukturę wydano 369 tys. zł, a wedle biegłego jej wartość wynosi ok. 65 tys. zł.

Łącznie w związku z wynikami kontroli NIK podjęła decyzję o skierowaniu 16 zawiadomień do prokuratury.

Co kontrolerzy zarzucają zakładom karnym?

W raporcie NIK znalazło się m.in. powierzanie zamówień podmiotom prywatnym (podwykonawcom) przy braku jasnych zasad ich wyboru. Ponadto w części zakładów budowanych na terenach więzień nie było gwarancji dotyczących zatrudniania osadzonych albo zakres zatrudniania osadzonych był bardzo ograniczony. NIK stwierdził też nierzetelne sprawowanie przez zamawiających nadzoru nad realizacją umów.

1zł brutto za metr kwadratowy hali. Kolejne 37 mln zł strat

Inny zarzut izby dotyczy stawek, za które wynajmowano budowane hale. Niektóre z nich „kosztowały” przedsiębiorców zaledwie złotówkę za metr kwadratowy. Oznacza to, że wynajęcie hali o powierzchni 7,5 tys. m kw. kosztowało jedynie 7,5 tys. zł.

Zdaniem NIK wybudowane nakładem środków publicznych hale, wynajmowane były poniżej stawek rynkowych. Często ich wartość była zaniżona kilkukrotnie, np. w przypadku Zakładu Karnego w Stargardzie ustalony czynsz był dwuipółkrotnie niższy od ceny rynkowej, w przypadku Zakładu Karnego w Czarnem czynsz zaniżony był trzykrotnie, a Zakładu Karnego we Włocławku aż dziesięciokrotnie. Mogło to skutkować pomniejszeniem wpływów o kwotę odpowiednio: 811 800 zł, 144 766 zł oraz 494 213 zł (łącznie o ponad 1 mln 450 tys. zł).

Marian Banaś dostał kilka nagród od premiera. Łącznie ponad 67 tys. zł

Wyniki kontroli NIK wskazują, że czynsz zaniżano w 14 przypadkach dzierżawy hal przemysłowych, co mogło skutkować mniejszymi wpływami – w kontrolowanym okresie o ponad 2,6 mln zł, a w całym okresie trwania umów o blisko 37 mln zł. Łącznie straty mogły wynieść więc 152 mln.

Praca dla więźniów – sztandarowy program rządu

Za program „Praca dla więźniów” odpowiada resort sprawiedliwości. Projekt nadzorował Patryk Jaki, ówczesny minister sprawiedliwości, obecnie europoseł.

Program, który uruchomiono z jego inicjatywy w 2016 roku objął osadzonych w więzieniach czy aresztach. Służba Więzienna chwaliła się, że w w ciągu zaledwie 18 miesięcy od uruchomienia programu zatrudnienie skazanych zwiększyło się o 11 tysięcy, a wskaźnik powszechności zatrudnienia osadzonych osiągnął wartość 52,8 proc.

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM! – pisze Krzysztof Łoziński. „Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

Od zawsze zadziwiało mnie pewne zjawisko – przekonanie wielu moich rodaków, że do objęcia wysokiego stanowiska nie trzeba mieć wiedzy w dziedzinie, której dotyczy. Swego czasu zadziwił mnie Stanisław Alot, jeśli dobrze pamiętam nauczyciel historii, który podjął się kierowania ZUS-em.

Według Wikipedii: „W 1976 ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Później odbył studia podyplomowe z wypoczynku i turystyki na krakowskiej AWF. Od 1976 do 1981 był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Rzeszowie”.

Gdy pełnił funkcję prezesa ZUS: „Krytykowany był za ujawniony w wyniku przeprowadzonej kontroli brak prawidłowo prowadzonej księgowości w ZUS i problemy z systemem informatycznym”.

DLACZEGO GO WSPOMINAM? PAMIĘTAM SWOJĄ MYŚL Z TAMTEGO CZASU: GDYBY MNIE ZAPROPONOWANO STANOWISKO PREZESA NAJWIĘKSZEJ INSTYTUCJI FINANSOWEJ W POLSCE, TO WPADŁBYM W PANIKĘ, BO JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Dziś stanowisko prezydenta RP chce zająć Szymon Hołownia, niewątpliwie sympatyczny i inteligentny człowiek, ale:

Według Wikipedii: „Ukończył Społeczne Liceum Ogólnokształcące Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku. Studiował psychologię w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej”.

Działalność polityczna: „8 grudnia 2019 w Gdańsku oficjalnie ogłosił start w wyborach na Prezydenta RP w 2020 roku”. I koniec. To wszystko.

ABY DOBRZE SPRAWOWAĆ URZĄD PREZYDENTA, TRZEBA MIEĆ DOŚWIADCZENIE I WIEDZĘ W CO NAJMNIEJ W DWÓCH DZIEDZINACH: DZIAŁALNOŚCI POLITYCZNEJ W KRAJU I POLITYCE ZAGRANICZNEJ (ZWŁASZCZA W POLITYCE ZAGRANICZNEJ).

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Po Lechu Kaczyńskim i Andrzeju Dudzie mam już dosyć prezydentów, którzy, poza innymi powodami, SIĘ NA TYM NIE ZNAJĄ!

Szanowni rodacy, jeśli samochód do naprawy dajecie do mechanika, po leczenie idziecie do lekarza, i tak dalej, to zastanówcie się, czy kandydat na prezydenta powinien się znać na tym, czym się będzie zajmował.

Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI PYTAJCIE KANDYDATÓW O KWALIFIKACJE I DOŚWIADCZENIE POLITYCZNE.

(oczywiście od Andrzeja Dudy lepszy jest każdy)

Więcej o Hołowni tutaj >>>

Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat w prawyborach Koalicji Obywatelskiej. – Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Platforma pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

JACEK JAŚKOWIAK: To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?
Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań.

DZIAŁANIA POZYTYWNE BĘDĘ OCZYWIŚCIE WSPIERAŁ, A BLOKOWAŁ TE KARYGODNE I SZKODLIWE.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

POKAZAŁEM, ŻE POTRAFIĘ PROMOWAĆ RÓŻNORODNOŚĆ, TOLERANCJĘ, DBAĆ O NAJUBOŻSZYCH, ALE TEŻ O DOBRE RELACJE Z INWESTORAMI I POZNAŃSKIMI PRZEDSIĘBIORCAMI, KTÓRZY TWORZĄ ATRAKCYJNE MIEJSCA PRACY DLA POZNANIAKÓW.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?
Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać. Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie.

ARMIA MUSI BYĆ NIEZALEŻNA OD POLITYKÓW. POSPOLITYM RUSZENIEM I WOT NIE OSIĄGNIEMY TEGO, CO MOŻNA OSIĄGNĄĆ PROFESJONALIZMEM I JAKOŚCIĄ.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.
Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?
Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak.

PREZYDENT MUSI DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z PRAWEM. JEST STRAŻNIKIEM KONSTYTUCJI, WIĘC JEST OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRA MOŻE POZWOLIĆ SOBIE NA ŁAMANIE PRAWA, NAWET JEŚLI JEST MU TO POLITYCZNIE WYGODNE.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.
Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

POKAZAŁEM, ŻE MOŻNA MIEĆ WŁASNE ZDANIE, NAWET GDY TO NIE SPRZYJA DOBRYM SONDAŻOM. TAK BYŁO CHOCIAŻBY W PRZYPADKU MOJEGO UDZIAŁU W MARSZU RÓWNOŚCI. W POZNANIU MOGĄ CZUĆ SIĘ DOBRZE WSZYSCY, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAKIEGO SĄ WYZNANIA, KOLORU SKÓRY CZY POGLĄDÓW POLITYCZNYCH.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO. Platforma pokazała zdecydowaną twarz oraz że nie boi się jasno głosić swoich poglądów. Pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?
Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.

SĄDZĘ, ŻE NA PRZESTRZENI 5-6 LAT DOJDZIE DO ROZWIĄZAŃ, KTÓRE FUNKCJONUJĄ W PAŃSTWACH CHADECKICH, NP. W NIEMCZECH, GDZIE NIE MA ABORCJI TRAKTOWANEJ JAKO ŚRODEK ANTYKONCEPCYJNY, ALE JEST OPIEKA I TROSKA WOBEC KOBIET, KTÓRE ROZWAŻAJĄ PODJĘCIE TEJ DRAMATYCZNEJ DECYZJI.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?
Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.

ZGŁOSIŁEM SWOJĄ KANDYDATURĘ W KOPERCIE, DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ZROBIŁA TO MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA. PYTAŁEM JĄ O TO.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?
Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy Prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W POLSCE JEST WIELE OSÓB, KTÓRYM NIE UDAŁO SIĘ W ZWIĄZKACH MAŁŻEŃSKICH PRZETRWAĆ I O TYM TEŻ TRZEBA JASNO MÓWIĆ. NAJWAŻNIEJSZE, ABY DBAĆ O DZIECI I NAWZAJEM SIĘ SZANOWAĆ. WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM ZE SWOJĄ BYŁĄ ŻONĄ LEPSZE RELACJE, NIŻ W NIEJEDNYM MAŁŻEŃSTWIE, KTÓRE TRWA.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.
Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

„Były media i błysk fleszy” napisała Krystyna Pawłowicz o ślubowaniu do TK w Belwederze. Ale kancelaria prezydenta nie opublikowała nawet pół zdjęcia Dudy z Pawłowicz i Stanisławem Piotrowiczem. Prezydencki minister twierdzi – wbrew wielu faktom, które przedstawiamy – że nominacje do TK odbywają się zawsze bez mediów. Czego się boi prezydent?

Już od kilku dni Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina są sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Uroczyste ślubowanie złożyli Prezydentowi RP w czwartek, 5 grudnia 2019.

Sejm wybierał Piotrowicza i Pawłowicz – wiernych żołnierzy PiS – na oficjalnie bezstronnych sędziów TK. Na nic zdały się apele ekspertów prawnych, wskazujących dodatkowo, że w efekcie „reform” sądownictwa oboje są do Trybunału za starzy. Na nic apele opozycji, by nie wybierać do TK byłego prokuratora z czasów PRL.

Wybór Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny do TK to kolejny gwóźdź do trumny niezależnego Trybunału, który pod rządami PiS stał się marionetkowym organem władzy.

„Były media i błysk fleszy. A teraz służba Polsce” – napisała 5 grudnia na Twitterze sędzia Pawłowicz.

Jest tylko jeden problem: nie wiadomo jakie media i czyje flesze miała na myśli. Relacji fotograficznej i wideo ze ślubowania nie udostępniły na swoich stronach ani Trybunał Konstytucyjny, ani Kancelaria Prezydenta. Przebiegu uroczystości nie zrelacjonowały też żadne media, nawet te prorządowe.

Ale odkładając żarty na bok – wygląda na to, że mamy kolejny, po listach poparcia członków nowej KRS, sekret państwa PiS.

Lakoniczny TK

Wydarzenie odnotowano krótko na stronie Trybunału.

„5 grudnia 2019 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda odebrał ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Pani Krystyny Pawłowicz, Pana Stanisława Piotrowicza oraz Pana Jakuba Steliny” – czytamy w komunikacie opatrzonym jedynie zdjęciem… budynku TK przy al. Szucha w Warszawie.

To sytuacja wyjątkowa. Zakładka „Wydarzenia” w witrynie TK obfituje w informacje o uroczystościach, wykładach, spotkaniach zorganizowanych w Trybunale i z udziałem np. prezes Julii Przyłębskiej. Zwykle są one opatrzone kilkoma, kilkunastoma fotografiami.

Dość rozpaczliwą próbę wyjaśnienia utajnienia ślubowania Pawłowicz i Piotrowicza przedstawił prezydencki minister Błażej Spychalski:

We wrześniu 2017 roku ślubowanie składał nowo wybrany sędzia TK Justyn Piskorski (zastąpił zmarłego Lecha Morawskiego). Na stronie Trybunału mogliśmy przeczytać krótką biografię sędziego i zobaczyć kilka zdjęć ślubowania autorstwa fotografa z Kancelarii Prezydenta Macieja Biedrzyckiego.

Zdjęcia pokazano także po ślubowaniach sędziów Andrzeja Zielonackiego i Mariusza Muszyńskiego w czerwcu i lipcu 2017.

„Były media i błysk fleszy”

Na stronie prezydenta Andrzeja Dudy pojawiła się zaledwie lakoniczna wzmianka, że ślubowanie 5 grudnia miało miejsce.

Zabrakło fotografii, co dziwi zwłaszcza, gdy przyjrzymy się barwnej relacji z zaprzysiężenia nowej minister sportu z tego samego dnia. Ślubowanie Justyna Piskorskiego w 2017 roku opatrzono pięcioma zdjęciami oraz obszernymi cytatami z przemówienia Andrzeja Dudy. Okolicznościowe wystąpienie prezydenta opublikowano też na stronie jako filmik. Można oglądać je do dziś.

Duda miał przemawiać także na uroczystości 5 grudnia 2019. O „ważnym przemówieniu na temat wymiaru sprawiedliwości” pisała na swoim Twitterze Krystyna Pawłowicz. Jej „relacja” to w zasadzie jedyne, co wiemy na temat przyjęcia, które odbyło się w Belwederze.

Była posłanka podkreśla, że „były media i błysk fleszy”, w tym obsługa z Kancelarii. Dlaczego zatem zdjęcia nie pojawiły się na stronie prezydent.pl?

Jakub Szymczuk, osobisty fotograf Andrzeja Dudy, miał być w tym czasie na urlopie. Ale wydarzenia z udziałem prezydenta RP relacjonują także m.in. Maciej Biedrzycki i Grzegorz Jakubowski.

Prawo do informacji

Sprawa wyglądała tajemniczo, a media zaczęły dopytywać, dlaczego żadne fotografie ze ślubowania nie ujrzały światła dziennego. Zainteresowanych uspokajał rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel.

„W tajemnicy to jakby ktoś się spotykał z kimś […] na stacji benzynowej albo pod śmietnikiem czy na cmentarzu i tam coś ustalał. […] Belweder, siedziba prezydenta, trudno mówić, że jest okryty mgiełką tajemnicy. Zresztą od wczoraj wszyscy o tym mówią, więc z tą tajemniczością bym nie przesadzał” – tłumaczył w „Graffiti” Polsat News w piątek 6 grudnia.

Takie tłumaczenia nie usatysfakcjonowały jednak części komentujących, a w internecie pisano kolejnej, po listach poparcia do KRS, cegiełce do „niejawnego” państwa PiS. Marek Tatała, prawnik i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka Balcerowicza, zwrócił się do prezydenta z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

Bo art. 61 ust. 1 Konstytucji daje obywatelom prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. O prawie tym mówi także art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej.

We wniosku FOR domaga się ujawnienia:

  • imion i nazwisk osób publicznych, a zwłaszcza przedstawicieli władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, które wzięły udział w uroczystości;
  • czy podczas ślubowania dokonywano rejestracji obrazu i dźwięku za pomocą zdjęć lub nagrań wideo;
  • wyżej wymienionych zdjęć i nagrań, jeżeli takie powstały;
  • treści przemówienia Andrzeja Dudy;
  • informacji, jakie media brały udział w ślubowaniu.

Na odpowiedź Kancelaria Prezydenta ma 14 dni, chyba że skorzysta z możliwości wydłużenia terminu do dwóch miesięcy. Marek Tatała zapowiedział, że poda ją do publicznej wiadomości.

Co wypada Prezydentowi

Dlaczego Kancelaria Prezydenta tym razem nie pokazała zdjęć ze ślubowania? Najpewniej chodzi o wizerunek Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej podlega szczególnej ochronie.

Popularność Dudy jest wciąż wysoka, ale walka o prezydenturę będzie zacięta. Zwycięstwo w wyborach będzie zależeć od tego, czy uda mu się przekonać opinię publiczną, że jest „kandydatem zgody” i „mężem stanu”. Prezydent musi unikać kontrowersji, a taką z pewnością byłyby serdeczne ujęcia z „żołnierzami” PiS Piotrowiczem i Pawłowicz.

Zwłaszcza, że pod względem „sympatyczności” Dudzie wyrosła ostatnio poważna i nieco bardziej autentyczna konkurencja.

Z relacji Krystyny Pawłowicz wiemy, że prezydenckie przemówienie 5 grudnia dotyczyło sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Duda dał ostatnio próbkę tego, jak postrzega tę sytuację. Na spotkaniu 20 listopada w Brojcach, dzień po przełomowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, wykrzyczał nienawistną tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

Prezydent wspominał m.in. o potrzebie dokończenia dekomunizacji w polskich sądach. Niedługo potem odebrał ślubowanie na sędziego TK – kluczowego organu władzy sądowniczej w Polsce – od byłego komunistycznego prokuratora. Taka niekonsekwencja może nie spodobać się umiarkowanym wyborcom.

„Prezydent Duda boi się Polaków, natomiast jeszcze bardziej boi się prezesa Kaczyńskiego” – komentowała Małgorzata Kidawa-Błońska, wicemarszałek Sejmu z ramienia KO.

„Jest trzech kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają na objęcie tych funkcji od lat. Pan Prezydent nie zaprzysięga ich, natomiast zaprzysięga nowych, mówiąc, że nie może nie zaprzysiąc” – powiedziała I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Kaczyński jak szarańcza

Premiera „Szczerze” Donalda Tuska 12 grudnia. Już dziś publikujemy fragmenty bardzo osobistych dzienników byłego przewodniczącego Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Książka autorstwa Donalda Tuska ma formę osobistego dziennika. Są to zapiski z lat 2014-2019 uzupełnione i wzbogacone późniejszymi przemyśleniami. Były premier Polski opisuje kolejne dni na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej (czy, jak woli jego wnuk, Króla Europy). Relacjonuje spotkania z Angelą Merkel, Petrem Poroszenką, Francois Hollande’em, Barackiem Obamą czy Davidem Cameronem. Ujawnia kulisy narad na szczytach europejskich władz. Możemy wraz z nim śledzić m.in. pierwsze przymiarki do referendum brexitowego czy narastający konflikt w UE w sprawach dotyczących sankcji na Rosję, wsparcia dla Ukrainy oraz kryzysu w Grecji. Tusk dużo miejsca poświęca też swoim bliskim i sprawom polskim, do których jako szef RE musiał zachowywać dyplomatyczny dystans.

Poniżej pierwsze fragmenty książki Donalda Tuska. Premiera książki zaplanowana jest na 12 grudnia, a 14 grudnia w sobotę w Centrum Premier Czerska 8/10 odbędzie się spotkanie z autorem.

NIEDZIELA, 13 STYCZNIA 2019

Przez cały dzień pracujemy z Junckerem nad listem do Theresy May. Zapewniamy w nim – na jej prośbę – że będziemy gotowi na podpisanie withdrawal agreement natychmiast, jak tylko zostanie przegłosowany przez Izbę Gmin. Dodajemy też kilkanaście zdań, które mają „osłodzić” backstop i uczynić go strawnym dla brytyjskich posłów.

W domu jestem tuż przed dwudziestą. Nagle dzwoni telefon. To Michał. Mówi coś, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W czasie „Światełka do nieba”, gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ktoś zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Jeszcze nie wiadomo, czy jest ciężko ranny. „Nie, na pewno wszystko będzie dobrze” – odpowiadam. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Włączam TVN 24, reporterka wyraźnie zdenerwowana, widać, jak odjeżdża karetka. Po chwili znowu dzwoni Michał. Mówi, że sytuacja jest jednak poważna.

Całą noc telefony. Gosia jest w kontakcie z Piotrem Adamowiczem, bratem Pawła, rozmawia z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, który w szpitalu czeka na wieści od lekarzy. Około trzeciej nad ranem telefon od Piotra. Rozumiem, że jest bardzo źle. Coś mnie chwyta za gardło. Zaczynam ryczeć jak dziecko.

Na wszystkich portalach Paweł mówiący do zebranych ludzi tuż przed atakiem:

Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności.

I to światełko w jego ręku… Zasypiam po czwartej.

PONIEDZIAŁEK, 14 STYCZNIA 2019

Od rana cała polska ekipa w moim gabinecie. Mówię im, czego się dowiedziałem od Piotra Adamowicza: stan jest krytyczny, Paweł może nie przeżyć. Ktoś dopowiada, że podobno lekarze podtrzymują go przy życiu dzięki aparaturze po to, by żona, która leci ze Stanów, zdążyła go jeszcze zobaczyć.

Dzwonią z Gdańska, że mieszkańcy będą się zbierać po południu pod Dworem Artusa, żeby się modlić za Pawła i na znak solidarności z nim i jego rodziną. „Przecież nie będę tu siedział jak idiota i czekał na telefony” – pomyślałem. Dwie godziny później byłem już na lotnisku.

Tuż przed odlotem odbieram jeszcze jeden telefon od Wojtka Dudy. „To chyba koniec” – mówi. Na lotnisku w Gdańsku dziwna cisza. Twarze smutne, wściekłe, przestraszone. „Prezydent nie żyje” – mówi oficer ochrony, potwierdzając najgorsze. Jedziemy w kierunku Długiej, setki samochodów w tym samym co my kierunku, tkwimy w wielokilometrowym korku. Gdańszczanie tego wieczora chcą być razem.

Stoimy na przedprożu Dworu Artusa. Wałęsa, Borusewicz, Dulkiewicz. Przed nami morze głów; gdańskie, polskie, europejskie flagi. Ola z Wałęsą proszą, żebym coś powiedział do ludzi, ale jak tu mówić z czarną pustką w głowie, kiedy chce się płakać, milczeć albo wyć. Mówię kilka zdań przez ściśnięte gardło, trzęsąc się z zimna albo z emocji. Z głośników słychać „The Sound of Silence” i już nikt nie kryje łez.

Więcej Tuska tutaj >>>

Tak wynika z informacji, do których dotarł onet.pl. A odbywa się to za pośrednictwem amerykańskiej firmy White House Writers Group, która została wynajęta przez Polską Fundację Narodową, aby poprawiała wizerunek Polski w USA. Płacą za to wszyscy podatnicy, bo na budżet PFN – powołanej przez PiS – składają się kontrolowane przez partię rządzącą spółki skarbu państwa.

Onet dotarł do raportu finansowego WHWG. Było to możliwe tylko dzięki skorzystaniu z amerykańskiego prawa, które obliguje wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby do składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy. Sama PFN nie chciała ujawnić rozliczeń z WHWG.

Z najnowszego raportu WHGW, obejmującego okres od maja do października tego roku, wynika, że Amerykanie otrzymali ponad 1,2 mln dol., czyli ponad 4,5 mln zł. Z tych pieniędzy sfinansowano wydatki Edmunda Jannigera, młodego byłego doradcy Antoniego Macierewicza. Jak donosi onet.pl, za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł).

Janniger nie zamierza się z tego tłumaczyć i wynajął kancelarię prawną, której przedstawiciel zaczął grozić dziennikarzowi Onetu. Mecenas Richard S. Gordon twierdzi, że „Minister Macierewicz poprosił naszego klienta [czyli Jannigera], aby towarzyszył mu w podróży do Chicago i podczas tego wydarzenia, co Pan Janniger zrobił w ramach swoich obowiązków służbowych”.

Tym wydarzeniem była konferencja, którą WHWG zorganizowała za pieniądze PFN. Odbyła się w luksusowym hotelu Blackstone. Według onet.pl, to tam prawdopodobnie nocowali Macierewicz i Janniger. W sumie podczas tej konferencji na samo tylko jedzenie i picie poszło ponad 9 tys. dolarów (35 tys. zł), choć trwała ona zaledwie 90 min.

Onet przypomina, że Macierewicz od dawna nie jest już szefem resortu obrony. W jakim więc charakterze z szeregowym posłem, którym Macierewicz jest w tej chwili, podróżował Janniger? Pojawia się także pytanie, co miał na myśli jego adwokat, pisząc o „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza.

Na wtorek zapowiedziana jest konferencja prasowa NIK. Jak podejrzewają dziennikarze, zostanie na niej przedstawiony raport, dotyczący nieprawidłowości związanych z działalnością Funduszu Sprawiedliwości, działającego pod kuratelą Zbigniewa Ziobry, a za tym ma pójść informacja o złożeniu zawiadomień „do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Ma ich być co najmniej kilkanaście”.

O sytuacji w Funduszu NIK informowała już w ubiegłym roku, zarzucając wydanie milionów „złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia”.

Wówczas partia rządząca podeszła do raportu NIK-u dość beztrosko, sugerując, że prace Izby budzą wiele wątpliwości i są nierzetelne, bo przecież na czele tej instytucji stoi nie związany z PiS-em Krzysztof Kwiatkowski. W tej sytuacji trudno więc mówić o wiarygodności i obiektywizmie kontrolerów.

Pytanie, jak teraz PiS będzie tłumaczył raporty, które mogą być przedstawione jutro, na konferencji. Zarówno ten, dotyczący właśnie Funduszu Sprawiedliwości oraz dwa kolejne, związane z aferą GetBack oraz z działalnością Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) mogą być dla partii rządzącej bardzo niewygodne i trudne do schowania pod dywan.

Jedno jest pewne. Banaś tak jak obiecywał, nie podda się bez walki. Ciekawe, ile jeszcze przed nami odsłon tego konfliktu?

Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie

Nie chcę straszyć, ale naprawdę jest się czego bać. Orzeczenie sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego, którym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej powierzył zbadanie legalności działania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej SN,  nie zakończył sporu o legalność „dobrej zmiany” w sądownictwie, a przeciwnie, otworzył bezwiednie nowy etap eskalacji bezprawia. W najgorszym, ale jak najbardziej realnym scenariuszu, może się on zakończyć chaosem w gigantycznej skali i prawną anarchią, która nie raz już bywała pretekstem do przejęcia pełni władzy przez grupę trzymającą tę władzę w garści, a naród za pysk, albo do dyktatury pojedynczego despoty, sprawującego oczekiwane przez naród rządy silnej ręki.  Jest przy tym oczywiste, że pierwszą decyzją każdej autokratycznej władzy będzie wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS idzie na zderzenie czołowe. Wyrok Sądu Najwyższego to dla tej partii niewiążąca opinia. Funkcjonariusze PiS bajdurzą, że orzeczenie jest sprzeczne z Konstytucją, że kłóci się z zasadą nieusuwalności sędziów, że jedni sędziowie nie mogą usuwać drugich – tyle tylko, że nikt nie usuwa sędziów, bo ludzie skierowani przez władzę wykonawczą do KRS i ID sędziami wcale nie są! Równie bzdurny jest argument, że wyrok dotyczy tylko jednostkowej sprawy, z powodu której sędziowie Izby Pracy zwrócili się o opinię do TSUE. Przewodniczący KRS Leszek Mazur oświadczył, że wyrok Izby Pracy Sądu Najwyższego nie będzie miał konsekwencji dla funkcjonowania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. To nieprawda. Listopadowy wyrok unijnego trybunału, zrealizowany przez polski Sąd Najwyższy,  wiąże każdy sąd w kraju, od SN do szeregowego sędziego sądu powszechnego, także Izbę Dyscyplinarną, KRS, prezydenta, premiera, ministra sprawiedliwości, rzeczników dyscyplinarnych – wszystkich.  Tymczasem KRS, który zgodnie z wyrokiem nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy ustawodawczej, uznał, że wyrok SN go nie dotyczy i obraduje w najlepsze. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, która nie jest sądem w rozumieniu prawa UE – a przez to i prawa krajowego, odebrała właśnie immunitet warszawskiej prokuratorce Justynie Brzozowskiej za odmowę „trałowania” w lipnej sprawie reprywatyzacyjnej, zapowiadając, że na wokandzie ma aktualnie trzynaście kolejnych rozpraw przeciw protestującym sędziom i prokuratorom.

W normalnym kraju premier z ministrem sprawiedliwości natychmiast usiedliby do przygotowania nowej ustawy o KRS. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej, KRS oraz nominowani przez KRS, zakończyliby orzekanie, a do społeczeństwa dotarłaby wiadomość, że sprawy kierowane do sądów, które sądami nie są, rozpatrywane nie będą. Ale Polska od dawna nie jest normalnym krajem, mimo zaklęć premiera furt wzywającego do normalności – samego siebie zapewne. Cokolwiek bezradnie zabrzmiało oświadczenie Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, wzywającą „parlament, rząd, prezydenta do tego, żeby dostosowali nasze prawo do standardów unijnych, bo przecież te standardy unijne zostały przez Polskę zaaprobowane, podpisane i to są nasze standardy”. – No i co z tego?! – usłyszałaby prezes Gersdorf w odpowiedzi, gdyby ktokolwiek z rządzących zechciał jej odpowiedzieć.

Widać wyraźnie, że PiS idzie na czołówkę z sędziami, trybunałem europejskim, Unią, polską racją stanu i zdrowym rozsądkiem. Idzie z fanfarami, sztandarami, narodowymi hasłami i z Gowinem, który zamykając pochód pali za sobą mosty (pali, ale się nie zaciąga).  Co takiego stało się z wymiarem sprawiedliwości, ze trzeba go wysadzić w powietrze? Dlaczego PiS chce rządzić i egzekwować prawo na gruzowisku? Argumenty, którymi próbuje przekonać Polaków, a co gorsza również zagranicznych partnerów, są najzwyczajniej durne, a często także śmieszne. Dociera to nawet do niektórych funkcjonariuszy władzy, którzy nie mówią już, że reforma ma skrócić sądowe procedury, bo wszyscy widzą, ze sprawy wloką się teraz znacznie dłużej.  Minister Ziobro nie opowiada już o sędzim – zbrodniarzu, który poważył się wziąć w sklepie część do wiertarki i nie zapłacić, ani o byłym sędzi niezrównoważonym psychicznie, który ukradł spodnie. Ale nie przestał bredzić dlatego, że ledwie kilka takich przypadków, które zdarzyły się wśród 10 tys. sędziów w ciągu kilkunastu lat, to wręcz powód do zawodowej dumy.

Ziobro ma wiele powodów, by o tym milczeć. Wyliczmy kilka najświeższych. Afera Misiewicza, aresztowanego za łapówki w zamian za wpływy w rządzie i biznesie. Afera KNF z prezesem Chrzanowskim, prezesem Glapińskim i bliskimi Mariusza Kamińskiego w rolach głównych. Afera związana z ukrywaniem majątku premiera Morawieckiego, przepisanego na żonę. Afera sponsorującej PiS piramidy finansowej Get Back, w której Polacy utopili trzy razy więcej pieniędzy niż w Amber Gold. Afera Polskiej Fundacji Narodowej, która miała „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”, a wykonała kampanię szkalującą sędziów, która za prawie milion euro kupiła biało-czerwony jacht stojący od pół roku w porcie USA ze złamanym masztem oraz zapłaciła amerykańskiej firmie piarowej 5,5 mln USD za promocję na profilach obserwowanych przez kilkadziesiąt osób. Afera b. marszałka Sejmu Kuchcińskiego, który zarzekał się, że z transportu lotniczego korzysta sam, incydentalnie i tylko w sprawach niecierpiących zwłoki, a w rzeczywistości odbył 135 podróży, zabierając na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę oraz kolegów z PiS i partyjnych działaczy samorządowych. Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy pod wodzą wiceministra Łukasza Piebiaka szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Afera z „taśmami prawdy” Jarosława Kaczyńskiego, planami budowy dwóch wież, tajemniczym udziałem księdza Sawicza, który miał wziąć łapówkę, z oskarżeniem Kaczyńskiego o oszustwo i dziwnej reakcji prokuratury. I wreszcie afera Banasia, który mimo toczącego się przeciw niemu śledztwu został prezesem NIK. I jeszcze towarzysząca mu afera mafii VAT, której Zbigniew Ziobro długo szukał i w końcu znalazł – u siebie w ministerstwie.

I tak dysponentom koszmarnej zmiany pozostał już tylko jeden dowód degrengolady stanu sędziowskiego, wymuszający natychmiastowe drastyczne decyzje: SĘDZIOWIE TO KOMUCHY!  Niemal na każdym spotkaniu w terenie prezydent Duda łamiącym się głosem biada nad stanem polskiego sądownictwa przesiąkniętego wrażą ideologią i gromko wygraża postkomunistom ukrywającym się wśród sędziów, ze szczególnym uwzględnieniem ich głównego sztabu – Sądu Najwyższego.  Prezydentowi wtóruje premier, sypiąc z rękawa coraz to nowymi liczbami opisującymi rozmiar komuszego zagrożenia w wymiarze sprawiedliwości. Solistą tego chóru jest szeregowy poseł Kaczyński – autor „komunistów i złodziei”, „sędziowskiej kasty”, „bezkarnych synekur”, „ojkofobii, czyli nienawiści sędziów do własnego narodu” i kilku jeszcze bonmotów. Funkcjonariusze władzy rozgłaszają te i podobne bzdury na cztery strony świata nie zważając, że przed chwilą jeszcze odsądzali od czci i wiary każdego, kto o polskich kłopotach ledwie wspomniał za granicą.  Opowiadają swoje dyrdymały nie zważając, że myślący słuchacze, w tym wszyscy zagraniczni, dawno sprawdzili, jak jest naprawdę z tymi polskimi sądami splamionymi miazmatami komuny.  A jak jest?

PREZYDENT DUDA KŁAMIE. PREMIER MORAWIECKI KŁAMIE. POSEŁ KACZYŃSKI KŁAMIE.  Bo nawet Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości informuje, że w obecnym składzie Sądu Najwyższego nie ma nikogo, kto byłby w tym sądzie w poprzednim ustroju, na 101 orzekających w SN, żaden nie czynił tego przed 1989 rokiem. Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie. Podobne proporcje dotyczą byłych członków PZPR. Ciekawostką jest, że to samo biuro nie dysponuje danymi dotyczącymi Izby Dyscyplinarnej KRS oraz powołanymi na podstawie ustawy z grudnia 2017.

Mimo to Kaczyński, Ziobro, Duda i Morawiecki chórem wciskają Polakom i światu, że sądownictwo trzeba wywrócić do góry nogami, bo pełne jest komunistycznych złogów. Sugerują, że aktywiści PZPR dzielą się na przyzwoitych popierających PiS, którzy zapisali się do partii, by rozwalać komunę od środka – i na zatwardziałych postkomunistów, których należy eliminować z publicznych zawodów. Najgorszym sortem wśród nich są sędziowie, bo nie dość, że nie pomagają reformować kraju, to jeszcze przeszkadzają w tym zbożnym dziele pod pretekstem, że władza narusza praworządność.   Nie rozumieją, że władza jest praworządna z definicji, a legalnie wybranym wolno tworzyć prawo wedle swego uznania. Tacy sędziowie są po prostu kastą, która postawiła się ponad władzą PiS. To ten najgorszy sort komuchów, którzy zbierają się nocami czytając manifest komunistyczny i nucąc Międzynarodówkę.

Ciekawe, czy takie argumenty, które mają dowieść słuszności demolki w sądownictwie i usprawiedliwić wojnę wypowiedzianą Trybunałowi Sprawiedliwości UE, Sądowi Najwyższemu i niezawisłym sędziom sądów powszechnych, zwolnią obecnie rządzących od przyszłej odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej.

Uniwersytet Warszawski właśnie rozpoczął akcję „UW gratuluje Oldze Tokarczuk”. I pokazał zdjęcie noblistki z jej dyplomu ukończenia studiów.

Jacka Kurskiego sowietyzm i Banasia mafijność

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Duda powinien się bać, bo czeka go Trybunał Stanu

Mówiąc cynicznie, opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u – mówi prof. Marek Migalski. – Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: O co chodzi w tej grze Mariana Banasia z PiS-em? Dwa dni temu wyglądało na to, że mamy układ – Banaś oddaje NIK pod kontrolę PiS-u mianując polityków tej partii na wiceprezesów NIK-u, a PiS zostawia Banasia w spokoju.

MAREK MIGALSKI: Też miałem wrażenie, że został zawarty jakiś pakt między Banasiem a PiS-em, dlatego że nominacje na wiceprezesów musiały być konsultowane z Nowogrodzką, a po drugie politycy tej partii robili wszystko na komisji pod przewodnictwem posła Szaramy, żeby to zostało szybko i sprawnie przeprowadzone. Wyglądało, że został zawarty jakiś układ, który ma pozwolić obu stronom wyjść z tego z jak najmniejszymi stratami. Dziś widzimy, że jest jakieś przesilenie. Dodam jeszcze, że w piątek wieczorem media podały, że został zwolniony pan Krupiński, czyli szef Pekao, którego nominacja była czysto polityczna, zatem jego dymisja również taka musi być. To oznacza, że coś się dzieje. Oczywiście nie dowiemy się konkretnie, co, bo to wie tylko najwęższy krąg decyzyjny PiS-u, ale chyba został złamany przez którąś ze stron układ, który obowiązywał jeszcze 48 godzin temu.

TO, ŻE POZOSTAWANIE NA FUNKCJI SZEFA NIK-U PANA BANASIA JEST KŁOPOTLIWE DLA PIS-U, WIEDZĄ WSZYSCY, TYM BARDZIEJ, ŻE MÓWIĄ O TYM JUŻ SAMI POLITYCY PIS-U, DOMAGAJĄC SIĘ JEGO DYMISJI.

Premier w końcu przeczytał raport CBA, które z kolei zapowiedziało, że zgłasza sprawę Banasia do prokuratury. Kuriozalnie to wygląda.
Jeszcze lepiej wygląda to, że premier zapowiedział, że przeczyta, a po przeczytaniu zadzwoni do Banasia. Doszło więc do jakiegoś kabaretowego wręcz powtórzenia – rozumiem, że nieświadomie – słów owego gangstera, który na wątpliwości dziennikarza odpowiedział, że “zadzwoni do Banasia”.

To wszystko oznacza nie tylko, że premier nie potrafił poradzić sobie przez ponad tydzień z lekturą krótkiego dość raportu, ale jeszcze dawał powody do tego typu sarkazmu czy ironii, kiedy sytuacja nie skłania raczej do krotochwil, bo każdy dzień pozostawiania Mariana Banasia na urzędzie szefa NIK-u jest – jak powiedziałby Lech Wałęsa – plusami ujemnymi dla PiS-u. Dziś się odżegnują od Banasia, ale cały czas pamiętamy te zdjęcia, kiedy w momencie wyboru Banasia cała rada ministrów, na czele z uszczęśliwionym premierem Morawieckim i ministrem Glińskim, wstają, klaszczą i gratulują mu.

NAWET GDY DZIŚ CHCĄ DYMISJI BANASIA, TO NAWAŻYLI SPOREGO PIWA, KTÓRE TERAZ PRZYCHODZI IM WYPIĆ. TROCHĘ PRZYPOMINA TO STARY DOWCIP O SOCJALIZMIE, ŻE TEN SYSTEM ŚWIETNIE ROZWIĄZYWAŁ PROBLEMY, KTÓRE SAM STWORZYŁ.

Premier mówi o „planie B”, podobno chodzi o zmianę konstytucji lub ustawy.
Pozwoliłem sobie na żart, że może chodzi o wysłanie Banasia do TK, bo do tego nas obóz władzy przyzwyczaił, ale jak rozumiem tu musi nastąpić zmiana ustawy zasadniczej. Moim zdaniem to nie wchodzi w grę, bo musieliby przy tym pomagać posłowie opozycji, a mówiąc cynicznie, opozycja nie powinna być zainteresowana szybkim rozwiązaniem tego problemu, bo z tej awantury może politycznie profitować. Opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u.

Może Marian Banaś powinien dogadać się po cichu z opozycją, bo ma teraz ogromną władzę – może prześwietlić majątek premiera, zająć się prokuraturą czy może nawet spółką Srebrna?
Z punktu widzenia pana Banasia to prawdopodobnie byłoby opłacalne, ale z punktu widzenia opozycji byłoby to samobójcze. Można mówić różne krytyczne słowa pod adresem opozycji, ale nie to, że w osobie pana Banasia znajdzie sobie kolegę. Co ciekawe, skierowanie wniosku do prokuratury przez CBA utwardza Banasia w przekonaniu, że w żadnym stopniu nie powinien się zrzekać immunitetu, bo teraz go chroni, a powaga urzędu go buduje. Sądzę, że ten

RUCH CBA GO UTWARDZI W PANCERNOŚCI I WYGLĄDA NA TO, ŻE TA WOJNA MOŻE BYĆ DŁUGOTRWAŁĄ I POZYCYJNĄ I NA WYNISZCZENIE, CHOĆ OCZYWIŚCIE WIEMY, KTO W KOŃCU ZWYCIĘŻY.

Pan wie?
Siły Banasia są nieporównywalne z siłami PiS-u, tylko że to może być pyrrusowe zwycięstwo dla PiS-u. Może być tak, że kiedy w końcu uda im się wyrzucić Banasia z miejsca, w którym go zainstalowali, to koszty społeczne będą o wiele większe, niż ktokolwiek sądził.

Gdyby to był amerykański film, to szybko znalazłyby się jakieś kompromitujące materiały na Banasia, ale rozumiem, że Polska to nie amerykańskie kino sensacyjne.
Moim zdaniem jesteśmy Zachodem, tylko dzikim, więc te zachodnie wzorce mogą być tylko u nas udoskonalone. Musimy pamiętać o tym, że wszystko zaczęło się od tego, że służby specjalne albo zataiły wiedzę o panu Banasiu przed opinią publiczną i prawdopodobnie częścią PiS-u, albo tę wiedzę miały tylko niektóre służby lub tylko niektórzy z tych służb. Być może jakieś „kompromaty” istnieją na Banasia i zostaną uruchomione. Takiego, jak pani powiedziała, amerykańskiego scenariusza bym nie wykluczał, bo

WOJNA JEST WYRAŹNIE NA WYNISZCZENIE I WSZYSTKIE METODY MOGĄ ZOSTAĆ UŻYTE.

Czy szarą eminencją tej wojny jest Mariusz Kamiński?
Na pewno służby mają w tej rozgrywce kluczową rolę. One z jakichś powodów – albo dlatego, że nie miały tej wiedzy, albo chciały zachować ją tylko dla siebie – nie poinformowały o tym, co udało się dziennikarzom ustalić w kilka dni. To oznacza, że najpierw miały interes w umieszczeniu pana Banasia na fotelu szefa NIK-u, a dziś być może na polecenie partyjne będą miały interes w zniszczeniu go. Tylko to wszystko pokazuje, że mamy dzikość obyczajów publicznych w Polsce. Nagle się okazało, że służby specjalne rozgrywają własne gry, decyzję co do losów prezesa NIK-u wydaje szef partii, która ma większość w Sejmie, ale to nie jest jednak ani prezydent, ani premier. Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej.

Materiał poglądowy na lekcje Wiedzy o Społeczeństwie (WOS) Temat Lekcji: -„Jak rozmnaża się prawica”-

Prawybory kandydata prezydenckiego PO, które – jeśli wierzyć niepisowskim mediom z coraz większą determinacją odgrywającym rolę pożytecznych idiotów Kaczyńskiego – miały „na pewno” stać się klęską Grzegorza Schetyny i ostatecznym upadkiem Platformy, wprowadziły do ogólnopolskiej polityki następnego człowieka opozycji demokratycznej, którego boją się Kaczyński i PiS. Jacek Jaśkowiak jest kolejnym trafionym personalnym strzałem Schetyny po Tomaszu Grodzkim, którego PiS boi się do tego stopnia, że uruchomił już przeciwko niemu „gebelsjadę” porównywalną z ubiegłoroczną nagonką na Pawła Adamowicza. I po Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, która goni Andrzeja Dudę w sondażach.

W pierwszym prezydenckim sondażu Instytutu Badań Pollster, wykonanym na zlecenie „Super Expressu” zaledwie parę dni po wejściu Jaśkowiaka w kampanię, w starciu z Dudą uzyskuje on już 44 procent wobec 47 procent niezłego wyniku Kidawy-Błońskiej pracującej na ogólnopolską rozpoznawalność znacznie dłużej.

W sondażu IBRiS-u na zlecenie „Dziennika Gazety Prawnej” i RMF Kidawa-Błońska i Jaśkowiak otrzymują w starciu z Dudą odpowiednio 38,9 i 30,3 procent. Bez względu na to, kto ostatecznie zostanie kandydatem PO i KO, obecność w prawyborach dwojga mocnych kandydatów powinna wzmocnić opozycję demokratyczną politycznie i wizerunkowo.

Awans przeciwko populizmowi

Dlaczego jednak Jacek Jaśkowiak jest groźny dla populistów i przydatny dla demokratycznej opozycji? Ponieważ w Polsce podzielonej od czasów pańszczyzny niewidoczną, lecz trudną do przekroczenia barierą na „elity” i „lud”

JAŚKOWIAK SIEDZI OKRAKIEM NA BARYKADZIE NASZEGO WCIĄŻ „KLASOWEGO” SPOŁECZEŃSTWA.

Jest człowiekiem ze społecznego awansu, dzieciakiem z robotniczej rodziny, którego ojciec zginął w PRL w wypadku przy pracy, w czasie naprawiania kolejowej trakcji elektrycznej. To jednak w liberalnej i demokratycznej Trzeciej RP Jaśkowiak doszedł na szczyty zawodowego i politycznego sukcesu. W dodatku uczynił to dzięki wykształceniu i pracy, a nie wykorzystując swoje przyjaźnie z biskupami czy weteranami podziemia (jak zrobił to Mateusz Morawiecki, żeby dojść do milionów dzięki spekulacjom gruntowym i polityczno-biznesowemu lobbingowi).

BIOGRAFIA JAŚKOWIAKA JEST JEDNĄ Z TYCH BIOGRAFII, KTÓRYCH ZARÓWNO POPULISTYCZNA PRAWICA KACZYŃSKIEGO, JAK TEŻ HIPSTERSKA LEWICA ZANDBERGA NIENAWIDZĄ NAJBARDZIEJ.

To biografie udanych, merytorycznych „awansiarzy” odbierają im bowiem najważniejsze argumenty zarówno przeciwko liberalnej demokracji, jak też przeciwko gospodarce rynkowej, które podobno „nikomu nie dają szans na uczciwy awans”.

W 2014 roku Jacek Jaśkowiak pokonał wielokadencyjnego i z pozoru nieobalalnego prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego, za którym stała już wówczas – także z pozoru niemożliwa do pokonania – koalicja lokalnej prawicy (w drugiej turze Grobelnego poparło PiS) i lokalnych ponadpartyjnych adwokatów biskupa Paetza. Rządząc już Poznaniem przez blisko półtorej kadencji, Jaśkowiak okazał się najsensowniejszym politykiem wywodzącym się z ruchów miejskich. Potrafiącym rozmawiać z ludźmi, budującym instytucje zamiast je niszczyć, umiejącym zaprząc nowe idee do praktycznej polskiej polityki (czyli całkowite przeciwieństwo Jana Śpiewaka).

JACEK JAŚKOWIAK NALEŻY DO LIBERALNEGO SKRZYDŁA PO. LIBERALNEGO – TO ZNACZY OPOWIADAJĄCEGO SIĘ ZA ROZSĄDNĄ I UMIARKOWANĄ ZMIANĄ OBYCZAJOWĄ,

wspierającego poznańskie marsze równości zamiast ich zakazywać, a jednocześnie niepopisującego się jałowym gadanym radykalizmem na użytek paru centralnych gazet tylko po to, aby prowokować „normalsów” do przechodzenia na prawo. Dzięki Jaśkowiakowi w Poznaniu in vitro jest dofinansowywane z miejskiego budżetu. Wybrał zatem taki obszar społecznej zmiany, w którym sensowne przeciwstawienie się fundamentalistycznej prawicy jest popierane przez wyraźną większość Polaków i nie wymaga obrażania czy prowokowania społecznego centrum. Co nie znaczy jednak, że wobec dzisiejszej postawy polskiego Kościoła nie wymaga to politycznej odwagi. Jednocześnie

JAŚKOWIAK JEST ZDECYDOWANIE PRORYNKOWY.

Nigdy nie wesprze Kaczyńskiego z lewej strony poprzez domaganie się zaostrzenia obowiązującej w Polsce progresji podatkowej czy głosując przeciwko odrzuceniu PiS-owskiego projektu podniesienia akcyzy na alkohol i papierosy (jak to właśnie w Sejmie zrobili Zandberg, Zawisza czy Gdula).

Jaśkowiak był przyjacielem Jacka Kaczmarskiego, któremu realnie pomagał w ostatnich latach życia barda „Solidarności”. Jednocześnie nie nadużywa historii i cynicznie nie podkręca historycznych podziałów, jak to robią PiS-owcy „antykomuniści” pół wieku po upadku PRL-u, ale także niektórzy lewicowi nostalgicy PRL-u.

Jedyny, ale za to poważny problem Jaśkowiaka jest taki, że jego pojawienie się w kampanii zostało odczytane jako wzmocnienie Grzegorza Schetyny. A

OBALENIE SCHETYNY (CHOĆBY ZA CENĘ ROZBICIA PLATFORMY, BYLE JAK NAJSZYBCIEJ, PRZED STATUTOWYM TERMINEM WEWNĄTRZPARTYJNYCH WYBORÓW W STYCZNIU 2020) STAŁO SIĘ JUŻ DLA WIELU LUDZI UWAŻAJĄCYCH SIĘ ZA ZWOLENNIKÓW OPOZYCJI O WIELE ISTOTNIEJSZYM PRIORYTETEM, NIŻ POKONANIE DUDY CZY ODSUNIĘCIE OD WŁADZY KACZYŃSKIEGO.

Zandberg – populista obrotowy

Żeby nie było wątpliwości, demokratyczną opozycją nazywam w tym tekście ugrupowania i polityków, którzy przeciwstawiają się Kaczyńskiemu i Zjednoczonej Prawicy, bronią polskiej konstytucji, prawa i sędziów, a nie PiS-owi pomagają. Wedle tego, wydawałoby się zupełnie oczywistego kryterium demokratyczną opozycją jest cała Koalicja Obywatelska, większa część PSL i Lewicy. Konfederacja konkuruje z PiS-em, ale nie broni ani demokracji, ani polskiej konstytucji, ani polskiego prawa i sędziów. Ani też nie uważa Unii Europejskiej czy NATO za gwarantów bezpieczeństwa i stabilności Polski.

W PSL na pewno nie jest opozycją Marek Sawicki, który dla Kaczyńskiego wraz z Waldemarem Pawlakiem wyciągał (i skutecznie wyciągnął) Ludowców z koalicji. Podobnie jak

W KLUBIE LEWICY TRUDNO NAZWAĆ DEMOKRATYCZNĄ OPOZYCJĄ ADRIANA ZANDBERGA

i dziewięcioro związanych z nim posłanek i posłów, który najpierw próbowali pomóc Kaczyńskiemu w skokowym podniesieniu składek na ZUS, a kiedy Czarzastemu udało się tę próbę spacyfikować, m.in. dzięki odwołaniu się do związków zawodowych, cała dziesiątka Zandberga zagłosowała wraz z PiS-em za podniesieniem podatku akcyzowego na alkohol i tytoń.

Da to Kaczyńskiemu prawie dwa miliardy złotych na „dary”, które Andrzej Duda będzie mógł rozdać w czasie wyborów prezydenckich stających się dla prezesa PiS, po utracie przez niego Senatu, niespodziewanie kwestią politycznego życia i śmierci.

CZĘŚĆ TYCH SPREZENTOWANYCH KACZYŃSKIEMU PRZEZ ZANDBERGA PIENIĘDZY TRAFI JAK ZWYKLE DO TADEUSZA RYDZYKA I LICZNYCH WSPIERANYCH Z BUDŻETU PRAWICOWYCH ORGANIZACJI WALCZĄCYCH Z LGBT CZY PRAWAMI KOBIET. JEDNAK DLA POPULISTYCZNEJ LEWICY PODNOSZENIE PODATKÓW STAŁO SIĘ JEDYNYM ISTOTNYM DOGMATEM, BEZ WZGLĘDU NA TO, DOKĄD PÓŹNIEJ TE PIENIĄDZE TRAFIĄ.

W przeciwieństwie do Zandberga, który jako populista lewicowy bardzo świadomie postanowił pomóc prawicowemu populiście Kaczyńskiemu zaorać polską demokrację za to, że „liberalna”, w sporze o podniesienie składek ZUS-owskich to związki zawodowe odegrały rolę odpowiedzialnych obrońców polskich pracowników i zaprotestowały przeciw kolejnej skokowej podwyżce danin duszących płace Polaków.

To paradoks, że nawet szef „Solidarności” Piotr Duda, którego wielu postępowych warszawskich inteligentów uważa za straszliwego populistę, okazał się człowiekiem bardziej rozsądnym i odpowiedzialnym, niż Adrian Zandberg, na którego oni sami zagłosowali w ostatnich wyborach.

DECYZJĘ ZWIĄZKOWCÓW TŁUMACZY FAKT, ŻE W PRZECIWIEŃSTWIE DO DZIAŁACZY PARTII RAZEM, KTÓRZY W WIĘKSZOŚCI SĄ HIPSTERAMI NA UTRZYMANIU RODZICÓW, ZWIĄZKI ZAWODOWE ZRZESZAJĄ LUDZI NAPRAWDĘ PRACUJĄCYCH.

PiS-owska próba uderzenia we wszystkich Polaków zarabiających powyżej 8 tysięcy złotych na rękę oznaczałaby uderzenie także w dochody (a w przypadku przyjęcia Zandbergowskiej „poprawki”, także w emerytury) wysoko wykwalifikowanych robotników. Cały projekt PiS-owskiej redystrybucji, który zgadzają się poprzeć Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza czy Maciej Gdula, oznacza zabranie gigantycznych pieniędzy pracującym i przeznaczenie ich na zasiłki i świadczenia wypychające Polaków i Polki z rynku pracy. Trudno się zatem dziwić, że temu projektowi przeciwstawiły się akurat związki zawodowe. To one, a nie populistyczna lewica Zandberga, odegrały w tym sporze rolę odpowiedzialnej socjaldemokracji.

Małgorzata Kidawa-Blońska o ostatnich wydarzeniach politycznych związanych z szefem Najwyższej Izby Kontroli Marianem Banasiem oraz na zachowanie władzy w stosunku do sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna.

Reakcje internautów:

Głównie dlatego, że nie mamy strażnika!!! Mamy błazna, mającego Konstytucję w d…”.

W pełni się zgadzam z panią marszałek. Upadek naszego kraju pod rządami PiS i PAD”.

Od początku panowania PiS staje wszystko na głowie i odwracane są role, najwyższa pora to zmienić zaczynając od tego niby strażnika”.

„Jeszcze trochę potrwają rządy dojnej zmiany i stanie się, to co wmawiali ludowi, zdewastowane sądownictwo i Polska w ruinie, a czyścicieli kamienic i mafię VAT-owskąpóki co znaleźli wśród swoich kryształowych i pancernych”.

Eliza Michalik (publicystka): W jakim trybie, na podstawie jakich przepisów, poseł i minister spotkali się z szefem niezależnej instytucji i zażądali by złożył dymisję? To nie są przypadkiem niedozwolone naciski na szefa NIK? Czy Kaczyński i Kamiński nie przekroczyli swoich uprawnień?”.

***

Sędzia Paweł Juszczyszyn został zawieszony przez prezesa Sądu Rejonowego w Olsztynie i nie ma możliwości wykonywania swojego zawodu. Wobec sędziego wszczęto postępowanie dyscyplinarne po tym, jak zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia kandydatów do KRS.

– Mamy w sercu wymiaru sprawiedliwości źródło poważnej choroby. To źródło nazywa się nielegalna KRS. To trzeba szybko zmienić, bo ona rozsiewa chorobę po całym systemie prawa: produkuje nam nielegalnych sędziów, których wyroki mogą być podważane – wypowiada się prof. Marcin Matczak (Uniwersytet Warszawski).

– Czyli prezes Maciej Nowacki zawiesił p. sędziego Juszczyszyna, bo ten, realizując wyrok TSUE, chciał się dowiedzieć czy partyjni nominaci tacy jak Maciej Nowacki zostali prawidłowo powołani? – pyta retorycznie dr Ryszard Balicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Cały tekst >>>

– Społeczeństwo niekoniecznie chce kandydata, który jest prawicowy i ma konserwatywne poglądy – mówi Jacek Jaśkowiak w rozmowie z „Super Expressem”. Pytany o swoje szanse w rywalizacji z Małgorzatą Kidawą-Blońską stwierdza, że „czasem wygrywa ten, który nie jest faworytem”.

– Jak startowałem na prezydenta Poznania w 2014 r., to bukmacherzy obstawiali 22 do 1 na mojego poprzednika. Moja żona na mnie postawiła i zarobiła dużo pieniędzy – mówi ze śmiechem Jaśkowiak w wywiadzie dla „Super Expressu”. Jak dodaje „przyjemnie jest startować z pozycji tego, który jest lekceważony”.

Jaśkowiak o Dudzie: najgorsza prezydentura w historii

Jaśkowiak jest jedynym konkurentem Kidawy-Błońskiej w prawyborach w PO. Do startu, który zgłosił w ostatniej chwili, przekonać miało go wycofanie się kolejnych potencjalnych konkurentów (Tuska, Trzaskowskiego, Sikorskiego) oraz zlecone przez PO badania dotyczące politycznych oczekiwań Polaków, wedle których wyborcy mają chcieć „nowych twarzy”. – Ja przede wszystkim pokazałem, że potrafię walczyć – mówi prezydent Poznania i dodaje, że „potrafi rozmawiać z ludźmi z różnych warstw społecznych”.

Jaśkowiak w wywiadzie w „Super Expressie” wypowiada się też o Andrzeju Dudzie:

To najgorsza prezydentura w historii naszej demokracji, partyjna. Strażnik konstytucji, który ją wielokrotnie łamał, kompromitowanie Polski – te rasistowskie żarty o Afryce, leśne ruchadła i inne… Przykro mi, że Polskę reprezentuje prezydent, który się ośmiesza, a tym samym ośmiesza też nas

– mówi polityk.

Schedę po Donaldzie Tusku przejmuje Belg Charles Michel. To m.in. zwolennik „Unii dwóch prędkości” i większej kontroli praworządności w państwach członkowskich. Chciał karania Polski za nieprzyjmowanie uchodźców i ubolewał, że traktujemy UE jak bankomat. PiS jeszcze zatęskni za Tuskiem?

„To dobry znak, że nowy przewodniczący przyjeżdża do najważniejszego państwa Grupy Wyszehradzkiej. Charles Michel zorientował się, że bez czterech państw V4 problemów na Radzie Europejskiej nie da się zamykać” – tak wizytę nowego przewodniczącego Rady Europejskiej w Warszawie 26 listopada komentował europoseł PiS Zbigniew Kuźmiuk.

„Bardzo cieszę się z wizyty pana przewodniczącego […]. To bardzo dobry sygnał tego, że będziemy chcieli pozyskiwać jak najwięcej informacji nawzajem, żeby móc wypracować kompromis” – cieszył się na Twitterze Mateusz Morawiecki, choć to komunikat, mówiąc delikatnie, mało konkretny.

W wizycie Michela w Polsce trudno doszukiwać się specjalnych względów dla rządu w Warszawie lub państw Grupy Wyszehradzkiej. Nowy przewodniczący przed rozpoczęciem kadencji pojechał z wizytą do wszystkich państw UE. Urząd objął dziś – w niedzielę 1 grudnia 2019.

Michel jest prawnikiem, urodził się w 1975 roku we francuskojęzycznym mieście Namur. W 2014 roku został najmłodszym premierem Belgii, z ramienia liberalnej partii Ruch Reformatorski. W rządzie koalicyjnym miał m.in. secesjonistów z antyimigranckiego Nowego Sojuszu Flamandzkiego.

Belg będzie trzecim przewodniczącym Rady Europejskiej od powstania tego stanowiska w 2009 roku. Przed Donaldem Tuskiem funkcję tę sprawował Herman van Rompuy, również z Belgii, ale niderlandzkojęzycznej.

„Jak pewnie zauważyliście, szefowanie Radzie to wewnętrzna polsko-belgijska sprawa. Nie widzę powodu, by to zmieniać” – żartował Tusk przy przekazywaniu przewodnictwa Michelowi. Belg obiecał tweetować nieco ostrożniej od Polaka, na co cieszyć ma się część unijnych dyplomatów, stęsknionych za bardziej stonowanym belgijskim stylem.

Czy dla rządu PiS odejście Tuska zwiastuje nowe, lepsze czasy? Wątpliwe. Rola przewodniczącego Rady Europejskiej, choć prestiżowa, jest w swojej naturze dość techniczna. A sam Charles Michel ma wiele poglądów sprzecznych z interesami partii Kaczyńskiego.

Trudne negocjacje budżetowe

Wizyta Michela we wszystkich stolicach Unii to nie tylko symboliczne otwarcie kadencji. Przewodniczący odwiedza państwa członkowskie dlatego, że UE nadal nie dogadała się w sprawie budżetu na lata 2021-2027. Chce pokazać, że każdy głos zostanie wysłuchany.

W pierwotnym wariancie nowa siedmiolatka, tzw. Wieloletnie Ramy Finansowe (WRF), miały zostać przyjęte przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 roku. Nie udało się, więc negocjacje przesunięto na jesień. Ale przez zawirowania przy powoływaniu nowej Komisji Europejskiej opóźnienie ciągnie się dalej. Gorący kartofel w postaci trudnych negocjacji przerzucają między sobą kolejne prezydencje w Radzie UE.

Charles Michel, jako przewodniczący Rady Europejskiej, będzie koordynował dyskusje o nowych WRF. Na stole leży propozycja KE, która zakłada zmniejszenie budżetu – mniej środków na politykę spójności i rolną. Część państw członkowskich – w tym zwłaszcza Niemcy – popiera cięcia. Inne – w tym Polska – chciałyby, żeby budżet był bardziej ambitny i odrzuca propozycje cięć.

Rolą Michela będzie wypracowanie kompromisu, który zadowoli wszystkich, bo potrzebna jest jednogłośna zgoda Rady. Rząd PiS zapowiedział już, że będzie wetował ograniczenie funduszy na spójność i rolnictwo, a Niemcy nie chcą, by po brexicie zmuszono ich do jeszcze większych wydatków na Unię. Bez ustępstw nie da rady.

„W tej chwili mamy na stole różne poglądy, dlatego musimy współpracować, by znaleźć równowagę. Niektóre państwa będą musiały ograniczyć ambicje” – mówił Michel w Warszawie.

„Nie mamy dużego wsparcia w nowym przewodniczącym jeśli chodzi o politykę spójności i obszar rolny. Z tej perspektywy może nawet premier Morawiecki zatęskni za Donaldem Tuskiem. On kładł na to duży nacisk” – komentował Andrzej Halicki, europoseł PO.

Walka o klimat

Kolejnym punktem spornym będzie polityka klimatyczna, która ściśle wiąże się z nowymi WRF.

Niektóre państwa członkowskie są co prawda za większym budżetem, ale z zastrzeżeniem, że pieniądze powinny iść właśnie na walkę z katastrofą klimatyczną i innowacje. Mniej natomiast na dopłaty dla rolników, czy fundusze spójności. Taki pogląd ma m.in. europejska frakcja liberałów „Odnowić Europę”, do której należy Michel.

Naciskać będzie też KE. W przemówieniu inaugurującym nową Komisję, Ursula von der Leyen powtórzyła, że chce ambitniejszych unijnych celów redukcji emisji CO2 – nawet o 55 proc. do końca 2030 roku. Propozycje legislacyjne w ramach Nowego Zielonego Ładu, prawnie wiążące wszystkich członków Unii, mają być jednymi z pierwszych, które przedstawi jej ekipa.

Tymczasem na zbliżającej się Radzie Europejskiej głowy państw ponownie będą dyskutować o politycznych kierunkach dla całej Unii. I po raz kolejny spróbują zapisać w nich ambitny cel: neutralność klimatyczną UE do 2050 roku. Oznacza to emitowanie tylko takiej ilości gazów cieplarnianych, którą mogłyby pochłonąć m.in. lasy.

W czerwcu 2019 podczas szczytu w Brukseli rząd PiS, razem z Czechami, Estonią i Węgrami, zablokował przyjęcie takiego zapisu.

Wiadomo już, że rząd Estonii zmienił zdanie i poprze go na nadchodzącym spotkaniu Rady. Odwiedziny Michela w Warszawie były okazją, by wybadać, czy Polska również jest gotowa, by poluzować swoje stanowisko. Z okrągłych wypowiedzi Morawieckiego nie sposób dziś nic wnioskować.

Praworządność, migracja, Unia dwóch prędkości

Michelowi ogólnie niezbyt po drodze z rządem PiS.

Jest zwolennikiem wzmocnienia kontroli praworządności w UE. W maju 2018 roku, jeszcze jako belgijski premier, zaproponował, by rządy państw członkowskich co roku zdawały raport z tego, jak przestrzegają zasady rządów prawa. Członkowie UE mieliby wzajemnie się kontrolować.

Na podstawie tej propozycji powstała inicjatywa wzmocnienia corocznego „dialogu o rządach prawa” w Radzie UE. Dokument zawierający propozycję odrzuciły we wtorek 19 listopada 2019 delegacje Polski i Węgier.

Michel w 2018 roku ostro krytykował sprzeciw Warszawy wobec obowiązkowego mechanizmu relokacji uchodźców. Stwierdził, że m.in. niesolidarna Polska powinna liczyć się z utratą części praw członka Unii, a nawet zostać wyrzucona ze strefy Schengen.

„UE nie może być traktowana jak bankomat” – mówił.

Belg nie miał złudzeń, że Unia zmierza w stronę modelu „dwóch prędkości”, w którym strefa euro będzie dalej zacieśniać więzy. Poza nią UE miałaby być luźniejszym forum współpracy ze wszystkimi 27 państwami.

„Nie chodzi o dzielenie UE, ale o przyspieszenie pewnych decyzji. Pomysły takie jak np. strefa Schengen czy euro zawsze rodziły się w krajach będących w unijnej awangardzie” – tłumaczył Michel.

Przeciwko „Unii dwóch prędkości” wielokrotnie protestowali polscy politycy, w tym członkowie PiS oraz… poprzedni przewodniczący RE Donald Tusk. Polska, która nie zamierza na razie przyjmować euro i obawia się podziałów na lepszych i gorszych, straciła w tej kwestii ważnego sojusznika.

Lepszy Belg niż Tusk?

Chociaż nic nie wskazuje, by Charles Michel miał być realnym wsparciem rządu PiS, dla polityków partii Kaczyńskiego liczy się jedno: nie jest to Tusk. Już choćby dlatego współpraca z Belgiem może układać się lepiej.

Niewykluczone, że Polska będzie chciała pokazać, że nowy przewodniczący radzi sobie lepiej w szefowaniu Radzie i specjalnie złagodzi język.

Fakt, że były polski premier i odwieczny wróg sprawował prestiżową funkcję w Unii, był dla PiS poważnym wizerunkowym problemem. Zwłaszcza po tym, gdy w 2017 roku rząd Beaty Szydło bezskutecznie próbował zablokować jego wybór na drugą kadencję. Przegrał 1:27. Tuska poparł wówczas nawet Viktor Orbán.

Im bardziej Polak był bardziej widoczny w Brukseli, tym bardziej rząd PiS próbował umniejszać jego znaczenie. Jego pierwszoplanowa rola jako jednego z unijnych negocjatorów brexitu była szczególnie trudna do zanegowania. Rząd Morawieckiego uparcie zapewniał opinię publiczną, że kolejne przełomy to sukces polskiej delegacji. I że to Tusk „ponosi odpowiedzialność za brexit”.

„Donald Tusk naszego kraju specjalnie nie odwiedzał. Była jedna czy dwie oficjalne wizyty – to sprawa co najmniej zastanawiająca. Piano peany na temat tego, jak Polska będzie korzystała z tego szefostwa. Korzyści nie było żadnych” – ubolewał w radiowej Trójce Zbigniew Kuźmiuk.

„Tusk zawsze był gotów do rozmów i wręcz o nie prosił. Z panią premier Szydło dwukrotnie widział się w Warszawie. Po zmianie premiera było gorzej. Rozmowy były tylko telefoniczne. Nie było chemii i dobrego współdziałania” – tłumaczył eurodeputowany KO Andrzej Halicki.

To słowo przeciwko słowu, ale jedno jest pewne. Rola przewodniczącego Rady, choć prestiżowa, jest zbyt techniczna, by Polska mogła skorzystać na niej o wiele więcej niż umacniając swoje soft power. Z tej możliwości ochoczo zrezygnował jednak rząd PiS.

Każdy gang wie, że może rządzić osiedlem, miasteczkiem czy państwem, dopóki strach i poczucie beznadziei paraliżują mieszkańców. Gdy paraliż ustępuje, nadchodzi koniec tej władzy.

Represje spadające na sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna, który zażądał od Sejmu list poparcia kandydatur do neo-KRS, pokazują, że po wyborach parlamentarnych wciąż żyjemy w realiach miasteczka na Dzikim Zachodzie opanowanego przez bandę. Bandyci obsadzili urząd szeryfa, kontrolują lokalną gazetę, podporządkowali sobie najważniejsze instytucje – i używają ich do zastraszania mieszkańców. Biada temu, kto spróbuje się im sprzeciwić.

Gang nawet już nie ukrywa, jakie metody stosuje. Niczego już nie udaje i jawnie łamie standardy niezawisłości sędziowskiej – przecież w warunkach normalnego państwa prawa niewyobrażalne jest, by władze państwowe ośmieliły się karać sędziego za to, że w trakcie procesu podjął decyzję, która im nie pasuje. Banda dobrze jednak wie, że w tej chwili od zachowania pozorów znacznie ważniejsze jest dla niej demonstracyjne ukaranie Juszczyszyna za nieposłuszeństwo. Danie nauczki.

Jego niesubordynacja jest dla władzy szczególnie groźna – po wyborach parlamentarnych w miasteczku powiały nowe wiatry, zapachniało odwilżą, sterroryzowana i pogrążona dotąd w beznadziei ludność zaczęła śmielej podnosić głowy i głośniej narzekać na panujące porządki. Ten ferment trzeba zdławić w zarodku, bo może doprowadzić do buntu. Banda dobrze wie, że władzę sprawować będzie tylko dopóty, dopóki ludzi paraliżować będzie przekonanie, że nic się na to nie da poradzić i że wszelki opór jest bezcelowy.

Jeden z głównych pomocników herszta objeżdża osiedle miasteczka, spotyka się z mieszkańcami i opowiada im (jak w piątek Mateusz Morawiecki w Białymstoku), że musi pilnować ładu i porządku: – „Jeżeli byłaby taka sytuacja, że sędziowie mianowani w czasach rządów PO mieliby nie uznawać sędziów mianowanych w czasach rządów PiS lub odwrotnie, to może dojść do anarchii w wymiarze sprawiedliwości i do nieporządku, do bałaganu w całym państwie”.

Oczywiście, Morawiecki łże, jak to ma w zwyczaju. Przedstawia sytuację w sposób z gruntu fałszywy, bo przecież problem nie polega na powołaniu sędziów w czasach tej czy innej partii. Problem polega na powołaniu sędziów w sposób nieprawidłowy, z naruszeniem zasad niezawisłości i pod kontrolą ludzi mianowanych przez gang.

Trzymajmy więc kciuki za sędziego Juszczyszyna i wspierajmy go, jak tylko możemy. Wychodźmy na ulice i demonstrujmy w obronie sędziów z kolejnych okręgów, którzy gremialnie odmawiają podporządkowania się regułom narzuconym przez bandę. Brońmy odwilży, która – miejmy nadzieję – zapowiada rychłą wiosnę.

Kaczyński, Kamiński i Ziobro od dawna musieli wiedzieć o majątku Mariana Banasia

Nasza redakcja złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby zobowiązane do udzielania informacji publicznej w imieniu MON. Skierowaliśmy też skargę do sądu administracyjnego. Od ponad 2 miesięcy resort nie odpowiada nam na pytania o zadośćuczynienia za katastrofę smoleńską. Wcześniej ignorował lub zbywał także inne nasze pytania

Ministerstwo Obrony Narodowej nie chce ujawnić, ile pieniędzy wypłaciło od początku rządów PiS rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej i jakich kwot domagają się jeszcze bliscy ofiar.

Pierwsze zadośćuczynienia państwo przyznało im w 2011 roku, jeszcze za rządów PO-PSL.

270 osób (małżonkowie, dzieci i rodzice ofiar) dostało wówczas po 250 tys. zł zadośćuczynienia. Łącznie wypłacono im 67,5 mln zł.

Rodziny otrzymały także miliony złotych wsparcia finansowego w innych formach.

Ale – jak ujawniliśmy w 2016 roku – po wygranej PiS w poprzednich wyborach parlamentarnych, ówczesny szef MON – Antoni Macierewicz, swoimi decyzjami wywołał lawinę wniosków o dodatkowe zadośćuczynienia.

Pisaliśmy wówczas, że krewni ofiar (także dalsi) domagają się setek tysięcy, a nawet milionów złotych rekompensaty. A MON sam rozstrzyga, komu i ile wypłaci. Sądy tylko formalnie zatwierdzają ugody ustalone pomiędzy rodzinami a resortem.

Sygnalizowaliśmy również, że żądaniom rodzin może nie być końca, bo w ugodach z nimi nie zapisano, że wypłata zadośćuczynienia zamyka drogę do dalszych roszczeń.

Później ujawniliśmy, że w 2016 roku i pierwszym półroczu 2017 roku zawartych zostało 79 nowych porozumień z bliskimi ofiar i wypłacono im dodatkowe 16 mln 120 tys. złotych.

Ile zadośćuczynień po 4 latach? MON milczy

Chcieliśmy wiedzieć, jak wyglądała sytuacja po 4 latach rządów PiS.

4 lipca 2019 roku zwróciliśmy się więc do Ministerstwa Obrony Narodowej o udzielenie informacji:

  • Ilu członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, od listopada 2015 roku, wystąpiło do MON o przyznanie dodatkowych zadośćuczynień za śmierć bliskich?
  • Ilu członkom rodzin wypłacono od listopada 2015 roku dodatkowe zadośćuczynienia?
  • Ilu członkom rodzin od listopada 2015 roku odmówiono dodatkowego zadośćuczynienia?
  • Z iloma członkami rodzin prowadzone są jeszcze negocjacje (w ilu sprawach toczą się jeszcze procesy w sądzie) ws. wypłaty zadośćuczynień?
  • Jaka jest łączna kwota dodatkowych zadośćuczynień wypłaconych rodzinom ofiar katastrofy od listopada 2015 roku?
  • Jakiej wysokości zadośćuczynienie wypłacono poszczególnym członkom rodzin?

W mailu do MON powoływaliśmy się na Prawo prasowe (OKO.press podlega przepisom tej ustawy, bo jest zarejestrowane w sądowym rejestrze czasopism, jako tytuł prasowy) oraz na ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Zgodnie z tymi ustawami, na udzielenie informacji publicznej urzędnicy mają 14 dni. W szczególnych przypadkach termin ten może zostać wydłużony – maksymalnie do 2 miesięcy. Ale wówczas urząd musi podać powód opóźnienia i termin, w jakim udostępni informację.

12 lipca 2019 roku Wydział Prasowy (Centrum Operacyjne MON) – powołując się na ustawę o dostępie do informacji publicznej – odpisał nam, że

„ze względu na konieczność zgromadzenia licznych danych odpowiedź na wniosek z 4 lipca br. zostanie udzielona w terminie późniejszym”. Nie podał w jakim.

Odpowiedzi nie dostaliśmy do dzisiaj, mimo że trzykrotnie (13, 20 i 30 sierpnia 2019) się o nie upominaliśmy. Dlatego zdecydowaliśmy się:

  • skierować sprawę do sądu – by ten zobowiązał MON do udzielenia nam odpowiedzi
  • i złożyć do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa przez osoby zobowiązane w MON do udzielania informacji publicznej.

Zgodnie z art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej, ten „kto, wbrew ciążącemu na nim obowiązkowi, nie udostępnia informacji publicznej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.”

Do udostępnienia takiej informacji zobowiązana jest osoba kierująca urzędem lub osoba przez nią upoważniona.

Odpowiedzialność za nieudostępnienie informacji przez MON ponosi więc albo minister Mariusz Błaszczak, albo ktoś z jego podwładnych.

2016: MON bada „status prawny” OKA

To już kolejny rozdział w naszych zmaganiach z MON o udzielenie informacji dotyczących zadośćuczynień za katastrofę.

W lipcu 2016 roku zapytaliśmy ministerstwo:

  • ilu krewnych ofiar katastrofy smoleńskiej domaga się zadośćuczynienia lub odszkodowania,
  • ilu otrzymało pieniądze w 2016 roku,
  • kto reprezentuje resort w sprawach sądowych i
  • jakie względy decydują o tym, że ministerstwo podpisuje kolejne ugody.

Po dwóch tygodniach Beata Kozerawska, ówczesna szefowa Wydziału Informacji Publicznej MON poinformowała nas, że odpowiedzi udzieli nam rzecznik prasowy resortu. A biuro prasowe zapewniło, że „pytania znajdują się w realizacji” i prosiło o więcej czasu na przygotowanie odpowiedzi oraz „o zrozumienie”.

Później kilkakrotnie upominaliśmy się o odpowiedź. W końcu Oddział Mediów Centrum Operacyjnego MON napisał w mailu do nas:

„Jesteśmy w trakcie sprawdzania statusu prawnego Państwa instytucji. Do momentu uzyskania wiążącej opinii prawnej, nie możemy udzielić Państwu odpowiedzi”.

Sprawę skierowaliśmy wówczas do sądu administracyjnego (by zobowiązał MON do udzielenia nam odpowiedzi) oraz do prokuratury (by zbadała, czy Antoni Macierewicz, jako szef MON i urzędnicy resortu nie popełnili przestępstwa polegającego na nieudzieleniu informacji publicznej).

Bo „trwają zmiany”

W listopadzie 2016 roku, niemal równocześnie, otrzymaliśmy pismo, które MON przesłało do sądu w odpowiedzi na naszą skargę oraz e-mail z „odpowiedziami” na nasze pytania.

W piśmie do sądu prawniczka resortu tłumaczyła, że „od kilku miesięcy trwają w MON zmiany kadrowe i organizacyjne. Zmiany te objęły również strukturę komórek organizacyjnych odpowiedzialnych za realizowanie wniosków o udostępnianie informacji publicznych.”

I wyjaśniała, że w związku z tymi zmianami „w urzędzie istniała pewna trudność z realizowaniem wpływających wniosków, w krótkim ustawowym terminie”.

Przekonywała również, że aby zgromadzić dane, o które wnioskowało OKO.press „należało zwrócić się do kilku podmiotów”. Choć w rzeczywistości wszystkimi niezbędnymi informacjami dysponował mecenas Andrzej Lew-Mirski, reprezentujący MON w sprawach o odszkodowania za katastrofę smoleńską.

W „odpowiedzi”, którą wówczas otrzymaliśmy ministerstwo nie podało właściwie żadnych konkretnych danych, o które się zwracaliśmy. A informacje, które podało, okazały się nieprawdziwe.

Od kilku lat nasza redakcja toczy również z MON batalię o informacje dotyczące działania podkomisji ds. zbadania katastrofy smoleńskiej. Pytaliśmy m.in. o to kto w niej zasiada, co robi i jakie są koszty jej funkcjonowania. Resort nie udzielił nam jednak dotąd odpowiedzi.

Kaczyński, Kamiński i Ziobro od dawna musieli wiedzieć o majątku Mariana Banasia i jego biznesowych konszachtach z gangsterami. A mimo to karnie podnieśli rękę za powołaniem tego „krystalicznie uczciwego” człowieka na szefa NIK. Dlaczego?

Prezes PiS, prokurator generalny, szefowie służb specjalnych jak jeden mąż zagłosowali 30 sierpnia w Sejmie za tym, by powołać Mariana Banasia na prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Choć od miesięcy było wiadomo, że w sprawie jego majątku są niejasności, a jego byli współpracownicy z resortu finansów mają zarzuty za wyłudzenie VAT, „Pancerny Marian”, jak nazywają Banasia partyjni koledzy, jest mocniejszy, niż nam wszystkim się wydawało.

Gdy „Superwizjer” TVN ujawnił, że od lat wynajmował znanym krakowskim sutenerom kamienicę, którą ci zamienili na hotelik z pokojami na godziny, PiS bronił go jak niepodległości. Sam Banaś brylował w prorządowych mediach, pokrętnie tłumacząc się z biznesów z karanymi w przeszłości gangsterami, którzy mają do niego bezpośredni telefon. I sam się denuncjował, ujawniając, że specjalnie zaniżał cenę wynajmu kamienicy, od czego musi płacić podatek, by różnicę odebrać sobie przy sprzedaży nieruchomości, ale wtedy podatek zostałby mu w kieszeni.

Rządząca partia zmiękła dopiero, gdy na jaw zaczęły wychodzić szczegóły majątku Banasia, które nijak nie spinają się z jego urzędniczymi dochodami. Nie zmiękł tylko „Pancerny Marian” – mimo nacisków z samej partyjnej góry nie podał się do dymisji.

No, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że Banaś już w 2015 r. zatrudnił w resorcie finansów i Krajowej Szkole Skarbowej, kuźni kadr Krajowej Administracji Skarbowej, ludzi, którzy – jak twierdzi Centralne Biuro Śledcze Policji i Prokuratura Krajowa – rozkręcili karuzelę VAT-owską, czyli mówiąc wprost, okradali państwo z podatków.

Wyłudzili w ten sposób około 5 mln zł. Nie wiedzieliśmy, że działali aż do sierpnia 2018 r. i że w styczniu 2019 r. policjanci zatrzymali pierwszego podejrzanego, a sąd na wniosek prokuratury go aresztował. Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się z piątkowego artykułu w „Rzeczpospolitej”.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro, szefowie służb specjalnych Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, wreszcie sam prezes PiS Jarosław Kaczyński musieli o tym wszystkim wiedzieć od dawna – i o majątku, i współpracownikach Banasia. A mimo to karnie – przy aplauzie premiera Mateusza Morawieckiego – podnieśli rękę za powołaniem „krystalicznie uczciwego” człowieka, jak mówił o Banasiu marszałek Senatu Stanisław Karczewski, na szefa NIK.

Z obecnych na sejmowej sali 232 posłanek i posłów Zjednoczonej Prawicy tylko minister infrastruktury zagłosował przeciw (ale też przeciw wystawionemu przez PO Borysowi Budce). Nie głosowali też – albo nie było ich na sali – wicepremier Jarosław Gowin oraz siedem innych posłanek i posłów obozu władzy.

W tym momencie trzeba zadać pytanie kluczowe: dlaczego Banaś jest tak mocny? Czy jako były szef służby celnej, Krajowej Administracji Skarbowej, wiceszef i szef resortu finansów ma wiedzę, która może skompromitować środowisko PiS? A może to szersza gra np. służb specjalnych? Bo zanim Banaś obejmował prominentne stanowiska, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wydała mu certyfikat dostępu do najważniejszych tajemnic państwowych. I tak się dziwnie stało, że nie dopatrzyła się niczego podejrzanego ani w sprawie majątku, ani w sprawie kontaktów z krakowskimi sutenerami.

Bo wytłumaczenie, że Polska za PiS to prawdziwe „państwo z dykty” rządzone przez nieudaczników, po prostu nie mieści mi się w głowie. Nie po tak wielu dziwnych przypadkach związanych z „Pancernym Marianem”.

Zapowiadany z pompą budżet bez deficytu coraz bardziej się oddala. – Nie wykluczam, że jakiś niewielki deficyt się pojawi – zaklina rzeczywistość rzecznik rządu Piotr Muller. Wcześniej minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz potwierdziła, że rząd nie zniesie limitu zarobków, które nie podlegają ozusowaniu. A i to nie koniec kłopotów.

Kiedy ogłaszano plan budżetu na przyszły rok, premier Mateusz Morawiecki nie szczędził sobie pochwał. Nazwał go „historycznym”. To miał być dowód na to, że mimo niespotykanej skali wydatków socjalnych rząd PiS prowadzi odpowiedzialną politykę finansową. W sukurs szło mu bieżące wykonanie budżetu, gdzie przy dobrej koniunkturze wykazywano nadwyżkę.

– Rząd pokazał ten budżet, żeby zapunktować przed wyborami. Nie mogli wybrać lepszego sposobu niż spełnienie marzenia praktycznie każdego ministra finansów III RP – mówi anonimowo „Wyborczej” znany ekonomista, ekspert od giełdy i finansów.

Skonstruowany bez deficytu budżet centralny ma przy tym znaczenie raczej czysto propagandowe. Nie oznacza to jednak, że nie należy przyglądać się, jak PiS-owi udało się osiągnąć idealną równowagę między wydatkami a dochodami.

Bo też od początku sposób zbilansowania kasy państwa budził wątpliwości ekspertów. Podkreślano, że osiągnięto go dzięki maksymalnemu wykorzystaniu źródeł dochodów jednorazowych. Przede wszystkim z kolejnej „reformy” OFE.

Posiadacze kont w funduszach emerytalnych mogą wybrać, czy chcą je pozostawić ZUS, czy też przelać na indywidualne konta emerytalne (IKE). W tym drugim przypadku rząd będzie pobierał „opłatę przekształceniową” w wysokości 15 proc. Rząd miał pozyskać z tego 19,3 mld zł. Plan zakładał rozłożenie tej sumy na dwie równe wpłaty (po niecałe 10 mld zł) – jedna miała zasilić budżet w 2020, druga w 2021 r.

Reguła wydatkowa zagrożona, rating Polski też

Ale że coś jest nie tak z rządowymi planami sygnalizował już „Dziennik Gazeta Prawna”. Według ustaleń gazety, dwie równe raty z opłaty przekształceniowej to już przeszłość, bo do przyszłorocznego budżetu ma z niej trafić o 3,86 mld zł więcej, niż pierwotnie zakładano, czyli łącznie aż 13,5 mld zł.

Ważą się też losy tzw. podatku handlowego. W tej sprawie Polska znajduje się w sporze z Komisją Europejską przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. KE uważa, że nowa danina to niedozwolona forma pomocy publicznej. Rozstrzygnięcie sporu może zająć nawet kilkanaście miesięcy.

W założeniach do ustawy budżetowej wpisano także dochody z likwidacji limitu zarobków, od których nie pobiera się składek na rzecz ZUS. Obecnie to 30-krotność średniej krajowej. Oznacza to, że jeżeli ktoś zarabia tyle i więcej, to nie musi płacić składki emerytalnej. To bezpiecznik, który ma zapobiec konieczności wypłaty w przyszłości ogromnych emerytur, rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Z tytułu jego usunięcia w przyszłym roku państwo miało zyskać 5,1 mld zł, a w 2021 r. kolejne 1,8 mld.

Po olbrzymich protestach środowiska przedsiębiorców i kolejnych wypowiedziach przedstawicieli władzy plan ten ląduje w koszu. Ale zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty banku Credit Agricole Polska, rodzi to poważne problemy.

Chodzi o tzw. stabilizującą regułę wydatkową. Jest to zasada, która wyznacza limit wzrostu wydatków sektora publicznego, uwzględniając średniookresowe wskaźniki wzrostu PKB i inflacji. Poza tym każdy nowy, stały wydatek w budżecie musi mieć wskazane źródło finansowania (i nie mogą być nim dochody jednorazowe, czyli np. wspomniana opłata przekształceniowa OFE, którą przewidziano tylko na dwa lata).

– Problem w tym, że dochody z tytułu likwidacji 30-krotności zostały wpisane w uzasadnieniu do budżetu jako dochody stałe, tzw. dyskrecjonalne, zgodnie z regułą wydatkową. Innymi słowy, jeśli likwidacji 30-krotności nie będzie, to trzeba wskazać inne źródło dochodów – komentuje Borowski. Pytanie więc, co zrobi rząd?

Powiedzieć, że budżet jest napięty do granic możliwości, to mało. A eksperci, z którymi rozmawialiśmy, nie widzą możliwości obcięcia wydatków.

Trop co do tego, skąd rząd weźmie dodatkowe dochody, dała minister Emilewicz, która w rozmowie z Gazetą.pl nie wykluczyła, że pomysł likwidacji limitu nieozusowanych zarobków może powrócić, ale w innej formie, np. zmiany granicy z 30-krotności na 45-krotność.

Kosztowna trzynasta emerytura

Na pewno jednak nie załatwia to sprawy. W projekcie budżetu nie zapisano bowiem wypłaty 13. renty i emerytury, którą obiecano wyborcom. Przy wypłacie tego świadczenia w tym roku wyraźnie zaznaczono, że to świadczenie jednorazowe. W ten sposób ominięto regułę wydatkową mówiącą, że stałe wydatki muszą mieć wskazane stałe źródło dochodów.

Ale że wypłata trzynastki będzie coroczna zapowiedział podczas kampanii parlamentarnej prezes PiS Jarosław Kaczyński. Stawką jest więc wiarygodność „naczelnika państwa” jako obrońcy najbardziej potrzebujących. Tymczasem wypłata trzynastki to koszt 10 mld zł.

Minister Jacek Sasin podkreślał w wywiadzie dla „Super Expressu”, że 13. emerytury będą wypłacane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a nie z budżetu. Tyle tylko, że FUS otrzymuje dofinansowanie właśnie z budżetu, bo inaczej byłby na ciągłym deficycie. Najprawdopodobniej więc projekt powróci znowu w formie ustawy o świadczeniu jednorazowym.

– Jeżeli rząd nie będzie traktować tego jako trwałego podniesienia wydatków, a jednocześnie drugi rok z rzędu będzie ustawa o jednorazowej wypłacie trzynastki, to mamy do czynienia z obchodzeniem reguły wydatkowej – mówi Borowski.

I w tym momencie sprawa robi się bardzo poważna. Reguła wydatkowa to bardzo istotny czynnik dla wiarygodności Polski na rynkach finansowych. Pytani przez nas eksperci nazywają ją kotwicą. – To jest tak, jakby kapitan statku powiedział: „Mamy dobrą kotwicę, nie martwcie się”. Tyle że nie wspomniał, iż wisi ona na zwykłym sznurku, a nie na porządnym łańcuchu – ocenia prof. Bogusław Grabowski, ekonomista, były szef resortu finansów i były członek Rady Polityki Pieniężnej Narodowego Banku Polskiego.

– Reguła wydatkowa jest najsilniejszą kotwicą dla polskich ratingów przyznawanych przez agencje. Dla Moody’s, Fitch, S&P to bardzo ważna zasada stabilizująca finanse publiczne. Gdyby się okazało, że ją zmiękczamy bądź obchodzimy, to będzie negatywne dla naszych ocen. To będzie wyraźny sygnał, żeby je obniżyć w dłuższej perspektywie – mówi z kolei Borowski.

Ponadto Grabowski podkreśla, że i bez tych problemów plan budżetu nie wytrzymałby starcia z rzeczywistością. – Mamy sytuację, którą można określić mianem pudrowania trupa – twierdzi.

Według niego rząd, aby nie przekroczyć wymagań stawianych przez regułę wydatkową, zwyczajnie zaniżył poziom wydatków. – W porównaniu z 2019 r. ich pozom rośnie minimalnie, raptem o 13,1 mld zł. Czyli o wiele wolniej niż nominalny wzrost PKB. Gdyby je urealnić, to przekroczylibyśmy kwotę określoną w regule. Chyba, żebyśmy ją zmienili – twierdzi ekspert.

Sęk w tym, że nie wiadomo dokładnie, co zrobi rząd PiS. Większość pomysłów budżetowych, w tym sławetne przekształcenie OFE, nie przeobraziło się jeszcze z pomysłów w uchwalone prawo.

„Manipulowanie jak w Grecji”

Wątpliwości związanych z budżetem jest znacznie więcej. Grabowski twierdzi wręcz, że mamy do czynienia z manipulowaniem danymi budżetowymi. Jako przykład podaje choćby opłatę przekształceniową.

– Koszty przekształcenia aktywów OFE są przecież żadne. To po prostu przesunięcie przyszłego opodatkowania emerytur na okres bieżący – komentuje. Jego zdaniem zbilansowanie kasy państwa od początku nie było realne. Zabiegi PiS, aby koniecznie pokazać zbilansowany budżet, przypominają mu zdarzenia, które doprowadziły do kryzysu w Grecji. – Nie chcę powiedzieć, że za rok czy za dwa będziemy mieli taką samą sytuację  – komentuje. – Zwracam jednak uwagę, że tam było parę etapów dochodzenia do sytuacji kryzysowej. Pierwszym było właśnie manipulowanie danymi budżetowymi – tak, żeby zarówno opinia publiczna, jak i analitycy finansowi byli przekonani, że wszystko jest w porządku – opowiada.

Co to jest zbilansowany budżet

Zbilansowany budżet to taki, w którym wydatki pokrywają dochody. Dotychczas w historii III RP każdy budżet był z deficytem, tj. zaplanowane wydatki przekraczały poziom dochodów. Co oczywiście oznaczało zwiększanie zadłużenia. Jednak tak naprawdę istotny jest deficyt sektora finansów publicznych, tj. różnica między wydatkami i dochodami, ale nie tylko na poziomie centralnym, ale także biorąc pod uwagę sektor samorządowy i ubezpieczeń społecznych. Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego deficyt sektora finansów publicznych w 2018 r. wyniósł ledwie 0,2 proc., co jest najlepszym wynikiem w historii.

Społeczność międzynarodowa dowiaduje się coraz więcej o pewnym interesującym kraju leżącym w sercu Europy. I coraz bardziej mu zazdrości.

W państwie tym od czterech lat trwa wspaniała godnościowa rewolucja i naprawianie 30-letnich zaniedbań. Jego władze dostały właśnie od społeczeństwa mandat, by kontynuować mozolne podnoszenie kraju z ruiny.

W państwie tym władza odnosi się do społeczeństwa w sposób modelowy. Nazywa je z szacunkiem „suwerenem” i hojnie obdarowuje. Spokojnie patrzy na niedojrzałość społeczeństwa, które wybierając Senat, głosowało przeciw niej i wbrew swoim interesom. Władza wie bowiem, jak tę pomyłkę skorygować, np. przyznając sobie głosy nieważne. Suweren tylko na tym skorzysta, jego interesy będą chronione w pełni.

Władza w owym kraju wprowadziła szereg politycznych innowacji.

W ważnym ministerstwie, które zwalczało zorganizowaną przestępczość, powstała mafia złożona z jego urzędników. Niezorientowanych może to dziwić, nawet oburzać. Ale władzy chodziło o to, by w sposób kontrolowany, jak w laboratorium, poznawać metody przestępców i tym skuteczniej ich tropić. Inne państwa Europy do walki z mafiami angażują tysiące ludzi, a tu wystarcza skromny, sprawny szwadron pracowników ważnego resortu.

W innym ważnym resorcie wyhodowano internetowych trolli, prawdziwych patriotów czerpiących z chwalebnych tradycji Polskiego Państwa Podziemnego, aby toczyli heroiczną batalię o ład i lepszą przyszłość kraju. W innych krajach Europy trzeba takie szlachetne misje zlecać specom z Sankt Petersburga. Jednak ulokowanie farmy trolli w samym rządzie zwiększa skuteczność i zmniejsza koszty.

W państwie tym udało się też połączenie funkcji przywódcy narodu i wielkiego inwestora w nieruchomości. Wiadomo, ziemia jest święta, trzeba o nią dbać i nie pozwolić, by stała odłogiem. Przywódca narodu dał przykład deweloperom na całym kontynencie, prowadząc ambitny projekt budowy drapacza chmur. Dowodzi to, jak dobry jest stan gospodarki w owym państwie.

Dlatego państwo to stać na dostarczanie garderoby bardzo ważnym osobistościom samolotami, by było szybciej. Stać je na kupno w Izraelu specjalnego systemu, który pozwala władzy niezwykle precyzyjnie badać nastroje umiłowanego społeczeństwa. Dzięki temu władza wie, co o niej myśli każdy z osobna obywatel.

Cztery lata temu o państwie tym mówiono pogardliwie, że jest z tektury. Dziś zmieniło się w państwo z bibułki.

W Europie budzi to zrozumiałą zazdrość.

Wyniki wyborów do Senatu przyniosły niespodziewany skutek leksykalny. Okazało się, że podobnie jak obywatele, tak również i niektóre słowa dzielą się na „sorty”, np. ciekawość.

Kwestia ciekawości wypłynęła w związku z uzasadnieniem protestów wyborczych składanych przez partię rządzącą, a podjął ją publicznie marszałek Terlecki mówiąc, że podstawowym uzasadnieniem tychże (protestów znaczy) jest… ciekawość właśnie. Innych przesłanek do weryfikacji wyników wicemarszałek nie podał żadnych. Powołał się za to na oczekiwania działaczy i „słuchy” krążące w partii rządzącej. Ale kto ciekawskiemu zabroni?

Tym bardziej, że narzędzi do zaspokajania takiej właśnie „ciekawości” partia władzy przezornie przygotowała już jakiś czas temu, słusznie przewidując ich przydatność w nadchodzącym okresie wyborczym. Sama stworzyła, chyba właśnie po to, specjalną izbę w Sadzie Najwyższym, którą obsadziła zawczasu lojalnymi urzędnikami. Zapewne bez większych oporów zdecydują się oni teraz zaspokoić „ciekawość” pana marszałka i jego partyjnych kolegów. A może nawet potwierdzić „słuchy” i spełnić „oczekiwania” zawiedzionych działaczy.

Przy okazji wyszło na jaw, że ciekawość dzieli się na sorty. Ta wyrażana przez członków i sympatyków partii rządzącej jest – naturalnie – lepszego gatunku, więc zasługuje, by została usatysfakcjonowana niezależnie od okoliczności. Co innego z ciekawością „gorszego sortu”, stojącą za działaniami opozycji. Ta bowiem służy wyłącznie szkodzeniu polskiej racji stanu i sypaniu piasku w szprychy „dobrej zmiany”.

Toteż nie ma mowy o upublicznieniu nazwisk sędziów stojących za wyborami członków nowej KRS oraz Sądu Najwyższego. Dostępu do tej informacji partia rządząca broni jak nieodległości. Nikt się też nie dowie, jakim cudem – pomimo zwasalizowania służb specjalnych – partia rządząca nominowała Mariana Banasia na szefa NIK. Albo na jaki dystans zbliżyła się do „prawdy” podkomisja smoleńska po serii eksperymentów z parówkami oraz kto jest na liście jej płac i firmuje kolejne eksperymenty podobnego rodzaju. Nie wiadomo, co dzieje się z Jachtem Niepodległości zakupionym za miliony w celu „promowania Polski” i nikt nie kwapi się, by odpowiedzieć na pytanie, jakim to cudem kolejne miliony wydano z publicznej kasy na polonijną firmę, która – też w ramach „promocji Polski”, promowała w tym charakterze zupełnie inne kraje.

Ciekawość opozycji w tych i tysiącu innych kwestii z pewnością nie zostanie zaspokojona. Podobnie, jak otwarte pozostanie pytanie o prawdziwość plotek krążących teraz po internecie na temat księdza Tymoteusza, syna Beaty Szydło. Tu akurat obłożenie informacji klauzulą poufności dokonało się pod pretekstem „ochrony świętości rodziny”, z oczywistym zastrzeżeniem, że przysługuje ona (ochrona, znaczy) wyłącznie rodzinom „lepszego sortu”. Bo podobnej dyskrecji trudno się było dopatrzyć w przypadku potomstwa rzecznika Bodnara czy prezydent Dulkiewicz.

Za to ciekawość partii rządzącej w osobistych sprawach obywateli jest – zdaje się – zaspokajana na bieżąco, a to za sprawą najnowszych technologii do inwigilacji, sprowadzonych ponoć przez nasze służby z Izraela. Niemniej ciekawość opozycji w kwestii Pegasusa też nie zostanie – rzecz jasna – zaspokojona. Podobnie, jak pytanie, „skąd się biorą dzieci?” Za próbę odpowiedzi na nie już za chwilę będzie nawet można trafić do więzienia.

Jeszcze trochę, a ciekawość „gorszego sortu” zostanie w ogóle zakazana. Raz dlatego, że to pierwszy stopień do piekła, tymczasem państwo PiS troszczy się o dusze obywateli, zwłaszcza bezbożnych „nihilistów”. No a poza, jak mówi angielskie przysłowie: „Curiosity killed the cat” (ciekawość zabiła kota), na co w państwie pana prezesa nigdy nie będzie przyzwolenia.

PiS dostał lufę od Państwowej Komisji Wyborczej

Jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską. Pod takim zarzutem siedzi w areszcie”. Ze środka rządu PiS kierowano mafią VAT-owską? Afera Banasia powinna zmieść szefów służb i ich nadzorców.

Powinna powstać komisja śledcza. Rozumiem, że PO jest zajęta innymi rzeczami, ale wniosek o KS ds afery Banasia powinien już się pisać.

Państwowa Komisja Wyborcza przeanalizowała jeden z sześciu – bliźniaczo do siebie podobnych – protestów wyborczych PiS i uznała, że nie zasługuje na uwzględnienie. – Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu – wystąpiła do Sądu Najwyższego.

Protesty wyborcze komitetu PiS ujawniło Oko.press. Serwis wydobył skargi z Sądu Najwyższego. W sześciu podobnych pismach komitet PiS kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych. We wszystkich wygrali kandydaci opozycji lub niezależni. Przewaga nad kandydatami PiS wyniosła od 320 głosów do 3 tys.

Rządząca partia liczy, że uwzględnienie protestów pozwoli jej na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni.

„Wyniki wyborów niemal po połowie dzielą Senat pomiędzy partię sprawującą władzę a opozycję. W tym stanie rzeczy w interesie społecznym jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących” – napisał w uzasadnieniu protestów pełnomocnik komitetu PiS Krzysztof Sobolewski.

PiS myli artykuł kodeksu

„Zgłaszam protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Senatu RP” – czytamy w każdym z dokumentów. Sobolewski podnosi w nich identyczny zarzut naruszenia art. 227 Kodeksu wyborczego. Określa on sposób głosowania i warunki uznania głosu za ważny. Reguluje m.in. w którym miejscu należy postawić znak „X”.

Problem w tym, że przepis nie dotyczy wyboru senatorów, ale posłów, co jako pierwsza zauważyła Wirtualna Polska. Sposób głosowania w wyborach do Senatu określa zupełnie inny przepis. – Do Sądu Najwyższego wpłynęło już sprostowanie podstawy prawnej, która znalazła się w protestach komitetu PiS – poinformował w czwartek sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN.

Według prawników protesty wyborcze PiS są obciążone inną wadą. „Powinny zostać pozostawione bez biegu jako niespełniające wymogów formalnych” – uważa prof. Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela, która zajmuje się prawem wyborczym. Swoją analizę na temat dwóch pierwszych protestów PiS zamieściła w serwisie „Konstytucyjny”.

PiS: zarzuty są zasadne

By protest mógł zostać rozpoznany, muszą w nim zostać postawione konkretne zarzuty naruszenia przepisów kodeksu wyborczego albo popełnienia przestępstwa przeciw wyborom określonego w Kodeksie karnym. Tymczasem protesty PiS oparte są na ogólnikach i przypuszczeniach.

„Naruszenie polegało nam niewłaściwym zakwalifikowaniu jako nieważnych głosów, które powinny zostać uznane za ważne” – to zarzut postawiony przez Sobolewskiego. Pełnomocnik PiS uzasadnia go różnicą głosów pomiędzy kandydatami (przypomnijmy: od 320 do 3 tys.) zestawioną z liczbą głosów nieważnych (od 1,4 do 6,2 tys. w zależności od okręgu). „Ustalenie, że część głosów zostało nieprawidłowo uznane za nieważne, gdy w rzeczywistości powinny one zostać uznane za głosy poparcia dla kandydata PiS decyduje o tym, że to on uzyskał najwięcej głosów” – czytamy w pismach PiS.

Jakie partia ma dowody na to, że głosy nieprawidłowo uznano za nieważne? Żadnych, bo w protestach ich nie przedstawia. Wskazuje jedynie, że np. w okręgu koszalińskim liczba głosów nieważnych z powodu postawienia więcej niż jednego znaku „x” przekraczała różnicę głosów między zwycięzcą a przegranym. „Potencjalnie powyższa przyczyna jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów” – napisał Sobolewski.

Na naruszenie przepisów – wg PiS – ma wskazywać również wzrost liczby głosów nieważnych odnotowany w dwóch okręgach w porównaniu z wyborami w 2015 r. „Jest to zjawisko przeciwne do ogólnej tendencji mniejszej ilości głosów nieważnych” – napisał Sobolewski. Na naruszenie kodeksu ma jeszcze wskazywać niewielka różnica głosów pomiędzy kandydatami w okręgu koszalińskim – 320 głosów. Bo „jest na tyle znikoma, że może uchodzić za pewien margines błędu w klasyfikowaniu głosów, błędów pisarskich w protokołach czy omyłek rachunkowych”.

„Wnoszę o ustalenie, że zarzuty są zasadne a naruszenia miały wpływ na ważność wyborów – napisał Sobolewski, prosząc o oględziny kart do głosowania na rozprawie, porównanie ich z protokołami oraz ponowne przeliczenie głosów. – Należy z całą pewnością wykluczyć możliwość wpłynięcia błędów proceduralnych na ich wynik”.

PKW: podnoszone zarzuty są niezasadne

„Sam fakt, że w oprotestowanych okręgach różnica głosów pomiędzy kandydatami była niewielka, a liczba głosów nieważnych znaczna nie stanowi nawet cienia podstawy do przypuszczenia, że doszło do naruszenia prawa – uważa Rakowska-Trela. – Sam fakt, iż skarżącemu nie podoba się wynik wyborczy, przy braku dowodu na zasadność naruszenia konkretnego przepisu kodeksu wyborczego, czy w ogóle przy braku wykazania konkretnych naruszeń, nie może stanowić podstaw do ponownego liczenia głosów”.

Prawniczka podkreśla, że SN nie jest „super-komisją wyborczą”, która ma ponownie liczyć głosy, gdy wynik jest niesatysfakcjonujący, a różnice niewielkie: „Sąd Najwyższy bada konkretne zarzuty, konkretne naruszenia, poparte konkretnymi dowodami. A w omawianych sprawach takich konkretów brak. Tym samym protesty, oparte na takich jedynie podstawach, powinny zostać pozostawione bez dalszego biegu”.

Do podobnego wniosku doszła Państwowa Komisja Wyborcza, która opiniuje protesty wyborcze dla Sądu Najwyższego. W czwartek oceniła jeden z bliźniaczo podobnych do siebie protestów PiS.

– Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu. Uznajemy podnoszone zarzuty za nieznajdujące podstaw do tego, aby należało wybory w okręgu powtórzyć – mówił w Sejmie sędzia Wiesław Kozielewicz, szef PKW. – Okoliczności wskazane w proteście nie uprawniają do podjęcia decyzji o powtórzenia wyborów – dodał.

Czy Polska byłaby bogata jak Niemcy i Francja, gdyby nie było komunizmu >>>

Protesty wyborcze, które zgłosiła partia rządząca, nie mają merytorycznego uzasadnienia. PiS złożył je tam, gdzie liczy na łut szczęścia. Albo tam, gdzie chce zmanipulować wyniki na swoją korzyść.

Protesty dotyczą tych okręgów, w których kandydatom tej partii do Senatu zabrakło do wygranej niewiele, a głosów nieważnych padło na tyle dużo, że ich ponowne przeanalizowanie może coś zmienić. W jednym z tych okręgów o zwycięstwie kandydata opozycji zadecydowało 320 głosów.

Protest wyborczy powinien wyraźnie wskazywać, do jakich naruszeń mogło dojść i jakie dowody mogą służyć na poparcie tych podejrzeń. Do treści złożonych przez PiS protestów dotarła redakcja OKO.press. Nie ma w nich mowy o dowodach. Zamiast tego pojawiają się hipotetyczne rozważania na temat tego, co mogłoby się zmienić, gdyby okazało się, że nieprawidłowości doszło.

Sam fakt, że w danym okręgu oddano wiele głosów nieważnych, nie jest wystarczającym powodem do ich powtórnego przeliczenia ani do powtórki głosowania. Ale nawet gdyby PiS protestował wszędzie tam, gdzie odsetki głosów nieważnych są wyjątkowo wysokie, to w pierwszej kolejności złożyłby pewnie protest w Nowym Sączu – tam było ich ponad 10 proc. Ale akurat w Nowym Sączu kandydat PiS wygrał z dużą przewagą.

Relatywnie dużo nieważnych głosów oddano też w Stargardzie i Zabrzu (po niespełna 4 proc.). Tam jednak PiS także nie protestuje.

Tegoroczne wybory odznaczały się wyjątkowo niskim odsetkiem głosów nieważnych. W wyborach do Senatu uznano za nieważne tylko 2,55 proc. Cztery lata temu było ich 3,88 proc.

Merytoryczne podstawy mają mniej liczne protesty, które składa opozycja. Jej zdaniem PiS zgłosił po ustawowym terminie kandydata w miejsce zmarłego tuż przed wyborami Kornela Morawieckiego. W innym okręgu jednego z kandydatów oznaczono logotypem innego komitetu wyborczego niż ten, z którego startował, co mogło wprowadzić wyborców w błąd.

Na co liczy PiS? W scenariuszu optymistycznym – na to, że podczas liczenia doszło do błędów, a na ich odkryciu stracić może jedynie opozycja. W scenariuszu pesymistycznym – na to, że podczas ponownego liczenia uda się zmanipulować wyniki. Protesty wyborcze rozpatrzy izba Sądu Najwyższego powołana na skutek „reformy” przeforsowanej przez partię rządzącą i prezydenta. Liczenie może się odbywać albo w tej izbie, albo w sądach niższego szczebla.

Przede wszystkim jednak, jeśli PiS nie uzasadnia swoich podejrzeń co do rzetelności wyborów i liczenia głosów, to protesty tej partii nie powinny zostać uwzględnione.

Komitet Wyborczy PiS w sześciu niemal jednobrzmiących protestach złożonych w Sądzie Najwyższym nie podał dowodów na nieprawidłowości, które podważałyby wynik wyborów do Senatu. Przeprowadza za to hipotetyczne rozważania, co by było, gdyby takie błędy były. OKO.press publikuje wszystkie sześć protestów PiS. Zobaczcie je sami

OKO.press uzyskało w Sądzie Najwyższym kopie wszystkich sześciu protestów wyborczych PiS. Dostaliśmy je legalnie, zwracając się do SN o ich udostępnienie. Zresztą w tak ważnej dla obywateli sprawie nie powinno być żadnych tajemnic.

We wszystkich sześciu protestach powtarza się sformułowanie, że

„ustalenie, iż ok. 10 proc. głosów zostało nieprawidłowo uznanych za nieważne, zaś w rzeczywistości powinny być one uznane jako głosy poparcia dla kandydata Komitetu Wyborczego PiS, decyduje o tym, że najwięcej głosów uzyskał kandydat PiS”.

To stwierdzenie robi wrażenie, jakby były jakie powody do takiego „ustalenia”, ale nie zostały one nigdzie podane. Uzasadnienie jest de facto rozumowaniem hipotetycznym, że gdyby tak było, to PiS by wybory w danym okręgu wygrał. Trudno się spodziewać, by nawet najbardziej przychylny PiS sąd mógł uznać takie „uzasadnienie” za wystarczające.

Wnioski zawierają czasem dodatkowy argument, że „różnica w ilości głosów w całym okręgu jest na tyle znikoma, iż może uchodzić za pewien margines błędu” co jest niezbyt poprawnym po polsku wyrażeniem ogólnej hipotezy, bez żadnych dowodów. Podobnie jak spekulacje o

„postawieniu znaku x obok nazwiska dwóch lub więcej liczby kandydatów (..) Wiadomym jest, że potencjalnie, powyższa przyczyna nieważności głosu jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów jako ważnych lub nieważnych”.

Informacja o tym, że PiS podważa wybory do Senatu w sześciu okręgach, zelektryzowała całą Polskę. Bo opozycja minimalnie wygrała te wybory i ma teraz w Senacie większość. PiS nie chce się z tym pogodzić, więc protesty wyborcze komitetu wyborczego tej partii odebrano jako próbę zmiany wyniku wyborów. Pisaliśmy o tym w OKO.press tutaj.

Opublikowane przez nas skargi w sześciu okręgach (patrz niżej) dowodzą, że intencja PiS, by odwrócić los Senatu, przeważa nad racjonalną argumentacją. I nie spełniają one wymogów art. 241 § 3 Kodeksu wyborczego, który stwierdza, że

„wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Wybory do Senatu zakwestionowane zapisem o wyborach do Sejmu

Protesty musiałby być przygotowywane na kolanie, bo wszystkie podnoszą jako główny zarzut „naruszenia przepisu art. 227 Kodeksu [Wyborczego] polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Rzecz w tym, że jak zauważył portal wp, art. 227 Kodeksu odnosi się do z rozdziału 5 „Sposób głosowania i warunku uznania głosu” odnosi się do wyborów do Sejmu.

Portal stwierdza, że „co najmniej dwa protesty zawierają ten błąd”, widocznie wp miała dostęp do dwóch dokumentów. Jak widać w dokumentach załączonych niżej, błąd powtarza się we wszystkich sześciu skargach.

R. V. Sposób głosowania i warunki ważności głosu

Art. 227

§ 1. Wyborca głosuje tylko na jedną listę kandydatów, stawiając na karcie do głosowania znak „x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu.

§ 2. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania postawiono znak „×” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list kandydatów albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata z którejkolwiek z list, z zastrzeżeniem § 4.

§ 3. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata umieszczonego na liście kandydatów, której rejestracja została unieważniona.

§ 4. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata z jednej tylko listy kandydatów, a nazwisko tego kandydata zostało z tej listy skreślone, to głos taki uznaje się za ważny i oddany na tę listę.

§ 5. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z tej samej listy kandydatów, to głos taki uważa się za głos ważnie oddany na wskazaną listę kandydatów z przyznaniem pierwszeństwa do uzyskania mandatu kandydatowi na posła, którego nazwisko na tej liście umieszczone jest w pierwszej kolejności.

[/tab]

PiS protestuje tam, gdzie przegrał nieznaczną ilością głosów

Wszystkie protesty wyborcze PiS zawierają taką samą treść i argumentację, opierającą się na tym, że komisje wyborcze mogły źle zakwalifikować nieważne głosy. A gdyby przypadły one kandydatom PiS – Komitet Wyborczy chce, by SN zaliczył na ich korzyść po 10 proc. unieważnionych głosów. Wtedy to partia Kaczyńskiego wygrałaby w sześciu okręgach, a to dałoby PiS większość w Senacie.

Można odnieść wrażenie, że był gotowy wzór protestu wyborczego. Bo kolejne protesty różnią się tylko numerem okręgu wyborczego, którego dotyczą, nazwiskami kandydatów w tych okręgach i liczbą oddanych na nich głosów.

Możesz zresztą sam/sama zobaczyć wszystkie sześć dokumentów. PiS skarży wyniki wyborów do Senatu w następujących okręgach:

1. Okręg numer 100. Obejmuje Koszalin i okolice. Wygrał tu kandydat Stanisław Gawłowski. Startował jako niezależny i uzyskał 44 956 głosów. Przegrał z nim kandydat PiS Krzysztof Nieckarz, który dostał 44 636 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 3344 (2,44 proc. wszystkich głosów).

Zobacz protest dotyczący okręgu 100

2. Okręg 75. Obejmuje m.in. Tychy i Mysłowice. Wygrała tu Gabriela Morawska – Stanecka z SLD, dostała 64 172 głosów. Przegrał z nią Czesław Ryszka z PiS, który dostał 61 823 głosów. Liczba głosów nieważnych – 3749.

Zobacz protest dotyczący okręgu 75

3. Okręg 12. Obejmuje Grudziądz i okolice. Wygrał tu Ryszard Bober z PSL z wynikiem 52 619 głosów. Przegrał z nim Andrzej Mioduszewski z PiS z wynikiem 50 168 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 2844.

Zobacz protest dotyczący okręgu 12

4. Okręg 92. Obejmuje m.in. Gniezno, Wrześnię i okolice. Wygrał tu Paweł Arntd z Koalicji Obywatelskiej – 76 897 głosów. Przegrał Robert Gaweł z PiS z wynikiem 75 413 głosów. Nieważnych głosów było 3064.

Zobacz protest dotyczący okręgu 92

5. Okręg 95. Obejmuje powiaty krotoszyński, kępiński, ostrzeszowski, ostrowski. Wygrała tu Ewa Matecka z Koalicji Obywatelskiej z wynikiem 80 084 głosów. Przegrał z nią Łukasz Mikołajczyk z PiS z wynikiem 77 780 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 6221.

Zobacz protest dotyczący okręgu 95

6. Okręg 96. Obejmuje Kalisz i okolice. Mandat dostał tu Janusz Pęcherz z Koalicji Obywatelskiej, który dostał 72 579 głosów. Przegrał z nim Andrzej Wojtyła z PiS z wynikiem 70 993 głosów. Nieważnych głosów było tu 5444.

Zobacz protest dotyczący okręgu 96

KW PiS chce ponownego liczenia głosów. W Sądzie Najwyższym

Wychodząc z wyżej opisanej spekulacji o możliwych błędach w liczeniu głosów, Komitet Wyborczy PiS chce, by sędziowie z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, w ramach rozpoznawania protestów, dokonali na rozprawie oględzin kart do głosowania oraz porównali te karty z protokołami z komisji wyborczych. Komitet chce również ponownego przeliczenie głosów, też na rozprawie.

Przedstawiciele PiS domagają się, by „na rozprawie mogli się wypowiedzieć w szczególności co do kart do głosowania, które zostały zakwalifikowane jako nieważne”.

Poprzez takie czynności dowodowe Komitet Wyborczy PiS chce najwyraźniej sprawdzić, czy komisje wyborcze dobrze zakwalifikowały głosy nieważne, a nawet sugeruje, że było inaczej. Ale – powtórzmy to – żadnych dowodów nie przedstawia. Protesty zawierają jedynie przypuszczenia czy podejrzenia. PiS sugeruje, że mogły zdarzyć się omyłki pisarskie w protokołach lub błędy rachunkowe.

Podkreśla też, że mandaty w Senacie są podzielone po połowie na opozycję i PiS. Więc w „słusznym interesie społecznym” jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących poprawność wyników głosowania . Bo różnica w liczbie zdobytych głosów pomiędzy wygranymi kandydatami z opozycji, a przegranymi z PiS, nie była duża.

Co do dwóch okręgów pada dodatkowo argument, że w poprzednich wyborach w 2015 r. liczba oddanych tam nieważnych głosów była mniejsza niż obecnie.

Jakby to dowodziło, że cztery lata później były nieprawidłowości w komisjach.

Co zrobi nowa Izba powołana przez PiS

Kodeks wyborczy jasno mówi, że to wnoszący protest wyborczy ma udowodnić, jak doszło do naruszeń i wykazać, że  miały one wpływ na wynik wyborów. Komitet Wyborczy PiS przerzuca jednak ciężar udowodnienia naruszeń na Sąd Najwyższy, chcąc wykorzystać procedurę skargi do ponownego liczenia głosów.

Protesty PiS zbadają trzyosobowe składy z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Mogą dopuścić ponowne przeliczenie głosów jeśli uznają to za zasadne. Ponowne liczenie jest rzadkością w procesach o ważność wyborów.

Izba ta może też pozostawić protesty PiS bez rozpoznania, jako nie spełniające warunków określonych w artykule 241 Kodeksu Wyborczego. Przepis ten mówi, że protest wyborczy ma zawierać zarzuty i dowody na ich poparcie.

Badanie protestów przez skład trzyosobowy kończy się wydaniem opinii, która potem trafia do całego składu tej Izby. Bo to cały skład – 20 sędziów – decyduje o ważności wyborów i o tym, czy w danym okręgu SN podważa wynik wyborów, czy też nie.

Pisaliśmy w OKO.press o tym kto zasiada w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, którą powołał PiS. Izba ta wydawał już wyroki nie pomyśli obecnej władzy:

Powołany przez Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny nie ustaje w ściganiu poznańskiej sędzi Moniki Frąckowiak. Postawił jej kolejne zarzuty, nie prosząc nawet o wyjaśnienia.

Monika Frąckowiak to poznańska sędzia, która orzeka w sądzie rejonowym Nowego Miasta i Wildy. Należy do stowarzyszenia sędziów Iustitia. Jest znana, bo angażowała się w protesty przeciwko zmianom wprowadzonym w wymiarze sprawiedliwości przez PiS. Na demonstracjach mówiła, że „Trybunał Konstytucyjny jest farsą”, a minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powołuje na prezesów sądów „osoby o dość wątpliwej reputacji”.

Ludzie Zbigniewa Ziobry polują na sędzię

Na celownik wzięli ją rzecznicy dyscyplinarni powołani przez ministra Ziobrę. Do sądów dyscyplinarnych skierowali już dwa wnioski o ukaranie poznańskiej sędzi. Teraz dokładają trzeci.

Chodzi o opóźnienia w pisaniu uzasadnień wyroków. Zgodnie z prawem sędziowie mają na to dwa tygodnie. Na ich prośbę prezes sądu może przedłużyć ten termin, ale sędziowie i tak się spóźniają. Twierdzą, że dostają do prowadzenia zbyt dużo spraw.

Rzecznicy dyscyplinarni wzięli pod lupę wszystkie sprawy prowadzone w ostatnich czterech latach przez sędzię Monikę Frąckowiak. Opóźnień dopatrzyli się najpierw w ponad 170 sprawach. Teraz dokładają do tego kolejnych 37 opóźnień z ostatnich miesięcy. – Nie biorą pod uwagę, że w tym czasie prowadziłam 500-600 spraw – mówi nam sędzia Monika Frąckowiak.

Sędzia ścigana, bo krytykuje działania władzy

Frąckowiak nie kwestionuje, że spóźniała się z pisaniem uzasadnień wyroków. Wskazuje, że to nie tylko jej problem. – Nie chcę, by odebrano to jak donoszenie na kolegów, ale problem jest powszechny. W moim wydziale tylko przewodniczący pisze wszystkie uzasadnienia w terminie, ale on ma cztery razy mniej spraw niż ja – zauważa Frąckowiak.

Dlaczego zatem tylko ją wzięli na celownik rzecznicy dyscyplinarni? Frąckowiak nie ma wątpliwości, że powodem są krytyczne wypowiedzi o działaniach obecnej władzy.

Przemysław Radzik, rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę, o zarzutach dla sędzi Frąckowiak poinformował w internetowym komunikacie. „Opisane w przedstawionych zarzutach przewinienia służbowe obwinionej spowodowały ewidentny uszczerbek dla szeroko rozumianego dobra wymiaru sprawiedliwości, godząc w jego powagę, a ponadto narażając strony na negatywne skutki związane z koniecznością oczekiwania na ostateczne zakończenie postępowania” – napisał.

Frąckowiak zauważa jednak, że w sprawach, w których uzasadnienie napisała po terminie, żadna ze stron się na to nie skarżyła. Rzecznik dyscyplinarny z własnej inicjatywy zaczął przeglądać sprawy prowadzone przez sędzię Frąckowiak.

Rzecznicy dyscyplinarni idą na skróty

Poznańska sędzia mówi nam, że o nowych zarzutach dyscyplinarnych też dowiedziała się z internetu. – Nie dostałam żadnego pisma w tej sprawie – mówi. I zarzuca rzecznikom, że znów poszli na skróty. Zgodnie z prawem powinni byli przeprowadzić najpierw postępowanie wyjaśniające. Sędzia, którego to dotyczy, ma prawo złożyć wyjaśnienia, wnosić o przesłuchanie świadków.

– Zostałam tego prawa pozbawiona. Rzecznicy dyscyplinarni popełniają ewidentne błędy proceduralne – mówi sędzia Frąckowiak.

Z powodu takich błędów sąd dyscyplinarny w Lublinie nie rozpoczął procesu sędzi Frąckowiak za opóźnienia w uzasadnieniach ponad 170 spraw. Postanowił za to zwrócić akta rzecznikowi dyscyplinarnemu, by uzupełnił postępowanie. Rzecznik to zaskarżył. Sprawa czeka na rozpatrzenie w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

PiS wie, że jeśli zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, a jeśli nie, to może być początek jego końca.

Na początek powiedzmy sobie jasno – Kodeks wyborczy określa prosto i bez cienia wątpliwości, w jakich przypadkach można składać protesty wyborcze. A można to robić zgodnie z prawem tylko wtedy, gdy składający wniosek o ponowne przeliczenie głosów potrafi udowodnić, że doszło do przestępstwa, które wpłynęło na ważność wyborów, ich wynik lub/i przebieg głosowania. Przestępstwa zaś uprawniające do złożenia protestu wyborczego precyzyjnie opisuje rozdz. XXXI Kodeksu karnego (do którego w tej sprawie odsyła Kodeks wyborczy) w rozdziale zatytułowanym „Przestępstwa przeciwko wyborom”.

Wśród prawnych przesłanek pozwalających na uznanie protestu wyborczego nie ma ani jednego powodu wymienianego publicznie przez znanych polityków PiS. Nie można więc przeliczać głosów „z ciekawości”, z powodu „dużej nieważnej liczby głosów oddanych w danym okręgu” albo dlatego, że „może po ponownym przeliczeniu odzyskamy większość w Senacie”. Każdy z powodów jest bezprawny i wniosek na nim oparty powinien zostać przez sąd oddalony.

Inną kwestią jest problem podnoszony przez stowarzyszenie Obserwatorium Wyborcze, które wydało oświadczenie wyjaśniające, jak łatwo jest zmanipulować w Polsce ponowne liczenie głosów i dlaczego stosowanie tej procedury w obecnym kształcie i okolicznościach zagraża demokracji. Cytuję fragment: – „Od 14 października br. karty do głosowania przechowywane są bez żadnego szczególnego nadzoru: ani obserwatorzy społeczni, ani poszczególne komitety wyborcze nie mają możliwości skontrolowania, gdzie i w jaki sposób są one przechowywane lub przewożone, kto ma do nich dostęp, czy nie dochodzi do ich podmiany lub do manipulowania nimi”.

Dalej Obserwatorium Wyborcze zauważa: – „Karty do głosowania przechowywane są w paczkach zapieczętowanych pieczęciami obwodowych komisji wyborczych, ale to nie daje gwarancji bezpieczeństwa: nierzadko możliwe jest otwarcie i ponownie zamknięcie paczki tak, by nie było tego widać. Ponadto od 14 października pieczęcie obwodowych komisji wyborczych są przechowywane przez urzędników wyborczych, bez żadnej szczególnej kontroli. Nie można więc wykluczyć, że oryginalne pieczęcie zostaną użyte do ponownego zamknięcia i opieczętowania paczek z kartami, po manipulacji ich zawartością”. Całe oświadczenie dostępne jest tu: https://ow.org.pl/2019/10/22/latwo-jest-zmanipulowac-ponowne-liczenie-glosow/

Działania PiS w tej sprawie, już w tej chwili na granicy prawa, pokazują determinację tej partii, aby „odbić” Senat i brak szacunku dla wyborców i ich werdyktu. Powód jest oczywisty – z punktu widzenia PiS stawka jest ogromna.

Większość opozycyjna w Senacie umożliwi przeniesienie blokowanej przez PiS w Sejmie debaty poselskiej do Senatu, a więc odzyskanie głosu w debacie przez polityków, a za ich pośrednictwem także wyborców opozycji. Marszałek Senatu, trzecia osoba w państwie, może wygłaszać do narodu telewizyjne orędzia i w znacznym stopniu kształtować świadomość społeczną, może także jeździć za granicę i rozmawiać o polskich sprawach, a nawet podejmować pewne decyzje wpływające na politykę zagraniczną. Senat ma wpływ na obsadę kierowniczych funkcji w wielu ważnych państwowych instytucjach, które PiS uznał już za własne, prywatne i zdobyte, jak NIK, IPN, KRS, KRRiTV, NIK, RPP, Rzecznik Praw Dziecka, Rzecznik Praw Obywatelskich, UKE, Urząd Ochrony Danych Osobowych.

Determinacja, na granicy bezprawia, z jaką PiS próbuje przejąć Senat, pokazuje, jak ważna jest ta instytucja dla utrzymania polskiej demokracji. PiS wie, co oznacza Senat w rękach opozycji i próbuje zmienić wyniki wyborów, zanim ta świadomość dotrze także do opinii publicznej. A oznacza bardzo wiele: jeśli PiS zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, jeśli nie, to może być początek końca tej partii.

Szczęsny, Tokarczuk, Tusk, Sterczewski – pozytywne postaci przeciw szambu pisowskiemu

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>