PiS i Duda mogą się czuć pokonani

Platforma Obywatelska zyskuje nową energię. W tej chwili jest jedyną siłą polityczną zdolną odsunąć PiS od koryta. I tak będzie, bo partia Kaczyńskiego toczy własną juchę.

Tak atwo nie oddadzą władzy, bo przegrane wybory Dudy nie znaczą, że się pogodzą. Będą protesty sądowe kwestionujące wynik wyborów, niezgoda na przyjęcie do wiadomości przegranej, wysłanie sił porządkowych – policyjnych i wojskowych – przeciw społeczeństwu.

Przeleje się krew. Ale tyle tego. Kaczyński będzie sądzony, chyba, że spieprzy do jakiegoś Łukaszenki, jak Janukowycz do Putina.

„Zmiany zaczynają się od nas samych” – to kluczowe zdanie, które podczas sobotniej konwencji Platformy Obywatelskiej wypowiedział Borys Budka. Obiecał „nową Platformę” z „nową energią”. (Od)budowa partii ma być laboratorium, w którym Polki i Polacy zobaczą, jak PO będzie odbudowywać Polskę. Podobny pomysł – z sukcesem – testowała już Lewica.

O konwencji Platformy tutaj >>>

Prezes sądu w Olsztynie Maciej Nawacki, drąc uchwały olsztyńskich sędziów, nie tylko podeptał samorząd sędziowski i wypowiedział wojnę własnym sędziom. Mógł też popełnić przestępstwo niszczenia dokumentów. Jak ustaliło OKO.press niezależni sędziowie rozważają złożenie na niego zawiadomienia do prokuratury.

Nawacki stanie kiedyś przed sądem, kolejny pachołek do pierdla, czytaj tutaj  >>>

Może i z tymi listami poparcia do KRS było „coś nie tak”, ale to już bez znaczenia, bo prezydent nominował i to rozstrzyga sprawę – przekonuje prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla „Wprost”. Prof. Jerzy Zajadło przypomina inną regułę prawną: To, co od samego początku jest nieważne, jest zawsze nieważne.

Wykład prof. Zajadło tutaj >>>

„My ze swej drogi nie zejdziemy, dalej będziemy reformować wymiar sprawiedliwości, bo tego potrzebuje Rzeczpospolita i jej obywatele. Nie ugniemy się pod naciskami ani wewnętrznymi, ani zewnętrznymi. Chce się nas przymusić, by Polska godziła się na łamanie traktatów, a przez to sama uznała się za państwo członkowskie drugiej kategorii, wobec którego można sobie pozwalać na działania pozaprawne, niezgodne z traktatami europejskimi. To podcięłoby naszej ojczyźnie skrzydła i skazało ją trwale na status państwa zależnego. A na to nigdy nie wyrazimy zgody” – napisał w liście do uczestników konwencji Solidarnej Polski, który odczytał Krzysztof Sobolewski, prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Na konwencji Solidarnej Polski Patryk Jaki zapamiętale atakował sędziów cytując wyrok TSUE z 19 listopada. Ale cóż to było za cytowanie! Jaki kasował wyrazy i pomijał kluczowe części zdań zmieniając ich sens, jednocześnie zarzucając „elitom”, że bronią się „na bezczela”. Taka argumentacja to u Patryka Jakiego recydywa.

Patryk Jaki to tylko buc, o tym bucu tutaj >>>

Jarosław Kaczyński postanowił spacyfikować sędziów jak najszybciej, bez względu na koszty, żeby zagwarantować zwycięstwo Andrzeja Dudy. Już wybory prezydenckie mają się odbywać w kraju bez niezawisłych sądów – pisze Cezary Michalski.

Esej Cezarego Michalskiego tutaj >>>

Wywiad z Izabelą Leszczyną, odpowiedzialną za program Platformy, tutaj >>>

Partia rządząca wierzy, że jeśli zapewni narodowcom miejsce przy korycie, to będzie ich miała po swojej stronie.

Wariactwo w Polsce trwa w najlepsze. Praworządne PiS leci w kulki z Konstytucją. Sprawiedliwe PiS niszczy niezależne sądownictwo. Uczciwe PiS aż błyszczy nepotyzmem. Demokratyczne PiS kroczy dumnie drogą autorytaryzmu. I kiedy PiS tak sobie szaleje, gdzieś tam, po cichutku, na spokojnie i bez rozgłosu, zwiera swoje szyki ruch, którego samo istnienie w polskich realiach, przyprawia o ból głowy.

(…)

Nie ma co ukrywać. W Polsce, obok lewicy, prawicy i liberałów, rośnie czwarta siła. Siła Zła. Udawanie, że jej nie ma, nic nie da. Podobnie jak i lekceważenie. Narodowcy nie odpuszczą, ale co tam. Większość Polaków będzie zapewne nadal siedziała przy kawiarnianych stolikach, nie dostrzegając maszerujących obok nacjonalistów. Nadal zapewne będzie trzymać się z daleka i nie wspomoże tych, którzy stają w obronie Polski przed jej zbrunatnieniem. Ciekawe, do kogo będą mieć pretensje, jak się obudzą z ręką w nocniku.

Felieton Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Duda przegra, stanie przed Trybunałem Stanu, jak też Ziobro i Jaki

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Banaś, Jaki, Duda, Morawiecki – pisowska groteska, bajzel

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

„Za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju (2019 r.) 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł)” – pisze Onet.

Według prawników wynajętych przez Jannigera, młody człowiek towarzyszył wówczas Macierewiczowi na konferencji: „Polska i USA w obronie wolności: od pokonania komunizmu do zachowania suwerenności narodowej”.

Problem w tym – jak wskazuje w Onecie Stankiewicz – że w maju br. Macierewicz od dawna nie był już ministrem.

„Nie wiadomo więc, czemu na wyjazd do USA zabrał na koszt PFN osobę towarzyszącą. Trudno też mówić o jakichkolwiek „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza, który jest dziś szeregowym posłem” – pisze Onet.

Dziennikarze już wcześniej ujawnili, że PFN zapłaciła amerykańskiej firmie 5,5 mln dolarów za promowanie Polski w mediach społecznościowych. Efektem było m.in. konto na Instagramie, które obserwuje dziś 179 osób.

18 września Onet ujawnił kolejne fakty – na współpracy finansowo skorzystał przede wszystkim historyk Marek Chodakiewicz. Chodakiewicz otrzymywał pieniądze z agencji PR WHWG (które firmie zapłaciła PFN). Ogromne pieniądze dostali jego współpracownik oraz siostra i żona.

Według Onetu, siostra Chodakiewicza otrzymywała 120 tys. dolarów rocznie za… pisanie maili do ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Georgette Mosbacher.

Najnowsze doniesienia na temat PFN to nic nowego w tym sensie, że Fundacja od samego początku jest synonimem niejasnych transferów finansowych, kolejnych wtop wizerunkowych (choć została powołana do bronienia wizerunku Polski) i równie kuriozalnych co kosztownych pomysłów na promocję naszego kraju. Opisywaliśmy je regularnie w OKO.press.

Ta fundacja to nie trzeci sektor

Polska Fundacja Narodowa, choć oficjalnie i na papierze jest fundacją, ma niewiele wspólnego z trzecim sektorem, jak nazywane są zbiorczo pozarządowe organizacje. PFN została powołana w 2016 roku przez 17 spółek Skarbu Państwa, zaś inicjatywa wyszła od rządu PiS. Jej powstanie ogłaszała zresztą podczas konferencji premier Beata Szydło.

PFN miała „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa budować markę Polski poza granicami naszego kraju”. Zrzutka państwowych spółek wyniosła w pierwszym roku działalności 100 mln zł. Na początku roku 2018 finanse PFN osiągnęły pułap 220 milionów.

Dziwna to organizacja pozarządowa, której powstanie organizuje rząd. Ale dziwniejsze miało dopiero nadejść.

Oczernianie sędziów za 8 mln zł

W maju 2017 PFN zorganizowała akcję „Sprawiedliwe sądy”. Miała ona uzasadniać prowadzoną wtedy przez rząd PiS czystkę w sądownictwie. Na ulicach polskich miast pojawiły się billboardy informujące, że sędziowie kradną, wypuszczają na wolność pedofilów, nazywają się nadzwyczajną kastą i ogólnie chcą być bezkarni. Takie same treści promowano w telewizji i internecie.

PFN wykonanie akcji zleciła spółce Solvere, założonej przez byłych PR-owców Beaty Szydło. Maciej Świrski, ówczesny szef PFN twierdził we wrześniu 2017 roku, że usługi Solvere kosztowały 240 tys. zł. W grudniu 2017 Onet ujawnił cztery faktury wystawione dla Solvere na kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie ze sprawozdania finansowego PFN za 2017 rok wynika, że cała kampania kosztowała 8,4 mln zł.

„Sprawiedliwe sądy” są koronnym dowodem na to, że PFN jest politycznym narzędziem w rękach PiS. Potwierdził to nawet sąd. Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze jako prezydentka Warszawy wszczęła wobec fundacji postępowanie nadzorcze (miasto, na którego terenie organizacja jest zarejestrowana, ma taką możliwość).

Pierwszy wyrok stwierdzający, że kampanią o sądach PFN złamała swój statut, zapadł w listopadzie 2018.

„Zdaniem sądu podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie – znacznie go osłabiają, kreując oparty na jednostkowych przypadkach negatywny obraz władzy sądowniczej”.

W lipcu 2019 oddalono apelację fundacji.

W październiku 2019 portal Konkret24 napisał, że Polska Fundacja Narodowa przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności. Sprawy składają niezadowoleni obywatele, dziennikarze oraz organizacje pozarządowe. Pytają organizację o jej działalność, w szczególności finanse, ale ta odmawia odpowiedzi.

PFN pozywa OKO i… nie przychodzi na rozprawę

Rekordowy pod względem wpadek był dla PFN z pewnością rok 2018. W marcu okazało się, że Fundacja kupiła za prawie 5 mln zł używany francuski jacht, który miał opłynąć dookoła świat z okazji stulecia odzyskania niepodległości.

„Gazeta Wyborcza” szacowała, że cały rejs kosztować mógł nawet 20 mln. Wkrótce potem przedsięwzięcie upadło, bo w atmosferze skandalu z akcji wycofała się firma ambasadora kampanii Mateusza Kusznierewicza. Zamiast „Polska 100”, jak nazywała się akcja, jacht nazwano „I love Poland” i postanowiono, że będzie brał udział w światowych regatach. Pół roku temu na zawodach uległ jednak awarii i od tamtej pory czeka na naprawę w Ameryce.

W czerwcu 2018 PFN ogłosiła nabór na specjalne stypendium w Waszyngtonie dla badaczy chcących zajmować się postkomunizmem. Zaaplikował o nie prof. Adam Leszczyński, dziennikarz OKO.press: „Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało”. Nie wiadomo do dziś, bo PFN w swoim stylu uporczywie uchyla się od odpowiedzi.

Fundacja pozwała Leszczyńskiego i OKO.press za ten tekst, ale na pierwszej rozprawie 4 grudnia nikt z PFN się nie pojawił: ani pełnomocnik, ani świadkowie. Sąd ukarał świadków grzywną i odroczył rozprawę do czerwca 2020 r.

O Macierewiczu i jego Jnnigerze tutaj >>>

Marcin Zieliński, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), skonfrontował wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego z faktami. Zieliński wziął pod lupę pierwsze i drugie expose premiera, a następnie pokazał liczby. Gdy zestawi się słowa Morawieckiego z ekonomiczną rzeczywistością, wnioski nasuwają się same. Prawda może być dla tego rządu bolesna. Wystarczy porównać, co mówił premier o programie Mieszkanie+ z liczbą wybudowanych mieszkań w ramach tej sztandarowej rządowej inicjatywy. Dzięki Mieszkaniu+ powstało, uwaga, około jednego tysiąca lokali! Warto dodać, że branża deweloperska oddała w czasie rządów prawicy… 700 tysięcy mieszkań. Zobacz galerię zdjęć. Tam widać wszystko czarno na białym.

Mateusz Morawiecki chwalił się zmniejszeniem liczby stron ustaw. Tymczasem w 2016 roku weszło w życie rekordowe na polskie warunki ponad 35 tysięcy stron aktów prawnych. Premier mówił o zrównoważonym budżecie, ale – jak podkreśla Marcin Zieliński z FOR – pomijając wpływy jednorazowe (m. in. dzięki drugiemu skokowi na OFE) i uwzględniając wszystkie wydatki, Polska jest na budżetowym minusie. I to w czasie, gdy inne kraje oszczędzają na trudne czasy.

Premier wiele mówił o wspieraniu ekspansji polskich firm, podczas gdy polskie inwestycje zagraniczne spadają. Obiecywał pakiet wolnościowy dla biznesu, ale za jego kadencji Polska spadła w rankingach konkurencyjności i warunków do rozwoju biznesu. Chwalił się rozwojem elektromobilności, a trudno znaleźć osobę, która potrafi wymienić choć jeden sukces w tej dziedzinie.

Wizja Morawieckiego: przed 2015 roku był niewykorzystany potencjał

W wypowiedział Morawieckiego pobrzmiewał całkowity brak akceptacji dla działań władz przed 2015 rokiem. Polska przed rządami PiS była krajem, gdzie potencjał „nie został w pełni wykorzystany”. Później nastąpiła zmiana i mieliśmy – jak mówił Morawiecki – „złapać w żagle wiatr historii”. „Przebiliśmy rozwojowy szklany sufit” – stwierdzał dumnie premier. Zdaniem Morawieckiego jego rząd „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.

W drugiej kadencji, PiS ma zamiar wprowadzić w życie program „wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju” oraz stworzyć „potencjał, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Marcin Zieliński jest sceptyczny wobec tych szumnych zapowiedzi Mateusza Morawieckiego. W jego ocenie Polska była kiedyś liderem wzrostu po 1989 roku wśród wszystkich krajów byłego bloku wschodniego, a dziś działania PiS tylko „podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu”.

– Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 roku w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego – zauważa Marcin Zieliński.

Źródło: FOR

Marian Banaś nadal unika kamer, ale NIK przedstawił właśnie raport, który uderza w rządowy program. Budżet państwa stracił łącznie 152 miliony złotych – wynika z wyników kontroli NIK dotyczących programu „Praca dla Więźniów”, który realizowano pod nadzorem Ministerstwa Sprawiedliwości. Do prokuratury trafiło kilkanaście zawiadomień w sprawie.

NIK, którą kieruje Marian Banaś, na specjalnej konferencji prasowej przedstawiła raport dotyczący nieprawidłowości przy realizacji programu „Praca dla Więźniów” finansowanego ze środków Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. Raport jest wynikiem kontroli przeprowadzonej od 17 czerwca do 19 lipca 2019 r.

NIK: nieprawidłowości przy inwestycjach związanych z programem „Praca dla Więźniów”. 115 mln zł strat

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli podczas prowadzenia inwestycji w ramach programu doszło do 27 przypadków naruszeniem prawa zamówień publicznych.

Łączna kwota nieprawidłowo wydatkowanych sposób środków miała sięgnąć 115 mln zł

– czytamy w komunikacie Izby.

Ponadto na polecenie Prezesa Mariana Banasia, NIK skierowała m.in. zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Koszt jego budowy był zdaniem urzędników zbyt wysoki – na infrastrukturę wydano 369 tys. zł, a wedle biegłego jej wartość wynosi ok. 65 tys. zł.

Łącznie w związku z wynikami kontroli NIK podjęła decyzję o skierowaniu 16 zawiadomień do prokuratury.

Co kontrolerzy zarzucają zakładom karnym?

W raporcie NIK znalazło się m.in. powierzanie zamówień podmiotom prywatnym (podwykonawcom) przy braku jasnych zasad ich wyboru. Ponadto w części zakładów budowanych na terenach więzień nie było gwarancji dotyczących zatrudniania osadzonych albo zakres zatrudniania osadzonych był bardzo ograniczony. NIK stwierdził też nierzetelne sprawowanie przez zamawiających nadzoru nad realizacją umów.

1zł brutto za metr kwadratowy hali. Kolejne 37 mln zł strat

Inny zarzut izby dotyczy stawek, za które wynajmowano budowane hale. Niektóre z nich „kosztowały” przedsiębiorców zaledwie złotówkę za metr kwadratowy. Oznacza to, że wynajęcie hali o powierzchni 7,5 tys. m kw. kosztowało jedynie 7,5 tys. zł.

Zdaniem NIK wybudowane nakładem środków publicznych hale, wynajmowane były poniżej stawek rynkowych. Często ich wartość była zaniżona kilkukrotnie, np. w przypadku Zakładu Karnego w Stargardzie ustalony czynsz był dwuipółkrotnie niższy od ceny rynkowej, w przypadku Zakładu Karnego w Czarnem czynsz zaniżony był trzykrotnie, a Zakładu Karnego we Włocławku aż dziesięciokrotnie. Mogło to skutkować pomniejszeniem wpływów o kwotę odpowiednio: 811 800 zł, 144 766 zł oraz 494 213 zł (łącznie o ponad 1 mln 450 tys. zł).

Marian Banaś dostał kilka nagród od premiera. Łącznie ponad 67 tys. zł

Wyniki kontroli NIK wskazują, że czynsz zaniżano w 14 przypadkach dzierżawy hal przemysłowych, co mogło skutkować mniejszymi wpływami – w kontrolowanym okresie o ponad 2,6 mln zł, a w całym okresie trwania umów o blisko 37 mln zł. Łącznie straty mogły wynieść więc 152 mln.

Praca dla więźniów – sztandarowy program rządu

Za program „Praca dla więźniów” odpowiada resort sprawiedliwości. Projekt nadzorował Patryk Jaki, ówczesny minister sprawiedliwości, obecnie europoseł.

Program, który uruchomiono z jego inicjatywy w 2016 roku objął osadzonych w więzieniach czy aresztach. Służba Więzienna chwaliła się, że w w ciągu zaledwie 18 miesięcy od uruchomienia programu zatrudnienie skazanych zwiększyło się o 11 tysięcy, a wskaźnik powszechności zatrudnienia osadzonych osiągnął wartość 52,8 proc.

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM! – pisze Krzysztof Łoziński. „Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

Od zawsze zadziwiało mnie pewne zjawisko – przekonanie wielu moich rodaków, że do objęcia wysokiego stanowiska nie trzeba mieć wiedzy w dziedzinie, której dotyczy. Swego czasu zadziwił mnie Stanisław Alot, jeśli dobrze pamiętam nauczyciel historii, który podjął się kierowania ZUS-em.

Według Wikipedii: „W 1976 ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Później odbył studia podyplomowe z wypoczynku i turystyki na krakowskiej AWF. Od 1976 do 1981 był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Rzeszowie”.

Gdy pełnił funkcję prezesa ZUS: „Krytykowany był za ujawniony w wyniku przeprowadzonej kontroli brak prawidłowo prowadzonej księgowości w ZUS i problemy z systemem informatycznym”.

DLACZEGO GO WSPOMINAM? PAMIĘTAM SWOJĄ MYŚL Z TAMTEGO CZASU: GDYBY MNIE ZAPROPONOWANO STANOWISKO PREZESA NAJWIĘKSZEJ INSTYTUCJI FINANSOWEJ W POLSCE, TO WPADŁBYM W PANIKĘ, BO JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Dziś stanowisko prezydenta RP chce zająć Szymon Hołownia, niewątpliwie sympatyczny i inteligentny człowiek, ale:

Według Wikipedii: „Ukończył Społeczne Liceum Ogólnokształcące Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku. Studiował psychologię w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej”.

Działalność polityczna: „8 grudnia 2019 w Gdańsku oficjalnie ogłosił start w wyborach na Prezydenta RP w 2020 roku”. I koniec. To wszystko.

ABY DOBRZE SPRAWOWAĆ URZĄD PREZYDENTA, TRZEBA MIEĆ DOŚWIADCZENIE I WIEDZĘ W CO NAJMNIEJ W DWÓCH DZIEDZINACH: DZIAŁALNOŚCI POLITYCZNEJ W KRAJU I POLITYCE ZAGRANICZNEJ (ZWŁASZCZA W POLITYCE ZAGRANICZNEJ).

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Po Lechu Kaczyńskim i Andrzeju Dudzie mam już dosyć prezydentów, którzy, poza innymi powodami, SIĘ NA TYM NIE ZNAJĄ!

Szanowni rodacy, jeśli samochód do naprawy dajecie do mechanika, po leczenie idziecie do lekarza, i tak dalej, to zastanówcie się, czy kandydat na prezydenta powinien się znać na tym, czym się będzie zajmował.

Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI PYTAJCIE KANDYDATÓW O KWALIFIKACJE I DOŚWIADCZENIE POLITYCZNE.

(oczywiście od Andrzeja Dudy lepszy jest każdy)

Więcej o Hołowni tutaj >>>

Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat w prawyborach Koalicji Obywatelskiej. – Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Platforma pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

JACEK JAŚKOWIAK: To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?
Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań.

DZIAŁANIA POZYTYWNE BĘDĘ OCZYWIŚCIE WSPIERAŁ, A BLOKOWAŁ TE KARYGODNE I SZKODLIWE.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

POKAZAŁEM, ŻE POTRAFIĘ PROMOWAĆ RÓŻNORODNOŚĆ, TOLERANCJĘ, DBAĆ O NAJUBOŻSZYCH, ALE TEŻ O DOBRE RELACJE Z INWESTORAMI I POZNAŃSKIMI PRZEDSIĘBIORCAMI, KTÓRZY TWORZĄ ATRAKCYJNE MIEJSCA PRACY DLA POZNANIAKÓW.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?
Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać. Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie.

ARMIA MUSI BYĆ NIEZALEŻNA OD POLITYKÓW. POSPOLITYM RUSZENIEM I WOT NIE OSIĄGNIEMY TEGO, CO MOŻNA OSIĄGNĄĆ PROFESJONALIZMEM I JAKOŚCIĄ.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.
Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?
Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak.

PREZYDENT MUSI DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z PRAWEM. JEST STRAŻNIKIEM KONSTYTUCJI, WIĘC JEST OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRA MOŻE POZWOLIĆ SOBIE NA ŁAMANIE PRAWA, NAWET JEŚLI JEST MU TO POLITYCZNIE WYGODNE.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.
Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

POKAZAŁEM, ŻE MOŻNA MIEĆ WŁASNE ZDANIE, NAWET GDY TO NIE SPRZYJA DOBRYM SONDAŻOM. TAK BYŁO CHOCIAŻBY W PRZYPADKU MOJEGO UDZIAŁU W MARSZU RÓWNOŚCI. W POZNANIU MOGĄ CZUĆ SIĘ DOBRZE WSZYSCY, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAKIEGO SĄ WYZNANIA, KOLORU SKÓRY CZY POGLĄDÓW POLITYCZNYCH.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO. Platforma pokazała zdecydowaną twarz oraz że nie boi się jasno głosić swoich poglądów. Pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?
Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.

SĄDZĘ, ŻE NA PRZESTRZENI 5-6 LAT DOJDZIE DO ROZWIĄZAŃ, KTÓRE FUNKCJONUJĄ W PAŃSTWACH CHADECKICH, NP. W NIEMCZECH, GDZIE NIE MA ABORCJI TRAKTOWANEJ JAKO ŚRODEK ANTYKONCEPCYJNY, ALE JEST OPIEKA I TROSKA WOBEC KOBIET, KTÓRE ROZWAŻAJĄ PODJĘCIE TEJ DRAMATYCZNEJ DECYZJI.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?
Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.

ZGŁOSIŁEM SWOJĄ KANDYDATURĘ W KOPERCIE, DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ZROBIŁA TO MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA. PYTAŁEM JĄ O TO.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?
Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy Prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W POLSCE JEST WIELE OSÓB, KTÓRYM NIE UDAŁO SIĘ W ZWIĄZKACH MAŁŻEŃSKICH PRZETRWAĆ I O TYM TEŻ TRZEBA JASNO MÓWIĆ. NAJWAŻNIEJSZE, ABY DBAĆ O DZIECI I NAWZAJEM SIĘ SZANOWAĆ. WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM ZE SWOJĄ BYŁĄ ŻONĄ LEPSZE RELACJE, NIŻ W NIEJEDNYM MAŁŻEŃSTWIE, KTÓRE TRWA.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.
Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

„Były media i błysk fleszy” napisała Krystyna Pawłowicz o ślubowaniu do TK w Belwederze. Ale kancelaria prezydenta nie opublikowała nawet pół zdjęcia Dudy z Pawłowicz i Stanisławem Piotrowiczem. Prezydencki minister twierdzi – wbrew wielu faktom, które przedstawiamy – że nominacje do TK odbywają się zawsze bez mediów. Czego się boi prezydent?

Już od kilku dni Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina są sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Uroczyste ślubowanie złożyli Prezydentowi RP w czwartek, 5 grudnia 2019.

Sejm wybierał Piotrowicza i Pawłowicz – wiernych żołnierzy PiS – na oficjalnie bezstronnych sędziów TK. Na nic zdały się apele ekspertów prawnych, wskazujących dodatkowo, że w efekcie „reform” sądownictwa oboje są do Trybunału za starzy. Na nic apele opozycji, by nie wybierać do TK byłego prokuratora z czasów PRL.

Wybór Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny do TK to kolejny gwóźdź do trumny niezależnego Trybunału, który pod rządami PiS stał się marionetkowym organem władzy.

„Były media i błysk fleszy. A teraz służba Polsce” – napisała 5 grudnia na Twitterze sędzia Pawłowicz.

Jest tylko jeden problem: nie wiadomo jakie media i czyje flesze miała na myśli. Relacji fotograficznej i wideo ze ślubowania nie udostępniły na swoich stronach ani Trybunał Konstytucyjny, ani Kancelaria Prezydenta. Przebiegu uroczystości nie zrelacjonowały też żadne media, nawet te prorządowe.

Ale odkładając żarty na bok – wygląda na to, że mamy kolejny, po listach poparcia członków nowej KRS, sekret państwa PiS.

Lakoniczny TK

Wydarzenie odnotowano krótko na stronie Trybunału.

„5 grudnia 2019 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda odebrał ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Pani Krystyny Pawłowicz, Pana Stanisława Piotrowicza oraz Pana Jakuba Steliny” – czytamy w komunikacie opatrzonym jedynie zdjęciem… budynku TK przy al. Szucha w Warszawie.

To sytuacja wyjątkowa. Zakładka „Wydarzenia” w witrynie TK obfituje w informacje o uroczystościach, wykładach, spotkaniach zorganizowanych w Trybunale i z udziałem np. prezes Julii Przyłębskiej. Zwykle są one opatrzone kilkoma, kilkunastoma fotografiami.

Dość rozpaczliwą próbę wyjaśnienia utajnienia ślubowania Pawłowicz i Piotrowicza przedstawił prezydencki minister Błażej Spychalski:

We wrześniu 2017 roku ślubowanie składał nowo wybrany sędzia TK Justyn Piskorski (zastąpił zmarłego Lecha Morawskiego). Na stronie Trybunału mogliśmy przeczytać krótką biografię sędziego i zobaczyć kilka zdjęć ślubowania autorstwa fotografa z Kancelarii Prezydenta Macieja Biedrzyckiego.

Zdjęcia pokazano także po ślubowaniach sędziów Andrzeja Zielonackiego i Mariusza Muszyńskiego w czerwcu i lipcu 2017.

„Były media i błysk fleszy”

Na stronie prezydenta Andrzeja Dudy pojawiła się zaledwie lakoniczna wzmianka, że ślubowanie 5 grudnia miało miejsce.

Zabrakło fotografii, co dziwi zwłaszcza, gdy przyjrzymy się barwnej relacji z zaprzysiężenia nowej minister sportu z tego samego dnia. Ślubowanie Justyna Piskorskiego w 2017 roku opatrzono pięcioma zdjęciami oraz obszernymi cytatami z przemówienia Andrzeja Dudy. Okolicznościowe wystąpienie prezydenta opublikowano też na stronie jako filmik. Można oglądać je do dziś.

Duda miał przemawiać także na uroczystości 5 grudnia 2019. O „ważnym przemówieniu na temat wymiaru sprawiedliwości” pisała na swoim Twitterze Krystyna Pawłowicz. Jej „relacja” to w zasadzie jedyne, co wiemy na temat przyjęcia, które odbyło się w Belwederze.

Była posłanka podkreśla, że „były media i błysk fleszy”, w tym obsługa z Kancelarii. Dlaczego zatem zdjęcia nie pojawiły się na stronie prezydent.pl?

Jakub Szymczuk, osobisty fotograf Andrzeja Dudy, miał być w tym czasie na urlopie. Ale wydarzenia z udziałem prezydenta RP relacjonują także m.in. Maciej Biedrzycki i Grzegorz Jakubowski.

Prawo do informacji

Sprawa wyglądała tajemniczo, a media zaczęły dopytywać, dlaczego żadne fotografie ze ślubowania nie ujrzały światła dziennego. Zainteresowanych uspokajał rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel.

„W tajemnicy to jakby ktoś się spotykał z kimś […] na stacji benzynowej albo pod śmietnikiem czy na cmentarzu i tam coś ustalał. […] Belweder, siedziba prezydenta, trudno mówić, że jest okryty mgiełką tajemnicy. Zresztą od wczoraj wszyscy o tym mówią, więc z tą tajemniczością bym nie przesadzał” – tłumaczył w „Graffiti” Polsat News w piątek 6 grudnia.

Takie tłumaczenia nie usatysfakcjonowały jednak części komentujących, a w internecie pisano kolejnej, po listach poparcia do KRS, cegiełce do „niejawnego” państwa PiS. Marek Tatała, prawnik i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka Balcerowicza, zwrócił się do prezydenta z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

Bo art. 61 ust. 1 Konstytucji daje obywatelom prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. O prawie tym mówi także art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej.

We wniosku FOR domaga się ujawnienia:

  • imion i nazwisk osób publicznych, a zwłaszcza przedstawicieli władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, które wzięły udział w uroczystości;
  • czy podczas ślubowania dokonywano rejestracji obrazu i dźwięku za pomocą zdjęć lub nagrań wideo;
  • wyżej wymienionych zdjęć i nagrań, jeżeli takie powstały;
  • treści przemówienia Andrzeja Dudy;
  • informacji, jakie media brały udział w ślubowaniu.

Na odpowiedź Kancelaria Prezydenta ma 14 dni, chyba że skorzysta z możliwości wydłużenia terminu do dwóch miesięcy. Marek Tatała zapowiedział, że poda ją do publicznej wiadomości.

Co wypada Prezydentowi

Dlaczego Kancelaria Prezydenta tym razem nie pokazała zdjęć ze ślubowania? Najpewniej chodzi o wizerunek Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej podlega szczególnej ochronie.

Popularność Dudy jest wciąż wysoka, ale walka o prezydenturę będzie zacięta. Zwycięstwo w wyborach będzie zależeć od tego, czy uda mu się przekonać opinię publiczną, że jest „kandydatem zgody” i „mężem stanu”. Prezydent musi unikać kontrowersji, a taką z pewnością byłyby serdeczne ujęcia z „żołnierzami” PiS Piotrowiczem i Pawłowicz.

Zwłaszcza, że pod względem „sympatyczności” Dudzie wyrosła ostatnio poważna i nieco bardziej autentyczna konkurencja.

Z relacji Krystyny Pawłowicz wiemy, że prezydenckie przemówienie 5 grudnia dotyczyło sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Duda dał ostatnio próbkę tego, jak postrzega tę sytuację. Na spotkaniu 20 listopada w Brojcach, dzień po przełomowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, wykrzyczał nienawistną tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

Prezydent wspominał m.in. o potrzebie dokończenia dekomunizacji w polskich sądach. Niedługo potem odebrał ślubowanie na sędziego TK – kluczowego organu władzy sądowniczej w Polsce – od byłego komunistycznego prokuratora. Taka niekonsekwencja może nie spodobać się umiarkowanym wyborcom.

„Prezydent Duda boi się Polaków, natomiast jeszcze bardziej boi się prezesa Kaczyńskiego” – komentowała Małgorzata Kidawa-Błońska, wicemarszałek Sejmu z ramienia KO.

„Jest trzech kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają na objęcie tych funkcji od lat. Pan Prezydent nie zaprzysięga ich, natomiast zaprzysięga nowych, mówiąc, że nie może nie zaprzysiąc” – powiedziała I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Szczęsny, Tokarczuk, Tusk, Sterczewski – pozytywne postaci przeciw szambu pisowskiemu

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szyszko, Duda, Banaś – pisowska szarańcza

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – używania pieniędzy publicznych do zorganizowanego hejtu na wielką skalę – zapowiedział europoseł PiS.

– „Sok z Buraka” to internetowa fabryka hejtu i nienawiści, której machina w sposób obrzydliwy dehumanizuje polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wspierające Rząd RP. Administracja tego profilu posługuje się dezinformacją i fake newsami. „Sok z Buraka” powinien po prostu zniknąć – wypowiada się wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz.

– Uprzejmie informuję, że ratusz Warszawy nie posługuje się mową nienawiści. Jesteśmy i będziemy konsekwentni w walce z hejtem. Proszę wybaczyć, ale nie będę odnosić się do propagandowych akcji osób, które same celują w posługiwaniu się manipulacją – skomentował rzecznik prezydenta Warszawy Kamil Dąbrowa, który poinformował także, że opisany przez „Sieci” Mariusz Kozak-Zagozda jest zatrudniony przez miasto na umowę zastępstwo, ale trudno powiedzieć, czy będziemy kontynuować współpracę, musimy przeanalizować i podsumować dotychczasowe pół roku”.

Kozaka-Zagozda miał zakupić domenę w 2014 roku. Jak deklaruje pozbył się jej w 2017 roku.

Jan Szyszko nie daje o sobie zapomnieć… Były minister środowiska w rządzie Beaty Szydło postanowił odnieść się do zagrożeń dla klimatu. Krytykował też działalność 16-letniej aktywistki ekologicznej Grety Thunberg i innych młodych ludzi, którzy niedawno przeprowadzili w miastach całego świata Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

W wywiadzie dla Radia Wnet Szyszko wygłosił taką oto opinię: – „Dwutlenek węgla jest gazem życia. Przez niego powstaje drewno, pokarm. Bez niego nie ma życia na świecie. To powinien wiedzieć każdy uczeń szkoły podstawowej”.

– „Profesor-głuptas nie wspomniał tylko, że przyroda potrzebuje tylko określonej ilości dwutlenku węgla w atmosferze…. jego nadmiar jest zbrodniczy…”; – „Może Pan spróbuje wdychać CO2 zamiast tlenu i zobaczy, czy rzeczywiście jest tak wspaniale?; – „Za takie opinie Szyszko powinien mieć stan oskarżenia, za lekceważenie faktycznego zagrożenia, o wycince kilkusetletnich dębów nawet nie wspomnę”; – „Ignorancja tego gościa jest dramatyczna. Wstyd, że ktoś taki był ministrem. Nikodem Dyzma przy nim to tuz intelektu” – komentowali internauci wypowiedzi Szyszki.

A co miał do powiedzenie o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym? – „Serdecznie jej współczuję. To dziewczę na pewno oszukano, to dziewczę chyba nie wie, co mówi, bo jest ciężko, aby w tym wieku rozumieć dokładne meandry polityki i gospodarki – one się tu nawzajem łączą. I to samo było w Warszawie niedawno, jechałem na spotkanie do Pałacu Staszica, gdzie nie mogłem się dostać, gdyż młodzież spontanicznie w wieku kilkunastu lat protestowała przeciwko temu, że Polska ma węgiel kamienny i go używa, a chyba nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co tak naprawdę mówią” – stwierdził były minister środowiska.

Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że atakowanie Grety Thunberg staje się powoli jednym z ulubionych zajęć prawej strony sceny politycznej. Przypomnijmy choćby nasz artykuł „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

PAD: Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska z Trumpem

– Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie właśnie związane z wielką polityką światową – mówił prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Michałem Adamczykiem w programie „Gość Wiadomości” TVP Info, pytany czy były takie momenty, że była różnica zdań, że nie mieli wspólnego stanowiska podczas spotkania w cztery oczy.

Syn Mariana Banasia, prezesa NIK, a wcześniej ministra finansów w rządzie PiS, przez kilka lat prowadził własne biznesy. Zawodowa kariera Jakuba Banasia nabrała przyspieszenia w listopadzie 2017 r., kiedy zaczął pracować w państwowych spółkach Skarbu Państwa – poinformowały „Fakty” TVN.

Najpierw trafił do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podległej ministrowi obrony narodowej. Był tam dyrektorem, a po pięciu miesiącach został doradcą zarządu. Po kolejnych kilku miesiącach został pełniącym obowiązki prezesa w podległej PGZ spółce Maskpol, produkującej sprzęt dla wojska. Tam też nie zagrzał długo miejsca i „przerzucił” się na bankowość. Obecnie jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu w państwowym banku Pekao S.A.

Dziennikarka „Faktów” chciała się dowiedzieć, na jakich zasadach Jakub Banaś został zatrudniony w każdej ze spółek? W odpowiedzi Pekao S.A. i PGZ poinformowały o „ochronie danych osobowych” i tajemnicy przedsiębiorstwa „co do sposobu i technik rekrutacji”.

– „Uważam, że mamy do czynienia z takim nepotyzmem, w którym wysoko postawiony ojciec załatwia pracę synowi, a ten syn nie ma najmniejszych kompetencji do tego, żeby od razu zaczynać karierę od kierowania firmą” – powiedział „Faktom” Tomasz Siemoniak z PO.

Problemu nepotyzmu nie dostrzega natomiast szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. – „Nie mam wiedzy na temat kariery syna pana Banasia. Natomiast sam fakt tego, że dziecko jakiegoś polityka pracuje w spółce Skarbu Państwa, wydaje mi się, że jest niewystarczające, żeby stawiać taką tezę” – stwierdził Dworczyk.

Tacy właśnie jesteśmy: mówimy o wolności, ale kiedy trzeba zastosować ją w praktyce, wrzeszczymy, tupiemy i gotowi jesteśmy ukamienować każdego, kto myśli inaczej.

Nie mamy pojęcia, czym jest wolność, nie czujemy jej, nie rozumiemy, że przychodzi nie pod postacią kwiecistych sztandarów i romantycznych haseł, ale jako „człowiek, z którym się nie zgadzamy” i o którym myślimy „po co on/ona aż tak prowokuje?”. Wrzeszczymy jak obdzierani ze skóry za każdym razem, gdy wolność trzeba dać sobie i innym i gdy ktoś korzysta z niej w sposób, który nam się nie podoba.

Klaudia Jachira, kandydatka PO na posłankę z Warszawy, stanęła ostatnio przed pomnikiem żołnierzy AK z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna”. Obrazek prowokacyjny, bo nad jej głową mogliśmy przeczytać „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Ja odebrałam ten happening jako ostrą, ale uzasadnioną w świetle tego, co wyprawiają różni politycy z Bogiem i Ojczyzną na ustach kpinę z hipokryzji, z ludzi mających gęby pełne frazesów o wartościach (które zresztą wcale nie każdemu muszą być drogie, bo przecież nie ma takiego obowiązku), na co dzień poniżających, oczerniających i okradających innych. (Na marginesie i dla jasności: gdyby nawet kpina Jachiry była nieuzasadniona, to też ok, bo w końcu satyra i dowcip uzasadnione być nie muszą).

I co? I rozpętało się polskie dulskie, bogoojczyźniane piekło. „Jachirę usunąć z list!”, „Przez takich jak Jachira KO przegra!”, „Jak śmiała!” i oczywiście – „Idiotka!”, „Kretynka!” i takie tam chrześcijańskie, katolickie epitety, pełne miłości bliźniego.

Klaudię Jachirę podziwiam od dawna jako nieustraszoną, samotną satyryczkę, pozytywnie zakręconą. Nie wiem, jaką byłaby posłanką i nie jest to moja sprawa, ale wiem jedno: ma prawo do własnej ekspresji, także takiej, która mi i wszystkim innym się nie podoba. Także, a może przede wszystkim takiej, która uraża czyjeś uczucia. (Nigdy zresztą nie sądziłam, żeby rzeczy i ludzie naprawdę wielcy mogli zostać „obrażeni”, przeciwnie, uważam, że im rzecz mniej ważna i rozdęta, tym łatwiej o obrazę, a prawdziwa wielkość satyry i kpiny, nawet najgłupszej, się nie boi, bo jakżeby mogło być inaczej?)

Wolność to nie teoria, to praktyka, to działanie. To rozumienie, że inni mają prawo postępować w przestrzeni publicznej jak uważają za stosowne, oni, a nie ty, dopóki nie łamią prawa. I choć niektórym trudno to pojąć, nic bardziej nie służy demokracji i debacie publicznej.

Odwrotnie: stawiam tezę, że im bardziej ktoś obraża czyjeś „święte” rzekomo uczucia, tym lepiej robi to świadomości społecznej, bo pobudza myślenie i pozwala spojrzeć na „świętości” z innej perspektywy.

W Polsce to teza rewolucyjna, dlatego na jej uzasadnienie przytoczę fragment orzeczenia amerykańskiego Sądu Najwyższego w jednej z najsłynniejszych amerykańskich spraw sądowych, dotyczących wolności słowa – Hustler Magazine versus Jerry Falwell. „Istotą ochrony wolności słowa (…) jest uznanie fundamentalnej wagi, jaką ma dla społeczeństwa swobodna wymiana idei i opinii na wszelkie tematy leżące w sferze publicznego zainteresowania. Aby swobodny przepływ opinii był możliwy, ludzie muszą mieć możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy, że narażą się przez to na odpowiedzialność prawną. Należy więc chronić także wypowiedzi wynikające z niskich pobudek, chronić też ekspresję głęboko obraźliwą dla niektórych ludzi lub nawet dla większości członków społeczeństwa. Fakt, że społeczeństwo może uznać jakąś wypowiedź za obraźliwą nie jest dostatecznym powodem, by jej zakazać. Przeciwnie, jeśli to opinia wyrażona przez autora jest czymś, co wywołuje obrazę, to jest to właśnie powodem do tego, by zapewnić jej konstytucyjną ochronę. (…) Pojęcie „obraźliwości” w politycznym i społecznym dyskursie cechuje się nieuchronną podatnością na subiektywne interpretacje, co sprawiałoby, że przysięgli mogliby nakładać odpowiedzialność w oparciu o własne poglądy lub poczucie smaku, lub – co też jest możliwe – w oparciu o ich niechęć wobec konkretnej wypowiedzi”.

A przecież my w Polsce to właśnie robimy! Ciągle nakładamy na innych sankcje ze względu na własne poczucie smaku, jesteśmy na własnym punkcie przeczuleni i drażliwi, a później płaczemy, że nie ma świeżych nowych liderów, że młodzi nie chcą iść do polityki, że duszno i że inteligencji „trudno się oddycha!”. Po czym idziemy tłuc mentalnym młotkiem każdego, kto nie mieści się w naszych ramach pojmowania świata i „dobrego smaku”.

Nie można mieć wszystkiego. Nie można mieć wolności i jednocześnie gwarancji, że niczyje uczucia nie zostaną urażone, że wszyscy będą się ze sobą zgadzać (swoją drogą, jakie to byłoby koszmarne, zabijające umysł i cholernie nudne) i posuniętej do absurdu poprawności politycznej. Jeśli chcecie wolności, poluzujcie warkoczyki i nabierzcie dystansu, nie nadymajcie się jak purchawki i nie czujcie „obrażeni” i mentalnie zgwałceni za każdym razem, kiedy ktoś powie lub zrobi coś, czego wy byście nie powiedzieli lub nie zrobili.

Chyba że chcecie mieć kraj ciasnoty umysłowej, ludzi myślących tak samo, bojących się własnego cienia i autocenzurujących z obawy przed „zgorszeniem”.

Ziobro, spadaj. I tak skończysz w pierdlu

Przed Kancelarią Premiera w Warszawie zgromadziły się tłumy. Uczestnicy demonstracji domagali się dymisji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Przynieśli czerwone kartki z hasłem „Ziobro musi odejść” i „Wolna prokuratura, wolne sądy, wolni ludzie”. Składali podpisy pod symboliczną dymisją Ziobry.

Protest zorganizowała Akcja Demokracja. – „Jest wiele powodów, że tutaj jesteśmy. Ja mam wiarę, że nasze państwo może wyglądać inaczej. Mam przekonanie, że odpowiedzialnym za to, co się dzieje, jest Ziobro” – mówiła do zebranych Weronika Paszewska, dyrektorka Akcji Demokracji.

– „To nie jest jednodniowa afera, pokazuje ona stan, w jakim jest polskie państwo. Mamy problem z nienawiścią w życiu publicznym. Zbigniew Ziobro albo wiedział, co się dzieje w jego ministerstwie, o akcji zorganizowanego hejtu albo nie wiedział, nie panował nad podwładnymi, tak więc nie nadaje się na ministra” – powiedział prof. Marcin Matczak.

„Prokuratura nie może być narzędziem w rękach władzy. My, prokuratorzy nie godzimy się, abyście wy, wolni ludzie zostali zniewoleni naszymi rękoma” – deklarował Krzysztof Parchimowicz, szef Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”.

Demonstracja przed Kancelarią Premiera zakończyła się odśpiewaniem hymnu. Podobne protesty odbyły się także w innych miastach.

Słowo z tytułu jest (z dokładnością do wykropkowania) wiernym cytatem z aktywności politycznej jednego z gangsterów usadowionych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zaskoczyło nas zapewne skundlenie ludzi, kiedyś podobno normalnych i porządnych, którzy stając przed pokusą przystąpienia do politycznej grupy przestępczej, przechodzą na ciemną stronę mocy.

Można by chyba przyjąć, że to takie czasy, gdy ludzie przeciętni, zamiast pozostać przeciętni, stają się obozowymi kapo, generałami separatystycznych bojówek lub pałkarzami zatrudnionymi w ministerstwie sprawiedliwości, gotowymi do każdej najobrzydliwszej moralnie akcji „dla dobra Polski”

Sami o sobie myślą jak o Ince, Pileckim, zapewne również Janosiku, Rambo i Supermenie.

Nie łudźmy się, ta afera w ogóle nie wstrząśnie elektoratem PiS. Wręcz przeciwnie, niezdecydowanych przekona, że potrafią wziąć za mordę, znaczy warto z nimi trzymać. Europie po raz kolejny pokaże, że jesteśmy w radzieckiej strefie wpływów politycznie i mentalnie.

Ta afera w gruncie rzeczy pokazuje tylko beznadzieję sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Dziś stoimy na miejscu klienta z filmu „Miś”. Po tamtej stronie szatniarz właśnie nam objaśnia, że jest Kierownikiem Szatni, nie ma naszego płaszcza i co mu zrobimy. Bo w gruncie rzeczy na tym etapie nic zrobić nie można.

Nacisk opinii publicznej nie istnieje. Nawet wielotysięczne demonstracje, zamiast kilkudziesięcioosobowych jak dziś, nie przełożą się na zwiększenie poczucia wstydu rządzących. Stały elektorat od tej afery nie skruszeje, świat nie urządzi nam za nas Polski. Nie ma płaszcza, nie ma nawet bielizny. Król jest nagi. No i co mu Pan zrobisz?

Nagi król nie wyrzuci koalicjanta, od którego zależy polityczna przyszłość dobrej zmiany. Już raz po aferze gruntowej to zrobił i błędu nie powtórzy. Nagi król jest dziś zakładnikiem politycznego partnera, który od początku swojej politycznej kariery miał skłonności do budowania szemranych struktur. I wpędzania koalicjanta w kłopoty.

Dziś pytanie, jakie można zadać w kontekście działania ministra wielu ministerstw jest takie: czy jest tak nieprawdopodobnie niekompetentny, by nie wiedzieć o grupie przestępczej w swoim ministerstwie, czy kompetentnie o wszystkim wiedział?

W jednym i drugim wypadku powinno to oznaczać natychmiastową dymisję, śledztwo i polityczny koniec. Ale jak się jest Kierownikiem Szatni…

Gdyby nie koszt tego przedstawienia, gdyby nie zmarnowane kilka dekad to można by kupić popcorn, usiąść na brzegu rzeki i czekać. Bo im nie trzeba rewolucji, nowej Solidarności, Majdanu. Im trzeba dać czas i sami się wykończą. Ale to rak i umrze razem z nosicielem.

Co więc robić? Przetrwajmy. I pilnujmy płaszcza w przyszłości.

Były wiceminister sprawiedliwości, a teraz europoseł PiS, Patryk Jaki „heroicznie” broni swojego byłego szefa. Uważa oczywiście, że Zbigniew Ziobro nie powinien ponieść żadnej politycznej odpowiedzialności za aferę hejterską. – „Dlaczego ma ponosić odpowiedzialność, jeśli nic nie wiedział o tej sprawie?” – stwierdził Jaki w TVN 24. Europoseł też nic o aferze Piebiaka nie wie.

Jaki próbował metody obrony przez atak. Usiłował wmówić prowadzącej program Anicie Werner, że to TVN 24 „od rana do wieczora tworzy się mowę nienawiści”. Jednocześnie unikał odpowiedzi na niewygodne dla niego pytania. – „Czy ja mogę odpowiadać tak, jak potrafię” – rzucił Jaki. Werner z dużym spokojem odparła: – „Ależ odpowiada pan tak, jak pan potrafi”. Usilnie starał się także „sprzedać” pisowski przekaz o rzekomej aferze hejterskiej, którą miał – według TVP Info – inspirować poseł PO Krzysztof Brejza.

 „Pokaz histerycznej paniki tudzież, jak kto woli panicznej histerii w wykonaniu „hatakumby” zjednoczonej prawicy”; – „Facet przeszedł i miał odp. na pytania, a on próbował wyrecytować przekaz z Nowogrodzkiej”; – „Patryk Jaki sam się zaorał”; – „Żadna hatakumba nie jest mu straszna. Rano spojrzy z radością w lustro, a rablador zapewni go, że jest najbardziej inteligentnym stworzeniem na tym łez padole”;

„Facet przyszedł z planem załgania afery Ziobry i zrobienia z widzów idiotów opowiadaniem bajek o hejterach Brejzy, a omal się nie rozpłakał. Teraz biegusiem do pani Holeckiej. P. Danusia nie będzie „przeszkadzać” – komentowali zachowanie Jakiego internauci.

Pisowska demokracja dla Ciemnogrodu

Wygląda na to, że pracownicy Trybunału Konstytucyjnego rządzonego przez mgr Julię Przyłębską nie lubią się przepracowywać, żeby nie powiedzieć – nie lubią pracować. Świadczą o tym najlepiej statystyki pracy.

xerofas

Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji, postanowiła pożegnać się z kanałem po tym, jak jego zarząd zdecydował, że odtąd w stacji nie będzie miejsca na programy publicystyczne o tematyce politycznej. Michalik twierdzi, że bez tego nie wyobraża sobie dalszej pracy. Odchodzi.

Niepokojąca jest deklaracja zarządu Superstacji, w której ten powołując się na badania, stwierdza, że rezygnuje z formatów politycznych, ponieważ jego widzowie po politykę sięgać będą, ich zdaniem, gdzieś indziej.

Powiedzmy, że możemy przyjąć to wyjaśnienie za wystarczające. Czy nie jest jednak trochę tak, że ta sytuacja obrazuje początek być może niepokojącego trendu, mianowicie, wychodzenia telewizji komercyjnych z formatów politycznych w obawie budzenia ewentualnej, spodziewanej niechęci rządzących. Jest już bowiem niemal pewne, że PiS weźmie drugą kadencję i prawdopodobnie weźmie ją w cuglach, a Platformy, PSele, kulejąca lewica i rozentuzjazmowany Biedroń z Wiosną na doczepkę, ciągnąć się będą w ogonie, przez kolejne cztery lata dramatycznie usiłując być opozycją o skuteczności polskiego napastnika…

View original post 1 920 słów więcej

 

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – mówią posłowie Platformy Obywatelskiej i apelują do rządu, żeby zamiast zajmować się głupotami wziął się do roboty. – Już w ubiegłym roku poszybowała w górę cena masła, którego kilogram za czasów rządu PiS jest droższy, niż kilogram ośmiorniczek za czasów PO – mówiła w Sejmie posłanka PO Marzena Okła-Drewnowicz.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szaleńczej jazdy kolumny rządowej z premierem Morawieckim. Rozpędzone rządowe samochody zmuszały innych użytkowników do zjeżdżania z drogi, na której nie ma pobocza. – Bez uzasadnionej potrzeby premier narażał życie ludzi. Nie wyciągnęli wniosków po wypadku pani premier Szydło w Oświęcimiu i pana ministra Macierewicza na drodze ekspresowej i z wielu innych wypadków, w których uczestniczyła SOP – tłumaczy Robert Kropiwnicki z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej