PiS wyhodował faszyzm 2. Klown Błaszczak

Powyższy komentarz do tego oto wpisu >>>

Szef Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak zareagował na happening aktywistów opozycyjnych, którzy postanowili pośmieszkować w centrum Warszawy razem ze swoim czołgiem z tektury.

Lotna Brygada Opozycji zjawiła się na obchodach kolejnej miesięczny smoleńskiej po to, aby zapytać polityków PiS gdzie jest wrak?”. Skutecznie zostali powstrzymani przez policję do czasu, aż działacze PiS-u zakończą składać kwiaty m.in. przed pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

– Jedno wyjaśnienie, żeby było jasne: nie pokpiwam ani z warty honorowej pod Grobem Nieznanego Żołnierza, ani z ofiar katastrofy smoleńskiej. Przyjechałem ze Śląska, by wraz z Lotną Brygadą walczyć z Republiką Banasiową„. Walczyć satyrą – wypowiada się Leszek Piątkowski z LBO.

Na zachowanie przeciwników państwa PiS zareagował w mediach społecznościowych minister Mariusz Błaszczak.

– Tzw. „happening” KODu pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego – napisał na Twitterze polityk PiS.

– Zawiadomić Trumpa, że nas napadli, albo zapisać się na wizytę u specjalisty od stanów równowagi. To zresztą należało już dawno, tak profilaktycznie. Tyle lat służby u Prezesa na pewno nie minęło bez śladu – odpowiedział Błaszczakowi publicysta Waldemar Kuczyński.

Komitet Obrony Demokracji: Panie Ministrze, ile czołgów Pan zakupił dla polskiej armii podczas swojej kadencji? Te odmalowane czołgi z Gliwic się nie liczą”.

Reakcje internautów:

Misiewicz też zostanie oskarżony o znieważenie żołnierzy Wojska Polskiego?”.

A happening podkomisji smoleńskiej, która od tylu lat okrada Polaków, jakoś w MON-ie nikomu nie przeszkadza”.

To ten plac, który odebraliście siłą miastu Warszawa? I pan ma czelność bredzić o skandalu? Niczego od pana nie oczekuję, bo znam pana moralną mierność, ale niech pan przyjmie do wiadomości, że większość Polaków to nie PiS”.

Czy malowanie starych sowieckich czołgów i hełmów też nie kwalifikuje się pod znieważenie żołnierzy Wojska Polskiego? I to w czasach, kiedy ten rząd przekazuje miliardy na TVP i miliony ojcu inwestorowi z Torunia, zamiast inwestować w bezpieczeństwo żołnierzy?”.

Komentarz Giertycha

List do Ministra Obrony Narodowej Mariusza Błaszczaka. Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych! Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami. Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych – trudno dostępnych w obecnych czasach.

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony. Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze! Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewielu. Niech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

PS Zauważyłem, że w stawie niedaleko mojego domu coś zabulgotało. Czy może Pan pilnie wysłać na miejsce prokuraturę?

Najnowszy Newsweek.

Mentalne komuchy PiS obchodzą święto niepodległości. Skradziona Polska musi wrócić do nas

Morze narodowych flag i masa tzw. normalnych rodzin. Ale nad Marszem wisi nienawistna retoryka. Osławiony homofob z USA Paul Cameron chwali Polaków za zatrzymanie islamu i LGBT, a tłum dowcipnie skanduje „Islamistów nie wpuścimy, polskie kozy obronimy”. I dla jasności: „Tu jest Polska, a nie Polin”. Bąkiewicz: „Żydzi grabią Ojczyznę, elity nawet nie mrukną”

Dużo więcej. Relacja >>>>

Więcej >>>

Świeckość nie niszczy społeczeństwa ani porządku moralnego – pisze prof. Zuckerman, polemizując z wystąpieniem W. Barra, prokuratora generalnego USA. Teza o szkodliwości świeckości, częsta w myśleniu religijnym, upada w konfrontacji z faktami. #ateizm salon.com/2019/11/09/the

Jednym z haseł przedwojennych narodowców było „umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić – mówił przed trzema laty zmarły w tym roku Ryszard Marek Groński, historyk, pisarz, poeta, satyryk, współpracownik legendarnych kabaretów, takich jak Szpak, Wagabunda, Dudek czy Pod Egidą. Przypominamy tamtą rozmowę z nim.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: Życie polityczne przerosło kabaret?

RYSZARD MAREK GROŃSKI: Gdy słyszę to pytanie, natychmiast przypomina mi się inne, zadane przez zapomnianego historyka. Co nam zostało z dwudziestolecia międzywojennego? Nazwisko Piłsudski i światopogląd endecki.

11 listopada słyszałem i jedno, i drugie.
Tak, ale pamiętajmy, że w latach dwudziestolecia, gdy ruchy narodowe były silne, wiedziano, że najlepszą odtrutką na to wszystko jest satyra, dowcip i żart. Wtedy ukazywało się sporo tekstów wyśmiewających ideały narodowe. Dziś nad śmiechem przeważa jednak lęk.

CO NAM ZOSTAŁO Z DWUDZIESTOLECIA MIĘDZYWOJENNEGO? NAZWISKO PIŁSUDSKI I ŚWIATOPOGLĄD ENDECKI.

Jak wyśmiewano narodowców?
Na przykład Tadeusz Hollender, znany wówczas satyryk, później bohater konspiracji w czasie okupacji, napisał piosenkę „Narodowcy”:

Ulicami idą chłopcy
i śpiewają bycze pieśni,
żeby Polskę wszyscy obcy
opuścili jak najwcześniej.
Idą, idą szeregami
i tak piszą na parkanach:
Precz z komuną! Precz z Żydami!
– cała Polska zapisana.
Wali marszu tupot, stukot,
aż tu serce chce wyskoczyć.
Temu szybkę bombką stłuką
tego pięścią między oczy.
Oni polscy bohaterzy,
Politycy, świetni mówcy,
Kwiat młodzieży w ONRze
Piękni chłopcy, dziarscy chłopcy,
Dzielni chłopcy faszystowscy!

To z żydowską walczą hydrą,
Narodowych chłopców szyki.
Jak Żyd zbroi to mu wydrą
podłe ślepia scyzorykiem!
Każdy z nich ojczyzny broni,
toteż patrzeć na nich miło.
Pewnie gdyby dziś nie oni,
już by Polski tej nie było.
Przed komuny wrażą tonią,
Oni dzierżą straż nad Wisłą,
Oni jedno dzisiaj bronią
I rolnictwa i przemysłu!

Oni polscy bohaterzy…

Oni kupców katolików
podtrzymują dzielnie sami.
Oni nawet robotników
bronią przed robotnikami!
Dzięki nim dziś Polska idzie
pełnić misję swą na zachód.
Im bogaci nawet Żydzi
pomagają dziś ze strachu.
Z pomocą boską i niemiecką
oni górą będą wszędzie!
Jak dorośniesz moje dziecko
Narodowcem takim będziesz!

Oni polscy bohaterzy…

Narodowcy! Narodowcy!
Piękni chłopcy! Faszystowscy!

Tak to właśnie wyglądało. Inny znowu satyryk, bardzo lewicowy, Leon Pasternak, pisał o młodych faszystach, którzy mieli “rynsztunek aż po zęby”: “Gdy walić masz, to wal, lecz prosto między oczy, niech kości miażdży stal, aż wróg twój krwią się zbroczy, na resztę, brachu, pluj, na bój, na bój, na bój”…

Czy ta satyra, dziś jednak bardzo zapomniana, była skuteczna?
Myślę, że była skuteczna, ponieważ nie należało do specjalnych honorów i zaszczytów należeć do ugrupowań faszystowskich. Pamiętajmy, że marsze faszystów były wówczas dosyć tłumne, ale marsze przeciwko nim były znacznie bardziej okazałe.

FASZYŚCI WALCZYLI O GETTA ŁAWKOWE, A RÓWNOCZEŚNIE WIELU POLSKICH STUDENTÓW I PROFESORÓW SOLIDARYZOWAŁO SIĘ Z PRZEŚLADOWANYMI ŻYDAMI. NA PRZYKŁAD PROFESOR TADEUSZ KOTARBIŃSKI SIADAŁ Z TYMI, KTÓRYCH GETTO ŁAWKOWE OBEJMOWAŁO.

Ludzie wierzyli w siłę postawy obywatelskiej?
Z pewnością bardzo wielu ludzi było aktywnych pod tym względem. Spójrzmy na to, co działo się na uniwersytetach. Faszyści walczyli o getta ławkowe, a równocześnie wielu polskich studentów i profesorów solidaryzowało się z prześladowanymi Żydami. Na przykład profesor Tadeusz Kotarbiński siadał z tymi, których getto ławkowe obejmowało. Były to ładne przykłady na to, jak naprawdę ludzie myślą i o co im naprawdę chodzi. To było bardzo ważne.

Ale jednak narodowcy byli głośni, mieli swoje media.
Tak, mieli dużo gazet, które zresztą bardzo przypominały te współczesne. Panoszyły się w nich różne straszliwe sformułowania. Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że oni sympatyzowali z Hitlerem i Mussolinim. Nawet powiadano, że ambasada włoska finansowo wspierała ruchy narodowe. Wtedy wyglądało to ostrzej niż dzisiaj. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że na przykład atak na pierwszomajowy pochód Bundu doprowadził do ofiar śmiertelnych, a we Lwowie na uniwersytecie zamordowano trzech studentów. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić.

PEWNE HASŁA SĄ WSPÓLNE. PODOBNIE JAK POCZUCIE RÓŻNIC SPOŁECZNYCH. DEMONY NARODOWE SĄ BUDZONE PRZEZ ŚWIADOMOŚĆ MŁODEGO POKOLENIA, ŻE NIE BĘDZIE MU ŁATWO. ŻE LEPSZE POSADY SĄ ROZDZIELONE, NIE JEST LEKKO ZROBIĆ KARIERĘ, PRZEBIĆ SIĘ, ZNALEŹĆ PRACĘ. TO JEST ZACHĘTA TO RADYKALIZACJI I ODRODZENIA RUCHÓW NARODOWYCH.

Ku gorszemu?
Nie można tego wykluczyć. Pamiętajmy, że przed wojną obok ONR-u istniała Falanga, czyli jeszcze bardziej radykalne ugrupowanie Bolesława Piaseckiego. Falangiści doprowadzali do starć, pogromów, mordowania, bicia na ulicy ludzi, którym nie odpowiadały ich poglądy. Nie można zapominać, że mieli poważne wsparcie Kościoła. Przemilczane jest dziś słynne ślubowanie młodzieży narodowej w 1936 roku w Częstochowie. Na szczęście tak się złożyło, że jeden z najwybitniejszych polskich dziennikarzy tamtych, ale i późniejszych czasów, Ksawery Pruszyński, zainteresował się tym. Pojechał do Częstochowy i opisał, jak to wyglądało. W swoim tekście pisał tak:

(…) Mieczyki Chrobrego błyszczą w klapach.

– Niech żyje Obóz Narodowy!
– Niech żyje. Niech żyje.

To jeszcze nie jest entuzjazm tłumów. Jest zresztą piąta rano. To ci z tej młodzieży którzy jedni przybyli tu zorganizowani i karni. Odpowiadają im tylko inni zorganizowani. Oddział kroczących przecina niegęsty tłum krótkim mieczem swego przejścia. Nieco rąk podnosi się po faszystowsku. Kilkanaście kroków dalej znowu to samo. Za tymi co przeszli idzie nowa kolumna mieczyków.

– Niech żyje Obóz Narodowy!

Znowu to samo. I znowu tak samo i to samo:
– Niech żyje. Niech żyje.

Trzy, cztery, pięć razy to samo. Aż naraz z jakiegoś boku wydziera się niezareżyserowany jeszcze, krzykliwy, suchotniczy głos:
– Niech żyje Polska narodowa, precz z Żydami!

Ale teraz masy są już rozgrzane, rozhuśtane. Wznosi się z wielu, ze wszystkich stron, spływające w jedno:
– Preeeecz!!!…

Teraz 11 listopada mieliśmy bardzo podobne hasła, jak choćby “Raz sierpem, raz młotem żydowską hołotę” czy słynne już “A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Ale były i takie, które dotyczyły uchodźców: “Płaczą Niemcy, płacze Francja, oto czym jest tolerancja”. To jest zachęta do tego, by Polska była krajem z zamkniętymi, okratowanymi drzwiami, do którego nikogo się nie wpuszcza, by nikt nie mógł się zasymilować i być owym mitycznym prawdziwym Polakiem.

Ta prawicowa, narodowa, populistyczna radykalizacja wraca cyklicznie. Dziś jednak dotyczy nie tylko Polski. Przyczyny wszędzie są te same?
Pewne hasła są wspólne. Podobnie jak poczucie różnic społecznych. Demony narodowe są budzone przez świadomość młodego pokolenia, że nie będzie mu łatwo. Że lepsze posady są rozdzielone, nie jest lekko zrobić karierę, przebić się, znaleźć pracę. To jest zachęta to radykalizacji i odrodzenia ruchów narodowych. One deklarują, że będzie wspaniale, pozbędziemy się Żydów i komunistów, wtedy będziemy rządzić. A ponieważ świadomość historyczna jest w społeczeństwie dosyć marna, można łapać do takich pułapek młodych ludzi, którzy chcą żyć, zarabiać, mieć mieszkania. Stąd się bierze zwrot w kierunku prawicy, bardzo wyraźny, zaznaczający się już nie tylko w Polsce, ale też w Europie i Stanach Zjednoczonych.

INTELIGENCI NIE SĄ PAŁKARZAMI. INTELIGENT NIE POSŁUGUJE SIĘ ŻYLETKĄ I PAŁKĄ, A TA OSTATNIA BYŁA ULUBIONĄ BRONIĄ PRZEDWOJENNYCH NARODOWCÓW. A DZIŚ JAKO SYMBOL WRACA MIECZYK CHROBREGO, TA RĘKA Z PODNIESIONYM MIECZEM. ON JEST PRZECIW KOMUŚ.

A co z rolą inteligencji? Przecież satyra – a od tego zaczęliśmy – to jej domena. To artyści, ludzie kultury, te znienawidzone elity są od tego, by symbolizować i nazywać sprawy po imieniu. Niedawno w wiadomo.co nasz publicysta Marcin Wojciechowski pisał o lenistwie, pięknoduchostwie, wydelikaceniu inteligencji.
Bo inteligenci nie są pałkarzami. Inteligent nie posługuje się żyletką i pałką, a ta ostatnia była ulubioną bronią przedwojennych narodowców. A dziś jako symbol wraca mieczyk Chrobrego, ta ręka z podniesionym mieczem. On jest przeciw komuś. Inteligencja czuje się w jakimś sensie zagrożona. Dziś trudno być inteligentem o lewicowych czy liberalnych przekonaniach, gdy ma się kontakt z ludźmi, którzy nawrócili się na prawicowość i uważają, że to będzie szczęście i zbawienie dla Polski. A wiadomo, jak te “dobre zmiany” wyglądają.

Ta świadomość i historia nie uczą hardości?
W jakimś stopniu pewnie tak, ale pamiętajmy, że inteligenci zawsze byli ofiarami prawicowych aktów przemocy. Przed wojną stosunkowo często zdarzały się napaści na inteligentów, którzy się przeciwstawiali ruchom narodowym. Nie pamięta się na przykład tego, że znany satyryk Jerzy Paczkowski został pobity na ulicy…

Autor Między innymi “Refleksji patrioty”:

Są dwa poważne powody,
Dla których Polska mi zbrzydła:
Za dużo święconej wody,
Za mało zwykłego mydła.

Tak. I właśnie wtedy, po tym pobiciu, przy protekcji swojego przyjaciela Jana Lechonia, zdecydował się na wyjazd do Francji. Pamiętajmy o głośnym napadzie na Antoniego Słonimskiego za słynny wiersz “Dwie ojczyzny”, gdzie pisał, że ci narodowcy nie bardzo mają pojęcie o prawdziwej ojczyźnie. Przyszedł do kawiarni i został zaatakowany przez faceta, który później okazał się kolaborantem hitlerowskim. Takich wypadków było znacznie więcej, zwłaszcza na terenie uniwersytetów. Inteligenci byli zawsze w stanie zagrożenia. Nie potrafili sięgnąć po tak drastyczne środki i sposoby walki, jak inni. Dlatego być inteligentem nigdy nie było wesoło.

SĄ LUDZIE, KTÓRZY UWAŻAJĄ, ŻE TWÓRCZOŚĆ LITERACKA CZY SATYRYCZNA MOŻE BYĆ FORMĄ PRZYLIZANIA SIĘ WŁADZY. ZAMIAST DZIAŁALNOŚCI KRYTYCZNEJ PREFERUJĄ LIZUSOSTWO, SĄDZĄC, ŻE ZOSTANIE TO HOJNIE WYNAGRODZONE.

A jak pan ocenia przeobrażenia osób, które przy władzy Prawa i Sprawiedliwości kwitną, choć bywało, że wcześniej krytykowali pomysły tej partii? Działacze partyjni, dziennikarze, satyrycy. Zwykły oportunizm?
Są ludzie, którzy uważają, że twórczość literacka czy satyryczna może być formą przylizania się władzy. Zamiast działalności krytycznej preferują lizusostwo, sądząc, że zostanie to hojnie wynagrodzone. Poglądy takich ludzi, jeśli obserwować je na przestrzeni lat, były różne. Kiedyś zachwycali się Wałęsą, a dziś wygrażają mu od Bolków. Pisali peany na jego cześć, a dziś wypisują najgorsze rzeczy, jakie są w ogóle możliwe. Kiedyś bohater, a dziś wróg, skazany na zagładę. Cóż, jak się nie wie, dokąd iść, to każda droga tam prowadzi. Wiele jest takich przykładów.

Jan Pietrzak? Pan był w pewnym okresie jednym z filarów jego Kabaretu pod Egidą, pisał pan skecze, występował na scenie…
Tak, występowałem tam, ale nie chcę na temat Pietrzaka mówić. Pewnych rzeczy nie rozumiem. Nie jestem w stanie ogarnąć tej ewolucji i przemiany. Za dużo na ten temat wiem, za dużo widziałem, zbyt wielu rzeczy byłem świadkiem. Ciężko mi jest zrozumieć, że po tym wszystkim można się tak całkowicie zmienić. Świadczy to o niebywałej elastyczności kręgosłupa.

JEŚLI SIĘ ŚLEDZI PRZEMIANY LUDZKIE, TO WIDZI SIĘ, ŻE TAK BYŁO ZAWSZE. TO JEST SWOISTY PĘD DO TEGO, BY BYĆ NA ŚWIECZNIKU, ALE PONIEWAŻ CIĄGLE TEN ŚWIECZNIK ZAPALA KTOŚ INNY, TRZEBA SIĘ DO TEGO DOSTOSOWYWAĆ.

A może to jest normalne w perspektywie historycznej? Może koniunkturalizm to norma, która dotyczy każdych czasów?
Och, tak! Przed wojną tak było, ale po wojnie tym bardziej. Przecież znalazło się wielu ludzi, którzy nagle zaczęli sympatyzować z komunizmem. To się zaczęło w Lublinie już w czasie wojny, gdzie wielu ludzi przyłączyło się do tego ruchu, zajęło jakieś stanowiska w redakcjach, zaczęło zwalczać tych, których dotychczas popierali. Dobrym przykładem jest Stanisław Mikołajczyk. Jeśli się śledzi przemiany ludzkie, to widzi się, że tak było zawsze. To jest swoisty pęd do tego, by być na świeczniku, ale ponieważ ciągle ten świecznik zapala ktoś inny, trzeba się do tego dostosowywać. Jako mechanizm to mnie nie zaskakuje, ale w przypadku pewnych ludzi, których dobrze znałem, to oczywiście dziwi. Jednak zapewne oni są tak samo zdziwieni, że inni nie przyłączają się do nich.

Może to ułatwia życie?
Cóż, jeśli ktoś ma tak zdecydowane poewolucyjne poglądy, to zapewne łatwiej jest pisać. Wiadomo wówczas, w kogo uderzyć, kogo pochwalić, kogo pogłaskać i kogo uważać za ideał. I nie widzieć własnej śmieszności.

Dziś mamy prorządowych dziennikarzy, byłych pracowników Trybunału Konstytucyjnego, nagle nawróconych urzędników. A czy satyra może być prorządowa?
Oczywiście, choć prorządowość prorządowości nierówna. Nie zawsze oznacza koniunkturalizm. Przed wojną przecież w znacznym procencie satyra była związana z władzą, bo kierowała się przeciwko endekom, Piaseckiemu, narodowcom. Dla satyryków zresztą było to dość wygodne, ponieważ mieli kontakty rządowe, dzięki czemu załatwiali sobie apanaże. Ale jeśli uważali, że jest już bardzo źle, starali się emigrować. Woleli nie ryzykować. Dziś wielu woli jednak zmienić poglądy tak, by było przyjemnie, miło i wygodnie.

NAGLE OKAZAŁO SIĘ, ŻE TAKI KTOŚ JAK KACZYŃSKI STAJE SIĘ WIELKIM BOHATEREM RUCHÓW KONSPIRACYJNYCH, CHOCIAŻ WIEMY, ŻE TO JEST NIEPRAWDA, BO BYŁ POSTACIĄ Z DALSZEGO PLANU I NAWET NIE BYŁ INTERNOWANY.

Gdyby narodowcy doszli do władzy, też znaleźliby się tacy nawróceni?
A czemu nie? Przecież oni chcą dojść do głosu. I robią to hucznie. Lubią manifestacje i zgromadzenia, dzięki czemu zyskują nowych zwolenników, którzy choćby z zaciekawienia biorą w tym udział. Warto wspomnieć słynne spotkanie sympatyków ruchów narodowych Piaseckiego w Cyrku Braci Staniewskich w latach 30. Wielka manifestacja poparcia dla faszyzmu w Polsce. Wprawdzie, jak twierdzą fachowcy, nie udało się zapełnić całej przestrzeni tego cyrku, ale i tak wielu zaciekawionych ludzi przyszło. Dziś też przychodzą na manifestacje, przyjeżdżają z innych miast i nie wiedzą, że to będzie procentowało.

Czy dla pana jest zagadką Jarosław Kaczyński? To on dziś rządzi niepodzielnie, choć przecież pojawiają się doniesienia o przychylności PiS wobec ruchów narodowych.
Zagadką nie jest, choć dziwi mnie, że udało mu się dorobić do swojej biografii tak silną legendę. Człowiek, który nie był w pierwszym szeregu, nie był najważniejszą postacią, nagle wykazał zdolności przywódcze, zgromadził wokół siebie sztab ludzi, którzy w niego wierzą, i przejął z nimi władzę. Nagle okazało się, że taki ktoś staje się wielkim bohaterem ruchów konspiracyjnych, chociaż wiemy, że to jest nieprawda, bo był postacią z dalszego planu i nawet nie był internowany. A gorliwość, z jaką Kaczyńscy służyli Wałęsie, przywołuje anonimowy dwuwiersz z lat 90.: “Nie matura, lecz bliźnięta zrobią z ciebie prezydenta”. Później się od prezydenta odwrócili, uznając, że sami znakomicie nadają się do sprawowania władzy.

SILNA POZYCJA ANTONIEGO MACIEREWICZA, KTÓRY JEST SWOISTYM WYCHOWAWCĄ MŁODZIEŻY PATRIOTYCZNEJ, POKAZUJE, DO CZEGO TO ZMIERZA. CHYBA ŻE OPOZYCJA W PORĘ ZROZUMIE, ŻE NAPRAWDĘ JEST DZIŚ O CO WALCZYĆ. MOŻE NAWET BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ.

Marzenie Jarosława Kaczyńskiego o władzy niepodzielnej, z którego zwierzał się kiedyś Teresie Torańskiej, spełnił się.
Tak. A silna pozycja Antoniego Macierewicza, który jest swoistym wychowawcą młodzieży patriotycznej, pokazuje, do czego to zmierza. Jednym z haseł przedwojennych narodowców było “umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Udało się przekonać, że to jest niebywale ważne i potrzebne, bo wróg czai się wszędzie, a zewsząd czyha zagrożenie. I znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki.

Czyli: wszystko już było, historia nie jest nauczycielką życia, a wylany przez Tuwima czy Słonimskiego atrament okazał się atramentem sympatycznym…
Wszystko zaczyna się od nowa. Ludzie traktują to niczym wielką, wspaniałą przygodę. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Znowu agresja i uderzanie pięścią nie tyle w stół, ile w twarz wroga. Tak to będzie wyglądało. Chyba że opozycja w porę zrozumie, że naprawdę jest dziś o co walczyć. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Więcej >>>

W niedzielę w Warszawie rozpoczęły się obchody Narodowego Święta Niepodległości połączone z obchodami „miesięcznicy smoleńskiej”.

Wieczorem o godzinie 19.00 w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela została odprawiona msza święta, w której udział wziął prezes PiS Jarosław Kaczyński. Po mszy świętej przeszedł Marsz Pamięci.

Uczestnicy marszu złożyli kwiaty pod pomnikami marszałka Józefa Piłsudskiego, Lecha Kaczyńskiego, Ofiar Katastrofy Smoleńskiej oraz na Grobie Nieznanego Żołnierza.

W czasie swojego wystąpienia na Placu Piłsudskiego prezes PiS powiedział – „Musimy iść drogą, która prowadzi ku Polsce silniejszej i szczęśliwszej”. „To droga, której się przeciwstawiają w Polsce i na zewnątrz. To musi być droga przeprowadzona w sposób roztropny, rozumny, ale jednocześnie z pełną gotowością do czynu” – stwierdził Kaczyński.

W dalszej części rozwinął swoją myśl na temat „Polski silniejszej i szczęśliwszej” kładąc szczególny nacisk na sferę kultury i obyczaju. – „Będziemy realizować polską politykę niepodległościową, będziemy bronić polskiej suwerenności zarówno w sferze politycznej, gospodarczej, jak i w sferze dziś tak ważnej – w sferze kultury i obyczaju” – uważa szef partii rządzącej

„Pierwszy rok drugiego stulecia po odzyskaniu niepodległości” przyniósł „dobre wieści” bowiem, dzięki wyborczemu zwycięstwu PiS – „mogą być kontynuowane przedsięwzięcia dla społeczeństwa oraz wartości, które były drogie wielu pokoleniom Polaków”. Były to jednak jedne z niewielu słów odnoszących się do współczesności, bowiem w dalszej części swojego wystąpienia główny strategii i ideolog „dobrej zmiany” odleciał w swoje ulubione obszary rodem raczej z XIX niż XXI wieku.

„Będziemy dążyć do tego, by Polska wypełniała swoją historyczną misję, bo nasz naród taką misję ma i musi ją wypełnić. Tą misją jest podtrzymanie wszystkiego tego, co jest fundamentem naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Powtarzam, będziemy szli tą drogą, i ta droga, jeśli będzie dobrze przemyślana i przeprowadzona w sposób rozumny i z odwagą, doprowadzi nas do zwycięstwa”. Słowa te trafnie skomentował na twitterze jeden z użytkowników pisząc „czy w tej niby cywilizacji mieści się łapówkarstwo, oszukiwanie i niepłacenie za prace kuzynom oraz ponizanie wyborców….” 

Skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Dzięki uprzejmości opozycji afera Banasia nie wywołała politycznego trzęsienia ziemi. Tak jak i poprzednie przejawy pazernej hucpy funkcjonariuszy partii władzy, skwitowano ją zwołaną naprędce konferencją prasową i serią taktownych wypowiedzi, w których zmartwieni politycy koalicji wyrazili swoje niezadowolenie i niesmak. Trudno się dziwić, że słupki popularności prawie nie reagują na liczne przekręty rządzących. A skoro rządzącym nie ubywa, to Kaczyński uznał, że już właściwie nic nie jest w stanie zaszkodzić partii sprawującej kierowniczą rolę w państwie. No i poszedł na całość. Wyciągnął ze schowków i otrzepał z naftaliny niepopularnych towarzyszy partyjnych i ściągnął uwierającą go maskę życzliwego, miłego staruszka o gołębim sercu, z ulgą przywracając naturalny marsowy wyraz twarzy zachwyconego sobą demiurga o świdrujących oczach, rozbieganych w poszukiwaniu nowych wrogów i kolejnych straszliwych zagrożeń.

Kaczyński poszedł na całość, a w ślad za nim ruszyli funkcjonariusze TVPiS oraz pracownicy wydziału propagandy i agitacji KC Partii. Idą na skróty, na rympał, po linii najmniejszego oporu.  Ich prymitywne, grubo ciosane twory propagandowe, budzą tyleż zgrozy, co wesołości. „Przekazy dnia”, nie są już zestawami informacji i argumentów, którymi posługiwać się powinni upoważnieni funkcjonariusze PiS podczas rozmów z mediami. Dzisiaj są to gotowe komentarze do wykucia na pamięć, obrazki wyekstrahowane ze świata równoległego, podane w zdobionych ramkach, gotowe do powieszenia w każdym polskim domu. Takie jak na przykład nowe życiorysy ludzi o bardzo poszkalowanej opinii, przekazywane ciemnemu ludowi do wierzenia. Tylko naiwni mogą przypuszczać, że autorami tych życiorysów są ich właściciele.

Okazuje się, że niejaki Stanisław Piotrowicz prokuratorem w stanie wojennym był tylko dla niepoznaki. W rzeczywistości to agent „Solidarności” – tak tajny że dzisiaj nikt, poza nim samym, nie ma pojęcia o jego bohaterskich czynach wspierających opozycję.  Piotrowicz nigdy nikogo nie skrzywdził, niczego nie podpisał, a nawet gdy się okazało, że jednak podpisał akt oskarżenia (wnoszący, by rozrzucającego ulotki ukarać TRZEMA latami więzienia za „zaśmiecanie ulicy papierem”), to przecież niechcący i w zastępstwie.  To człowiek o „katolickiej wrażliwości”, choć w przeszłości nieznany w swojej parafii, cichcem miłujący bliźniego swego jak siebie samego i prezesa swego. Podczas pracy w Sejmie dał się poznać jako „człowiek wielkiej kultury osobistej” – szczególnie podczas ekspresowych obrad kierowanej przez niego komisji. Należał do partii komunistycznej, a nawet pełnił tam odpowiedzialne funkcje i wykonywał zadania partyjne, ale tylko dlatego, żeby rozwalać PZPR od środka. Co do krzyża zasługi dla komuszej władzy, to odznaczenie jest tylko brązowe i w dodatku komuchy mu go po prostu wcisnęły.  W obecnym życiorysie przeczytać też można, że „jako człowiek wrażliwy zawsze angażował się na rzecz pomocy ludziom biednym, bezdomnym i potrzebującym” – takim choćby, jak proboszcz – pedofil z Tylawy.

Zachwyceni internauci piszą, że podobno to właśnie prokurator Piotrowicz wymyślił za komuny hasło PRECZ Z KOMUNĄ, które w konspiracji napisał kiedyś na drzwiach toalety męskiej w peerelowskiej prokuraturze i próbował poinformować o tym Sejm, ale go totalna opozycja zagłuszyła… Natomiast funkcjonariusze PiS, którzy dysponują jeszcze resztkami wstydu, podkreślają jedynie prawnicze kwalifikacje Piotrowicza. „Świetny prawnik, współautor ustaw reformujących sądownictwo” – tyle że ustaw pełnych błędów, wielokrotnie poprawianych przez samych twórców i kwestionowanych przez wszystkie liczące się gremia prawnicze. Ale gdyby nawet był autorem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ, to czy powinien zostać sędzią TK , od którego wymaga się nieskazitelnego charakteru, politycznego dystansu i nieposzlakowanego życiorysu?

Pewnie nikt nie poinformował o tych wymogach pani docent Pawłowicz, która ochoczo przychyliła się do propozycji, by zajęła miejsce w fotelu u boku mgr Przyłębskiej, również zwanej w TVPiS „profesorem”. Nawet najbardziej życzliwi nie odważą się nazwać charakteru posłanki Pawłowicz nieskazitelnym. Dlatego również w jej oficjalnie głoszonym życiorysie przeważają zachwyty nad prawniczą wiedzą. Ale cóż nam po wiedzy niestosowanej w praktyce? I jaką gwarancję niezależności daje człowiek, który publicznie oświadcza, że lojalność partyjna jest dla niej ważniejsza od lojalności wobec Konstytucji? A jeszcze przypomnieć warto pewne wystąpienie sprzed dokładnie dwóch lat, podczas debaty nad usunięciem I Prezes SN z powodu przekroczenia 65 roku życia. Posłanka Pawłowicz oświadczyła wtedy, że zapoznała się z ekspertyzami i „większość z nich mówiła, że jest to wiek, w którym mamy do czynienia z osobami starszymi. W tym wieku cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne”. W dalszym ciągu wystąpienia posłanka zaznaczyła, że te uwagi jej samej nie dotyczą, bo nie jest sędzią, a na koniec wezwała prezes Gersdorf, by zajęła się uprawą ogródka.  Obecna kandydatka na sędzinę TK , a także drugi kandydat, Stanisław Piotrowicz, dawno przekroczyli „graniczny” wiek i na koniec dziewięcioletniej kadencji będą mieli po 77 lat.

Wyjątkowo zabawne są prostackie zabiegi wokół postaci Andrzeja Dudy i jego antagonisty Antoniego Macierewicza. Kluczowe dla propagandystów prezydenta jest przekonanie narodu, że jest on absolutnie samodzielny i w tym celu wymachują wyliczeniem, że Duda częściej wetował ustawy niż jego poprzednik. Pominąwszy ambicjonalne demonstracje i reżyserowane ustawki – rzekomy buntownik Duda kwestionował ustawy podsuwane mu do podpisu głównie wtedy, gdy przyciskany był do ściany przez protestujących pod sądami Polaków, gdy cywilizowany świat wzywał prezydenta do zatrzymania walca demolującego praworządność. Nie on blokował ustawy, tylko polskie społeczeństwo i Unia wymuszały taktyczny odwrót. Ciemnogrodzką ustawę Ordo Juris wywrócił czarny protest, a nie prezydent. Plan pacyfikacji niezależnych mediów poległ nie z powodu protestu Dudy, tylko presji mediów krajowych i zagranicznych. Jeśli prezydent wetował, to nie bez wiedzy i zgody prezesa – a bywało, że w zamian za kwestionowaną ustawę proponował rozwiązania jeszcze bardziej szkodzące demokracji. Jedyny przypadek, kiedy naprawdę się postawił, miał miejsce wtedy, gdy mówił o ubeckich metodach Macierewicza. Długo z nim wojował o wpływy na obronność kraju i w końcu doprowadził do dymisji ministra. Tym zabawniejszy jest wybór na marszałka seniora człowieka, którego prezydent serdecznie nie znosi. I tym większa jest wtopa propagandystów usiłujących wmówić, że Andrzej Duda jest prezydentem w pełni samodzielnym i niepodlegającym niczyim wpływom.

Identyczne opinie budzi oferowany przez propagandę życiorys prezydenckiego adwersarza, który koncentruje się głównie na dokonaniach z czasów komuny. Pisowscy inżynierowie dusz nie próbują nawet bronić jego smoleńskiej ewangelii, pisanej podobno podczas ucieczki z miejsca katastrofy. Nie zagłębiają się też w szczegóły demolowania polskiego systemu obronnego. Fragment życiorysu po odzyskaniu wolności kwitowany jest wieloprzymiotnikowym zachwytem, pozbawionym wszelkich konkretów. W skrócie: To człowiek wielkiego formatu, bo ma kombatancką przeszłość i jest po naszej stronie.  Czyli z co najmniej równą estymą traktowałoby się Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka czy marszałka Borusewicza, gdyby tylko przeszli na stronę PiS…  Ale przecież pana Macierewicza honorowym marszałkiem mianowano tylko dlatego, by przypodobać się skrajnej prawicy, by zatrzymać rosnących w siłę narodowców, którzy coraz liczniej opuszczają PiS przechodząc na stronę Konfederacji.

W Polsce zawłaszczonej przez PiS nie jest możliwe obsadzenie wysokich stanowisk i funkcji zaufania publicznego ludźmi z doświadczeniem, udokumentowaną wiedzą fachową i równocześnie o wysokich kwalifikacjach etycznych. Takich ludzi już nie ma. Zniknęli z publicznego obiegu – tak jak w odmętach najnowszej historii zaginęli gdzieś żołnierze I Armii WP – Sybiracy przecież, gotowi wyzwalać ojczyznę choćby z pomocą diabła – i tak, jak ginie pamięć o bohaterach AK, wypierana przez koloryzowane opowiastki o wątpliwych czynach „niezłomnych”. A skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Pisowska Polska Iranem Europy

Na Marszu Równości w Lublinie tydzień temu zatrzymano małżeństwo z domowej roboty ładunkiem wybuchowym. Miał zostać użyty przeciwko uczestnikom manifestacji. Czyżby głoszenie z ambon o „tęczowej zarazie” wywołało efekt „samotnych wilków” prowadzących prywatny dżihad po tym, czego nasłuchali się od radykalnych imamów w meczetach Londynu czy Paryża?

„Przyzwolenie na język pogardy stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa”

RPO Adam Bodnar czuje rosnące zagrożenie homofobicznym terroryzmem. Zaraz po zatrzymaniu małżeństwa z Lublina wydał oświadczenie „STOP homofobicznej i transfobicznej przemocy!”:

„Wzywam do zaprzestania działań, które prowadzą do realnego zagrożenia osób LGBT. (…) Nie możemy nadal tolerować wykluczania ze wspólnoty tworzonej przez wszystkich mieszkańców naszego kraju całej grupy społecznej. Pamiętajmy też, że nieprzekraczalną granicą wolności słowa jest godność drugiego człowieka. (…)

Z wielkim niepokojem obserwuję narastanie uprzedzeń, nienawiści, a także słownej i fizycznej agresji wobec osób LGBT. Moje obawy i stanowczy sprzeciw tym bardziej wzbudza fakt, że te niebezpieczne napięcia społeczne nie tylko nie są postrzegane jako wymagające reakcji i eliminacji zagrożenia, ale zdają się być podsycane i potęgowane w toku debaty publicznej – w tym również przez osoby pełniące wysokie funkcje publiczne.

(…) Przyzwolenie na język pogardy i wykluczenia zawsze stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa i fundamentalnych praw człowieka. Prowadzi do eskalacji nienawiści, agresji fizycznej i społecznej zgody na zachowania bezsprzecznie nieakceptowalne i przekraczające przyjęte normy”.

Adam Bodnar przypomina zamieszki wywołane przez katolickich nacjonalistów w Białymstoku:

„Niestety, wydarzenia związane z II Marszem Równości w Lublinie pokazały, że zagrożenie dla bezpieczeństwa i podstawowych praw człowieka wzrasta, zamiast maleć. Zabezpieczone przez policję ładunki wybuchowe mogły bowiem pozbawić życia lub zdrowia osoby uczestniczące w zgromadzeniu. Zdarzenie to powinno skłonić nas wszystkich do głębokiej refleksji i pozytywnej reakcji”.

RPO dziękuje policji za udaremnienie zamachu i ochronę uczestników marszu. I trzeba przyznać, że po doświadczeniach z Białegostoku policja wywiązuje się ze swoich obowiązków wzorowo.

Adam Bodnar swoje oświadczenie sformułował w sposób wyważony, językiem praw człowieka i dialogu. Tak jak powinien, bo jest rzecznikiem praw wszystkich, także tych wsłuchanych w słowa abp. Jędrzejewskiego i Jarosława Kaczyńskiego. I rolę bycia rzecznikiem wszystkich obywateli traktuje poważnie.

Idą drogą radykalnych imamów

Ale niepokojąca analogia z dżihadem samotnych wilków sama się nasuwa. Do tej pory mieliśmy pojedyncze akty agresji: wyzwiska i ataki fizyczne na osoby rozpoznawalne, jak Robert Biedroń, na dwóch mężczyzn trzymających się za ręce, dewastacje pomieszczeń Kampanii Przeciw Homofobii czy Lambdy, hejt i groźby karalne (zgwałcenia, zamordowania) wobec poszczególnych działaczy ruchu LGBT.

Teraz mamy typowy zamach terrorystyczny przeciwko nieokreślonej liczbie przypadkowych osób. Na szczęście udaremniony, ale następny może się powieść. Osoby nieheteroseksualne nie tylko są ustawiane w roli wrogów narodu, rodziny i wiary. Są też odczłowieczane – by przypomnieć pomysł ks. Tomasza Kancelarczyka „odkażania” miejsc, po których miał przejść Marsz Równości w Szczecinie. Wtedy Kościół zorientował się, że taka dehumanizacja to krok za daleko i nakazał księdzu wycofać się z akcji. Odbyło się jednak „sprzątanie” po marszu polegające na szorowaniu chodnika.

Czy abp Jędraszewski i Kościół katolicki w Polsce, czy Jarosław Kaczyński i jego partia zdają sobie sprawę, że idą drogą radykalnych imamów?

Prokuratura w Londynie czy Paryżu stawia takim imamom zarzuty. Sprawy trafiają przed sąd i niektórzy imamowie mają zakaz publicznych wystąpień. W Polsce prokuratura jest pod kontrolą partii rządzącej. A hierarchowie Kościoła utworzyli coś w rodzaju partii sojuszniczej. Telewizja rządowa zaś ma, w dużym stopniu, monopol informacyjny.

Nie ma więc mechanizmów powściągających. W tej sytuacji przywódcy Kościoła i partii powinni – w imię odpowiedzialności – zastosować autokontrolę, bo ich przekaz ma nieporównanie większą siłę rażenia niż radykalnych imamów w Londynie czy Paryżu.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Czytaj tutaj >>>

„Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom” – mówił Paweł Kowal podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej. Małgorzata Kidawa-Błońska obiecała, że połowę tek w swoim rządzie odda kobietom, a Katarzyna Lubnauer, że KO zakręci kurek dla Rydzyka

Pod sam koniec kampanii parlamentarnej Koalicja Obywatelska popełniła być może największy błąd: pozwoliła Lechowi Wałęsie wygłosić przemówienie. Ponieważ były prezydent mówi co chce, można zakładać, że jego treść nie była uzgodniona z organizatorami. A mówił rzeczy, od których odcięli się nawet kandydaci KO. Przede wszystkim nazwał pochowanego z państwowymi honorami w sobotę Kornela Morawieckiego zdrajcą, co w niedzielę stało się głównym tematem w wielu mediach.

Dzień wcześniej inny były prezydent, Aleksander Kwaśniewski, był gościem Lewicy. Pisaliśmy o tym w tekście „Ole, Olek!”: Kwaśniewski mobilizuje elektorat Lewicy i wzywa, by przewietrzyć Polskę.

Wybraliśmy najciekawsze naszym zdaniem momenty z konwencji Koalicji Obywatelskiej. O tym, co powiedział Lech Wałęsa, przeczytacie na samym końcu.

1. „Więcej kobiet w rządzie”. Kidawa-Błońska i Nowacka

„Rząd przełomowy pod względem liczby resortów, jakie obejmą kobiety”, czyli połowę – obiecała Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreślała, że to Polki i Polacy obiecują większej liczby kobiet u władzy, a KO odpowiada na te oczekiwania, bo ma w swoich szeregach kompetentne kandydatki. Kobiety są przygotowane i umieją powściągnąć swoje ego – zapewniała kandydatka KO na premiera.

Koalicja, która ma wysokie poparcie wśród kobiet (zwłaszcza wśród tych przed czterdziestką – 38 proc.), walczy dziś o to, by poszły one zagłosować.

O kobietach było na konwencji bardzo dużo. Do kobiet zwracały się i Katarzyna Lubnauer: „Kobiety, dziewczyny, siostry, idziemy na wybory!”, i Barbara Nowacka: „Wierzymy w kobiety, w ich siłę i mądrość, bo Koalicja jest kobietą, bo Polska jest kobietą, bo Małgorzata Kidawa-Błońska jest kobietą”

Postulat, by połowę składu rządu stanowiły kobiety, nie wyróżnia KO – pisze o tym w swoim programie również Lewica. Ale nie uczyniła z tej obietnicy pierwszoplanowego postulatu, a wystawiając na front mężczyzn (Biedronia Czarzastego, Zandberga), naraża się na łatwe ataki i zarzuty o hipokryzję. W niedzielę wykorzystała to Barbara Nowacka, ironizując: „Nie da Wam tego trzech tenorów, którzy obiecają, a potem zostanie Ogórek”.

2. „Zakręcimy kurek dla Rydzyka”. Bon moty Katarzyny Lubanuer

Katarzyna Lubnauer zapowiedziała „Dość kreatywnej księgowości” i obiecała, że państwo nie będzie już dotować Tadeusza Rydzyka. Obietnica znalazła się punkcie „F jak forsa”,  przemówienie Lubnauer było bowiem zbudowane wokół kolejnych liter alfabetu.

Było bardzo żywe, momentami zabawne i zawierało najwięcej bon motów:

„Listy wyborcze PiS przypominają drzewa genealogiczne”.

„Polska to nie może być interes w stylu hoteliku na rodziny”.

Lubnauer po raz kolejny obiecała przywrócenie handlu w niedziele, ale zarazem zagwarantowanie dwóch wolnych niedziel dla pracowników.

3. „Złowrogie hasło nowej elity”. Mocny występ Pawła Kowala

Paweł Kowal, kiedyś związany z PiS, a dziś jedynka KO w Krakowie, wygłosił poruszające przemówienie, w którym odnosił się do zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że powstanie „nowa, inna elita ekonomiczna„.

„Zastanówmy się, do kogo to było powiedziane? Do przedsiębiorców, do firm rodzinnych, do tych, którzy w wielkim trudzie 30 lat – a czasem więcej – wolnej Polski tworzyli 40 procent polskiego PKB. Do tych, którzy zatrudniają połowę polskich pracowników. Do tych, którzy sprzedawali w tych słynnych szczękach, stali przed łóżkami polowymi, marzli i liczyli na lepszą Polskę. I wyśnili tę Polskę. A dzisiaj słyszą, że będą wymienieni, że to nie jest już ich Polska.

Zastanówcie się państwo wszyscy: tu nie chodzi o interes przedsiębiorców, tu chodzi o tych, którzy dzięki nim mają pracę.

Hasło nowej elity to jest złowrogie hasło dla polskich nauczycieli. Widzieliśmy w ostatnich latach nagonki na polskich nauczycieli. Niech sobie każdy dzisiaj przypomni swoją najlepszą nauczycielkę, swojego najlepszego nauczyciela. Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom.

(…) Dzięki pracy tych ludzi można dziś dzielić 500 plus. Dlatego dziś zaczynamy od głębokiego pokłonu wobec tych ludzi, ludzi pracy (…)

My jesteśmy po stronie sprawiedliwości, a oni są po stronie władzy partii. My tworzymy szanse dla wszystkich, dla tych, którzy chcą się wykształcić, chcą pracować, chcą wstawać godzinę wcześniej. Chcą stać za barem i nalewać piwo, chcą tworzyć nowe miejsca pracy. A oni mówią: elitą będziesz, jeśli będziesz popierać naszą partię.

My mówimy tym, którzy pracowali: dziękujemy.
A oni mówią: my cię zweryfikujemy”.

4. „Idziemy na rekord w dużych miastach”

Konwencję otworzyli i zamknęli samorządowcy.

„Tak jak w boksie najważniejsza jest ostatnia runda. Dajcie z siebie wszystko. Patrzy na nas cała Europa, cała Europa patrzy na was” – zagrzewał działaczki i działaczy Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

„Pełna mobilizacja!” – ogłosił Rafał Trzaskowski.

To właśnie prezydent Warszawy zapowiedział bicie rekordu frekwencji. Przypomnijmy, że w wyborach samorządowych w Warszawie frekwencja wyniosła 66,59 proc., a w Poznaniu 57,19 proc. (w całym kraju: 48,83 proc.)

5. „Dziękujemy”.

Tym, którzy udostępniają swoje płoty i balkony na banery Koalicji Obywatelskiej, podziękowała Małgorzata Tracz, współprzewodnicząca Zielonych. „Jesteście zmianą” – mówiła. To ważne słowa, bo osoby angażujące się w kampanię opozycji, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, muszą się liczyć z tym, że plakaty będą zrywane. Nierzadko takie osoby są narażone na akty agresji. Takie sygnały docierają też do redakcji OKO.press.

O wolontariuszach wspomniał też Paweł Kowal: „To jest najważniejsze zadanie tych, którzy dzisiaj na placach polskich miast rozdają ulotki, niosą ludziom pokrzepienie.

To jest nasze najważniejsze zadanie: zanieść ludziom nadzieję. Powiedzieć: Polska naprawdę może być lepsza, to nie jest puste hasło”.

Podczas konwencji pojawił się też Rafał Lipski, kandydat KO wyrzucony w sobotę ze studia TVP. Zarzucił prowadzącym, Magdalenie Ogórek i Jackowi Łęskiemu, że szczują na osoby LGBT. Ogórek najpierw powiedziała: „Jest pan bezczelny”, potem zaczęła krzyczeć: „‚Moment, teraz ja mówię człowieku!”. W końcu Jacek Łęski wyprosił Lipskiego ze studia. „Takie osoby mają prawo być szanowane i wysłuchane w mediach publicznych” – mówiła Barbara Nowacka o Lipskim. O TVP wspomniał też Paweł Kowal: „Patrzcie w swoje sumienia, myślcie o Polsce, nie czytajcie tych pasków”.

Co powiedział Lech Wałęsa

  • Kornelu Morawieckim: „Co oni z niego robią? Bohatera! A on w środku – stan wojenny, atakują nas ze wszystkich stron – a on kozak zakłada Solidarność Walczącą. Co to było? Zdrada proszę panów. Zdrajca. Taka jest prawda. Wybaczamy mu to”.
  • fałszerstwach wyborczych: „Nie wierzcie, że oni oddadzą wam władzę. Jak oni zamach robili. Pytanie, w jaki sposób oni was oszukają i nie dadzą wam zwycięstwa, mimo że wygracie. Mam informację, że oni w internecie was przekręcą. Że w wyborach do PE już was przekręcili”.
  • błędach Koalicji Obywatelskiej: „daliście się wciągnąć na pola niewygodne. Na aborcję, na konkordat. Specjalnie was na to wciągnęli. Nie tak się zwycięża. To się załatwia w inny sposób, nie w wyborczy”.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Podczas warszawskiej konwencji Koalicji Obywatelskiej kandydatka na premiera, Małgorzata Kidawa-Błońska, wystąpiła z bardzo mocnym przemówieniem.

Liderka KO powiedziała m.in., że rząd PiS jest niczym Tytanic, który tonie, choć wciąż jeszcze gra na nim orkiestra. W wystąpieniu nie zabrakło odwołań do głośnych afer. „Jeśli ktoś urządza dom schadzek, okłamuje urząd podatkowy i zadaje się z gangsterami, to w swych mętnych tłumaczeniach niech nie odwołuje się do Armii Krajowej, bo to niegodne, obrzydliwe i ludziom pęka serce!” – słowa Kidawy-Błońskiej o aferze prezesa NIK spotkały się z ogromnym aplauzem.

Podobnie zresztą, jak krytyka ministra sprawiedliwości: „jeśli prokurator generalny nadzoruje postępowanie wobec samego siebie, to polityka nie może tego usprawiedliwić. To też jest niegodne.”

Wicemarszałek Sejmu obiecała, że rząd KO będzie oparty na równym podziale resortów pomiędzy kobiety i mężczyzn, a do poprawy sytuacji życiowej będzie dążyć pracą a nie samymi dekretami.

Bez względu na region, zarobki, poglądy, ludzie w kraju mają podobne obawy i troski. Nam, w Polsce, potrzebny jest polityczny detoks. Dlatego tu jestem. Mamy dość politycznej masakry. Wszyscy zasługujemy na dobre państwo” – mówiła do zebranych w Warszawie Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać może ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy

Program PiS ma 232 strony. Ponad 90% tego tekstu to propagandowe opowiastki o niebotycznych osiągnięciach partii Kaczyńskiego, która podniosła Polskę z kolan, dźwignęła kraj z marazmu gospodarczego i ratuje nas przed moralną degrengoladą. Jeśli na cokolwiek warto tu zwrócić uwagę, to na wyjątkowo bezczelne nicowanie rzeczywistości i przypisywanie oponentom swoich własnych ułomności. Bo okazuje się, że to rządy PO-PSL zniszczyły dobre obyczaje parlamentarne, które PiS stara się pieczołowicie chronić. Poprzednia władza zawłaszczyła też media publiczne, ograniczała wolność słowa, manipulowała propagandą, szczuła na politycznych przeciwników i była siedliskiem wszelakich afer, które przy uczciwej obecnej władzy zdarzyć by się nie mogły, bo obecnie wszelkie naruszenia prawa (ludzie są ułomni) tępione są w zarodku.

W powodzi półprawd i zwykłych kłamstw trafiają się sformułowania prawdziwe – jak choćby takie, że podczas rządów PiS dobór kadr na kluczowe stanowiska „zyskał nowy standard”. Rzeczywiście – takich standardów polityki personalnej nigdy dotąd w Polsce nie było. Nawet za komuny, która utworzyła tzw. „nomenklaturę” obsadzającą towarzyszami wszystkie ważne stanowiska w gospodarce i administracji, nie było tylu bezczelnych cyników, pazernych kombinatorów i niedouczonych amatorów jak obecnie.

Jedynie 12 stron programu PiS nie zawiera propagandowego bełkotu. W części jest to jakby mapa drogowa powrotu do planowej gospodarki PRL. Projektowany jest więc rozwój przemysłu ciężkiego, inwestycje w zakłady zbrojeniowe, repolonizacja (czyli po raz kolejny nacjonalizacja) banków, reindustrializacja przemysłowa i wsparcie dla wybranych terenów kraju – tym razem nie Górnego Śląska jak w epoce Gierka, ale jednak rejonów, gdzie partia rządząca cieszy się największym poparciem.   Dalszą część fragmentu, zawierającego rzeczywiste tezy programowe PiS, nazwać można listą przyczajonych zagrożeń demokracji. Te niebezpieczeństwa trafnie zidentyfikował prof. Wojciech Sadurski, publikując w Wyborczej swoje „Ostatnie poważne ostrzeżenie przed wyborami parlamentarnymi”.

Pomysły partii Kaczyńskiego nie są groźbami wprost i na pierwszy rzut oka miewają nawet pozory sensu. Od dawna mówiło się na przykład o ograniczeniu immunitetu posłów i senatorów, którzy czasem łamią przepisy drogowe, wszczynają awantury, stosują przemoc domową i nie ponoszą za to konsekwencji, bo koledzy mają sejmową większość i nie pozwolą odebrać swojakowi przywileju nietykalności. Program PiS przewiduje teraz, że o odebranie immunitetu występował będzie prokurator generalny. A zatem to Zbigniew Ziobro oceni, czy np. w wystąpieniu Michała Szczerby („panie marszałku kochany”) lub śledczego posła Krzysztofa Brejzy zawarte było coś karygodnego, jakieś – powiedzmy – pomówienie. Kiedy minister wytypuje już odpowiedni paragraf, wystąpi z wnioskiem do Sejmu, gdzie większość stanowią ludzie alergicznie reagujący na obu wymienionych parlamentarzystów. Po przewidywalnym głosowaniu przeciwnik polityczny stanie bezbronny przed obliczem prokuratora, wyznaczonego przez prominentnego polityka partii rządzącej i przypadkowo prokuratora generalnego. Prokurator uszczęśliwiony zadaniem zleconym mu w zaufaniu przez głównego szefa, podejmie właściwą decyzję. Ściganych przez Ziobrę opozycjonistów może uniewinnić sąd, ale droga na salę rozpraw może być tak długa, że i do końca kadencji niewygodny parlamentarzysta chodzić będzie z etykietką OSKARŻONY.

Podobny bat kręcony jest na nieposłusznych sędziów i prokuratorów, których zakres ochrony prawnej również budził dotychczas pewne wątpliwości. Na oko zmiana nie wygląda groźnie: prokurator generalny kieruje wniosek o pozbawienie immunitetu do Sądu Najwyższego i ostateczną decyzję o ewentualnym odebraniu przywileju podejmą sędziowie. Haczyk jest w tym, że wniosek prokuratora Ziobry, oskarżającego np. znienawidzonego przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany” sędziego Tuleję, nie trafi pod obrady „plenarne” Sądu Najwyższego, ale do Izby Dyscyplinarnej SN, gdzie sprawy nie rozpatrzą niezależni sędziowie, ale prokuratorzy i ministerialni prawnicy, którymi wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro obsadził ten nowy niekonstytucyjny organ.

Przeszkodą w zagarnięciu pełni władzy są wolne media – w większości spółki z kapitałem zagranicznym. Nie udało się ich „zrepolonizować”, bo nawet sojusznik zza oceanu stanął sztorcem przeciw przejęciu amerykańskich firm przez partię rządzącą w Polsce. Kaczyński wymyślił więc inny sposób na okiełznanie dziennikarzy. W programie sformułował to niewinnie: dla podkreślenia rangi i specyficznej misji zawodu dziennikarze powinni się stowarzyszyć w nowej organizacji, która dbałaby o status profesji i rzetelność publikacji. Ot, taka samoregulacja poprzez dziennikarski samorząd. Tyle tylko, że jeśli wczytać się w treść projektu, to okazuje się, że wcale nie chodzi o to, by ów samorząd wprowadził jakieś tam regulacje wymyślone przez dziennikarzy. Regulacje mają być TAKIE, które wykluczą stosowanie art. 212 KK przewidujący karanie za pomówienie. Wyraźnie zapisano: regulacje nowego samorządu muszą być takie właśnie, a zadaniem nowej korporacji MUSI być zwalczanie pomówień, a w praktyce tego, co władza za pomówienie uważa. Oczywiście przynależność do tej rządowej korporacji będzie dobrowolna, ale wyobrazić można sobie sto sposobów, by dziennikarzom nie opłacała się nieobecność w szeregach stowarzyszenia.

Prof. Sadurski, a także inni obserwatorzy życia politycznego zaniepokojeni są szczególnie enigmatycznym sformułowaniem z programu PiS, że „dokończona zostanie reforma sądownictwa”. Bo jest się czego bać. Wystarczy uświadomić sobie dotychczasowe skutki owej pożal się Boże reformy, która miała na celu skrócenie procedur, sprawniejsze zarządzanie i transparentne, bardziej sprawiedliwe orzecznictwo. Po czterech latach wdrażania szalonego projektu skutek jest odwrotny: procedury i procesy trwają znacznie dłużej , nowi prezesi bez doświadczenia i kwalifikacji mnożą bezsensowne decyzje konfliktując się z sędziami, a obywatele obawiają się, że wyroki zależą od tego, czy sądzi „normalny” sędzia, czy funkcyjny nominat ministra. Prawdziwym celem nibyreformy okazało się podporządkowanie sądów woli partii rządzącej, na wzór wcześniej przejętej przez PiS prokuratury. Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać więc może jedynie przejęcie przez rządzących pełnego nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, dokończenie procesu obsadzenia „swoimi” wszystkich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości i ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy.

Groźba kontynuacji pseudoreform ustrojowych jest moim zdaniem największym zagrożeniem dla Polski. Kaczyński nie jest człowiekiem niepoczytalnym ani ostatnim durniem, już wie, jak reaguje Unia na osłabianie praworządności, i musi przewidywać, co czeka Polskę, jeśli nie zawróci z drogi wiodącej od demokracji do dyktatury. Jeśli mimo to w ogłoszonym publicznie programie otwarcie planuje kontynuację demolki państwa prawa, to znaczy, że już się zdecydował pójść z Unią na zderzenie czołowe. Choćby teraz sto razy deklarował swoje najgłębsze przywiązanie do członkostwa w UE, choćby na spotkania w terenie jeździł spowity szczelnie w błękitną gwiaździsta flagę, to mało kto uwierzy, że nie planuje wyprowadzenia Polski z zachodniej wspólnoty cywilizowanych krajów europejskich – gdzieś na wschód, bliżej Azji. Między Rosję, której Kaczyński jakoś się nie czepia i nie żąda od niej reparacji, a Białoruś, gdzie chętnie jeździli funkcjonariusze PiS i wracali z przeświadczeniem, że tym ciekawym krajem rządzi „miły, ciepły człowiek”.

Pisowski wzorzec z Sevres, Marian Banaś

>>>

Powołany przez posłów PiS prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś jutro wystąpi z wnioskiem do marszałek Sejmu o bezpłatny urlop do czasu dogłębnego wyjaśnienia sprawy przez CBA. O tej decyzji poinformował w TVP Info.

Sprawa ma związek z wyemitowanym w TVN 24 reportażem, z którego wynika, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś pominął w oświadczeniu majątkowym istotne informacje. A w kamienicy, której do niedawna był właścicielem, wynajmowano pokoje na godziny.

Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że od kwietnia kontroluje oświadczenia majątkowe obecnego prezesa NIK Mariana Banasia. Dziwnym trafem ta kontrola ma się zakończyć w drugiej połowie października, czyli już po wyborach.

W Internecie pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące decyzji szefa NIK. – „Pan Banaś mówi, że jutro wystąpi do Pani marszałek o urlop bezpłatny, dopóki CBA nie zakończy kontroli, bo takie są standardy w PiS. Pan Banaś mówi, że ta kontrola CBA to potrwa jeszcze pare tygodni i wszystko będzie dobrze. I pan Banaś nie pozwoli, żeby szargać jego dobre imię”; – „Poszedł chyba sygnał z Nowogrodzkiej”; – „Czyli jak będzie niewygodny to na dodatkowym posiedzeniu Sejmu już po wyborach klepną nowego prezesa NIK”.

– „Trzydzieści lat temu poznałem pana z AK, z Kedywu, z którym się zaprzyjaźniłem jeszcze w latach Solidarności, w latach ’80. Ten pan był samotny, zaprzyjaźniliśmy się i w 2007 roku, prawie po 30 latach, w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, którą ja wyremontowałem” – tak w TVP Info Marian Banaś opowiadał o tym, jak stał się posiadaczem domu w Krakowie. Według „Superwizjera” TVN, w tejże kamienicy wynajmowane były pokoje na godziny.

Dziennikarze TVN sugerowali, że Banaś wynajął dom osobie, mającej powiązania ze światem przestępczym. – „Widywałem go jedynie jak sprawdzałem stan mojej nieruchomości” – mówił Banaś. Dodał, że miesiąc temu „udało mu się wreszcie sprzedać kamienicę”.

– „Drugi Rydzyk. A żołnierz AK to długo żył po przekazaniu kamienicy czy przekazał wziął i umarł?” – skomentował jeden z internautów. To oczywiście aluzja do opowieści najbardziej znanego polskiego redemptorysty, który miał dostać dwa samochody od bezdomnego pana Stanisława z Warszawy, który krótko potem zmarł („Rydzyk chwali się autami od bezdomnego”).

Większość internautów też miała wątpliwości co do tłumaczeń Banasia: – „Ma 2 domy (200 i 50 m kw.), 3 mieszkania (76, 71 i 40 m kw.), 7 000 m kw. gruntów rolnych. To wszystko też od żołnierzy AK?”;

– „Ja w latach 90 zaś poznałem krakowskiego kataryniarza. Powiedział mi, że jego pradziadem był Krak i że Wawel jest jego. Przekazał mi zamek na łożu śmierci w 2009 r. Także ten… zamykam niedługo muzeum w zamku i się wprowadzam”; – „Panu Banasiowi daty sprawiają jak widać problemy. Nie w 2007, a w 2001 roku spisano umowę dożywocia. I jak tu wierzyć w całą resztę. Jak żyć?”.

Nie milkną echa bulwersującej sprawy: „To funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej groził śmiercią Lubnauer”. Głos w sprawie postanowił – niestety – zabrać Marek Kuchciński. – „Chodzą słuchy, że jako marszałek Sejmu zatrudniłem strażnika… 19 lat temu” – napisał na Twitterze.

Przypomnijmy więc, że to na mocy zarządzenia Marka Kuchcińskiego z 22 maja 2018 roku „w sprawie norm oraz warunków dostępu do wyposażenia i uzbrojenia przysługującego funkcjonariuszom Straży Marszałkowskiej” dostali oni prawo „do noszenia broni palnej z wprowadzonym nabojem do komory nabojowej”. Innymi słowy – gotowej do oddania strzału.

– „Strażnik groził śmiercią tej, którą powinien chronić. Naprawdę wspaniały powód do żartów”; – „A pan dał mu pan broń do ręki! Jakim trzeba być prymitywem umysłowym, by w tej sprawie nie widzieć hejtu, groźby karalnej, zagrożenia dla zdrowia i życia posłanki ze strony pracownika Straży Marszałkowskiej(!), kt. (powtórzę) pan uzbroił, a tylko to, kiedy ów był zatrudniony?”; – „Słynął pan z milczenia w stosunku do dziennikarzy spoza mediów PiS-u. Warto, aby również w tej sprawie pan zamilknął” – komentowali internauci.

 „Idealny temat na heheszki – dozbrojony przez exmarszałka globtrotera strażnik wyzywa posłankę i grozi jej śmiercią. Exmarszałek uważa to za zabawne? Odleciał…” – podsumowała Barbara Nowacka.

Dodajmy jeszcze, że zmieniona nawet została treść przysięgi funkcjonariuszy tej służby: „Doczekaliśmy się prywatnej armii. Straż Marszałkowska przysięga wierność PiS”.

 

Cztery tysiące i ani grosza mniej – postanowione. W końcu pan prezes zapowiedział przecież wyraźnie, że już za chwilę Polska będzie krajem dobrobytu.

Już kiedyś zresztą była i to całkiem niedawno, ale potem przyszła „złodziejska transformacja” i owszem – ten i ów doszedł do pieniędzy, uwłaszczając się na przykład na wydawnictwie prasowym wyposażonym z działkę, na której wkrótce powstaną Dwie Wieże. Ale większość dostała po „kuroniówce” i świadectwie udziałowym.

Kiedyś to co innego. Ojczyzna rosła w siłę, awansując na szóstą (czy tam siódmą) potęgę gospodarczą na świecie. Reporterzy nie nadążali za potokami surówki i strumieniami małych Fiatów, zjeżdżających z taśm montażowych wprost pod nowe mieszkania Kowalskich w blokowiskach z wielkiej płyty. No i – zupełnie inaczej niż teraz – wszyscy Polacy zarabiali miliony. Więc teraz rząd, choć może niewiele, bo podnoszenie Polski z ruiny swoje kosztuje, nie będzie przecież skąpił rodakom marnych czterech tysięcy.

Podwyżka ma dotyczyć wyłącznie sektora przedsiębiorstw (pomijając oświatę, służbę zdrowia czy administrację publiczną), co nie kosztuje państwa ani złotówki. Pan prezes rozdaje hojnie kasę wyjętą cichcem z kieszeni przedsiębiorców. Oczywiście – bez pytania ich o zdanie. Po co zresztą miałby pytać skoro – jak sam kiedyś powiedział – jeśli przedsiębiorca nie jest w stanie dostosować się do warunków gospodarczych, to widać nie nadaje się do biznesu. Więc podwyżka płacy minimalnej to przy okazji – zdaje się – nowa wersja zapowiadanego od jakiegoś czasu „testu przedsiębiorcy”.

No, ale nie ma się co rozczulać nad kapitalistą krwiopijcą, skoro o dobro zwykłego człowieka tu chodzi. O ludzi ciężkiej pracy, za niechlubnych rządów liberałów i lewaków sponiewieranych wynagrodzeniem poniżej połowy średniej krajowej tylko dlatego, że nie mają talentu do biznesu ani mgr przed nazwiskiem, nie pobrali kredytów, nie pozakładali start-upów ani nie pokończyli uniwersytetów. A ponieważ za pensję minimalną haruje niemal 20 procent wszystkich pracujących, pochylenie się nad ciężkim losem robotników niewykwalifikowanych i dołożenie im po dwa tysiące daje też nadzieję na szybkie i niebagatelne poszerzenie elektoratu.

Ten patent już świetnie sprawdził się na Śląsku, gdzie pensje górnicze, trzynastki, czternastki i deputaty mają się nieźle, pomimo trwałego deficytu kopalń, bo też nie o jakiś tam węgiel tu chodzi, ale o poszanowanie dla tradycji i szacunek dla człowieka ciężkiej pracy. Natomiast co do węgla, to już od dawna sprowadzamy go w dużych ilościach z całego świata. Ostatnio nawet z Mozambiku. Oczywiście, można by już dawno temu zamknąć nierentowne kopalnie i zainwestować w energię odnawialną, ale co (i zwłaszcza – za ile) robiliby wtedy górnicy? I na kogo – w tej sytuacji – by głosowali?

Nie da się ukryć, że ludzi ciężkiej, znojnej roboty jest w Polsce najwięcej. I że każdy z nich dysponuje kartką wyborczą. W tej sytuacji rachunek jest prosty – w dziedzinie struktury zatrudnienia należy kultywować solidne peerelowskie tradycje. Im więcej machających łopatą za cztery tysiące na miesiąc, tym bliższa wizja kolejnych kadencji partii aktualnie rządzącej!

I niech tak zwana inteligencja, pracująca za nędzne grosze, pomstuje. Niech jęczy mieszczaństwo i płaczą przedsiębiorcy. Niech wreszcie mają za złe robotnicy wykwalifikowani, których pensje nie urosną szybciej niż cała gospodarka. Teraz będą zarabiali niewiele (o ile w ogóle) więcej, niż operatorzy miotły czy łopaty, jak za „dyktatury proletariatu”, którą niektórzy z nas pamiętają zresztą doskonale.

Okazuje się, że uprzywilejowanie „szkół branżowych” w reformie oświaty to nie był przypadek, ale starannie przemyślana strategia. To po prostu fabryki nowego elektoratu pracujące na kolejne kadencje partii aktualnie rządzącej.

Tylko więc patrzeć, a wrócą czasy jak ze starego dowcipu, z jeszcze peerelowskim rodowodem:

Przychodzi baba do lekarza, umyć okno w gabinecie.

Lekarz: – Ile się należy?

Baba: – Trzysta złotych.

Lekarz: – Ile? Ja za wizytę domową z dojazdem do pacjenta biorę 150!

A Baba mu na to: – Też tyle brałam, jak jeszcze byłam lekarzem.

PiS prowadzi Polskę do Moskwy. Towarzyszy faszyzm

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Beacie Szydło porażka się należała

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Platforma Obywatelska idzie po zwycięstwo

Poseł PO Krzysztof Brejza pokieruje sztabem wyborczym koalicji PO, Nowoczesnej oraz Inicjatywy Polskiej przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Adam Szłapka z Nowoczesnej został sekretarzem sztabu. Znaleźli się w nim także m.in. wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, europoseł PO Bartosz Arłukowicz, liderka IP Barbara Nowacka, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Brejza powiedział, że sztab wyborczy koalicji to „drużyna specjalistów od zwycięstw – osób, które cechują trzy rzeczy: fachowość, determinacja z odwagą, ale przede wszystkim głęboka pokora, ciężka praca i słuchanie mieszkańców, obywateli„. – „To gwarantujemy: będziemy ciężko pracować” – powiedział nowy szef sztabu. Dodał, że sztab ma mieć charakter otwarty. – „Chcemy stworzyć taką formułę, żeby każdy z sympatyków w tej kampanii uczestniczył, ze swoimi pomysłami, również z aktywnością potem w terenie” – zaznaczył Brejza.

Z kolei Arłukowicz podkreślił, że to właśnie kampania bezpośrednia jest kluczem do sukcesu wyborczego. – „Czas kampanii opartych tylko na konferencjach prasowych, na wielkich billboardach tak naprawdę powoli mija. Dzisiaj kluczem jest rozmowa z ludźmi, pojechanie do powiatów, do gminy, do najmniejszej wioseczki, wioski” – mówił Arłukowicz.

Kampanię opozycji wspierają samorządowcy. – „Wielu wójtów, burmistrzów, prezydentów, radnych, starostów uważa, że sytuacja jest nadzwyczajna w Polsce, że zagrożone są nasze społeczności lokalne, samorząd, przyszłość Polski. Dlatego podjęliśmy decyzję o czymś dla nas nadzwyczajnym, czyli zorganizowanym, aktywnym udziale samorządu terytorialnego – wójtów, burmistrzów, prezydentów w wyborach parlamentarnych” – stwierdził prezydent Gliwic Zygmunt Frankiewicz.