Dziady i Halloween

Marta Kaczyńska i Ryszard Terlecki – postaci z Halloween, takie mają dynie.

Xerofas

Prof. Magdalena Środa na temat moralności środowiska PiS oraz różnicy między wielkimi słowami wypowiadanymi z ust polityków formacji – a rzeczywistością.

Środa swój wpis na Facebooku i wyliczanie nazwisk zaczęła od Marty Kaczyńskiej, która jest obecnie w trzecim związku małżeńskim. Socjolożka nie zapomniała o obecnej aferze związanej z szefem NIK Marianem Banasiem czy o kierującym TVP – Jacku Kurskim.

Uwielbiam te pisowskie wzory osobowe!! Prawdziwa hagiografia. Marta Kaczyńska – przykład świętej rodziny, arcybiskup Głódź – przykład chrześcijańskiej pokory, Banaś – przykład heroicznej uczciwości, Misiewicz – przykład militarnych kompetencji, Jacek Kurski – przykład rzetelności dziennikarskiej, Morawiecki – przykład suwerenności politycznej i prawdomówności, Kaczyński – przykład niezwyciężonego demokraty.. No wszędzie te ideały! Właściwie całą partię można od razu beatyfikować i posłać do raju – podsumowała Środa polityków i osoby związane z PiS.

Reakcje internautów:

Tych wzorów” ciągle przybywa. Budzę się rano, robię kawę i zanim włączę tv…

View original post 557 słów więcej

 

Pisowskie afery, twój wybór

W czasie wiecu w Częstochowie Jarosław Kaczyński nawiązał do wypowiedzi znanej i cenionej na całym świecie reżyserki, Agnieszki Holland.

Mamy niebezpieczeństwo, że nie będzie tak, jak mówiła pani Holland, która skądinąd po tym, jak mówiła, to później mówiła, że nie mówiła i nawet później kilkudziesięciu reżyserów napisało do mnie list, w którym napisało, że ona nie mówiła tego, co mówiła i to można było usłyszeć. Pani Holland powiedziała, żeby „było jak było”. Jeżeli oni wygrają wybory, to będzie dużo gorzej niż było. Oni nie ukrywają, że chcą zlikwidować demokrację” – w dość oryginalnym stylu wypowiedział się prezes PiS.

Agnieszka Holland poproszona o komentarz do słów Kaczyńskiego, stwierdziła, że czuje się dowartościowana tym szczególnym zainteresowaniem prezesa.

To jest w pewnym sensie zaszczyt. W końcu to szara eminencja polskiej polityki, bardzo sprawczy człowiek. Ma dużo zajęć na głowie, bo właściwie rządzi całym państwem jednoosobowo. Skoro jeszcze ma czas, żeby zajmować się moją osobą, to znaczy, że to jest ważna osoba dla niego. Czuję się więc dowartościowana” – ironizuje artystka.

Przy okazji wytyka Kaczyńskiemu kłamstwo dotyczące rzekomego listu od reżyserów: „Nie pisaliśmy listu do pana Kaczyńskiego. Nie ma powodu, żeby on był adresatem. Jest zwykłym posłem. Dlaczego miałabym więc do niego pisać? Jeśli zostanie premierem, to wtedy stanie się adresatem różnych listów otwartych od obywateli” – mówi w rozmowie z dziennikarzami WP Holland.

Za tydzień wybory. W najnowszym Newsweeku o wyborze, który stoi przed Polakami.

Do #13października zostało 7 dni a więc #SkasujPiS

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

To pytanie zadał publicznie Włodzimierz Czarzasty podczas konwencji Lewicy w Katowicach. Przypomnijmy więc tę kuriozalną propozycję redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”: „Kolejna granica absurdu przekroczona – Sakiewicz chce Nobla dla… Kaczyńskiego”.

– „Dobre! Myślę panie Sakiewicz, że ta nagroda, którą już dawno dostał (nagroda „JOBLA”) to szczyt jego możliwości!”; – „…10+ środek tarczy… a tak na poważnie do tej nagrody w parze wystawiłbym.. KACZYŃSKI… TRUMP, że też pisiory na to nie wpadły..”; – „Myślę, że najbardziej uwiera go ta Wałęsy” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że 5 października 1983 roku Komitet Noblowski przekazał swoją decyzję. Pokojowa Nagroda Nobla po raz pierwszy powędrowała w ręce Polaka – Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego Solidarności.

Zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, Czarzasty powiedział: – „Polska, panie prezesie, nie powstała 4 lata temu. Nie zmieni pan historii. Nie zakłamie pan historii. Nie umniejszy pan roli polskiej lewicy. Nie da pan rady. Jeżeli pan patrzy w przeszłość, tę przeszłość powojenną, to niech pan PRL-u nie naśladuje tylko w jednej rzeczy. Mianowicie w upartyjnianiu państwa, bo to nie jest dobry pomysł”.

Czarzasty zapowiedział m.in. utworzenie po wyborach Ministerstwa Polityki Senioralnej. – „Będzie ono koordynowało pracę na rzecz starszego pokolenia” – powiedział szef SLD.  Gościem konwencji był Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił o znaczeniu przestrzegania Konstytucji i umacnianiu obecności Polski w Unii Europejskiej.

Niedługo cisza wyborcza, ale nie nad trumnami. Znowu je wyciągną, smoleńskie, starsze, nowsze. Każdy argument jest dobry dla TVP. Od tygodnia wycierają sobie mną tam gębę. W doborowym towarzystwie: Jandy, Stuhrów, jestem zaplutym karłem „elit, które utraciły władzę”. Nie narzekam na swoje władze umysłowe, innych nie mam. W przeciwieństwie do rządzących.

Fot. Źródło: Manuela Gretkowska / Facebook

Kaczyński jest jak granat wrzucony w szambo mentalne nad Wisłą, nie to z Czajki, tylko z zapóźnień cywilizacyjnych. Więc bryzga po wschodniej ścianie Polski.

Izaak Babel poznając na początku XX wieku nasze zacofane Podkarpacie zastanawiał się, czy Słowianie są nawozem historii. Gdy to pisał, nawóz był naturalny, gówniany. Oczywiście, Babel to Żydokomuna i nie nadawałby się na wystawkę w Polinie, które jak obcojęzyczna nazwa wskazuje jest jeszcze niespolonizowanym muzeum o Polsce. Dlatego zarządzać nim powinni heteroseksualnie kochający Polskę Wszechpolacy.

Przypomina się mi dialog z „Zimnej wojny”, pisany pewnie przez Głowackiego. Mało kto miał takie ucho na prlowski bełkot.
 Nie kocha pan Polski – mówi ubek do artysty.
 Kocham – szczerze odpowiada artysta.
 Nie kocha pan.
 Kocham.
– Nie kocha…

Te rozmowy powtórzą się, jeśli PiS wygra. W programie mają pomysł na państwowy statut artysty. Skoro państwowy, to pewnie i narodowo socjalistycznie katolicki. Cóż, ruska komuna, dlatego że obca, była łatwiejsza do zniesienia, od polskiego faszyzmu.

Paranoicy mają dar urealniania swojego zajoba szczegółami. Utopista socjalistyczny Fourier zalecał nowemu społeczeństwu jedzenie arbuzów. Nie pytajcie dlaczego. Zapytajcie Prezesa albo „Call Saul”.

Program PiS-u przewiduje w składzie komisji przyznającej statut artysty 20% ludzi sztuki. Skąd 1/5, a nie liczba Pi? Reszta to chyba biskup, a na pewno urzędnicy. Znając ich kadry – hejterzy, gangusy, burdelarze. Statut na trzy lata, niby renta. Najwidoczniej dla pisowców artysta jest intelektualnie czy jakoś, niesprawny ideologicznie i trzeba go weryfikować. W normalnym świecie artyści należą gdzie chcą; do własnych stowarzyszeń, związków zawodowych, kółek adoracji, albo nigdzie.

W komunizmie skazywano na roboty, „za nie bycie poetą”, na przykład noblistę Brodskiego. U nas minister kultury, oczywiście tradycyjnie pisowski buc, przyzna Jandzie dużą kasę, w supermarkecie. Stuhrów wyślą do kopalni węgla czy soli, bo to blisko Krakowa i żeby nie było gadania o mściwym państwie.

W normalnym świecie nie ma obowiązku hołubić artystów. Ale nie trzeba ich niszczyć. Tylko tępota tępi kulturę.

Na trumnie Polski zamiast sarmackiej gęby zwanej portretem, wystarczy napis: „Idioci idiotom zgotowali ten los„. Na najbliższe lata, wieki, a wieko trumny zamknąć dla dobra klimatu.

Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens.

Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał.

Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu.

Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”.

Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej.

No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno?

By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem?

We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin.

W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.

Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.

Więcej Klaudii Jachiry – tutaj >>>

Kidawa-Błońska to miodzio, nasza lepsza twarz

Jeśli ktoś uważał wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na twarz kampanii Koalicji Obywatelskiej za kontrowersyjny, dziś musi zmienić zdanie. Kandydatka na premiera z ramienia PO i sojuszników cieszy się sporą popularnością w gronie elektoratu.

Tak przynajmniej wynika z sondażu Instytutu Badań Pollster, przeprowadzonego na zlecenie Super Expressu. “Wygląda na to, że wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki Koalicji Obywatelskiej na szefową rządu było strzałem w dziesiątkę – czytamy w sobotnio-niedzielnym wydaniu “Super Expressu”.

Taką premier chcemy?

Instytutu Pollster wykazał w badaniu, że na Kidawę-Błońską jako premiera chce głosować aż 20 proc. ankietowanych, zaś na Grzegorza Schetynę – 2 proc. “To prawdziwy nokaut” – twierdzą dziennikarze “SE”.

Jakby emocji było za mało, po chwili dodają: “Nie dość, że Kidawa-Błońska miażdży Schetynę, to jeszcze wytrwale goni Mateusza Morawieckiego. W naszym sondażu różnica między nią a obecnym szefem rządu wynosi 4 pkt proc”. Według Instytutu Pollster Mateusza Morawieckiego w roli szefa rządu widzi nadal 24 proc. badanych. Z kolei aż 28 proc. osób właściwie nie wie, kto miałby być premierem kolejnego gabinetu.

Sam Schetyna twierdzi, że Kidawa-Błońska jest lepszą kandydatką na premiera. – “Zapewne przyjdzie nam zawiązać koalicję z innymi partiami. Małgorzata jest najlepszym politykiem do prowadzenia takich rozmów. Lepszym ode mnie” – powiedział Schetyna i te słowa przytacza teraz “SE”.

Z kolei politolog prof. Rafała Chwedoruka dodał, że “elektorat Platformy był zawsze na tle innych partii elektoratem sfeminizowanym, więc w naturalny sposób kobieta, na dodatek rozpoznawalna, budzi z góry zaufanie”. Dodatkowo według niego: “sama Kidawa-Błońska jest osobą rzadziej obecną w konfliktach politycznych niż Schetyna– dopowiada Chwedoruk.

Badania zrealizował Instytutu Badań Pollster w dniach 24-25 września na próbie 1101 dorosłych Polaków.

Czy opozycja wygra wybory?

Czy więc opozycja wygra wybory i Kidawa-Błońska stanie na czele nowego rządu? Sondaże sugerują sukces PiS. Szansą KO jest jednak wejście do Sejmu dostatecznej liczby nie tylko jej posłów, ale też tych z Lewicy czy PSL. Czy tak się stanie i PiS straci władzę? Do wyborów pozostały dwa tygodnie.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Chcę Polski uczciwej, czystej i dumnej, chcę Polski takiej jak Wawel, a nie jak kamienica prezesa NIK Mariana Banasia. My pragniemy Polski uczciwej, w której uczciwość i prawo są na pierwszym miejscu, tymczasem mamy podejrzany hotel na godziny, oszustwa podatkowe i bezczelne okradanie państwa” – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska z PO. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera wzięła udział w konwencji w Krakowie.

Kidawa-Błońska mówiła, że właśnie w Krakowie – „w miejscu dawnej polskiej chwały najlepiej widać dzisiejszą zapaść”, do której doprowadziły rządy PiS. – „Zawsze na tle wielkości wyraźna jest małość, na tle honoru – bezwstydność, na tle prawdy – kłamstwo. Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK” – powiedziała.

– „Widzimy obwieszonych złotem gangsterów, którzy są za pan brat z prezesem NIK, siedzą w domu schadzek, czują się bezkarni, a za chwilę ich kumpel będzie kontrolował Polaków i mówił czy działają zgodnie z prawem” – mówiła Kidawa- Błońska. Pytała, czy „człowiek ze złotym sygnetem na każdym palcu ma stać ponad prawem zwykłych ludzi”. – „Tacy ludzie mają nam mówić jak żyć, decydować co jest uczciwe i wyznaczać standardy? Ja się na taką Polskę nie godzę” – zaznaczyła kandydatka KO na premiera.

Podkreśliła, że w Polsce za rządów PiS „afer jest mnóstwo, że aż trudno je spamiętać, a bezczelność i arogancja wylewają się z ekranów każdego dnia”. – „Afera Srebrnej, hejterzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, szumidła w Komisji Nadzoru Bankowego, latający marszałek, SKOK-i, działki kościelne premiera – rośnie kasta nietykalnych, do której należą coraz bardziej podejrzane postacie, a publiczne pieniądze stają się niestety partyjne” – wyliczała Kidawa-Błońska.

Według kandydatki KO na premiera, nasze państwo coraz bardziej przypomina kraje Ameryki Łacińskiej, a nie demokrację europejską. – „Czasami mam wrażenie, jakby ekipa oszustów napadła na bank i tylko co jakiś czas wysypywała trochę pieniędzy przez okno, by odwrócić uwagę i zyskać trochę na czasie. Na dłuższą metę żadne państwo tego nie wytrzyma; to prędzej czy później musi skończyć się katastrofą, nie wolno nam się do tego przyzwyczajać, nie wolno nam porzucić marzeń o pięknej, silnej i uczciwej Polsce ” – mówiła Kidawa-Błońska.

Więcej >>>

Jak to w polityce bywa kandydaci różnych partii, nie rzadko startują z regionów, w których postrzegani są jak spadochroniarze. Tak jest w przypadku kandydatów PiS w Puławach. Panowie Jan Kanthak i Tadeusz Cymański, obaj z Pomorza, zorganizowali przed bramą Zakładów Azotowych w Puławach konferencję prasową.

To spotkanie zakłóciła zbulwersowana kandydatka Koalicji Obywatelskiej do Sejmu Marta Wcisło. – „Przyjeżdżacie do Puław z Pomorza. Obiecujecie mieszkańcom różne rzeczy, a za ich plecami wysyłane są pieniądze z Zakładów Azotowych, mieszkańców, którzy tu pracują, do Tarnowa i Polic. Za rządów PiS doszło do tego, że pozycja tych zakładów została tak zdyskredytowana, że nie mają przedstawiciela w zarządzie i radzie nadzorczej. A Puławy stały się dojną krową” – podkreśliła Marta Wcisło.

Kandydatka KO do Sejmu zarzuciła Kanthakowi i Cymańskiemu, że przyjechali tu uprawiać politykę. Na koniec wręczyła im po bilecie PKP do Tarnowa oraz życzyła powodzenia. Apelowała również do wszystkich kandydatów i posłów, by Puławy odzyskały swoją wiodącą rolę.

Martę Wcisło poparł prezydent Lublina. – „Trudno się nie zgodzić z Martą Wcisło, bo w ostatnich czterech latach sytuacja ZA Puławy z pewnością się nie poprawiła, a troska o gospodarkę Lubelszczyzny powinna być troską wszystkich. Tymczasem partia rządząca zachęca do głosowania na kandydatów, którzy nie mają nic wspólnego z naszym regionem – napisał na Facebooku Krzysztof Żuk.

Kandydat PiS Jan Kanthak jednak obiecuje, że zrobi wszystko, by sytuacja puławskich zakładów nie uległa pogorszeniu. – „Najważniejsze jest to, aby ten zakład się dalej rozwijał z troską o swoich pracowników i aby dywidendy i całe zyski tu wypracowywane trafiały na rzecz Lubelszczyzny. To ważne, by księgowość i audyt istniejący w Puławach, nie został przeniesiony poza województwo lubelskie” – mówił Jan Kanthak.

– „W związku z kampanią kłamstw pisowskiej TV występuję z pozwem wobec C. Gmyza. W ubiegłym tygodniu skierowałem pozew do sądu wobec S.Pereiry. Dość tego festiwalu pomówień. Będę żądał zadośćuczynienia na WOŚP. Niech przynajmniej potrzebujący coś z tego mają” – poinformował na Twitterze Krzysztof Brejza. – „Obu panów informuję, iż dostają ode mnie bana. Bana za kłamstwa i pomówienia. Za hejt i brak kultury” – dodał poseł PO.

Cezary Gmyz jest korespondentem TVP w Berlinie. Samuel Pereira kieruje portalem TVP Info, a wcześniej był w tym kanale wiceszefem publicystyki.

Krzysztof Brejza i jego najbliższa rodzina od lat są atakowani przez TVP kierowaną przez Jacka Kurskiego. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choćby w artykule „Aferę Piebiaka trzeba przykryć czymś na Brejzę; robi się pokazówkę”.

– „Brawo! Nie możecie pozwolić sobie na ten spektakl kłamstw i pomówień!”; – „Słowa uznania. Jedynie dobry kierunek do walki z oszustami”; – „Popieram i powodzenia życzę. Musi tylko Pan uważać, aby szybciej na Caritas nie wpłacili i zamietli pod dywan, jak to mają w zwyczaju” – komentowali internauci.

Dodajmy, że pozew złożyła także matka Krzysztofa Brejzy. „Nie damy się tej haniebnej nagonce” – Brejzowie pozywają pracowników TVP”.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę

Miłość PiS i Polskiej Instytucji Kościelnej ma się świetnie. Jak to śpiewano w Kabarecie Starszych Panów, „jeśli kochać, to nie indywidualnie”, tak i tutaj kochają się zbiorowo, na dobre i na złe, czyniąc z tegoż kochania narzędzie walki politycznej, wzajemnych korzyści i zysków. Wydaje się, że jedno bez drugiego nie przeżyje, więc właśnie „wespół w zespół” dbają o swój interes, co wyraźnie zahacza już o jakąś formę sekty narodowej i fanatyzmu.

Polskim duchownym już zupełnie pomieszało się w głowach. Bez zastanowienia brną w realizację marzenia o Polsce wyznaniowej, Polsce będącą wyspą chrześcijaństwa. A PiS? PiS na wszystko się zgodzi i to nie z miłości do Boga, ale z miłości do władzy. W końcu, kto załatwi prezesowi takie wsparcie, tyle głosów,  jak nie kumple w sutannach?

Trwa kampania wyborcza i rozejrzyjmy się wokół siebie. Na kościelnych ogrodzeniach wiszą plakaty kandydatów PiS do Sejmu i Senatu. Nawet płotek okalający kapliczkę św. Anny przy ul. św. Rocha na Grabówce dumnie prezentuje pana Giżyńskiego. W Rzeszowie parafia pw. Matki Boskiej Saletyńskiej jest tak obklejona przyjaciółmi z PiS, że już prawie samego kościoła nie widać, a kolejne banery zdobią parafie praktycznie w całej Polsce.

W Jedlińsku nieopodal Radomia ksiądz podczas mszy przekazał mikrofon Markowi Suskiemu, który odczytał list Morawieckiego do narodu. Ryszard Czarnecki produkował się w kościele na Dolnym Śląsku, Bartosz Kownacki w oratorium przy kościele Jezuitów w Bydgoszczy, a wraz z nim „gwiazda” PiS-u czyli Krystyna Pawłowicz. W Łodzi było bardziej przyzwoicie, bo w katedrze nie oddano głosu kandydatowi partii rządzącej, ale za to zasypano ławy kościoła jego ulotkami. Księża dbają też o odpowiednią frekwencję, gdy kandydaci ich ukochanej partii mają ochotę się wypromować i pod szyldem „SOS dla polskiej rodziny” anektują salki katechetyczne na swoją kampanię. O tych spotkaniach informuje regularnie strona internetowa Radia Maryja.

Niektórzy księża są wręcz nadgorliwi i uważają, że same banery czy też spotkanie z ukochanym kandydatem PiS-u to jednak trochę za mało. Trzeba bardziej wzmocnić wiarę w partię swoich owieczek, lekko je nastraszyć, wyłożyć bez ogródek, co i jak, by im się potem przy urnach nic nie pomieszało. Stąd oświadczenie, że głos oddany na PO jest grzechem, które wygłosił ksiądz kościoła w Radawie. Ostrą agitację prowadzi też od lat proboszcz rzeszowskiego kościoła pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.

Nie odpuszcza też Radio Maryja i Telewizja TRWAM. 8 września zainicjowały one ogólnopolską akcję „Modlitwa i post”, która potrwa do dnia wyborów. Już ponad 10 tysięcy Polek i Polaków modli się i pości w intencji wygranej prezesa i jego partii. Ojczulek Rydzyk zachęcał do udziału w niej, przypominając, że to „jest modlitwa o dobre wybory, żeby wybrać ludzi wierzących, którzy będą dbali (o Polskę) po katolicku, po chrześcijańsku. Wybierajcie takich ludzi. Modlimy się o takich ludzi i zwycięstwo dobra w naszej ojczyźnie. Można się jeszcze zapisywać. Post o chlebie i wodzie”.

Odbiorcami „dobrej nowiny”, a tak naprawdę świadomej i bezczelnej indoktrynacji stały się również dzieci. To właśnie ich usiłował przerobić biskup Antoni Długosz w programie „Kropelka radości”, zachwalając rządy PiS-u, miłość władzy do rodziny i dzieciaczków. Aż ma się ochotę walnąć pięścią w stół i wrzasnąć, „kończ waść, wstydu oszczędź”, ale wiadomo, że to nic nie pomoże.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę. Hierarchowie zapomnieli też, że artykuł 1 Konkordatu wyraźnie mówi, iż „Rzeczpospolita Polska i Stolica Apostolska potwierdzają, że Państwo i Kościół katolicki są — każde w swej dziedzinie — niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”. To nic nieznaczące drobiazgi, niewarte uwagi. Liczy się przecież tylko jedno. Kasa, wyraz szczęśliwości na okrągłych z dobrobytu buźkach duchownych, wpędzanie Polski w wyznaniowy kanał. Liczą się te wypasione samochody, kapiące bogactwem rezydencje i spełnione sny o potędze.

Nie ma co ukrywać, Polska Instytucja Kościelna sprzedała się za dobra doczesne, tracąc całkowicie swoje duchowe powołanie. Ośmieszyła się, zdradziła wszystkie wartości, tak cenne i pozwalające na rzetelne prowadzenie swoich owieczek. Polska Instytucja Kościelna to dzisiaj żałosna marionetka w rękach mamony. A Polacy jej wierni? Cóż, tutaj powstrzymam się od oceny, bo nie chcę nikogo obrażać.

Panie Banaś, czas zmniejszyć lukę VAT – owską. PiS na pewno w tym pomoże.

Bronimy nasz kraj przed nieukami, miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach

Podczas wrześniowej konwencji w Lublinie Jarosław Kaczyński stwierdził, że poza Kościołem chrześcijańskim jest tylko wszystko niszczący nihilizm.

O komentarz do słów prezesa został poproszony prymas Polski abp Wojciech Polak, który był gościem konferencji „TworzyMy pokój. Wiara w demokracji – czas wyzwań”, jaka odbyła się w Muzeum Historii Żydów Polski Polin.

Nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce ani w ogóle stanowisko Kościoła katolickiego. Gdyby tak było, to moja obecność tutaj byłaby co najmniej dziwna. Uważam, że to jest wypowiedź, która nie ma nic wspólnego z nauczaniem Kościoła. To może być pogląd, wizja kogoś, kto ją wypowiada” – powiedział prymas Polak.

Śmierć Dawida Kosteckiego >>>

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Oczywiście przy pomocy kartki wyborczej bronimy Polskę przed rządami pisowców. Na razie jeszcze przy pomocy kartki wyborczej, obawiam się, że jeśli oni wygrają to następna obrona będzie możliwa już tylko na ulicach i w masowych protestach. Bronimy Polskę i Polaków przed umieraniem na SOR-ach, przed brakiem lekarstw, lekarzy, pielęgniarek, szpitali, przed koszmarem w edukacji, zniszczeniem środowiska, mordowaniem zwierząt i ich katowaniem, trującymi fabrykami, piecami, grzejnikami, przed rządami ignorantów, nieuków i idiotów.

Bronimy przed policją polityczną, która aresztuje, przesłuchuje, podsłuchuje i prześladuje ludzi niezgadzających się na pisowską dyktaturę, kłamstwo i obłudę odrażającego reżimu, prokuraturą na usługach polityków, biorącą wspólnie z pisowską policją polityczną i reżimowymi mediami aktywny udział w szkalowaniu i opluwaniu przeciwników „dobrej zmiany”.

Bronimy nasz kraj przed nieukami miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach, przed systemem, gdzie przeciwnik PiS-u jest niszczony i szkalowany na podstawie kłamliwych zarzutów, a zwolennik jest chroniony wobec „domniemania niewinności” i prawa do obrony, gdzie udokumentowane w mediach przypadki kumoterstwa, nadużywania stanowisk, powiązań ze światem przestępców, sutenerów, łapownictwa, korupcji, wątpliwych oświadczeń majątkowych najwyższych urzędników pisowskiego państwa są w nieskończoność „wyjaśniane” przez pisowskie instytucje.

Nie zgadzamy się na zamianę ministerstw mediów i różnego typu organów pisowskiej władzy w zbiorowe hejtowanie ludzi, których najcięższym przestępstwem jest niepodzielanie pisowskiej ideologii wyznawanej przez miernoty, które dorwały się do rządów.

Walczymy z fałszowaniem historii, tworzeniem kultu fałszywych bohaterów, a niszczeniem bohaterów rzeczywistych walki o Wolną Polskę jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski, a także z wprowadzaniem cenzury, polityką kulturalną polegającą na promowaniu pisowskich miernot i wazeliniarzy, finansowaniu propisowskich instytucji, nacjonalistów i religijnych fanatyków, kosztem rozwoju autentycznej twórczości i uniwersalnych wartości.

Nie zgadzamy się na bezmyślną i narażającą Polskę na utratę niepodległości politykę zagraniczną polegającą na niszczeniu naszych relacji z Unią Europejską aż do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, z szukaniem sojuszników wśród nacjonalistów i dyktatorskich reżimów, a niszczeniem dobrych relacji z naszymi tradycyjnymi sojusznikami, jakimi są europejskie demokracje, takim przykładem głupiej szkodliwej i bezmyślnej polityki jest między innymi absurdalne żądanie „reparacji wojennych” od Niemiec.

Bronimy Polskę przed wykorzystywaniem Kościoła i religii do politycznych celów pisowskiego reżimu, przed finansowaniem z pieniędzy podatników rozpolitykowanych księży używających religii do walki o władzę i budowania finansowego imperium czego przykładem są między innymi tzw. „dzieła” Tadeusza Rydzyka.

Walczę o to, o co walczę mniej więcej od 50 lat, czyli o niepodległą demokratyczną wolną Polskę, najpierw idąc przez więzienia, areszty śledcze, podziemie, obozy internowanych, uliczne protesty, z reżimem komunistycznym, potem przez 25 lat tę demokrację starałem się zabezpieczyć i umacniać jako parlamentarzysta, ale robiłem to, jak widać nieskutecznie, za słabo, może źle i dziś czasami nawet z tymi samymi, już bardzo nielicznymi ludźmi co dawniej i oczywiście wieloma nowymi niepamiętającymi tamtej niewoli, walczę z pisowską dyktaturą o wolną Polskę.

Propisowski myśliciel p. Nalaskowski napisał w reżimowej gazecie o demonstrantach żądających tolerancji: „nieszczęśnicy, których dopadła tęczowa zaraza, obleśne, grube baby, wędrowni gwałciciele” – to tylko niektóre sformułowania, za co został słusznie zawieszony przez rektora UMK w prawach wykładowcy. Niestety rektor przestraszył się swojej odwagi i w/w przywrócił. Wywołał jednak falę niesłychanej w swej zajadłości reakcji pisowców. Odezwali się też dyżurni pisowcy w liście otwartym:

„W dobie nadzwyczajnej „czujności” i presji rewolucyjnej na reprezentantów konserwatyzmu kulturowego skutecznie chronieni są przed adekwatną reakcją rektorów autorzy brutalnych wypowiedzi „postępowych”, np. profesorowie: Jan Hartman, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski czy dr Leszek Jażdżewski.Takie przejawy nierównego traktowania, a de facto dyskryminacji i represji przywodzą na pamięć przerażające przykłady z epoki minionych totalitaryzmów.”

Jednym słowem p. Nalaskowski przedstawiciel „konserwatyzmu kulturowego” jest prześladowany jak w czasach nazizmu i komunizmu, a chamstwo, które zaprezentował to „protest” (z użyciem środków ekspresji stosownych do rangi problemu). Wywód autorów tego listu jest mętny, a język bełkotliwy, nie warto przytaczać nazwisk, to zawsze prawie te same. Na razie stosują słowne środki „ekspresji” inne myślę będą stosować już inni pisowcy politycy.

Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny

Coraz donośniej brzmią głosy ludzi niespokojnych o los polskiego Kościoła. Chodzi im o to, że nasz Kościół został podstępnie napadnięty i ostatnio atakowany jest coraz gwałtowniej, bez najmniejszego powodu. Jednak, kto napadł i kto dąży do zniszczenia katolickiej wspólnoty, dokładnie nie wiadomo. Ogólnie mówi się o potworze Gender i złowrogiej ideologii LGBT, ale tak naprawdę żadnego z tych napastników nie widziano z bliska i nikt z oblężonych nie wie, ani czym są w rzeczywistości, ani jak naprawdę wyglądają. Pewien szeregowy poseł, który oświadczył na konwencji w Pułtusku, że „trzeba bronić polskiej duchowości, moralności i tradycji, a ona jest atakowana, jest atakowany Kościół, w sposób wręcz brutalny”, dojrzał wśród oblegających krwiożercze watahy nihilistów. Okazało się, że gruchnął jak łysy gołąb o parapet , ponieważ po pierwsze nihiliści występują w naszej przyrodzie tak rzadko, że właściwie powinni być już pod ochroną, a po drugie nie zwykli oni walczyć ani z czymś, ani o coś, bo po prostu mają w pompie ogólnie przyjęte normy i wartości.

Kto zatem atakuje Kościół? Kim konkretnie są napastnicy – tak groźni, że do obrony przed nimi wzywany jest cały naród? Oblężeni wskazywali dotąd rozmaitych agresorów, ale szybko wychodziło na jaw, że oni wcale nie walczyli z Kościołem, a jedynie z jego grzechami i grzesznymi przedstawicielami. Intensywne poszukiwania wrogów Kościoła trwają wciąż w prawicowych mediach, ale dotychczas udało się tylko pomówić o agresywne zachowania kilka rodzin, które przyszły do proboszcza dokonać apostazji oraz odnaleźć kilkoro pijanych i paru niezrównoważonych psychicznie, którym było akurat obojętne, gdzie się znajdują i kogo obrażają. Nie zidentyfikowano dotąd nikogo, w miarę trzeźwego i przy zdrowych zmysłach, kto chciałby zniszczyć Kościół lub zmusić rodaków do porzucenia swojej wiary. Dlaczego? Może dlatego, że wrogów Kościoła nie szukano tam, gdzie szukać należało.

Spoglądając na pole walki z Kościołem, dostrzec można niewielką grupę hierarchów nawołujących do obrony atakowanego Kościoła, karny hufiec uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy jednej partii i spory tłumek wzmożonych obrońców wiary – utożsamianej przez nich z polskością, godnością, wolnością i dowolną inną wartością. Wokół tych obrońców wiary zgromadzeni są ludzie, których w żaden sposób nie da się nazwać napastnikami. Można ich natomiast nazwać Kościołem, bo przecież polski Kościół, to nie hierarchowie ani partyjni ochroniarze obowiązkowej wiary, tylko 32 miliony statystycznych wiernych (minus ci, którzy z wygodnictwa lub obawy przed presją środowiska katolikami są tylko formalnie). Prawdziwym Kościołem jest bowiem wspólnota ludzi połączonych kanonami wiary, których starają się przestrzegać według ustalonych reguł i zasad. Kto jest przeciwnikiem tej wspólnoty? Nie od razu ten, kto nie przestrzega obowiązujących nakazów. Żaden Kościół nie składa się z samych świętych i nie wystarczy być grzesznikiem, by stać się wrogiem Kościoła. Groźnym przeciwnikiem jest natomiast ten, kto te kanony burzy, publicznie je kwestionuje, łamie podstawowe zasady i reguły, posługuje się wiarą dla własnych korzyści, traktuje wspólnotę instrumentalnie, oszukuje ją, zwodzi i bałamuci.  Teraz jesteśmy już bliżej prawdziwych wrogów Kościoła. Kto nim jest? Zapewne ten, kto reguły obowiązujące we wspólnocie fałszuje, zawłaszcza, zamienia na swoje, a już z pewnością ten, kto podstawowy nakaz wiary katolickiej zamienia w nienawiść do bliźniego swego. Można w tym miejscu wymienić wiele nazwisk.

Trudno jest kochać politycznego przeciwnika, niełatwo go lubić czy choćby akceptować, ale wystarczy nie obrzucać go kalumniami, hejtem, kłamliwymi obelgami. W polityce pewnie nie da się posługiwać wyłącznie prawdą, ale nieustanne głoszenie fałszywych świadectw przeciw swoim bliźnim jest bez wątpliwości kpiną z prawa bożego, nie wspominając o prawie ziemskim, zawłaszczonym przez obecnie rządzących. Nazywanie kłamstwa prawdą jest wyraźnym aktem wrogim wobec wiary, nakazującej życie w prawdzie. Prawdziwą agresją na Kościół jest jednak nazywanie „dobrą zmianą” demolowania demokracji, praworządności i gospodarki. Budzi to skojarzenia z systemami totalitarnymi, gdzie wszelkie opresje serwowane są narodowi „dla dobra narodu”.  I tu dopisać można kolejne nazwiska wrogów Kościoła.

Dla katolika korzyść własna nie jest celem życia. Dla wroga Kościoła bogiem jest mamona. Żądza zysku jest dla niego motywacją naturalną, usprawiedliwianą argumentem, że pieniądze „po prostu się należą”.  Przekręty ludzi władzy usprawiedliwia bezkarność. PiS coraz swobodniej płynie pod prąd nakazów wiary.  Fałsz nie jest tam grzechem, tylko narzędziem politycznym. Odstępcy głoszą, że wolno mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu, jeśli tylko bliźni zagraża narodowym interesom, zdefiniowanym rzecz jasna przez PiS. Mają zatem prawo zastraszać i zmuszać „niewiernych” do przestrzegania reguł nieznanych cywilizowanym społeczeństwom, ośmieszających zdrowy rozsądek i sprzecznych z nakazami wiary katolickiej, którą na zewnątrz wyznawcy nowej religii gorliwie demonstrują.  W tym miejscu wpisać można sporo nazwisk.

Katolik – człowiek ułomny jak każdy, przyznaje się do grzechu, żałuje, postanawia poprawę, naprawia wyrządzoną krzywdę. Wróg Kościoła ukrywa grzechy, grzeszników oraz dokumenty dowodzące grzechu. Człowieka, którego skrzywdził nazywa oszczercą, a wykorzystane seksualnie dzieci wspólnikami w grzechu. Dla przykrycia czynionego przez siebie bezprawia wróg Kościoła gotów jest nawet wymyślić nieistniejące zagrożenia i oskarżyć niewinnych o niepopełnione czyny.  Z łatwością można w tym miejscu dopisać niejedno nazwisko.

Nie po raz pierwszy w historii diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni. Jarosław Kaczyński zawzięcie broni atakowanego przez siebie Kościoła. Dla niego mamy w tym kraju jedynie wybór między Kościołem a nihilizmem – i będzie się przy tym upierał wbrew kategorycznej opinii prymasa Polak, że ”nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego”. Będzie się też upierał, że „kto spojrzy na historię Polski, wie, że nie ma silnej Polski bez Kościoła”, jakby nie wiedział, że w rzeczywistości Watykan potępiał Konstytucję 3 Maja, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe – jak wszystkie inne ruchy, które uważał za radykalne i godzące w europejskie monarchie. Biskupi nie kwestionowali praw Rosji, Prus i Austrii do rządzenia zagrabionymi terenami Polski i zachęcali Polaków do lojalności wobec okupacyjnej władzy, a w kościołach organizowano modły za obcych monarchów… Takie były czasy i taki interes Watykanu. Dziś prezes staje na uszach, żeby zafałszować historię organizacji, którą traktuje jak podporządkowanego sojusznika.  – Kto podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, podnosi rękę na Polskę! – grzmi Kaczyński, który powinien w tym miejscu swoją dłoń podnieść w górę.

Wbrew ewangelicznym nakazom separacji ołtarza od tronu, na przekór encyklikom oraz lekce sobie ważąc papieskie wskazania, część hierarchów i szeregowych przedstawicieli Kościoła połączyła się z partią rządzącą nierozerwalnym uściskiem. W kampanii wyborczej widać to gołym okiem. To już nie incydentalne występy proboszczów, mrugających do parafian „sami wiecie, na kogo trzeba głosować”, to już nie są zawoalowane wskazówki biskupów, że „katolik głosuje na katolika” i nie zabawne pląsy niemal całego rządu oraz partyjnej wierchuszki na imieninach najbogatszego biznesmena w Toruniu. Dzisiaj na ogrodzeniach wielu kościołów ostentacyjnie wiszą banery kandydatów PiS. W kościołach rozkładane są ich ulotki. Hołubiony przez część hierarchów o. Rydzyk bez żenady patronuje ogólnopolskiej akcji postów i modłów w intencji zwycięstwa partii Kaczyńskiego. A powołany z rekomendacji PiS do Rady Polityki Pieniężnej prof. Eryk Łon apeluje o wypędzenie z wyższych uczelni ekonomicznych „złego ducha kosmopolityzmu i zwyrodniałego ducha internacjonalizmu”. W katolickich mediach przeciwnicy kandydatów PiS wymieniani są często z nazwiska jako „opętani przez diabła zwolennicy homozwiązków, poliamorii, kazirodztwa i prostytucji”.  Przedstawiciele władz, często rozmodleni na kościelnych imprezach, szczują na przeciwników politycznych słowami: „zaraza”, „komuniści”, „potop szwedzki”, „pedofile”, „onaniści”;  konkurencyjny program nazywają „obłąkańczym” i „zagrożeniem dla demokracji”, a w obronie Kościoła zamierzają „roztrzaskać glinianego idola LGBT”. Takie słowa mówi się dziś już ot tak, prosto w mikrofon, bez kominiarki.

W państwie PiS, które broni atakowanego Kościoła, nienawiść – największy wróg Kościoła – nie musi się już kryć. Wycieka z ekranów telewizorów, wylewa się na ulice, pełznie w narodowych marszach, bełkocze na rządowych wiecach, na partyjnych konwencjach i w sejmowych ławach. Wróg Kościoła może opluwać konkretnych ludzi, albo całe środowiska nazywać „tęczową zarazą”, zyskując poklask innych wrogów Kościoła. Można odnieść wrażenie, że jeszcze trochę, a zapłoną stosy.

***

Ktoś zapyta – dlaczego prawdziwi wrogowie Kościoła tak długo byli anonimowi? Odpowiedź jest prosta dla każdego, kto słyszał o metodzie złodziei krzyczących dla odwrócenia uwagi: „łapać złodzieja!”. Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny – trzech filarów opresyjnego państwa PiS. Filarów fałszywie zdefiniowanych przez człowieka, dla którego Polska jest ukradzioną zabawką, Kościół użytecznym wspólnikiem w osiągnięciu i sprawowaniu władzy absolutnej, a rodzina nieznanym tworem, przydatnym do objawiania ludowi wizerunku człowieka z zasadami, władcy przyzwoitego i troszczącego się o poddanych.

To nie Trump upokarza Polskę, to Jarosław Kaczyński

Donald Trump odwołał swoją wizytę w Polsce. Oficjalną przyczyną jest huragan Dorian, który może na początku przyszłego tygodnia uderzyć we Florydę.

Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę, że prezydent weekend spędza czas na prywatnym polu golfowym.

Biały Dom podkreśla, że prezydent w niedzielę uda się do Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Donald Trump opuścił Biały Dom w piątek i udał się helikopterem do swojej rezydencji w Camp David w Maryland, a stamtąd helikopterm poleciał do posiadłości w Wirginii.

Prezydent umila sobie czas grając w golfa, ale są z nim eksperci, którzy śledzą trasę huraganu.

Według najnowszych prognoz „Dorian” zmierza na północ i przejdzie wzdłuż wybrzeża. Władze apelują do mieszkańców Florydy, aby nadal zachowali czujność. Ostrzegają też przed zagrożeniem inne stany.

Szanowny Panie Prezesie!

Nazwać kopniak jaki waszej władzy właśnie wymierzył Trump katastrofą, to jak nazwać posłankę Pawłowicz niezbyt życzliwą lub Marka Suskiego nieprzesadnie intelektualnym.

Już upokorzenie jakie zgotował Polsce Trump, gdy zabrakło krzesła dla Prezydenta Dudy było znakiem, że obecne władze USA uważają Pana ekipę za grono pożytecznych idiotów, którzy kupują drogi sprzęt wojskowy, ale nie mogą się postawić, gdyż sami stworzyli sobie politykę bezalternatywną.

Wybór Trumpa, który na oczach całego świata wybrał pole golfowe zamiast obiecanego świętowania z nami 80 rocznicy wybuchu wojny, pokazuje, że Polska pod Pańskimi rządami jest marginalizowana i wyszydzana.

Jutro obchodzimy rocznicę wybuchu wojny, do której przystąpiliśmy sami, gdyż sojusznicy nas zdradzili. Zdradzili dlatego, że polityka zagraniczna ministra Becka była prowadzona podobnie jak Pana bez uwzględnienia realiów międzynarodowych. Albo inaczej była bezdennie głupia. W roku 1938 wspólnie z Hitlerem rząd sanacyjny przeprowadził rozbiór Czechosłowacji, a w 1939 liczył na realizację sojuszu z Francją i Anglią przeciwko Hitlerowi.

Często się Pan odwołuje do tradycji tych rządów i w pewien sposób ma Pan rację. W pewien sposób jest Pan sukcesorem tej ówczesnej bezmyślności.

Obecnie Polska jest osamotniona tak jak w 1939, a sojusze które mamy nie są poparte realiami, gdyż z Pana winy poprzez zdradę wartości zachodnich w zakresie praworządności wykreślamy się ze świata zachodu, tak jak wykreśliliśmy się w 1938 sprzymierzając się z Hitlerem. A sojusze bez wspólnoty wartości to mit.

Jesteśmy sami, a jedynym winowajcą tej sytuacji jest Pan. Tylko korzystne otoczenie międzynarodowe powoduje, że dzisiaj nie odczuwamy jeszcze skutków tego osamotnienia. Ale taka koniunktura może nie trwać wiecznie.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych. – Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie

CHŁODNĄ KALKULACJĘ POLITYCZNĄ.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.
Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?
Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast

WAGA WIZYTY, RANGA JAKICHKOLWIEK OŚWIADCZEŃ, KTÓRE PADNĄ, JEST OCZYWIŚCIE NIEWSPÓŁMIERNA.

Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?
Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.

Czego możemy się spodziewać po wizycie?
To będzie wizyta raczej promocyjna i kurtuazyjna, więc

NIE NALEŻY SIĘ SPODZIEWAĆ ZNACZĄCYCH SŁÓW. GDYBY JEDNAK PADŁY SŁOWA, ŻE DEMOKRACJA JEST WCIĄŻ WAŻNA, BYŁBYM USATYSFAKCJONOWANY.

Obecność sekretarza stanu Mike’a Pompeo i sekretarza obrony każą też myśleć, że w tle mogą się odbywać rozmowy o dalszej współpracy między rządem USA a Polski, zwłaszcza w dziedzinie wojskowej i telefonii 5G.

Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

CORAZ WIĘCEJ POLAKÓW ZACZĘŁO UBIEGAĆ SIĘ O WIZĘ, ABY SPĘDZIĆ CZAS ZGODNIE Z DEKLAROWANYM ZAMIAREM, CZYLI NIE PODEJMUJĄC PRACY, NIE PRZEDŁUŻAJĄC POBYTU, NIE POPEŁNIAJĄC WYKROCZEŃ DROGOWYCH – TO SĄ PROCENTY, KTÓRE TAKŻE MAJĄ ZNACZENIE.

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?
Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

NASZA ROLA ZE WZGLĘDU NA TO MOGŁABY BYĆ JEDNOZNACZNIE POZYTYWNA, A NIESTETY TAKA NIE JEST W WYNIKU POSUNIĘĆ RZĄDU, KTÓRE KONFLIKTUJĄ NAS Z UE, ALE TEŻ REALIZUJĄ NIEKTÓRE ZADANIA, KTÓRE SPÓJNOŚCI Z NATO NIE SŁUŻĄ.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?
Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.

Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.

NASZA TROSKA WYNIKA Z TEGO, ŻE POLSKA DRYFUJE DZISIAJ W TAKI OBSZAR, DO TZW. SZAREJ STREFY. WSPOMNIENIE WRZEŚNIA 39 ROKU POWINNO BYĆ PRZESTROGĄ DLA NAS WSZYSTKICH.

Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę.

POLSKA KOJARZYŁA SIĘ IM Z NAJLEPSZYM: Z “SOLIDARNOŚCIĄ”, Z LECHEM WAŁĘSĄ, Z TAKIM AUTENTYCZNYM DĄŻENIEM POLAKÓW DO ŻYCIA W DEMOKRATYCZNYM KRAJU. DZIŚ TA OPINIA JUŻ JEST ODMIENNA. I TO BOLI, BARDZO BOLI.

Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

Co się dzieje w Wielkiej Brytanii? Pytam o Borisa Johnsona i jego inicjatywę zawieszenia parlamentu. Światowe komentarze mówią, że to „zawał kolebki demokracji parlamentarnej”.
To rzeczywiście niezwykle poważny kryzys parlamentaryzmu brytyjskiego, który przypomnijmy, był wzorem budowania demokratycznych struktur państwa na całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Brytyjczycy w tym sensie byli pionierami – Magna Carta, czyli wielka karta swobód i wolności pochodzi właśnie z Wysp Brytyjskich i tym bardziej to, co dziś się dzieje, jest szokujące. Myślę, że premier Johnson zapłaci polityczną cenę m.in. za to, że opinia o Zjednoczonym Królestwie jest bezprzykładnie rujnowana. Świat polityki, niemal cały, jest w szoku, bo po to, aby realizować swój plan polityczny, sięga się do środków – po raz pierwszy – które do tej pory dla Brytyjczyków były święte.

To zresztą już podzieliło społeczeństwo brytyjskie. Co minutę, jak piszą brytyjskie media, napływa 1000 podpisów pod petycją, żeby parlament pracował i miał swój głos. To jest emanacja woli ludu, a pamiętajmy, że w Wielkiej Brytanii wybory dokonują się w jednomandatowych okręgach. Jest tam zatem głębokie poczucie więzi z wyborcą.

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE NA SWÓJ SPOSÓB TO JEST TEŻ TRAGEDIA WYNIKAJĄCA Z DOMINACJI CELÓW POLITYCZNYCH NAD ZASADAMI. U NAS CIERPIMY ZRESZTĄ NA TO SAMO.

Konstytucja, zapisy prawa, zasady nie są szanowane w myśl, „nie oddam panu płaszcza i co mi pan zrobi”. To myślenie, że nie konsekwencje są ważne, tylko cel. Skutki będą z całą pewnością dramatyczne.

Starszym panom z Episkopatu marzy się chyba struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Uważajcie na szkoły, bo będą demoralizować wasze dzieci – ostrzegli we wtorek biskupi i wezwali katolickich szalikowców, by sformowali ruch pomagający narzucać Polsce kościelną ortodoksję. Rodzice, wchodźcie do trójek klasowych – napisali. Pewnie starszym panom z Episkopatu marzy się struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Wielkim zagrożeniem ma być zdaniem biskupów „permisywizm”, czyli zła tolerancja. Z tak ogólnie sformułowanym sądem można by się nawet zgodzić. Pytanie tylko, co miałby obejmować ten nikczemny „permisywizm”. Czego miałby dotyczyć. Bo zagrożeniem dla tysięcy polskich dzieci jest nie ten permisywizm, który zwalczają biskupi, lecz ten polegający na bezkrytycznym wpuszczaniu do szkół katolickich fanatyków indoktrynujących młodzież na lekcjach religii.

Dla pełnej precyzji: nie mam na myśli wszystkich katechetów, wśród nich też trafiają się osoby kulturalne, światłe i rozsądne. Jednak jakoś tak się dziwnie złożyło, że w swoim bezpośrednim otoczeniu miałem do czynienia z co najmniej dwoma przypadkami kompletnych kretynów, którzy nigdy w życiu nie powinni być wpuszczeni do żadnej szkoły.

Przypadek pierwszy to katechetka (siostra zakonna), która 6-letniej córeczce sąsiadów opowiadała brednie, że Harry Potter to „znak szatana”. Przypadek drugi dotyczył bezpośrednio mojej córki, dziś już licealistki, która parę lat temu przyszła wzburzona ze swojej podstawówki, skarżąc się, że ksiądz wywiesił na tablicy ogłoszenie, iż nie można drążyć dyń, bo Halloween to szatan, piekło i grzech. Oczywiście poleciałem do szkoły i zrobiłem awanturę dyrektorce, która spacyfikowała idiotę i kazała mu te bzdury zdjąć z tablicy.

Po tych doświadczeniach, a także po lekturze licznych artykułów informujących o podobnych sprawach, a także o dużo większych winach duchownych – z przestępstwami pedofilii włącznie – wiem jedno: permisywizm polegający na wpuszczaniu Kościoła do szkół i zgadzaniu się, by się tam panoszył bez żadnej kontroli, jest groźny dla wychowania młodzieży. A jeśli miałbym wskazać jakąś zorganizowaną siłę czy instytucję, która zagraża rozwojowi polskich dzieci i ma na nie zły wpływ wychowawczy, to bynajmniej nie jest to Kampania przeciw Homofobii, lecz Episkopat Polski.

Dziś biskupi szczują swoich wiernych fanatyków przeciw świeckim szkołom. W istocie robią to samo, co Jarosław Kaczyński, który dla zdobycia i utrzymania władzy szczuje jednych Polaków na drugich, dzieląc społeczeństwo i wykopując w nim – z cynicznym wyrachowaniem – rowy nienawiści. Biskupi myślą zapewne, że ocalą swój chylący się ku upadkowi rząd dusz, jeśli zmobilizują katolickich hunwejbinów i rzucą ich do walki z miazmatami europejskiego oświecenia. Pewnie liczą, że dzięki temu będą mogli robić dalej to samo, co do tej pory: prawem kaduka mówić Polakom, jak mają żyć, i narzucać im swoje reguły.

O święta naiwności! Najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób robią wielki krok w kierunku laicyzacji i dechrystianizacji Polski. Ja z tego powodu nie będę płakać, jednak prawdziwi polscy chrześcijanie, których garstka może jeszcze przetrwała w jakichś katakumbach, powinni być zaniepokojeni i zmartwieni.

Donald Trump wywinął PiS-owi orła

Prezydent USA Donald Trump odwołał wizytę w Polsce. Oficjalny powód – zbliżające się do Florydy tornado. Trump miał wziąć udział w obchodach 80 rocznicy II wojny światowej. Do Warszawy przyleci wiceprezydent Mike Pence.

Wiadomość wywołała falę komentarzy. Niektórych, jak Tomasza Lisa z „Newsweeka” nie do końca przekonał podany powód: – „Podróż Trumpa do Polski odwołana pod pretekstem huraganu, który może, podkreślić – może uderzyć we Florydę. Tia… Karczewski niech dzwoni do swego kumpla, ciepłego człowieka z Białorusi”. A jeden z internautów dodał: – „Trump również mógł powiedzieć, że pies zjadł mu paszport”.

Inni internauci zwracali uwagę na inny aspekt zagadnienia: – „Tymczasem gdzieś z okolic Nowogrodzkiej słychać pewnie wycie, bo kampania z Trumpem i kampania bez Trumpa to nie to samo…”;

„I w tym momencie sztab PiS musi przepisać scenariusze klipów wyborczych i wyliczyć naprędce, czy Pence przebija Czajkę czy jednak wciąż rozkręcamy shitstorm w przekazie dnia”; – „Kaczyński jest dla Trumpa niewygodnym partnerem, zwłaszcza jeśli chce wywalczyć reelekcję. Amerykanie wszelkie kontakty z dyktaturami oceniają negatywnie”.

Każdy dzień przynosi nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Chyba powoli zaczyna się nam objawiać ukryty sens bojowego zawołania zbrojnych w bejsbole szwadronów z Białegostoku: „Bóg – Wyp..lać – Honor – Wyp..lać – Ojczyzna – Wyp…lać!”. Pierwszy posłuchał Honor, o którym w otoczeniu pana prezesa słuch zaginął dobrych kilka lat temu, więc teraz próżno by go szukać w najciemniejszych nawet zakamarkach Ministerstwa Sprawiedliwości. O obu Pałacach to już nawet nie wspominając.

Wszyscy znają sytuację, a każdy dzień przynosi coraz to nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawa” „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Teraz honorowe jest utrzymywanie (ostatnio uczynił to publicznie premier Morawiecki), że „minister Ziobro o niczym nie wiedział”, bo przecież ministerstwo – wiadomo – pełne jest sędziów wyjątkowo zdemoralizowanych. Wezwania do jego dymisji są więc – co oczywiste – zupełnie bez sensu. Sam zainteresowany milczy, zapewne z przepracowania, jako że redaguje teraz po nocach… kodeks etyczny, „regulujący zasady zachowania sędziów w sieci”. Szkoda tylko, że premier przy okazji nie podał aktualnie obowiązującej wykładni pojęcia „etyka”.

W zasadzie nie musiał, bo uczynił to za niego były już zastępca ministra Ziobry, zapewniając Małą Emi, że „dobra zmiana” nie wsadza za „dobro”. Zatem dobre jest – co skądinąd oczywiste – to, co służy interesom partii pana prezesa – w tym wypadku przeprowadzenie dowodu na degenerację moralną i zawodową „kasty sędziowskiej”.

Tak jak w przypadku legendarnego „układu”, tropionego przez ministra Ziobrę za poprzedniej kadencji PiS-u, „dobre” są otóż wszystkie środki, które prowadzą do celu. Toteż w sytuacji, kiedy „kasty” – podobnie jak wzmiankowanego wcześniej „układu” czy „spisku smoleńskiego” – pomimo licznych starań i wysiłków nie udaje się zdemaskować, trzeba ją (kastę, znaczy) po prostu stworzyć od podstaw. Bo przecież partia, a zwłaszcza jej prezes, nie mogą się mylić lub – co gorsza – kłamać w żywe oczy. I tym właśnie – kreatywną pracą u owych podstaw – zajmowała się grupa towarzyska, znana pod pseudonimem KastaWatch. Taka praca zlecona po godzinach, ku chwale „naszych kolegów”.

 

Chociaż nie – w działalności owej grupy towarzyskiej zdarzały się też zachowania karygodne i – potencjalnie – kompromitujące. Rzecznik nowej KRS Maciej Mitera, zapytany o to w programie Konrada Piaseckiego, za największą skazę moralną jednego z domniemanych członków KastaWatch sędziego Tomasza Szmydta (prywatnie męża Małej Emi) uznał „błąd w wyborze żony”. Jak to mówią rodacy prezydenta Trumpa – no comment.

Co do Boga – to ten jeszcze się waha, ale już wkrótce uda się chyba w ślady Honoru. Po wypowiedziach członków Episkopatu, popierających wypowiedź biskupa Jędraszewskiego na temat „tęczowej zarazy” będzie chyba musiał abdykować z polskiego tronu na Jasnej Górze i – w proteście – przejść na protestantyzm.

Ważą się także, choć może mniej dramatycznie, losy Ojczyzny, bo z jednej strony grozi nam, że – w wyniku usilnych starań partii aktualnie rządzącej – w pociągu do Brukseli będziemy musieli podróżować drugą klasą, a z drugiej, kto wie, czy nie czeka nas kolejny cichy rozbiór Polski. A to za sprawą grupy „reparacjonistów”, przy każdej nadarzającej się okazji podnoszących publicznie kwestię odszkodowań od Niemiec za straty wojenne. Ostatnio wspominał o tym pan premier, deklarując publicznie zamiar rewizji powojennych traktatów, bo – jako zawierane przez komunistów – teraz nie są ponoć dla nas nic a nic wiążące.

Tyle że Niemcy, upewniwszy się co do intencji rządu, są – zdaje się – gotowi ubić z nami ten interes. Coraz częściej politycy zza Odry przyznają więc, że owszem, traktaty można, ba – trzeba renegocjować i cóż – niech będzie, że zapłacą nam fortunę. No, ale skoro zaczynamy wszystko od nowa, to pozostaje jeszcze mały drobiazg. Zwrot pozostawionych nam w depozycie (jak rozumiemy – tylko do czasu zaspokojenia roszczeń finansowych) Ziem Odzyskanych. Z Breslau na czele.

Cóż – Breslau, nie Breslau, ale nieruchomości w okolicach obwodnicy będą wtedy warte górę euro. A pan premier, właściciel licznych działek i lokali we Wrocławiu, co jak co, ale do interesów, to jednak głowę ma.

Więc i Ojczyzna może wkrótce spełnić postulat bojówkarzy z Białegostoku, dzieląc losy Honoru i Boga. I wtedy niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Kaczyńskiemu należy się ogromny pomnik z marmuru w formie klozetu, bo śmierdzi w kraju, a w UE zatykają nosy

Obserwując okładki prorządowych tygodników, można było już zobaczyć tak wielką kreatywność twórców, że rzadko kiedy w rachubę wchodzi zaskoczenie. Teraz jednak Tygodnik “Sieci” braci Karnowskich, w swoim najnowszym wydaniu przesuwa granicę kreowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego na wydaje się najwyższy możliwy poziom.

Lider PiS zostaje bowiem porównany do Donalda Trumpa, kiedy to obaj przywódcy niczym równi sobie liderzy świata są zestawieni ze wspólnym potężnym obozem wrogich sił, które chcą ich zniszczyć. W wiele mówiącym wydaniu “Mężowie stanu pod ostrzałem!” tygodnik stara się przekonać, że obu liderów “łączy więcej niż myślicie”, ponieważ m.in. “wygrali wbrew mediom i kastom. Rozkręcili gospodarki i wzmocnili państwa”. Karnowscy postawili tutaj na radykalny patetyzm, co oddaje zapowiedź nowego wydania tygodnika:

Tygodnik prezentuje podobieństwa drogi dojścia do władzy obu polityków, którzy oparli się na frustracji znacznej części społeczeństwa, które miały poczucie braku perspektyw. Tygodnik mówi o pewnej “niepoprawności politycznej obu panów, specyficznej i rzadkiej wśród polityków – naturalności”:

Obaj dostrzegli siłę w zapomnianej, a potem otwarcie pogardzane przez liberałów „milczącej większości”. Momentem zwrotnym w kampanii Hillary Clinton było nazwanie wyborców Trumpa „godnymi pożałowania”. Polscy liberałowie do dziś nie mogą zrozumieć, skąd bierze się siła PiS i ich niemożność przebicia szklanego sufitu. Najlepiej wyraziła to promowana przez polskich celebrytów grafika szydząca z „moherowych” Polaków, biorących świadczenie 500+ i porównuje ich do kundli kierujących przed panem. Dopiero oskarżenia o klasizm (zestawiony z rasizmem), płynące ze strony przedstawiciela nowej lewicy Jana Śpiewaka, spowodowały zniknięcie tego rysunku z profilu aktorki Krystyny Jandy”.

Autor tekstu stawia śmiałą tezę, że można postawić znak równości miedzy narracjami polskiej i amerykańskiej opozycji, które opierają się w trzech hasłach na„R”: Rosja, rasizm i recesja”. Powyższe mają być oczywiście wyssanymi z palca starszakami, kiedy to mimo braku pokrycia w rzeczywistości mają zniechęcić wyborców do skutków polityki prawicy:

“Polska może się pochwalić rekordowo niskim bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Obniżający podatki Trump również poruszył gospodarkę bardziej, niż spodziewali się tego najbardziej optymistyczni analitycy. Zwolennicy demokratów, tacy jak Bill Maher, wpływowy prowadzący polityczno-satyryczny show na HBO, mówią wprost, że życzą Ameryce recesji gospodarczej, byleby przepędzić Trumpa z Białego Domu. Polska opozycja chętnie straszy kryzysem gospodarczym spowodowanym przez socjalną politykę PiS (sama obiecując jeszcze większe transfery finansowe w tym obszarze).U nas podobną rzecz do Mahera ogłosił przecież doradca Ryszarda Petru i potem Roberta Biedronia – Jakub Bierzyński”.

Problem tygodnika “Sieci” polega na tym, że stawianie znaku równości między Trumpem a Kaczyńskim jest daleko idącym skokiem w logice, a w wielu punktach dla samego prezesa mało korzystnym. Donald Trump nie jest bowiem wbrew narracji prorządowych mediów “naturalny”, ale wulgarny i infantylny. Ciężko bowiem zliczyć ilość obelg, jaką wylał prezydent USA na swoim koncie na Twitterze. Politykowi bliżej bowiem do Krystyny Pawłowicz niż do prezesa w tym względzie. Jarosław Kaczyński nie boi się używać języka pogardy, ale tutaj każdy atak ma swój konkretny cel, a metody używane przez lidera PiS są bardziej dyskretne od Trumpa. Wyborcy PiS nie widzą bowiem choćby w agresywnych atakach na mniejszości przejawów mowy nienawiści. Wyzywającego przeciwników od idiotów Trumpa ciężko tak określić. Także teza tygodnika, że źródła władzy obu polityków są tożsame jest błędna. Obaj używali podobnych narzędzi, ale z różnym skutkiem.

Nie jest bowiem w USA tajemnicą, że Donald Trump nie poszerzył elektoratu partii republikańskiej wbrew swoim buńczucznym deklaracjom (liczba głosów na niego oddana nie jest wyższa niż republikańskich przeciwników Obamy), a jego zwycięstwo stało się możliwe nie dzięki mobilizacji własnego elektoratu, ale demobilizacji demokratów i systemu politycznego, który dał Biały Dom człowiekowi, który zebrał mniej głosów od konkurentki.

W kwestii polityki państwowej porównanie Kaczyńskiego i Trumpa zaś zupełnie nie ma racji bytu. Donald Trump może sobie przypisywać wzmocnienie gospodarki, ponieważ obniżył jeden z najwyższych na świecie amerykański CIT, co zachęciło wiele korporacji do sprowadzenia swoich zamorskich aktywów z powrotem do USA – w Ameryce trzeba bowiem opłacić również podatek będący różnicą stawek CIT pomiędzy krajami, przez co sprowadzanie zysków było wcześniej dla korporacji zwyczajnie nieopłacalne. Jednak na jego reformie podatkowej nie zyskali najbiedniejsi, których zysk wynika tutaj głośnie z poprawy ogólnej koniunktury, która jednak została wtórnie osłabiona rozpoczętą wojną handlową. Warto również pamiętać, że odbyło się to za cenę rekordowego wręcz tempa zadłużania USA. W przeciwieństwie do PiS Trump potrafi jednak uzyskać ustępstwa na arenie międzynarodowej. Polityk zmusił do takich choćby Koreę Południową, w początkowej fazie konfliktu z Chinami te także były gotowe iść na korzystne dla Ameryki ustępstwa. Także w kategoriach geopolitycznych, choć Trump wywołał wielki chaos kłócąc się z sojusznikami i wypowiadając porozumienie z Iranem i pakt klimatyczny, to jednak jego ostry kurs wobec Chin wielu postrzega jako konieczność dla zachowania amerykańskiej dominacji. Mamy zatem obraz, który nie jest zupełnie czarno-biały.

W przypadku PiS ciężko się zaś dopatrywać się podobnych odcieni szarości. Rządzący nie przeprowadzili bowiem żadnej istotnej obniżki podatków, a wręcz przeciwnie wprowadzili kilkadziesiąt podwyżek, które wydrenowały z naszych kieszeni dziesiątki miliardów złotych na świadczenia “plus”. Nasz wzrost gospodarczy nie jest bowiem zasługa naszej mądrej polityki gospodarczej, ponieważ takiej nie mamy, kiedy to rosną lawinowo wydatki prokonsumpcyjne, to strukturalne reformy państwa nie są podejmowane. Także oceniając obu polityków trzeba brać pod uwagę, że USA mogą sobie pozwolić na granie z pozycji siły jako pierwsza gospodarka świata, która ma niewielkie uzależnienie od eksportu. Polska, kraj uzależniony od handlu zagranicznego jak tlenu, bez wyrobionej podmiotowości międzynarodowej i skutecznych elit, nie może pozwalać sobie na podobna grę, czego prorządowy tygodnik staje się nie umieć dostrzec.

W jednym Sieci zdają się mieć rację. Taktyka opozycji tak w Polsce jak i za Oceanem wciąż jest w martwym punkcie, stąd Trump jak i Kaczyński mają szansę na kontynuowanie swojego politycznego bytu nie z powodu swojego teoretycznego “męstwa stanu”, ale zwyczajnej słabości swoich oponentów.

„Czytamy Konstytucję” – pod takim hasłem w serwisie YouTube powstał kanał, w którym tę najważniejszą w Polsce ustawę czytają ci, dla których jej treści nie są pustym dźwiękiem.

„Celem projektu jest promocja Konstytucji RP jako najważniejszego dokumentu prawnego w Polsce regularnie łamanego przez kastę rządzącą” – powiedział „GW” koordynator projektu Sławomir Majdański.

W projekcie zgodziło się wziąć udział wiele osób, reprezentujących różne środowiska. Konstytucję czytają m.in. prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, sędziowie: prof. Ewa Łętowska, prof. Marek Safjan, prof. Wojciech Sadurski, Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, aktorzy: Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, prezydenci miast, opozycjoniści z czasów PRL, ks. Wojciech Lemański.

Sądząc po pierwszych reakcjach prawej strony mediów społecznościowych, czytanie Konstytucji to prawie herezja. Nie sposób cytować obrzydliwych wpisów, komentujących ten projekt.

Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate.

W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi?

Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią.

Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.

Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku.

Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy…

Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.

Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć.