To nie Trump upokarza Polskę, to Jarosław Kaczyński

Donald Trump odwołał swoją wizytę w Polsce. Oficjalną przyczyną jest huragan Dorian, który może na początku przyszłego tygodnia uderzyć we Florydę.

Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę, że prezydent weekend spędza czas na prywatnym polu golfowym.

Biały Dom podkreśla, że prezydent w niedzielę uda się do Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Donald Trump opuścił Biały Dom w piątek i udał się helikopterem do swojej rezydencji w Camp David w Maryland, a stamtąd helikopterm poleciał do posiadłości w Wirginii.

Prezydent umila sobie czas grając w golfa, ale są z nim eksperci, którzy śledzą trasę huraganu.

Według najnowszych prognoz „Dorian” zmierza na północ i przejdzie wzdłuż wybrzeża. Władze apelują do mieszkańców Florydy, aby nadal zachowali czujność. Ostrzegają też przed zagrożeniem inne stany.

Szanowny Panie Prezesie!

Nazwać kopniak jaki waszej władzy właśnie wymierzył Trump katastrofą, to jak nazwać posłankę Pawłowicz niezbyt życzliwą lub Marka Suskiego nieprzesadnie intelektualnym.

Już upokorzenie jakie zgotował Polsce Trump, gdy zabrakło krzesła dla Prezydenta Dudy było znakiem, że obecne władze USA uważają Pana ekipę za grono pożytecznych idiotów, którzy kupują drogi sprzęt wojskowy, ale nie mogą się postawić, gdyż sami stworzyli sobie politykę bezalternatywną.

Wybór Trumpa, który na oczach całego świata wybrał pole golfowe zamiast obiecanego świętowania z nami 80 rocznicy wybuchu wojny, pokazuje, że Polska pod Pańskimi rządami jest marginalizowana i wyszydzana.

Jutro obchodzimy rocznicę wybuchu wojny, do której przystąpiliśmy sami, gdyż sojusznicy nas zdradzili. Zdradzili dlatego, że polityka zagraniczna ministra Becka była prowadzona podobnie jak Pana bez uwzględnienia realiów międzynarodowych. Albo inaczej była bezdennie głupia. W roku 1938 wspólnie z Hitlerem rząd sanacyjny przeprowadził rozbiór Czechosłowacji, a w 1939 liczył na realizację sojuszu z Francją i Anglią przeciwko Hitlerowi.

Często się Pan odwołuje do tradycji tych rządów i w pewien sposób ma Pan rację. W pewien sposób jest Pan sukcesorem tej ówczesnej bezmyślności.

Obecnie Polska jest osamotniona tak jak w 1939, a sojusze które mamy nie są poparte realiami, gdyż z Pana winy poprzez zdradę wartości zachodnich w zakresie praworządności wykreślamy się ze świata zachodu, tak jak wykreśliliśmy się w 1938 sprzymierzając się z Hitlerem. A sojusze bez wspólnoty wartości to mit.

Jesteśmy sami, a jedynym winowajcą tej sytuacji jest Pan. Tylko korzystne otoczenie międzynarodowe powoduje, że dzisiaj nie odczuwamy jeszcze skutków tego osamotnienia. Ale taka koniunktura może nie trwać wiecznie.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych. – Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie

CHŁODNĄ KALKULACJĘ POLITYCZNĄ.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.
Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?
Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast

WAGA WIZYTY, RANGA JAKICHKOLWIEK OŚWIADCZEŃ, KTÓRE PADNĄ, JEST OCZYWIŚCIE NIEWSPÓŁMIERNA.

Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?
Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.

Czego możemy się spodziewać po wizycie?
To będzie wizyta raczej promocyjna i kurtuazyjna, więc

NIE NALEŻY SIĘ SPODZIEWAĆ ZNACZĄCYCH SŁÓW. GDYBY JEDNAK PADŁY SŁOWA, ŻE DEMOKRACJA JEST WCIĄŻ WAŻNA, BYŁBYM USATYSFAKCJONOWANY.

Obecność sekretarza stanu Mike’a Pompeo i sekretarza obrony każą też myśleć, że w tle mogą się odbywać rozmowy o dalszej współpracy między rządem USA a Polski, zwłaszcza w dziedzinie wojskowej i telefonii 5G.

Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

CORAZ WIĘCEJ POLAKÓW ZACZĘŁO UBIEGAĆ SIĘ O WIZĘ, ABY SPĘDZIĆ CZAS ZGODNIE Z DEKLAROWANYM ZAMIAREM, CZYLI NIE PODEJMUJĄC PRACY, NIE PRZEDŁUŻAJĄC POBYTU, NIE POPEŁNIAJĄC WYKROCZEŃ DROGOWYCH – TO SĄ PROCENTY, KTÓRE TAKŻE MAJĄ ZNACZENIE.

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?
Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

NASZA ROLA ZE WZGLĘDU NA TO MOGŁABY BYĆ JEDNOZNACZNIE POZYTYWNA, A NIESTETY TAKA NIE JEST W WYNIKU POSUNIĘĆ RZĄDU, KTÓRE KONFLIKTUJĄ NAS Z UE, ALE TEŻ REALIZUJĄ NIEKTÓRE ZADANIA, KTÓRE SPÓJNOŚCI Z NATO NIE SŁUŻĄ.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?
Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.

Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.

NASZA TROSKA WYNIKA Z TEGO, ŻE POLSKA DRYFUJE DZISIAJ W TAKI OBSZAR, DO TZW. SZAREJ STREFY. WSPOMNIENIE WRZEŚNIA 39 ROKU POWINNO BYĆ PRZESTROGĄ DLA NAS WSZYSTKICH.

Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę.

POLSKA KOJARZYŁA SIĘ IM Z NAJLEPSZYM: Z “SOLIDARNOŚCIĄ”, Z LECHEM WAŁĘSĄ, Z TAKIM AUTENTYCZNYM DĄŻENIEM POLAKÓW DO ŻYCIA W DEMOKRATYCZNYM KRAJU. DZIŚ TA OPINIA JUŻ JEST ODMIENNA. I TO BOLI, BARDZO BOLI.

Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

Co się dzieje w Wielkiej Brytanii? Pytam o Borisa Johnsona i jego inicjatywę zawieszenia parlamentu. Światowe komentarze mówią, że to „zawał kolebki demokracji parlamentarnej”.
To rzeczywiście niezwykle poważny kryzys parlamentaryzmu brytyjskiego, który przypomnijmy, był wzorem budowania demokratycznych struktur państwa na całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Brytyjczycy w tym sensie byli pionierami – Magna Carta, czyli wielka karta swobód i wolności pochodzi właśnie z Wysp Brytyjskich i tym bardziej to, co dziś się dzieje, jest szokujące. Myślę, że premier Johnson zapłaci polityczną cenę m.in. za to, że opinia o Zjednoczonym Królestwie jest bezprzykładnie rujnowana. Świat polityki, niemal cały, jest w szoku, bo po to, aby realizować swój plan polityczny, sięga się do środków – po raz pierwszy – które do tej pory dla Brytyjczyków były święte.

To zresztą już podzieliło społeczeństwo brytyjskie. Co minutę, jak piszą brytyjskie media, napływa 1000 podpisów pod petycją, żeby parlament pracował i miał swój głos. To jest emanacja woli ludu, a pamiętajmy, że w Wielkiej Brytanii wybory dokonują się w jednomandatowych okręgach. Jest tam zatem głębokie poczucie więzi z wyborcą.

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE NA SWÓJ SPOSÓB TO JEST TEŻ TRAGEDIA WYNIKAJĄCA Z DOMINACJI CELÓW POLITYCZNYCH NAD ZASADAMI. U NAS CIERPIMY ZRESZTĄ NA TO SAMO.

Konstytucja, zapisy prawa, zasady nie są szanowane w myśl, „nie oddam panu płaszcza i co mi pan zrobi”. To myślenie, że nie konsekwencje są ważne, tylko cel. Skutki będą z całą pewnością dramatyczne.

Starszym panom z Episkopatu marzy się chyba struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Uważajcie na szkoły, bo będą demoralizować wasze dzieci – ostrzegli we wtorek biskupi i wezwali katolickich szalikowców, by sformowali ruch pomagający narzucać Polsce kościelną ortodoksję. Rodzice, wchodźcie do trójek klasowych – napisali. Pewnie starszym panom z Episkopatu marzy się struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Wielkim zagrożeniem ma być zdaniem biskupów „permisywizm”, czyli zła tolerancja. Z tak ogólnie sformułowanym sądem można by się nawet zgodzić. Pytanie tylko, co miałby obejmować ten nikczemny „permisywizm”. Czego miałby dotyczyć. Bo zagrożeniem dla tysięcy polskich dzieci jest nie ten permisywizm, który zwalczają biskupi, lecz ten polegający na bezkrytycznym wpuszczaniu do szkół katolickich fanatyków indoktrynujących młodzież na lekcjach religii.

Dla pełnej precyzji: nie mam na myśli wszystkich katechetów, wśród nich też trafiają się osoby kulturalne, światłe i rozsądne. Jednak jakoś tak się dziwnie złożyło, że w swoim bezpośrednim otoczeniu miałem do czynienia z co najmniej dwoma przypadkami kompletnych kretynów, którzy nigdy w życiu nie powinni być wpuszczeni do żadnej szkoły.

Przypadek pierwszy to katechetka (siostra zakonna), która 6-letniej córeczce sąsiadów opowiadała brednie, że Harry Potter to „znak szatana”. Przypadek drugi dotyczył bezpośrednio mojej córki, dziś już licealistki, która parę lat temu przyszła wzburzona ze swojej podstawówki, skarżąc się, że ksiądz wywiesił na tablicy ogłoszenie, iż nie można drążyć dyń, bo Halloween to szatan, piekło i grzech. Oczywiście poleciałem do szkoły i zrobiłem awanturę dyrektorce, która spacyfikowała idiotę i kazała mu te bzdury zdjąć z tablicy.

Po tych doświadczeniach, a także po lekturze licznych artykułów informujących o podobnych sprawach, a także o dużo większych winach duchownych – z przestępstwami pedofilii włącznie – wiem jedno: permisywizm polegający na wpuszczaniu Kościoła do szkół i zgadzaniu się, by się tam panoszył bez żadnej kontroli, jest groźny dla wychowania młodzieży. A jeśli miałbym wskazać jakąś zorganizowaną siłę czy instytucję, która zagraża rozwojowi polskich dzieci i ma na nie zły wpływ wychowawczy, to bynajmniej nie jest to Kampania przeciw Homofobii, lecz Episkopat Polski.

Dziś biskupi szczują swoich wiernych fanatyków przeciw świeckim szkołom. W istocie robią to samo, co Jarosław Kaczyński, który dla zdobycia i utrzymania władzy szczuje jednych Polaków na drugich, dzieląc społeczeństwo i wykopując w nim – z cynicznym wyrachowaniem – rowy nienawiści. Biskupi myślą zapewne, że ocalą swój chylący się ku upadkowi rząd dusz, jeśli zmobilizują katolickich hunwejbinów i rzucą ich do walki z miazmatami europejskiego oświecenia. Pewnie liczą, że dzięki temu będą mogli robić dalej to samo, co do tej pory: prawem kaduka mówić Polakom, jak mają żyć, i narzucać im swoje reguły.

O święta naiwności! Najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób robią wielki krok w kierunku laicyzacji i dechrystianizacji Polski. Ja z tego powodu nie będę płakać, jednak prawdziwi polscy chrześcijanie, których garstka może jeszcze przetrwała w jakichś katakumbach, powinni być zaniepokojeni i zmartwieni.

Reklamy

Donald Trump wywinął PiS-owi orła

Prezydent USA Donald Trump odwołał wizytę w Polsce. Oficjalny powód – zbliżające się do Florydy tornado. Trump miał wziąć udział w obchodach 80 rocznicy II wojny światowej. Do Warszawy przyleci wiceprezydent Mike Pence.

Wiadomość wywołała falę komentarzy. Niektórych, jak Tomasza Lisa z „Newsweeka” nie do końca przekonał podany powód: – „Podróż Trumpa do Polski odwołana pod pretekstem huraganu, który może, podkreślić – może uderzyć we Florydę. Tia… Karczewski niech dzwoni do swego kumpla, ciepłego człowieka z Białorusi”. A jeden z internautów dodał: – „Trump również mógł powiedzieć, że pies zjadł mu paszport”.

Inni internauci zwracali uwagę na inny aspekt zagadnienia: – „Tymczasem gdzieś z okolic Nowogrodzkiej słychać pewnie wycie, bo kampania z Trumpem i kampania bez Trumpa to nie to samo…”;

„I w tym momencie sztab PiS musi przepisać scenariusze klipów wyborczych i wyliczyć naprędce, czy Pence przebija Czajkę czy jednak wciąż rozkręcamy shitstorm w przekazie dnia”; – „Kaczyński jest dla Trumpa niewygodnym partnerem, zwłaszcza jeśli chce wywalczyć reelekcję. Amerykanie wszelkie kontakty z dyktaturami oceniają negatywnie”.

Każdy dzień przynosi nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Chyba powoli zaczyna się nam objawiać ukryty sens bojowego zawołania zbrojnych w bejsbole szwadronów z Białegostoku: „Bóg – Wyp..lać – Honor – Wyp..lać – Ojczyzna – Wyp…lać!”. Pierwszy posłuchał Honor, o którym w otoczeniu pana prezesa słuch zaginął dobrych kilka lat temu, więc teraz próżno by go szukać w najciemniejszych nawet zakamarkach Ministerstwa Sprawiedliwości. O obu Pałacach to już nawet nie wspominając.

Wszyscy znają sytuację, a każdy dzień przynosi coraz to nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawa” „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Teraz honorowe jest utrzymywanie (ostatnio uczynił to publicznie premier Morawiecki), że „minister Ziobro o niczym nie wiedział”, bo przecież ministerstwo – wiadomo – pełne jest sędziów wyjątkowo zdemoralizowanych. Wezwania do jego dymisji są więc – co oczywiste – zupełnie bez sensu. Sam zainteresowany milczy, zapewne z przepracowania, jako że redaguje teraz po nocach… kodeks etyczny, „regulujący zasady zachowania sędziów w sieci”. Szkoda tylko, że premier przy okazji nie podał aktualnie obowiązującej wykładni pojęcia „etyka”.

W zasadzie nie musiał, bo uczynił to za niego były już zastępca ministra Ziobry, zapewniając Małą Emi, że „dobra zmiana” nie wsadza za „dobro”. Zatem dobre jest – co skądinąd oczywiste – to, co służy interesom partii pana prezesa – w tym wypadku przeprowadzenie dowodu na degenerację moralną i zawodową „kasty sędziowskiej”.

Tak jak w przypadku legendarnego „układu”, tropionego przez ministra Ziobrę za poprzedniej kadencji PiS-u, „dobre” są otóż wszystkie środki, które prowadzą do celu. Toteż w sytuacji, kiedy „kasty” – podobnie jak wzmiankowanego wcześniej „układu” czy „spisku smoleńskiego” – pomimo licznych starań i wysiłków nie udaje się zdemaskować, trzeba ją (kastę, znaczy) po prostu stworzyć od podstaw. Bo przecież partia, a zwłaszcza jej prezes, nie mogą się mylić lub – co gorsza – kłamać w żywe oczy. I tym właśnie – kreatywną pracą u owych podstaw – zajmowała się grupa towarzyska, znana pod pseudonimem KastaWatch. Taka praca zlecona po godzinach, ku chwale „naszych kolegów”.

 

Chociaż nie – w działalności owej grupy towarzyskiej zdarzały się też zachowania karygodne i – potencjalnie – kompromitujące. Rzecznik nowej KRS Maciej Mitera, zapytany o to w programie Konrada Piaseckiego, za największą skazę moralną jednego z domniemanych członków KastaWatch sędziego Tomasza Szmydta (prywatnie męża Małej Emi) uznał „błąd w wyborze żony”. Jak to mówią rodacy prezydenta Trumpa – no comment.

Co do Boga – to ten jeszcze się waha, ale już wkrótce uda się chyba w ślady Honoru. Po wypowiedziach członków Episkopatu, popierających wypowiedź biskupa Jędraszewskiego na temat „tęczowej zarazy” będzie chyba musiał abdykować z polskiego tronu na Jasnej Górze i – w proteście – przejść na protestantyzm.

Ważą się także, choć może mniej dramatycznie, losy Ojczyzny, bo z jednej strony grozi nam, że – w wyniku usilnych starań partii aktualnie rządzącej – w pociągu do Brukseli będziemy musieli podróżować drugą klasą, a z drugiej, kto wie, czy nie czeka nas kolejny cichy rozbiór Polski. A to za sprawą grupy „reparacjonistów”, przy każdej nadarzającej się okazji podnoszących publicznie kwestię odszkodowań od Niemiec za straty wojenne. Ostatnio wspominał o tym pan premier, deklarując publicznie zamiar rewizji powojennych traktatów, bo – jako zawierane przez komunistów – teraz nie są ponoć dla nas nic a nic wiążące.

Tyle że Niemcy, upewniwszy się co do intencji rządu, są – zdaje się – gotowi ubić z nami ten interes. Coraz częściej politycy zza Odry przyznają więc, że owszem, traktaty można, ba – trzeba renegocjować i cóż – niech będzie, że zapłacą nam fortunę. No, ale skoro zaczynamy wszystko od nowa, to pozostaje jeszcze mały drobiazg. Zwrot pozostawionych nam w depozycie (jak rozumiemy – tylko do czasu zaspokojenia roszczeń finansowych) Ziem Odzyskanych. Z Breslau na czele.

Cóż – Breslau, nie Breslau, ale nieruchomości w okolicach obwodnicy będą wtedy warte górę euro. A pan premier, właściciel licznych działek i lokali we Wrocławiu, co jak co, ale do interesów, to jednak głowę ma.

Więc i Ojczyzna może wkrótce spełnić postulat bojówkarzy z Białegostoku, dzieląc losy Honoru i Boga. I wtedy niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Kaczyńskiemu należy się ogromny pomnik z marmuru w formie klozetu, bo śmierdzi w kraju, a w UE zatykają nosy

Obserwując okładki prorządowych tygodników, można było już zobaczyć tak wielką kreatywność twórców, że rzadko kiedy w rachubę wchodzi zaskoczenie. Teraz jednak Tygodnik “Sieci” braci Karnowskich, w swoim najnowszym wydaniu przesuwa granicę kreowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego na wydaje się najwyższy możliwy poziom.

Lider PiS zostaje bowiem porównany do Donalda Trumpa, kiedy to obaj przywódcy niczym równi sobie liderzy świata są zestawieni ze wspólnym potężnym obozem wrogich sił, które chcą ich zniszczyć. W wiele mówiącym wydaniu “Mężowie stanu pod ostrzałem!” tygodnik stara się przekonać, że obu liderów “łączy więcej niż myślicie”, ponieważ m.in. “wygrali wbrew mediom i kastom. Rozkręcili gospodarki i wzmocnili państwa”. Karnowscy postawili tutaj na radykalny patetyzm, co oddaje zapowiedź nowego wydania tygodnika:

Tygodnik prezentuje podobieństwa drogi dojścia do władzy obu polityków, którzy oparli się na frustracji znacznej części społeczeństwa, które miały poczucie braku perspektyw. Tygodnik mówi o pewnej “niepoprawności politycznej obu panów, specyficznej i rzadkiej wśród polityków – naturalności”:

Obaj dostrzegli siłę w zapomnianej, a potem otwarcie pogardzane przez liberałów „milczącej większości”. Momentem zwrotnym w kampanii Hillary Clinton było nazwanie wyborców Trumpa „godnymi pożałowania”. Polscy liberałowie do dziś nie mogą zrozumieć, skąd bierze się siła PiS i ich niemożność przebicia szklanego sufitu. Najlepiej wyraziła to promowana przez polskich celebrytów grafika szydząca z „moherowych” Polaków, biorących świadczenie 500+ i porównuje ich do kundli kierujących przed panem. Dopiero oskarżenia o klasizm (zestawiony z rasizmem), płynące ze strony przedstawiciela nowej lewicy Jana Śpiewaka, spowodowały zniknięcie tego rysunku z profilu aktorki Krystyny Jandy”.

Autor tekstu stawia śmiałą tezę, że można postawić znak równości miedzy narracjami polskiej i amerykańskiej opozycji, które opierają się w trzech hasłach na„R”: Rosja, rasizm i recesja”. Powyższe mają być oczywiście wyssanymi z palca starszakami, kiedy to mimo braku pokrycia w rzeczywistości mają zniechęcić wyborców do skutków polityki prawicy:

“Polska może się pochwalić rekordowo niskim bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Obniżający podatki Trump również poruszył gospodarkę bardziej, niż spodziewali się tego najbardziej optymistyczni analitycy. Zwolennicy demokratów, tacy jak Bill Maher, wpływowy prowadzący polityczno-satyryczny show na HBO, mówią wprost, że życzą Ameryce recesji gospodarczej, byleby przepędzić Trumpa z Białego Domu. Polska opozycja chętnie straszy kryzysem gospodarczym spowodowanym przez socjalną politykę PiS (sama obiecując jeszcze większe transfery finansowe w tym obszarze).U nas podobną rzecz do Mahera ogłosił przecież doradca Ryszarda Petru i potem Roberta Biedronia – Jakub Bierzyński”.

Problem tygodnika “Sieci” polega na tym, że stawianie znaku równości między Trumpem a Kaczyńskim jest daleko idącym skokiem w logice, a w wielu punktach dla samego prezesa mało korzystnym. Donald Trump nie jest bowiem wbrew narracji prorządowych mediów “naturalny”, ale wulgarny i infantylny. Ciężko bowiem zliczyć ilość obelg, jaką wylał prezydent USA na swoim koncie na Twitterze. Politykowi bliżej bowiem do Krystyny Pawłowicz niż do prezesa w tym względzie. Jarosław Kaczyński nie boi się używać języka pogardy, ale tutaj każdy atak ma swój konkretny cel, a metody używane przez lidera PiS są bardziej dyskretne od Trumpa. Wyborcy PiS nie widzą bowiem choćby w agresywnych atakach na mniejszości przejawów mowy nienawiści. Wyzywającego przeciwników od idiotów Trumpa ciężko tak określić. Także teza tygodnika, że źródła władzy obu polityków są tożsame jest błędna. Obaj używali podobnych narzędzi, ale z różnym skutkiem.

Nie jest bowiem w USA tajemnicą, że Donald Trump nie poszerzył elektoratu partii republikańskiej wbrew swoim buńczucznym deklaracjom (liczba głosów na niego oddana nie jest wyższa niż republikańskich przeciwników Obamy), a jego zwycięstwo stało się możliwe nie dzięki mobilizacji własnego elektoratu, ale demobilizacji demokratów i systemu politycznego, który dał Biały Dom człowiekowi, który zebrał mniej głosów od konkurentki.

W kwestii polityki państwowej porównanie Kaczyńskiego i Trumpa zaś zupełnie nie ma racji bytu. Donald Trump może sobie przypisywać wzmocnienie gospodarki, ponieważ obniżył jeden z najwyższych na świecie amerykański CIT, co zachęciło wiele korporacji do sprowadzenia swoich zamorskich aktywów z powrotem do USA – w Ameryce trzeba bowiem opłacić również podatek będący różnicą stawek CIT pomiędzy krajami, przez co sprowadzanie zysków było wcześniej dla korporacji zwyczajnie nieopłacalne. Jednak na jego reformie podatkowej nie zyskali najbiedniejsi, których zysk wynika tutaj głośnie z poprawy ogólnej koniunktury, która jednak została wtórnie osłabiona rozpoczętą wojną handlową. Warto również pamiętać, że odbyło się to za cenę rekordowego wręcz tempa zadłużania USA. W przeciwieństwie do PiS Trump potrafi jednak uzyskać ustępstwa na arenie międzynarodowej. Polityk zmusił do takich choćby Koreę Południową, w początkowej fazie konfliktu z Chinami te także były gotowe iść na korzystne dla Ameryki ustępstwa. Także w kategoriach geopolitycznych, choć Trump wywołał wielki chaos kłócąc się z sojusznikami i wypowiadając porozumienie z Iranem i pakt klimatyczny, to jednak jego ostry kurs wobec Chin wielu postrzega jako konieczność dla zachowania amerykańskiej dominacji. Mamy zatem obraz, który nie jest zupełnie czarno-biały.

W przypadku PiS ciężko się zaś dopatrywać się podobnych odcieni szarości. Rządzący nie przeprowadzili bowiem żadnej istotnej obniżki podatków, a wręcz przeciwnie wprowadzili kilkadziesiąt podwyżek, które wydrenowały z naszych kieszeni dziesiątki miliardów złotych na świadczenia “plus”. Nasz wzrost gospodarczy nie jest bowiem zasługa naszej mądrej polityki gospodarczej, ponieważ takiej nie mamy, kiedy to rosną lawinowo wydatki prokonsumpcyjne, to strukturalne reformy państwa nie są podejmowane. Także oceniając obu polityków trzeba brać pod uwagę, że USA mogą sobie pozwolić na granie z pozycji siły jako pierwsza gospodarka świata, która ma niewielkie uzależnienie od eksportu. Polska, kraj uzależniony od handlu zagranicznego jak tlenu, bez wyrobionej podmiotowości międzynarodowej i skutecznych elit, nie może pozwalać sobie na podobna grę, czego prorządowy tygodnik staje się nie umieć dostrzec.

W jednym Sieci zdają się mieć rację. Taktyka opozycji tak w Polsce jak i za Oceanem wciąż jest w martwym punkcie, stąd Trump jak i Kaczyński mają szansę na kontynuowanie swojego politycznego bytu nie z powodu swojego teoretycznego “męstwa stanu”, ale zwyczajnej słabości swoich oponentów.

„Czytamy Konstytucję” – pod takim hasłem w serwisie YouTube powstał kanał, w którym tę najważniejszą w Polsce ustawę czytają ci, dla których jej treści nie są pustym dźwiękiem.

„Celem projektu jest promocja Konstytucji RP jako najważniejszego dokumentu prawnego w Polsce regularnie łamanego przez kastę rządzącą” – powiedział „GW” koordynator projektu Sławomir Majdański.

W projekcie zgodziło się wziąć udział wiele osób, reprezentujących różne środowiska. Konstytucję czytają m.in. prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, sędziowie: prof. Ewa Łętowska, prof. Marek Safjan, prof. Wojciech Sadurski, Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, aktorzy: Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, prezydenci miast, opozycjoniści z czasów PRL, ks. Wojciech Lemański.

Sądząc po pierwszych reakcjach prawej strony mediów społecznościowych, czytanie Konstytucji to prawie herezja. Nie sposób cytować obrzydliwych wpisów, komentujących ten projekt.

Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate.

W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi?

Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią.

Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.

Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku.

Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy…

Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.

Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć.

Do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił 11 tys. zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Inowrocławiu. Z ustaleń „GW” wynika, że 17 tys. wpłacił Ireneusz Stachowiak, prezes oddziału Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. A Damian Polak, zatrudniony w zależnej od państwowego Orlenu spółce Inowrocławskie Kopalnie Soli „Solino”, zasilił konto komitetu wyborczego PiS kwotą 10 tys. zł.

Nowo utworzona Izba Dyscyplinarna polskiego Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem UE” – brzmi w wielkim skrócie opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Jewgienija Tanczewa, w sprawie polskiego sądownictwa. Oczywiście z tego stanowiska nie jest zadowolona prawa strona polskiej polityki.

Zarówno politycy, jak i dziennikarze związani z PiS zaczęli „prześwietlać” rzecznika TSUE, doszukując się ciemnych kart w jego życiorysie. „Rzecznik Generalny TSUE to syn prominentnego komunisty nagrodzonego Nagrodą Lenina” – można przeczytać na stronie Salon24.

Papcio Peter Tanczew był w latach 1974-1989 przewodniczącym partii odpowiedniczki naszego PSL, prawej ręki Bułgarskiej Partii Komunistycznej.” Również wiceminister sprawiedliwości, Sebastian Kaleta nie omieszkał umieścić odpowiedniego wpisu na Twitterze: „a wiecie jak jest w Bułgarii? Na czele organu dyscyplinarnego stoi…Minister Sprawiedliwości Bułgarii. 11 spośród 25 członków powołuje parlament.”

Internauci nie kryją swego oburzenia wobec wpisu wiceministra, tym bardziej, że jeszcze w lutym szef polskiego MSZ przekonywał, że „Bułgaria to kraj naszych sojuszników.”

To, że partii rządzącej nie spodoba się opinia TSUE nie powinno być zaskoczeniem. Trudno jednak zrozumieć personalny atak na Tanczewa, tym bardziej, że jako rzecznik jest przedstawicielem całego składu TSUE, który zajął krytyczne stanowisko wobec pisowskich zmian w polskim sądownictwie. Szukanie w przeszłości czy przywoływanie sytuacji w Bułgarii jest zachowaniem, delikatnie pisząc, mało dojrzałym.

OKO.press ujawnił, że w oświadczeniach ministra Michała Dworczyka nie zostały zapisane dochody ze sprzedaży nieruchomości i udziały w domu, który został później przepisany żonie.

Ponadto OKO.press poinformował o kolejnych nieścisłościach w oświadczeniach ministra, który co najmniej dwanaście razy – jako radny, poseł i minister – zataił swoje udziały w spółce zapewniającej budynki i wyposażenie placówkom oświatowym pod patronatem Opus Dei.

Po publikacji Dworczyk natychmiast napisał oświadczenie na facebooku, informując przy okazji, że złożył już stosowne korekty wyjaśniające jego niedopatrzenia w oświadczeniach. „W związku z publikacją na portalu OKO.press uprzejmie informuję, że w 2008 roku zapisałem moje dziecko do przedszkola prowadzonego przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik. Dokonując zapisu uiściłem opłatę wpisową, która de facto była nabyciem 0,13% udziałów spółki, będącej organizacją non profit, Rodzice dla Szkoły. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnych pracach związanych z funkcjonowaniem w/w podmiotu. Nigdy też nie uzyskałem żadnych przychodów.”

W podobnym tonie Dworczyk wyjaśnia swoje „zapominalstwo” dotyczące nieruchomości.

W obronie kolegi stanął poseł PiS, Zbigniew Gryglas zapewniając, że minister „to uczciwy bardzo człowiek, który chce naprawić własne niedopatrzenia.”

Zupełnie innego zdania jest Marcin Kierwiński z PO, który powiedział: „tego typu uchybienia formalno-prawne są zawsze uchybieniami. W polskiej polityce zdarzały się bardzo poważne procesy karne związane z nieuwzględnieniem pewnych drobnych rzeczy w oświadczeniu majątkowym.”


Podobnego zdania jest dziennikarka Bianka Mikołajewska, która odniosła się do „niedopatrzenia” Dworczyka na Twitterze. „Opinia publiczna ma prawo oczekiwać od pana umiejętności wypełniania oświadczeń i rzetelności we wszystkich podejmowanych przez Pana działaniach. Przypominam Panu bardzo purytańskie stanowisko Pana partii w sprawie zegarka, którego nie wpisał do swojego oświadczenia minister rządu PO, Sławomir Nowak.

Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych – podkreśla

Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest opozycja?
Opozycja w tym momencie przyjęła rozsądną taktykę. Nie wiedząc, w jakiej konfiguracji pójdzie do jesiennych wyborów, ogranicza swoje wypowiedzi na zewnątrz, minimalizując ryzyko pojawiania się niespójnych przekazów. Powinna zresztą zrobić to już wcześniej.

Niespójne przekazy to dla potencjalnych wyborców sygnał słabości, wewnętrznych rozbieżności.

Ten stan nie może jednak trwać długo. Potencjalni wyborcy partii opozycyjnych czekają teraz na spójny komunikat, który będzie miał dwie części: w jakim składzie idziemy do wyborów i główne tematy kampanii, czyli to, co ma być najważniejszymi zmianami po wygranych wyborach.

Opozycja będzie się jednoczyć?
To w dużej mierze zależy od analiz sondaży, które będą się pojawiać, i symulacji wyników wyborczych. Mam przed sobą najnowsze badanie firmy Kantar, z którego wynika, że Zjednoczona Prawica w ciągu miesiąca straciła 6 punktów procentowych (34% poparcia), PO zyskała 3 punkty (24% poparcia), a SLD i PSL znalazły się poniżej progu wyborczego (po 4%). To pokazuje, że samo zjednoczenie z PSL-em i SLD w jednym bloku (przy wszystkich zastrzeżeniach co do prostego sumowania danych sondażowych) daje mniej więcej tyle samo poparcia, ile ma Zjednoczona Prawica. To sygnał, że warto się jednoczyć. Tymczasem z przecieków medialnych dowiadujemy się, że znaczna część partii opozycyjnych rozważa wariant łączenia się w mniejsze koalicje (np. Wiosna+SLD, PSL+Kukiz). W swoich archiwach odnalazłem symulację prof. Flisa, opierającą się na podobnych wynikach sondaży.

W sytuacji, kiedy PiS (formalnie Zjednoczoną Prawicę) popiera 36% wyborców, PO 23%, a reszta głosów oddana zostaje na pozostałe partie, PiS posiada od 226 do 237 posłów. Czyli ma ponownie większość lub do większości brakuje mu kilku posłów, których z łatwością pozyska z innych partii.

Podobno liczy się tylko wygrana w wyborach.
Jeżeli PO (po fuzji z Nowoczesną) pójdzie do wyborów sama, SLD dogada się z Wiosną Roberta Biedronia i uzyska ok. 10% poparcia, a PSL być może nieznacznie przekroczy próg wyborczy, oznacza to wysokie prawdopodobieństwo, że PiS przez następne 4 lata będzie rządzić samodzielnie.

Czyli jedyne wyjście to zjednoczenie opozycji?
Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych. Najważniejsze pytanie brzmi: co jest celem opozycji? Przejęcie rządów czy zabezpieczenie kilkunastu czy kilkudziesięciu miejsc w parlamencie dla swoich liderów i uzyskanie dotacji dla swoich partii? A na to pytanie nie mamy do tej pory jasnej odpowiedzi.

Racjonalność zwycięży?
Polityk to zawód jak każdy inny. Oni też martwią się, gdzie będą pracować przez najbliższe 4 lata.

Jeżeli górę weźmie kalkulacja indywidualna obliczona przede wszystkim na przetrwanie, to będziemy mieli po stronie opozycji przynajmniej trzy bloki. To bardzo dobra wiadomość dla PiS, który okazuje się jedyną partią, która potrafiła zintegrować większość partii prawicowych w jeden blok.

Tam również są znaczne różnice poglądów i interesów. W przeciwieństwie do wielu partii opozycyjnych nie są one ujawniane publicznie.

Grzegorz Schetyna mówi, że to będzie ważny sprawdzian dla opozycji. Rzeczywiście?
Na pewno. Przyznam, że w ogóle jestem zdziwiony dyskusją, która miała miejsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Znaczna część polityków i komentatorów właściwie orzekła, że PiS wygraną w wyborach parlamentarnych ma już w kieszeni. W naukach społecznych to jest klasyczny mechanizm samospełniającej się przepowiedni – jeżeli liderzy opinii publicznej mówią, że coś się zdarzy, to automatycznie przekłada się na poglądy ludzi i ich zachowania. Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża.

Opozycja musi nakręcić własną samospełniającą się przepowiednię?
Musi przede wszystkim pokazywać, że szanse na wygraną są realne.

Jeżeli sami politycy uwierzą, że nie da się tych wyborów wygrać, to strategia zabezpieczania miejsc pracy będzie miała niestety duże szanse powodzenia.

Musi wyjść do ludzi i tam pokazać, że będzie walczyć?
Przewidywania były takie, że szczególnie wybory do Parlamentu Europejskiego będą wyborami o niskiej frekwencji i przyciągną, podobnie jak w poprzednich wyborach, wielkomiejski, lepiej wykształcony elektorat. Dlatego niektórzy politycy wyszli z założenia, że nie warto się starać. Okazało się, że skuteczna kampania zmobilizowała wyborców PiS i zdemobilizowała wyborców opozycji. W porównaniu z wyborami do sejmików wojewódzkich z jesieni 2018 roku PiS pozyskał blisko milion dodatkowych wyborców, a partie wchodzące w skład Koalicji Europejskiej straciły 1,8 mln głosów.

Opozycja odrobiła lekcje i dlatego ruszyła „w teren”?
Oczywiście warto iść w te miejsca, gdzie można pozyskać dodatkowych zwolenników, odzyskać prawie 1,8 miliona głosów, które Koalicja Europejska straciła w porównaniu z wyborami samorządowymi i zakładając wyższą frekwencję, pozyskać nowych wyborców.

Potrzebna jest jednak dobra analiza tego, kim są ludzie, którzy nie poszli głosować, także kim są ci, którzy prawdopodobnie pójdą głosować, ale do tej pory na te partie nie głosowali.

PiS może sięgnąć po bardziej konserwatywny elektorat PO?
Wyjmowanie sobie wzajemnie elektoratu jest mało prawdopodobne. Analizy powyborcze pokazują, że dwa polityczne bloki mają swoich stałych zwolenników. Ale do wzięcia i tak jest bardzo dużo – ponad połowa ludzi, którzy zostali w domach. Przy tej skali mobilizacji i konfliktu politycznego można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że frekwencja wyborcza będzie oscylowała w granicach 60%,czyli do wyborów pójdzie ok. 18 mln Polaków. To o blisko 4,5 mln więcej, niż w wyborach europejskich. O nich trzeba zawalczyć.

PO-KO powołała swój sztab wyborczy, na jego czele stanął Krzysztof Brejza. To będzie nowy początek?
Skład sztabu wyborczego pracuje zazwyczaj w zaciszu gabinetów. Najważniejsze będzie to, kim będą twarze kampanii i kto znajdzie się na czołowych miejscach list wyborczych.

Kluczową sprawą będzie też to, w jaki sposób opozycja będzie rozliczać 4 lata rządów PiS-u. Do tej pory prawie w ogóle tego nie robiła.

Niektórzy mówią, że nic innego nie robiła.
Chodzi o to, żeby dokładnie przyjrzeć się temu, co rząd PiS-u zrobił w sferze usług publicznych czy programów społecznych i co zrobił, a właściwie czego nie zrobił w ochronie zdrowia, edukacji, ochronie środowiska. To jest klasyczny element kampanii wyborczej. Do tej pory wystarczyło hasło „anty-PiS”, ale bez wnikania, dlaczego.

Czyli przede wszystkim punktowanie rządzących, a nie własny program?
W ciągu ostatnich 4 lat uwidoczniła się istotna zmiana postrzegania państwa przez obywateli. Wielu Polaków uwierzyło, że politycy nie mają recepty na zapewnienie lepszych i bardziej dostępnych usług medycznych, dostarczenie wiedzy i umiejętności umożliwiających realizację indywidualnych aspiracji czy nawet ograniczenie smogu.

Zmiana polega na tym, że przy całej niechęci do instytucji państwowych partia rządząca zaoferowała bezpośredni zastrzyk gotówki.
PiS wyszedł z założenia, że skoro ludzie i tak uważają, że państwo jest niewydolne, to zamiast zajmować się poprawą sytuacji w służbie zdrowia, edukacji czy ochronie środowiska, wykorzystując rekordowy wzrost gospodarczy odda podatnikom część ich pieniędzy. Tak dużą część, że znacząco wpłynie to na poprawę ich sytuacji materialnej. Programy typu 500+ istnieją we wszystkich państwach Unii Europejskiej. PiS postanowił jednak zgrać va banque. Polskie zasiłki dla dzieci są porównywalne z zasiłkami w znacznie bogatszych państwach (Austria, Irlandia) i znacząco niższe, niż w u naszych sąsiadów (Słowacja, Czechy, Węgry).

Hasło: jesteśmy pierwsi, którzy dzielą się wzrostem gospodarczym, jest przez 4 lata motorem napędowym obecnej władzy. Opozycja została zepchnięta do narożnika. W tej chwili politycznym samobójstwem byłoby powiedzenie, że komuś odbierzemy.

Przez cztery lata opozycji nie udało się wytłumaczyć, że tak wielka skala transferów bezpośrednich sprawi, że w kolejnych latach nie będzie możliwe zwiększenie nakładów na edukację ochronę zdrowia czy walkę ze smogiem. Opozycji nie udało się także wytłumaczyć, że za 500 czy 1500 złotych nie można kupić ani dobrej edukacji, ani dobrej ochrony zdrowia, szczególnie na wsi czy w małych miastach, skąd pochodzi znaczna część wyborców PiS.

Samorządowcy będą ważnym wzmocnieniem opozycji na listach wyborczych?
Poparcie samorządowców musi być widoczne nie tylko w dużych, ale przede wszystkim w średnich i małych miastach. To tam mogą decydować się losy wyborów.

Może powinni zawalczyć przede wszystkim o Senat?
Zwycięstwo w Senacie może tylko czasowo opóźnić zmiany proponowane przez większość rządzącą. Zakładając, że PiS będzie miał większość w Sejmie, poprawki Senatu są odrzucane w Sejmie zwykłą większością głosów.

Przy zmianach, które sygnalizuje partia rządząca, zwycięstwo w Senacie nie wystarczy.

Donald Tusk usunął się w cień?
Wydaje mi się, że czeka na rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i dopiero wtedy podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Może wspierać opozycję z boku, ale na pewno nie stanie na jej czele przed jesiennymi wyborami.

Podobno ma być kandydatem na szefa Komisji Europejskiej, tak twierdzi np. Politico. To byłoby dla niego najlepsze rozwiązanie?
Takiego rozwiązania nie można wykluczyć. Historia wyborów szefów instytucji Unii Europejskiej dostarcza wielu przykładów, kiedy efektem braku poparcia dla głównych kandydatów był wybór innego polityka. Jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w przypadku Donalda Tuska, byłoby to wyjątkowe wydarzenie – po raz pierwszy od ostatnich zmian traktatowych w UE ktoś przeszedłby z jednego kluczowego stanowiska na drugie.

W kraju jego notowania spadają. Według najnowszego sondażu IBRiS dla portalu Onet największym zaufaniem cieszy się prezydent Andrzej Duda. Donald Tusk jest poza podium. Wyprzedzają go Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, a nawet Jarosław Kaczyński. O czym to świadczy?
Takie sondaże są jednak zawodnym miernikiem. Biorą pod uwagę głosy wszystkich Polaków, a nie tych, którzy chcą wziąć udział w wyborach.

Pamiętamy, że Bronisław Komorowski przegrał wybory, chociaż miał zdecydowanie większe poparcie, niż obecnie Andrzej Duda.

Taki sondaż wyraża bardziej życzeniowe i chwilowe myślenie Polaków, a gdy przychodzi do rzeczywistej rywalizacji, często okazuje się zawodny.

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

„Eee tam” – tak z grubsza odpowiadali funkcjonariusze PiS na pytania o przewidywane reakcje instytucji Unii Europejskiej na łamanie zasad państwa prawa przez polską władzę. Starali się to formułować w sposób bardziej dyplomatyczny, ale istota komunikatu brzmiała: „Nie podskoczą nam, mogą nas pocałować gdzieś”.

Wygląda na to, że ludzie władzy przez całe lata naprawdę sądzili, że mogą bezkarnie robić, co im się podoba, nie przejmując się obowiązującymi w Europie standardami. Do niedawna. Wydana ostatnio opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Ewgenija Tanczewa, który stwierdził, że obsadzona przez ludzi PiS Krajowa Rada Sądownictwa oraz Izba Dyscyplinarna SN nie spełniają wymogów niezależnego sądownictwa, powinna być dla nich dzwonkiem alarmowym. Czas bezkarności się kończy. Zaczyna się czas kar i konsekwencji.

Opinia Tanczewa jest prognostykiem pozwalającym przewidzieć jesienny wyrok TSUE. Wprawdzie wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki zareagował bagatelizującym stwierdzeniem: „Szanujemy, ale nie musimy się przejmować” – ale zapewne była to tylko poza, mająca pokryć zakłopotanie i złość. Nawet jeśli potraktujemy PiS jako obszar strukturalnej nędzy intelektualnej, nie wydaje się możliwe, by ważny polityk tej partii naprawdę nie rozumiał powagi sytuacji.

Wyrok TSUE da sędziom podstawę do bojkotowania i ignorowania Izby Dyscyplinarnej, podważy też prawomocność decyzji KRS. W gruncie rzeczy będzie początkiem erozji panowania partii Kaczyńskiego nad wymiarem sprawiedliwości. Tylko od determinacji oraz odwagi sędziów będzie zależało, jak radykalny będzie ich bunt – czy posuną się do całościowego zakwestionowania władzy PiS i czy zaczną ignorować decyzje i polecenia płynące od Ziobry i jego nominatów (osobiście gorąco bym ich do tego namawiał).

Europejska machina ruszyła jak żółw ociężale

Dlaczego PiS uwierzył w swoją potęgę i bezkarność? Być może zasugerował się postawą UE wobec Viktora Orbána, któremu liczne wybryki długo uchodziły na sucho. Tyle tylko, że ciężar polityczny 10-milionowych Węgier jest nieporównywalny z rangą i wagą Polski. Bruksela mogła sobie pozwolić na tolerowanie polityki węgierskiego autokraty, uznając, że mały kraj na obrzeżach Unii nie stanie się rozsadnikiem antydemokratycznej gangreny i nie zagrozi spójności całego organizmu europejskiego. Zresztą sam Orbán dość umiejętnie poruszał się na brukselskich salonach i długo potrafił prezentować tu zupełnie inne oblicze niż w kraju.

Gdy jednak do kontestujących europejskie zasady Węgier dołączyła blisko 40-milionowa Polska, kraj kluczowy we wschodniej części Unii, sytuacja zrobiła się poważna. Brukselscy decydenci nie mogli dłużej przymykać oczu na problem i udawać, że nic się nie dzieje.

Unia Europejska jest wielką i skomplikowaną konstrukcją, cechuje ją spora inercja. Od wciśnięcia guzika „start” do momentu, aż machina się rozpędzi, mijają nie miesiące nawet, lecz lata. Jednak w końcu uruchomione procesy owocują konkretnymi decyzjami i posunięciami. Guzik został naciśnięty już dość dawno i teraz obserwujemy jak potężna europejska maszyneria nabiera prędkości. Para buch, koła w ruch.

Przygotujmy się na kary. Będzie bolało

„Unia poczyniła pierwsze kroki na drodze do skutecznego zwalczania przestępstw popełnianych przez państwa członkowskie – np. wprowadzając kryterium przestrzegania prawa do mechanizmu rozdziału funduszy na rozwój” – piszą w „Gazecie Wyborczej” dwaj węgierscy autorzy Bálint Madlovics i Bálint Magyar (ten ostatni, były minister edukacji, jest autorem głośnej książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”).

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

Jestem gotów się założyć, że w nadchodzących miesiącach będziemy świadkami kolejnych kar, nakładanych na kraje łamiące wspólne zasady – czyli na Polskę i Węgry. Można się spodziewać, że instytucje unijne, podejmując decyzje w różnych sprawach, w sposób demonstracyjny będą ignorować interesy Warszawy czy Budapesztu. Zapewne Polska i Węgry poniosą też dotkliwe konsekwencje finansowe, choćby przy rozdziale nowych funduszy. Także w rozliczeniach dotychczasowych programów finansowych można się spodziewać szczególnej surowości europejskich kontrolerów.

W sumie więc – będzie bolało. Niestety wszystkich – nie tylko polityków i wyborców PiS, choć tak byłoby najsprawiedliwiej.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Nikczemność Kaczyńskiego

>>>

 „To, co powiedział prezes Jarosław Kaczyński jest absurdalne. To klasyczny przykład fake newsa. Zdecydowanie się temu sprzeciwiam i będę żądał sprostowania, jak również przeprosin” – powiedział były premier Jan Krzysztof Bielecki w Polsat News. Chodzi o wypowiedź prezesa PiS, który stwierdził, że to właśnie Bielecki rzekomo miał proponować likwidację polskiej armii.

„Proponowano mi, a dokładnie to był premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego, Polska miała być krajem bez armii. Polska jako podmiot polityki zagranicznej miała zostać zlikwidowana” – stwierdził prezes PiS podczas sobotniego Zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale. Więcej na ten temat w artykule „Kaczyński ogłosił publicznie kolejne zagrożenie, przed którym może obronić Polskę tylko PiS”.

„Nie jest problemem, że jest taki JK i czasami bredzi. Problemem jest to, że duża grupa ludzi uwierzy w te brednie, bo wypowiedział je sam JK” – skomentował jeden z internautów.

„JK: „Proponowano wtedy (w 91), a dokładnie premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego. Polska miała być krajem bez armii”. Panie Kaczyński: Pan wie, że to obrzydliwe kłamstwo. Do tej pory pozywał Pan polityków PO. Teraz czas na Pana. Z tą różnicą, że teraz jest za co” – podsumował Andrzej Halicki z PO.

„Myślę, że wywrzaskujący swe wystąpienia A. Duda, powinien się powstrzymać od nazywania swych oponentów „krzykaczami” – skomentował na Twitterze Tomasz Lis wypowiedź prezydenta. Podczas objazdu Stanów Zjednoczonych Andrzej Duda zareagował na wiele krytycznych głosów, że zakup myśliwców F-35 kosztuje Polskę zbyt dużo.

„Nie ma jeszcze cen, nie ma szczegółowych warunków. Nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi. Bardzo proszę wszystkich krzykaczy o spokój” – stwierdził Duda. – „A krzykacze to kto? I kto to mówi?! Adrian zabiera się do połajanek? To mogłoby być śmieszne, a jest tragiczne”; – „Groteskowy wrzaskun o „krzykaczach”; – „Proszę krzykaczy o spokój, te samoloty to tylko wyborcza ściema!” – wtórowali Lisowi inni internauci.

Z kolei do pierwszej części wypowiedzi odniósł się na Twitterze prof. Wojciech Sadurski: – „Prezydent Duda o zakupie F-35: „Nie ma jeszcze ceny, nie ma warunków, nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi”. To gdzie ten wielki sukces?”.

Internauci i ten wątek komentowali: – „Czyli wszystko Patrykiem na wodzie. PAD to potwierdził własnymi ustami. Gdzie sukces, no gdzie? A może na szczęście g… o załatwił?”; – „Już raz łódź podwodną tak w Australii kupował”; – „Przecież idą wybory… Musieli napompować ludzi czymś wielkim i wyjątkowym. No przecież 1000 żołnierzy nie robi wrażenia, bo żołnierze już są. A kto z wyborców PiS będzie dociekał prawdy. Partia myśli, oni nie muszą”.

Największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa

Kiedy partia Kaczyńskiego zawłaszczała telewizję publiczną, nawet rozsądni politycy wzruszali ramionami przywołując przykład komuny, gdzie w informacje Dziennika TV mało kto wierzył, a głoszone tam poglądy były przedmiotem kpin i setek żartów.  Spodziewano się, że rodacy i tym razem nie dadzą się nabierać, że masowo opuszczą widownię TV publicznej i powiększą grono widzów stacji niezależnych od rządzących. Istotnie, po 2015 roku wielu odeszło od telewizji zaanektowanej przez PiS, ale w ostatnich miesiącach widzowie coraz liczniej zaczęli wracać do państwowego nadawcy.  W ubiegłym roku na telewizyjnym rynku zwiększył się udział zarówno publicznej „jedynki”, jak i „dwójki”. Co więcej: TVP1 pokonała TVN, ustępując tylko Polsatowi.

Nie jest zaskoczeniem, że PiS odniósł w wyborach największy sukces tam, gdzie telewizja publiczna cieszy się największą popularnością. Obie mapy notowań nakładają się na siebie z sakramencką precyzją.  A równocześnie w rejonach z przewagą wyborców PiS znacznie więcej jest „ofiar jednostronnej indoktrynacji”, a mniej telewidzów śledzących jeszcze jakąś inną stację informacyjną. Zdawałoby się, że naród z doświadczeniami okupacji i komuny na dziesięciolecia pozostanie sceptyczny wobec rządzących, że nie uwierzy żadnemu despocie i nie pozwoli się otumanić. A jednak przybywa Polaków, którzy dają się nabierać zdemoralizowanemu autokracie. Dlaczego?

Część odpowiedzi znaleźć można w wywiadach i postach telewidzów na stronie tvpinfo: Bo dają pełny obraz każdej sprawy i kiedy prezentują jakiś temat, to na końcu nie ma już o co pytać. Bo mówią prostym językiem i nie trzeba się wysilać, żeby zrozumieć, o co chodzi. Bo obraz świata w TVP Info jest klarowny, kontrastowy i wyraźny. Bo w rządowych mediach politycy rzadko się kłócą i nie przerywają sobie. Bo TVPInfo jest dostępna dla każdego Polaka, a jak chce się mieć na przykład TVN24, to trzeba osobno płacić za kablówkę albo satelitę. Bo zawsze prezentują polski interes, a my przecież jesteśmy Polakami… Uderzające, że w deklaracjach przywiązania do telewizji publicznej rzadko przywoływany jest argument, który decyduje o oglądalności w cywilizowanych społeczeństwach. Jakby kryterium prawdy przestało mieć znaczenie. Jakby wiarygodni i niewiarygodni różnili się od siebie tylko liczbą zapewnień o własnej uczciwości oraz wagą oskarżeń, pomówień i epitetów, którymi obrzucany jest przeciwnik.

Szkoda miejsca na wyliczankę dowodów rozwalania budowanego przez lata etosu mediów publicznych i demolowania etyki zawodowej przez pracowników Jacka Kurskiego, uważających się za dziennikarzy.  Rada Języka Polskiego opublikowała raport, który jest dla TVP miażdżący. Spośród 306 ocenianych pasków informacyjnych, które ukazały się w głównych wydaniach „Wiadomości”, ogromna większość „powstała z myślą o wpływaniu na opinię odbiorcy komunikatu, a nie o dostarczeniu mu obiektywnego powiadomienia o danym zdarzeniu” . Oceniono, że TVP nie wypełnia nałożonego na nią ustawowo obowiązku rzetelnej, obiektywnej i niezależnej informacji. I co? I nic. Krajowa Rada Radiofonii nie zajmie się niekorzystną dla TVP analizą , bo ma ona jakieś „mankamenty w zakresie metodologii„.  Informacja o tych badaniach i bezczelnej reakcji organu powołanego do ochrony wiarygodności mediów elektronicznych dotarła do opinii publicznej i bynajmniej nie odstręczyła widzów od TVP. Przeciwnie. Dla coraz większej liczby odbiorców wiarygodność przestaje się liczyć.

Owszem, są wyznawcy PiS, którzy uwierzą w każdą narrację wymyśloną przez inżynierów dusz z partyjnej komórki propagandy i agitacji. Są też ludzie, którzy żyją w telewizyjnej bańce informacyjnej i nie weryfikują pozyskanych informacji, bo nie mają czasu, bo nie interesują się polityką, albo: bo nie i już. Tak bywa w każdym kraju. Polska specyfika polega jednak na tym, że przybywa odbiorców, dla których łgarstwa PiS są oczywiste mimo wysiłków funkcjonariuszy władzy idących w zaparte, czyli rośnie liczba Polaków, którzy ignorują kłamstwo. Przywykli? A może zaakceptowali fałsz jako oczywistą i naturalną formę uprawiania polityki? Może doszli do wniosku, że wszyscy politycy kłamią i kradną, ale jeśli jedni z nich dzielą się ukradzionym dobrem, to mniejsza o ich kłamstwa? Może uznali, że z dwojga złego cel – korzyść własna i sukces własnej formacji – uświęca stosowany środek, usprawiedliwia posługiwanie się nieuczciwymi metodami? A może doszli do wniosku, że telewizja zawsze kłamała i kłamać będzie, więc nie należy nadawać jakiekolwiek znaczenia jej wiarygodności?

Wielkim sukcesem Jarosława Kaczyńskiego jest zniszczenie zapisanych w prawie mechanizmów zabezpieczających wolność słowa i chroniących media publiczne przed zagarnięciem przez polityków jednej partii. A największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa oraz oswojenie chamstwa, pazerności i przekrętów, które dla wielu, tak jak kiedyś w PRL, stały się znowu objawami życiowej zaradności.

Wykład Asha tutaj >>>

Kto tak śmierdzi w Polsce?

Co tak w Polsce śmierdzi?

Prezes PiS Jarosław Kaczyński pozywa Platformę Obywatelską i jej posłów za łączenie go z aferą dotyczącą spółki Srebrna. – Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza, a Marcin Kierwiński dodaje: – Panie prezesie Kaczyński, jest pan jednym z obywateli tego państwa i obowiązuje pana to samo prawo, co innych obywateli.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie spodobało się to, że posłowie opozycji dopytywali o jego powiązania ze spółką Srebrna i aferą dotyczącą budowy dwóch wież w Warszawie.

Pozew dotyczy zarówno Platformy Obywatelskiej, jak i poszczególnych posłów – Krzysztofa Brejzy, Cezarego Tomczyka i Marcina Kierwińskiego. Chodzi o ochronę dóbr osobistych.

– Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza. – Będziemy pytać o to imperium, o oligarchię, która uwłaszczyła się na majątku publicznym poprzez spółkę Srebrną. Będziemy pytać o ten biznes deweloperski, interes życia Jarosława Kaczyńskiego, o szczegóły negocjacji z biznesmenem austriackim, i będziemy pytać, co w biurze partii robił prezes banku – dodaje Krzysztof Brejza.

Kilka pytań opozycji

Posłowie opozycji sprawę pozwu Kaczyńskiego chcą wykorzystać, aby zmusić prezesa do stawienia się w sądzie i odpowiedzenia na pytania odnośnie do Srebrnej i działalności biznesowej prezesa PiS-u. Do tej pory prokurator Renata Śpiewak, która zajmuje się sprawą Geralda Birgfellnera, nie zdecydowała się na przesłuchanie prezesa PiS.

– Składamy wniosek o to, aby to pan stawił się przed sądem i skorzystamy z tego pozwu, żeby spojrzeć panu prosto w oczy i żeby zadać kilka pytań o spółkę Srebrna, reklamy państwowych firm uruchomionych w supertrybie do spółki Forum, będziemy pytać o inwestora, całą sprawę oszustwa – dodaje Krzysztof Brejza.

– Przypomina się przysłowie: pokaż mi swojego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Dziś trzeba jasno powiedzieć, że całe państwo PiS zostało użyte po aferze spółki Srebrna, aby uderzyć w niezależnych dziennikarzy i posłów – mówi Cezary Tomczyk.

– Nie można pozwolić, żeby państwo prawa przerodziło się w państwo Prawa i Sprawiedliwości, bo to taka różnica, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. My musimy dziś stać po stronie prawa i po stronie zasad i nie możemy pozwolić na to, aby sprawa spółki Srebrna została zamieciona pod dywan – dodaje Tomczyk.

„Po ujawnieniu rozrostu aparatu kadrowego w ministerstwach jest i odp. z KPRM. 2015 – 583 pracowników / 56 funkcji kierowniczych. 2019 – 714 pracowników / 80 funkcji kierowniczych. Rząd – wielki, większy, największy…” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO udostępnił odpowiedź Kancelarii Premiera na jego pytanie o stan zatrudnienia na początku 2015 i 2019 roku.

Ten przerost zatrudnienia Kancelaria tłumaczy m.in. likwidacją Ministerstwa Skarbu, którego pracownicy przeszli do KPRM. A w związku z powstaniem Centrum Analiz Strategicznych i Narodowego Instytutu Wolności trzeba było zatrudnić nowych.

Klupa znaczy kupa.

„Jako prawnicy widzimy wszystkie błędy i niebezpieczeństwa tej ustawy. Jako obywatele nie możemy milczeć. Naszym obowiązkiem jest zaprotestować. Przyjęte rozwiązania pozostają w sprzeczności z przepisami Konstytucji RP i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Zrywają z tysiącletnim dorobkiem europejskiej kultury prawnej, zbliżając nas do obcych kulturowo systemów i filozofii karania praktykowanych w niektórych państwach azjatyckich” – napisali w liście do Andrzeja Dudy profesorowie prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni obecnego prezydenta. Pod listem podpisali się m.in. prof. Jan Widacki, prof. Andrzej Zoll, prof. Stanisław Waltoś prof. Andrzej Mączyński, prof. Piotr Kardas.

Sygnatariusze apelują, że Duda zawetował przegłosowaną w Sejmie i Senacie przez posłów PiS nowelizację Kodeksu karnego. – „W sytuacji, gdy ta zła ustawa została w sposób skandaliczny i bezrefleksyjny przyjęta przez parlament, tylko Pana weto może powstrzymać wejście jej w życie i wyrządzenie nieodwracalnych szkód społecznych, nieodwracalnych szkód poniesionych przez poszczególnych ludzi, szkód dla Polski” – napisali profesorowie.

Według profesorów, pisowska nowelizacja „cofa nas co najmniej o wiek”. – „Twórcy ustawy, poza kilkoma demagogicznymi, na ogół nieprawdziwymi hasłami, nie potrafili rzeczowo podać celu, jakiemu ta nowelizacja ma służyć ani co zmusza do jej wprowadzenia w tak wielkim pośpiechu. Jako prawnicy zdajemy sobie sprawę z wadliwości i społecznej szkodliwości wprowadzanych uregulowań, z kłamliwości jej publicznych uzasadnień. Tę ustawę uchwalano w niedopuszczalnym trybie, bez żadnej rzeczowej konsultacji, bez wysłuchania ekspertów, w warunkach paniki moralnej i silnych społecznych emocji” – stwierdzają sygnatariusze listu. Przypomnijmy, że Ziobro ujawnił swój projekt po emisji filmu braci Sekielskich, ale – jak zaznaczają prawnicy z UJ – nowelizacja Kodeksu karnego ma niewielki związek z karaniem księży pedofilów.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Wizyta Andrzeja Dudy z rodzinką w USA jest tematem numer jeden w ostatnich dniach. Jedni chwalą, drudzy ganią. Jedni głoszą sukces, inni szukają drugiego dna i podśmiewają się pod nosem. Jednak nie spotkanie panów A.D. i D.T. dzisiaj mnie zajmuje, ale pewna sprawa, która dzięki nim jakoś mi się wbiła do głowy i wyjść z niej nie chce. To ostro przyspieszony proces militaryzacji.

Zbrojenia, których jestem świadkiem, bardzo mnie niepokoją. Każdy, kto dobrze zna historię, rozumie, że to nic nowego. Mechanizm jest niezwykle powtarzalny i prosty. Najpierw straszy się naród, przekonuje, że jest niedoceniany, inni chcą go wykorzystać i w każdej chwili grozi nam jakiś bliżej niesprecyzowany atak. Następny krok to właśnie ładowanie olbrzymiej kasy w modernizację armii, jakieś organizacyjne roszady w wojsku, szukanie pewnego sojusznika, który nas obroni, tworzenie nowych struktur „wojskowopodobnych”. Oczywiście, towarzyszy temu zjawisko narastających pretensji do całego świata, a właściwie konkretnych państw, a na sile przybiera też postawa roszczeniowa. Dodajmy do tego jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy i skupienie się na archaicznym patriotyzmie, który ma przekonać do wyższości narodu nad innymi. Jeśli nie znajdzie się jakaś mądra głowa, która skutecznie swoim autorytetem i siłą pokojowych argumentów, powstrzyma takie działania, to świetnie wiemy, czym one mogą się zakończyć. Nawet nie muszę o tym wspominać, prawda?

– „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. Jeśli się rozejrzymy po własnym podwórku, to trzeba przyznać, że te słowa brzmią bardzo znajomo. Jednak muszę was zaskoczyć. To nie prezes, to wypowiedź Hermanna Göringa podczas procesu w Norymberdze.

Ta nasza droga z czołgiem z przodu i karabinem pod pachą zaczęła się dość niewinnie i początkowo nikt nie przykładał do tego specjalnej wagi, tylko uśmiechał się pobłażliwie i pukał w czoło. Ot, prezes partii rządzącej bąknął kilka razy coś o wrogach i wydawałoby się, że koniec tematu. Jednak z czasem rozpoczęło się istne szaleństwo. Okazało się, że Polacy chętnie kupują podawany im na tacy strach przed Rosją, Niemcami i innymi „złymi”, którzy tylko czyhają gdzieś w ciemnych zakamarkach na odpowiedni moment, by nas zaatakować, zgnębić, podbić, zniszczyć. Poszli jak lep na muchy, nie zdając sobie nawet sprawy, że ten temat w retoryce PiS to nic innego, jak zwykła manipulacja. Partia rozkręciła się na całego, atakując nas z każdej możliwej strony newsami o wrogach, którzy czają się wszędzie, więc musimy biegiem się zmilitaryzować, poprawić stan polskiej armii i być gotowi na najgorsze. Lud coraz bardziej przestraszony, włos mu się jeży z przerażenia i ma narastającą obsesję na punkcie zagrożenia państwowości. Przestaje już łapać, że to jakaś wielka imaginacja rodem z krainy fantasy i z wielką wdzięcznością zapatrzony jest w prezesa, premiera, prezydenta i resztę, którzy nie dadzą nas przecież skrzywdzić, nie oddadzą Polski, obronią nas, zapewnią bezpieczeństwo.

Kiedy naród jest już odpowiednio ustawiony, naładowany patriotyzmem i poczuciem misji dziejowej, PiS wchodzi w kolejny etap, czyli właśnie w tę nieszczęsną militaryzację. Już w lutym 2018 roku było wiadomo, że Polska wydaje procentowo w stosunku do swojego PKB najwięcej na zbrojenia ze wszystkich krajów NATO w Europie. Tylko w tym roku państwo przeznaczy na obronność 44 mld 674 mln zł. Antoni Macierewicz ze swoją obsesją wziął się ostro do roboty w MON – rozwalił, co się dało, tu zawalił jakiś przetarg, tam się wycofał z już gotowej umowy, władował miliony w twór zwany WOT, wymyślił klasy wojskowe w każdym powiecie i rach-ciach, a nowa armia w nowej odsłonie, uzbrojona po zęby stała się wizytówką pisowskiej Polski. To znaczy miała się stać, bo chwilowo przypomina to jeden wielki miszmasz. Jego dzieło kontynuuje z wdziękiem, choć totalnym brakiem kompetencji, Mariusz Błaszczak i tak sobie idziemy w kierunku uzbrojenia po zęby. Na każdym kroku demonstrujemy siłę militarną, która wciąż jest kolosem na glinianych nogach, ale co tam. Ważne, że jeszcze trochę i będziemy zwarci i gotowi, by odeprzeć każdy atak, by poradzić sobie z każdym wrogiem.

PiS-owi udało się też zdobyć nie byle jakiego sojusznika. Faceta, któremu zupełnie nie przeszkadza pisowski populizm, łamanie zasad demokracji, dążenie do autorytaryzmu w najczystszej postaci. I to właśnie z nim Andrzej Duda świętuje teraz przyjaźń, podpisuje różne umowy. Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Polska to niezła krowa dojna dla USA. Nie dość, że korzystamy już z dostaw amerykańskiego nierentownego gazu łupkowego, którego nikt na świecie nie chce kupować z uwagi na wysokie ceny wydobycia i transportu, zapewniamy dochody amerykańskim firmom wydobywczym w zamian za obietnicę, że Trump wspomoże naszą walkę z Nordstream 2, to teraz będziemy bulić jak za zboże za stacjonowanie większych sił amerykańskich w Polsce. Daliśmy się nieźle wkręcić, stając przeciwko jednolitej i solidarnej polityce UE. Wybraliśmy antyunijnego Trumpa i zapewne w którymś momencie solidnie za to zapłacimy. Ale czy to ważne dla pisowskiej władzy? Skąd… ważne, że będziemy mieć amerykańskich żołnierzy, jakieś tam rakiety, śmigłowce, działa i pewność, że im więcej kasy na nie wydamy, tym bardziej Trump będzie nas kochał.

Przyglądam się polityce PiS i nie wiem, do czego tak naprawdę ta militaryzacja ma nas zaprowadzić. Zrozumiałabym, gdyby te działania miały być zgodne z zasadą, że państwo musi pokazać swoją siłę, gdy chce rozmawiać o pokoju, ale w tym przypadku widzę tylko same zbrojenie się, a co z chęcią utrzymania porozumienia i pokojowego rozwiązywania problemów? Przez te już prawie 4 lata rządów PiS nie zauważyłam, by ta partia potrafiła, a nawet chciała rozmawiać z państwami, z którymi nie zawsze nam po drodze. Mało tego, czasami odnoszę wrażenie, że PiS jest coraz bardziej nastawiony na konfrontację.

Ktoś mi więc może wyjaśni, o co chodzi? Czy to tylko jakaś sztuka dla sztuki, pozorowanie potęgi, prymitywna fanfaronada czy najzwyklejsze lekceważenie polityki, której celem jest utrzymanie bezpieczeństwa światowego? Czym to się dla nas skończy?

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

 

Władza Młotków: Szydło, Ziobro, Duda

Politycy PiS robią co mogą, aby zdeprecjonować najnowsze informacje biznesmena Marka Falenty skazanego przez sąd ws. afery taśmowej.

„Administracja Donalda Trumpa nadała wizycie polskiego prezydenta wysoką rangę i „rozjeżdżała czołgiem” każdą próbę jej sabotowania” – podaje dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski – powołując się na swoje źródło z MSZ.

Dodaje, że właśnie dlatego sprawa listu amerykańskich kongresmenów – na temat sytuacji w Polsce – wystosowanego do prezydenta USA, w przededniu wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, została skutecznie storpedowana, lecz teraz powoli nabiera rozgłosu.

Jego inicjatorzy Eliot L. Engel, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów w Kongresie oraz William R. Keating, przewodniczący Podkomisji ds. Europy, Eurazji, Energii i Środowiska wraz z 13 demokratycznymi członkami Izby Reprezentantów apelują w nim o zwrócenie uwagi na „pogwałcenie wolności słowa” w Polsce, „uzależnienie sądownictwa”, „zagrożenie dla praworządności” oraz nierozwiązaną kwestię „restytucji mienia pożydowskiego”.

Autorzy listu domagają się interwencji w sprawie rządów Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od 2015 r. ma „dokonywać bezprecedensowych kroków w sprawie konsolidacji władzy, kosztem instytucji demokratycznych, włączając w to kontrolę nad sądami, instalując partyjnych lojalistów na wpływowych pozycjach w wojsku i spółkach skarbu państwa oraz podważając rolę niezależnych mediów – cytuje WP.

Kongresmani są szczególnie zaniepokojeni stanem sądownictwa w Polsce oraz Sądem Najwyższym. Te same metody „co w Sądzie Najwyższym, zostały również wykorzystane przez prezydenta Andrzeja Dudę oraz ministra Antoniego Macierewicza do dokonania czystki w polskim wywiadzie” – przekonują.

Piszą również o „zagrożeniu wolności słowa”, zwracając uwagę na „media amerykańskich inwestorów w Polsce, które konfrontowane są z coraz większymi zagrożeniami dla ich biznesu oraz możliwości dostarczania niezależnych, obiektywnych i opartych na faktach wiadomości”.

Sygnatariusze listu proszą prezydenta Donalda Trumpa o podniesienie wszystkich tych problemów podczas rozmów z polską głową państwa.

„Nic takiego nie miało miejsca. Żadne z tych zagadnień nie było na agendzie, Trump ani żaden inny członek delegacji USA o nich nie wspominał w czasie rozmów w Białym Domu. Wizyta była merytorycznym i wizerunkowym sukcesem” – oświadczył Wirtualnej Polsce polityk obecny podczas rozmów 12 czerwca w Waszyngtonie.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jak podaje TVN24 Władysław Pociej, obrońca oskarżonego Sebastiana K. ws. nieumyślnego spowodowania wypadku wicepremier Beaty Szydło w Oświęcimiu złoży zawiadomienie do prokuratury. Zawiadomienie ma dotyczyć nieumyślnego uszkodzenia nagrań z wydarzenia, do którego doszło dwa lata temu.

Uszkodzeniu miały ulec dwie płyty. Pierwsza z nagraniem przejazdu kolumny Beaty Szydło, a druga zawierająca materiał TVN24 z programu „Czarno na białym”.

Adwokat oskarżonego zdążył skomentować już sprawę. „To jest niebywałe, że dowód w tak ważnej sprawie zostaje uszkodzony. Razem w porozumieniu z moim klientem podjąłem decyzję o złożeniu zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszczęcia odpowiedniego postępowania w celu wyjaśnienia sprawy i pociągnięcia osób odpowiedzialnych za ewentualne uszkodzenie nagrań” – odniósł się Władysław Pociej do sprawy w rozmowie z TVN24.

Do wypadku z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku. Z ustaleń śledczych wynika, że Sebastian K. przepuścił samochód BOR-u. Natomiast nie zauważył wozu w której znajdowała się Szydło w wyniku czego doszło do zderzenia. Kierowca Fiata Seicento nie przyznaje się do winy.

Tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach.

Władza rozdaje awanse, a że nie dyskryminuje absolutnie nikogo, bez względu na pochodzenie i gatunek, o „sortach” to już nawet nie wspominając, toteż ostatnio wielce awansowały… bobry. Zwierzątka dotąd słynęły głównie z budowania tam i grobli.

Awans dotyczy podniesienia rangi bobrów do kategorii zwierząt jadalnych, czyli takich, których zaszczytnym przeznaczeniem jest nekrolog w formie restauracyjnego menu. W ostatnich czasach bobry nie uchodziły za stworzenia do zjedzenia, podobnie jak na przykład żubry. Ale to tylko dlatego, że w narodzie, pod wpływem lewactwa i liberalizmu, upadły pradawne tradycje, w tym również te kulinarne. Bo przecież każde dziecko zna piękne polskie przysłowie: „Dobra to jest zupa z bobra”. Czyż więc – w zaistniałych okolicznościach – można się dziwić „dobrej zmianie”, że w trosce o dietę rodaków zapragnęła przypomnieć o starych dobrych czasach, kiedy bobry stanowiły podstawę smacznej i zdrowej kuchni piastowskiej?

Czy wypada też dworować sobie, jak to teraz czyni „totalna opozycja”, z jakże naturalnego pragnienia partii rządzącej, by „rewolucja” stała się wyłączną specjalnością „dobrej zmiany” i – nawet od strony kuchni – przestała się rodakom kojarzyć z Magdą Gessler?

Ale to już za nami i „twarzą” Kuchennych Rewolucji został minister Ardanowski! Bo to on jest autorem śmiałego projektu, by – jak kiedyś kura we Francji – tak teraz pyszny i pożywny bóbr znalazł się w garnku każdego Polaka. Nie tak, jak za PO, która w karcie dań miała tylko mirabelki i szczaw.

Nie dziwota, że na takiej diecie przez kolejne dekady spadał nam przyrost naturalny. Ale teraz to się zmieni i to wcale nie z powodu „pięćsetplusa”, bo ten jak na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei demograficznych. Za to wprowadzenie do diety zupy z bobra będzie mieć jeszcze i ten dodatkowy skutek, że statystyki dzietności nareszcie odbiją się od dna. Według ministra rolnictwa, płetwa bobra to bowiem… afrodyzjak. Coś jak słowiańska wersja rogu nosorożca.

Więc tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach. Całkiem niedawno byliśmy już zresztą potentatem na skalę światową w dziedzinie produkcji kiełbasy z nutrii. A bóbr do nutrii podobny jest z gatunku i urody. I nawet nieco bardziej – by tak rzec – apetyczny.

Poza tym nie takie rzeczy uchodzą na świecie za wyjątkowe przysmaki. Rosjanie zasłynęli z jaj jesiotra, które dla elegancji nazwali „kawiorem”. Francuzi wcisnęli wszystkim w charakterze rarytasów żaby i ślimaki. Wylansowali też jadanie ostryg na surowo. Albo weźmy takie raki. Też stworzenia wodne. Jak bobry prawie. A do tego wyglądają jak duże karaluchy. Ba, karaluchy też bywają jadalne. I jeszcze gąsienice, larwy i świerszcze. W ogóle zapanowała teraz na świecie moda na konsumpcję owadów ze względu na ich powszechną dostępność, niskie koszty pozyskania oraz bogate źródło łatwo przyswajalnego białka. Więc z tą zupą z bobra jako kulinarnym symbolem „dobrej zmiany” to – w sumie – nic szczególnego. Ot, taka piękna polska tradycja.

Niestety, przepis ministra na bobra na szaro nie przyjął się. Może dlatego, że Grzegorze Schetyna – znany zwolennik zachodnich mód – jako przystawkę do szczawiowej i kompotu z mirabelek niedawno zaproponował narodowi szaszłyczki z szarańczy…

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>