Jacka Kurskiego sowietyzm i Banasia mafijność

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Polskie złoto w rękach PiS

„Dlaczego akurat ta władza i teraz ściąga do Polski nasze rezerwy złota bezpiecznie przechowywane w Londynie? To mi pachnie jakimś przekrętem” – zastanawiał się na Twitterze przedsiębiorca Ryszard Wojtkowski.

Sprowadzeniem do Polski 100 ton złota chwalił się prezes NBP Adam Glapiński. Wartość kruszcu to 18,3 mld zł.

Na zdjęciach, które umieszczono w sieci w związku ze sprowadzeniem złota, widać Glapińskiego z dumą prezentującego sztabki na tle skarbca. Obok prezesa stoją dawni ministrowie rządu PiS, których partia przeniosła do NBP – Teresa Czerwińska i Paweł Szałamacha.

Równie podejrzliwi jak Wojtkowski byli inni internauci: – „PiS dobrał się do rezerw złota. Roztrwonią cały majątek, który należy do wszystkich Polaków, a jak pojawią się prawdziwe trudności, kryzys, kasa państwowa będzie zionąć pustką. Po Kaczyńskim choćby potop, nie ma dzieci, wnuków, żyje dla siebie i władzy”; – „Za trzy lata okaże się ze jedno zero uciekło i zostało 10 ton. Bo nie było jak finansować programów socjalnych”; – „Ostatnio dużo jest mowy o patriotyzmie (Budowa łuku dziękczynnego, Patriotyczny Marsz Niepodległości, Patriotyczne Polskie Produkty itp, itd ). „Jak władza dużo zaczyna mówić o patriotyzmie, to znaczy, że będą kraść”. PiS odkąd przejął władzę głównie mówi właśnie o patriotyzmie”; – „Spółka Srebrna zamierza zmienić nazwę na Złotą”.

W komentarzach internautów nie zabrakło kpin, dotyczących bliskich współpracowniczek prezesa NBP: – Może „asystentki” się żalą, że im do pierwszego nie starcza…”; – „W nagrodę po sztabce Glapińskiemu i jego aniołkom”; – „To już wiecie, że prezes Glapiński na święta zrobi swoim przybocznym prawdziwy złoty deszcz…”.

Premier Mateusz Morawiecki obiecał 200 tys. mieszkań. Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz wyjawiła, że obietnica ta jest trudna do zrealizowania. Przedstawicielka PiS ośmieszyła tym samym tezy, które powielił w swoim expose premier.

Mateusz Morawiecki wcześniej odniósł się do socjalnego programu. „Wdrożyliśmy nowe regulacje w budownictwie mieszkaniowym. W latach 2011-2014 oddawano do użytku średnio 143 tys. mieszkań. W latach 2017-2020 będzie to ponad 200 tys. mieszkań. Nasz Narodowy Program Mieszkaniowy, którego częścią jest Mieszkanie+, tworzy nowe perspektywy” – mówił szef rządu.

Wkrótce potem minister Emilewicz przyznała, że realizacja tego programu nie będzie łatwa. „Pan premier w expose mówił o 200 tys. mieszkań rocznie w całym kraju, nie tylko w ramach Mieszkania Plus. Wynik ten po raz pierwszy powinniśmy osiągnąć w najbliższym czasie, ale wyzwaniem będzie jego utrzymanie w następnych latach” – stwierdziła przedstawicielka prawicy.

Jak widać, rozbieżności między Morawieckim a Emilewicz są dość istotne. Kto ma racje? Trudno odpowiedzieć na to pytanie.

Wiadomo, że szef rządu obiecywał to jeszcze na długo przed wygranymi wyborami. Morawiecki wielokrotnie deklarował, że nowe mieszkania mają zostać oddane do użytku jeszcze w 2019 r. i jest to zupełną zasługą obecnego gabinetu.

Prawda o realizacji dotychczasowych obietnic jest gorzka. W ramach programu „Mieszkanie +” oddano do użytku zaledwie… 867 mieszkań…

Do sprawy odnieśli się już internauci. „Kłamcy się nie wierzy a niestety premier Mateusz Morawiecki jest kłamcą (udowodniono mu go przed sądem i teraz się zastanawiam czy ktoś znów go nie pozwie choćby za te samochody elektryczne, które obiecywał” – skomentował jeden z użytkowników portalu NaTemat.pl.

Więcej o oszustwach w expose Morawieckiego tutaj (z możliwością pobrania pliku) >>>

Posłowie Koalicji Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury, dotyczące możliwości popełnienia przez Elżbietę Witek przestępstwa przekroczenia uprawnień i poświadczenia nieprawdy. Marszałek Sejmu nakazała powtórzyć głosowanie w Sejmie nad wyborem członków KRS.

„Po analizie zapisów materiałów, które sama Kancelaria Sejmu udostępniła w formie materiału wideo i na podstawie relacji również mediów, wygląda na to, że doszło do złamania prawa” – powiedział rzecznik PO Jan Grabiec. Przypomniał, że wyniki pierwszego głosowania – tego, które później powtórzono – nie zostały przez Witek ujawnione.

Grabiec podkreślił, że marszałek „samowolnie, wbrew trybowi opisanemu w regulaminie Sejmu”, dokonała reasumpcji głosowania. – „Można powiedzieć, że to działanie marszałek Witek jest „bez żadnego trybu”. Nie możemy na to pozwolić, żeby Sejm, czyli miejsce, w którym stanowi się prawo, było miejscem, w którym łamane jest prawo i to przez osobę, która powinna stać na straży prawidłowego funkcjonowania Sejmu” – stwierdził Grabiec. Posłowie KO chcą, żeby prokuratura przesłuchała w tej sprawie polityków PiS, w tym Jarosława Kaczyńskiego.

Posłowie wysłali też do marszałek Witek pismo, w którym zwracają uwagę na brak w stenogramie obrad Sejmu fragmentu jej rozmowy z wiceszefem kancelarii Sejmu Dariuszem Salomończykiem. – „Nie, nie, nie, musi być wniosek. To nie można tak, pani marszałek, ja melduję, że wszyscy posłowie zagłosowali – ci, którzy są na sali, wszyscy oddali głos. Trzeba albo podjąć decyzję, że pani anuluje, albo pokazać wyniki i uznać” – mówił Salomończyk do Witek.

Według posła Michała Szczerby z KO to jeden z dowodów na bezprawne działanie marszałek Witek. Przypomnijmy też, że na nagraniach z tej nocy słychać posłankę PiS Joannę Borowiak, która mówi do marszałek Sejmu: – „Trzeba anulować, bo my przegramy”.

Dodajmy, że ubiegłym tygodniu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez marszałek Sejmu złożyli posłowie Lewicy.

Pisowska polityka zombie

W nocy z czwartku na piątek marszałek Elżbieta Witek nie podała w Sejmie wyników głosowania na czterech posłów członków Krajowej Rady Sądownictwa. Jak przyznaje jedna z posłanek na zarejestrowanym przypadkowo nagraniu, przegraliby je kandydaci PiS. „To łamanie zasad parlamentaryzmu. Żądamy ogłoszenia wyników!” – apelowała opozycja. Bezskutecznie

„Oszustwo, oszustwo!” – skandowali politycy opozycji na zakończenie I posiedzenia IX kadencji Sejmu w nocy z czwartku na piątek 22 listopada.

Marszałek Sejmu Elżbieta Witek odmówiła podania wyników głosowania na posłów członków KRS. „Anulowała” je i zarządziła na nowo, choć takiej procedury nie przewiduje Regulamin Sejmu.

Dlaczego? Wszystko przez specjalne maszynki do głosowania, których obsługa nastręczyła trudności części posłów. Po głosowaniu w szeregach PiS zapanował chaos, a do mównicy sejmowej podszedł nawet Jarosław Kaczyński.

„Trzeba anulować, bo my przegramy” – mówi w opublikowanym nagraniu jedna z posłanek PiS, najpewniej Joanna Borowiak.

„Stała się rzecz niebywała. Niespotykana w tej izbie nawet przy waszych standardach. To jest upadek Sejmu Rzeczypospolitej. Nie można przerywać głosowania tylko dlatego, że państwo możecie je przegrać” – ubolewał poseł KO Borys Budka.

„Opublikowano nagranie, na którym widać, że posłanka PiS mówi, że głosowanie zostało przegrane przez Prawo i Sprawiedliwość. I wtedy pani marszałek decyduje, że trzeba powtórzyć. To jest skandal, żądamy ujawnienia tych wyników!” – grzmiał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Powtórzone głosowanie – zgodnie z przewidywaniami – wygrali kandydaci PiS. Wszyscy czterej posłowie wybrani na członków Krajowej Rady Sądownictwa będą zatem politykami tej partii, choć parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją.

Lewica: „Zgłaszamy do prokuratury”

„Złożymy wniosek do prokuratury w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa” – ogłosili wkrótce po zakończeniu obrad posłowie Lewicy.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania Regulaminu Sejmu, który nie przewiduje „anulowania” głosowania. Zgodnie z art. 188 wyniki głosowania są ostateczne i nie mogą być przedmiotem dyskusji. Art. 189 mówi natomiast, ze gdy budzą uzasadnione wątpliwości, Sejm może dokonać reasumpcji głosowania na wniosek 30 posłów.

Aby to uczynić, marszałek Sejmu powinien ogłosić wyniki głosowania. Elżbieta Witek postanowiła jednak tego nie zrobić i na nowo przeprowadzić głosowanie bez podawania wyników.

„Nie, to nie można tak, pani marszałek. Melduję, że wszyscy posłowie, którzy są na sali, zagłosowali. Wyniki mogą być różne” – tłumaczył Witek wiceszef Kancelarii Sejmu, co zarejestrowały mikrofony.

Swojego oburzenia pogwałceniem sejmowych procedur nie kryli politycy opozycji.

„To łamanie zasad parlamentaryzmu i błąd proceduralny. Żądamy ogłoszenia wyników głosowania!” – mówił Tomasz Lenz z KO.

„Reasumpcji może pani dokonać po ogłoszeniu wyników” – przypominał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Wyników nie opublikowano też na stronie Sejmu.

Dobry obyczaj

Krajowa Rada Sądownictwa składa się z 25 członków. Czworo z nich, spośród posłów, wybiera Sejm. Parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją. Było tak w poprzedniej kadencji: posłowie PiS mieli w KRS dwóch przedstawicieli, a Koalicja Obywatelska i Kukiz’15 po jednym.

Tym razem jednak PiS niespodziewanie zgłosił czterech kandydatów: Marka Asta, Bartosza Kownackiego, Arkadiusza Mularczyka oraz Kazimierza Smolińskiego. Zanosiło się, że partia Kaczyńskiego będzie chciała zupełnie pominąć opozycję przy wyborze członków KRS.

Posłowie KO, PSL i Lewicy protestowali jeszcze zanim doszło do feralnego głosowania.

„Wy dziś chcecie iść po 20 członków KRS. 15 wybraliście w poprzedniej kadencji, macie ministra sprawiedliwości i chcecie jeszcze 4 posłów. Chcecie zawłaszczyć ten organ” – mówił Robert Kropiwnicki z Koalicji Obywatelskiej. KO zgłosiła Kamilę Gasiuk-Pihowicz.

„To pan premier Morawiecki apelował o normalność. Czy normalnością jest, że klub PiS chce wybrać wszystkich członków KRS?” – pytał Krzysztof Gawkowski z Lewicy. Połączone siły Wiosny, SLD i Razem rekomendowały do KRS Joannę Senyszyn.

„Za chwilę może dojść do rzeczy bezprecedensowej w ostatnich 30 latach Sejmu RP. Wbrew zwyczajowi parlamentarnemu, dobremu obyczajowi i parytetom” – podkreślał Borys Budka

„Apeluję do rządzącej większości o uszanowanie zwyczaju parlamentarnego i pluralizmu poglądów w tej izbie. Wycofajcie dwóch kandydatów” – mówiła Anna Maria Żukowska z Lewicy.

„Bez względu na to, czy większość sejmowa uszanuje prawo opozycji do zasiadania w KRS, czy też nie, kryzys w tej instytucji będzie trwał” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

Kandydatki opozycji przepadły w ponowionym głosowaniu.

W czwartek 21 listopada po 23.00 Sejm poparł kandydatury Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i świeżo upieczonego kandydata PiS Jakuba Steliny na sędziów TK. „Hańba!”, „Precz z komuną” – skandowała opozycja. Na nic zdały się protesty. Wierni żołnierze PiS na początku grudnia trafią do Trybunału, choć zdaniem ekspertów dyskwalifikuje ich wiek

„Hańba! Hańba!” – skandowali w Sejmie wkrótce przed 23.00 politycy opozycji, gdy posłanka PiS Anna Milczanowska odczytywała życiorys Krystyny Pawłowicz. Pięć posłanek Koalicji Obywatelskiej, w tym m.in. Klaudia Jachira, wstało z sejmowych ław i ułożyło transparent z napisem „Hańba”. Zostały upomniane przez Elżbietę Witek, marszałek Sejmu.

Kiedy Milczanowska przedstawiała dokonania Stanisława Piotrowicza, na sali rozległy się okrzyki „Precz z komuną!”.

„Przedstawiono lukrowane, pudrowane życiorysy PZPR-owskich działaczy, których chcecie wysłać do Trybunału Konstytucyjnego. Kandydaci nie spełniają wymagania formalnego wieku i kryterium nieskazitelnego charakteru” – przypomniał z mównicy Michał Szczerba z PO.

„Gdybyście zapytali proboszcza-pedofila z Tylawy, czy poparłby kandydaturę Stanisława Piotrowicza, to na pewno by to zrobił. Nic nie usprawiedliwia wsparcia dla zwyrodnialca. Czy ktokolwiek z was wysłałby wnuczkę na kolana do tego księdza? Wyborcy pokazali Piotrowiczowi czerwoną kartkę. Taka osoba powinna wypaść poza nawias życia publicznego” – apelowała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska w imieniu Lewicy przypomniała wypowiedź Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS, sprzed kilku dni, który przyznał, że poprze Piotrowicza, ale wbrew własnej woli.

„Apelujemy o zatrzymanie procesu degradacji Trybunału Konstytucyjnego. TK musi wrócić do normalności” – mówiła.

„Kandydaci nie mają kwalifikacji moralnych i prawnych. Kandydatka wielokrotnie w tej izbie posługiwała się językiem na poziomie rynsztoku” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

„Prokuratorzy nie szli za PRL do zawodu, by być Konradem Wallenrodem. Patrzę na Antoniego Macierewicza i nie wiem, jak może pan głosować za Stanisławem Piotrowiczem” – grzmiał Władysław Teofil Bartoszewski z PSL. Wtórował mu klubowy kolega Jacek Protasiewicz.

W imieniu klubu PiS głos zabrał poseł Łukasz Schreiber. „W naszych ławach bohaterowie Solidarności, wy macie grupę rekonstrukcyjną PZPR” – stwierdził.

Na nic zdały się protesty. Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz, a także świeżo upieczony kandydat PiS Jakub Stelina na początku grudnia zostaną sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Poparło ich 230 posłów PiS, opozycja głosowała przeciw.

Wbrew opiniom ekspertów

W OKO.press relacjonowaliśmy burzliwe obrady Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w środę 20 listopada. Po dwóch i pół godzinie dyskusji Komisja, głosami PiS, dała zielone światło kandydaturom Pawłowicz i Piotrowicza.

Opozycja podawała w wątpliwość niezależność i nieskazitelny charakter obydwojga kandydatów. Ale poważniejsze zastrzeżenia dotyczyły kwestii formalnych.

Na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego, profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak przygotowali opinie prawne dotyczące wieku Piotrowicza i Pawłowicz, którzy przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądownictwa PiS mogą być za starzy, by zasiadać w TK.

Obydwaj profesorowie stoją na stanowisku, że wiek dyskwalifikuje Piotrowicza i Pawłowicz jako kandydatów do TK.

„Opinie Chmaja i Matczaka są polityczne i nie mają nic wspólnego z faktycznym stanem prawnym. Gdyby była do tego opinia pana mec. Giertycha mielibyśmy komplet” – drwił z sejmowej mównicy poseł PiS Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski.

Borys Budka, poseł PO, zwrócił jednak uwagę, że podając w wątpliwość kompetencje prof. Chmaja, posłowie PiS przeczą samym sobie.

„Podważył pan stanowisko waszego klubu i samego prezesa, który w poprzednim głosowaniu zagłosował za profesorem Markiem Chmajem jako sędzim Trybunału Stanu, a nawet jego wiceprzewodniczącym” – zaznaczył Budka.

Kandydat potrzebny od zaraz

Oprócz Piotrowicza i Pawłowicz do Trybunału dostał się też, rzutem na taśmę, prof. Jakub Stelina.

Tuż przed środowym (20 listopada) posiedzeniem Komisji Sprawiedliwości PiS wycofał kandydaturę Roberta Jastrzębskiego, którą zgłosił na ostatnią chwilę kilka dni wcześniej.

Dlaczego partia Kaczyńskiego zrezygnowała z tego „wybitnego konstytucjonalisty” Zbigniewa Ziobry? Przyczyną miały być naciski koalicjantów w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Choć termin przedstawiania kandydatów upłynął 15 listopada, został na tę okazję wydłużony. Posłowie PiS zgłosili kandydaturę Jakuba Steliny ok. 13.00 w czwartek 21 listopada. Mieli nie wiedzieć, kogo zgłaszają i podpisać się pod kandydaturą in blanco. Członkowie Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka zebrali się ponownie po 16.00, by zaopiniować Stelinę jeszcze przed głosowaniem zaplanowanym na ten sam dzień.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania art. 30 Regulaminu Sejmu.

„Kandydat został zgłoszony na kilka godzin przed spotkaniem komisji i głosowaniem. Niezbyt poważnie traktują państwo Trybunał Konstytucyjny. Wnioskuję o przełożenie obrad Komisji na późniejszy termin, byśmy mieli możliwość zapoznania się z tą kandydaturą” – mówiła Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO, wiceprzewodnicząca Komisji.

Posłowie PiS odrzucili ten wniosek i kandydat został przesłuchany.

Prof. Jakub Stelina, wieloletni dziekan WPiA Uniwersytetu Gdańskiego, tłumaczył się m.in. ze swoich decyzji i poglądów, które w ostatnich latach pokrywały się z linią partii Kaczyńskiego. W 2018 roku odmówił podpisania uchwały potępiającej zamach na państwo prawa.

Jak sam przyznał, propozycja pracy w TK była dla niego zaskoczeniem. Stelina, niegdyś doktorant pod opieką prof. Lecha Kaczyńskiego, musiał dziś szybko zrezygnować z kandydowania na inne prestiżowe stanowiska – w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

Dwa dni po wyroku TSUE Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego prawomocnie skazała sędzię Alinę Czubieniak za wydane orzeczenie. To kolejny etap represji wobec sędziów. Krajowa Rada Sądownictwa wybrała nowych sędziów do dwóch izb Sądu Najwyższego. Na zdjęciu Prezydent Duda w 2019 roku wręcza nominację Prezesowi Izby Dyscyplinarnej Tomaszowi Przesławskiemu

Pomimo wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 listopada 2019, odnoszącego się do niego stanowiska Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, a także apelu 13 organizacji zrzeszających prawników i zajmujących się obroną praworządności w Polsce o niezwłoczne wykonanie wyroku TSUE przez organy polskiego państwa, KRS i Izba Dyscyplinarna SN pracują dalej.

Obie powinny powstrzymać się od działalności do czasu orzeczenia SN czy spełniają wymagania i kryteria postawione przez TSUE.

W ocenie organizacji, które podpisały się pod stanowiskiem – m.in. stowarzyszeń  sędziów „Iustitia” i „THEMIS”, prokuratorów z „Lex Super Omnia”, Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Inicjatywy Wolne Sądy, naszego Archiwum Osiatyńskiego – aby wykonać wyrok TSUE, konieczne jest powołanie nowej KRS.

KRS w obecnym kształcie powinna zawiesić swoją działalność ze względu na to, że 15 jej sędziowskich członków zostało powołanych z naruszeniem standardów unijnych, określonych wprost w uzasadnieniu wyroku TSUE. Wszystkie postępowania nominacyjne prowadzone przez KRS powinny zostać wstrzymane.

Z kolei Izba Dyscyplinarna SN powinna wstrzymać wszystkie postępowania dyscyplinarne.

KRS obsadza Sąd Najwyższy

Jednak Krajowa Rada Sądownictwa decydowała dziś o obsadzeniu miejsc w izbach cywilnej i karnej Sądu Najwyższego. Rekomendację do Izby Cywilnej dostał sędzia Dariusz Pawłyszcze. Przepadła m.in. kandydatura sędziego Waldemara Żurka, który chciał wykorzystać procedurę odwoławczą (choć dostał 2 głosy za!).

Jutro KRS zadecyduje o rekomendacjach od Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Procedura czekała na rozstrzygnięcie od 2018 roku, wstrzymano ją po ujawnieniu we wrześniu afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Izba Dyscyplinarna karze sędzię Czubieniak

Sędzia Sądu Najwyższego Tomasz Przesławski, Prezes Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wydał komunikat, w którym podkreślił, że „Izba Dyscyplinarna w dalszym ciągu wykonywać będzie zadania związane ze sprawowaniem wymiaru sprawiedliwości, powierzone jej przez konstytucyjne organy Rzeczypospolitej Polskiej.”

W związku z tym, Izba Dyscyplinarna SN wydała dziś prawomocny wyrok skazujący sędzię Alinę Czubieniak z Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim za wydane orzeczenie – choć odstąpiła od wymierzenia kary. Wyjaśnień w sprawie sędzi Czubieniak domagał się m.in. Pierwszy raz Specjalny Sprawozdawca ONZ do spraw Niezależności Sędziów i Prawników.

Prezes Izby Dyscyplinarnej interpretuje wyrok TSUE na swój sposób

W komunikacie Prezesa Przesławskiego zawarta jest też osobliwa interpretacja wyroku TSUE. Prezes Izby Dyscyplinarnej utrzymuje, że wyrok wywiera skutek jedynie w odniesieniu do postępowań głównych prowadzonych przez Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, w których skierowano pytania prejudycjalne, a tym samym „nieskuteczne jest powoływanie się na zawarte w nim rozstrzygnięcia w innych postępowaniach sądowych”.

Całkowicie odmiennego zdania są wybitni znawcy prawa europejskiego i polskiego, którzy przygotowali Stanowisko ws. wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, podpisane przez 13 organizacji zrzeszających prawników i inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego zaangażowanych w obronę praworządności w Polsce.

W 19. punkcie Stanowiska wyjaśniają:

„TSUE wskazał, że nieprawidłowości w procedurze powoływania sędziów wpływają na niezależność sądów wymaganą przez prawo unijne, stąd wyrok ten ma dużo szersze znaczenie w kontekście polskiego systemu prawnego. Stanowisko TSUE będzie miało również wpływ na status IKNiSP oraz kilkuset sędziów orzekających w sądach w całej Polsce, którzy nominację sędziowską albo awans otrzymali dzięki rekomendacji nowej KRS. W ‍razie niespełnienia kryteriów opisanych w wyroku, wszystkie te nominacje sędziowskie będą mogły zostać uznane za dokonane z naruszeniem prawa unijnego, tj. zasady skutecznej ochrony sądowej. Wszystkie sądy krajowe – niezależnie od ich właściwości, rodzaju i ‍szczebla – mogą bowiem potencjalnie orzekać o ‍kwestiach związanych z prawem UE”.

Ponadto Prezes Przesławski powołuje się na konstytucję, żeby podkreślić, że jedynie Trybunał Konstytucyjny ma moc interpretowania przepisów prawa polskiego. Przywołuje także orzeczenie TK kierowanego przez Prezes Julię Przyłebską, który „zalegalizował” KRS.

Tymczasem w wyroku TSUE jest wyraźnie napisane i kilkakrotnie powtórzone, że niezawisłość sądownictwa jest materią prawa europejskiego, a zatem podlega kompetencji luksemburskiego Trybunału.

Kwestię relacji orzeczenia TSUE i wykładni konstytucji wyjaśnia prof. Ewa Łętowska:

„Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku mówi, co to znaczy niezależność sądu i niezawisłość sędziowska. U nas w konstytucji te dwa pojęcia występują. Czyli kryteria sformułowane w tym orzeczeniu nadają znaczenie i sens naszym przepisom konstytucji, które się do niezawisłości sądu i niezależności sędziów odnoszą.

TSUE nadaje znaczenie polskiemu prawu, które jest stosowane przez polskie sądy.

Polskie sądy przekładają standardy prawa unijnego, o których decyduje TSUE na to, co dzieje się u nas. I to było przedmiotem orzeczenia TSUE.

TSUE powiedział, jakie kryteria muszą być spełnione przez organ niezależny i niezawisłego sędziego. Orzeczenie TSUE ma skutek odnoszący się do działania polskich sądów.

Ilekroć polskie sądy będą miały problem z odniesieniem się do niezależności polskiego organu albo niezawisłości sądu, mogą odwołać się do kryteriów, które w wyroku podał TSUE. Tu następuje spięcie prawa unijnego i prawa polskiego.

Dlatego to orzeczenie jest bardzo ważne. Ono modeluje myślenie prawnicze o sprawach niezawisłości i niezależności. Zarówno sędziów, jak i adwokatów, którzy występują przed sędziami. I powinno modelować też myślenie tych, którzy stanowią prawo. Powinno, ale czy tak się stanie? W tym zakresie nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi”.

Krajowa Rada Sądownictwa czuje się usatysfakcjonowana

Krajowa Rada Sądownictwa wydała oświadczenie, w którym „z satysfakcją zauważa”, że Wielka Izba Trybunału Sprawiedliwości UE nie podzieliła stanowiska wyrażonego w czerwcu 2019 przez rzecznika generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa. Rzecznik uznał, że KRS narusza art. 19.1 Traktatu o UE i art. 47 Karty Praw Podstawowych.

TSUE sam nie ocenił KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej SN, jak i  KRS. W wyroku podkreślił, że ocena powołania oraz funkcjonowania KRS jest niezbędna do oceny niezawisłości sędziów Izby Dyscyplinarnej, którzy został powołani z rekomendacji KRS, a żeby dokonać tej oceny, Izba Pracy musi rozważyć wszystkie dostępne jej informacje.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania niezależnego sądu w rozumieniu prawa unijnego. Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf zapowiedziała, że Izba Pracy dokona tej oceny bez zbędnej zwłoki. Przyznała, że TSUE podzielił zastrzeżenia SN, co do kwestii niezależności Izby Dyscyplinarnej SN i KRS. Zaapelowała do też do władz o nową ustawę o KRS.

Adwokaci występujący przed TSUE obalają narrację KRS

W dalszej części oświadczenia KRS utrzymuje, że „stanowisko Trybunału jest zgodne z większością argumentów przedstawionych przez pełnomocników Rady wyrażonych na rozprawie ustnej”.

Powyższe stwierdzenie obalają Sylwia Gregorczyk-Abram i Michał Wawrykiewicz, którzy reprezentował sędziów NSA i SN w sprawie, w której TSUE wydał wyrok.

OKO.press uzyskało od Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza następujące oświadczenie:

„Opublikowane dziś stanowisko nowej KRS na temat wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w połączonych sprawach C- 585/18, C-624/18 i C-625/18, wskazuje na to, że nowa KRS nie rozumie orzeczenia TSUE, jego znaczenia ani niezwykle przełomowego charakteru.

Wbrew temu, co twierdzi nowa KRS w wydanym oświadczeniu, TSUE bardzo wyraźnie potwierdził, że ma kompetencje do oceny stanu niezależności sądownictwa w kraju członkowskim, ponieważ te zagadnienie objęte jest materią prawa unijnego. W wyroku z 19 listopada TSUE ugruntował swoje dotychczasowe orzecznictwo w tej kwestii.

Nowa KRS w toku postępowania przed TSUE utrzymywała, że powyższe zagadnienie nie jest przedmiotem prawa unijnego. W związku z tym nieprawdziwe jest twierdzenie KRS, że TSUE podzieliła argumenty przedstawiane przez KRS w postępowaniu.

Ponadto TSUE dokonał bardzo wyrazistej, jednoznacznej wykładni prawa europejskiego, co jest jego podstawowym zadaniem. W ramach tej interpretacji, określił precyzyjnie kryteria jakie musi spełniać niezależny, bezstronny sąd i niezawisły sąd. Powiedział wyraźnie, że taki niezależny sąd w rozumieniu standardów europejskich nie może być wybierany przez organ, który jest w decydującym stopniu uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. A takim organem jest przecież nowa KRS.

W stanowisku KRS czytamy: Wprawdzie Trybunał w swoim orzeczeniu stwierdza, że każdy czynnik polityczny biorący udział w powoływaniu sędziów może rodzić wątpliwości i uruchamiać ocenę, czy sąd jest sądem niezawisłym ale jednocześnie zwraca uwagę, że to dopiero zespół czynników – wyliczonych przykładowo – może prowadzić do ostatecznej konkluzji wykluczającej istnienie przymiotów niezawisłości i bezstronności. Wśród tych czynników wymienia praktykę organów uczestniczących w procesie nominacyjnym sędziów. Rada zauważa, że praktyka należy do sfery faktów. Praktyka ma to do siebie, że może ulegać zmianom w czasie. Przepisy ustrojowe mają zaś charakter uniwersalny.

Wbrew powyższemu stanowisku nowej KRS, TSUE w swoim orzeczeniu nie wyliczył »przypadkowych« czynników, które wpływają na brak niezależności i bezstronności organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Przeciwnie, TSUE wymienił bardzo konkretne czynniki, począwszy od skrócenia kadencji niezgodnie z Konstytucją, poprzez polityczny wybór nowych członków, brak transparentności oraz cechy i okoliczności faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Nie ma wątpliwości, że luksemburski Trybunał doskonale rozpoznał sedno braku niezawisłości sędziów powoływanych w nowym, stworzonym w ostatnich trzech latach w Polsce systemie. TSUE tym samym wskazał wszystkim sądom w Polsce jednoznaczny test na ocenę niezależności sądów i poszczególnych sędziów.

Jesteśmy przekonani, jako adwokaci i przede wszystkim jako obywatele, że już wkrótce na podstawie wyroku TSUE – czyli obowiązującego w Polsce standardu prawa unijnego – polskie sądy będą dokonywać oceny, czy dany sędzia powołany przez nową KRS, ma prawo zasiadać w składzie orzekającym, albo czy wydany przez takiego sędziego wyrok można uznać za obowiązujący.

Trzeba podkreślić, że fakt, że luksemburski Trybunał dokonał wykładni i określił kryteria, a nie rozstrzygnął zagadnienia przedstawionego w odesłaniu prejudycjalnym, to najbardziej normalna praktyka.

TSUE wydał tzw. wyrok instrukcyjny, a nie wynikowy, które w sprawach prejudycjalnych Trybunał wydaje znacznie rzadziej.

Zachęcamy osoby zasiadające w nowej KRS do przestudiowania wspólnego stanowiska organizacji społecznych w sprawie wyroku TSUE z 19 listopada 2019 roku”.

Wojownik czy negocjatorka? Konserwatystka czy liberał? Kto ma większe szanse w starciu z Andrzejem Dudą i kogo PO wystawi w wyborach prezydenckich? Jacek Jaśkowiak i Małgorzata Kidawa-Błońska to dwie różne osobowości, różne poglądy i różny styl uprawiania polityki. OKO.press analizuje ich zalety i wady

Jeszcze 20 listopada przed południem prawybory w Platformie Obywatelskiej zapowiadały się na spektakl pozorów: kandydatka była jedna – Małgorzata Kidawa-BłońskaPo rezygnacji ze startu Radosława Sikorskiego nic nie zapowiadało, że będzie miała konkurencję.

W ostatniej chwili do gry wszedł jednak prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, co odwróciło sytuację o 180 stopni – wyścig o nominację PO zapowiada się fascynująco.

Jego rozstrzygnięcie jest ważne dla całego obozu demokratycznego, ponieważ, jak wynika z badania OKO.press, to kandydatka bądź kandydat PO ma największe szanse na wejście do drugiej tury i bezpośrednie starcie z Andrzejem Dudą.

OKO.press pokazuje różnice ideowe, osobowościowe i biograficzne między Kidawą-Błońską a Jaśkowiakiem. Analizujemy również strategie wyborcze PO w zależności od wyniku prawyborów.

Różne profile ideowe

Kidawa-Błońska jest bardziej konserwatywna obyczajowo, Jaśkowiak – bardziej liberalny.

Różne biografie i osobowości

Jak pisaliśmy w OKO.pressKidawa-Błońska to jedna z najbardziej zasłużonych polityczek Platformy Obywatelskiej, przeszła kolejne stopnie kariery partyjnej – od radnej miejskiej do marszałkini Sejmu. W parlamencie jest od 2005 roku. Lobbował za nią Kongres Kobiet.

Jaśkowiak do polityki przyszedł z biznesu i ruchów miejskich. W 2010 roku był kandydatem stowarzyszenia My Poznaniacy na prezydenta miasta i nieoczekiwanie uzyskał dobry wynik.

Z PO związał się dopiero w 2013 roku – rok później był kandydatem partii w wyborach przeciwko wieloletniemu prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu. W opinii komentatorów Platforma wystawiła wtedy Jaśkowiaka po to, żeby przegrał z Grobelnym, wcześniej wiele lat związanym z PO.

Ale Jaśkowiak sprawił sensację.

Co jeszcze różni oboje kandydatów?

  • Kidawa-Błońska od urodzenia mieszka w domu po dziadkach w podwarszawskich Gołąbkach. Jest prawnuczką Władysława Grabskiego, dwukrotnego premiera II RP i autora słynnej reformy gospodarczej w latach 1920, oraz prezydenta Stanisława Wojciechowskiego (w latach 1922-26), córką Macieja Władysława Grabskiego, profesora Politechniki Warszawskiej, wieloletniego prezesa Fundacji Nauki Polskiej.
  • Jaśkowiak to syn krawcowej i kolejarza, wychowany na poznańskim Dębcu, w tzw. trudnej dzielnicy. Trenował boks, skończył technikum mechaniczne, pracował na budowie jako gastarbeiter, by na początku lat 90. z sukcesem zacząć karierę w biznesie. Był też menadżerem Jacka Kaczmarskiego pod koniec życia barda „Solidarności”.
  • Kidawa-Błońska ma wizerunek taktownej polityczki, szukającej kompromisu i zgody. Jak pisała w jej sylwetce „Polityka”, raz „przyznała się do życiowego ekscesu: tak zdenerwowała się na męża i syna, że rzuciła porcelanowym talerzykiem o podłogę; w pierwszej chwili poczuła ulgę, lecz zaraz potem żal, ponieważ talerzyk był pamiątką po prababci”.
  • Jaśkowiak ma temperament wojownika, polityka szorstkiego i pewnego siebie, nie unika ostrych sądów. Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza mówił, że za „goebbelsowskie metody propagandy” TVP i za doprowadzenie do tragedii odpowiada osobiście prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wybór kandydata zdefiniuje Platformę?

Gdyby stwierdzić, że wybór między Małgorzatą Kidawą-Błońską a Jackiem Jaśkowiakiem zdefiniuje na nowo największą partię opozycyjną – byłaby to teza publicystyczna. Ale jest faktem, że w zależności od ostatecznego rezultatu prawyborów, strategia PO na kampanię prezydencką będzie różna.

  • Małgorzata Kidawa-Błońska – kandydatka „umiarkowanego postępu w granicach prawa”

Jej kampania nie byłaby agresywna, opierałaby się na poszukiwaniu zgody i apelowaniu do elektoratu niekoniecznie oczywistego dla Platformy Obywatelskiej. Taka strategia miałaby szansę na sukces.

Jak pokazywało badanie OKO.press, atutem Kidawy-Błońskiej jest relatywnie mały elektorat negatywny.

Nawet nie widząc, z kim walczył/a/by w II turze wyborów prezydenckich 2020 roku, czy dopuszczasz możliwość głosowania na:

Po drugie, ma mocną pozycję na wsi, gdzie jej wynik sondażowy jest aż o cztery punkty procentowe lepszy niż Koalicja Obywatelska uzyskała w wyborach parlamentarnych.

Umiarkowanie konserwatywny profil ideowy kandydatki KO najwyraźniej podoba się sporej części wyborców wiejskich i może w drugiej turze bardzo ułatwić ewentualny transfer poparcia od zwolenników lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Argumentem przeciwko są słabe notowania Kidawy wśród najmłodszych wyborców: jej wynik jest aż o osiem punktów procentowych gorszy niż wynik KO w tej samej grupie w wyborach parlamentarnych.

Mimo poparcia Barbary Nowackiej dyskusyjna jest również zdolność Kidawy do mobilizacji w drugiej turze elektoratu lewicowego. Zadanie stało się dodatkowo trudniejsze po wypowiedzi w „Kropce nad i” o „nic nie wartej lewicy”’.

  • Jacek Jaśkowiak – „lewicowiec” z Platformy

W badaniu OKO.press nie uwzględnialiśmy kandydatury Jaśkowiaka, więc wnioski na temat jego szans i strategii muszą być bardziej hipotetyczne. Oczywiste wydają się dwie rzeczy.

Po pierwsze, kampania Jaśkowiaka byłaby bardziej ofensywna, polaryzacyjna i skoncentrowana na mobilizacji elektoratu anty-PiS.

Po drugie, jako kandydat Platformy miałby problem z dotarciem do wyborców Kosiniaka-Kamysza, ale w drugiej turze z łatwością zgarnąłby głosy lewicy.

W I turze kandydatura Jaśkowiaka byłaby dla lewicy wręcz problemem.

Start Robert Biedronia – jeśli to on miałby reprezentować lewicę mimo perturbacji w swojej karierze – byłby trudno zrozumiały dla wyborców. Obaj panowie mają podobny profil ideowy, podobne biografie w sensie społeczno-rodzinnym i zbieżną historię polityczną – obaj sensacyjnie wygrali w swoim czasie wybory samorządowe.

Ta zbieżność może pomóc Jaśkowiakowi w najmłodszym elektoracie, gdzie wg badania OKO.press Biedroń jest liderem po stronie opozycji.

Niewykluczone, choć to już daleko idąca hipoteza, że przeszłość biznesmena i liberalne poglądy Jaśkowiaka na gospodarkę mogłoby skusić cześć zwolenników Janusza Korwin-Mikkego i tym samym uderzyć w czuły punkt Andrzeja Dudy, któremu trudno będzie wygrać bez tych wyborców.

Słabe punkty Jaśkowiaka to mała rozpoznawalność ogólnopolska i fakty, które mogą stać się amunicją dla brutalnej propagandy TVP: m.in. praca dla Jana Kulczyka i zawirowania w życiu osobistym.

Choć w toku kampanii wady można przekuć w zalety: przy odpowiedniej opowieści Jaśkowiak jako „zwykły człowiek” mógłby być łatwiej strawny dla wahającego się elektoratu niż „pochodząca z elit” Kidawa-Błońska.

Między bezpieczeństwem a ryzykiem

Z sondaży wynika, że wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie dla Platformy Obywatelskiej ruchem bezpiecznym.

Po wysunięciu jej na pierwszy plan kampanii parlamentarnej, mocno zyskała na rozpoznawalności, 13 października zdobyła najwięcej głosów w skali kraju, niewykluczone też, że będzie jedyną kobietą w walce o prezydenturę. Niemal na pewno przejdzie do drugiej tury, gdzie stoczy wyrównaną walkę z Andrzejem Dudą.

Wątpliwości? Jak wskazywaliśmy w OKO.press, Kidawa-Błońska kojarzy się z przegraną, reprezentuje pokolenie polityków Platformy, którzy przewodzili partii podczas pięciu z rzędu wyborczych porażek. Istnieje też ryzyko, że zabraknie jej determinacji: kultura osobista i szukanie zgody może nie sprawdzić się podczas ostrych konfliktów politycznych.

Kidawa-Błońska kojarzy się tylko z polityką i nobliwą rodzinną przeszłością. Zaletą Jaśkowiaka jest „zawód prezydenta miasta”, a wcześniej biznesmena. Może odwoływać się do wartości i doświadczeń spoza politycznego teatru, który nie cieszy się dużym szacunkiem Polek i Polaków. Wśród ról politycznych burmistrz ceniony jest przez  46 proc., poseł na Sejm przez 32 proc, a działacz partyjny tylko przez 20 proc.

Jaśkowiak to nowa twarz PO, polityk, który nie kojarzy się z porażką, szansa na odświeżenie wizerunku Platformy, ale jednocześnie wielka niewiadoma. Nie wiemy, jak sprawdzi się na arenie ogólnopolskiej, jest również póki co nie uwzględniany w badaniach sondażowych.

Nie wiadomo także, czy jego liberalny profil nie zmobilizuje dla Andrzeja Dudy wyborców konserwatywnych obecnie sceptycznie nastawionych do PiS i prezydenta.

Z drugiej strony, Jaśkowiak w Poznaniu pokazał, że doskonale się czuje, gdy atakuje z pozycji underdoga. Udowodnił również, że potrafi wygrywać z konserwatywnymi politykami i pozyskiwać wyborców lewicowych.

W 2014 roku jego przeciwnika Ryszarda Grobelnego popierali Jarosław Gowin i Marek Jurek, a sam Grobelny zręcznie wykorzystywał w kampanii pozycję prezydenta miasta oraz sympatię części aparatu PO.

Umiejętnie grał też na odruchu konserwatywnym klasy średniej, strasząc Jaśkowiakiem jako rewolucjonistą, który stateczny, mieszczański Poznań zmieni w arenę lewackiego eksperymentu obyczajowego.

Kampania negatywna Andrzeja Dudy uderzałaby zapewne w te same tony, ale Jaśkowiak już pokazał, że jest na nie odporny.

Kogo woli Tusk?

Szalę na rzecz Kidawy-Błońskiej lub Jaśkowiaka mogłoby przechylić poparcie Donalda Tuska, ale nowo wybrany szef Europejskiej Partii Ludowej już oficjalnie ogłosił, że popiera oboje. Pytanie, co dzieje się za kulisami.

Podczas obchodów 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku, Tusk mówił o samorządowcach: „To są ludzie, którzy wiedzą, jak dzisiaj wygrywać” i rysował koncepcję oparcia na nich kampanii wyborczej do Sejmu i/lub Senatu. Można założyć, że łatwiej byłoby Tuskowi uwierzyć w szanse Jaśkowiaka.

Kto ostatecznie zwycięży i zostanie kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta Polski, dowiemy się 14 grudnia. A potem okaże się na ile któreś z nich będzie w stanie wzmocnić swoje mocne punkty i przekroczyć ograniczenia.

„Wiadomości” TVP we właściwy sobie sposób odnotowały wybór Donalda Tuska na szefa Europejskiej Partii Ludowej. Jak to zwykle bywa – sukces Tuska jest dla prawicy tylko potwierdzeniem tego, jak mało znaczy jako polityk. Nie znoszą go Szwedzi, Włosi, Francuzi i Brytyjczycy. Największy wróg Polski zostaje w Brukseli – zdaje się mówić TVP i z ulgą, i z żalem

„Chwalą Tuska i trudno się dziwić. W końcu to jedna europejska frakcja” – zaczyna autor materiału Marcin Tulicki. I dodaje, że zwłaszcza partyjni koledzy chwalą go na oślep. Bo – według TVP – nie ma za co chwalić. A szefem EPL został, bo nie było żadnego kontrkandydata.

Rzeczywiście, był jedynym kandydatem. Ale historia zna przypadki, gdy jedyni kandydaci przepadali w takich głosowaniach:

Wybrała go Merkel?

„Wiadomości” TVP postanowiły zanalizować, co w takim razie stoi za sukcesem Tuska.

Miłosz Manasterski, redaktor naczelny swojej prywatnej „Agencji Informacyjnej”, spieszył z wyjaśnieniem:

„Donald Tusk ma bardzo słabą pozycję w Polsce (…) a do tego, by zostać szefem EPL wystarczy poparcie Angeli Merkel”.

Angela Merkel króluje oczywiście w wyobraźni polskiej prawicy jako cesarzowa Europy, która w każdej sprawie ma ostatnie słowo. Tylko że układ sił w EPL znacznie się zmienił po ostatnich wyborach i po raz pierwszy w historii tej partii posłowie z Europy Wschodniej przewyższają liczebnie reprezentantów Hiszpanii, Francji i Niemiec.

W Europarlamencie frakcja straciła miejsca – z 217 do 182. Największe straty odnotowały właśnie reprezentacje krajów zachodnich.

Wybranie więc – znowu po raz pierwszy w historii – szefa EPL właśnie z tej części UE, jest wyrazem polityki tej frakcji, która chce umacniać się na wschodzie Europy, gdzie chadecja, oddająca pole na Zachodzie, wciąż upatruje szans na rozwój. Aż 491 delegatów partii członkowskich głosowało za Tuskiem, tylko 37 przeciwko.

Wybór Tuska jest też wyrazem zmiany kursu wobec węgierskiej rządzącej partii Fidesz. Dotychczasowego szefa EPL, francuza Josepha Daula, uznawano za koncyliacyjnie nastawionego wobec Viktora Orbána. Portal Politico powołuje się na słowa jednego z członków EPL: „Tylko osoba z Europy Wschodniej jest w stanie przeciwstawić się narracji Orbána. Ofensywa idąca wprost z Europy Zachodniej byłaby skazana na klęskę”.

Wybór Tuska przedstawiany jest jako nadzieja EPL na nowe otwarcie. Jak określił to Manfred Weber: „Jego zadaniem będzie przedefiniowanie chadeckości”. Tusk jako polityk wyrazisty i rozpoznawalny, od miesięcy był przedstawiany jako naturalny wybór.

Brytyjczycy go nienawidzą! Wszyscy!

Jakie są zasługi Tuska? „Wiadomości” łapią na korytarzach polityków KO, którzy albo nie odpowiadają na pytanie, co jest prezentowane jako „przemilczenie”, albo wymieniają działania w sprawie kryzysu migracyjnego, klimatycznego czy Brexitu.

„Innego zdania są Francuzi, Niemcy, czy Szwedzi, którzy kryzys migracyjny odczuli na własnej skórze, a nie politycznych salonach” – komentuje Marcin Tulicki. Nie podaje jednak żadnych źródeł, ani przykładów, które miałyby świadczyć o tym, że opinia publiczna w tych krajach obwinia Tuska za cokolwiek.

Zdaniem TVP podobnie zniesmaczeni postawą Tuska są Brytyjczycy, „których za brak umowy wysyłał do piekła”. Chodzi oczywiście o słynny komentarz Tuska wygłoszony w Brukseli w lutym 2019:

„w piekle jest specjalne miejsce dla tych, którzy naciskali na Brexit bez jakiegokolwiek planu, jak bezpiecznie go przeprowadzić”.

„Ta wypowiedź była dla Brytyjczyków skandaliczna. Zwłaszcza, że padła z ust osoby, która miała łączyć, a nie dzielić” – kończy potępiająco Marcin Tulicki.

„Wiadomości” jako dowód pokazują okładkę brukowca „The Sun”, na której Tusk przedstawiony jest z Emannuelem Macronem jako gangsterzy grożący Theresie May.

Tylko że tekst pochodzi z września 2018, więc nie odnosi się konkretnie do słów Tuska o piekle, tylko do polityki liderów europejskich względem polityków Wielkiej Brytanii. Co więcej, „The Sun” jest gazetą zwolenników Brexitu. Wprost wzywało swoich czytelników do głosowania za wyjściem z UE w czerwcu 2016.

Słowa Tuska oczywiście zapiekły otwartych brexitowców i torysów odpowiedzialnych za chaos. Sami Brytyjczycy są jednak zmęczeni Brexitem, rozczarowani nieudolnością własnej klasy politycznej i wreszcie wcale nie są zadowoleni, że z Unii w ogóle wychodzą. Opcja „Remain” prowadzi stabilnie w sondażach mniej więcej od dwóch lat.

Dla porównania można prześledzić narrację dziennika „The Guardian”, który poświęcał słowom Tuska o piekle dużo uwagi. Analizowano kogo Tusk miał na myśli; odczytywano to wystąpienie poprzez jego biografię, pisząc, że było brawurowe i odważne, bo wypływające z idealizmu polskiego opozycjonisty wychowanego na tęsknocie do liberalnej demokracji. Wprost pisano o jego słowach jako „bolesnych i prawdziwych„.

Stosując analogię – równie dobrze można powiedzieć, że Polacy nienawidzą wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa za krytykowanie rządu PiS. Owszem, politycy PiS mogą nazywać Holendra „żandarmem Europy”, „wielkim szkodnikiem” i „antypolakiem”, ale z drugiej strony „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go Człowiekiem Roku, a Wiosna zaprosiła na swoją konwencję.

Niebezpieczny i mało znaczący

W materiale „Wiadomości” powtarza się prawicowa dialektyka sprzeczności, w której Tusk jest jednocześnie:

  • europejskim dandysem, który ucieka z Polski i „wybiera apanaże”;
  • wraca do Polski, żeby mącić, szczuć, obrażać Polaków i polski rząd;
  • jest skończonym, skompromitowanym politykiem bez szans na ważne funkcje w Polsce.

Wyrazem tej samej schizofrenicznej wizji jest zależność – im więcej Tusk znaczy w międzynarodowej polityce, zostając drugi raz szefem rady Europejskiej, czy teraz szefem EPL, tym bardziej dobitnie potwierdza, że w europejskiej polityce nic nie znaczy. Innymi słowy – sukces oznacza porażkę.

Międzynarodowa pozycja Tuska jest dla polskiej prawicy źródłem:

  • frustracji, stąd wszystkie agresywne określenia jak „niemieckie popychle”, „folksdojcz”;
  • ulgi, bo Tusk w Brukseli nie zagraża PiS-owi w polityce wewnętrznej.

Ale przede wszystkim prawica żywi do niego szczerą i gorącą nienawiść, która po 2014 roku, przez jego nieobecność, a później w wyniku przejęcia mediów publicznych, została spuszczona ze smyczy. Na prawicowych okładkach Tusk był już oficerem NKWD strzelającym w Katyniu do Lecha Kaczyńskiego, czy esesmanem eskortującym Angelę Merkel tramwajem z napisem „Nur für Deutsche”. „Wiadomości” TVP zestawiały Tuska z Hitlerem i Stalinem.

W narracji PiS Tusk stał się nie tyle wrogiem politycznym, ile właściwie „nieprzyjacielem” w biblijnym sensie tego słowa. Złem wcielonym. Przykładem może być Ryszard Czarnecki używający określenia „diabeł Tusk”, czy słynna okładka „Sieci”, na której Tusk ma włosy pokolorowane na marchewkowo i czerwone, wilcze oczy.

Wyniesienie Tuska do rangi najwyższego zła tłumaczy te słodko-gorzkie reakcje PiS-u na pozostanie Tuska w polityce europejskiej.

PiS sam wpadł w pułapkę spirali nienawiści, która nie może znaleźć ujścia. Lata mijają, język pogardy się radykalizuje, a Tusk ani nie stanął przed Trybunałem Stanu, nie odpowiedział za rzekomą „zdradę smoleńską” (skądinąd to drażliwy temat), spektakularnie ogrywa Komisję VAT w starciach bezpośrednich, a za granicą radzi sobie coraz lepiej i jest politykiem rozpoznawanym na całym świecie.

A ze złem wcielonym przecież należy walczyć, zło powinno zostać ostatecznie zwyciężone, potępione. Jeśli nie za granicą, to chociaż tu, w Polsce. Dla obozu PiS wymarzonym scenariuszem byłby start Tuska w wyborach prezydenckich i jego przegrana z Andrzejem Dudą. I taki obrót spraw byłby niezwykle prawdopodobny – przy negatywnym elektoracie, jaki ma Tusk, który w dość dużym stopniu zawdzięcza tej kampanii.

Stąd – radość i ulga, że nie przyjedzie mącić i ośmieszać, ale i złość, że nie stanie na polu walki, by dać satysfakcję.

W państwie tworzonym przez partię rządzącą nie ma niuansów ani kolorów.

Podwójne expose panów premiera i prezesa wskazuje, że kolejne cztery lata upłyną politykom z partii wciąż rządzącej na… poszukiwaniu utraconej normalności.

Co się z nią stało i kiedy zaginęła nie bardzo wiadomo, ale sądząc z portretu pamięciowego, jaki sporządzili przedstawiciele władzy, było to dawno, dawno temu. Od chwili, gdy gdzieś się zapodziała pod Okrągłym Stołem, minęły co najmniej trzy dekady. Jakby nie liczyć, pierwszą młodość ma już dawno za sobą, toteż trudno ją dzisiaj rozpoznać po starych zdjęciach black&white. Zatem, pomimo wysiłków całego obozu władzy i wsparcia ze strony autorytetów religijnych, przez ostatnie cztery poszukiwania nie przyniosły spodziewanego rezultatu. Więc trudno się dziwić, że wciąż nie jest u nas tak całkiem normalnie.

W tej sytuacji politycy partii rządzącej odwołali się do Narodu, upubliczniając rzeczony portret pamięciowy, a uczciwego znalazcę upraszając uprzejmie o zwrot normalności na ulicę Nowogrodzką.

Jaka jest normalność? Po pierwsze – biała, a po drugie – heteronormatywna. Po trzecie jest zaś wyznania katolickiego i narodowości polskiej (od co najmniej siedmiu pokoleń) toteż i obowiązki ma polskie. Jest zdrowa i pełnosprawna. Pozostaje w związku sakramentalnym i posiada dwójkę albo więcej dzieci. Pracuje na utrzymanie rodziny, a po pracy ogląda w tv rodeo (albo mecz piłkarski) lub – odpowiednio – dba o dom i rodzinę oraz rodzi i wychowuje liczne potomstwo, w wolnych chwilach zerkając znad prasowania na „Plebanię” i „Rodzinkę pl”.

Nie uznaje środków antykoncepcyjnych (nawet jeśli stosuje) ani – rzecz jasna – aborcji. Tę – w razie potrzeby – wykonuje w ateistycznych Czechach, a to się za grzech nie liczy.

W niedzielę chodzi do kościoła, a potem spożywa rodzinny obiad z rosołem i domowym kompotem i ogląda „Dziennik telewizyjny” oraz seriale krajowej produkcji. Nosi garnitur lub garsonkę. Latem jeździ nad Bałtyk. Przez resztę roku grilluje na działce. Pali węglem i oddycha smogiem, bo tak nakazuje tradycja.

Normalność słucha disco polo i marzy o domku z ogródkiem. Kocha „swojskość”, nie cierpi zaś „elit” (chyba że chodzi o elity własnego chowu zaludniające korytarze sejmowe i telewizję publiczną). Kocha też Polskę i „wartości”, a jej hasło to „Bóg, Honor i Ojczyzna”, nawet jeśli notorycznie zdradza współmałżonka, ma dwójkę dzieci z in vitro, oszukuje na podatkach, regularnie bije żonę (lub męża), mieszka w Szwajcarii, a na życie zarabia w Londynie.

Normalność do polityki się nie miesza, szanuje autorytety i poglądy, o których słyszy w TV-PiS, dba o rodzinę i swoje interesy. Nie przeszkadza jej aktualny skład TK czy KRS, reforma szkolnictwa, kolejki do lekarza, podwyżki cen prądu ani Republika Banasiowa, bo świetnie rozumie, że w życiu trzeba się umieć „ustawić”. I że darowanemu pięćsetplusowi na ręce się nie patrzy, tylko głosuje na PiS, bo tak stoi w Dekalogu.

Gdzie jej szukać? Głównie na wsi i w małych miasteczkach, przeważnie na wschód od Wisły, ale tak naprawdę to występuje ona głównie w wypowiedziach polityków partii władzy. Bo w realu nikt jej chyba od dawna nie widział.

Na ulicy od dawna widać zaś głównie normalność z zupełnie innej opowieści. Jest to normalność, której kolorowe zdjęcie z Instagrama opisał – w reakcji na podwójne expose premiera i prezesa – Adrian Zandberg z opozycji. Jest to normalność w niczym niepodobna do tej ze wspomnień przywódców partii aktualnie rządzącej. Wolna, równa i braterska oraz – ratuj się kto może – genderowa. Świecka, czyli pozbawiona wszelkich „wartości”. Gejowska jakaś i niepatriotyczna. Niepolska nawet. I nic dziwnego, bo normalność partii Razem to normalność „lewacka”. Taka z brukselskim, a nie swojskim rodowodem. Czyli żadna z niej normalność. Jeśli porównać ją do normalności z definicji panów premiera i prezesa, to wychodzi, że to, normalnie, jakaś patologia…

Toteż kierownictwo formacji władzy wciąż usilnie poszukuje swojej utraconej normalności. Problem w tym, że – jak się zdaje – wystraszona zgniłymi moralnie brukselskimi miazmatami zdążyła już ona zmienić adres, a być może nawet narodowość. Dzisiaj trzeba by jej chyba szukać na Białorusi. Albo w Rosji.

Złodziejstwo PiS

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje więcej pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych

– PiS robi rzecz dla przyszłych pokoleń Polaków, dla naszych dzieci, okrutną. Dzisiaj do budżetu wpłynie 5, 7, 10 mld, w przyszłości więcej, natomiast za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z tego budżetu powinno wypłynąć o wiele więcej miliardów złotych na wypłatę emerytur. Im wyższa składka, tym wyższa emerytura – tłumaczyła Leszczyna.

Kontrowersje wokół projektu

– PiS w panice szuka pieniędzy do przyszłorocznego budżetu i wprowadza drogą poselską tak naprawdę ustawę systemową dla systemu ubezpieczeń społecznych – tłumaczyła Paulina Hennig-Kloska – tak naprawdę dopiero nasze dzieci i wnuki odczują, co dzisiaj PiS robi z naszymi portfelami. Wtedy trzeba będzie oskładkować pracę dużo bardziej niż dziś, żeby utrzymać kominowe emerytury, które w wyniku tej regulacji powstaną – tłumaczyła.

KO złożyła do przewodniczącego komisji finansów publicznych Henryka Kowalczyka wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia, aby przedyskutować i ocenić skutki regulacji.

Kryzys w rządzie?

Sprzeciw wobec pomysłu zniesienia limitu składek jeszcze przed wyborami wnosił wicepremier Jarosław Gowin. Już po wyborach powtórzył, że projektu nie poprze. Zmianom sprzeciwiają się także pracodawcy i związkowcy.

Poparcie projektu rozważa część Lewicy, ale z klauzulą emerytury maksymalnej.

Marszałek Elżbieta Witek zamierza zamówić ekspertyzy ws. kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego. Witek chce sprawdzić, czy do TK może kandydować osoba w wieku 65 lat.

Do Trybunału Konstytucyjnego zamierzają kandydować Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Elżbieta Chojna-Duch. Pierwszych dwoje ma 67 lat, Chojna-Duch natomiast 71.

Po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie wiadomo, czy wspomniane osoby mogą kandydować do TK – prawicowy rząd zmienił wiek przejścia sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę, który ustalono na 65 lat. Wprowadzenie nowego wieku emerytalnego miało umożliwić pozbycie się z SN Małgorzaty Gersdorf. Zarówno Piotrowicz i Pawłowicz przekonywali wtedy, że… zmiana jest potrzebna.

W ustawie o Trybunale Konstytucyjnym widnieje zapis, że kandydaci do TK muszą spełniać takie same wymogi, co sędziowie Sądu Najwyższego. Wszystko wskazuje więc na to, że Piotrowicz, Pawłowicz i Chojna-Duch nie nadają się do kandydowania. Witek zamówiła ekspertyzę właśnie w tej sprawie.

„Gazeta Wyborcza” zapytała Witek o wiek PiS-owskich kandydatów. Marszałek odpowiedziała, że – jak podaje przywołany dziennik – „w ustawach mogą występować sprzeczności”.

Sytuacja wzbudziła rozbawienie internautów, którzy wypominają partii rządzącej niebywałą hipokryzję i obłudę. „Nazwa partii, w której jest pani marszałek, też jest w sprzeczności ze stanem faktycznym”, „Sam istniejący przepis nie wystarcza! Teraz jeszcze trzeba go przetłumaczyć z polskiego na nasze !!!”, „Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze!” –  to tylko niektóre komentarze użytkowników serwisu Wyborcza.pl.

Fantastyczne posunięcie nowego marszałka Senatu, pana Tomasza Grodzkiego. Uznał on, zresztą słusznie, że przyjmując takie stanowisko, należy przedstawić się narodowi i postanowił wygłosić orędzie w Telewizji Publicznej, zaraz po „Wiadomościach”. Dla pana Kurskiego był to zapewne szok, nie mógł przecież odmówić, jednak odpowiednio „przygotował” odbiorców swojej telewizji do tak nieoczekiwanego wydarzenia.

Sytuacja dla „reżimówki” bardzo niekomfortowa, więc trzeba było szybko odpowiednio zareagować i pokazać w „Wiadomościach”, kim jest nowy marszałek. Nie ma co, dziennikarze świetnie się przygotowali i ostro rzucili na marszałka.

Najpierw porównano jego majątek z majątkiem Elżbiety Witek, przy którym pan Grodzki wyszedł na krezusa. Przy okazji wyemitowano też fragment jego rozmowy z Robertem Mazurkiem. Dziennikarz usiłował dociec, ile tak naprawdę zarabiał pan profesor w minionych latach i nie chciał przyjąć do wiadomości, że wysokość tych zarobków obejmowała też dochód żony.

Przypomniano również, że profesor był przez 18 lat dyrektorem szpitala, który znalazł się na progu bankructwa, a wisienką na torcie była wypowiedź prof. Agnieszki Popieli, oburzonej wyborem na marszałka Senatu człowieka, któremu wręczyła łapówkę w wysokości 500 dolarów za operację matki. Zgodnie z tradycją Telewizji Publicznej, Tomasz Grodzki nie miał możliwości odnieść się do tak ostrej krytyki.

Z przekazu telewizyjnego wyłonił się nam człowiek, nieco szemrany. Tu łapówka, tam jakieś machlojki przy deklaracjach majątkowych, a do tego fatalne zarządzanie szpitalem. Jak widać, dziennikarze Kurskiego stanęli na wysokości zadania. Teraz telewidz został już odpowiednio „urobiony”, spokojnie odbierze orędzie pana profesora i nie da się nabrać, bo już zna całą prawdę. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wyłączył wcześniej telewizora, bo o wystąpieniu marszałka Sejmu „Wiadomości” nie raczyły poinformować.

Prof. Agnieszka Popiela z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego napisała we wtorek na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”.

Mimo swej niejasności wpis niepoparty żadnymi dowodami odbił się donośnym echem w mediach, a dla TVP był gwoździem programu poprzedzającego orędzie nowego marszałka Senatu.

Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne” – oświadczył Wirtualnej Polsce prof. Tomasz Grodzki.

Równocześnie marszałek dodał: „Apeluję, zgodnie z wymową mojego wczorajszego orędzia, o opamiętanie. Tym niemniej, choć z natury jestem człowiekiem łagodnym, w przypadku dalszego oczerniania mojej osoby będę zmuszony wystąpić na drogę sądową w obronie mojego dobrego imienia”.

I chyba opamiętanie przyszło dość szybko, bo pani Popiela w następnych wpisach zaczęła wyraźnie łagodzić swoje stanowisko:

„Ponieważ mój wpis wywołał dyskusje, wyjaśniam: Pan prof. T. Grodzki to wybitny torakochirurg, który pomógł mojej śp. Mamie. Dzięki niemu miała łatwiejszą śmierć i za to jestem wdzięczna. Napisałam to, co napisałam, bo objął wielką godność w Polsce, a to wymaga etyki na najwyższym poziomie” – napisała. W czym więc rzecz?

Dalej pani Popiela dodała: „Jeśli to była fundacja, a ja nie dostałam faktury/rachunku/potwierdzenia wpłaty przez pomyłkę, to chętnie przeproszę. Powinna być dokumentacja fundacji” – i powołała się na maksymę Ojca Świętego Jan Paweł II: „Prawda nas wyzwoli”.

Poproszona przez portal gazeta.pl o komentarz odpisała: „Nie komentuję tej sprawy”. Ale na Twitterze zamieściła kolejny wpis: „Liczę na wyjaśnienia Pana Marszałka. Jeśli dokumentacja fundacji jest ok to chętnie przeproszę”.

Nawiasem mówiąc – jak wynika z aktywności tej pani na Facebooku – w czasie jesiennych wyborów samorządowych wsparła ona polityka PiS i została członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Bartłomieja Sochańskiego na prezydenta Szczecina – pisze gazeta.pl.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Pojednawcze gesty obozu władzy z okazji inauguracji Sejmu nowej kadencji na razie zdały się na nic. Polacy wciąż pozostają głęboko podzieleni. Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Najlepiej dowiodły tego reakcje opozycji na sejmowe przemówienia pana prezydenta oraz marszałka seniora. Reakcje krytyczne, co niejako oczywiste. Ale krytyczne ze szczególnego powodu. Otóż wystąpienie Andrzeja Dudy niektórzy posłowie oprotestowali ze względu na brak zwyczajowych dowcipów, z których prezydent zdążył już zasłynąć w niejednym powiecie. Tymczasem w Sejmie – narzekali parlamentarzyści od centrum do lewa – nawet o Murzynach nie było ani słowa…

Co innego marszałek senior. Ten rozbawił opozycyjne towarzystwo niemal do łez, tropiąc szpiegów w „GW”, marksistów w SN i gender w podstawówkach, a też co chwila powołując się na Konstytucję. Pan marszałek „śmieszył, tumanił i przestraszał”, ani na chwilę nie wypadając ze swej zwyczajowej roli. Więc i brawa na koniec dostał całkiem zasłużenie.

No, ale właśnie na przykładzie reakcji na te dwa przemówienia widać najlepiej, jak bardzo stronnicy i przeciwnicy aktualnej władzy różnią się nie tylko pod względem poglądów, ale też poczucia humoru. Bo co jednych śmieszy, innych cieszy – i odwrotnie.

Zacznijmy od wystąpienia pana prezydenta i zarzutów opozycji, że było owszem, poprawne, ale strasznie poważne. Tymczasem można w ciemno iść o zakład, że parlamentarzyści PiS w duchu pokładali się przy nim ze śmiechu. Najzabawniejsze musiały się im wydać fragmenty o konieczności naprawy języka polityki, szacunku dla cudzych poglądów, wzajemnej tolerancji i temu podobne androny. Niektórzy musieli się chyba popłakać z uciechy.

Wewnętrznie, bo trzeba wszak było zachować pozory powagi, licząc, że ciemny antypisowski lud to kupi. Że da się nabrać na te puste gesty i nic nieznaczące deklaracje, które potrwają najdalej do majowych wyborów prezydenckich. Bowiem lud pisowski doskonale rozumie, że to tylko takie gadanie, obliczone na łagodzenie nastrojów i reelekcję prezydenta. On tak po prostu musi, bo inaczej „dobra zmiana” nie posunie się już ani o krok w kierunku Polski marzeń marszałka seniora.

Bo on, z kolei, mówił jak najbardziej serio. Owszem, lewactwo śmiało się w kułak na samo wspomnienie o „agentach”, „postkomunie” i „potworze gender”. Zresztą niektórzy „totalsi” już na sam widok marszałka seniora dostają napadu nerwowego chichotu, bo zaraz im się przypominają a to parówki smoleńskie, a to wyprawa na Caracale z widelcem. Tymczasem prawa strona sejmowej sali z pewnością wsłuchiwała się w słowa marszałka seniora z należytą powagą, a potem nagrodziła je jeszcze owacją na stojąco. Nie bez powodu wicepremier Sasin, barwna eminencja partii aktualnie rządzącej, z niekłamanym entuzjazmem wyrażał się w telewizji o treści i formie tego specyficznego przemówienia. Państwo z PiS i okolic wiedzą otóż doskonale, że pan Antoni bynajmniej nie żartował, kiedy zapowiadał polowanie na agentów w sądach i mediach, dalsze ograniczanie praw kobiet oraz „obronę wartości chrześcijańskich”. Całkiem serio zapowiadał też Polskę dla „prawdziwych” Polaków. To – drodzy totalsi – nie był żaden tam „kabaret”. Dowcipy o Konstytucji to opowiadał naiwnym rodakom pan prezydent Duda.

I tylko „totalsi” się w tym wszystkim nie zdążyli połapać tak od razu. Cóż – po prostu za grosz nie mają poczucia humoru.

Mordki od Ziobry czeka nikczemna przyszłość

Powołana przez PiS Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych uchyliła decyzję o awansie do sądu okręgowego dla zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michała Lasoty. Awans dała mu nowa KRS, ale Izba SN kazała powtórzyć konkurs na wolne stanowiska w sądzie okręgowym

Orzeczenie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych blokuje awans Michała Lasoty do Sądu Okręgowego w Elblągu. Nadal będzie więc sędzią rejonowym z sądu w Nowym Mieście Lubawskim, gdzie jest też prezesem z nadania ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Od ponad roku głównym zajęciem Lasoty jest jednak ściganie sędziów, którzy bronią niezależności wymiaru sprawiedliwości. Robi to wspólnie z głównym rzecznikiem dyscyplinarnym Piotrem Schabem i drugim z jego zastępców Przemysławem Radzikiem. Wszyscy są z nominacji ministra Ziobry.

Orzeczenie dotyczące awansu Lasoty Izba wydała w środę 30 października, na posiedzeniu niejawnym. Na razie wiadomo jedynie, że trzyosobowy skład uchylił uchwałę nowej Krajowej Rady Sądownictwa z marca 2019 r. W tej uchwale nowa KRS rozstrzygnęła komu dać rekomendację do powołania przez prezydenta, na dwa wolne stanowiska w Sądzie Okręgowym w Elblągu. Na pisemne uzasadnienie orzeczenia trzeba poczekać.

Awans dla sędziów, którzy poszli na współpracę z „dobrą zmianą”

Na konkurs nowej KRS na dwa wolne stanowiska w Sądzie Okręgowym w Elblągu zgłosiło się 8 kandydatów. Z informacji OKO.press wynika, że Kolegium Sądu Apelacyjnego w Gdańsku do awansu poparło sędziów, którzy potem przepadli w konkursie.

Nowa KRS dała zaś awans zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michałowi Lasocie i Krzysztofowi Korzeniowskiemu, prezesowi Sądu Rejonowego w Braniewie (z nominacji ministra Ziobry).

Prezydent Andrzej Duda nie wręczył im jednak nominacji, bo trzech przegranych kandydatów złożyło odwołania od uchwały KRS do Sądu Najwyższego. W odwołaniach podnosili, że nowa KRS nienależycie uzasadniła swój wybór i to mogło być przyczyną uchylenia przez skład Izby SN uchwały KRS. Bo już wcześniej w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej zapadały orzeczenia wytykające nowej KRS błędy w konkursach na wolne stanowiska w sądach.

Ponadto sędziowie w całej Polsce protestowali przeciwko awansom, jakie dawała nowa KRS, bo często dostawali je „swoi” sędziowie, a sam proces wyboru sędziów do awansu był mało transparentny. Z tego powodu wiele sądów odmówiło udziału w procedurze opiniowania awansów dla nowej KRS.

Lasota nagrodzony stanowiskami przez resort Ziobry

Michał Lasota jest zasłużony dla „dobrej zmiany” w sądach. Znany jest głównie z wytyczania dyscyplinarek sędziom zaangażowanym w obronę wolnych sądów. Lasota poszedł bowiem na współpracę z resortem ministra Ziobry. Dzięki temu jest prezesem w macierzystym sądzie rejonowym. Orzeka też na delegacji w największym sądzie w Polsce – w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Jest jednak zajęty obowiązkami związanymi ze ściganiem niepokornych sędziów i nie starcza mu czasu na załatwienie spraw obywateli, które ma jeszcze w swoim sądzie rejonowym.

Za jedną z zaległych spraw Skarb Państwa ma wypłacić odszkodowanie obywatelowi, bo sąd okręgowy stwierdził przewlekłość postępowania u sędziego Lasoty. By uporać się z zaległościami, jako prezes sądu przydzielił sobie do pomocy wszystkich asystentów sędziów (2), w tym syna wiceprezes sądu.

Po ujawnieniu, że sąd okręgowy stwierdził w jego pracy przewlekłość, Lasota doniósł do rzecznika dyscyplinarnego na sędziów, którzy przewlekłość orzekli.

W tej sprawie zadziałał szybko główny rzecznik dyscyplinarny, który wezwał na przesłuchanie tych sędziów. Być może sprawa zakończy się dla nich dyscyplinarkami.

To nie pierwszy raz, kiedy sędziom, którzy zadarli z Lasotą, grożą dyscyplinarki lub konsekwencje służbowe. Jak pisaliśmy w OKO.press, rzecznik dyscyplinarny zajmuje się też sędzią Ewą Mroczek z Działdowa (w tym mieście mieszka Lasota), która na jednym spotkań nie podała mu ręki. Z kolei sędzia Magdalena Modrzyńska z Elbląga na jednym z zebrań sędziów pokazała w kierunku Lasoty gest pukania się w czoło. Lasota poczuł się tym znieważony i zażądał przeprosin.

Co będzie dalej z awansem dla zastępcy rzecznika dyscyplinarnego? Nowa KRS będzie musiała powtórzyć konkurs na dwa wakaty w elbląskim sądzie.

Mordki od Ziobry – Schab i Lasota. Kiedyś zaliczą ze swoim szefem dołek w więzieniu. Tak będzie wyglądać sprawiedliwość.

Xerofas

Piotr Schab w ekspresowym tempie zajął się trzema sędziami z Krakowa, którzy w ramach rozpoznawanej apelacji chcieli zbadać legalność powołania asesora sądowego. Rzecznik działa błyskawicznie, bo może obawiać się podważania legalności sędziów wybranych przez nową KRS. Sędziom z Krakowa za normalne działania orzecznicze grożą teraz co najmniej dyscyplinarki

To będzie precedensowa sprawa. Po raz pierwszy straszy się sędziów poważnymi konsekwencjami za legalne działania podejmowane w ramach czynności sędziowskich. Groźby są zawarte w piśmie głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba, które skierował do trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie.

Sędziowie pytają kiedy powołano asesora

Pismo jest z czwartku 31 października 2019. Schab wzywa w nim sędziów – w tym sędziego Wojciecha Maczugę – do złożenia wyjaśnień w związku z czynnościami, jakie podejmowali w jednej ze spraw.

Na początku września 2019 ci trzej sędziowie działając jako sąd odwoławczy zajmowali się wyrokiem łącznym wydanym przez asesora sądowego z Sądu Rejonowego w Chrzanowie.

Sędziowie…

View original post 739 słów więcej

Wystrychnięty Duda na dudka, propozycja dla Kaczyńskiego, pisowska głupawka w Kaszmirze i dziady, dziady, dziady

Taki dzień.

Apel do pazernych klechów

„Brak wpadek odróżnia prezydenta Dudę od Bronisława Komorowskiego – ogłosił w „Kropce nad i” Kamil Bortniczuk z Porozumienia Jarosława Gowina. To ciekawa opinia. Z tym, że nie ma oparcia w faktach

Goszcząc w programie Moniki Olejnik, poseł Porozumienia Jarosława Gowina wygłosił laurkę dla prezydenta Andrzeja Dudy – jego zdaniem to najlepszy prezydent, jaki mógł się Polsce przytrafić.

Rzeczywiście, im bliżej było końca kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego, tym bardziej kojarzył się on wyborcom jako chodząca gafa. Po części była to etykieta zasłużona, po części – krzywdząca.

Natomiast jeśli uznamy, że Komorowskiemu często przydarzały się wpadki, Duda z całą pewnością mu nie ustępuje.

1. Wpadki zagraniczne

Bronisławowi Komorowskiemu pamięta się niefortunną wypowiedź podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania z Barackiem Obamą Komorowski stwierdził:

„Fundamentem naszych relacji jest umiłowanie – amerykańskie i polskie – wolności. Jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie, to najpierw musimy mieć pewność, że nasz dom, nasze kobiety, nasze dzieci są bezpieczne”.

Oprócz lekkiego zażenowania Obamy te słowa nie miały poważniejszych skutków.

Podobnie jak ta wypowiedź Andrzeja Dudy:

„Przyjechałem też po to, żeby za to podziękować. Podziękować społeczeństwu irlandzkiemu, podziękować władzom irlandzkim. Złożyłem dzisiaj podziękowania na ręce pani premier za właśnie ten wielki akt człowieczeństwa i tę wspaniałą postawę, że ci mali Polacy zostali tutaj przyjęci”

– stwierdził prezydent Duda w sierpniu 2018 r. w… Nowej Zelandii.

2. Wpadki Twitterowe

Ten tweet z oficjalnego konta Bronisława Komorowskiego wzbudził w lutym 2015 r. powszechną wesołość w sieci:

„Wysłanie sił rozjemczych ma sens, jeżeli jest rozejm, bo jak jest wojna, to trudno tam wysyłać żołnierzy”.

To jednak nic w porównaniu z szarżami Twitterowymi prezydenta Andrzeja DudyJak na początku 2016 r. odkryli dziennikarze, z niemal 800 osób, które obserwuje prezydent, większość stanowią nastolatki. Duda obserwuje i konwersuje z internautami o tak wdzięcznych ksywkach jak „Seba sra do chleba”, „Ruchadło leśne” i „Gejowa Łafka z sosny”.

3. Wpadki z żartem

W lutym 2015 r. Bronisław Komorowski był z oficjalną wizytą w Japonii. Media obiegła scena, jak prezydent wchodzi na krzesło przeznaczone dla szefa japońskiego parlamentu i woła do ówczesnego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja: „Chodź, szogunie!”.

Później okazało się, że wpadki dyplomatycznej nie było: miejsce wskazali Komorowskiemu sami Japończycy. Ale rzeczywiście, żart o Szogunie nie należał do specjalnie wyszukanych.

„Mało wyszukany” to jednak ogromny eufemizm w przypadku żartu Andrzeja Dudy, opowiedzianego 20 października 2019 r. podczas obchodów 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Żart był następujący:

„Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w Południowej Afryce i z Europy leci samolot pełen rektorów i niestety, nastąpiła awaria, samolot w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Wszyscy rektorzy zostali zjedzeni, poza jednym. Poza panem profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódź plemienia był jego kolegą, na elektrycznym na AGH”

Jak pisaliśmy w OKO.pressdowcip był zwyczajnie rasistowski.

4. Wpadki merytoryczne

Słynny stał się błąd ortograficzny Bronisława Komorowskiego. W marcu 2011 r. po tsunami w Japonii prezydent napisał w księdze kondolencyjnej: „Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”.

Ale Andrzej Duda w błędach na poziomie szkoły podstawowej nie pozostaje dłużny poprzednikowi: w OKO.press udowadnialiśmy, że prezydent ma kłopot z policzeniem polskich powstań przeciwko zaborcom.

5. Wpadki referendalne

Bronisław Komorowski walcząc przed drugą turą o głosy wyborców Pawła Kukiza, zarządził referendum dotyczące m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych. Komorowski wybory i tak przegrał, a referendum kosztowało prawie 72 miliony zł. Frekwencja wyniosła oszałamiające 7,8 proc.

Andrzej Duda również wymyślił swoje referendum: konstytucyjne. W tym wypadku upokorzenia prezydentowi oszczędzili senatorowie PiS, którzy odrzucili wniosek głowy państwa i referendum się nie odbyło.

Jak widać, wpadki nie były tylko domeną Bronisława Komorowskiego, a prezydent Duda dzielnie dotrzymuje kroku poprzednikowi. Nawet biorąc pod uwagę sympatię dla Dudy w jego zapleczu politycznym, faktom zaprzeczać nie wypada, a te są jasne: Andrzeja Dudy nie odróżnia od Bronisława Komorowskiego brak wpadek.

Były wicepremier znany prawnik mecenas Roman Giertych wpadłszy na genealogiczny wywód Minakowskiego dokonał epokowego odkrycia: jest blisko skoligacony z liderem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim, a z tego w praktyce winno jego zdaniem coś wynikać. Niewiele myśląc „wysmażył” więc do prezesa szczery list:

Drogi Jarku!” – zwrócił się poufale do „kuzyna” oznajmiając mu, że prapraprapradziadek Kacper Kazimierz Sas był prapradziadkiem Jadwigi Sarć, która wyszła za Stanisława Święckiego, którego brat Czesław Święcicki ożenił się z Kazimierą Jasiewicz, która była siostrą Aleksandra Jasiewicza – jak dowodzi – w prostej linii dziadka Kaczyńskiego.

Nawiązując do konstruowania obecnie nowego rządu Rzeczpospolitej Roman Giertych zasugerował, że prezes powinien przy tej ważnej okazji uwzględnić osobę nowo odnalezionego kuzyna, argumentując:

Cały list tutaj >>>

Skoro tatuś naszego prezydenta, kuzynka premiera, siostry, bracia, szwagierki, wujowie, siostrzenice, bratanice, fryzjerki, kierowcy, koleżanki fryzjerek etc.etc. naszych kochanych posłów PiS zajmują poczesne miejsca w obozie dobrej zmiany, to i ja pomyślałem, że dla mnie jakieś miejsce się znajdzie” – napisał z nadzieją.

Podkreślając „ciężar gatunkowy” odkrytego powinowactwa Giertych upomniał się o szczególne względy, przymierza się do stanowiska prokuratora generalnego i przekonuje świeżo upieczonego kuzyna:

„Przecież nie jestem kuzynem zwykłego posła, który może liczyć jedynie na jakąś radę nadzorczą tylko jestem kuzynem samego Ciebie. Wicepremierem już u Ciebie byłem (brrr, aż mi się zimno robi na samo wspomnienie), ale Prokuratorem Generalnym to byłbym idealnym, tym bardziej, że Ziobro w ogóle nie jest spokrewniony, czy spowinowacony ani z Tobą ani z premierem i nie wiadomo jak się znalazł w dobrej zmianie” – podsumował swój wywód.

Na koniec Giertych poprosił Kaczyńskiego o kontakt, zakładając że prezes nie wątpi w jego obiektywizm, którego wszyscy oczekują od prokuratorów.

Zapewnił Kaczyńskiego, że „we wszystkich sprawach mógłbyś liczyć na moją niezależność, szczególnie w sprawie, która boli Cię tak bardzo. Byłbym ślepy jak Temida i realizowałbym prawo i sprawiedliwość” – szczerze zadeklarował mec. Roman Giertych.

Mylił się ten, kto sądził że pani Elżbieta Witek przejmując pałeczkę po marszałku Marku Kuchcińskim cokolwiek zmieni w stylu sprawowania tego urzędu. Niedawno mianowana marszałkini dopiero co zapowiadała usunięcie kompromitującej kotary z sejmowego korytarza, lecz jak śmieją się internauci „nie zawiodła”. Okazała się godną kontynuatorką „myśli” swojego poprzednika.

Zasłona, która odgradzała PiSowskich polityków od dziennikarzy i telewizyjnych kamer – pewnie została tylko oddana do pralni – bo już triumfalnie wróciła na swoje dawne miejsce.

Opinia publiczna nie zapomniała, że tuż po objęciu urzędu marszałka Sejmu, Elżbieta Witek zorganizowała spotkanie z dziennikarzami, na którym zapowiedziała zmianę stylu urzędowania.

PiSowska funkcjonariuszka zadecydowała wtedy o demontażu kotary oraz wprowadziła konferencje prasowe przed posiedzeniami Sejmu.

Sprzed budynku na Wiejskiej miały zniknąć także barierki, które stoją w tym miejscu od protestów z grudnia 2016 roku.

To nie Parlament Europejski stał za organizacją wizyty grupy europosłów w Kaszmirze – podkreśliła na czwartkowej konferencji prasowej rzeczniczka KE ds. międzynarodowych Maja Kocijancic. Jak informuje „GW”, do Kaszmiru udało się m.in. kilkoro europarlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości.

– To była prywatna wizyta niektórych europarlamentarzystów, nie jest ona oficjalną wizytą zarówno Parlamentu Europejskiego, jak i Unii Europejskiej. Oznacza to, że uczestnictwo miało charakter indywidualny, a wygłaszane poglądy posłów są ich własnymi – tak o wizycie grupy europosłów w Kaszmirze mówiła na czwartkowej konferencji rzeczniczka prasowa Komisji Europejskiej ds. międzynarodowych Maja Kocijancic.

– Stanowisko Unii Europejskiej w sprawie Kaszmiru nie zmieniło się: uważamy, że obustronne polityczne rozwiązanie jest jedynym sposobem, by zaprzestać długotrwałego sporu powodującego niestabilność i brak bezpieczeństwa – dodała.

Wyjazd europarlamentarzystów do Kaszmiru

„Gazeta Wyborcza” opisała w czwartek, że co najmniej pięcioro posłów PiS – Ryszard Czarnecki, Grzegorz Tobiszowski, Joanna Kopcińska, Elżbieta Rafalska i Bogdan Rzońca – uczestniczyło kilka dni temu w wizycie w Kaszmirze na zaproszenie indyjskiego rządu. W delegacji znaleźli się również m.in. działacze niemieckiej prawicowej partii Afd.

Wizyta wzbudziła spore kontrowersje ze względu na panującą na tym terenie napiętą sytuację wywołaną ostatnimi decyzjami indyjskiego rządu. Zamieszkany przez muzułmanów Kaszmir jest terytorium spornym między Indiami a Pakistanem, który kontroluje jego część. W walkach o Kaszmir zginęło dotychczas łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

W sierpniu indyjskie władze zdecydowały o zniesieniu autonomii i podziale stanu Dżammu i Kaszmir, co wywołało masowe protesty jego mieszkańców. W jego miejsce powstanie terytorium Dżammu i Kaszmir oraz Ladakh. Obie te jednostki będą zarządzane przez władze w Delhi.

Odebranie regionowi regionowi autonomii wiązało się m.in. z aresztowaniami polityków, aktywistów czy naukowców. Odcięto też telewizję, a na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy

Premier Indii Narendra Modi oświadczył, że podział stanu przyczyni się do rozwoju tego terytorium. Zapowiedział budowę nowych dróg, linii kolejowych, szkół i szpitali. Tej decyzji sprzeciwiają się Pakistan i Chiny.  „Zdaniem krytyków wizytę celowo zorganizowano w tym okresie, aby pokazać, że do Kaszmiru powróciła „normalność” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Europoseł Ryszard Czarnecki w rozmowie z PAP podkreślił, że wizyty nie można określać jako „wycieczki”, bo w przeddzień i w dniu wyjazdu doszło tam do zamachów terrorystycznych. Stwierdził, że wizyta miała na celu „próbę zobaczenia sytuacji na miejscu”.

Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni – mówi ks. Wojciech Lemański. – Żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy w dzisiejszej rzeczywistości ktoś się jeszcze zastanawia nad sensem życia i śmierci?

WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, że tak. Wystarczy 1 listopada wyjrzeć przed okno przejeżdżając obok cmentarza i zobaczy pani, że żadna sytuacja – ani okupacji hitlerowskiej, ani rządu komunistycznego w kraju, ani wybór tej czy innej opcji w demokratycznych wyborach – tej naszej postawy wobec tych, którzy odchodzą, nie zmienia. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni.

To ważne święto w naszej tradycji, ale zastanawiam się, na ile jest w tym prawdy, a na ile chęci zapalenia zniczy kupionych na promocji w markecie, zjedzenia pańskiej skórki…
Nie zgadzam się z panią. To są moim zdaniem fałszywe truizmy.

DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W HISTORII POLAKÓW JEST ZAPISANY, ZWŁASZCZA W OSTATNICH DZIESIĘCIOLECIACH, JAKO DZIEŃ PAMIĘCI O ZMARŁYCH. TO NIE JEST DZIEŃ WOŻENIA ZNICZY I KWIATÓW, CHOĆ TAK TO WYGLĄDA NA ZEWNĄTRZ, BO TRUDNO JEST CZŁOWIEKOWI WSPOMINAĆ „Z PUSTĄ RĘKĄ”.

Chcielibyśmy coś po sobie na grobie zostawić, lampkę, znicz, kwiat czy cały bukiet, ale to nie jest najważniejsze. Niektórzy mówią, że to chęć pokazania się przed innymi. Kolejny truizm. Jeśli na grobach płonie kilka czy kilkanaście zniczy to znak, że kilkanaście osób przyszło na to miejsce. To dostrzegalny znak, że o tych, którzy odeszli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, wciąż pamiętamy. A to jest coś, czego żadną pańską skórką, blichtrem czy kwiatami nie da się streścić ani strywializować. Nie odbierajmy Polakom tego, co przez te dziesiątki lat w sobie ukształtowali.

Kiedyś i w tradycji Kościoła, do której należy większość Polaków, uroczystość Wszystkich Świętych nie miała nic wspólnego z pamięcią zmarłych. To ważne święto religijne, podobnie jak Boże Ciało czy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Uroczystość Wszystkich Świętych to święto radosne. Natomiast następny dzień to dzień zaduszny, czyli dzień wspominania zmarłych. Ponieważ władze komunistyczne nie pozwalały świętować dnia zadusznego, a 1 listopada był dniem wolnym od pracy, to ludzie ten dzień wykorzystywali, aby odwiedzać cmentarze i wspomnieć zmarłych. Kościół się do tego dostosował.

W WIELU PARAFIACH WIECZOREM, PO NIESZPORACH, BYŁA PROCESJA NA CMENTARZ, DZIŚ CZĘSTO TAKA PROCESJA ODBYWA SIĘ JUŻ PRZED POŁUDNIEM. TO NIE WYNIKA Z ŻADNEJ TRADYCJI KOŚCIOŁA. NIE SPOSÓB JEDNAK ZAMKNĄĆ OCZU NA TO, ŻE NA CMENTARZE PRZYJECHAŁY DZIESIĄTKI TYSIĘCY LUDZI.

Polscy europosłowie podczas ostatniego głosowania nie poparli rezolucji wzywającej do wsparcia operacji poszukiwawczo-ratowniczych na Morzu Śródziemnym. Podobnie w sprawie głosowania odnośnie do sytuacji homoseksualistów w Ugandzie. Rozumie to ksiądz?
Widzę, że odbiegliśmy daleko od tematu uroczystości Wszystkich Świętych.

Ale pozostajemy w temacie śmierci…
To prawda i myślę, że dobrze by było, gdybyśmy wspominając tych, którzy odeszli zazwyczaj naturalną śmiercią, bo Pan przeciął ich nić życia, zdali sobie sprawę, że czasem śmierć przychodzi za naszą przyczyną lub z powodu naszej obojętności. Ja od dawna uważam, że warto byłoby przy okazji przepowiadania w kościołach Ewangelii przypominać, że bierzemy na siebie jako katolicy i Polacy współodpowiedzialność za tych uchodźców, których nie chcemy wpuścić w granice naszego domu i których część ginie na Morzu Śródziemnym. Głos polskich eurodeputowanych nie musiał być przeważający, ale z całą pewnością był głęboko niestosowny. Ja uważam, że wszyscy polscy europosłowie powinni się opowiedzieć za ratowaniem życia. Oczywiście to rodzi masę złych skojarzeń. Z pewnością Polakom wypominano by, że głosują, żeby uchodźców ratować, ale dać im schronienia nie chcą. Cóż, taka jest niestety prawda, ale z nią trzeba umieć się zmierzyć. Najgorsze, co można zrobić, to nabrać wody w usta i udać że wstrzymując się od głosu, de facto milczymy w tej trudnej sprawie.

Co do Ugandy to równie trudna dla nas sprawa, bo chyba żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych.

KARANIE LUDZI ZA TO, ŻE SĄ INNI NIŻ MY, CZY INNI NIŻ CHCE TEGO PRAWODAWCA W JAKIMŚ KRAJU – TU CHODZIŁO O UGANDĘ – JEST ABSOLUTNIE WOŁAJĄCE O REAKCJĘ SPOŁECZNOŚCI MIĘDZYNARODOWEJ.

Ta decyzja nic nie kosztowało polskich europosłów, tymczasem zachowali się haniebnie.

Czy nie jest tak, że dzielimy tych, którzy odeszli, na bardziej i mniej wartościowych? Niedawno mieliśmy rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i samospalenia Szarego Człowieka, czyli Piotra Szczęsnego. Te śmierci podzieliły chociażby polityków.
Myślę, że gdy zajrzy się na cmentarz w Krakowie i na grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława Kostki, to zobaczymy, że zarówna jedna, jak i druga śmierć bardzo Polaków porusza. Będzie mnóstwo zniczy na obu grobach. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że te śmierci są różnej wartości, ale ja tak nie uważam. Dla mnie obie były strasznym męczeńskim wołaniem o zadumę nad Polską, o refleksję i opamiętanie.

PIOTR SZCZĘSNY WPROST MÓWIŁ „OBUDŹCIE SIĘ”, KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO WZYWAŁ, BY ZŁO, KTÓRE NAS ZALEWA, ZWYCIĘŻAĆ DOBREM.

Myślę, że wołanie obu pozostaje w naszym kraju ciągle bardzo aktualne. Niestety.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Upolitycznienie żałoby czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem.

Nowy Testament głosi, że oścień śmieci został pokonany przez zmartwychwstanie Jezusa, dlatego chrześcijański stosunek do śmierci powinien mieć charakter paschalny. Wiara powinna wyzwalać z lęku i chronić przed nienawiścią. Niestety, zbyt często tak nie jest. Bardzo wielu z nas nie obchodzi ani zmartwychwstanie, ani życie wieczne, umarli stają się zakładnikami w ziemskich porachunkach. Wtedy dokucza nam już nie oścień śmierci, lecz wykorzystujemy umarłych, aby ranić żywych.

W przekonujący sposób wiwisekcji tej ciemnej strony polskiej religijności dokonuje Jan Komasa w swym najnowszym filmie „Boże Ciało”. Bohater, pozorujący księdza wychowanek poprawczaka, zastaje we wsi żałobę przeżartą zbiorową nienawiścią. Ból po stracie dzieci i rodzeństwa, które zginęły w wypadku jest tak samo silny jak nienawiść do nieżyjącego sprawcy tragedii i jego żyjącej żony.

Nieprawdziwemu księdzu udaje się psychologiczna terapia i osuszenie bagna religijnej nienawiści, doprowadza do pochówku prochów człowieka, któremu wiejska społeczność nie chciała wybaczyć winy. Nie jest to dramat obyczajowy z happy endem, film Komasy ma siłę poetyckiego marzenia, jego realizm nie ulega pokusie fatalizmu. Doświadczenie śmierci, a zwłaszcza śmierci tragicznej, ściąga wiele demonów, ale dzięki prawdziwie chrześcijańskiej postawie można je pokonać.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Nie sposób nie myśleć o tym w kontekście filmu Komasy. Upolitycznienie żałoby odbierało powagę śmierci, czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem. Trudno zapomnieć te gorszące sceny świadczące o systematycznym dobijaniu powszechnej – nikogo nie wykluczającej, nie dzielącej na swoich i obcych – wspólnoty żywych i umarłych. Miesięcznice spowodowały profanację pamięci, może nawet bardziej szkodliwą niż uporczywe lansowanie, bez wiarygodnych dowodów, tezy o zamachu smoleńskim.

Akurat otrzymałem z prośbą o podpis apel środowisk obywatelskich w sprawie zniszczonych grobów ukraińskich w Polsce. Słyszałem o zniszczeniu grobów w Werchracie i Monasterzu koło Horyńca w 2014 r. Sądziłem jednak, że już je odbudowano i przywrócono do właściwego stanu. Okazuje się, że niszczenie ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski do tej pory nie spotkało się z żadną reakcją ze strony władz polskich. Sygnatariusze apelu piszą: „Pomimo upływu 4-5 lat od czasu poszczególnych prowokacji i dewastacji, władze centralne RP ani Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, IPN, ani też jakiekolwiek inne organy, w kompetencjach których leży ochrona miejsc pamięci, nie podjęły żadnych działań, by naprawić wyrządzone zło”.

Co gorsza, w ciągu ostatnich 5 lat liczba sprofanowanych grobów jeszcze się powiększyła. Oburza mnie obojętność katolickich duchownych na tych terenach, dla których profanacja grobów ukraińskich nie jest problemem. Ich milczenie jest pożywką dla nacjonalistycznego szaleństwa. Grobów nie da się podzielić na swoje i obce. Ludzkie szczątki w każdym grobie są tak samo święte, należy się im szacunek, pamięć i modlitwa.

Schizofrenia PiS, na pewno na nią choruje Jarosław Kaczyński, a Pawłowicz ma do tego paranoję

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake newsów”, które wymierzone są w reformę i – rzekomo – napędzane przez osoby broniące swoich interesów. Reforma – zdaniem J. Kaczyńskiego – nie zaszkodzi małym i średnim przedsiębiorcom. „Małe firmy nie będą bankrutować, jeżeli nauczą się funkcjonować w tej nowej rzeczywistości. Będzie rósł popyt, więc będzie możliwość utrzymania się na rynku” – podsumował to prezes PiS.

Polityk w wywiadzie przyznał, że celem reformy, jest skłonienie Polaków do… powrotu z emigracji. Reforma – jego zdaniem – doprowadzi do powrotu do RP rzesz pracowników, którzy opuścili nasz kraj w poprzednich latach. „Robimy dużo, aby populacja Polski była liczniejsza” – nie zabrakło również starej śpiewki, która wiąże się z kwestiami demograficznymi. Wiele wskazuje na to, że doktor J. Kaczyński, żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

Lider populistów odniósł się również do jednej ze swoich wcześniejszych wypowiedzi, a mianowicie tej z konwencji PiS w Lublinie; szeregowy poseł mówił wtedy o tym, że „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci”. Wypowiedź spotkała się z krytyką ze strony tysięcy Polaków; wskazywali oni na to, że rodzinę stanowić może np. matka wychowująca samotnie swoje dzieci.

Kaczyński stwierdził, że jego wypowiedź nie miała na celu dyskryminacji kobiet. „My, oczywiście, jesteśmy w pełni za szacunkiem dla kobiet – bo to są zwykle kobiety, ale zdarzają się i mężczyźni – którzy dzieci wychowują samotnie (…). Natomiast uważamy, że to, co jest fundamentem naszej cywilizacji, czyli ten trwały związek między mężczyzną a kobietą i dziećmi, które przychodzą z tego związku na świat, jest czymś niezwykle cennym i to właśnie w tym wymiarze cywilizacyjnym” – stwierdził.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, człowiek, który od 1997 r. nieprzerwanie zasiada w Sejmie, a i wcześniej zajmował się głównie polityką, ponad dwa lata temu postanowił dać lekcję przedsiębiorcom, jak prowadzi się firmę. Dziś wypominają mu to internauci.

Niespodziewanie krótki film video, w którym Kaczyński mówi przedsiębiorcom, co to znaczy prowadzić biznes, zyskuje od wczoraj wielką popularność. Każdy chce chyba spić choć trochę mądrości z ust prezesa.

Kaczyński – dobra rada

Słynny już fragment przemówienia Kaczyńskiego pochodzi z 4 lutego 2017 r. i zawiera trochę ponad minutę zarejestrowanej wtedy wypowiedzi, którą wygłoszono w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej podczas konferencji gospodarczej zatytułowanej „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę”. Całość transmitowała Telewizja Trwam.

Jak więc powinno prowadzić się firmę? Należy spełniać pewne „wymogi”! Wiem, co teraz pomyśleliście: trzeba być osobą zaradną, przedsiębiorczą, pracowitą, kreatywną, wstawać rano przed innymi. „Bla, bla, bla” – odpowiada wam lider PiS. Najważniejszą cechą przedsiębiorcy jest pamiętanie o państwie i innych. Jeśli nie spełniasz tego wymogu… Cóż, po prostu nie nadajesz się na biznesmena i idź na etat.

Skąd jednak Kaczyński wie o powyższym? Otóż, spotykał się z „tymi środowiskami” i w czasie tych rozmów nasłuchał się – jego zdaniem – straszliwych bzdur. Przedsiębiorcy sugerowali prezesowi, że aby rozwinąć przedsiębiorczość Polaków, trzeba rozluźnić odpowiedzialność na linii pracodawca – pracownik. Możemy tylko domyślać się o co chodziło – możliwe, że o stale podnoszony ZUS i wysokie opodatkowanie pracy.

Prezes #Kaczyński z pogardą do polskich przedsiębiorców. „Jak nie potraficie działać i płacić #ZUS, na naszych warunkach, zajmijcie się czymś innym” Nie nadajecie się po prostu do biznesu”

Dojna zmiana

„Dobra zmiana” dziś pozytywnie kojarzy się zapewne beneficjentom programów z dopiskiem „plus”. Niekoniecznie przedsiębiorcom, którym nie tylko podnosi się składki ZUS, ale wkrótce – jeśli spełnią się zapowiedzi PiS – będą oni musieli wziąć na swoje barki wyższą płacę minimalną i wszystkie tego typu konsekwencje. Gdy dodamy do tego rosnącą inflację – którą napędzi z pewnością planowana obniżka stóp procentowych przez NBP – zapewne niejednemu rozumiejącemu, jak działa rynek, robi się gorąco.

Sam Kaczyński „cieszy się” zaś opinią człowieka, którego gospodarka wręcz nudzi i który jej nie rozumie. Obecnie popularny klip dobitnie to podkreśla…

Decyzja o przerwaniu trzydniowych obrad Sejmu i przesunięciu dwóch z nich   na „po wyborach” jest całkowicie zgodna z regulaminem – przekonywała podczas konferencji prasowej marszałkini Elżbieta Witek. „15-16 października to będzie ten sam parlament, który zgodnie z regulaminem może się zbierać do ostatniego dnia przed nowym posiedzeniem nowego parlamentu” – mówiła.

Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być pomiędzy swoimi wyborcami” – uzasadniła te słowa i podkreślała, że z taką prośbą wyszedł nie tylko klub PiS, ale nawet kilkunastu posłów opozycji.

Nie będę ujawniać [kto], bo nie jestem do tego upoważniona. Ten temat jest zakończony. Prezydium Sejmu zakończyło, przegłosowało i sprawa jest dla mnie zakończona” – oznajmiła.

Witek zarzekała się, że partia rządząca nie ma w tym żadnego interesu i wbrew zarzutowi – jak podkreślała – że nie łamie regulaminu, lecz uczciwie trzyma się harmonogramu.

Na „po wyborach” przesunięte zostało m.in. rozpatrzenie sprawozdania Prezesa Sądu Najwyższego którego termin mija 17 października.

W odpowiedzi na wczorajszy skandaliczny atak PiSowskiej funkcjonariuszki Pawłowicz na Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara – którego nazwała „wyjątkowym szkodnikiem” – opozycja zapowiedziała, iż składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znieważenia RPO.

„Ta sytuacja pokazuje główną zasadę PiS – walka z każdą niezależną osobą i instytucją w państwie. Najpierw RPO obcinano budżet na działalność, potem grożono bezprawnie odwołaniem, czy teraz hejt siany przez opłacanych trolli, a nawet polityków stał się jednym z narzędzi PiS?” – mówiła podczas briefingu Gasiuk-Pihowicz. „Krystyna Pawłowicz zmienia się w Małą Emi” – zauważył poseł Szczerba z KO.

Podczas obrad sejmowej komisja sprawiedliwości i praw człowieka, Adam Bodnar przedstawił informację o działalności RPO oraz o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2018 r. Przy okazji wymienił 15 najważniejszych problemów z zakresu wolności i praw obywatelskich, które jego zdaniem wymagają pilnego rozwiązania.

Ośmiesza się w tej swojej nienawiści. Wrzuca pan nieczystości w swoje gniazdo. W sposób skandaliczny obraża pan sędziów legalnie wybranych” – gestykulując wykrzykiwała Pawłowicz, przy całkowitym braku reakcji szefa komisji Stanisław Piotrowicza.