Duda, Ziobro i inne ancymonki Kaczyńskiego doprowadziły kraj do stanu jak przed 39 rokiem

Polska nie tylko została zdegradowana w Unii Europejskiej, ale stała się śmiesznym groteskowym państwem z armią, która zostałaby w pył rozniesionna, gdyby Putin rozpoczął agresję.

A Putin tylko czeka na okazję, gdy zostaniemy wypchnięci z Unii Europejskiej. PiS to najwierniejszy sojusznik Rosji, lepszy w dziele zdrady niż Targowica, która miała identyczny idiom ideowy: konserwatywny populizm w sojuszu z klerem.

„W 2018 MON dokonał renowacji ponad 15 tysięcy stalowych hełmów (wz. 67/75). Naprawiono „zabytkowe” hełmy stalowe z PRL, bo w opinii MON są tańsze w przechowaniu od nowoczesnych kompozytowych” – napisał na Twitterze senator KO Krzysztof Brejza. Dołączył odpowiedź z resortu obrony na jego wystąpienie.

Z pisma z MON wynika, że renowacji poddano 15 380 hełmów stalowych. – „Średni koszt naprawy jednego egzemplarza wynosi 70 zł” – czytamy w piśmie resortu. Jak łatwo policzyć kosztowało to 1 076 600 zł!

„Proce też są tańsze w przechowywaniu od karabinów, więc wkrótce…”; – „Czyli dowcipy o braku zgody konserwatora zabytków na udział Polski w działaniach wojennych były bardzo realne”; – „Pogrzeb żołnierza z hełmem z kewlaru i stalowym kosztuje tyle samo. Tylko jeśli ma hełm z kevlaru ma większe szanse, że nie będzie konieczny”; – „Chciałem napisać „kapitalne”, ale tak naprawdę chce mi się płakać…” – komentowali internauci.

„Żołnierze czują się bezpieczni, pan mąci i mąci. Zapewne będzie przeciwny modernizacji T-72. Ja, osobiście, na podstawie serialu „Czterej pancerni i pies” stawiam na t-34. Tyle ich stoi bezczynnie na pomnikach w całej Polsce. PS. Czeba postawić na ogólnopolską hodowlę Szarików” – kpił jeden z internautów.

W odpowiedzi senator Brejza w kolejnym wpisie przypomniał o przestarzałych czołgach T-72, które przywrócono do służby. „Prawie 2 mld zł na „pudrowanie gó**a”, czyli PiS modernizuje stare czołgi”.

– Na naszych oczach trochę rozsypuje się ta PiS-owska narracja, że Polska jest ważna. Bo do Polski nie zadzwonił nikt z USA w sprawie Iraku, przynajmniej nic o tym nie wiemy. Andrzej Duda nie został zaproszony do zabrania głosu w Jerozolimie, w związku z czym nie pojedzie na spotkanie przywódców (…). Więc widać jak na dłoni brak siły Polski.

Więcej >>>

Jak ocenia pan działania polskich władz.? Opozycja apeluje o zwołanie RBN, prezydent na razie spotyka się tylko z przedstawicielami rządu.

Prezydent spotyka się dość często z ministrami i przedstawicielami rządu swojej własnej partii, w związku z tym to spotkanie nie wniosło nic nowego. Dodatkowo spowodowało takie samozadowolenie czy wręcz uśpienie, które jest chyba zbyt pochopne. Zwołanie RBN to minimum, które należało zrobić, a i też nie rozwiązałoby wszelkich problemów, ale dałoby chociaż podstawę do twierdzenia, że w tej materii mówimy jednym głosem. Przypomnę, że to kwestia dotycząca bezpieczeństwa całego narodu, a nie tylko wyborców jednej partii. Takie zachowanie jest lekceważące dla sytuacji, w której się znajdujemy.

Więcej >>>

Zbigniew Ziobro i Bogdan Święczkowski byli gośćmi „Rozmów niedokończonych” w Telewizji Trwam. Rozmowa obracała się wokół reformy wymiaru sprawiedliwości. W trakcie dyskusji do studia zadzwonił o. Tadeusz Rydzyk, który zaczął dziękować prokuratorom. Wspomniał też o „haniebnych” groźbach pod adresem Ziobry.

Więcej o Ziobrze u Rydzyka >>>

W pełnych togach i z podpisanymi przez kolegów i koleżanki listami protestacyjnymi w ręku przyjadą do Polski sędziowie z kilkunastu krajów Unii Europejskiej. Wezmą udział w sobotnim Marszu Tysiąca Tóg w Warszawie w obronie niezawisłości sądownictwa w naszym kraju.

Irlandzka gazeta „The Irish Times” pisze dziś, że na czele delegacji z Irlandii stanie sędzia irlandzkiego Sądu Najwyższego John MacMenamin. Sędzia MacMenamin przywiezie z sobą list z poparciem dla niezależności polskich sędziów podpisany przez prezesa irlandzkiego Sądu Najwyższego oraz przez szefostwo Stowarzyszenia Sędziów w Irlandii.

MacMenamin przejdzie w Marszu Tysiąca Tóg ubrany w togę irlandzkiego sędziego. W togach będzie też kilkudziesięciu sędziów z Niemiec, Belgii, Rumunii, Bułgarii, Węgier, Grecji, Francji, Danii, Holandii, Norwegii, Szwecji, Litwy, Łotwy, Estonii i Portugalii.

Każdy, nawet najbardziej wyrachowany i żądny władzy człowiek, ma jednak zwykle miejsce, w którym się zatrzymuje. Często jest nim krzywda wielu niewinnych ludzi, bezpieczeństwo narodowe, interes Polski. PiS tej granicy nie ma.

Bezradność i infantylizm polskich władz w podejściu do konfliktu irańsko-amerykańskiego poraża. Pytanie jednego z dziennikarzy, co musi się wydarzyć, żeby prezydent zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego, wydaje się bardzo zasadne. Najgorsze jest to, że prawdopodobnie nie ma takiej rzeczy, ponieważ wszystko, ale to dosłownie wszystko, łącznie z największymi i najbardziej przerażającymi tragediami, są przez prezydenta, premiera i rząd wykorzystywane wyłącznie do rozgrywek na wewnętrznej, polskiej scenie politycznej.

(…)

Zagraniczna prasa pisze, że świat stanął w obliczu kryzysu, a my mamy władze zajęte walką o przetrwanie we własnych partyjnym bagienku, skrajnie niekompetentne i zachowujące się w sposób narażający nasze bezpieczeństwo i międzynarodową pozycję Polski. Prezydent, premier i PiS dążą do samounicestwienia, niestety wiele wskazuje na to, że zanim do tego dojdzie, pociągną nas za sobą.

Więcej Elizy Michalik tutaj >>>

Nasrane w pisowskich łbach

Czy do Ciebie już dzwoniła ?

Zbigniew Ziobro i jego zastępca – prokurator krajowy Bogdan Święczkowski wzięli udział w otwarciu nowej siedziby prokuratur w Sosnowcu. Było uroczyste przecięcie wstęgi, oczywiście poświęcenie budynku przez miejscowego biskupa i okolicznościowe przemówienia.

Niewątpliwie kuriozalnie zabrzmiały słowa Święczkowskiego, który stwierdził, że ukończenie budynku w niespełna dwa lata to… efekt modlitwy oraz wsparcia moralnego biskupa Grzegorza Kaszaka! – „A ja głupia do remontu budowlańca szukam, zamiast dzwonić na plebanię” – skomentowała jedna z internautek.

Biskup Kaszak nie pozostał dłużny zastępcy Ziobry. Rozpływał się w pochwałach Święczkowskiego, który – zdaniem duchownego – „dla rodzinnego Sosnowca czyni samo dobro”.

– „Dzięki modlitwie beton szybciej wiązał… Co ci ludzie mają w głowach??”;  – „Oni już naprawdę są porąbani w tej fałszywej pobożności. Co jeden to bardziej święty, szkoda, że czyny nie idą w parze z tym, co głoszą. Bo to teraz kazania, nie przemówienia”; – „Czyli nie budowlańcy, tylko cud, jprd”; – „To już przestaje być zabawne, nawet w Iranie nie gadają takich głupot, że to ajatollah pomógł w budowie jakiegoś budynku” – komentowali internauci.

Dodajmy, że to nie koniec „cudów” w Sosnowcu. W mieście ma zostać wybudowana także nowa siedziba Sądu Rejonowego. Kieruje nim obecnie… Małgorzata Hencel-Święczkowska, żona prokuratora krajowego. Biskup na pewno znowu pospieszy z „pomocą”.

– „Teraz z mediów publicznych Polacy nie dowiedzą się o tym, co naprawdę dzieje się w ich kraju. Nie dowiedzą się o zamykanych szpitalach, o tym, że leki drożeją; tam jest tylko obrażana opozycja, mówienie półprawd” – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera zapowiedziała zniesienie abonamentu, rozwiązanie Rady Mediów Narodowych i przywrócenie uprawień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Kidawa-Błońska podkreśliła, że media publiczne muszą być mediami wszystkich obywateli. – „Zasługujemy na to, żeby z tych mediów dostawać dobrą i rzetelną informację, prawdziwą informację. Zasługujemy także na to, żeby były tam programy edukacyjne, żeby były ciekawe propozycje kulturalne. To wszystko powinno być w tych mediach, a tego nie ma” – powiedziała wicemarszałek Sejmu.

Zaznaczyła, że kierowane przez przedstawicieli PiS obecne media publiczne straciły moralne prawo do tego, żeby oceniać przedstawicieli opozycji i całe społeczeństwo. – „Przekroczono cienką czerwoną linię, dlatego zniesiemy abonament, bo te pieniądze nie mogą trafiać na tego typu programy i audycje. Polacy potrzebują obiektywnych, dobrze zorganizowanych mediów, gdzie będą mogli uzyskać prawdziwą informację, gdzie będzie używany język kultury, język, który będzie Polaków łączył, a nie dzielił” – stwierdziła wicemarszałek Sejmu.

Według Kidawy-Błońskiej, za jakość mediów publicznych powinien odpowiadać minister kultury. – „Tam powinna być oferta kulturalna, język, sposób mówienia, a nie fala hejtu i nienawiści. Dlatego przywrócimy KRRiT konstytucyjne zadania, które zostały jej zabrane i zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych” – zadeklarowała Kidawa-Błońska.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego w styczniu prezydenta Gdańska, apelowała o zmianę języka debaty publicznej. – „Moja rodzina sama doświadczyła wiele nienawiści z różnych stron, ale prym w tym wiodły niestety media publiczne. Obecny język debaty publicznej praktycznie sięgnął dna, mowa nienawiści, dezinformacje, półprawdy, inwektywy stały się codziennością” – powiedziała Adamowicz.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Gang Ziobry >>>

– „Przez ostatnie 4 lata kwestia obrony praworządności i niezależności sądów wyprowadzała na ulice setki tysięcy ludzi. Chcemy, żeby ta mobilizacja znalazła reprezentację w Sejmie. Dlatego stworzyliśmy Pakt na rzecz Reformy i Naprawy Wymiaru Sprawiedliwości. Konsultowaliśmy go z Fundacją Helsińską, poparły go także Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia” – powiedział Piotr Cykowski z Akcji Demokracja. To właśnie ta fundacja organizowała największe protesty w obronie polskiego sądownictwa.

Pakt zawiera dziewięć punktów, które demokratyczna opozycja zamierza wypełnić po wyborach:

  1. Przywrócić rządy prawa i ład konstytucyjny w Polsce, opierając się na Konstytucji, działając na jej podstawie i w jej granicach.
  2. Wykonywać wszystkie wiążące wyroki sądów powszechnych, administracyjnych, SN, NSA i Trybunałów, w tym Trybunału Sprawiedliwości UE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
  3. Przeprowadzić zarówno naprawę wymiaru sprawiedliwości, jak i jego reformę – tj. odwrócić wszystkie zmiany z ostatnich 4 lat uderzające w niezawisłość sędziów oraz niezależność sądów.
  4. Przywrócić niezależność Trybunału Konstytucyjnego i odbudować jego autorytet – poprzez przywrócenie prawidłowego składu, zarówno na stanowiskach sędziów, jak i prezesa.
  5. Stworzyć Krajową Radę Sądownictwa niezależną od polityków.
  6. Zapewnić, aby sądy były niezależne od polityków – co oznacza m.in. ograniczenie nadzoru ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi i przekazanie części kompetencji do niezależnej KRS, wybór prezesów sądów wśród kandydatek i kandydatów przedstawionych przez samorząd sędziów.
  7. Zapewnić prokuratorom niezależność od politycznych nacisków – poprzez rozdzielenie funkcji Ministra Sprawiedliwości od funkcji Prokuratora Generalnego.
  8. Zadbać o sprawne sądy.
  9. Uczynić sądy dostępnymi.

Dzisiaj (4.10.2019) pod Paktem Sprawiedliwości podpisali się przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej i PSL. – „Kwestia sprawności i dostępności sądów jest istotna, jednak priorytetem jest naprawa naruszeń Konstytucji przez PiS. Jeśli wygramy wybory, przywrócenie praworządności będzie jednym z naszych najważniejszych zadań, które będziemy realizować w ciągu pierwszych miesięcy” – zapewniła Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera.

– „PiS wprowadził do wymiaru sprawiedliwości chaos. Sprzątając musimy pamiętać, że my działamy zgodnie z Konstytucją i że jest to ważniejsze niż nasze przekonanie o własnej racji. To bardzo ważne, że pod Paktem podpisała się cała demokratyczna opozycja. Możemy się nie zgadzać w kwestiach polityki rolnej czy ochrony zdrowia, możemy na ten temat dyskutować. Ale uznanie państwa prawa jest podstawą demokracji” – powiedział Władysław T. Bartoszewski z PSL. Dwa dni temu pod paktem podpisał się w imieniu Lewicy Adrian Zandberg.

W PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać ich potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu – mówi 10 dni przed wyborami prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmawiamy o kampanii wyborczej i pytamy, dlaczego PiS mimo afer ciągle prowadzi w sondażach. – Jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji – mówi

JUSTYNA KOĆ: Do wyborów zostało mniej niż dwa tygodnie, a Jarosław Kaczyński przechodzi do ciężkich dział – mówi o potrzebie tworzenia nowej elity gospodarczej, sądowniczej, o walce z postkomunizmem.  Jak to rozumieć?

PROF. JAROSŁAW FLIS: Moim zdaniem to efekt jakiegoś “rozochocenia” i prób mobilizacji najtrwalszego elektoratu. Wydaje mi się, że to jednak nieprzemyślane działania, które mają motywować aktywistów, bo to chyba oni będą tą nową elitą. Generalnie te słowa są sprzeczne ze strategią, którą jeszcze przed chwilą partia sugerowała – sam prezes mówił, aby unikać agresywnych wypowiedzi pod groźbą usunięcia z listy. Tymczasem te słowa są na pewno konfrontacyjne, zatem dużo bardziej mobilizują drugą stronę, niż własnych aktywistów, gdy rolą rządzących jest raczej usypianie oponentów.

TO NIE UKŁADA SIĘ W SPÓJNY PLAN, A RACZEJ JEST REAKCJĄ NA WYNIKI SONDAŻY, SUGERUJĄCE, ŻE ELEKTORAT PIS NIE JEST TAK ZMOBILIZOWANY JAK ELEKTORAT PRZECIWNIKÓW

Gdyby opozycja miała lepsze wyczucie, to zrobiłaby taką kompilację najlepszych konfrontacyjnych wypowiedzi: o “nowej elicie”, “ludzkich panach”, “udeptywaniu ziemi do pojedynku” i wszystkich innych przeszarżowaniach, które były udziałem prezesa.

Co się stało, że prezes tak błędnie zadziałał? Do tej pory raczej o błędach w kampanii PiS-u nie było mowy, a przynajmniej sondaże tego nie zanotowały.
Błędów było mnóstwo, chociażby sposób załatwienia sprawy Kuchcińskiego – “nie zgadzamy się z wami, ale zrobimy jak chcecie”. To nie jest modelowe poradzenie sobie z sytuacją kryzysową. Sprawa Banasia też jest ciągle żywa, ale w PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać tych potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu. Choć jeśli opozycja nie będzie chciała wygrać, to nikt jej tego nie zapewni, nawet takie prezenty od PiS-u jak sprawa Banasia.

Czyli to wina opozycji, że afery nie przynoszą PiS-owi szkody i nie robią na społeczeństwie wrażania?
Robią wrażenie, tylko problemem jest konkurencja. Być może jednym z elementów są liberalne media, które nieustająco próbują obrazić większość społeczeństwa i wepchnąć je w ramiona PiS. Taki chyba jest efekt przekazów w stylu “ciemniaki na nic nie reagują, bo PiS przekupił ich 500 Plus”. Tymczasem

GDY MAMY WYBRAĆ MIĘDZY NIEUDACZNIKAMI A TAKIMI, KTÓRZY NAS OBRAŻAJĄ, TO WYBÓR NIE JEST TAKI PROSTY…

Być może też, gdyby nie te afery, to PiS miałby 60 proc. poparcia. Orbán przekraczał 50 proc. w najlepszych dla siebie wyborach. Być może tak byłoby z PiS-em, gdyby nie te kule u nogi.

Sytuacja ciągle jest niepewna, bo – jak widzieliśmy w wyborach samorządowych przed rokiem – w społeczeństwie są duże zasoby niechęci do PiS-u, i to takiej samoorganizującej się niechęci. Być może to przeważy szalę, bo gdy przełożymy wyniki na podział mandatów, to niewiele brakuje, aby PiS nie miał większości. A jak nie ma większości, to najpewniej nie ma też władzy.

PATRZĄC NA DZISIEJSZE DEKLARACJE, NIE BĘDZIE SENSU NEGOCJOWAĆ Z KOSINIAKIEM-KAMYSZEM CZY Z ZANDBERGIEM.

Ja jestem sobie w stanie wyobrazić rozmowy z kukizowcami.
Ale ilu ich będzie: dwóch, trzech? W realnym scenariuszu premierem jest albo Morawiecki, albo Kosiniak-Kamysz, innych alternatyw na dziś nie ma; albo PiS ma samodzielną większość i nie ma o czym rozmawiać, albo nie ma większości i wtedy Kosiniak-Kamysz może grać wysoko, pewnie właśnie o premiera. Tylko on ma możliwość zmiany koalicjanta i premierostwo może być jego ceną. Przypuszczalnie PiS byłby w stanie ją zapłacić za utrzymanie się przy władzy, więc PO i Lewica też będą musiały się na to zgodzić, jeśli nie chcą dalszych rządów PiS.

Dlaczego PiS wraca do strachów, że opozycja zabierze 500 Plus? Pytam w kontekście ostatniego sporu z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. Ma wewnętrzne sondaże, które są dla niego niedobre?
Tego nie wiem. Na pewno konflikt z samorządami trwa już od jakiegoś czasu.

PIS MIAŁ OGROMNĄ NADZIEJĘ, ŻE PRZEJMIE WŁADZĘ W SAMORZĄDACH I TO SIĘ UDAŁO W BARDZO NIEWIELKIM STOPNIU.

Poziom nieufności względem niezależnych sił i wykorzystywania sytuacji w Warszawie jako straszaka na swoich wyborców to nic nowego. Inna rzecz, że PO mogłaby tę Warszawę jakoś usuwać w cień, bo nie widzę, jak to miałoby jej pomóc w reszcie kraju.

Byli prezydenci apelują w sprawie tzw. paktu senackiego, aby nie mnożyć kandydatów na opozycji. Największy spór mieliśmy chyba w Warszawie, gdzie jest Ujazdowski z Koalicji i Kasprzak jako wolny strzelec. Czy ktoś z nich powinien odpuścić dla wyższego dobra, a jeżeli tak, to który?
Teraz już trochę na to za późno (Kasprzak podjął decyzję, by jednak startować – red.). Być może przewaga opozycji w Warszawie jest tak duża, że i tak kandydat PiS nie wygra. Przypomnę jednak, że były takie przypadki, jak np. w 2011 r. w okręgu podhalańskim, gdzie było 2 kandydatów związanych z PiS-em i wygrał wspólny kandydat PO i PSL. To jest kwestia tego, że najbardziej zagorzali ideowi aktywiści opozycji uważają, że robienie ukłonów względem umiarkowanych konserwatystów ich obraża. PiS się na pewno z tego cieszy.

Umiarkowani konserwatyści, którzy stanowili olbrzymią cześć elektoratu PO w czasach jej największych sukcesów, coraz bardziej oddalają się od tej partii, i to nie w stronę lewicy czy KOD-u.

W OGÓLE NIE WIDAĆ JAKIEGOŚ WYMARZONEGO PRZEZ “GAZETĘ WYBORCZĄ” NARODOWEGO ZWROTU W LEWO.

Mimo wszystko zastanawiam się nad sensem wystawiania w Warszawie, która w pierwszej turze wybrała liberalnego Trzaskowskiego na prezydenta, akurat Kazimierza Ujazdowskiego.
Oczywiście można się zastanawiać, ale Ujazdowski został zarejestrowany jako kandydat. Nawet jeśli to był błąd i dla warszawiaków to jest taka obelga, to gorąco przeciw temu protestując muszą się chyba pogodzić z kolejnymi 4 latami rządów PiS-u w całym kraju. W Suchej Beskidzkiej w 2007 roku kandydat PiS miał 34 proc., a PO z PSL i lewicą 66 proc. Dzisiejsza opozycja wygrywała 2/1. W wyborach do europarlamentu, które PiS już w Suchej Beskidzkiej wygrał, KE na spółkę z Wiosną miała już tylko 40 proc. Dzisiejsza opozycja odepchnęła od siebie co czwartego wyborcę.

DZIŚ JEJ PROBLEMEM NIE JEST TO, JAK ODZYSKAĆ ŻOLIBORZ, ALE SUCHĄ.

Tylko jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji.

Jeżeli PiS wygra ponownie wybory, to będzie koniec demokracji liberalnej – pojawiają się takie obawy. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
W takim samym stopniu jak z tym, że gdy wygra opozycja, to nastąpi koniec narodu polskiego. Oczywiście różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale na dziś to są chwyty retoryczne. Oczywiście PiS świerzbią ręce, ale od tego to jeszcze daleko do skuteczności w manipulacjach. Już 3 lata temu były poważne obawy związane z inicjatywą zmian w prawie wyborczym. Jednak żadnych efektów te zmiany nie przyniosły dla wyniku wyborczego i naprawdę nie te zmiany sprawiły, że pan Kałuża zmienił front po śląskich wyborach do sejmiku. Do tego większość tych zmian tuż po wyborach wylądowała w koszu. Oczywiście o demokrację trzeba się troszczyć, ale nie można wpadać w panikę z powodu swoich strachów. Prawdą jest, że prezes się rozochoca i chciałby stworzyć nową elitę, ale na razie to mu się udało zrazić starą.

Gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego i były marszałek Sejmu. Rozmawiamy o kampanii, zepsuciu władzy i wyborach. – Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu PiS z niewielką przewagą nad opozycją zdobywa 234 do 226 mandatów. Sondaż prognozuje też rekordową frekwencję: 63 proc. ankietowanych deklaruje, że na pewno pójdzie, 20 proc. – że prawdopodobnie pójdzie. Będzie rekord?

TOMASZ NAŁĘCZ: Zdziwiłbym się, gdyby frekwencja była rzeczywiście na poziomie z sondażu, bo jeżeli zsumuje się wyniki, to do urn miałoby pójść ponad 80 proc. wyborców. To frekwencja niewyobrażalna i byłby to rekordowy wynik. Zawsze w sondażach wychodzi wyższa frekwencja, powód jest prosty – aby zagłosować, trzeba zaangażować się w realne działanie.

Jednak wielu ekspertów mówi o rekordowej frekwencji.
Trudno być tu prorokiem, ale podejrzewam, że frekwencja, mimo że nie będzie na takim poziomie jak wskazuje sondaż, to i tak będzie rekordowa, pewnie koło 60 proc. Wyższa frekwencja była tylko w wyborach prezydenckich, i to w momencie ogromnej koncentracji, kiedy rywalizował Wałęsa z Kwaśniewskim w II turze w 1995 roku. Frekwencja będzie wysoka, bo obie strony są przekonane, że gra toczy się o wysoką stawkę, i słusznie.

Dlaczego?
Inne są motywacje zwolenników PiS-u i partii opozycyjnych. Ci drudzy uważają – i słusznie – że gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi. Sądy mają według Kaczyńskiego zachowywać się tak jak dziś prokuratura; jeśli przedmiotem postępowania prokuratury jest sprawa z udziałem Kaczyńskiego i dwóch wież, to widzimy, jak działa prokuratura – w ogóle nie działa. Ten sam model ma zostać przeniesiony na sądy.

KACZYŃSKI MÓWI O REFORMIE, ALE KAŻDY WIE, CO W JEGO USTACH TO ZNACZY – TO DEMOLKA.

Podobnie będzie z tą częścią mediów, które postulują wolność i nie są po stronie władzy. Oczywiście Kaczyński mówi o unarodowieniu i spluralizowaniu, ale tu również wszyscy wiemy, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na media zwane kiedyś publicznymi. Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy.

Jeżeli chodzi o drugą stronę, to rozumiem ją, choć nie podzielam ich obaw. Wielu Polakom PiS skutecznie wmówił, że jak tylko opozycja wygra wybory, to polityka socjalna, którą wprowadził, ulegnie zniszczeniu – to nie jest prawda. Ugrupowania opozycyjne złożyły twarde deklaracje w tej sprawie i ja daję im wiarę. Tę szeroko zakrojoną politykę PiS-u może zniszczyć jedna rzecz, czy nadwyrężyć w zależności od skali zagrożenia – kryzys w gospodarce. Jeśli Polska znajdzie się w sytuacji jak Grecja, to niezależnie, kto będzie rządził, chcąc ratować kraj przed ostateczną klęską gospodarczą i przed anarchią, będzie musiał radykalnie obniżyć wydatki z budżetu. Także wydatki socjalne.

CO DO SYTUACJI GOSPODARCZEJ, TO PIS NIE MA ŻADNEJ CUDOWNEJ RECEPTY, TYLKO TRAFIŁ NA DOBRĄ KONIUNKTURĘ, UŚMIECHNĄŁ SIĘ DO NIEGO LOS, ALE JUŻ SĄ ZNAKI, ŻE TA KONIUNKTURA ZACZYNA SIĘ ZAŁAMYWAĆ.

Czy był pan zdziwiony aferą Mariana Banasia?
Byłem zszokowany, choć nie do końca. Zdziwiła mnie szybkość procesu, bo Jarosław Kaczyński czyni coraz bardziej z polskiej demokracji wydmuszkę: zachowuje instytucje, które były filarami systemu demokratycznego, ale obsadza ich swoimi ludźmi. Forma zatem pozostaje ta sama, ale treść już jest zupełnie inna. W gruncie rzeczy mamy miękkie osuwanie się w system autorytarny. Każdy historyk i politolog wie, że system autorytarny służy demoralizacji ludzi władzy, bo nie ma mechanizmów kontroli. My nie mamy w Polsce systemu autorytarnego, jest jeszcze fragment niezależnej opinii publicznej. To przecież dzięki dziennikarzom, a nie służbom specjalnym sprawa Banasia ujrzała światło dzienne. Wydawało mi się, że Kaczyński i jego ludzi mają świadomość, że jest jeszcze szereg instytucji obywatelskich niezależnych, które monitorują sytuację. Okazuje się, że bezkarność rozzuchwala.

SPRAWA PANA BANASIA, NIEZALEŻNIE, CZYM SIĘ SKOŃCZY, BO JA W PIS-OWSKI WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI NIE WIERZĘ, POKAZUJE, ŻE TA DEMORALIZACJA POSTĘPUJE BARDZO SZYBKO.

Jak ocenia pan finisz kampanii?
Nabrała tempa. Wydaje mi się, że jednak przytłaczająca większość wyborców jest spolaryzowana, a kampania nie ma dla nich większego znaczenia. Może utwierdzić ich w przekonaniu, mobilizować do głosowania, ale jako tako poglądów nie zmieni. W kampanii wyborczej jest coś z romansu, gdy jedna strona widzi, że drugiej nie zależy, to też macha ręką. Jeżeli coś ma jednak zmienić, to raczej nie na korzyść PiS-u.

Na pewno na tym finiszu nie zyskuje PiS, bo wiele brzydkich spraw PiS-u ostatnio wyszło na jaw. Jeżeli ktoś nie jest bardzo przywiązany do tej partii, to może mieć wręcz odruch wymiotny.

GŁOSOWAĆ NA FORMACJĘ, KTÓRA DAJE WIARĘ, ŻE MINISTER ZIOBRO NIE WIEDZIAŁ O AFERZE HEJTERSKIEJ W SWOIM MINISTERSTWIE, ŻE SŁUŻBY SPRAWDZAJĄ OD KILKU MIESIĘCY PANA BANASIA I NIE MOGĄ DOJŚĆ DO WNIOSKÓW, KTÓRE DZIENNIKARZ USTALIŁ NIE POSIADAJĄC MOŻLIWOŚCI, JAKIE MAJĄ SŁUŻBY, TO RZECZYWIŚCIE TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM BARDZO ZAKOCHANYM W PIS-IE, ABY NIE WIDZIEĆ TYCH SKAZ NA WIZERUNKU.

Do wyborów został tydzień, a w niektórych okręgach, np. w  Warszawie, jest dwóch kandydatów opozycji do Senatu. Czy któryś z powinien się wycofać?
Oczywiście. Wszyscy kandydaci mniejszościowi powinni się wycofać. Tu sytuacja jest jasna jak słońce. Okręgi są jednomandatowe, a ordynacja jest większościowa. Wygrany bierze wszystko. Tu nie ma dogrywki czy drugiego miejsca. Jeżeli głosy na opozycji podzielą się między dwóch kandydatów, to mimo iż razem zgromadzą większą część głosów, to wygra kandydat partii rządzącej.

Ja bardzo cenię to, co publicznie robi pan Kasprzak, doceniam jego osobistą ofiarność i determinację. Jednak jeżeli w jego okręgu i okręgu pana Ujazdowskiego wejdzie do Senatu kandydat PiS-u, to nie może nam potem tłumaczyć, że chciał dobrze.

NAWET JEŻELI PAN KASPRZAK DOBRZE CHCE, TO MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE STANIE SIĘ TAK, ŻE UMOŻLIWI ZDOBYCIE MIEJSCA W SENACIE KANDYDATOWI PIS-U. POLITYKA OPRÓCZ MORALNOŚCI I IDEOWOŚCI MUSI MIEĆ JESZCZE ELEMENT SKUTECZNOŚCI.

Bardzo wiele nieszczęść w przeszłości sprawili idealiści, którzy dobrze chcieli, ale nie potrafili słusznej idei wcielić w życie. Apelowałbym do tych wszystkich kandydatów, którzy dzielą głosy opozycji, aby poza ideami pamiętali o niezbędnym dodatku do polityki, jakim jest skuteczny wybór metody. Pan Kasprzak ma na sztandarach niezwykle piękne wartości i zachowania, ale brakuje mu skuteczności, a jest to wartość w polityce realnej, czyli w dniu głosowania.

Czy wolność kandydowania nie jest solą demokracji?
Nie można też ulegać narracji PiS-owskiej, że przecież jest demokracja, więc niech kandyduje każdy, kto chce – bo ilu jest kandydatów z PiS-u w okręgach do Senatu? Tylko jeden. Dlaczego w PiS-ie nie może kandydować, kto chce? Bo to strategia na samospalenie i prezes o tym wie. Jeszcze jest czas i można wycofać się z kandydowania.

Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy.

Gdyby to, co wyprawia się w Polsce było tematem jakiejś książki z gatunku fantasy, to zaśmiewałabym się do łez. Śmiałabym się i jednocześnie pukała w głowę, nie rozumiejąc, co z tą książkową społecznością nie tak, iż pozwala po sobie jeździć jak po łysej kobyle, że jest aż takie przyzwolenie na demolkę państwa, że w ogóle niesamowitą wyobraźnię miał autor, opisując coś takiego. Po przeczytaniu, odłożyłabym tę książkę, by już nigdy do niej nie wrócić, bo wydałaby mi się totalnie wydumana, oderwana od realiów, bez sensu.

Problem jednak polega na tym, że to się dzieje naprawdę i to już od 4 lat. To nie jakiś książkowy twór, matrix, ale nasza polska rzeczywistość, więc ani się pośmiać, ani przejść nad tym do porządku dziennego. Gdzie się nie ruszę, gdzie nie spojrzę tam stykam się z totalnym absurdem i realiami jak w krzywym zwierciadle. I im głębiej w to wchodzę, tym mniej rozumiem. Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy, postawa roszczeniowa podstawą rozwoju państwa, niezaspokojona żądza władzy i kasy należy się jak psu zupa, a buta i arogancja brylują na politycznych salonach, pozwalając i nam, maluczkim, na coraz większe hołdowanie tym demonom.

Staje przede mną facet i mówi, że polska służba zdrowia jest najlepsza w Europie, a na SOR-ach umierają ludzie, lekarze padają z przepracowania, posiłki w szpitalach mogą prowadzić do wyniszczenia głodowego pacjentów. Gwiazda polskiej edukacji uwiła sobie bezpieczne gniazdko w Brukseli, jej następca zachwala reformę, a szkoły ledwo zipią. Prezydent opowiada bajeczki o tym, jakoby zagrożenie klimatyczne to jakaś manipulacja, woli bronić interesów grup społecznych, a smog wywołuje coraz bardziej tragiczne skutki, upały stają się nie do zniesienia, ludzkość staje na granicy zagłady. Były minister rolnictwa chce karać dzieciaki za udział w strajku klimatycznym, zapominając, ile się napracował, by rozwalić polski ekosystem. Premier już kilkakrotnie został przyłapany na kłamstwie, a co wystąpienie to bajdurzy jak z nut. Prezes partii rządzącej wciąż gada o wolności i rozkwicie demokracji, jednocześnie rozwalając praworządność, idąc przez Polskę z hasłami nienawiści, obrażając każdego, kto się pod jego słowami nie podpisuje.

Służba zdrowia, przemysł, edukacja, przedsiębiorczość, kultura, wojskowość, dyplomacja zagraniczna, inwestycje, stosunki społeczne… to wszystko leży i kwiczy. 4 lata! Wystarczyły 4 lata, by zamienić Polskę w skansen nietrafionych decyzji, fatalnego gospodarowania, politycznej mitomanii. Wystarczyły 4 lata, by Polak Polakowi stał się wrogiem, a o wzajemnym szacunku, uśmiechu czy życzliwości można zapomnieć.

Co będzie po kolejnych czterech, jeśli uda się PiS-owi wygrać i mieć większość parlamentarną? Władza przejmie już całkowicie kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, media niezależne będą musiały przejść do podziemia, UE ciachnie nam dotacje, co znacznie pogorszy sytuację gospodarczą,  część narodu z wyciągniętą ręką będzie żądała jeszcze więcej i więcej, Polska Instytucja Kościelna będzie pławić się w luksusie, policja będzie karała za wszystko jak leci, wolność i swoboda staną się pustymi słowami, Konstytucja zostanie przerobiona na pisowską modłę, podatki nas zeżrą, bo przecież ktoś będzie musiał zarobić na rozdawnictwo kasy, a prawa człowieka wylądują w koszu na śmieci. Widzę ciemność i tylko ciemność…

Taką właśnie Polskę zafunduje nam prezes, który już dzisiaj nie ukrywa swoich planów. Wielu Polakom to się podoba, bo najważniejsze jest przecież to, by do władzy nie wrócił wróg numer jeden, czyli PO, by i inne partie opozycyjne oblizały się smakiem. Jakże skutecznie Kaczyński wbił ludowi do głowy, że jego partia może wszystko, bo i tak jest lepsza od poprzedników. Stąd to nieustające uwielbienie i pełna akceptacja. Tej partii wolno wszystko, bo zasługuje ona na swoje koryto, tym bardziej, że ochłapami z niego umie się podzielić, a nie tak jak poprzednicy.

Jeszcze kilka dni do wyborów. Nie ukrywam, że jestem pełna niepokoju. Nie tylko dlatego, iż dzięki ciężkiej pracy Kościoła i rzuconym kolejnym obietnicom, zapewne wielu Polaków zagłosuje na PiS, ale obawiam się też, jaką decyzję podejmą ci, którzy z zasady na wybory w ogóle nie chodzą. Czy i tym razem odpuszczą, uważając, że polityka ich nie dotyczy, wierząc w swoją dobrą karmę, której żadna władza nie zaszkodzi? Co zrobimy, gdy okaże się, że rację miał Kochanowski, pisząc „(…) Nową przypowieść Polak sobie kupi/  Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”?

Obawiam się też sytuacji, gdy jednak PiS nie osiągnie zamierzonego celu. Znając prezesa i jego ludzi, podejrzewam, że są przygotowani na każdy wariant i raz zdobytej władzy tak szybko nie oddadzą. Co wymyślą, by może unieważnić wybory czy tak je zmanipulować, by móc spać spokojnie?

Uzbrojona ochrona Kaczyńskiego pałęta się po Sejmie

Tego jeszcze nie było… To, że zwykły poseł w osobie Jarosława Kaczyńskiego zabiera w Sejmie głos, kiedy tylko mu się podoba, czyli jak pamiętamy „bez żadnego trybu” – to jedno, to że przekracza progi Parlamentu tam gdzie chce i jak chce to jeszcze jedno ale, że wprowadza ze sobą uzbrojone indywidua, to już zwykła granda.

Stosowny moment nagrał poseł PO Cezary Tomczyk.

Na filmiku, który wywołał szczere oburzenie w sieci, widać wyraźnie jak lider PiS korzysta z wejścia dla Marszałka Sejmu, a wraz z nim wchodzi do gmachu parlamentu dwóch facetów pod bronią.

Jest to niedopuszczalne. Przepisy kategorycznie zabraniają wnoszenia broni i wszelkiego rodzaju materiałów niebezpiecznych do budynku Sejmu. Mogą ją nosić jedynie dwie służby – funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa oraz Straż Marszałkowska i kropka.  Jak widać są równi i równiejsi, bo nie pierwszy to raz…

Kiedyś poseł PO Sławomir Nitras nagrał telefonem ochroniarza Jarosława Kaczyńskiego, który chodził w kuluarach Sejmu, choć nie mogą się tam znajdować osoby postronne, a prywatna ochrona polityka właśnie do takich należy. A żeby jeszcze z bronią..?

„Gazeta Wyborcza” informuje o nowych kontrowersjach wokół osoby Zbigniewa Ziobry. Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia złożyło zawiadomienie ws. popełnienia przez ministra przestępstwa. Ziobro – zdaniem stowarzyszenia – wydał niezgodne z prawem rozporządzenie; dzięki niemu prokuratorzy z Prokuratury Krajowej pobierali miesięcznie 2,7 tys. zł dodatku do wynagrodzenia.

Prokuratorom chodzi o rozporządzenie „ws. delegowania prokuratorów do Prokuratury Krajowej” z drugiego kwartału 2016 r. Dzięki niemu prokuratorzy pobierali 2,7 tys. zł dodatku mieszkaniowego. Dodatkowe pieniądze otrzymała ścisła wierchuszka Prokuratury Krajowej i wierni stronnicy Zbigniewa Ziobry, w tym Bogdan Święczkowski, Robert Hernand, Marek Pasionek i Krzysztof Sierak. Prokuratorzy – według informacji „Gazety Wyborczej” – otrzymali łącznie 2,3 mln zł.

Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia zgłosiło swoje zawiadomienie do Kancelarii Premiera. Dlaczego? Bo „nie potrafili określić właściwego do rozpoznania sprawy prokuratora – to jest prokuratora niezależnego, który mógłby zdecydowanie, szybko i bezstronnie podjąć niezbędne czynności”.

Według grupy prokuratorów Ziobro przekroczył swoje uprawnienia, gdyż naruszył przepisy zawarte w Ustawie Prawo o prokuraturze z marca 2016 r., które definiują zasady wypłacania dodatków mieszkaniowych. Zbigniew Ziobro, wydając rozporządzenie „ws. delegowania prokuratury do Prokuratury Krajowej”, miał przekroczyć uprawnienia prawotwórcze – tak przynajmniej uważają przedstawiciele Lex Super Omnia.

Sprawą kiedyś zajmowały się już organy śledcze. Pomimo tego, w 2017 r. warszawski Prokurator Okręgowy Paweł Blachowski odmówił rozpoczęcia śledztwa.

Sejm, który zbierze się 15 października nie będzie tym wybranym na nową kadencję przez obywateli, ale tym, który odchodzi i właściwie nie powinien już uchwalać żadnego prawa – a jednak uchwali, choć nie wiemy jakie.

PiS chce coś ukryć tak bardzo, że nie zdecydował się przegłosować tego i pokazać opinii publicznej dziś, przed wyborami, chce to zrobić już po, kiedy, jak ma nadzieję, wygraną będzie już miał w kieszeni. Nawet jeśli ta niespodzianka bardzo się ludziom nie spodoba i nawet, jeśli niektórzy po jej ujawnieniu mieliby ochotę cofnąć swoje poparcie dla PiS, nic już nie będą mogli zrobić. Stawiam tezę, że o to właśnie w tej bardzo nieobywatelskiej i niedemokratycznej sztuczce chodzi.

Stała się rzecz bez precedensu – ostatnie posiedzenie Sejmu, które miało odbyć się w piątek, 13 września, przełożono na 15 października, czyli… po wyborach. Marszałkini Sejmu Elżbieta Witek przyznała bez cienia zażenowania, że poprosił o to klub PiS, nie przedstawiając żadnego uzasadnienia, a Prezydium Sejmu rzecz jasna tak po prostu, bez dociekania przyczyn, udzieliło zgody.

Oznacza to, że posłowie obecnego parlamentu, którzy 15 października być może nie będą już posłami (formalnie będą, ale mogą nie zostać ponownie wybrani, niektórzy zresztą w ogóle nie kandydują) i którzy właśnie dlatego nie powinni już podejmować żadnych wiążących dla następców decyzji, takie decyzje podejmować będą.

To brak szacunku dla obywateli i dla własnych następców. To nadużycie społecznego zaufania, złamanie bardzo ważnego, respektowanego w każdym państwie prawa obyczaju, że niczego nie uchwala się w ostatniej chwili.

Nie chodzi o już nawet to, że PiS pokazał, że traktuje Sejm jak urząd obsługi własnej partii, bo takie są standardy tej kadencji i do tego się (wielka szkoda!, ale jednak) już przyzwyczailiśmy. Tym razem chodzi o coś znacznie ważniejszego, a mianowicie o to, co przed wyborcami ukrywa PiS? Ujawnienia czego boi się tak bardzo, że nie chce zaryzykować głosowania tego przed wyborami, bo wie, że mogłoby to zachwiać jego poparciem, a nawet, być może, udaremnić zwycięstwo?

Stawiam tezę, a jeśli się pomylę, z prawdziwą przyjemnością przyznam się do błędu, że Elżbieta Witek skłamała i w październiku posłowie nie będą głosować według dokładnie tego samego co dziś porządku obrad. Idę o zakład, że do tej listy coś zostanie dopisane. Coś, czego pokazanie w tej chwili postawiłoby PiS w trudnej sytuacji, jeśli nie skompromitowało.

Trawestując Jarosława Kaczyńskiego: doświadczenie ostatnich czterech lat uczy, że PiS jeśli coś robi, to po coś to robi. Bo nie było w ostatniej kadencji ani jednego ruchu, głosowania, wypowiedzi, przepisu czy złamania prawa, które by tej partii do czegoś konkretnego nie służyły. Ta precyzja i dalekowzroczność bywa nawet przedmiotem zazdrości posłów i wyborców opozycji, którzy chcieliby, żeby szefowie ich partii tak dobrze wiedzieli, co, jak i po co robią.

PiS ma plan i to jest jasne – dąży do osiągnięcia celu, jakim jest dyktatura wszelkimi możliwymi prawnymi i pozaprawnymi metodami. Udaremnić go można, jak zresztą każdy plan, tylko w jeden sposób: przewidując ruchy PiS, a nawet je wyprzedzając.

Jest kilka możliwości, jeśli chodzi o październikowe głosowanie, ale nie będę zgadywać, to nie moja rola, zresztą, niezależnie od wyniku wyborów przekonamy się już wkrótce. Jak zawsze, na własnej skórze. Jedyne, co w tej sytuacji zależy ode mnie i od Państwa, to zareagować na to, jak jako obywatele jesteśmy traktowani i wyrazić swoją opinię przy urnie wyborczej.

To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach – tak opozycja ocenia decyzję prezydium Sejmu o przerwaniu posiedzenia i dokończeniu go dopiero po wyborach w październiku. – Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk

Jak ukraść Polakom wybory

– Dzisiaj trzeba postawić polityczną tezę, że rząd PiS szykuje się na przegraną lub szykuje się na to, że straci samodzielną większość w polskim parlamencie – mówił na konferencji prasowej Cezary Tomczyk z PO-KO, komentując decyzję prezydium.

To sytuacja bez precedensu. We wtorek wieczorem na posiedzeniu prezydium Sejmu podjęto decyzję, że rozpoczęte w środę rano ostatnie posiedzenie Sejmu zostanie przerwane i kontynuowane dopiero po wyborach 13 października.

Stary Sejm ma się zebrać ponownie 15-16 października.

– Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk.

Niedemokratyczne działania

Marszałek Witek tłumaczyła na konferencji prasowej, że decyzja jest podyktowana tym, że posłowie masowo zgłaszali się do niej z prośbą, aby posiedzenie przełożyć. Powodem miałaby być kampania wyborcza.

– Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być między swoimi wyborcami, bo im służą, więc być może to jest uzasadnienie – tłumaczyła Witek.

– Wszyscy Polacy muszą mieć świadomość, że dzieją się rzeczy dramatyczne – mówił Sławomir Nitras.

– Na samym końcu jest plan wymyślony w głowie Jarosława Kaczyńskiego, który może się skończyć bardzo źle, który może zakładać niedemokratyczne działania – dodaje Cezary Tomczyk.

Po co stary Sejm po wyborach

– Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zostanie podważony wynik demokratycznych wyborów, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby w poniedziałek powyborczy odbyło się posiedzenie Sejmu, gdzie będzie stary parlament – uważa Sławomir Nitras i dodaje: – To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach.

Zdaniem posłów opozycji powodem przesunięcia posiedzenia mogą być sondaże. Część z nich nie daje PiS-owi samodzielnej większości, którą ma dziś. – Dziś na czele państwa stoi szeregowy poseł, która zarządza prezesem TK, marszałkiem Sejmu, prezydentem i premierem. To sytuacja nie tylko bez precedensu, ale też sytuacja, która stawia nas gdzieś miedzy Mozambikiem a Białorusią – mówił Cezary Tomczyk.

– To nie jest scenariusz demokratyczny, scenariusz, na który zgodził się Sejm. Nikt posłów nie pytał, czy my ten scenariusz akceptujemy. Przyjechaliśmy na posiedzenie Sejmu i dowiadujemy się, że tego posiedzenia nie będzie i odbędzie się po wyborach – dodaje Sławomir Nitras.

Posłowie przypomnieli też w tym kontekście scenariusz turecki, gdzie gdy wybory nie szły po linii władzy, były rozpisywane ponownie.

Ani rząd, ani #CBA nie przecięły jednoznacznie spekulacji na temat obecności systemu #Pegasus w Polsce. Tymczasem pojawia się wiele wypowiedzi, jak choćby posła #PiS Tomasza #Rzymkowski.ego, że ten system w Polsce działa. I to być może działa NIELEGALNIE.

Katakumby Macierewicza

Tygodnik „Wprost” zdradza sekretną misję, jak przypadła w udziale Antoniemu Macierewiczowi na czas kampanii wyborczej do Parlamentu. Były szef resortu obrony ma się zająć tym najtwardszym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości na wschodniej rubieży Polski i motywować go do aktywnego udziału w głosowaniu. Ma to jednak robić na tyle dyskretnie, by nie było o tym głośno w pozostałej części kraju.

Macierewicz będzie jeździł po tych katakumbach i opowiadał o zdradzie narodowej naszym wyznawcom. Dla tych ludzi jest ikoną, nikt nie ma takiego posłuchu jak on” – wyjaśnił tygodnikowi jeden z polityków prawicy.

Co ciekawe były minister ma ponoć zakaz udziału w ogólnopolskiej kampanii, bo burzy wizerunek PiS jako „partii umiaru i miłości”.

W rzeczywistości pozycja Macierewicza w partii znacznie osłabła. Tygodnik sugeruje, że Kaczyński woli go trzymać stosunkowo blisko siebie, aby nie wyrządził partii więcej szkód niż będąc poza nią.

Dla umiarkowanego wyborcy PiS były minister uchodzi za zbyt nieprzewidywalnego polityka, ale nie to jest najgorsze. „Macierewicza obciąża (…) też dawna relacja z jego asystentem Bartłomiejem Misiewiczem” – twierdzi „Wprost„. Wprawdzie nie wiadomo, czy były szef resortu obrony nadal utrzymuje z nim kontakty, ale oskarżenia wobec Misiewicza stawiają go w niekorzystnym świetle.

Antoni Macierewicz odniósł się do tych spekulacji na antenie Polskiego Radia 24  i zakomunikował, że „ma realizować plan PiS” i jego realizacja jest dla niego najważniejsza. Zaprzeczył jednak, że jest to tajna misja. Wyobrażenia „Wprost” są „mylne” – podsumował.

Wyraźnie widać, że prokuratura na uszach staje, byle tylko nie pozwolić Markowi Falencie przedstawić dowody na udział polityków PiS w aferze podsłuchowej, która tak mocno podkopała wiarygodność PO i zapewne w dużym stopniu przyczyniła się do przegranej tej partii w wyborach parlamentarnych 2015 roku.

Wprawdzie Bogdan Święczkowski zapewniał, że biznesmen będzie mógł dokładnie opowiedzieć o powiązaniach z partią rządzącą i złożyć obszerne wyjaśnienia, ale działania śledczych pokazują, że została przyjęta zupełnie inna taktyka. Taka, która nie powinna zaszkodzić PiS-owi w kampanii parlamentarnej.

Na początku lipca Falencie postawiono zarzut dotyczący kolejnego nagrania z 2015 roku, jednak temat listów do najważniejszych osób w państwie wówczas całkowicie pominięto. Teraz prokuratura tłumaczy, że biznesmen miał swoją szanse, by wszystko wyjaśnić, ale tego nie zrobił. Nie ma więc sensu ciągnąć sprawy dalej. Wygląda na to, że pod takim właśnie pretekstem śledczy zamykają tak niewygodną dla PiS, sprawę.

Żeby zabezpieczyć interesy partii rządzącej, prokuratura odmówiła podjęcia umorzonego 4 lata temu śledztwa w sprawie „zorganizowanej grupy przestępczej”, czego domagał się mecenas Roman Giertych. Mało tego, Falenta ma przejść obowiązkowo badania psychiatryczne.

Jeśli uda się stwierdzić jego niepoczytalność, to politycy PiS będą mogli już spać spokojnie. Nikt im nie zagrozi w drodze do zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych i o to przecież chodzi. A co z tą transparentnością i uczciwością, które partia rządząca niesie na swoich sztandarach? Ano nic, kolejne puste słowa…

„Idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy! 

Jeszcze 15 lat temu Białystok był – obok Płocka i Częstochowy – najbezpieczniejszym miastem w Polsce. Tak przynajmniej wynika ze statystyk miejskiej przestępczości.  Nikt się nie spodziewał, że w tym wielokulturowym mieście, z długą tradycją tolerancji dla rozmaitych różnorodności, marginalne grupki neofaszystów i kiboli tak urosną w siłę, że zaczną „rządzić”.  Kiedy ich wyczyny stały się głośne w kraju, minister Bartłomiej Sienkiewicz ostrzegł: – Idziemy po was! No i poszedł. Wszczęto ponad 130 spraw, aresztowano kilkudziesięciu bandziorów, zapoczątkowano dochodzenia związane z przestępczością zorganizowaną, prześwietlano nazistowskie grupy, do sądów trafiły pierwsze sprawy. Pierwsze i ostatnie. Odbyły się wybory i nastała nowa władza.  Aresztowani opuścili areszty, śledztwa umorzono, prokurator, który wszczął postępowania, został odwołany, a ten, który je umorzył – awansowany. A potem MSW wycofało podręcznik szkoleniowy dla policjantów opisujący przestępstwa z nienawiści.

Pierwszy w historii miasta Marsz Równości zmobilizował białostocki margines, do którego dołączyli obywatele skutecznie straszeni przez rządzących „ideologią” LGBT i gender. Z odsieczą przybyli też wierni, których miejscowi księża wezwali do „sprzeciwu wobec deprawacji”. Bezpośrednio po zamieszkach lokalni działacze PiS gratulowali obywatelom i sobie nawzajem skutecznej obrony polskich rodzin oraz miejscowej katedry „zagrożonej pedalską nawałą”, a proboszczowie dziękowali bandziorom za skuteczną „obronę wartości i wiary”.  Jednak po trzech dniach, gdy polski premier dowiedział się wreszcie – z zachodnich mediów – o homofobicznych zamieszkach, kiedy światowe telewizje pokazały mu groźne ataki na spokojnych uczestników legalnej demonstracji oraz polowania bojówek na pojedynczych ludzi „wyglądających” na przedstawicieli innych orientacji, wtedy wyszło na jaw, że w Białymstoku zdarzyło się jednak coś niedobrego.

Natychmiast okazało się, że miejscowi działacze PiS, z marszałkiem województwa Arturem Kosickim na czele, wcale nie organizowali blokad legalnego marszu, nie podburzali tłumu i nie uczestniczyli czynnie w zamieszkach – jak wynikałoby z licznych relacji filmowych. Przeciwnie – przedstawiciele lokalnych władz i partii rządzącej po prostu nawoływali mieszkańców do życzliwości wobec uczestników parady i przyjęcia współobywateli środowisk LGBT z tradycyjną białostocką gościnnością…  Ustami minister Witek władza wyraziła dezaprobatę wobec „ekscesów” ogłaszając wręcz, że osoby „dopuszczające się przemocy zasługują na potępienie”! Minister edukacji nie był aż tak bezkompromisowy. W jego opinii podobne marsze to nic dobrego i należałoby się zastanowić, czy ich nie zakazać (co prawda, podobne przedsięwzięcia nie wymagają zgody ani zezwolenia, bo wystarczy je zgłosić, ale jaki to problem zaostrzyć niewygodny przepis?). Logika ministra Piontkowskiego jest żelazna: zamieszek nie byłoby bez parady równości, zatem jeśli napaść na demonstrantów jest skutkiem ich demonstracji, to autorami zamieszek i niepokojów są sami uczestnicy parady.  Tym samym do wszystkich demonstrantów ze wszystkich legalnych manifestacji w obronie konstytucyjnych praw dotrzeć powinno, że w razie czego sami sobie będą winni, a bijący ich siłą rzeczy pozostaną niewinni, ponieważ ich reakcja będzie tylko skutkiem, a nie przyczyną zjawiska, które PiS zwalczać będzie z całą surowością prawa…

Po kilku dniach nawet do wyborców PiS dotarły informacje oraz obrazy ludzi bitych, kopanych, opluwanych obrzucanych kamieniami i osaczanych w tłumie za to, że byli inaczej ubrani, nie tak uczesani, mieli niewłaściwą plakietkę lub nie taką chorągiewkę, jak trzeba. Wyborcy PiS zobaczyli bojówki polujące na kobiety, na podrośnięte dzieciaki, na pojedyncze bezbronne osoby. Zobaczyli i zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno napastnicy walczyli z gender i LGBT, czy jednak tylko ze zwykłymi ludźmi z sąsiedztwa. A potem odezwał się episkopat i wreszcie okazało się, że ci biskupi oraz księża, którzy zagrzewali do boju w obronie wiary, reprezentują jakiegoś innego Boga, Boga o złowrogim obliczu, który mówi człowiekowi, że ma prawo nienawidzić każdego bliźniego swego, którego się boi i którego nie rozumie.

Dzisiaj już każdy funkcjonariusz PiS zna na pamięć tekst z przekazu dnia, że „wszyscy jesteśmy zgodni w ocenie tych skandalicznych wydarzeń”.  Europoseł Joachim Brudziński, który lubi harcować przed szykiem, nazwał nawet napastników z Białegostoku troglodytami. Rządzący chórem odcinają się, potępiają, kategorycznie piętnują, wyrażają stanowczą dezaprobatę i bezwzględny sprzeciw.  Co więcej – okazuje się, że PiS nigdy nie popierał kiboli i nacjonalistów, nie akceptował homofobii i nietolerancji, nie wykluczał, nie dzielił, a już na pewno nie szczuł. Przeciwnie, zarówno prezes, jak i wszyscy jego pomazańcy, po wielokroć powtarzają, że PiS zamierza łączyć i zasypywać podziały. Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy uwierzyć w te brednie, przedstawiam krótki kalendarz wydarzeń dowodzących dokładnie przeciwnych intencji Jarosława Kaczyńskiego.

Ludzie o odmiennej orientacji byli na celowniku prezesa zanim jeszcze pochwalił podpalanie tęczy zainstalowanej w Warszawie. Ale przed ostatnimi wyborami rozpoczęło się już regularne szczucie na ludzi nieheteroseksualnych. Jak się wydaje, prezes uznał, że gender i LGBT będą lepszym wrogiem niż opozycja, a gra na niskich instynktach społeczeństwa przyniesie PiS więcej korzyści niż normalna kampania wyborcza, podczas której opozycja z łatwością mogłaby wytknąć to czy owo. Prezes uznał, że dolepienie przeciwnikom plakietki „Obrońca gejów i lesbijek” będzie skuteczniejsze od starcia na programy. Już w marcu warknął do nieheteroseksualnych Polaków: „Wara od naszych dzieci!”. W kwietniu postraszył: „Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi. Zagrażają polskiemu państwu”. Wtórowali mu niektórzy biskupi, więc podczas konferencji Duma i Powinność prezes postanowił spłacić dług sojusznikowi: „Obecnie trwa w Polsce atak na Kościół, jakiego nie było na początku lat 90”, dodając, że wraz z atakami na Kościół trwają też ataki na rodzinę i dzieci.

Z braku uchodźców samoistnie wygasło śmiertelne zagrożenie armią imigrantów, pełną arabskich terrorystów. Od chwili, gdy Unia zagroziła obcinaniem dotacji za demolkę państwa prawa i nasze władze zaczęły się liczyć z partnerami, przeterminowała się groźba pozbawienia Polaków katolickiej wiary i polskich obyczajów wskutek inwazji europejskiego ateizmu, lewactwa i wyuzdanych mód.  Ale Kaczyński jest przecież mistrzem świata w kreowaniu wrogów oraz w sztuce obrony przed zagrożeniami, które sam tworzy. Niedawno zaprezentował „ciemnemu ludowi” nową listę aktualnych zagrożeń. Poczesne miejsce zajmują tam geje i lesbijki : „Do tego dochodzi ruch LGBT. Dżender, jak niektórzy mówią, albo gender, jak się czyta po polsku, cały ten ruch kwestionujący wszystkie przynależności. To ma związek z ideologią, filozofią, która w zachodniej Europie narodziła się wcześniej, to jest, można powiedzieć, importowane do Polski” . Kaczyński nie omieszkał przy tym ostrzec, że ruchy te „zagrażają tożsamości, narodowi, jego trwaniu i polskiemu państwu”.

W maju prezes uznał, że LGBT naciera coraz gwałtowniej i już czas, by normalne rodziny zaczęły się bronić: chcą nawet prześladować ludzi, którzy mówią rzeczy oczywisteMy się tym martwimy, my to uważamy za niesprawiedliwe, że ktoś jest ciągany na policję, dlatego że mówi, że z homoseksualnych par nie ma dzieci”.  Podczas konwencji PiS pod Rzeszowem Kaczyński postraszył, że „Cały mechanizm przygotowania dzieci do przyszłej roli matki i ojca ma być zniszczony. W imię czego?”. A podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Jarosław Kaczyński obiecał bronić Polaków przed sześcioma zagrożeniami, w tym przed seksualizacją dzieci i adopcją przez pary jednopłciowe. Bo LGBT – to ideologia, która przewiduje seksualizacje kilkuletnich dzieci!

Idiotyczna opowieść o preferowanej przez ONZ, a wdrażanej przez PO nauce onanizowania czteroletnich dzieci, brednie o wielkiej nadreprezentacji pedofilii wśród gejów, czy absurdalne wieszczenie, że wraz z wygraną opozycji rządy w kraju dostaną się „lesbom i pedałom, którzy od razu uchwalą sobie prawo do adopcji dzieci” – te i podobne idiotyzmy, to już nie są zwyczajne wyborcze kłamstwa.  To oszustwa obliczone na kradzież głosów ugrupowaniom, którzy kampanię prowadzą metodami cywilizowanymi. Ale przede wszystkim – to obrzydliwa podłość. Ci, którzy świadomie głoszą te cyniczne łgarstwa, to nikczemnicy, którym przyzwoity człowiek nie powinien podać ręki.

A jak nazwać tego, który dla własnej lub grupowej korzyści, a może tylko dla własnej chorej uciechy, podsyca nienawiść, szczuje ludzi na siebie, eliminuje ze społeczeństwa całe grupy, świadomie prowokuje zamieszki i fizyczną wręcz konfrontację, która już doprowadziła do tragedii, a w przyszłości może się zakończyć bratobójczą wojną?  Na „pikniku rodzinnym” w Chełmie prezes Kaczyński przekazał ludowi prosty komunikat: LGBT zagraża Polsce, zagraża narodowi, zagraża państwu polskiemu i trzeba z tym walczyć. Wtórował mu biskup Frankowski wołając z Jasnej Góry, że „idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy!  Larum grają, straszliwy Gender u bram!  Co ma zrobić patriota, którego wzywają wołaniem: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!!”? Nie masz wyjścia, Polaku. Stań u drzwi, bagnet na broń!

Kilka spośród tysięcy obecnych w sieci obrazów nie daje mi spokoju. Kobieta z małym dzieckiem wyje do uczestników marszu: – Zboki, wypierdalać!. Młody człowiek w jakimś amoku woła do policjanta: – Kogo wy bronicie, oni chcą dzieci gwałcić! Napakowany troglodyta z symbolem Polski Wałczącej na lewym ramieniu i swastyką na prawym z rozanieloną miną obserwuje kamienie padające w tłum. Mężczyzna z wózkiem dziecięcym w samym środku watahy rozgorączkowanych napastników. Dwóch wyrostków próbujących nasikać do plastikowych butelek, by rzucić nimi w szeregi uczestników marszu…

Naprawdę obawiam się, że wydarzenia białostockie mogą być wstępem do większej tragedii. Sztucznie tworzone napięcia rodzą coraz liczniejsze konflikty. W indoktrynowanych i napuszczanych na siebie ludziach zaczyna coś pękać. Powoli dziczejemy. We Wrocławiu ciężko pobito człowieka za to, że niepochlebnie ocenił wredne homofobiczne graffiti. W Gdyni znany projektant omal nie stracił życia, ponieważ jakiemuś bandycie wydał się gejem. Dziewczynce z tęczową torbą nobliwy starszy pan zagroził „obiciem mordy laską”. Na forach zadymiarze umawiają się, by 10 sierpnia zablokować Paradę Równości w Płocku i całkiem serio padają pomysły wjechania rozpędzonymi samochodami w tłum. Problemem dla tych bezmyślnych matołów nie jest prawdopodobna śmierć wielu ludzi, tylko – jak potem nie dać się złapać… O takich ludziach piszą codziennie światowe media w doniesieniach z Polski.  Oni reprezentują dzisiaj Polaków przed cywilizowaną Europą.