Kaczyńskiego zaraza

Ważniejszy dla rządzącego PiS (de facto – dla Kaczyńskiego) niż pakiet antykryzysowy, są poprawki w ordynacji wyborczej.

Kto mógłby dopuścić się, aby w ustawia ratunkowej dla gospodarki w czasie kryzysu wpisać artykuły dotyczące wyborów?

Tak spaprać prawo może tylko PiS. Świadczy, że Kaczyńskiego nie obchodzi koronawirus (on jakoś przeżyje, niech Polacy zdychają), ale władza.

Zaraza Kaczyński pod pozorem zarazy zaraża nam ojczyznę. Jaka akcja, taka kiedyś nastąpi reakcja – czyli zarazę Kaczyńskiego wypali się ogniem i mieczem.

Los dyktatorów zawsze jest jeden i nie ominie prezesa PiS. Ale póki co, będzie niszczył Polskę, bo ten pokraczny człowiek inaczej nie potrafi. Szczuć, pluć, niszczyć.

Będziemy pracować nawet 60 godzin w tygodniu, a przedsiębiorców czeka wypełnianie druczków, aby dostać pomoc, która wielu z nich i tak nie uchroni przed bankructwem. Zadowolony jest tylko PiS, który nocą w Sejmie przepchnął swoją tarczę antykryzysową.

Najważniejsze ustawy Sejm i rząd pod przywództwem PiS przegłosowywał jak zawsze – na szybko, skracając dyskusję, w ostatniej chwili dorzucając kontrowersyjne poprawki. Ustawy trafiły do Sejmu w nocy z 26 na 27 marca 2020, a do specustawy natychmiast napisano kolejne 68 stron autopoprawek. Ustawy pakietu antykryzysowego były przegłosowywane w trybie zdalnym, a posłowie przeprowadzali głosowania testowe na godzinę przed rozpoczęciem obrad. Głosowano całą noc, a posłowie opozycji w mediach społecznościowych co chwila opisywali problemy techniczne.

W trakcie głosowania poprawek PiS zgłosił też zmiany w kodeksie wyborczym, by ułatwić sobie przeprowadzenie wyborów prezydenckich 10 maja. Zmiany mają ułatwić głosowanie korespondencyjne osobom po 60. roku życia. Można mieć poważne zastrzeżenia, czy są to zmiany zgodne z konstytucją, bo różnicują wyborców ze względu na wiek. Łamią też zasadę, że przed samymi wyborami kodeksu wyborczego się nie zmienia.

Więcej o zaprzaństwie władzy PiS >>>

Nocne zmiany w Kodeksie wyborczym są niezgodne z prawem. Doszło do sytuacji, w której wybory będą się odbywać w sytuacji anormalnej, zagrażającej zdrowiu, a być może życiu wyborców, lecz korzystnej dla jednego kandydata. Jest oczywiste, że w tej sytuacji należy wprowadzić w Polsce stan klęski żywiołowej albo nawet stan wyjątkowy. Wszelkie warunki są ku temu spełnione. Niestety, moim zdaniem jest to dalsza cegiełka do budowy w Polsce dyktatury, a ten proces zaczął się w Polsce w 2015 r.” – podsumował w „GW” Jerzy Stępień, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego.

Kaczyńskiego polityka po trupach >>>

„To głosowanie odbyło się, gdy obywatele byli pogrążeni we śnie. Obywatele są w strachu, w niepewności, to jest idealny klimat dla pozbawiania ich przysługujących im praw” – mówi OKO.press prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z PAN. „To zamach na wybory prezydenckie. Rzetelnych wyborów wymaga od nas prawo międzynarodowe”.

„Te zmiany zostały wprowadzone w ustawie, która ma na celu zwalczanie wirusa i skutków gospodarczych epidemii. A wprowadzone zmiany przyczyniają się do rozprzestrzeniania zarazy” – ocenia prof. Piotrowski.

Zgodnie ze swoją najgorszą tradycją – nocą – i przy okazji procedowania pakietu ustaw antykryzysowych PiS 28 marca 2020 wprowadził zmiany w kodeksie wyborczym. W wyborach prezydenckich w maju umożliwił głosowanie korespondencyjne, które dziś jest dostępne tylko dla osób niepełnosprawnych.

PiS zmienił miedzy innymi art. 53 a kodeksu wyborczego: „Głosować korespondencyjnie może również wyborca podlegający w dniu głosowania obowiązkowej kwarantannie, izolacji lub izolacji w warunkach domowych”. Korespondencyjnie mogłyby też głosować osoby po 60. roku życia. Wszyscy zainteresowani musieliby zgłosić zamiar korespondencyjnego głosowania 5 dni przed wyborami.

Rozmowa z prof. Ryszardem Piotrowskim >>>

PiS bardzo mocno prze do wyborów 10 maja. Chcą ich zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Andrzej Duda. Nowogrodzka czeka jednak na efekty społecznej kwarantanny, a w międzyczasie tworzy sobie – zmieniając kodeks wyborczy – narzędzia do przeprowadzenia głosowania. Po Wielkanocy ma zapaść ostateczna decyzja, czy je przeprowadzać w warunkach ostrego reżimu sanitarnego.

Więcej o fiksacji Kaczyńskiego >>>

Jarosław Kaczyński może wykorzystać nocne głosowania antykryzysowe, po cichu zmieniając prawo, by za wszelką cenę doprowadzić do wyborów prezydenckich. Ale rosnącej krzywej zachorowań i śmierci nawet on nie zmieni. To nie prezes PiS zdecyduje zatem, czy wybory się odbędą czy nie.

Analiza Andrzeja Stankiewicza >>>

Jeżeli epidemia nie wygaśnie do maja, co jest praktycznie pewne, to wybory w maju oznaczałyby ryzyko dla zdrowia, a także problemy z obsadzeniem komisji wyborczych. Ponadto byłaby to nieuczciwa konkurencja, bo jeden kandydat dominuje w mediach rządowych. Sądzę, że presja społeczna doprowadzi do przesunięcia wyborów – mówi prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów.

Rozmowa z Leszkiem Balcerowiczem >>>

Samorządowcy pytają, jak mają przygotować wybory podczas stanu epidemii. Rząd zamyka szkoły, sklepy i ogranicza możliwości przemieszczania, ale o przełożeniu wyborów nie myśli. Samorządowcy pytają więc premiera, jak mają przygotować lokale wyborcze i przeszkolić członków komisji, których w skali kraju jest prawie 300 tysięcy. – 10 kwietnia będziemy w szczycie zachorowań, a to termin, kiedy z przygotowaniami do wyborów trzeba ruszyć pełną parą. Nie wyobrażam sobie tego – mówi nam burmistrz Kłodzka Michał Piszko. – Organizowanie wyborów na dzisiaj to wysyłanie ludzi z narażeniem ich zdrowia i życia – uważa prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Więcej o samorządowcach, którzy staną okoniem bezprawiu Kaczyńskiego >>>

Ulica rozstrzygnie, czy Kaczyński zaprowadzi autorytaryzm

Tusk: Kidawa-Błońska jest najlepszą kandydatką do konkurowania z Dudą

W trakcie konferencji Tusk odniósł się również do wyboru Kidawy-Błońskiej na kandydatkę PO w wyścigu o prezydenturę w Polsce. – Trzymałem kciuki za obu kandydatów (Jaśkowiaka i Kidawę Błońską – red.), ale serce mi bije mocniej, że jest to Małgorzata Kidawa-Błońska – stwierdził Tusk. W jego ocenie to kandydatka „najlepsza z możliwych” do konfrontacji z Andrzejem Dudą.

– Nie zgadzam się fundamentalnie z argumentami, że jest za mało bojowa lub mało charyzmatyczna – dodał. – Kidawa-Błońska prezentuje ciepło, a nie chłód. Synonimem charyzmy nie jest bycie twardzielem. Polska polityka potrzebuje ludzi gotowych do robienia dobra i działania nie przeciwko ludziom – ocenił Tusk.

O konwencji Platformy Obywatelskiej tutaj czytaj >>>

Napisać, że ten wywiad przeprowadzono – nomen omen – na kolanach, to mało. To właściwie monolog Jarosława Kaczyńskiego, z włożonymi w niektórych miejscach pytaniami, które pasują prezesowi PiS.

Wywiad, którego udzielił Polskiej Agencji Prasowej, zaczyna się od pytań o zdrowie Kaczyńskiego po operacji kolana. Żeby nie być gołosłownym, przytoczmy jedno z nich w jego pełnym brzmieniu: – „Kiedy spodziewa się Pan, że wróci do pełni sił i zacznie pojawiać w siedzibie partii na Nowogrodzkiej oraz na posiedzeniach Sejmu?”. – „Jak to po tego rodzaju operacji – trochę boli. Powoli będę dochodził do sił, w tym sensie, żeby już móc normalnie chodzić, a potem normalnie funkcjonować” – odpowiada Kaczyński. Dowiadujemy się także, że prezes ma sześć tygodni zwolnienia.

W dalszej części przekonujemy się, że prezes – mimo to – czuwa, a chore kolano nie przeszkadza mu, żeby bezpardonowo zaatakować niezależnych sędziów. – „Po tym, co się zaczęło dziać w ostatnich tygodniach to już właściwie jest anarchia. Mam nadzieję, że tym projektem powstrzymamy wysadzenie w powietrze wymiaru sprawiedliwości. W Polsce chce się stworzyć coś w rodzaju systemu trybunalskiego, bo on najlepiej służy tym interesom, które zostały ostatnio tak bardzo zagrożone. Ale to są interesy patologiczne, to jest wynik zdominowania polskiego życia publicznego i gospodarczego przez grupę, która ma bardzo wiele cech negatywnych” – stwierdził.

A oto pytanie dotyczące szefa NIK, które usłyszał prezes PiS: „Wbrew pana apelowi, nadal nie złożył dymisji. Nadal podtrzymuje Pan stanowisko, że Marian Banaś powinien złożyć dymisję?”. – „Oczywiście, to byłoby najprostsze wyjście. Proszę pamiętać, że pan Banaś nie jest członkiem naszej partii i nigdy nie był, w związku z tym nasze możliwości oddziaływania perswazyjnego się wyczerpały. Teraz to już są tylko możliwości związane z działaniem wymiaru sprawiedliwości. Tutaj liczę na to, że pan Banaś nie będzie się zasłaniał immunitetem” – odpowiedział Kaczyński.

„Ciągle liczymy, że zdrowy rozsądek prezesa NIK zwycięży. Przede wszystkim liczymy też, że pewne zarzuty, które zostały mu postawione, zostaną ostatecznie wyjaśnione. One muszą być wyjaśnione albo w postępowaniu prokuratorskim – to jest optymistyczny scenariusz z punktu widzenia pana Banasia, kiedy prokuratura uznałaby, że jednak nie ma deliktu karnego. Drugi scenariusz – który wydaje mi się bardziej realistyczny – to będzie decyzja sądu i wtedy zobaczymy” – dodał prezes PiS. O roli służb specjalnych, kierowanych przez Mariusza Kamińskiego, których zadaniem było skontrolowanie Banasia przed jego wyborem, oczywiście nie było mowy. O posłach opozycji, których marszałek Elżbieta Witek nie dopuściła do głosu, żeby powiedzieli o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych Banasia, też nie.

Kampania prezydencka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie początkowo upływać (co najmniej do stycznia, ale być może także po styczniu) w cieniu wyborów lidera PO na następne lata. A także w cieniu ulubionej zabawy mediów i celebrytów, czyli „przede wszystkim trzeba zniszczyć Grzegorza Schetynę, potem się zobaczy” – pisze Cezary Michalski i przedstawia parę banalnych rad dla kandydatki PO. „Pierwszy z pozytywnych warunków, które musi spełnić Małgorzata Kidawa-Błońska, to utwardzenie nie tylko własnego wizerunku (na razie jest ona przez lewicowych i prawicowych populistycznych żuli rozpruwana jako „polska Maria Antonina”), ale także wykształcenie w sobie realnego „killer-instynktu”. Zdolności przeżycia w najbardziej brutalnych i pozbawionych reguł zapasach w błocie, bo tym właśnie będzie kampania prezydencka z udziałem prawicowych i lewicowych populistów” – podkreśla

Jak się wydostać z populistycznej ustawki „elity” kontra „lud”

Dla Platformy Obywatelskiej skończyły się prawybory, zaczęła się kampania prezydencka. Prezydenckie prawybory Platformy Anno Domini 2019 nie były tak nagłośnione, jak prawybory PO sprzed dziewięciu lat. Wtedy jednak Platforma była partią władzy, dziś nie jest, więc nie tylko państwowe media przejęte przez PiS, ale także najbardziej oportunistyczna część niepisowskich celebrytów i mediów nie postrzega dzisiaj PO jako dysponenta fruktów i kar. Stąd nieporównanie większy krytycyzm.

CI SAMI NIERAZ LUDZIE, KTÓRZY PRZED DZIESIĘCIU LATY WYCHWALALI POJEDYNEK POMIĘDZY SIKORSKIM I KOMOROWSKIM, DZIŚ „MIAŻDŻYLI” POJEDYNEK JAŚKOWIAKA I KIDAWY-BŁOŃSKIEJ, MIMO ŻE WÓWCZAS KOMOROWSKI I SIKORSKI TEŻ BYLI PRZEDE WSZYSTKIM LOJALNI WOBEC SWOJEJ POLITYCZNEJ FORMACJI, A WOBEC SIEBIE NAWZAJEM RÓWNIEŻ POZOSTAWALI NIEPORÓWNANIE MNIEJ „BOJOWI” I „ZACZEPNI”, NIŻ OBAJ POTRAFILI BYĆ WCZEŚNIEJ I PÓŹNIEJ W KONTEKSTACH ZEWNĘTRZNYCH.

Te prawybory przebiegły jak mogły najlepiej w sytuacji, kiedy za dobre słowo na temat Platformy nie dostawało się nagrody ani od władzy, ani od opozycyjnego salonu, a na samego pomysłodawcę prawyborów, Grzegorza Schetynę, lał się medialny hejt.

Jaśkowiakowi nikt nie oberwał skrzydełka czy nóżki, pozostanie ważnym personalnym zasobem Platformy Obywatelskiej. Nie tylko w lokalnej skali Poznania, bardziej rozpoznawalnym w polityce ogólnopolskiej, właśnie dzięki prawyborom.

Małgorzata Kidawa-Błońska wyleczyła się z traumy, jaką był dla niej trudny początek kampanii (kontrkandydat zgłoszony w ostatniej chwili, nakładanie się sporów wewnętrznych w PO na spór między kandydatami), a skala jej zwycięstwa na konwencji (345 do 125) pokazała jej samej, że we właściwej kampanii prezydenckiej będzie miała polityczne zaplecze.

Również sama Platforma pokazała jedność – co jest kluczowe w sytuacji, kiedy PiS rusza do kolejnej autorytarnej ofensywy, a PO jest dla niej praktycznie jedyną istotną polityczną przeszkodą.

MIMO ŻE ZNACZNA CZĘŚĆ PARTII MIAŁA – WEDLE MEDIÓW – KONTESTOWAĆ SAMĄ IDEĘ PRAWYBORÓW (BO BYŁA AUTORSTWA SCHETYNY), W DECYDUJĄCYM GŁOSOWANIU ODDANO TYLKO 5 GŁOSÓW NIEWAŻNYCH.

Sojusz populistów

Właściwa kampania prezydencka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie jednak początkowo upływać (co najmniej do stycznia, ale być może także po styczniu) w cieniu wyborów lidera PO na następne lata. A także w cieniu ulubionej zabawy mediów i celebrytów, czyli „przede wszystkim trzeba zniszczyć Grzegorza Schetynę, potem się zobaczy”.

PiS złożyło właśnie w Sejmie projekt ustawy mającej definitywnie zniszczyć resztki praworządności w Polsce. W tej sytuacji mówienie, że walka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z Andrzejem Dudą o prezydenturę jest wojną o wszystko, to nie żadne odkrycie, lecz banał. Ma tę świadomość także Jarosław Kaczyński, dlatego stara się wyposażyć do tej walki Andrzeja Dudę w kolejne pieniądze, przywileje, „dary” wypychające z rynku pracy kolejne grupy Polaków (w tym obietnice dalszego obniżania wieku emerytalnego, za cenę jeszcze głębszego rozregulowania systemu ubezpieczeń społecznych).

Na to wszystko PiS będzie potrzebowało pieniędzy i będzie te pieniądze zabierać obywatelom. Zarówno grupom, które na PiS raczej nie głosują, jak też wszystkim Polakom po prostu (jak to pokazuje skokowe podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy, w czym PiS-owi pomógł Adrian Zandberg i jego dziesięcioro posłów reprezentujących lewicowy populizm, więc chętnie przykładających rękę do niszczenia „liberalnej Polski”).

ŻEBY MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA WYGRAŁA TĘ WOJNĘ O WSZYSTKO, POTRZEBNE JEST SPEŁNIENIE PRZEZ NIĄ (I PRZEZ CAŁE JEJ POLITYCZNE ZAPLECZE) PARU WARUNKÓW, KTÓRE NIE SĄ ŁATWE.

Na pewno pułapką byłoby skupienie się wyłącznie na odpieraniu kolejnych PiS-owskich ofensyw – przeciwko sędziom, przeciwko unijnej polityce klimatycznej. Jak pokazały poprzednie cztery lata, tego typu wojny obronne pozwalają mobilizować mniejszość (czasami nawet – jak pokazały wybory do Senatu – jest to nawet większość, tyle że w każdych innych wyborach, łącznie z prezydenckimi, większość podzielona i wcale nie łatwa do zmobilizowania).

Pierwszy z pozytywnych warunków, które musi spełnić Małgorzata Kidawa-Błońska, to utwardzenie nie tylko własnego wizerunku (na razie jest ona przez lewicowych i prawicowych populistycznych żuli rozpruwana jako „polska Maria Antonina”), ale także wykształcenie w sobie realnego „killer-instynktu”. Zdolności przeżycia w najbardziej brutalnych i pozbawionych reguł zapasach w błocie, bo tym właśnie będzie kampania prezydencka z udziałem prawicowych i lewicowych populistów.

WYZNAWCY OBU POPULIZMÓW BĘDĄ RZUCAĆ SIĘ NA KANDYDATKĘ PO ZA KAŻDYM RAZEM, KIEDY SKRYTYKUJE JAKIŚ KOLEJNY GEST KORUPCJI POLITYCZNEJ PIS-U, A TAKŻE SZYDZIĆ Z NIEJ JAKO Z „ARYSTOKRATKI”, MIMO ŻE ONA SAMA REPREZENTUJE NAJBARDZIEJ POTRZEBNY DZIŚ POLSCE SOJUSZ MIESZCZAŃSTWA I INTELIGENCJI.

Sztandar uczciwego społecznego awansu

Na wszystkie te zaczepki kandydatka Platformy musi odpowiadać mocno i wyraźnie. Nie tylko punktując jałowość i toksyczność populizmu, ale także przedstawiając dla niego centrową i liberalną alternatywą. Konkretną, precyzyjną, na poziomie politycznym, społecznym, ekonomicznym. Tę alternatywę dla populizmu musi uwiarygadniać i wzmacniać całe zaplecze polityczne Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, czyli Platforma Obywatelska, KO, a w drugiej turze – mam nadzieję – także PSL i ta część lewicy, która pozostaje odporna na populizm Adriana Zandberga.

TO PRZEDSTAWIENIE I UWIARYGODNIENIE ALTERNATYWY WOBEC POPULIZMU MUSI PRZYJĄĆ KSZTAŁT PAKIETU USTAW I ROZWIĄZAŃ ZGŁOSZONYCH W SENACIE, A NASTĘPNIE DYSKUTOWANYCH W POLSKIM PARLAMENCIE PRZEZ CAŁY OKRES KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

Wobec kolejnych „darów” Kaczyńskiego i Dudy kandydatka Platformy musi przedstawić zupełnie inne, ale równie konkretne „dary” – rozwiązania prawne, podatkowe, instytucjonalne motywujące do pracy, do kształcenia się, do podejmowania ryzyka wszędzie tam, gdzie populiści prawicowi proponują pieniądze za wyjście z rynku pracy. I wszędzie tam, gdzie do populistów prawicy dołączają się populiści lewicowi głoszący, że praca to przeżytek, praca to przywilej, za który pracujący powinni być finansowo karani, „praca przyspiesza katastrofę klimatyczną” itp.

Rozwiązania zaproponowane przez kandydatkę PO i całą jej formację muszą też wspierać i chronić polskich przedsiębiorców wszędzie tam, gdzie populiści prawicy i lewicy widzą w nich wyłącznie wrogów, „miliarderów”, skarbonki do wytrząsania pieniędzy na polityczne „dary”.

Kandydatka PO, właśnie po to, by uniemożliwić ustawienie jej przez prawicowych i lewicowych populistów jako „arystokratkę”, musi z determinacją i dumą zaproponować mechanizmy ułatwiające w Polsce awans społeczny w oparciu o wykształcenie, pracę i biznesowe ryzyko. Wszędzie tam, gdzie populiści z PiS proponują awans społeczny za cenę partyjnej legitymacji, a populiści lewicowi głoszą, że awans społeczny to najgorsze zło – powoduje rozwarstwienie, wykluczenie, a poza tym w liberalnej demokracji nie jest w ogóle możliwy.

ŻEBY WYGRAĆ WYBORY W ROZBITYM PRZEZ POPULIZM SPOŁECZEŃSTWIE, MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA MUSI UMIEĆ SAMA PRZEKROCZYĆ GRANICĘ (I ZAPROPONOWAĆ MECHANIZMY, KTÓRE TĘ GRANICĘ UCZYNIĄ ŁATWIEJSZĄ DO PRZEKROCZENIA DLA WSZYSTKICH) POMIĘDZY „ELITAMI” I „LUDEM”. JEDYNYM SPOSOBEM PRZEKROCZENIA TEJ GRANICY, BEZ KREOWANIA POGARDY ELIT DLA LUDU I RESENTYMENTU LUDU WOBEC ELIT, JEST WŁAŚNIE MERYTOKRATYCZNY, UCZCIWY, JAK NAJSZERSZY SPOŁECZNY AWANS.

Broniąc społecznego awansu Małgorzata Kidawa-Błońska będzie miała przeciwko sobie cały snobizm i cały resentyment naszego głęboko rozwarstwionego społeczeństwa. Jeśli jednak merytokratyczny awans społeczny nie stanie się sztandarem jej prezydenckiej kampanii, snobizm i resentyment szybko ją zabiją. Właśnie ich użyją bowiem przeciwko kandydatce Platformy prawicowi i lewicowi populiści.

Jeśli Parlament uchwali, a prezydent podpisze projekt ustawy „kagańcowej” wymierzonej w sędziów, prokuratorów i adwokatów, Polska znajdzie się poza granicami unijnej kultury prawnej. To droga do Polexitu – ostrzegają prawnicy oraz obrońcy praw człowieka.

Projekt ustawy „dyscyplinującej”, zwanej też „kagańcową” pojawił się na stronach Sejmu w nocy z 12 na 13 grudnia, w przeddzień 38. rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Zakłada nowelizację „prawa o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw”, która ma doprowadzić do ograniczenia możliwości obrony swojej niezależności, państwa prawa oraz praw i wolności obywateli przez sędziówadwokatów i prokuratorów.

(Na zdjęciu: Sędziowie przed Sądem Okręgowym w Krakowie protestują przeciwko odbieraniu im prawa do stosowania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE)

Przeczytaj pełną treść projektu

Firmują go posłowie PiS i Solidarnej Polski, związani ze Zbigniewem Ziobrą – Jacek Ozdoba (ur. 1991), Jan Kanthak (ur. 1991) i Sebastian Kaleta (ur. 1989). Młodzi politycy stan wojenny znają z lekcji historii, ale pamiętają zapewne moment wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku.

Teraz projekt, który wnieśli do Sejmu, może doprowadzić do faktycznego wyprowadzenia Polski z przestrzeni prawnej Unii Europejskiej.

Przestrzegają przed tym prawnicy z Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego, którzy wyrażają „swój sprzeciw wobec podejmowanych przez rządzącą większość prób naruszania konstytucyjnego ładu w Polsce. Działania te stawiają nasz kraj poza europejskim kręgiem kultury prawnej i w realny sposób wykluczają ze wspólnoty prawa, jaką jest Unia Europejska”.

Członkowie Komitetu Helsińskiego, m.in. prof. Ewa Łętowska, prof. Mirosław Wyrzykowski, prof. Andrzej Rzepliński ostrzegają, że „przyjęcie tej ustawy cofnęłoby Polskę poza granice europejskiej cywilizacji, praw człowieka, rządów prawa, godności każdego człowieka  i podziału władz. Byłoby wstępem do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej.”

Publikujemy pełne treści oświadczeń.

Oświadczenie Komitetu Helsińskiego ws. projektu ustawy dyscyplinującej sędziów

My, członkowie Komitetu Helsińskiego w Polsce wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec wymierzonego wprost w konstytucję projektu ustawowego zniesienia niezawisłości i godności urzędu sędziego zgłoszonego przez posłów PiS dokładnie w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego i wpisującego się w jego retorykę.

Przyjęcie tej ustawy cofnęłoby Polskę poza granice europejskiej cywilizacji, praw człowieka, rządów prawa, godności każdego człowieka  i podziału władz. Byłoby wstępem do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej.

Warszawa 13 grudnia 2019 roku

Podpisali: Halina Bortnowska Dąbrowska, Teresa Bogucka, Janusz Grzelak, Jacek Kurczewski, Ewa Łętowska, Wojciech Maziarski, Danuta Przywara, Andrzej Rzepliński, Mirosław Wyrzykowski.

Stanowisko Zarządu Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego z dnia 13 grudnia 2019 roku 

Działając jako Zarząd Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego zrzeszającego konstytucjonalistów reprezentujących wszystkie ośrodki naukowe oraz realizując zobowiązania, które przyjęliśmy stając się członkami społeczności akademickiej składając przysięgę doktorską, uważamy za swój obowiązek zabranie głosu w sytuacji, gdy naruszane są podstawowe zasady konstytucyjne, na których opiera się ustrój Rzeczypospolitej Polskiej.

Wyrażamy swój sprzeciw wobec podejmowanych przez rządzącą większość prób naruszania konstytucyjnego ładu w Polsce. Działania te stawiają nasz kraj poza europejskim kręgiem kultury prawnej i w realny sposób wykluczają ze wspólnoty prawa, jaką jest Unia Europejska.

Nasz szczególny niepokój budzi przedłożony w nocy 12 grudnia 2019 roku projekt nowelizacji ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw. Projekt ten wprowadza niekonstytucyjne i niedemokratyczne rozwiązania godzące w niezależność wymiaru sprawiedliwości i niezawisłość sędziów oraz wprowadza system kar – do wydalenia z zawodu włącznie – w celu zastraszenia sędziów. Działania takie, podejmowane przez jedną z władz przeciwko innej, również konstytucyjnie umocowanej, są niedopuszczalne w państwie chcącym pozostać demokratycznym państwem prawnym.

Z rosnącym niepokojem przyjmujemy także informacje o kolejnych postępowaniach dyscyplinarnych wszczynanych przeciwko sędziom i prokuratorom realizującym swoje konstytucyjne i ustawowe obowiązki. Proces zastraszania sędziów jest przy tym realizowany z wykorzystaniem instytucji o wątpliwym statusie konstytucyjnym, takich jak organ wykonujący obecnie zadania Krajowej Rady Sądownictwa oraz niespełniająca wymogów sądu europejskiego Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego.

W związku z powyższym, zwracamy uwagę na konieczność podjęcie niezwłocznych działań mających na celu przywrócenie stanu zgodnego z Konstytucją RP dla uniknięcia potęgującego się stanu anarchii prawnej. Podjęte w tym celu prace legislacyjne powinny być prowadzone z udziałem organów wymiaru sprawiedliwości i przedstawicieli środowiska sędziowskiego, a także z poszanowaniem ustrojowych zasad, na których opiera się Konstytucja RP z 1997 roku.

Zarząd Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego

Kaczyński powtarza drogę Jaruzelskiego, który użył siły przeciw społeczeństwu, ale ostatecznie został obalony po niecałych 8 latach. Teraz pójdzie to szybciej.

Rocznicę stanu wojennego władza postanowiła uczcić wprowadzeniem stanu wojennego. Na początek tylko w sądach, ale w ślad za tym zamordyzm obejmie inne sfery życia. Wszak niezawisłe sądownictwo jest bezpiecznikiem i gwarantem wszystkich swobód obywatelskich, politycznych, praw pracowniczych itd.

Podobnie więc jak cztery dekady temu mamy dyktatorską i przestraszoną władzę, która wie, że dalsze tolerowanie niesubordynacji i fermentu społecznego jest dla niej groźne. Coś z tym musi zrobić, bo w przeciwnym wypadku sytuacja wymknie się jej spod kontroli.

Pancerne wozy komuny i pancerne łby PiS-u

13 grudnia 1981 r. reżim komunistyczny zmobilizował i wyprowadził z koszar wojsko, by rozprawić się ze społeczeństwem obywatelskim, które zabarykadowało się w kopalniach i fabrykach. Dziś reżim pisowski mobilizuje swoich żołnierzy w Sejmie, by rozprawili się ze społeczeństwem obywatelskim zabarykadowanym w sądach.

A nad tym wszystkim słychać złowieszczy chichot historii.

Czołgi komunistycznej junty w 1981 r. staranowały bramy zakładów pracy, wjechały do środka i zdławiły opór strajkujących robotników. Czy czterdzieści lat później zakute, pancerne łby pisowskich parlamentarzystów rozbiją bramy budynków sądowych i zdławią opór broniących się sędziów?

Rządowa propaganda nazywa przeciwników „kastą” i twierdzi, że to reżim występuje w obronie demokracji i praworządności. Doprawdy, wyjątkowej bezczelności trzeba, by tak odwracać znaczenia. To przecież ferajna Jarosława Kaczyńskiego tworzy nietykalną, stojącą ponad prawem kastę. To jej członkowie nawzajem się ułaskawiają, odmawiają wszczęcia śledztw w swoich sprawach, uznają się za niewinnych i godnych sprawowania najwyższych urzędów. Kaczyński namaszcza Dudę, Duda ułaskawia Kamińskiego, a Kamiński wystawia glejt Banasiowi. Ręka rękę myje.

40 lat temu junta też twierdziła, że to ona broni w Polsce porządku i demokracji, zagrożonych przez knowania wrogów pragnących doprowadzić do wojny domowej, by dorwać się do władzy.

Znów rozlega się chichot. Słyszycie?

Za plecami Kaczyńskiego nie ma Wielkiego Brata

Jest jednak istotna różnica między rokiem 1981 a 2019. Gdy wozy bojowe Jaruzelskiego wyjeżdżały na ulice, w odwodzie czekały czołgi radzieckie. Pozostawały w swoich bazach, ale grzały silniki, w każdej chwili gotowe wesprzeć sojuszników. Dziś natomiast to nie banda Kaczyńskiego może liczyć na wsparcie z zewnątrz, lecz obrońcy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Drugą linią obrony polskiej demokracji jest Unia Europejska. Za polskimi sędziami murem stoją sądy europejskie z Trybunałem Sprawiedliwości na czele.

Ciekawe, jaki byłby wynik starcia w 1981 r., gdyby w perspektywie nie majaczyła groźba sowieckiej inwazji. Świadomość, że krajowego reżimu nie można obalić, nie narażając się na to, co spotkało Węgrów w 1956 roku i Czechów oraz Słowaków w roku 1968, osłabiała siłę oporu, podkopywała morale obrońców demokracji i skłaniała do wycofywania się z sytuacji konfrontacyjnych.

Dziś jednak obrońcy państwa prawa w Polsce nie mają powodu do takich obaw. Viktor Orbán nie przyśle tu swoich czołgów, by bronić władzy polskiego kuzyna. Natomiast Unia Europejska jak najbardziej stanie w obronie polskich demokratów.

Pod warunkiem wszakże, że demokraci ci będą aktywni i sami staną w obronie swojego państwa, tak jak w grudniu 2016 r. pod Sejmem. Byli wówczas w gorszej nawet sytuacji niż dziś – władza PiS była mocniejsza, mniej zużyta, opozycję paraliżowało doświadczenie niedawnej klęski wyborczej, a reżim kontrolował obie izby parlamentu. Dziś psychologicznie to PiS jest w defensywie, a opozycja po odbiciu Senatu odzyskała pewność siebie. I powinna te sytuację wykorzystać organizując opór społeczny. Stając na czele protestów.

Już dziś postawmy pięć pytań niewygodnych dla władzy

Władza wpadła w panikę, gdy sędziowie zaczęli kierować do TSUE i Sądu Najwyższego pytania niewygodne dla reżimu. Parę równie niewygodnych dla władzy pytań trzeba też skierować do innych adresatów. Może jeszcze jest na te pytania odrobinę za wcześnie. Może jeszcze władza się cofnie i nie uchwali sprzecznej z konstytucją ustawy o sądach, której przyjęcie oznaczałoby w gruncie rzeczy wykluczenie Polski z UE. Jednak lepiej być przygotowanym na najgorsze i już dziś zacząć o tym myśleć. Pytajmy więc.

Pytanie pierwsze, do obywateli: czy gotowi jesteście, tak samo jak w grudniu 2016 r., tylko jeszcze liczniej, stawić się na ulicach, by bronić polskiej demokracji i wolności?

Pytanie drugie, do liderów opozycji: czy gotowi jesteście stanąć na czele tych protestów i organizacyjnie wesprzeć obywateli w walce? Czy już zaczęliście się do tego przygotowywać? Czy na przykład na wszelki wypadek rozmawiacie już teraz z firmami przewozowymi, by zaklepać autokary, którymi ludzie będą mogli przyjechać do Warszawy?

Pytanie trzecie, do Rafała Trzaskowskiego: czy jest pan przygotowany na wielodniowe (a może i wielotygodniowe – to będzie zależeć od postawy Kaczyńskiego) stacjonarne demonstracje w centrum Warszawy? Potrzebne będą toi-toie, miejsca noclegowe, punkty żywienia, opieka medyczna, straż miejska etc. Może będzie mróz, więc trzeba będzie ludziom zapewnić możliwość ogrzania się. Na pańskim miejscu już dziś nawiązałbym kontakt z organizatorami dawnego Majdanu w Kijowie i wykorzystał ich jako ekspertów i doradców.

Pytanie czwarte, do policjantów, a zwłaszcza do liderów związku zawodowego policji: co zrobicie, gdy zagrożony reżim będzie chciał was użyć przeciw demonstrującym obrońcom państwa prawa i demokracji? Myślicie już o tym?

Pytanie piąte, do Jarosława Gowina: czy zdaje pan sobie sprawę, że od postawy pańskich parlamentarzystów może zależeć, czy władza popchnie Polskę na skraj konfrontacji? I że dla pana to zapewne ostatnia szansa na uniknięcie losu Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobry, Beaty Szydło, Andrzeja Dudy i innych ludzi reżimu, których trzeba będzie pociągnąć do odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Rzeczypospolitej i jej konstytucji?

Pisowska święta rodzina, aż żal dwa półdupki ściska

Czytaj: Czy Polska byłaby bogata jak Niemcy i Francja, gdyby nie było komunizmu >>>

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych sondażach potężne 70-procentowe poparcie. Z wiadomym skutkiem. Duda jest więc przed wyborami prezydenckimi w gorszej sytuacji niż jego poprzednik.

Szansa PiS polega więc nie na rozglądaniu się za nowymi wyborcami, lecz na demobilizowaniu głosujących na opozycję. Posłużą temu trzy nurty polityki, których zapowiedzi już obserwujemy.

Posypią się nowe hojne dary

Przede wszystkim PiS obieca kolejne świadczenia i, co ważniejsze, będzie, jak dotąd, straszył, że opozycja zabierze to, co władza daje.

Demokratyczne partie i ich kandydaci muszą te zarzuty odpierać oraz przeciwstawić rządowej propagandzie własne wizje prospołecznej i sprawiedliwej Polski. Na razie tego nie potrafią. Komorowski też nie potrafił i w dużej mierze dlatego przegrał.

Oponenci będą oczerniani i zohydzani

Po drugie, procedowany w parlamencie projekt ustawy o zakazie edukacji seksualnej dobrze pokazuje zamiary PiS. Chodzi bowiem o to, by miano deprawatorów i opresorów dzieci przyspawać do znaczących środowisk antypisowskich. To zwłaszcza feministki i część liberalnych i lewicowych elit politycznych oraz artystyczno-intelektualnych złączonych mrocznym sojuszem ze społecznościami LGBT+ przedstawianymi przez propagandę PiS oraz Kościół jako pedofile i wrogowie rodzaju ludzkiego. Taka demonizacja tych wszystkich środowisk zawarta w projekcie ustawy i wzmagana przez rządowe media ma zdemobilizować wyborców opozycji. Chcesz być po stronie krzywdzicieli dzieci, pedofilów i ich popleczników? – pyta nas PiS każdego dnia.

Ta operacja może się powieść, jeśli opozycja nie stanie na wysokości zadania. Jeśli zrejteruje z tego pola bitwy tak, jak dopiero co uciekła Platforma, nie sprzeciwiając się w Sejmie nonsensownej merytorycznie uchwale przeciw „nienawiści wobec katolików”. Bo obowiązek opozycji w takich sprawach nie polega na tym, by kicać w krzaki, bo, ojej, to drażliwy temat. Przeciwnie, opozycja ma demaskować tę propagandę, przeciwstawiając jej projekt społeczeństwa tolerancyjnego, światłego i troszczącego się o bezpieczeństwo dzieci. Szczęśliwie w nowym Sejmie będzie lewica, która najpewniej PO rozrusza i doda jej odwagi.

Władza musi zademonstrować twardość

Po trzecie wreszcie, PiS musi w kampanii prezydenckiej przedstawiać się jako partia władcza i nieugięta. W nadziei, że strach przed władzą też demobilizuje wyborców, i w obawie, że jeśli okaże słabość, przybędzie jej przeciwników. Stąd zresztą próby zmiany wyników wyborów do Senatu – partia Kaczyńskiego nie może godzić się z przegraną. I musi próbować represji: rozprawiać się z sądami, mediami i kulturą. Ale to gra na krawędzi klęski, bo w Polsce łatwiej rozjuszyć społeczeństwo, niż je zastraszyć.

PiS ma więc wielki problem z wyborami prezydenckimi, dysponuje jednak instrumentami, by swą słabość minimalizować. Toteż głupotą byłoby przeświadczenie opozycji, że do sukcesu wystarczą takie kampanie wyborcze jak dotychczasowe. Otóż nie! Aby zdobyć prezydenturę, opozycja – KO, Lewica, PSL – musi się zmienić. Bez tego może nie utrzymać wyborców, którzy w wyborach parlamentarnych jej zaufali, a teraz będą sprawdzać, czy to zaufanie warto podtrzymać.

W skłóconym obozie władzy trwa rywalizacja w nowej sportowej konkurencji. Chodzi o to, by jak najgorliwiej oburzać się na krążące po kraju plotki o księdzu Tymoteuszu Szydle.

Zwycięzca tych zawodów może liczyć na przychylność matki księdza – Beaty Szydło, europosłanki i byłej premier, która zachowała w partii dość wpływów, by jej zdanie liczyło się przy tworzeniu nowego rządu. Jest więc o co walczyć.

Pierwszy do zawodów przystąpił Patryk Jaki, europoseł z Solidarnej Polski, były wiceminister sprawiedliwości, znany arbiter internetowej elegancji. Na jego koncie na Facebooku pojawił się prześmiewczy mem przedstawiający Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę płaczących na pogrzebie Sebastiana Karpiniuka, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. – Beata Szydło dzielnie od dawna znosiła ataki. Jednak przychodzi moment, że mocno trzeba stanąć w jej obronie. Dość – napisał Jaki, a plotki dotyczące ks. Tymoteusza nazwał „jedną z najbardziej haniebnych akcji ostatnich lat”.

Mateusz Morawiecki – który pokazywał na szczytach Rady Europejskiej zdjęcie dziewczyny w towarzystwie Edwarda Gierka, kłamiąc, że to Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego – nie mógł pozostać obojętny. Wszak Jaki i członkowie jego obozu próbują podkopać jego pozycję. – Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością – oświadczył premier.

Do licytacji w oburzaniu się stanęło jeszcze kilku pomniejszych polityków i pracowników medialnych. Trudno ocenić, który z nich bardziej przekonał Beatę Szydło. Gdyby jednak ich reakcje analizować pod kątem hipokryzji, to zabrakłoby skali.

Jaki chce bronić Beaty Szydło przed haniebnymi plotkami. Czy bronił prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, gdy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski haniebnie atakował jej dziecko? Wyszkowski pisał na Twitterze, że Dulkiewicz nie wie, kto jest ojcem, i sugerował, by „mianowała na ojca kanoniera z pancernika Schleswig-Holstein poległego w ataku na Westerplatte”. Brudny ściek. Ale Patryk Jaki siedział cicho.

A co Jaki robił, gdy TVP Info, prowadząc kampanię przeciwko znienawidzonemu przez PiS rzecznikowi praw obywatelskich Adamowi Bodnarowi, zaczęło prześwietlać przeszłość jego 14-letniego syna? Czy oburzał się, gdy pracownik stacji z kamerą ścigał Bodnara, pytając o „sytuację prawną jego syna”? Co Jaki robił, gdy prawicowe media prowadziły nagonkę na syna Donalda Tuska i gdy w efekcie patriota z biało-czerwoną opaską na koszuli wybił kamieniem okno w jego mieszkaniu? A ataki na córkę Ewy Kopacz?

Jaki milczał. Najwyraźniej ataki na dzieci przeciwników PiS nie są czymś „niedopuszczalnym”.

Morawiecki mówi, że rodzina jest świętością. A jak reagował, gdy Dorota Kania i Jerzy Targalski, bliscy obozowi władzy inkwizytorzy, publikowali tomy „Resortowych dzieci”, w których do szkalowania krytycznych wobec PiS dziennikarzy używano przeszłości ich rodziców? Gdzie był premier, gdy prezydent Andrzej Duda piętnował przeciwników politycznych, mówiąc, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk”? Albo gdy Jarosław Kaczyński mówił o „genie zdrady”?

Dwa lata temu prawicowy tygodnik umieścił na okładce zdjęcie rodziny Szydłów. – Ksiądz, student medycyny, dyrektor szkoły, szefowa polskiego rządu, czyli zwyczajni, porządni, otwarci ludzie – można było obok przeczytać. Dziś rodzina byłej premier zostaje podniesiona do rangi narodowej świętości. Święta, bo swoja.

Mateusz Morawiecki zabrał głos ws. plotek na temat syna Beaty Szydło – młody ksiądz oskarżany jest o romans z nastolatką i… zrobienie jej dziecka. „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…” Do komentarza premiera odniosła się prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz.

Morawiecki twierdzi, że publiczne stawianie oskarżeń jest „haniebne”; polityk powołuje się przy tym na „świętość rodziny”. „Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością. Dlatego wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę. Wierzę, że autorzy tych fake-newsów i manipulacji poniosą konsekwencje” – napisał na Twitterze przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy.

Komentarz Morawieckiego został opublikowany niedługo po tym, gdy pełnomocnik syna Beaty Szydło opublikował oświadczenie w tej sprawie. Podkreślił w nim, że Tymoteusz Szydło „nie został ojcem”, a informacje na temat jego ojcostwa są „nieprawdziwe” i „zniesławiające”.

Na temat ks. Tymoteusza wypowiedziała się również osoba z zupełnie przeciwnej strony barykady, a mianowicie Aleksandra Dulkiewicz. Prezydentka przypomniała, że Morawiecki nie stawał w obronie innych osób, które padły ofiarami zmasowanego hejtu, chodziło o Magdalenę Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzę, Donalda Tuska i Andrzeja Rzeplińskiego.

Panie Premierze, cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla pana, pana formacji politycznej i podległych wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin Magdaleny Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzy, Rzeplińskich, Donalda Tuska, swoim własnym i wielu innych!” – przyznała na swoim Twitterze.

Na komentarz Morawieckiego zareagowała także europosłanka Róża Thun (PO). „Może podrzucić Panu, Panie Premierze, kilka przykładów ataków na mnie i moich najbliższych? Są takie które pochodzą z Pana środowiska. Pooburza się Pan troszkę?” – odpisała mu przedstawicielka opozycji.

Tymoteusz Szydło został księdzem w 2017 r. Syn byłej premier zawnioskował niedawno o bezterminowy urlop – według części internautów ma to związek z jego domniemanym ojcostwem.

Wniosek ma dotyczyć 20 sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Prezydent Andrzej Duda od zera obsadził ją osobami wskazanymi mu przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa i przekazał im orzekanie o ważności wyborów.

Wniosek o wyłączenie sędziów ma w najbliższym czasie wpłynąć do Sądu Najwyższego. W środę w Sejmie zapowiedzieli go przedstawiciele komitetu wyborczego Koalicji Obywatelskiej. Dzień wcześniej skierowali do SN trzy protesty wyborcze.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN powinna je rozpoznać nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ale KO chce wystąpić o wyłączenie wszystkich jej 20 sędziów. – W ocenie naszej i ekspertów nowo utworzona izba nie daje żadnych gwarancji niezależności, a jej sędziowie mają charakter osób, które zostały wybrane z naruszeniem konstytucji – mówił poseł PO Mariusz Witczak.

Opozycja liczyła na Gersdorf

Opozycja kwestionuje status nowych sędziów, bo wszystkich wskazała prezydentowi upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. W ubiegłym roku „przedstawicieli sędziów” do Rady wybrał Sejm (poza Kukiz’15 pozostałe partie opozycyjne zbojkotowały głosowanie).

– PiS złamał konstytucję, aby mieć wpływ na decyzję o stwierdzeniu ważności wyborów. Niekonstytucyjnie skrócił kadencję sędziom KRS, a na ich miejsce powołał swoich przedstawicieli. Przeniósł też uprawnienie do orzekania o ważności wyborów do nowo utworzonej izby SN. Każe nam to bezwzględnie złożyć wniosek o wyłączenie całej izby – podkreślał Witczak.

– Liczymy, że SN przeniesie kwestie dotyczące orzekania o ważności wyborów do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, która dotychczas o tym orzekała. Ta izba gwarantuje niezależność, a jej sędziowie są niezawiśli – dodał. Już we wtorek opozycja zaadresowała swoje protesty do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Ta izba orzekała o ważności wyborów do kwietnia ubiegłego roku. Prezydent odebrał Izbie Pracy kompetencję i przekazał ją Izbie Kontroli Nadzwyczajnej. A później sam obsadził drugą izbę od zera osobami wskazanymi mu przez nową KRS.

Opozycja początkowo liczyła, że pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf przekaże protesty wyborcze właśnie Izbie Pracy. – Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami. Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba – powiedział nam we wtorek rzecznik SN sędzia Michał Laskowski. Zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do nich wnioski o wyłączenie sędziów IKNiSP: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy – dodał. I to w środę zapowiedziała opozycja.

PiS liczy na przejęcie Senatu

Na razie nie znamy treści wniosków. Ze słów polityków KO wynika jednak, że mają dotyczyć nie tylko spraw wszczętych po protestach Koalicji, ale również wszystkich pozostałych. Politycy KO obawiają się zwłaszcza tego, jak nowa izba rozstrzygnie protesty PiS. Partia rządząca kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych, choć ani w trakcie głosowania, ani w trakcie liczenia żadnych zastrzeżeń nie zgłaszała. Liczy na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni. – 10 dni temu Polacy oddali większość w Senacie opozycji. Od tego czasu PiS szuka najróżniejszych sposobów, by zmienić wyniki demokratycznych wyborów. To się PiS nie uda – zapewniał senator PO Marcin Bosacki.

W SN słyszymy jednak, że wnioski dotyczące cudzych protestów nie mogą liczyć na uwzględnienie. – Wniosek można złożyć tylko w swojej sprawie. Powinien dotyczyć konkretnego protestu i konkretnego skarżącego – mówi sędzia Laskowski. Na razie nie wiadomo, kto rozpozna wnioski opozycji. Powinien o nich decydować sędzia nieuwzględniony we wniosku o wyłączenie.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN protesty wyborcze IKNiSP opiniuje w trzyosobowych składach. Później cała izba rozstrzyga o ważności wyborów – w tym w okręgach, których dotyczą protesty.

Sprawy może rozstrzygać np. dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski – autor zbieżnej z polityką rządu PiS opinii prawnej o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2015 r. (mówiła o tym, że orzekając, TK nie może opierać się wyłącznie na konstytucji).

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, prof. UW i adwokat, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. A także doświadczeni sędziowie, tacy jak Marcin Łochowski, który orzekał wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Prezeską izby prezydent uczynił swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego UJ, dr hab. Joannę Lemańską.

TSUE zajmuje się nowymi sędziami

Status sędziowski osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, jest kwestionowany od ich powołania. Zajmuje się nim unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa Rada jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Na wyborczej mapie widać podział Polski po linii zaborów. Bez terenów zaboru rosyjskiego PiS nie miałoby szans rządzić, Kaczyński wycina tu także skrajną prawicę. Z kolei gdyby nie poparcie w zaborze pruskim i na Ziemiach Odzyskanych, opozycja nie miałaby szans na rywalizację z PiS.
Uderza trwałość podziałów po 100 latach od odzyskania niepodległości

„Widać zabory” to uderzający wniosek z analizy politycznej mapy Polski. OKO.press przyjrzało się rozkładowi poparcia dla komitetów wyborczych startujących do Sejmu 13 października i sprawdziło, gdzie stare podziały wciąż trzymają się mocno, a gdzie zostały przełamane.

Mapa zwycięzców mapą zaborów

Jeżeli spojrzymy na zwycięzców w gminach to – poza kilkoma miastami na wschodzie, w których przewagę ma KO – bardzo przypomina ona mapę zaborów.

W większości gmin na wschodzie (zabór rosyjski) i południu (zabór austriacki) PiS wygrywa zdecydowanie i ma ponad 50 proc. głosów. Wyjątków jest zaledwie kilka. Trzy w zaborze rosyjskim:

  • Warszawa i okolice;
  • Łódź;
  • podlaskie gminy, gdzie znaczny odsetek mieszkańców to mniejszości narodowe.

Również trzy wyjątki w byłym cesarstwie austro-węgierskim:

  • Śląsk Cieszyński,
  • Bieszczady i
  • Kraków.

W byłym zaborze pruskim PiS również wygrywa w większości gmin, ale skala zwycięstwa jest mniejsza, częściej oddaje też pierwsze miejsce innemu komitetowi. Najczęściej – Koalicji Obywatelskiej.

Potęgę tradycji zaborów ilustruje przypadek wschodniej Wielkopolski. Tam poparcie dla PiS wzrasta natychmiast po przekroczeniu byłej granicy zaborów.

W powiecie gnieźnieńskim PiS zdobył 38,24 proc. głosów. Przez sąsiedni powiat słupecki przebiegała granica zaborów rosyjskiego i pruskiego. W kolejnym na wschód powiecie konińskim PiS ma już 59,12 proc. Ta sama granica rozdzielała dzisiejsze powiaty ostrowski (43,23 proc. dla PiS) i kaliski (55,25 proc. dla PiS).

Podobnie w sąsiadujących ze sobą powiatach szczycieńskim w województwie warmińsko-mazurskim (45,33 proc. dla PiS) i ostrołęckim na Mazowszu (66,62 proc.).

Autorem map poparcia dla komitetów w gminach jest Łukasz Michałkowski, mapy udostępniła na Facebooku Kartografia Ekstremalna. Naniesione granice zaborów są naszego autorstwa.

Uwaga! Poparcie na poziomie gmin może być nieco mylące – gminy są różnej wielkości, tymczasem na mapie gmina wiejska, w której mieszka 5 tys. osób jest równoważna wielkiej metropolii. „Mapa gminna” pokazuje nam jednak geograficzny rozkład poparcia dla poszczególnych ugrupowań.

PSL silny w zaborze rosyjskim, KO – w Prusach

Zabory widać także na mapie pokazującej komitety, które zdobyły drugie miejsce w wyborach na poziomie gmin. Tutaj, podobną prawidłowość zobaczymy w przypadku poparcia dla Lewicy, zabór rosyjski jest bardzo zbliżony do zaboru austriackiego, natomiast granica między zaborem rosyjskim i pruskim jest wyraźna. Na wschodzie – w większości gmin drugie miejsce zdobył PSL. Po przekroczeniu linii zaborów drugi komitet to najczęściej KO.

Z tego podziału wyłamuje się Śląsk. Obecne województwo śląskie znajduje się na terenie wszystkich trzech zaborów, a na mapie wyborczej to miejsce zaciętej potyczki między PiS a opozycją. Partia Kaczyńskiego wygrała tutaj we wszystkich sześciu okręgach sejmowych, natomiast opozycja wzięła aż siedem z 12 mandatów senackich (6 KO, 1 Lewica).

Lewica najsłabsza w Galicji

Południe – czyli były zabór austriacki (i szerzej – byłe cesarstwo austriackie) – nie chce głosować na Lewicę.

Wyjątkiem są Śląsk Cieszyński i Bieszczady. W Cieszynie lewicowa lista zdobyła 18,18 proc., w sąsiednim Goleszowie 21,48 proc., w Ustroniu – 17,51 proc. W całym okręgu nr 27 – 14,31 proc., czyli powyżej średniej krajowej.

Z drugiej strony byłej Galicji Lewica ma przyczółek tam, gdzie styka się Polska, Słowacja i Ukraina. Na Podkarpaciu, w bastionie prawicy, Lewica w powiecie leskim zdobyła 9,17 proc., w bieszczadzkim – 9,06 proc. Poza tym – w wielu powiatach Małopolski i Podkarpacia, szczególnie tam, gdzie nie ma dużych miast – komitet SLD wywalczył poparcie w okolicach progu wyborczego w skali kraju. W powiecie limanowskim ma 3,2 proc., w powiecie dąbrowskim 3,02 proc.

Ogółem zabór pruski głosował na Lewicę znacznie chętniej niż rosyjski, ale na byłych zachodnich rubieżach cesarstwa rosyjskiego Lewica przełamuje schemat „widać zabory” – mapa wyników Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku wyglądała podobnie.

Lewica jest mocna w:

  • Łodzi (21,23 proc.),
  • Częstochowie (21,06 proc.),
  • Sosnowcu (26,80 proc.),
  • Dąbrowie Górniczej (26,54 proc.)

Na zachodzie (w byłym zaborze pruskim) poparcie dla Lewicy rozkłada się bardziej równomiernie, przez co jej mapa poparcia ma dużo punktów stycznych z mapą zaborów. Na zachodzie jest też kilka gmin, gdzie wyniki są wyraźnie lepsze niż średnia.

Jest tak w:

  • Świnoujściu (26,70 proc.),
  • Gnieźnie (22,11 proc.),
  • Otmuchowie (24,87 proc., woj. opolskie),
  • Jeleniej Górze (21,93 proc.),
  • Miastku (20,60 proc.)

Konfederacja silna w miastach, słaba na wschodzie

Wynik Konfederacji w powiatach również odzwierciedla granice zaborów – poparcie dla skrajnej prawicy jest wyraźnie słabsze w byłym zaborze rosyjskim, a lepsze w austriackim i pruskim.

Poza tym Konfederacja najlepsze wyniki osiąga w miastach:

  • w Toruniu – 7,67 proc.,
  • w Rzeszowie – 9,90 proc.,
  • w Gorzowie Wielkopolskim – 7,49 proc.,
  • w Bydgoszczy – 7,46 proc.,
  • w Środzie Wielkopolskiej – 16,56 proc. (to rekordowy wynik Konfederacji w całej Polsce).

Na podstawie wyniku Konfederacji widać, że oba podziały są równie mocne – miasta głosują inaczej niż wsie, ale również wschód Polski wciąż głosuje inaczej niż zachód, a granice zaborów ciągle są istotne.

U PSL zaborów nie widać

Z zaborów wyzwoliło się za to PSL. Poparcie dla ludowców rozkłada się równomiernie w całym kraju.

Zsumowany wynik Kukiz’15 i wynik PSL w wyborach parlamentarnych w 2015 roku to 13,94 proc. głosów. Tym razem, startując wspólnie, nie udało  się utrzymać tak dużego poparcia – zdobyli 8,55 proc. głosów, ponad 5 punktów procentowych mniej niż łącznie obie listy cztery lata temu.

Są jednak miejsca, gdzie wynik ludowców i kukizowców jest imponujący.  Na mapie poparcia dla PSL wyróżnia się kilka miejsc. Jedno z nich to pogranicze województw kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego.

W powiecie brodnickim PSL jest drugą siłą polityczną – zdobywając 29,13 proc. głosów przebił swój wynik krajowy prawie trzy i pół raza! Partia była tam silna już cztery lata temu, gdy udało się jej zdobyć 15,54 proc. głosów, a Kukizowi – 12,87 proc.

Kosiniak stracił Świętokrzyskie (ale zyskał poparcie w miastach)

Do niedawna bastionem PSL było województwo świętokrzyskie. W 1993 roku PSL zdobył w skali kraju 15,4 proc. głosów, ale nigdy później nie przekroczył już 10 proc. poparcia w wyborach parlamentarnych. Jednak w świętokrzyskim do 2011 roku zdobywał zawsze w okolicach 15 proc. głosów. Ale teraz dominuje tam PiS. W 2015 roku PSL zdobył już poniżej 10 proc.

13 października 2019 było podobnie – PSL zdobył 9,88 proc. głosów, a PiS przebił 55 proc.

Wyniki PiS i PSL w województwie świętokrzyskim w wyborach parlamentarnych

Dane PKW

Ludowcy wygrywali wybory do sejmiku świętokrzyskiego w 2006, 2010 i 2014 roku. W 2018 roku stronnictwo przegrało z PiS.

Na wsi, tak jak w województwie świętokrzyskim, PiS dominuje niepodzielnie. Dlatego ratunek PSL był jeden – zmiana punktu ciężkości i próba zakorzenienia się w jak największym stopniu wśród elektoratu z małych i średnich miast.

Temu m.in. miał służyć sojusz z Kukizem i wizerunek lidera ludowców Władysława Kosiniaka-Kamysza, który podczas kampanii wyborczej przedstawiał się jako polityk centrowy, który ma ofertę również dla  mieszkańców miast.

Z drugiej strony PSL wygrało w całej Polsce tylko w jednej gminie i była to gmina wiejska. Chodzi o Dąbie w województwie lubuskim – PSL zdobyło tam 35,93 proc. z oddanych 1993 głosów.

Frekwencja – zaborów nie widać

Zaborów nie widać na mapie frekwencji:

Tutaj ważniejszy okazał się podział na miasta i prowincje. W dużych aglomeracjach ludzie głosowali częściej, bez względu na to, w której części Polski te miasta się znalazły. Najciemniejsze punkty to Warszawa, Wrocław, Poznań i Gdańsk oraz okolice tych miast.

W całej Warszawie frekwencja wyniosła 77 proc., a w najbardziej zmobilizowanej dzielnicy – Wilanowie – 85,24 proc.

Nic nie jest przesądzone. PiS wcale nie musi rządzić samodzielnie

Nic nie jest przesądzone. Kaczyński nie śpi spokojnie.

Xerofas

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała…

View original post 2 279 słów więcej

 

Pisowski czas jest zły dla Polski, czasy ciemnoty, Ciemnogrodu, czasy katolicko-nazistowskie

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja teraz

– Uważam że nigdy w swoich filmikach nie przekroczyłam granicy, którą bardzo często przekracza obecna władza. Co więcej, uważam że jest to mocno gombrowiczowskie to, co robię. Myślę, że Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja jestem teraz – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Odnośnie Mariana Banasia powiem tyle: Nie mam pełnego zaufania do służb. Ani wtedy, ani dzisiaj. Dlatego że tam jest jeszcze mnóstwo ludzi z poprzedniej ekipy” – napisał na Twitterze Marek Suski. W tak zadziwiający sposób szef gabinetu Mateusza Morawieckiego skomentował aferę z udziałem prezesa NIK.

Wpis Suskiego komentowali dziennikarze. – „Szef Gabinetu Premiera RP pisze oficjalnie cztery lata po przejęciu władzy, że nie ma zaufania do służb bezpieczeństwa państwa podległych premierowi” –  napisał Bartosz Węglarczyk z Onetu. – „Rozumiem, że to nieporadnie sformułowany apel o dymisję szefa służb” – to opinia Wojciecha Szackiego z „Polityki”.

– „Czyli mówicie Suski, że w służbach jest syf, a PMM mianując Kamińskiego ministrem, ten syf wzmaga? Czy to w innym rządzie się dzieje?”; – „I to te pełowskie służby sfałszowały jego oświadczenia majątkowe i podstawili mu do wynajęcia kamienicy gangsterów”; – „Wygląda na to, że w obecnej sytuacji, zaufaniem do służb mogą pochwalić się wyłącznie sutenerzy z Krakowa” – brzmią komentarze pod wpisem Suskiego.

Internauci nawiązywali oczywiście do poprzednich wypowiedzi, z których zasłynął Suski: – „Caryca” na tropie kolejnego spisku?”; – „Od pewnego czasu myślę, że ten oto Pan zbijałby kokosy na własnym talk show/reality show. Nazwać ‚Caryca mówi’, no byłby hit!”; – „Najważniejsze, że w Radomiu będzie duże lotnisko i warszawiacy będą mogli latać na południe Europy”; – „Caryca nie ma zaufania do Ochrany….świat się kończy….kometa nadlatuje….piekło zamarza…dinozaury szykują się na śmierć…ze śmiechu…”.

Przypomnijmy tylko, że koordynatorem służb w rządzie PiS od 4 lat jest Mariusz Kamiński. A CBA, które od pół roku zajmuje kontrolą oświadczenia majątkowego Mariana Banasia, kieruje  Ernest Bejda, bliski współpracownik Kamińskiego.

Aleksandra Dulkiewicz była gościem radia TOK FM. Ciekawa rozmowa, dotycząca trudnych spraw dzisiejszej Polski.

Pani prezydent odniosła się do nieustającego ataku na Gdańsk w mediach publicznych. Jak przyznaje, widzi dwa powody takiej nagonki. Po pierwsze, w Gdańsku nigdy nie wygrał przedstawiciel PiS-u, co dla obecnej władzy jest nie do przejścia. Po drugie, Gdańsk to kolebka Solidarności, symbol walki o wolną Polskę, a to bardzo nie na rękę tym, którzy robią wszystko, by zmienić historię, wymazać z niej rzeczywistych bohaterów, zamienić ich na swoich.

Zastanawia się też nad pewnym paradoksem, bo przecież nikt kiedyś by nie pomyślał, że Lech Wałęsa, będzie broniony przez lidera Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, a tak mocno piętnowany przez swoich kolegów, którzy wraz z nim budowali tę wolną Polskę. Jak widać, dzisiaj wszystko jest możliwe.

Aleksandra Dulkiewicz skomentowała też zamieszanie wokół Centrum Solidarności. Nie ukrywa, że to ewidentnie „próby dzielenia społeczeństwa i pisania historii na nowo. Pod płaszczykiem obrony polskości, szukają tego, co nas różni. W efekcie tej dyskusji jednak coraz więcej ludzi przychodzi oglądać wystawę w ECS. Przychodzą i pierwsze co widzą, to suwnica Anny Walentynowicz. Pytają więc: o co PiS chodzi?”.

Pytana o plany na przyszłość, przyznała, że przez najbliższe 4 lata będzie, tak jak się zobowiązała, działała na rzecz swojego miasta, zachowując przy tym jego otwartość i respektując te zasady, które leżą u podstaw dobrze rozumianej wolności.

Powodzenia pani Prezydent

Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie.

Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci.

Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej.

Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba.

Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy.

Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach.

Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego.

Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.

Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.

No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…

Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale to nie powód, żeby się poddawać i składać broń.

Myśl irlandzkiego filozofa Edmunda Burke’a: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości. W Polsce jest sporo dobrych ludzi, ale… są ogarnięci strachem. Tak naprawdę Kaczyński nic nie musi robić, nie musi ani śledzić, ani karać, ani prześladować, wystarczy, że wszyscy myślą, że właśnie to będzie robił i już blady strach pada na wszystkich.

W mediach publicznych spędziłam prawie całe swoje dorosłe życie, poza stanem wojennym i rządami PiS-u. Znam ludzi z mediów publicznych, nie tylko z Warszawy i nie tylko z radia. Więcej niż połowa moich znajomych straciła pracę. Pozostali się męczą i żyją w strachu. Myślę, że mało kto z Was może sobie ten strach wyobrazić.

Spotkałam ostatnio kogoś z dawnych przyjaciół z Trójki (nie mogę nawet zdradzić płci ani tematu rozmowy) i ta osoba spontanicznie opowiedziała mi kilka bulwersujących historii z życia Programu 3. W pewnym momencie jednak powiedziała z przerażeniem w oczach: błagam, ale nie opisuj tego, oni od razu się zorientują, że wiesz to ode mnie… Inna osoba, o czym już kiedyś wspominałam, wolała, żebym dzwoniła na tzw. tajny numer, a nie służbową, radiową komórkę.

link do zrzutki: https://zrzutka.pl/rk6643

Muszę jednak przyznać, że w Trójce są osoby, które się nie boją albo przełamują strach. Jest ich niewiele, ale są. Do nich zaliczyć można bez wątpienia Wojtka Manna czy Piotra Bukartyka (więcej nie wymienię, bo mógłby to być pocałunek śmierci). O każdej z tych osób myślę ciepło i życzę wytrwałości.

Spotkałam też dziennikarkę wyrzuconą z TVP. Ucieszyła się, pytała, co robię. Opowiedziałam jej o naszej aukcji. Powiedziała, że chciałaby mieć udział w naszych działaniach i dać sukienkę, którą zaprojektował dla niej jeden z największych polskich projektantów, a którą ona miała tylko dwa razy na wizji. Ucieszyłam się. Zapytałam, czy mogę ujawnić jej nazwisko. Zastanowiła się i stwierdziła, że jednak nie. Po chwili dodała, że z takim trudem zdobyła obecną pracę, że nie może ryzykować i nie może jej stracić, bo nie stać jej na bezrobocie.

Zadzwoniłam do kolegi z pewnej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia i opowiedziałam mu historię z sukienką. Powiedział, że nie dziwi się, bo oni (czyli władza) są mściwi i skrupulatni w polowaniu. Jeden nierozważny ruch i po robocie. Kolega sam wprawdzie jest wyrzucony, ale jego żona ciągle pracuje. Opowiada mi, że zna przypadek, kiedy komuś nie przedłużono umowy, bo był za aktywny na Facebooku. No więc „musimy z czegoś żyć. Lepiej do nas nie dzwoń”.

Powtarzam sobie: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Rozumiejąc myśl Edmunda Burke’a zastanawiam się nad sobą.

No nie, ja i moi koledzy robimy portal. Ktoś powie, a co to takiego. No, faktycznie, są ludzie, którzy robią więcej. Nawet spotkałam takie osoby w sobotę na Kongresie Kobiet.

Większość pewnie o nich nawet nie słyszała. A są w naszym kraju takie dziewczyny jak Gabriela Lazarek, która codziennie stoi na cieszyńskim rynku, sama z transparentem, opluwana, zaczepiana, walczy o wolność i prawa człowieka. Albo Klementyna Suchanow, pisarka, redaktorka, tłumaczka, ciągana po warszawskich brukach przez policjantów, która po interwencji policji podczas manifestacji w obronie niezależnych sądów trafiła do szpitala, gdzie w trybie pilnym przebyła operację kręgosłupa.

Te wspaniałe kobiety mówiły na Kongresie, że nie wolno się bać, że właśnie służby wybierają sobie osoby bardziej podatne na gnębienie, czyli bardziej strachliwe i co jakiś czas wyciągają kogoś i rozpoczynają operację kompromitowania i niszczenia. Ale mówiły też, że jeśli ty jesteś odważny, to służby zaczynają się ciebie bać.

Oczywiście rozumiem strach, sama się boję. Boję się, kiedy dostaję wezwanie do zapłacenia np. 100 tys. zł za napisany na naszym portalu tekst, który wg wzywającego obraża go. I co z tego, że ja wiem, że napisaliśmy prawdę i że mamy na wszystko dowody i wierzymy, że sądy są jeszcze niezależne, to i tak się boję. Boje się pozwów, szykan, boję się kar finansowych.

Przypominam sobie wtedy, co powiedziała Suchanow, że służby wybierają osoby bardziej podatne na gnębienie i że właśnie jestem to ja. Bo na przykład wzywający nie wzywa w tej sprawie „Gazety Wyborczej”, bo wie, że tam jest sztab mądrych prawników, ale wzywa nas, bo my ich nie mamy. Wtedy myślę, że nie mogę się dać zwariować i próbuję się nie bać.

Ale boję się też, choć trochę inaczej, kiedy nie mogę zapłacić minimalnych honorariów naszej dziennikarce, bo na koncie jest pusto, a ona odważna, waleczna, nękana w sądzie przez różnej maści faszystów, w przerwach na dializy (3 razy w tygodniu) pracuje ze zdwojoną siłą, bo jej renta to kilkaset złotych.

Niepokoję się też, kiedy dzwonię do znanych ludzi, których znam z radiowego, ponad trzydziestoletniego stażu dziennikarskiego, i proszę o jakieś „fanty” na aukcję, żeby utrzymać nasz portal, bo nie wiem, jak zareagują. A może oni też się boją i nie wiedzą, jak mi odmówić, a może się wściekną i będą na mnie krzyczeć?

W końcu biorę się w garść. W sprawach sądowych pomoże mi świetna prawniczka, nie dość, że rewelacyjna zawodowo, to słynąca z usług „pro bono” Sylwia Gregorczyk – Abram. Odważna do bólu. Jaki cud, że ją poznałam.

Wesprą nas również tak wielcy ludzie jak Krystyna Janda czy Wojciech Malajkat. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś dołożyć się do ich pomników. Jestem zbudowana.

Za chwilę będę dzwoniła do innych znanych ludzi, którzy coś mi dadzą na aukcję, będę śledziła, jak ona przebiega, ile osób jest w naszej grupie na Facebooku i czy coś przybywa na zrzutce. Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale nie pękamy.

Będziemy walczyć, a Wy pomóżcie nam przetrwać. Zapraszam na aukcję

Nasze aukcje znajdziesz tutaj: https://www.facebook.com/groups/koduj24/

Każda transakcja pomoże naszemu portalowi. Dziękujemy tym wszystkim, którzy już nam pomagają. Zaproście do nas swoich znajomych. Do naszej grupy na Facebooku zapraszamy wszystkich, a szczególnie tych, którym zależy na wolnych mediach.

Nie bójmy się!!!

Fuererek Kaczyński i jego Goebbels Jacek Kurski

„Mija pół roku od złożenia przez G. Birgfellnera zawiadomienia w spr. oszustwa. Do dziś nie wszczęto śledztwa, ani nie przesłuchano nikogo poza pokrzywdzonym. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Ta sprawa na zawsze będzie stanowić plamę na honorze polskiej prokuratury” – przypomniał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik austriackiego biznesmena.

Birgfellner twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna.

Zawiadomienie Birgfellnera zostało złożone w prokuraturze pod koniec stycznia tego roku, więc wszelkie przewidziane prawem terminy, dotyczące rozpoczęcia przez prokuraturę postępowania lub umorzenia sprawy, już dawno zostały przekroczone. Cóż, Jarosław Kaczyński jeszcze w marcu podczas wywiadu dla RMF FM zadekretował: – „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma”.

„Jak można wszczynać śledztwo w sprawie naczelnika państwa, chodzącego kryształu, lekko tylko przysypanego łupieżem, krynicy mądrości i uczciwości? Nie po to przejął wymiar sprawiedliwości i służby, żeby go straszyć jakimiś śledztwami”; – „Bo w republice bananowej „władcuf” się nie przesłuchuje”; – „Trzeba czekać, do wyborów Ziobro tego nie tknie” – komentowali internauci.

Ja, Gdańszczanin (ur. 6 października 1953 roku w szpitalu przy ulicy Kartuskiej), zwracam się z uprzejmą prośbą do wszystkich Gdańszczan w Polsce i na całym świecie, abyśmy jednym, wspólnym czynem, raz na zawsze WYŁĄCZYLI W SWOICH TELEWIZORACH PROGRAMY TELEWIZJI POLSKIEJ” – napisał na Facebooku Jerzy Owsiak. To jego reakcja na „Obrzydliwy atak w „Wiadomościach” TVP na opozycję i prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz”.

Szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z pełną mocą skrytykował ten materiał. – „Telewizja Polska rozpoczęła kampanię nienawiści w stosunku do Pani Prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz i generalnie w stosunku do Gdańszczan. Wydaje mi się nawet, że nie powinienem napisać „Telewizja rozpoczęła”. Bardziej pasuje określenie, że na moment, po tragicznej śmierci Prezydenta Adamowicza, trochę „przyhamowała”, aby teraz ruszyć z jeszcze większą mocą propagandy, która o dziesięć długości wyprzedziła tą PRL-owską z Dziennika Telewizyjnego. Jak można powiązać zabytkowy tramwaj z Wolnego Miasta Gdańska z nazistowskimi ideami sugerując, że uruchamiając ten piękny pojazd pragniemy tej nazistowskiej rzeczywistości?” – pytał Owsiak.

Przypomniał m.in., że 3 lata temu wymazano serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy naklejone na kurtce gościa programu TVP. – „Jesteście telewizją polityczną, jednokierunkową i w żaden sposób nie próbujecie uspokajać polskich nastrojów, wręcz przeciwnie – napuszczacie ludzi na siebie, często mijacie się z prawdą, dyskredytujecie, zniesławiacie, a czasem, jak w przypadku Gdańska, robicie rzeczy podłe. Gdańszczanie, gdziekolwiek jesteście w Polsce i na świecie – trzymajmy się razem, wspierajmy Panią Prezydent Aleksandrę Dulkiewicz, która tak jak jej poprzednik pragnie, aby Gdańsk był miejscem radosnym, kolorowym, wspaniałym, pełnym przyjezdnych, którzy podziwiają jego architekturę oraz fantastyczny klimat. Nie dajmy sobie tego odebrać!!!” – zaapelował szef WOŚP. Pod postem Owsiaka pojawiły się podziękowania od prezydent Gdańska. – „To jest ta solidarność codziennie, której wiem, że pragniesz Ty, bardzo pragnął jej mój Szef Paweł Adamowicz i to jest także moje marzenie… Nie damy sobie odebrać takiego myślenia o Gdańsku!” – napisała Aleksandra Dulkiewicz.

“Ty ziom, obczaj jaka się awantura zrobiła. Idę se bulwarem przy Trzebnickiej, a tu jakiś lewak ze swoją laską jadą rowerami. Pedałowali (wiadomo, jak to lewactwo, gender LGBT i inne dewianty) powoli, więc podsłuchałem o czym gadali. I słyszę, że temu lewakowi (bo wiadomo, że to lewak) nie podobają się wpisy na murze o inwazji zboczeńców i pederastów, którzy chcą dzieci adoptować, by je następnie gwałcić. Przecież nasze dzieci trzeba przed nimi chronić, co nie? Bo to lewactwo się panoszy, zagraża polskiej rodzinie i tradycji, bo LGBT+ to zło wcielone i pedofile. No to stwierdziłem, że mu zajebie. A co, w końcu jestem u siebie.

Normalnie to bym w pojedynkę nie zaczepiał, wiesz jak jest, ale po ostatnich wydarzeniach z Białegostoku wiem już, że władzę mamy po swojej stronie. Pały w niebieskich uniformach tylko pozorują działania przeciwko nam, a my przecież rośniemy w siłę. Najwyższa pora to pokazać i bić mordę każdego, kto wygląda na lewaka. Nawet profilaktycznie i prewencyjnie. Wiesz, wsłuchiwałem się w głosy polskich biskupów i wychodzi na to, że realizujemy boski plan pozbycia się zagrożenia dla tradycyjnego, katolickiego modelu społeczeństwa. Zobaczysz, nic mi nie zrobią, a u ziomali zyskam większy szacunek. W końcu właśnie pokazałem, że można lewaka pobić w biały dzień, złamać mu nos, zwyzywać, a nikt w zasadzie nawet nie zareaguje. Policja niby przyjęła zgłoszenie, ale w końcu poudawać muszą, że z góry nie mają przykazu odpuszczania nam takich wybryków. To co? Jutro też idziemy zapolować na lewactwo? Teraz to już z górki”.

Drodzy czytelnicy, najwyższa pora bić na alarm, bo radykalni bojówkarze z katoprawicy, wsparci chórem hierarchów kościelnych i milczącą aprobatą polityków partii rządzącej podnieśli już łby bardzo wysoko i zaczynają traktować siebie jako armię, realizującą naczelne zadanie państwa, czyli tępienie odmienności od ich wykrzywionego modelu społeczeństwa. Cytat powyżej jest oczywiście zmyślony, ale nietrudno przewidzieć, że właśnie tak pewien prawicowy bojówkarz dziś wieczorem przy browarze chwalił się kolegom z oenerowskiej brygady. Czują się silni, bo państwo zdezerterowało z obszaru walki z patologiami, zwłaszcza tymi w brunatnych odcieniach. Zaostrzanie konfliktu to woda na młyn partyjnej propagandy PiS i najskuteczniejsze narzędzie mobilizacji własnego elektoratu przed nadchodzącymi wyborami. W 2015 roku straszono uchodźcami, dziś straszy się każdym, kto nie odmawia podstawowych praw obywatelskich osobom z mniejszości seksualnych.

O tym, że zagrożenie jest realne, a neofaszyści i nacjonaliści czują się bardzo silni, przekonał się dziś współpracownik portalu OKO.press Przemysław Witkowski, zajmujący się opisywaniem właśnie kwestii rosnących w siłę środowisk radykalnych we Wrocławiu.

Tak opisuje to zdarzenie on sam:

Obrazki straszne i wywołujące gęsią skórkę. Policja wydała oświadczenie, że sprawca pobicia jest poszukiwany, ale trudno uwierzyć, by robiła to z pełnym zaangażowaniem. Ostatnie lata dobitnie pokazały, że karanie sprawców wieszania na szubienicach wizerunków polityków opozycji, hejterów internetowych czy bandytów ze stadionów i ulicznych kontrmanifestacji, takich jak ostatnio w Białymstoku, to ułuda. Konsekwencji nie ma, bo władza woli żyć z tymi radykałami w zgodzie. Woli ich wykorzystywać do walki politycznej, zaogniać nastroje i prowokować ich do działania.

Jedno jest pewne. Robi się coraz bardziej duszno i coraz bardziej brunatno. Uważaj, co mówisz głośno na ulicy, bo jutro to Ty możesz zostać “naprostowany” przez samozwańczego “prawdziwego Polaka”. To już nie jest czcze gadanie, tylko smutna rzeczywistość.

>>>

Mimo wcześniejszych zaprzeczeń Marek Kuchciński regularnie wozi żonę i dzieci samolotem specjalnym, przeznaczonym dla najważniejszych osób w państwie. Rodzinne loty do domu nazywane są „misją oficjalną”

>>>

– To informacje od urzędników, którzy napisali do mnie, że to, co się dzieje, to absolutny skandal. Bo pan marszałek Kuchciński praktycznie co tydzień lata w celach prywatnych do Rzeszowa rządowym gulfstreamem – mówił w czwartek na konferencji w Sejmie Sławomir Nitras, poseł PO-KO.

I przedstawił dowody na co najmniej pięć lotów marszałka Sejmu w towarzystwie rodziny. To kopie zamówień na „loty specjalne” do dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych, które odbyły się od 5 stycznia do 5 lipca 2019 r. Składała je Aleksandra Ochmańska, wicedyrektor gabinetu Kuchcińskiego. Za każdym razem podkreślała: „Informuję, że marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński zamierza udać się w misji oficjalnej z Warszawy do Rzeszowa, a następnie powróci z wykorzystaniem wojskowego specjalnego statku powietrznego”.

Cóż – parafrazując klasyka – taki katolicyzm, jacy jego biskupi.

Polskę zalewa fala. Fala oświecenia. I tylko patrzeć, jak wszyscy zginiemy w potopie postępu, relatywizmu i tolerancji. Ocean laicyzacji rozlał się po całym kraju i już podchodzi pod mury Częstochowy, o czym świadczy Marsz Równości, który odbył się niedawno u stóp Jasnej Góry.

Kto tak pięknie, metaforycznie i historycznie zarazem, ostrzega przed grożącym Ojczyźnie kataklizmem wolności? Ordynariusz diecezji świdnickiej – biskup Ignacy Dec, który o zagrożeniach racjonalizmu nauczał w obecności ponad stu tysięcy zgromadzonych w Częstochowie Polaków-katolików. Zagłada – mówił biskup – nadchodzi z Zachodu, „wspierana przez zagraniczne ośrodki usiłujące narzucić Polsce neopogańską ideologię gender”. I LGBT, oczywiście. A wszystko to prowadzi do upadku „tradycyjnej rodziny”, a zaraz po niej – Narodu.

Bo – jak logicznie wynikałoby z wywodu kapłana – każdy mężczyzna to potencjalny gej, a dziewczyna – lesbijka, więc od ucieczki spod ołtarza pod tęczowe parasole chronił ich dotąd wyłącznie brak wiedzy na temat prawdziwej orientacji. Toteż pod religijno-społecznym przymusem podejmowali tradycyjne role żon i mężów, matek i ojców kolejnych pokoleń, ale wyłącznie z braku lepszych alternatyw. No, ale teraz, jak już – za sprawą „ideologii gender” – wszyscy odkryją, jak jest naprawdę, Polska zginie marnie. A w zasadzie, to wyginie z braku chętnych do kultywowania tradycji. I z czego wtedy będą budować swoje religijno-biznesowe imperia nasi biskupi?

Toteż z tolerancją nie należy przesadzać. Owszem, w każdym społeczeństwie trafiają się odmieńcy, ale niechby sobie spokojnie kultywowali swoje osobliwe obyczaje we własnych czterech ścianach, zamiast publicznie obnosić się z feminizmem, homoseksualizmem czy legitymacją PO, zboczeńcy jedni. Ale nie – muszą łazić po ulicach i siać publiczne zgorszenie.

Na szczęście dla zgromadzonych w murach, które ostały się już niejednemu potopowi, teraz budujemy w Polsce Polskę tylko dla Polaków. Strefę (przynajmniej w założeniu pewnej gazety, kształtującej opinię wyborców partii rządzącej) wolną od LGBT i innych zboczeń. A już wkrótce, najdalej po wyborach, wolną także od nie-katolików oraz wszelkich typowych dla nich „izmów” i „-cji”, w tym laicyzacji czy merytokracji. Zwłaszcza merytokracji. Bowiem – zdaniem biskupa – najgorsi ze wszystkich wrogów katolicyzmu i Kościoła są nawet nie geje, tylko naukowcy. A to dlatego, że utrwalają dyktaturę racjonalizmu i relatywizmu zarazem, podkopując korzenie prawdziwej wiary. Mówiąc inaczej – zalecają, by przestać wierzyć (biskupom na słowo), a zacząć myśleć. I to myśleć samodzielnie. No, naprawdę…

Na szczęście Polacy, zwłaszcza ci prawdziwi, czyli głosujący na formację pana prezesa, bękartom Oświecenia mówią swoje stanowcze „nie”, w czym wspiera ich wydatnie partia aktualnie rządząca, która promuje jak może właściwe wartości. A w zasadzie to tylko jedną – wierność Kościołowi i jego nauce. Bo jak się tak zastanowić (znów ten przebrzydły racjonalizm), to wrogość wobec wymienionych wyżej – izmów, panująca między Wisłą a Bugiem (oraz w Świdnicy, która leży nieopodal Odry), jest ufundowana na podwalinach chrześcijańskiej wiary właśnie. Z tym, że takiej swojskiej, naszej, rdzennie polskiej, zdecydowanie odmiennej od zachodnich wersji tej religii. Cóż – parafrazując klasyka – taki katolicyzm, jacy jego biskupi.

Polska Bezprawia z Żoliborza

Sienkiewicz: Portal braci Karnowskich napisał o bojówkach, które nie biją, tylko chcą być bite. Absolutne zrównanie kata i ofiary. Niżej dziennikarsko już chyba nie można upaść. To jest dno dna

– Jak to niedawno napisał, zdaje się dzisiaj portal braci Karnowskich, że to są bojówki, które nie biją, tylko chcą być bite. Czyli absolutne zrównanie kata i ofiary. Niżej dziennikarsko już chyba nie można upaść. To jest dno dna. Ten wpis pokazuje pewne szaleństwo na prawicy, żeby pokazać ten sposób napuszczania Polaków na siebie – mówił Bartłomiej Sienkiewicz w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską w „Faktach po faktach” TVN24.

Skromność, pokora, praca.

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie Konstytucja zapewnia wszystkim równość, człowiek jest dla człowieka wilkiem. Jedni nienawidzą drugich za coś, na co żaden człowiek nie ma wpływu, osoby LGBT nie decydują o swojej orientacji seksualnej, tylko takie się rodzą” – powiedział „GW” Mikołaj Gwizdowski z Młodej Zarazy, uczeń trzeciej klasy II LO w Sopocie.

Kolejne demonstracje planowane są także w innych miastach. W Poznaniu i Łodzi odbędą się one w najbliższy czwartek. W piątek protest przeciw przemocy organizuje Tęczowe Opole, a w Szczecinie tego dnia zaplanowana jest „Strefa wolna od nienawiści”. W sobotę manifestacje odbędą się m.in. w Warszawie i Toruniu.

„Wpadł mi w ręce przekaz dnia dla posłów PiS, a w nim zabawny fragment o naklejce „GP”: „TO NIE JEST NASZA AKCJA, PROSZĘ PYTAĆ JEJ ORGANIZATORA O CO MU CHODZI I CZEMU WYBRAŁ TAKĄ FORMĘ. Mamy tu do czynienia z jednym z tytułów prasowych, który rozdaje takie dodatki jakie chce” – napisał na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki”. Chodzi o kolportowane przez tygodnik Tomasza Sakiewicza naklejki „Strefa wolna od LGBT”.

A zastosowanie tegoż przekazu w praktyce mogliśmy zaobserwować już wczoraj. – „Jako rządzący nie będziemy narzucać wolnej prasie i wolnym mediom, co ma pisać i jakie ma naklejki dołączać” – mówił jeden z najwierniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego wicepremier Jacek Sasin w TVN24.

W tym wolnym medium, czyli „Gazecie Polskiej,” w radzie nadzorczej spółki Forum, która wydaje pismo, zasiadają europoseł PiS Ryszard Czarnecki, kierowca Jarosława Kaczyńskiego oraz dwie sekretarki z biura partii. Prezesem spółki jest krewny prezesa PiS.

„O tym, że 40% jej przychodu [„Gazety Polskiej] to sponsoring ze strony spółek skarbu państwa – cicho, sza!”; – „Powinni tam jeszcze dopisać: wszelkie związki „GP” z naszą partią są czysto przypadkowe”; – „Jak ONI to spamiętają biedaczyska? Chyba ściągę muszą dawać niektórym egzemplarzom”; – „Dla posła Czarneckiego był jakiś indywidualny, czy liczą na jego kreatywność?” – komentowali internauci.

Minister edukacji narodowej nieudolnie próbuje tłumaczyć swoją kuriozalną wypowiedź po Marszu Równości w Białymstoku. Teraz Dariusz Piontkowski twierdzi, że została ona „źle odczytana”. – „Ja tylko mówiłem, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje. One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym, mówiłem, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji – jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji” – powiedział.

Na tym nie poprzestał. Stwierdził także, że „być może był nieprecyzyjny w swojej wypowiedzi”. – „Chciałem wskazać na to, że takie manifestacje, organizowane przez te środowiska budzą duże emocje. Pojawia się kwestia bezpieczeństwa przy okazji tych marszów i niestety, tak jak i w innych miastach, tak w Białymstoku widać, że te emocje znalazły swoje ujście na zewnątrz” – powiedział Piontkowski.

Brakuje jeszcze – często stosowanego przez wielu polityków PiS – „argumentu”, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu.

Przypomnijmy więc, co dwa dni temu mówił Piontkowski: – „Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane”. Dodajmy, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar domaga się od premiera Morawieckiego wyjaśnień, czy ten komentarz ministra edukacji narodowej wyraża stanowisko rządu w sprawie ochrony wolności zgromadzeń, gwarantowanej w Konstytucji.

Karnowskim za okładkę Sieci powinna być nałożona kara, aby ancymonki się nie pozbierali

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Kościół zblatował się z władzą PiS

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Pisowska demokracja dla Ciemnogrodu

Wygląda na to, że pracownicy Trybunału Konstytucyjnego rządzonego przez mgr Julię Przyłębską nie lubią się przepracowywać, żeby nie powiedzieć – nie lubią pracować. Świadczą o tym najlepiej statystyki pracy.

xerofas

Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji, postanowiła pożegnać się z kanałem po tym, jak jego zarząd zdecydował, że odtąd w stacji nie będzie miejsca na programy publicystyczne o tematyce politycznej. Michalik twierdzi, że bez tego nie wyobraża sobie dalszej pracy. Odchodzi.

Niepokojąca jest deklaracja zarządu Superstacji, w której ten powołując się na badania, stwierdza, że rezygnuje z formatów politycznych, ponieważ jego widzowie po politykę sięgać będą, ich zdaniem, gdzieś indziej.

Powiedzmy, że możemy przyjąć to wyjaśnienie za wystarczające. Czy nie jest jednak trochę tak, że ta sytuacja obrazuje początek być może niepokojącego trendu, mianowicie, wychodzenia telewizji komercyjnych z formatów politycznych w obawie budzenia ewentualnej, spodziewanej niechęci rządzących. Jest już bowiem niemal pewne, że PiS weźmie drugą kadencję i prawdopodobnie weźmie ją w cuglach, a Platformy, PSele, kulejąca lewica i rozentuzjazmowany Biedroń z Wiosną na doczepkę, ciągnąć się będą w ogonie, przez kolejne cztery lata dramatycznie usiłując być opozycją o skuteczności polskiego napastnika…

View original post 1 920 słów więcej

 

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – mówią posłowie Platformy Obywatelskiej i apelują do rządu, żeby zamiast zajmować się głupotami wziął się do roboty. – Już w ubiegłym roku poszybowała w górę cena masła, którego kilogram za czasów rządu PiS jest droższy, niż kilogram ośmiorniczek za czasów PO – mówiła w Sejmie posłanka PO Marzena Okła-Drewnowicz.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szaleńczej jazdy kolumny rządowej z premierem Morawieckim. Rozpędzone rządowe samochody zmuszały innych użytkowników do zjeżdżania z drogi, na której nie ma pobocza. – Bez uzasadnionej potrzeby premier narażał życie ludzi. Nie wyciągnęli wniosków po wypadku pani premier Szydło w Oświęcimiu i pana ministra Macierewicza na drodze ekspresowej i z wielu innych wypadków, w których uczestniczyła SOP – tłumaczy Robert Kropiwnicki z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej