PiS zmierza ku faszyzmowi

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Reklamy

Patologie PiS

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, PiS tylko w ciągu dwóch miesięcy kampanii wyborczej miał uzyskać od nich 21 milionów złotych, z czego okrągły milion trafić miał prosto od nominatów partyjnych w zarządach SSP. Dokładną listę przedstawia Gazeta Wyborcza na swoich łamach.

Ustalenia te wywołały oczywiście olbrzymie oburzenie polityków opozycji, którzy wprost mówią o ściąganiu haraczu z osób pełniących kierownicze funkcje w SSP.

Problem jednak w tym, że takie działanie pozostaje legalne, a biorąc pod uwagę fakt, iż to Prawo i Sprawiedliwość w wyłączny sposób decyduje o kierunku ewentualnych zmian w prawie, raczej się to nie zmieni. To z kolei oznacza, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie z dużą łatwością wysupłać dziesiątki, jeśli nie setki milionów na kampanię wyborczą w rozmiarach, której w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Będzie ona również wspierana przez media narodowe, realizujące w 100% interes partyjny, będące transmiterem partyjnych przekazów do “ciemnego ludu”, także finansowane przecież całkowicie z pieniędzy publicznych, nie partyjnych.

Budowany przez Jarosława Kaczyńskiego system do żywego przypomina standardy wschodnie, które najwyraźniej są bardzo bliskie liderowi partii rządzącej. Armia posłusznych trutni od odwalania czarnej roboty, premierzy czy ministrowie, którzy są gotowi rezygnować z prestiżowych funkcji komisarza w UE, byle tylko nie uniezależnić się od woli wielkiego wodza. Aż strach pomyśleć, jak bardzo ten system się rozszczelni i załamie, gdy Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce zabraknie. Oby wówczas było jeszcze z czego zbierać. Bo póki co perspektywy są bardzo pesymistyczne.

.

Publicyści i politycy szeroko komentują postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rząd polski przegrywa w TSUE. Trybunał w Luksemburgu orzekł, że przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii. Mimo że rząd zdecydował się na zmianę niektórych przepisów nowelizacji, KE nie wycofała wniosku z TSUE.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok i stwierdził, że polski rząd złamał unijne prawo. Skargę wniosła Komisja Europejska po tym, jak rząd wprowadził kontrowersyjne przepisy, na mocy których wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego został obniżony do 65 lat.

Po wniesieniu skargi do TSUE  rząd PiS-u zdecydował się na wycofanie kontrowersyjnych przepisów, jednak Komisja Europejska nie wycofała sprawy z Trybunału.

– Od samego początku było wiadomo, że ta sprawa będzie wielką porażką rządu PiS. Nie było i nie ma żadnej reformy wymiaru sprawiedliwości. Po „skoku” na TK i umieszczeniu tam 3 sędziów dublerów PiS chciał zawłaszczyć SN – mówi nam były minister sprawiedliwości Borys Budka i dodaje: – Dzięki TSUE i dzięki temu, że jesteśmy w UE, ta operacja się nie powiodła.

– Mamy wyrok TSUE. Pierwszy, historyczny i symboliczny dla walki o zachowanie w Polsce praworządności. Po nim będą następne. Już za 3 dni opinia rzecznika generalnego w sprawie neo-KRS. Wyroki TSUE w kompleksowym ujęciu pozwolą odbudować rządy prawa. To wielki sukces – skomentował orzeczenie Trybunału mecenas Michał Wawrykiewicz, który reprezentuje sędziów SN w sprawie pytań prejudycjalnych przed TSUE.

Przypomnijmy, że to tylko jedna z 5 spraw toczących się w sprawie Polski przed TSUE.

Sędziowie muszą być niezależni od władzy

W orzeczeniu Trybunał tłumaczy, że wprowadzone przez PiS nowe przepisy naruszają zasadę nieusuwalności sędziów. Zakwestionowali także specjalne prawo przyznane prezydentowi, który mógł wskazywać, kto pozostaje na stanowisku, a kto z sądu musi odejść.

W orzeczeniu podkreślili, że przy podejmowaniu decyzji prezydent nie byłby związany żadnymi kryteriami, a jego decyzja nie jest przedmiotem kontroli sądowej.

Trybunał przypomniał, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw członkowskich, to kraje UE muszą poruszać się w granicach prawa Unii i dotrzymywać zobowiązań z płynących z niego.

Trybunał przypomniał, że Karta Praw Podstawowych UE mówi o zapewnieniu skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem UE, a żeby Sąd Najwyższy mógł zagwarantować taką ochronę, musi być niezależny.

W konsekwencji decyzją sędziów TSUE Polska została obciążona kosztami postępowania. Wyrok jest ostateczny, oznacza koniec sprawy przed TSUE i nie ma już środków odwoławczych.

Nielegalne działanie rządu

– Wyrok TSUE to punkt zwrotny dla oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Już nie „kasta ze stanu wojennego”, ani „krzykacze” z opozycji, lecz obiektywny zewnętrzny trybunał stwierdził, że nie tylko nie wypełnił on swojej roli strażnika Konstytucji, ale wspierał i legitymizował bezprawie – skomentował na Twitterze Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO.

Takie rzeczy, jakie dzieją się w polskich mediach rządowych w BBC są niewyobrażalne – mówi dziennikarz BBC Maciej Czajkowski w rozmowie z Magdą Jethon  

Magda Jethon: – Przez dwadzieścia lat mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam dziennikarstwo. Potem podjąłeś pracę w BBC i BBC News. Miałeś różnego rodzaju sukcesy, łącznie z nominacją do Oscara za krótkometrażowy film. No i pewnego dnia wpadłeś na pomysł, żeby przyjechać do Polski i zatrudnić się w TVP. Twoja przygoda z telewizją trwała niecałe 5 lat, „dobra zmiana” Cię wymiotła. Spodziewałeś się tego?

Maciej Czajkowski: – Do Polski przyjechałem ze względów rodzinnych, z zamiarem krótkiego pobytu. Nie starałem się o pracę w TVP, szczęśliwie ktoś mnie zauważył i zapytał, czy chciałbym wykorzystać w niej swoje doświadczenie i wiedzę. No i zostałem. Znałem Telewizję Polską i Polskie Radio z czasów PRL-u, ale wierzyłem, że wszystko, jak trzeba, można zmienić.

Czy na początku tej przygody z TVP robiłeś porównania, myślałeś – w BBC zrobilibyśmy to inaczej?

Tak, na początku porównywałem, ale szybko, żeby nie zwariować, musiałem przestać.  Próbowałem znaleźć inną, trzecią drogę. W końcu zobaczyłem, że nie da się wielu rzeczy, które są w Wielkiej Brytanii, przeszczepić do Polski, bo tu jest zupełnie inna kultura polityczna. Inna jest też świadomość obywateli.

A my Polacy mamy poczucie, iż należymy do zachodu, czyli jesteśmy tacy sami jak oni…

Nie, nie jesteśmy tacy sami.

Dlatego pewnie zaskoczyła mnie Twoja opowieść o brytyjskim polityku, który zamieszkał obok Twojego domu.

Tak, to był Peter Mandelson. Musiałem o tym poinformować moich szefów w BBC. Oni natychmiast – o czym sam wiedziałem – przypomnieli mi, że nie mogę utrzymywać z nim prywatnych kontaktów, no i oczywiście tym bardziej nie wolno mi tego wykorzystywać w pracy zawodowej. Zresztą takie sytuacje reguluje kodeks BBC.

Co na to sąsiad? Zagadywał Cię, podchodził do płotu?

Trzeba wiedzieć, że stosunki dobrosąsiedzkie w Wielkiej Brytanii w sposób naturalny są bardzo ciepłe. Mówimy sobie po imieniu, pomagamy w różnych sytuacjach, jeśli jest grill, to zapraszamy się wzajemnie. Moja sytuacja musiała być inna. Poruszyłem ten temat z Peterem Mandelsonem, powiedziałem mu, że mam taki problem związany z pracą, a on mi na to: ty nie musisz mi tego mówić, bo ja bardzo dobrze o tym wiem. I tak dotrwaliśmy do końca.

No to co pomyślałeś, kiedy dowiedziałeś się, że u nas w Polsce na charytatywny bal dziennikarze zapraszają polityków?

To był dla mnie szok. Nie tylko polityków, ale i świat biznesu. Idealne miejsce do budowania wszelkich układów korupcyjnych. Nigdy nie byłem na tym balu i głośno tę sytuację krytykowałem. Od pewnego czasu, wiem, że przychodzą na ten bal już tylko dziennikarze. Mam nadzieję, że mój głos miał wpływ na tę zmianę. Muszę jednak przyznać, że przerażają mnie w Polsce prywatne kontakty dziennikarzy z politykami. Nie ukrywam, że ja też znam kilku polityków prywatnie i to jest niedobre ze względu na moją wiarygodność i bezstronność. To zawsze może mieć wpływ na pracę, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Co powiedzieliby dziennikarze BBC o rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, która odbyła się w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 i to podczas kampanii?

Taka rozmowa w BBC byłaby niemożliwa. Ona złamała wszelkie reguły związane z misją, z wartościami, z zawodem dziennikarza mediów publicznych. No, ale trzeba pamiętać, że w Polsce obecnie media publiczne to są media rządowe. Media publiczne na świecie mają inne zadania. Oczywiście w BBC możemy prowadzić rozmowę, w której poruszane są wątki trochę bardziej prywatne, dotyczące polityka,  jednak to musi być jedynie niewielki dodatek do meritum, a nie główny powód spotkania. Naszym zadaniem jest weryfikować różne zdarzenia, zadawać trudne pytania – co zresztą przez polskich polityków traktowane jest jako atak – a nie „miziać się” na oczach dużej publiczności.

W jakimś sensie wybranej publiczności…

Powiedziałbym raczej tej wykluczonej. Ostatnio przejeżdżałem przez polską wieś i obserwowałem, jakie anteny mają ludzie na dachach. W ogromnej większości są to anteny do odbioru telewizji naziemnej, czyli rządowej. W związku z tym polska wieś oglądając jednostronny przekaz jest wykluczona. Jej mieszkańcy mają katalog tylko kilku programów, a większość z nich to kanały telewizji rządowej. Będąc wykluczeni, nie mają własnego zdania. Oni postrzegają świat według Jacka Kurskiego. Pomyślałem więc, że fajnie by było taką małą społeczność, wieś czy gminę, wyposażyć w anteny satelitarne i nie mówiąc im, co mają oglądać, dać im dostęp do innych kanałów. Niech oglądają nie tylko newsy, ale i programy life stylowe czy przyrodnicze. Eksperyment polegałby na tym, że na początku dostaliby konkretny zestaw pytań i ten sam zestaw na końcu badania. Można by wtedy zaobserwować, jak się zmienia ich postrzeganie świata, nie tylko polityki, ale też życia społecznego, kultury czy tolerancji.

Próbujesz ten pomysł realizować?

Pracuję z dwoma socjologami i innymi naukowcami, na razie nie chcę zdradzać nazwisk. To jest eksperyment, być może pierwszy na skalę światową, który może pokazać, jak media wpływają na postrzeganie świata. Co ciekawe – wspieraniem tego eksperymentu nie są zainteresowane w Polsce ani osoby, ani firmy, czy NGOS-y, ale organizacje zagraniczne, np. amerykańskie i niemieckie. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Czy to znaczy, że praca dziennikarzy wolnych mediów to dziś w dużej mierze „para w gwizdek”?

Dziennikarze tzw. wolnych mediów wykonują ogromną i ważną robotę. Jednak problem polega na tym, że wyniki ich prac, ich artykuły czy audycje nie docierają do szerokiej publiczności. Powtarzam, ogromna część polskiego społeczeństwa jest wykluczona. I to jest poważny problem. Dotyczy on zresztą nie tylko spraw politycznych. Chodzi również między innymi o kształtowanie gustu. Prosty przykład: dzięki telewizji publicznej popularną gwiazdą Brytyjczyków jest Adele, nasza telewizja „publiczna” wylansowała Zenka Martyniuka.

Wysokie standardy BBC są dowodem na to, że media publiczne mogą cieszyć się ogromnym szacunkiem. W Polsce media publiczne są raz lepsze, raz gorsze w zależności od tego, kto rządzi…

Przekleństwem Polaków jest to, że w mediach publicznych brak jest stałych regulacji, a jak wiadomo, prawo ustalają politycy. Niestety, wszyscy wiemy, że przy obecnej świadomości polityków i społeczeństwa, konieczne i fundamentalne zmiany w tych mediach mogą być niemożliwe.

Powszechnie wiadomo, że prawie każdy Brytyjczyk wie, jaka jest misja mediów publicznych. W Polsce większość ludzi mówi: a po co nam media publiczne…

Uważam, że od prawie czterech lat nie mamy mediów publicznych. Wszystkich  przeciwników i krytyków tych mediów pytam dziś: jesteście teraz zadowoleni? Czy jesteście zadowoleni, że media publiczne zostały uprowadzone przez polityków, przez rząd, że indoktrynują ludzi, że wykluczają, że kreują jakąś równoległą rzeczywistość, nie tylko naszą, ale też europejską równoległą rzeczywistość? I ci obywatele mniej wymagający lub wykluczeni z powodów technicznych mają dostęp tylko do takiej informacji. Według nich tak świat wygląda. Przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy obudzą się z ręką w nocniku, będzie im wstyd, bo zdadzą sobie sprawę, że świat pojechał dużo dalej, a my tkwimy w jakimś okropnym grajdole.

Opowiadasz swoim kolegom z BBC o słynnych paskach w TVP Info, o tym, jak Cię zwalniano?

Chociaż mnie dobrze znają, to w opowieści o paskach nie wierzą. Oni przez cały czas zadają mi pytanie, co ja zrobiłem, że mnie wyrzucili z pracy. Ja im opowiadam, że po prostu zostałem wezwany do szefa, który mi powiedział, że docenia moją pracę, ale moja wizja newsów jest niezgodna z obecną wizją szefów telewizji i polskiego radia. Moi koledzy z BBC nie mogą w to uwierzyć.

???

Takie rzeczy, jakie dziś dzieją się w polskich mediach rządowych są tam niewyobrażalne.

Czujesz się człowiekiem mediów brytyjskich czy polskich?

Ciekawe pytanie, ponieważ kiedy jadę do Wielkiej Brytanii lub robię coś dla BBC z Polski, muszę się kompletnie mentalnie przestawić. Nie mogę w żaden sposób używać standardów, które obowiązują w Polsce, ponieważ najzwyczajniej w świecie byłbym wyrzucony z pracy i nikt nigdy nie poprosiłby mnie o kolejny materiał.

Czego nie możesz zrobić w BBC, co uszłoby w Polsce?

Przede wszystkim muszę być bezstronny. Gdybym teraz usiadł do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, to muszę wszystko, co mam emocjonalnego wyrzucić z mojej głowy i włączyć tryb profesjonalny, czyli zadawać pytania absolutnie bezstronne, niesugerujące niczego. Ale też muszę zadawać pytania trudne dla rozmówcy, które równocześnie w żaden sposób nie sugerują mojego stosunku do niego. Ostatnio miałem taki przypadek, robiłem materiał dla BBC News. Na konferencji prasowej, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zadałem pytanie Beacie Szydło o flagi unijne, które zniknęły z KPRM. Zadałem to pytanie po angielsku, co oczywiste, bo materiał robiłem dla BBC. Oczywiście wszyscy natychmiast myśleli, że ja sprawdzam jej angielski. A ja, kiedy zorientowałem się, że ona nie zrozumiała pytania, natychmiast powtórzyłem je po polsku, co spowodowało zmasowany atak dziennikarzy na mnie. Wszyscy uważali, że trzeba było nie zadawać po polsku, bo by wyszło, że premier Szydło nie zna angielskiego, a jedzie do Brukseli. Ja nie mogłem tego zrobić, ponieważ zadając pytanie i oczekując odpowiedzi, zgodnie ze standardami BBC, musiałem się upewnić, że mój rozmówca zrozumiał, o co pytam.

No tak, ale pokazanie, że europarlamentarzystka nie zna języka to jest też jakaś obiektywna informacja.

To jest informacja obiektywna, ale cel mojego pytania był inny. Chciałem wiedzieć, dlaczego po objęciu premierostwa wyprowadziła z KPRM flagi unijne. Zadałem bardzo ważne pytanie, którego nikt chyba wcześniej nie zadał i to nas interesowało. To, czy ona mówi po angielsku, to jest oczywiście bardzo ważna informacja, ale dla mnie najważniejsza była odpowiedź na moje pytanie. Ja rozumiem, że w Polsce większość dziennikarzy, zadając pytanie politykowi ma jeszcze jakiś ukryty cel.

A to źle?  

Tak się w BBC nie pracuje.

Spotykasz się z kolegami z TVP, z tymi, którzy tam nadal pracują?

Nie i to nie wynika z jakiejś mojej niechęci, oceniania, bo kim ja jestem, żeby ich oceniać. To oni z jakiegoś powodu przestali ze mną rozmawiać, kontaktować się. Są to prawdopodobnie osoby, dla których kompas moralny nie jest tak bardzo ważny, ale też są to ludzie inteligentni i być może nie tylko boją się, że ktoś zauważy, że się ze mną kontaktują, ale też się wstydzą, że robią to, co robią.

Przyszło Ci do głowy, żeby wrócić do Wielkiej Brytanii?

Jestem tylko człowiekiem, w związku z tym mam też wahania nastrojów. Po ostatnich wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego moja pierwsza reakcja była, że wyjeżdżam. Z drugiej strony wierzę, że społeczeństwo będzie powoli zmieniało poglądy. Polska to wspaniały kraj. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę, tak uważam. Polska jest genialnym miejscem i są tutaj genialni ludzie. Czuję, że tu się szczególnie rozwijam (obecnie jestem związany z Gazetą Wyborczą). Ale też często się tu denerwuję, wiele spraw mnie dręczy, w końcu myślę, przecież to jest bardzo młoda demokracja i może niedługo się to zmieni. Mnie bardzo marzy się Polska europejska, więc chyba jednak zostanę…

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Nie oddamy Polski

Depresja plemnika

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc…

View original post 2 180 słów więcej