Morawiecki nie wie, co podpisuje oraz zdejmowanie maseczek

Premier i minister pisowskiego rządu to krętacze, że głowa boli. Mateusz Morawiecki mówi swoje, Łukasz Szumowski swoje, a rzecznik Morawieckiego jeszcze co innego. A chodzi o zachowanie w restauracji, Morawiecki sam pokazał zdjęcie na tweeterze, jak nie przestrzega swoich nakazów.

Potem to nazwał zaleceniami. Okazuje się, że Morawiecki nie wie dokładnie, co podpisuje.

Oto dowód, że Morawiecki nie wie, co podpisuje. Wydawał go jego własny rzecznik. Bareja w grobie zazdrości, że nie może tego krętactwa sfilmować

Więcej >>>

Maseczki niedługo zdejmiemy, tak zapowiada krętacz od zdrowia Szumowski.

Kiedy zostanie zniesiony obowiązek noszenia maseczek na ulicach, Szumowski został zapytany w poniedziałek rano w Polsat News.

– Myślę, że dzisiaj lub jutro będziemy komunikowali ten fakt, podobnie jak wesela, wspólnie z panem premierem – odparł minister. – Mamy tak naprawdę trzy województwa, które mają wskaźnik (przenoszenia zakażeń – przyp. mój) powyżej jednego lub jeden, gdzie być może trzeba się zastanowić, czy nie pozostawić jednak tego obowiązku – dodał.

Więcej o zniesieniu nakazów związanych z koronawirusem >>>

Porażka Andrzeja Dudy w wyborach to koniec władzy PiS. Najpierw trzeba odbić urząd prezydenta, a w kolejnych latach rząd – mówi kandydat KO na prezydenta Rafał Trzaskowski w wywiadzie dla dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

Wywiad z Rafałem Trzaskowskim >>>

Zimny prysznic społecznego protestu zmył lakier, którym przed wyborami partia władzy pomalowała sparciałą i rdzewiejącą konstrukcję państwa.

Niby nic wielkiego się nie zdarzyło. Ani nie zaczęła się rewolucja, ani nie skończyła się epidemia, ani nie wyrzucili nas z Unii, ani Kaczyński nie odszedł na emeryturę …  A jednak minęły ledwie dwa tygodnie, a świat wokół nas zmienił się nie do poznania.

Felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Witajcie w świecie zombie

Donald Tusk niedawno zdefiniował PiS poprzez dwa rzeczowniki: kłamstwo i złodziejstwo.

Dorzuca ponadto eschatologiczne propozycje Kaczyńskiego, który chce nas wysłać do pana Bozi, poprzez uczestnictwo w wyborach.

Poczta Polska zamiast maseczek ma dostarczać zarażone pakiety wyborcze, które i tak zostaną sfałszowane.

Ponadto to groteska, wielopiętrowość jej ośmieszenia byłaby poza zasięgiem wyobraźni Sławomira Mrożka.

„Geniusz” Kaczyńskiego przebija geniusze innych. Jego brat Lech wysłał do pana Bozi 96 osób, Jarosław chce być lepszy – ekspediuje cały nard w zaświaty. A co się będziesz męczył narodzie.

Ostatnie zdjęcia Kaczyńskiego sam w sobie są przerażające. Ten „geniusz” metr pięćdziesiąt w kapeluszu nie potrzebuje żadnego makijażu, za życia wygląda jak zombie.

Więcej o sprzedaży masek >>>

W połowie lutego państwowa Agencja Rezerw Materiałowych – odpowiedzialna za zaopatrzenie na czas kryzysu – sprzedała prawie 63 tys. specjalistycznych masek ochronnych – ustaliła „Gazeta Wyborcza”. W tym czasie już było wiadomo, że zbliża się pandemia koronawirusa. Agencja Wywiadu informowała o tym w połowie stycznia.

A w tymże lutym ARM zajęta była głównie skupowaniem węgla. – „W czasie, gdy cały świat szykował się na nadejście epidemii, agencja wyprzedawała sprzęt medyczny, żeby skupować węgiel. Po to tylko, by uspokoić buntujących się górników, którzy zaczęli wysypywać miał przed biurem premiera Morawieckiego. Nie umiem określić tego innym słowem niż zbrodnia. Wobec lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy niedoposażeni próbują dziś ratować ludzkie życie. I kolejny dowód na to, jak bardzo obecne władze nie były przygotowane na to, co się dzieje” – powiedział w rozmowie z „GW” poseł KO Sławomir Nitras.

Maski, które zostały wyprzedane przez Agencję Rezerw Materiałowych, to specjalistyczne całotwarzowe maski neoprenowe Panoramasque produkcji francuskiej. – „W sytuacji, gdy przerabiamy do pracy maski do pływania, gdy ratownicy medyczni często dostają gogle, które do niczego się nie nadają, bo parują i nic w nich nie widać, gdy brakuje absolutnie wszystkiego, przyjęlibyśmy je z pocałowaniem ręki” – powiedział „Wyborczej” jeden z lekarzy. A prof. Krzysztof Simon, dolnośląski konsultant w dziedzinie chorób zakaźnych, dodał: – „Te maski wyglądają znakomicie. Jeśli dołączyć do nich filtr przeciwwirusowy, byłyby bardzo przydatne”.

Mało przekonująco brzmią tłumaczenia ARM w tej sprawie. Twierdzi, że zbliżał się koniec terminu ich przydatności. Tymczasem ze specyfikacji dołączonej do ogłoszenia o sprzedaży wynika, że można ich było używać do 2021 r.

Senator KO Krzysztof Brejza wysłał w tej sprawie pytania do ministra aktywów państwowych Jacka Sasina. To właśnie ten resort, kierowany przez jednego z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, sprawuje nadzór nad Agencją Rezerw Materiałowych.

„Poczta Polska powinna Polakom dostarczyć maseczki zamiast pakietów do głosowania. Trzeba ratować życie, nie władzę” – napisał Donald Tusk na Twitterze.

Przypomnijmy, że dzisiaj Sejm ma zająć się forsowanym przez partię Jarosława Kaczyńskiego projektem ustawy, dotyczącym przeprowadzenia wyborów prezydenckich tylko i wyłącznie drogą korespondencyjną.

Dostarczeniem wyborcom kart do głosowania ma się zająć Poczta Polska. Partia rządząca naprędce wymieniła już prezesa tej firmy.

„PiS dostarczy maseczki po sprawdzeniu, kto 10 maja oddał głos na Dudę”; – „Priorytetem obecnej władzy nie jest dostarczanie maseczek, priorytetem jest utrzymanie się przy władzy. Cena nie gra roli”;

– Ale to do tych pustych głów nie dociera. Mieszkam w Irlandii gdzie ludzie którzy stracili pracę przez covid 19 dostali już pieniądze. Szpitale są lepiej przygotowane do walki z koronawirusem. Rząd troszczy się o obywateli. Polityka zeszła na dalszy plan” – pisali internauci.

Władze Włoch, Belgii, Niemiec i Austrii zaczynają nieśmiało mówić o II fazie walki z epidemią, gdy będziemy wracać do normalnej aktywności. Nadzieje mrożą liczby zgonów ostatniej doby: w USA 1076, w Hiszpanii, Francji i Włoszech – po 500. Kościół apeluje, by Wielkanoc nie stała się świętem śmierci, ale rząd PiS pozwala na obecność 50 osób na mszy.

Sytuacja 5 kwietnia przedstawia się tak:

  • wszystkich wykrytych osób zakażonych wirusem od pierwszego przypadku 4 marca jest 4102;
  • wyzdrowiały – 134 osoby;
  • umarły 94 osoby;
  • choruje  3 874, z tego w stanie ciężkim lub krytycznym jest – 50.

Więcej o sytuacji zarazy koronawirusa >>>

Sytuacja wyborcza nosi cechy pandemii: z dnia na dzień pojawiają się nowe zakażenia i nowe pomysły na przeprowadzenie wyborów. Pomysły PiS mutują jak wirus. Jest ich łagodniejsza i zjadliwsza wersja. Albo wybory przeprowadzi armia listonoszy pod wodzą wiceministra MON, albo Gowin z pomocą opozycji przedłuży Dudzie kadencję o 2 lata.

Plan przeforsowania wyborów 10 maja jest tak absurdalny, antydemokratyczny i podważający zaufanie do władzy – nawet jej zwolenników – że dla PiS byłoby samobójstwem wcielenie go w życie.

Szczególnie w szczycie pandemii, który przypadnie właśnie w tym czasie. Dlatego prawdopodobnie wyborów jednak nie będzie. Ale warto zapamiętać, do czego ta władza jest zdolna w sprawie najważniejszego dla demokracji aktu: wyborów.

Cały esej Ewy Siedleckiej >>>

Formuła, że wybory mogą być – lub nie – „wolne i fair” (free and fair) zaczęła pojawiać się w międzynarodowych raportach z wyborów w: Mongolii (1992), Płd. Afryce, Tanzanii, Ugandzie (1994). I co najistotniejsze dotyczy nie tylko samego dnia wyborów, ale także okresu przed, jak i po wyborach.

Czy rządzą nami jeszcze demokraci?

Kategoria fair ma jeszcze jeden poważny wymiar, a mianowicie tzw. efekt kumulatywny w ocenie międzynarodowych obserwatorów.

Wytyczne w materiałach ONZ mówią wprost, aby nie koncentrować się wyłącznie na pojedynczych kryteriach uczciwości wyborów, ale spojrzeć czy dany kraj przejawia tendencję pogłębiania demokracji i praworządności czy wprost przeciwnie.

Trzeba umieć wychwycić prawdziwą intencję rządzących i czy naprawdę są demokratami.

Dlatego, jako fair, lub nie fair, ma być oceniany cały, rozciągnięty w czasie proces. Ponieważ, przykładowo, równy dostęp rywalizujących ze sobą w wyborach stron do różnych zasobów.

Co najmniej takich jak:

  • media,
  • niezależne sądownictwo (orzeka przecież o protestach wyborczych i ważności wyborów),
  • środki państwowe

jest wyznacznikiem jakości demokracji w danym kraju, a manipulacje wykrzywiające pole gry wyborczej są już składnikiem autokracji lub sugerują co najmniej autokratyczną tendencję danego kraju. A na pewno, taka zmanipulowana (stąd nie-fair), nawet zwycięska, rywalizacja zwycięzcy już nie nobilituje, nie uszlachetnia.

Więcej o nie fair Kaczyńskiego >>>

Wybitny intelektualista i historyk Yuval Noah Harari pisze:

„Ludzkość stoi obecnie w obliczu globalnego kryzysu. Być może największy kryzys naszego pokolenia. Decyzje podejmowane przez ludzi i rządy w ciągu najbliższych kilku tygodni prawdopodobnie ukształtują świat na długie lata. Będą kształtować nie tylko nasze systemy opieki zdrowotnej, ale także naszą gospodarkę, politykę i kulturę. Musimy działać szybko i zdecydowanie. Powinniśmy również wziąć pod uwagę długoterminowe konsekwencje naszych działań. Wybierając między alternatywami, powinniśmy zadać sobie pytanie nie tylko, jak pokonać bezpośrednie zagrożenie, ale także, jaki świat będziemy zamieszkiwać, gdy nadejdzie burza. Tak, burza minie, ludzkość przetrwa, większość z nas nadal będzie żyła – ale zamieszkamy w innym świecie”.

Esej Harariego tutaj >>>

Politycy partii Jarosława Gowina twierdzą, że nie można wprowadzić stanu klęski żywiołowej, bo państwo zbankrutuje – rzekomo będzie musiało wypłacić firmom gigantyczne odszkodowania. Prof. Ewa Łętowska: To blef, szwindel, interesowna manipulacja, by obrzydzić stan klęski żywiołowej. Nie ma  szans na tak duże odszkodowania.

Pełna wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej >>>

W sporze o wybory 10 maja większość kart ma w ręku obóz władzy. Jednak opozycja też ma możliwości ruchu. Dwie opcje są bezpieczne, a dwie ryzykowne. Podjęcie ryzyka może głęboko zmienić scenę polityczną. Być może nawet odsunąć PiS od władzy. Nie trzeba ufać Gowinowi, ale trzeba rozmawiać. A jeśli nie, to wystawić jednego kandydata na prezydenta.

Za i przeciw paktowanie z Gowinem >>>

OKO.press przedstawia ranking testów na SARS-CoV-2. W UE Polska jest samym końcu razem z Rumunią, wskaźnik 1,9 tys. testów na milion jest 3-4 razy niższy niż europejska norma (w Czechach – 7,5 tys. Litwie 8,7 tys., Austrii 12 tys.). Argument Szumowskiego, że mamy mały odsetek pozytywnych testów, nie powinien uspakajać. Zwłaszcza że także tutaj są lepsi.

O małej ilości testów koronawirusa w Polsce >>>

Rządowe media codziennie pokazują rozmaite słupki, z których wynika, że jesteśmy znowu zieloną wyspą, na której skośnooki wirus złamie sobie trzonowe wypustki

Jeszcze na początku roku miała się świetnie. Od czasu, gdy odbudowano Ją z całkowitej ruiny, pięknie nam się rozwinęła, zyskując siłę, zdrowie i odporność na obce miazmaty oraz na krytykę rodzimych zazdrośników i niedowiarków. Dzięki prezesowi Kaczyńskiemu wstała nareszcie z obolałych kolan, po latach zniewolenia przez Unię i postkomunę. Dzięki Beacie Szydło przestała być „krajem magazynów i montowni”. Dzięki premierowi Morawieckiemu „wyszła z pułapki średniego rozwoju”. Dzięki ministrowi Macierewiczowi wzmocniła swe siły obronne, uzbrajając się po zęby w patriotyczną narrację o żołnierzach niezłomnych i w niepodległe ławeczki. Dzięki prezydentowi Dudzie patronat nad Nią – wreszcie zasobną i szczęśliwą – objął dyrektor Rydzyk w asyście Maryi zawsze Dziewicy. I było pięknie – tak pięknie, jak nigdy dotąd w historii nie bywało. Aż tu nagle – pierdut! Przyszedł koronawirus i powiedział: – SPRAWDZAM.

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Pod osłoną zarazy koronawirusa Kaczyński wprowadza zamordyzm zarazy pisowskiej

Pod osłoną zarazy Jarosław Kaczyński dokonuje zamachu stanu. Jego interesuje tylko władza dla władzy, zamordyzm. Jego marionetki, jak Duda i Morawiecki, korzystają z tego, nie posiadając żadnego zaplecza ideowego, charakterologicznego.

Mamy więc do czynienia z pisowską matrioszką: zaraza w zarazie.

Zaraza pisowska przed nastaniem zarazy virusa corona spustoszyła polską demokrację i zdegradowała nasz kraj. Niby przerabialiśmy to już w historii pod koniec XVIII wieku i przed 1939 rokiem, a potem z trudem się odbudowaliśmy – ale teraz dopadła nas zaraza pisowska.

Spustoszona została kasa państwa na wyborcze przekupstwa, więc nie dziwmy się, że nie zostanie ogłoszony stan wyjątkowy (klęski żywiołowej), bo władza musiałaby realnie pomagać przedsiębiorcom i pracobiorcom.

Plan ratunkowy rządu PiS to plan kreacyjny, wyssany z brudnych palców Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Co po zarazach? Oto jest pytanie. Jeżeli koronawirus potrwa dłużej, partia Kaczyńskiego zostanie przegoniona.

I nie dokonają tego elity, ale ciemny lud, który nie będzie miał co wrzucić do gara, pójdzie z kosami, sztachetami, łomami na Nowogrodzką, pod siedziby PiS w każdym mieście.

Tym razem żaden Kuroń nie rzuci hasła „zamiast palić komitety, zakładajcie własne”. Sytuacja jest zupełnie inna: historycznie, ideologicznie, a nawet estetycznie.

Opozycja też zbyt anemicznie przedstawia swoje projekty, które są konkretne, ale nie przebijają się do społeczeństwa.

W piątek do Sejmu trafił projekt Koalicji Obywatelskiej, zakładający pomoc przedsiębiorcom m.in odszkodowaniami za straty jakie ponieśli w związku z epidemią. Wśród głównych założeń projektu jest także finansowe wsparcie pracowników szpitali, jak dodatek w wysokości 50 proc. wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych. Testy na SARS-CoV-2 dla personelu medycznego mają być obowiązkowe.

Więcej >>>

Pieniądze, jakie deklaruje rząd Morawieckiego, to księgowe oszustwo. Wystarczyłoby 70 miliardów realnych pieniędzy, a można by utrzymać miejsca pracy i uratować gospodarkę. O rządowej „tarczy antykryzysowej” mówi posłanka PO Izabela Leszczyna.

Jakub Szymczak, OKO.press: Jak się Pani podoba forma, która przybrały ustawy, nazywane przez PiS „tarczą antykryzysową”?

Izabela Leszczyna: Czytając je miałam wrażenie, że napisał je Jarosław Kaczyński, czyli człowiek, który niewiele wie o realnym świecie. A już na pewno nie wie nic o gospodarce, o przedsiębiorstwach, o funkcjonowaniu firm. To brzmi, jakby prezes powiedział: macie zrobić wrażenie, że robimy bardzo dużo, że dbamy o ludzi, ale macie napisać to tak, żeby prawie nikomu nie dać żadnych pieniędzy, bo ich nie mamy, a musimy mieć na 13 emeryturę i inne moje obietnice.

Rozmowa z Izabelą Leszczyną >>>

Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego w dniach epidemii każe sformułować dość oczywiste pytanie. Czy prezes PiS jest politycznym psychopatą (gdyż jego zachowania, w tym kliniczny wręcz brak empatii wobec rządzonych przez niego obywateli, przekroczyły już granicę „politycznego pragmatyzmu” czy nawet cynizmu)? – pisze Cezary Michalski. Było takich w historii niemało, począwszy od czasów rzymskich, aż po wiek XX. Wielu z nich – właśnie dzięki psychozie, którą ich zwolennicy mylili z charyzmą – było bardzo skutecznych. Zarażali nią swoich wyznawców, budowali bańki, w których pogrążały się całe narody.

Esej Cezarego Michalskiego >>>

Kryzys wywołany epidemią koronawirusa będzie inny niż dotychczasowe. Wiele wskazuje na to, że będzie głębszy niż którykolwiek z kryzysów, które pamiętamy. Być może trwałe zmieni nasze nawyki i przyzwyczajenia, być może po epidemii odnajdziemy się w innym gospodarczo porządku. Ważne jest, aby zauważyć, że tym razem reagujemy inaczej, niż podczas kryzysu 2008 roku. Po tamtym kryzysie pozostało nam poczucie niesprawiedliwości i zawodności funkcjonowania państwowej pomocy – zbyt wielu biednych dramatycznie zubożało, zbyt wielu bogatych się wzbogaciło.

Dzisiaj wszystkie rządy jednym głosem zdają się mówić, że najważniejsza jest obrona pracowników niezależnie od formy zatrudnienia. Specyfika tego kryzysu w naturalny sposób kieruje strumienie pomocy rządowej do pracowników zatrudnionych w usługach – czyli tam, gdzie umowy o pracę mają najmniej stały charakter.

Cały artykuł Joanny Muchy >>>

System działa nieźle, ale ma luki, które mogą grozić ekspansją choroby, a dla niektórych koniec odosobnienia to nie koniec problemów. „Jestem w pierwszym trymestrze ciąży, powinnam pójść na wizytę kontrolną do ginekologa, ale lekarz nie chce mnie przyjąć na wizytę kontrolną, bo niedawno zakończyłam kwarantannę” – mówi OKO.press Joanna.

O sytuacji ludzi na kwarantannie >>>

W zasadzie sytuacja już jest jasna: pod osłoną koronawirusa Jarosław Kaczyński – podobnie jak jego węgierski bratanek – przeprowadza w Polsce zamach stanu.

Jeszcze kilka dni temu większość komentatorów – w tym także ja – prognozowała, że 10 maja wyborów prezydenckich nie będzie, ponieważ w warunkach epidemii nie da się ich zorganizować. Okazuje się, że nie doceniliśmy determinacji prezesa, który ostatecznie przestał się przejmować zachowaniem pozorów. Już nawet nie udaje, że dotrzymuje choćby minimalnych standardów demokracji i praworządności.

Można wymienić dziesiątki powodów, dla których korespondencyjne głosowanie w maju nie będzie mogło zostać uznane za rzeczywisty i demokratyczny akt wyborczy: kodeks wyborczy został zmieniony wbrew prawu, głosowanie zorganizowano w warunkach faktycznego stanu nadzwyczajnego, w czasie którego kandydaci opozycyjni nie mogli prowadzić kampanii, epidemia i narodowa kwarantanna sprawiają, że demokratyczny nadzór nad procesem oddawania i liczenia głosów jest niemożliwy, frekwencja będzie znikoma, bo znaczna część obywateli albo nie będzie mogła, albo nie będzie chciała uczestniczyć w tej pocztowej parodii wyborów… I tak dalej. Długo można by jeszcze wymieniać.

Cały felieton Wojciecha Maziarskiego >>>

Sędziowie już mają stan wojenny

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Czy Kaczyński podporządkuje się prawu, czy rozleje polską krew?

W uzasadnieniu wyroku z 5 grudnia Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN uznała, że neo-KRS nie spełnia wymogów niezależności, a powołana przez nią Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem. Sąd Najwyższy podkreślił, że każdy sąd, każdy organ państwowy ma obowiązek badać niezależność KRS zgodnie z wytycznymi z wyroku TSUE

Na to orzeczenie od ponad dwóch tygodni czekali sędziowie w całej Polsce.

W czwartek 5 grudnia 2019 Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego postanowiła, że nie przekaże Izbie Dyscyplinarnej sprawy sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego Andrzeja Kuby. Samodzielnie uchyliła rekomendację KRS, która była przeciwna wydłużeniu sędziemu czasu orzekania.

Sędzia Kuba był jedną z ofiar czystki, którą PiS próbowało w 2018 roku przeprowadzić w Sądzie Najwyższym. Został siłą przeniesiony w stan spoczynku (więcej na jego temat poniżej).

Wyrok wydał w trzyosobowy skład sędziowski: Bohdan Bieniek, Dawid Miąsik i Piotr Prusinowski.

Orzeczenie jest przełomowe, bo w uzasadnieniu sędziowie podkreślają, że nowa KRS nie spełnia kryteriów niezależności, a Izba Dyscyplinarna SN w ogóle nie jest sądem.

Sędziowie musieli zbadać niezależność KRS i ID na podstawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Czynniki, które TSUE nakazał wziąć pod uwagę Izbie Pracy SN, to m.in. sposób powołania KRS (po zmianach PiS członków wybiera sejmowa większość), skrócenie kadencji poprzedników i utajnienie list poparcia.

„Do Sądu Najwyższego będzie należało ustalenie, czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności” – napisali w listopadowym orzeczeniu sędziowie TSUE.

Izba Pracy stwierdziła dziś jasno: nie daje. Wyrok ten będzie inspiracją dla sędziów sądów niższych instancji, które od dawna powątpiewały w status Rady.

O odroczenie sprawy w ostatniej chwili wnioskowali sędziowie Izby Dyscyplinarnej. Spóźnili się dosłownie o kilka minut – wniosek wpłynął do Izby Pracy o godz. 10.09, dziewięć minut po tym, jak podpisano wyrok. Można się tylko zastanawiać, dlaczego wniosek złożyli tak późno, skoro termin ogłoszenia orzeczenia był znany od wielu dni.

TSUE każe sądom oceniać niezależność

Główne tezy dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN są następujące:

  1. Wykładnia z wyroku TSUE wiąże każdy sąd w Polsce oraz każdy organ władzy państwowej.
  2. Wyrok TSUE wyznacza jednoznaczny i precyzyjny standard niezależności sądów i niezawisłości sędziów
  3. Każdy sąd w Polsce, w tym Sąd Najwyższy ma obowiązek badać za każdym razem rozpatrywane sprawy według standardu z wyroku TSUE.
  4. Krajowa Rada Sądownictwa nie jest organem bezstronnym i niezależnym od władzy wykonawczej i ustawodawczej.
  5. Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa Unii Europejskiej oraz prawa krajowego.
  6. Polska przystępując do UE zgodziła się na zasadę pierwszeństwa prawa UE przed prawem krajowym.
  7. Prymat prawa UE oznacza, że każdy organ ma obowiązek zapewnić jego skuteczność, nawet do pominięcia prawa krajowego.
  8. Ze względu na te fakty sąd rozpoznał merytorycznie sprawę.

Sąd Najwyższy w orzeczeniu podkreślał, że interpretując prawo nie można odwoływać się do samych ustaw, na przykład od ustawy o SN. Należy mieć na uwadze także ogólne zasady prawa, zwłaszcza tam, gdzie ustawa może być z nimi sprzeczna.

Sąd wskazał, że wskazówki kontroli niezależności z wyroku TSUE wiążą wszystkie kraje, wszystkie sądy, wszystkie organy stosujące prawo. Nie tylko sądy pytające.

To „obowiązek stosowania rozproszonej kontroli niezależności i niezawisłości”. Oznacza on, że:

  1. Sąd krajowy jest uprawniony do oceny, czy sprawę ma rozpoznać organ niezależny od władzy ustawodawczej i wykonawczej w rozumieniu prawa UE.
  2. Sąd krajowy musi uwzględnić, czy w uformowaniu tego organu brał udział organ rzeczywiście stojący na straży niezależności sądownictwa. By to ocenić, istotne są nie tylko fakty obiektywne, ale i subiektywne. Jak ten, jak zachowują się osoby wchodzące w skład tego organu.
  3. W ramach tej oceny nie dokonuje się oceny aktu nominacji wręczanych przez prezydenta, tylko czy mieliśmy do czynienia z niezależnym organem.

KRS nie jest niezależna

Przechodząc do kwestii niezależności KRS Sąd Najwyższy przypomniał orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. W marcu 2019 TK orzekł, że KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. „Sądy i tak muszą badać poszanowanie prawa UE w krajowym porządku prawnym. Orzeczenie TK nie ma znaczenia z punktu widzenia tego rozstrzygnięcia” – stwierdził sędzia sprawozdawca.

Przypomniano także, że w 2007 roku TK orzekł, że KRS musi być niezależna, co oznacza, że sędziowie tam zasiadający nie mogą być powiązani z władzą ustawodawczą i wykonawczą.

TSUE przedstawił dwustopniową regułę oceny niezależności:

  • ocena niezależności KRS przy wykonywaniu swoich ustawowych zadań;
  • ocena okoliczności w jakich została powołana Izba Dyscyplinarna i jaka była w tym rola KRS.

Sąd rozpoczął rozważania dotyczące KRS od wypunktowania głównych zarzutów:

  • została utworzona przez skrócenie kadencji poprzedniej Rady;
  • aż 15 członków desygnowanych jest przez władzę ustawodawczą i wykonawczą, co w efekcie daje aż 23 z 25 członków KRS wybranych w ten sposób;
  • kwestia utajnionych list poparcia kandydatów – zaznaczono też, że z doniesień medialnych wynika, że jeden z członków poparł sam siebie (zobacz: Maciej Nawacki);
  • sam mechanizm zgłaszania kandydatur – sędziów zgłaszali ich podwładni, pracownicy ministerstwa sprawiedliwości.

„Przez blisko dwa lata KRS nie podjęła stanowisk, ani uchwał sprzeciwiających się atakom na sędziów, na przykład sędziów represjonowanych za czynności orzecznicze. KRS nie zajęła stanowiska w sprawie przenoszenia w stan spoczynku sędziów Sadu Najwyższego i NSA. Nie zajęto stanowiska w kwestii tego, kto rzeczywiście jest Pierwszym Prezesem SN” – punktował sędzia sprawozdawca.

„Członkowie KRS domagali się wszczęcia postępowań dyscyplinarnych w odniesieniu do sędziów zadających pytania prejudycjalne. Wreszcie – członkowie KRS są beneficjentami zmian w sądownictwie. Zostali delegowani do wyższych sądów. To wszystko wskazuje na brak zależności tej Rady” – tłumaczył.

Przywołano również krytyczne wobec KRS oceny zewnętrznych podmiotów: uchwały Naczelnej Izby Adwokackiej, wydziałów prawa w całej Polsce, zgromadzeń ogólnych sędziów, opinię Komisji Weneckiej, czy zawieszenie KRS w Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa.

W obliczu takiej mocy argumentów Izba Pracy Sądu Najwyższego orzekła, że KRS nie jest organem niezależnym.

Izba Dyscyplinarna nie jest sądem

Po ocenie statusu KRS Izba Pracy zbadała, czy Izba Dyscyplinarna jest sądem w rozumieniu prawa UE (art. 27 Karty Praw Podstawowych, art. 6 Konwencji).

Zwrócono uwagę, że w ID zasiadają tylko sędziowie z rekomendacji nowej KRS. Wybrani tam sędziowie powiązani są z władzą wykonawczą. Izba ta posiada tak szeroką autonomię, że w istocie ma status sądu wyjątkowego, który może być ustanowiony tylko na czas wojny. Sędzia sprawozdawca powołała się m.in. na teksty Włodzimierza Wróbla w „Palestrze” oraz orzeczenie II PO 3/19.

Gdy zbierze się te wszystkie okoliczności, trzeba uznać, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa UE, ani prawa krajowego.

SN najwyższy zaznaczył, że nie neguje, że ustawodawca ma prawo dokonywania zmian w wymiarze sprawiedliwości, czy zmian nawet w strukturze SN, zmian w przepisach dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku. Ale ocenie podlegają użyte do tego środki, które muszą gwarantować stronom prawo do niezależnego i niezawisłego sądu oraz przestrzeganie prawa UE.

„Intencją ustawodawcy było podniesienie standardów w wymiarze sprawiedliwości. To cel słuszny, ale czy zostały podjęte odpowiednie środki?” – pytał retorycznie sędzia sprawozdawca. „Niezależność sądów i niezawisłość sędziów jest tym dla obywateli, czym wolność słowa dla dziennikarzy. Bez tego nie ma państwa prawa”.

Przypomniano, że Izba Dyscyplinarna wydała uchwałę w pełnym składzie w swojej sprawie, stwierdzając, że jest sądem niezależnym.

Uchwała ta staje niejako w opozycji do dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy. „Ale uchwała ID została wydana na gruncie przepisów kodeksu postępowania karnego. My wydajemy orzeczenie na podstawie kodeksu postępowania cywilnego. ID oceniał też standard krajowy, my oceniamy standard unijny. Po trzecie wreszcie – nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie” – orzekł sąd.

„To orzeczenie zapoczątkuje linię orzeczniczą w SN, gdyż to nie jest jedyna taka sprawa. Jak się ta linia orzecznicza rozwinie? Trudno powiedzieć”.

Wytyczne dla innych sędziów

W dzisiejszym wyroku sędziowie Izby Pracy SN potwierdzili to, o czym od ponad dwóch tygodni mówili liczni eksperci prawni:

wyrok TSUE ma znaczenie dla każdego sądu powszechnego i administracyjnego w Polsce.

Te oczywiście nie będą badały statusu Izby Dyscyplinarnej SN, ale powinny zbadać tryb powołania nowej KRS.

Wyrok z 5 grudnia będzie dla nich inspiracją. Z wielu sądów za całej Polski od kilku miesięcy dopływały sygnały o odmowach opiniowania kandydatów na sędziów. Sędziowie chcieli powstrzymać nominacje sędziowskie przy udziale nowej KRS do czasu, aż rozstrzygnie się czy jest niezależna.

Z prawnego punktu widzenia orzeczenie SN nie jest wiążące dla innych polskich sądów. Potwierdził to sam SN, mówiąc o „kontroli rozproszonej” wynikającej z wyroku TSUE. Oznacza to, że sądy będą musiały samodzielnie zbadać status nowej KRS np., by upewnić się, czy powołani przez nią sędziowie mogą skutecznie orzekać.

Pierwsze działanie tego typu podjął niezwłocznie po orzeczeniu Luksemburga olsztyński sędzia Paweł Juszczyszyn. Zwrócił się do Kancelarii Sejmu m.in. o udostępnienie mu list poparcia członków KRS. Za zastosowanie się do wyroku TSUE spotkały go represje: odwołanie z delegacji, zawieszenie w obowiązkach i zarzuty dyscyplinarne.

Sprawa sędziego Kuby

Sprawa sędziego Andrzeja Kuby to jedna z trzech, na podstawie których Izba Pracy SN zadała unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości pytania prejudycjalne.

Sędzia Kuba w 2018 roku został przeniesiony w stan spoczynku w ramach nowych przepisów o wieku emerytalnym. Andrzej Duda nie pozwolił mu orzekać dłużej. Decyzję prezydenta poprzedziła uchwała KRS, w której Rada negatywnie zaopiniowała dalsze orzekanie sędziego. Od tej uchwały sędzia odwołał się do Sądu Najwyższego.

Po zmianach PiS w ustawie o SN odwołania od uchwał KRS rozpatrywać powinna Izba Dyscyplinarna SN. Nie działała jeszcze wtedy, więc sprawa sędziego Kuby trafiła do Izby Pracy, w której zasiadają „stare” kadry SN. Te zwróciły się do TSUE, by upewnić się, czy mogą przekazać ją ID.

W dzisiejszym orzeczeniu zaznaczono, że prawo pierwotne UE ma pierwszeństwo przed prawem krajowym. Dlatego Izba Pracy pomija przepisy dotyczące Sądu Najwyższego i zastosowała prawo UE bezpośrednio.

Sąd uznał też, że postępowanie nie jest bezprzedmiotowe, ponieważ uchwała-opinia KRS w sprawie sędziego Andrzeja Kuby nadal funkcjonuje w obrocie prawnym. Ustawa przywracająca sędziów SN i NSA opierała się na fikcji prawnej, że byli oni cały czas w stanie czynnym.

Izba Pracy SN rozpatrzy w najbliższych tygodniach także sprawy sędziów Józefa Iwulskiego i Andrzeja Siuchnińskiego. Ci, w przeciwieństwie do sędziego Kuby, nie odwoływali się od uchwały KRS. Wnosili jedynie o ustalenie, czy przeszli w stan spoczynku, czy też może są wciąż sędziami w stanie czynnym.

W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami „o kłopotach i sporach w Trybunale Konstytucyjnym” Senator Pociej, zaprosił Julię Przyłębską, prezes Trybunału Konstytucyjnego a także jednego z jego członków Jarosława Wyrembaka na posiedzenie komisji senackiej.

Na posiedzeniu komisji nie pojawiła się jednak ani prezes Trybunału, ani sędzia Wyrembak. TVN24 dotarła do listu z wyjaśnieniami, jaki sędzia Wyrembak wysłał do przewodniczącego senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Napisał w nim, że chce, by „przynajmniej na obecnym etapie badania sprawy” jego zarzuty stawiane prezes Przyłębskiej składane były w pierwszej kolejności na jej ręce i „zamykane w oficjalnych dokumentach”.

Dalej w swoim piśmie Wyrembak przedstawił zapis swojego stanowiska „przedstawionego w trakcie części jawnej posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Trybunału Konstytucyjnego w dniu 26 listopada 2019 br.”. Sędzia TK zwrócił się wtedy do prezes TK Julii Przyłębskiej z szeregiem pytań dotyczących bieżącej pracy Trybunału w czasie trwania jej kadencji.

Podczas posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego sędzia Wyrembak zapytał, czy prezes TK nie widzi „nic niestosownego w organizowaniu w Trybunale Konstytucyjnym nieoficjalnego spotkania z Prezesem Rady Ministrów w konspiracji przed wieloma Sędziami Trybunału, a zwłaszcza – w wielkiej konspiracji przed Wiceprezesem Trybunału?.

Zapytał także Przyłębską: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego – nic ośmieszającego i kompromitującego Trybunał – w bardzo aktywnym wykorzystywaniu Pracowników gabinetu Pani Prezes do konspirowania nieformalnej wizyty Prezesa Rady Ministrów w Trybunale zwłaszcza przed Wiceprezesem Trybunału?.

Dr hab. Wyrembak twierdzi w piśmie, że prezes Przyłębska namawiała go do udziału w spotkaniu z prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim. „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w namawianiu mnie do udziału w spotkaniu z Panem Jarosławem Kaczyńskim i składania donosów na wiceprezesa Trybunału?– pyta w związku z tym faktem.

„Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w ciągłym namawianiu Sędziów Trybunału Konstytucyjnego do podpisywania listów poparcia dla Pani Prezes – i dyskredytowania wszelkich zarzutów podnoszonych wobec praktyk Pani Prezes (podnoszonych także przez innych Sędziów Trybunału Konstytucyjnego)?” – to kolejne z pytań na liście sędziego TK.

O atmosferze panującej wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego najbardziej dobitnie świadczy ostatnie z pytań postawione przez „niepokornego” sędziego: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w organizowaniu w gabinecie Pani Prezes, zwłaszcza przed naradami pełnoskładowymi, dość poufnych spotkań z niektórymi Sędziami Trybunału dla wyartykułowania przekazu: ‚musimy trzymać się razem, bo wiecie jacy oni są’„?

W świetle wszystkich zacytowanych powyżej pytań trudno nie zgodzić się z konkluzją pojawiającą się na zakończenie cytowanego listu: „Odpowiadając na zaproszenie na koniec uprzejmie informuję pana senatora i komisję, że wydarzenia, które miały miejsce w części tajnej zgromadzenia ogólnego sędziów TK 26 listopada br. w sposób ostateczny i definitywny przesądziły o tym, że TK utracił aktualnie zdolność do wypełniania swoich konstytucyjnych funkcji

– Reżim Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczpospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy – powiedział w rozmowie z „Rzeczpospolitą” były prezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Rzepliński. Zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że od początku kadencji „nic nie zrobił jako prezydent”. – Przez cztery lata łamał konstytucję, kłamał i za pieniądze podatników jeździł po Polsce – mówił.

Profesor Andrzej Rzepliński, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, odniósł się do informacji, że w czwartek trzech nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Stanisław Piotrowicza, Krystyna Pawłowicz i Jakub Stelina – złoży ślubowanie przed prezydentem Andrzejem Dudą. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Rzepliński wyraził nadzieję, że Duda nie przyjmie od kandydatów PiS przysięgi.

Rzepliński: Duda nie zrobił nic jako prezydent. Albo łamał konstytucję, albo kłamał

– Zaprzysiężenie tych osób, a nie sędziów wybranych zgodnie z konstytucją będzie pogwałceniem konstytucji – powiedział były prezes TK. Jak zaznaczył, Sejm z lat 2011-2015 wybrał zgodnie z prawem trzech sędziów TK. Nie zostali oni zaprzysiężeni, bo Prawo i Sprawiedliwość unieważniło uchwałę o ich wyborze. Rzepliński dodał, że zmiany zaprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość zabrały mu 30 lat jego pracy w zawodzie sędziego.

Reżim [Jarosława – red.] Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczypospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy

– powiedział w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem.

Rzepliński zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że „wprowadził trwały stan niekonstytucyjności”.

To, co robił przez ponad cztery lata, to albo łamał konstytucję, albo kłamał, albo za pieniądze podatników jeździł po Polsce. Nie jest arcybiskupem czy papieżem, który się z każdą parafia spotyka. To nie było zadanie prezydenta. Nic nie zrobił jako prezydent

– zaznaczył. – Więc nie wiem, co teraz dalej zrobi. Czy dalej będzie robił nic? Bo zaprzysiężenie tych osób [Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny – red.] będzie pogwałceniem konstytucji – skwitował.

Czy na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ?

Według doniesień medialnych mamy do czynienia z naciskami PiS na szefa NIK, zwolnieniem jego syna z pracy w państwowym banku, szantażem i groźbami. Banaś nie pozostaje dłużny i zdaniem dziennikarzy, ma się odgrażać, że nie ulegnie i też zaatakuje. Czytam i zastanawiam się, czy tak brzmią doniesienia o działaniu instytucji państwowych, czy też o działaniu zgoła innej organizacji. I dochodzę do wniosku, że to drugie.

ako wielka fanka westernów Sama Peckinpaha rozumiem, co to znaczy: organizacja wydelegowała faceta, o którym wiedziała, że jest zły (ale tylko zły facet mógł wypełnić misję zniszczenia NIK) do określonego zadania. Problem polega na tym, że gość wymknął się spod kontroli.

Po pierwsze – okazał się bardziej zły niż przypuszczano albo, co bardziej prawdopodobne, informacja o tym w sposób nieplanowany wyciekła do wiadomości publicznej i wstrząsnęła nią bardziej niż się spodziewano. Po drugie – zbuntował się przeciw organizacji, do której należy.

Gdyby to był western, teraz rozpoczęłaby się najciekawsza część fabuły: zły gość, który niechcący ustawił się w pozycji wroga jeszcze bardziej złego systemu, który go stworzył, walczy przeciw swoim.

I część opinii publicznej zachowuje się jak widzowie na filmie – niektórzy, choć wiedzą, że jest zły, kibicują Banasiowi: niech trwa jak najdłużej, bo choć jest złym facetem, niszczy PiS od wewnątrz. Pokazuje zepsucie i demoralizację tej partii. Może spowoduje zniżkę w sondażach?

Inni życzą mu pobożnie jak najszybszego końca w metaforycznych męczarniach, bo każdy dzień jego urzędowania ośmiesza i pozbawia wiarygodności jedną z najważniejszych polskich instytucji publicznych – Najwyższą Izbę Kontroli.

Ja nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy. Należę do tych, którzy się martwią o Polskę. I o to, że służby specjalne, których ustawowym i ideowym zadaniem jest chronić bezpieczeństwo państwa, jego instytucje i obywateli, biorą w tej sprawie podejrzany udział: najpierw chroniły Banasia i – choć przecież musiały wiedzieć o jego niejasnych kontaktach i interesach – pozwoliły mu zostać szefem NIK, a teraz najprawdopodobniej dostarczają materiałów do szantażowania go (bo skąd inaczej politycy wiedzieliby o jego ciemnych sprawkach?). I jedno, i drugie jest przestępstwem i skrajnym nadużyciem uprawnień tak przez szefów służb, jak i najwyższych rangą polityków w państwie i że na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ.

To z kolei oznacza, że służby zamiast chronić Polskę, chronią ciemne, a być może i przestępcze interesy polityków władzy. A więc nie leci już z nami żaden pilot i wszyscy słyszymy już nie tyle „Pull up”, co przerażające i uporczywe „Terrain ahead”. I nie reagujemy.

Nic nie jest przesądzone. PiS wcale nie musi rządzić samodzielnie

Nic nie jest przesądzone. Kaczyński nie śpi spokojnie.

Xerofas

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała…

View original post 2 279 słów więcej

 

Kaczyński maczał palce w zastraszaniu sędziów

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień i długo wyczekiwanym odsunięciu prywatnych ambicji na dalszy plan, Prawo i Sprawiedliwość również przedstawiło swoją strategię na nadchodzący miesiąc, w czasie którego będzie starało się obronić swoje rządy i 13 października ponownie zdobyć co najmniej 231 głosów w Sejmie. W przeciwieństwie do lidera Koalicji Obywatelskiej, tym razem prezes Kaczyński nie tylko nie zostanie schowany przed opinią publiczną, ale stać się ma jedną z głównych twarzy kampanii. Naczelnym hasłem ma być “Dobry czas dla Polski”, a promowanym motywem wiarygodność ekipy Zjednoczonej Prawicy.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom i efektom szeregu działań Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat, to gołym okiem widać, że obóz rządzący zaliczył zdecydowanie więcej spektakularnych porażek, niż wielkich sukcesów. Co najgorsze dla centrali partyjnej na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, wiele tych niepowodzeń dotyczy kwestii fundamentalnych dla elektoratu PiS, takich jak powstanie z kolan na arenie międzynarodowej, bezpieczeństwo mieszkaniowe, tani i powszechny dostęp do lekarza i leków czy potrzeba władzy silnej i skutecznej. Na każdym z tych pól partia Jarosława Kaczyńskiego zawiodła, co w pewnym momencie przeważy szalę rozgoryczenia i rozczarowania.

Izolacja i marginalizacja pozycji Polski

W zasadzie trudno dziś wskazać choćby jeden realny sukces rządu Beaty Szydło lub Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej. Z powodu zapalczywości i głupiego uporu w kwestiach ideologicznych, Polska jest dziś na marginesie Unii Europejskiej, a o wejściu do twardego jądra decyzyjnego może już jedynie pomarzyć. Z prymusa europejskiej integracji staliśmy się czarną owcą, z liczącego się gracza – piątym kołem u wozu. Łamanie unijnej solidarności, demontaż systemu praworządności w sądach, popsute stosunki z sąsiadami i innymi wielkimi graczami – to wszystko znajduje się na słonym rachunku polityki PiS, zwłaszcza gdy dojdzie do powiązania budżetu unijnego z poziomem praworządności w kraju członkowskim. Postawiliśmy na ślepy sojusz z USA, które widząc służalczość i dyspozycyjność, wciskają nam kolejne “świetne interesy”, przy okazji dyktując polskiemu rządowi, jakie ustawy możemy przyjąć, a jakie należy jak najszybciej anulować. Wystarczy wspomnieć nowelizację ustawy o IPN czy ostatnio choćby kwestię podatku cyfrowego, którego porzucenie wprost polecił w ostatnich dniach wiceprezydent USA Mike Pence. Jedyne, co może jeszcze dawać pewną satysfakcję elektoratowi PiS, to deklarowany twardy kurs wobec putinowskiej Rosji, jednak jedynie do czasu, gdy widzowie TVP Info w końcu zauważą, że, cytując ministra Błaszczaka, współfinansujemy rosyjską ekspansje na byłe republiki radzieckie, kupując z okupowanych przez Rosję terenów węgiel na rekordową skalę.

Kasta sędziowska i sędziowie na telefon

Przebudowa wymiaru sprawiedliwości miała być jednym z najważniejszych celów strategii “dobrej zmiany”. Ostatnie tygodnie pokazały, że bezprecedensowa miotła kadrowa w polskich sądach i prokuraturach nie przyniosła efektu w postaci usprawnienia ich prac. Statystki w tych sprawach pokazują, że sądy działają wolniej, a na sprawiedliwość przed obliczem Temidy trzeba czekać jeszcze dłużej. Co gorsza, to co kilka lat temu było jedynie bulwersującą ciekawostką w sądach (prowokacja w sprawie sędziego Milewskiego znanego jako “sędzia na telefon”) dziś stało się normą, za sprawą wpuszczenia na szczyty kierownicze w strukturach wymiaru sprawiedliwości osób zdegenerowanych i całkowicie podporządkowanych ekipie rządowej. Screeny z komunikatorów internetowych pokazują istnienie w pełni zorganizowanego układu towarzyskiego, w którym uczestniczą nie tylko politycy i ich współpracownicy, ale i sędziowie, prokuratorzy czy członkowie Krajowej Rady Sądownictwa. Wykreowaną przez prawicowe media “nietykalną kastę” zastąpiła jak najbardziej realna, która mimo złapania za rękę dalej przekonuje, że system jest niezależny a ujawniona patologia tak naprawdę nie istnieje. Białe jest czarne? Jak najbardziej.

Gospodarczy regres

Mimo szumnych deklaracji stworzenia warunków do boomu inwestycyjnego w oparciu o innowacyjną gospodarkę, gospodarczo utrzymuje nas dziś w największym od lat stopniu konsumpcja indywidualna. Rząd wrzucił do gospodarki gigantyczne pieniądze, by stymulować popyt i zbierać większe wpływy z podatków. Inwestycje stoją, innowacji brak. Ani samochodów elektrycznych, ani grafenu, ani wykreowania choćby jednej globalnej marki. Symbolem upadku narracji o odbudowie polskiego przemysłu stoczniowego już na zawsze zostaną zardzewiała stępka pod prom, upadająca państwowa stocznia NAUTA czy ostatnio lodołamacz posklejany taśmą. Jeśli ktokolwiek zyskał finansowo na polityce gospodarczej rządu, to przede wszystkim prawicowe media, które mimo fatalnych wyników sprzedaży ciągle doją polski budżet ile wlezie.

Kaczyński przegrał z imposybilizmem…

Pokonanie barier biurokratycznych w celu uruchomienia skutecznego systemu państwowego budownictwa mieszkaniowego, znane pod nazwą programu “Mieszkanie Plus” to najbardziej spektakularna porażka Jarosława Kaczyńskiego. To miało być takie łatwe – państwo i samorządy przekazują ziemię, państwowy deweloper buduje, a ceny mieszkań są dostępne dla maluczkich. To miał być jedyny program ekipy Zjednoczonej Prawicy, w którym trzeba było faktycznie czegoś dokonać, z czymś wygrać, coś rozsądnego wymyślić. Tu nie wystarczyło po prostu rozdawać nieswoje pieniądze czy cofać trudne (ale potrzebne) decyzje poprzedników. To miał być dowód na to, że Kaczyński z imposybilizmem, trawiącym III RP wygra i pokaże, że “da się”. Nie dało się, klęska jest gigantyczna, program pozostaje atrapą. Bezpieczeństwo mieszkaniowe nadal jest iluzoryczne i oparte o kredyty hipoteczne.

… i pazernością swoich

Nie ma też nowej jakości w poziomie moralności nowych “elit”. Działacze partyjni czerpią z państwowego koryta tak, jak nikt nigdy wcześniej. Nagrody, premie, dotacje, wątpliwe operacje, wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Prokuratura instrumentalnie wykorzystywana do obrony swoich interesów, ginące dowody niekorzystne dla Beaty Szydło czy ostatnio wiceministra Piebiaka. Dziś każdy, kto wejdzie władzy w drogę, może stać się ofiarą totalnego państwa i jego organów. Schematy znane z filmowego “Układu zamkniętego” stały się dziś przerażającą rzeczywistością i w zasadzie niewiele można zrobić, bo system jest szczelny i bezlitosny. Kłamią, oszukują, kradną i wzajemnie się kryją, bo mogą i wiedzą, że pozostaną bezkarni. Są właśnie takim państwem, z jakim w kampanii w 2015 roku chcieli walczyć, pokazując je jako wypaczenie.

W 2015 roku PiS doszło do władzy, bo wykreowało u społeczeństwa wrażenie konieczności zmian na szczytach władzy. Dziś opozycja niestety nic takiego nie potrafi zaproponować, mimo iż powodów jest aż nadto. Stworzenie realnej alternatywy i pokazanie korzyści dla przeciętnego Kowalskiego z odsunięcia partii Kaczyńskiego od władzy to dziś podstawowe zadanie Koalicji Obywatelskiej i pozostałych bloków opozycyjnych. Bez tego będzie tylko gorzej, a opisane wyżej patologie tylko się nasilą. Warto się zastanowić, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie to wytrzymać.

„Jeśli prawdą jest, że CBA kupiło system Pegasus do nielegalnej inwigilacji obywateli, to mamy do czynienia z niebywałym skandalem sięgającym premiera i ministra-koordynatora, którzy musieli ten zakup akceptować” – powiedział płk Grzegorz Reszka, były wiceszef UOP i szef SKW. W artykule „System Pegasus – najbardziej niebezpieczne narzędzie do inwigilacji – jest w rękach CBA?”.

Płk Reszka wziął udział w dzisiejszym posiedzeniu zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Poświęcone ono było systemowi Pegasus.

„Używa się go dlatego, żeby inwigilować obywateli bez zgody sądu. W obecnym stanie prawnym te same informacje służby mogą uzyskać legalnie. Jeśli zakupiono system Pegasus, to dla nielegalnej inwigilacji bez pozostawienia śladów. Ja nie wierzę politykom PiS odpowiadającym za służby. Wielokrotnie ci ludzie udowodnili, że nie cenią wartości merytorycznych i profesjonalistów” – stwierdził płk. Reszka.

„Uwaga! To może być największa afera w historii obu rządów PiS. SrebrnaGate, AirKuchciński, a nawet TrollAfera Ministerstwa Sprawiedliwości to pikuś! Byłby to bowiem dowód na tworzenie w Polsce policji politycznej, która ma „wziąć za pysk” każdego, kto sprzeciwiłby się władzy!” – skomentował na Twitterze Adam Szejnfeld z PO. A jeden z internautów dodał: – „Bo wiadomo – każdy, kto nie zgadza się z władzą to wróg – jak w PRL”.

Po trzech dniach od rozpoczęcia budowy mostu pontonowego na Wiśle minister Mariusz Błaszczak ogłosił zakończenie budowy.

Podczas konferencji Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zapowiedział, że po wygranych wyborach na stanowisku premiera widzi Małgorzatę Kidawę-Błońską.

„Ludzie chcą kogoś, kto nie będzie zajmował się polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą. Kogoś, kto skoncentruje się na ludzkich sprawach. Im dłużej tego słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest tylko jedna taka osoba. I to właśnie ona powinna być naszym wspólnym kandydatem na stanowisko premiera” – uzasadniał swoja decyzję lider KO.

Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała: „Musimy wygrać, bo oczekują tego od nas PolacyNaprawdę wiemy, czego chcą. Nie chcą polityków, którzy zajmują się sobą. Chcą polityków, którzy wiedzą, jakimi oni są ludźmi, jakie mają marzenia, potrzeby, pragnienia (…) Polska jest warta tego, żeby była krajem bez nienawiści – podkreśliła kandydatka KO na premiera.

Kidawa-Błońska jest „nową jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Sejmu w okręgu warszawskim. W przeszłości szefowała warszawskim strukturom Platformy Obywatelskiej.

Dotychczasową wrocławską jedynkę byłą marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską – zastąpić ma Grzegorz Schetyna.

Kuchciński usłyszał od Kaczyńskiego: „Won stąd!”

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod uwagę kwestie ściśle medyczne – istnieją leki, głównie z zakresu czynników krzepnięcia krwi stosowane w hemofilii, które wymagają rozpuszczenia przed podaniem w przypadku krwotoku.

Powiem szczerze, że taki argument jako uzasadnienie podróży rządowym samolotem, jest według mnie niejasny, bo takie leki można przewieźć pociągiem, albo samochodem. Wszystkie preparaty termowrażliwe transportowane są w specjalistycznych opakowaniach termoizolacyjnych i czas transportu nie jest liczony w minutach” – kontynuował lekarz.

W starciu argumentów Piotrowicz kontra Grzesiowski, lekarz specjalista wypada znacznie poważniej i to jemu wiarę dają internauci. „Ktoś wywozi za granicę leki z Polski, dlatego brakuje ich w aptekach. Samolotami wywożą?” – skomentował ironicznie jeden ze stałych użytkowników serwisu Gazeta.pl.

Sekwencje zwalania winy na innych przez Kuchcińskiego, Kaczyńskiego i rzecznika PiS. Konferencja prasowa do trzewi krętacza. Kaczyńskiego boli dupa, Kuchciński to wrzód na niej, ale kopiąc Kuchcińskiego, kopnął w siebie w zadek.

To bodaj punkt zwrotny kampanii wyborczej PiS. Dołowanie. Coś jak kiedyś afera Rywina dla SLD.

Sekwencje konferencji prasowej:

Prezes PiS: My uregulujemy tę sprawę, bo do tej pory zasad kto z kim mógł latać nie było.

Skoro opinia publiczna domaga się tutaj rygorów, to te rygory obowiązywać będą – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Po raz kolejny podkreślono, że media i opinia publiczna powinny przyjrzeć się lotom, które zostały wykonane w trakcie rządzenia poprzedniej ekipy. Zapowiedziano, że zostanie przekazany wykaz lotów poprzedniego rządu. Rzecznik rządu Piotr Muller wyciągnął i pokazał plik dokumentów, które mają zawierać te informacje i dodał, że zostaną one rozdane wszystkim obecnym podczas konferencji dziennikarzom.

Co ciekawe, Marek Kuchciński obchodzi 9 sierpnia 64. urodziny. Oznacza to, że w dniu urodzin złoży dymisje.

Oburzenie u wielu osób budzi nawiązanie do poprzedniej ekipy rządzącej. – Podsumowanie konferencji Kaczyńskiego: „Wina Tuska!” – napisał Przemysław Pospieszyński, rzecznik prasowy opolskiego PO.

Wątpliwości budzi fakt, że PiS z łatwością ustalił, jakie loty odbyli Donald Tusk i Ewa Kopacz, a mieli ogromne trudności w sprecyzowaniu wykazu lotów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego.

Opozycja domaga się dymisji urzędników, którzy przekazywali nieprawdziwe informacje opinii publicznej w sprawie lotów Marka Kuchcińskiego. – Czas na dymisje szefowej Kancelarii Sejmu i szefa Centrum Informacyjnego Sejmu – napisał Sławomir Neumann.

Według Arkadiusz Myrchy konferencja „była idealnym podsumowaniem 4 lat Marszałka Kuchcińskiego”.

– Zasłanianie się Tuskiem przez Kaczyńskiego jest żałosne. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy to tchórzostwo – pisze Joanna Scheuring-Wielgus.

Do ciekawych informacji dotarł Onet.pl. Według portalu, Marek Kuchciński nie zamierzał podawać się do dymisji. Zdecydować miał o tym Jarosław Kaczyński, który uznał, że kilka dni temu w rozmowie marszałek Sejmu okłamał go co do liczby lotów, również tych z rodziną.

Podczas konferencji kilkakrotnie zaznaczono, że Marek Kuchciński nie złamał prawa, a mimo to w piątek złoży rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. – (…) czyli dymisja jest podyktowana nie złamaniem standardów i procedur tylko sondażami (opinią publiczną, jak mówią panowie Kuchciński i Kaczyński) – snuje wnioski Renata Grochal.

 Marszałek, o którym właśnie słuchaliśmy, jaki jest wspaniały, jednak wylatuje. Czyli kryzys został uznany za poważny – napisał Łukasz Warzecha.

Ciekawa uwaga dziennikarza radia TOK FM. Jakub Medek pisze: „Skoro w przypadku marszałka Kuchcińskiego wszystko odbyło się zgodnie z „prawem i obyczajem”, to o co chodzi z tym Tuskiem?”.

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli

Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak nie można też trochę przestrzegać prawa. Jeśli ktoś złamał prawo, powinien ponieść tego konsekwencje, niezależnie od aktualnie piastowanej funkcji… wróć – właściwie zależnie: we wszystkich normalnych demokracjach im wyżej jesteś, im ważniejsze stanowisko piastujesz, konsekwencje są większe i bardziej dolegliwe. Bo komu więcej dano, od tego – i słusznie – więcej się wymaga.

Marszałka Marka Kuchcińskiego, drugą osobę w państwie, człowieka, który rządziłby krajem, gdyby coś się stało prezydentowi, ta zasada obowiązuje z pewnością. I pan marszałek wydaje się być jedyną osobą, która tego nie dostrzega, co nie wystawia najlepszego świadectwa jego kwalifikacjom do tej zaszczytnej funkcji.

Loty o statusie HEAD mają swoją wyjątkową procedurę i wyjątkowe koszty, ponieważ zgodnie z instrukcją HEAD, dokumentem określającym zasady organizacji i zabezpieczenia lotów z najważniejszymi osobami w państwie, realizowanych przy użyciu statków powietrznych lotnictwa Sił Zbrojnych RP, loty te dotyczą – no właśnie – najważniejszych osób w państwie.

Tych osób jest zaledwie kilka: oprócz marszałka sejmu są to: prezydent i premier RP i marszałek senatu. Czasem z lotem samolotem wojskowym mogą polecieć także dyplomaci wskazani przez najważniejsze osoby w państwie, niezbędne do zrealizowania konkretnej misji, ale powinny to być przypadki sporadyczne i precyzyjnie opisane w odpowiednich dokumentach.

Loty o statusie HEAD mają też swoją instrukcję bezpieczeństwa, jak wymóg zgłaszania zapotrzebowania na lot HEAD nie później niż 48 godzin przed lotem, co umożliwia odpowiednim służbom bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki przygotować taką podróż. Jak opisał portal Onet, ważne jest, z oczywistych względów, żeby samoloty były stuprocentowo sprawne, a piloci odpowiednio przeszkoleni i najlepsi z najlepszych.

Marszałek Kuchciński i kancelaria sejmu złamali wszystkie te zasady. Wiemy już, dzięki dziennikarskiej pracy telewizji TVN i portalu Onet, że loty zgłaszane były nie tylko z dnia na dzień, ale czasem z godziny na godzinę, a na pokładzie przebywały osoby zupełnie do tego nieuprawnione, jak krewni marszałka, jego partyjni koledzy, jak minister Ziobro, poseł Piotrowicz czy prof. Krasnodębski i ich żony.

Marszałek złamał prawo. Nie „trochę”. Po prostu złamał i powinien zostać zdymisjonowany (gdyby wcześniej sam nie podał się do dymisji co zrobiłaby w tej sytuacji większość urzędników państwowych w cywilizowanych krajach).

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli. Dlaczego przypadkowo wybrane kwoty wpłacane na wybrany przez winowajcę cel, zamiast zwrotu kosztów do budżetu państwa?

Czy marszałek łamał prawo na koszt Caritasu czy obywateli?

Ponadto nie tylko marszałek, ale i oficjele, którzy uczestniczyli w łamaniu prawa, jak minister Ziobro i reszta powinni ponieść służbowe konsekwencje – także w postaci zwolnienia ze stanowiska.

Skutki powinny być zresztą nie tylko zawodowe, ale i prawne, bo w taki sposób przeprowadzane loty narażały zdrowie i życie ludzie, wprost, jak słusznie napisała prasa, narażając ich na powtórkę ze Smoleńska.

Marszałek Sejmu nie jest jedyną osobą w obozie rządzącym, która nadużywała przywilejów władzy. Kaczyński, broniąc kolegi, zaprzecza partyjnym wartościom.

– Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem – mówił w 2006 r. urzędujący premier Węgier Ferenc Gyurcsány, przyznając się, że jego rząd kłamał tylko po to, aby wygrać wybory i zdobyć władzę w kraju. Podobnie, po obnażeniu kolejnych kłamstw drugiej osoby w państwie, wygląda dzisiaj sytuacja w Polsce. Jarosław Kaczyński chciał mieć w Polsce Budapeszt, to ma. Tylko nie o taki Budapeszt chodziło prezesowi.

Kampania PiS z lotami marszałka Kuchcińskiego

Kampania wyborcza PiS miała wyglądać inaczej. Narzucanie tematów, partyjne pikniki, spotkania parlamentarzystów z wyborcami, spijanie śmietanki z programów socjalnych, z 500+ na czele. Dzisiaj politycy PiS chowają się przed mediami, a wśród Polaków też jest ich mniej. I bynajmniej problemem nie są wakacje. Afera marszałka Kuchcińskiego zatacza coraz szerszy krąg. Drugiej osobie w państwie nie mogą już nawet wierzyć partyjni koledzy. Codziennie opinia publiczna zaskakiwana jest obnażaniem kłamstw marszałka Sejmu. Marszałek Kuchciński oszczędne gospodarowanie prawdą podniósł do rangi sztuki. Rzecznik Centrum Informacyjnego Sejmu i sam marszałek zachowują się, jakby byli w sztabie opozycji. PiS, broniąc w Sejmie notorycznego kłamcy, osłabi się wyborczo. Obrazki z Kuchcińskim będą wracać we wrześniu i październiku.

Kuchcińskich w PiS jest wielu. Marszałek Senatu zaprzeczył, że zabierał w delegacje swoją rodzinę. Zmianę zdania ogłosił kilka godzin później podczas konferencji. Czy ministrowie rządu Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego traktowali rządowe samoloty jak taksówki? Czy rządowe samoloty były używane do kampanii samorządowej, europejskiej i parlamentarnej PiS? Wkrótce się dowiemy, tak jak wiemy już, że premier Szydło wojskową Casą latała do domu. Bulwersowały już loty szefa Kancelarii Premiera, który w listopadzie poleciał do stolicy Dolnego Śląska, by namawiać Bezpartyjnych Samorządowców do podpisania umowy koalicyjnej z PiS. Kiedy media pytały o cel i koszt lotu, a także prosiły o wykaz służbowych lotów ministrów, odpowiedzi nie otrzymały. Dopiero kiedy do Kancelarii z interpelacją wystąpili posłowie opozycji, KPRM udzielił odpowiedzi w sprawie lotu ministra.

Dzisiaj problemem PiS nie są już nawet same loty marszałka, ale notoryczne okłamywanie opinii publicznej. Kto ma wierzyć marszałkowi Sejmu, Kancelarii Sejmu i politykom PiS, którzy jeszcze tydzień temu zapewniali o krystalicznej uczciwości Kuchcińskiego, który ma być „jedynką” PiS w Krośnie?

Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się teraz na pozbawienie Kuchcińskiego funkcji marszałka Sejmu ze względów lojalnościowych. Kuchciński był wierny Kaczyńskiemu jak mało kto, kiedy prezes był na politycznym marginesie. Kaczyński poświeci druha, gdy temat będzie żył medialnie przez kolejne tygodnie. Jeśli Polacy wrócą z wakacji, a afera marszałka wciąż będzie rozpalać opinię publiczną, wewnętrzne sondaże partii pokażą, że Kuchciński ciągnie partię w dół, wtedy prezes zetnie marszałka. I tu pojawi się kolejny problem. Takich Kuchcińskich, nadużywających władzy, jest w PiS więcej. Kaczyński grzebiąc zaufanego druha, musiałby pogrzebać wielu z PiS, a to zdziesiątkowałoby listy wyborcze partii. PiS ma większy problem niż się wydaje, tym bardziej że temat jest rozwojowy. Kolejne przypadki będą wypływać również jesienią.

W środę odbyły się dwie narady w siedzibie PiS z udziałem najważniejszych osób w partii. Jedną z obecnych osób był premier Mateusz Morawiecki. Jak podaje „Fakt”, polityk miał czekać dwie godziny na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller.

Pierwsze spotkanie kierownictwa PiS rozpoczęło się o godzinie 14.00 w środę. Jak powiedziała potem rzeczniczka partii Anita Czerwińska, nie miało ono charakteru nadzwyczajnego i dotyczyła tegorocznych wyborów parlamentarnych.

Nieoficjalne źródła donoszą jednak, że druga narada – wieczorna – dotyczyła lotów rządowymi samolotami, które wykonał Marek Kuchciński. Udział w niej wzięli najważniejsi członkowie PiS, m.in. Beata Szydło, Stanisław Karczewski, Mariusz Błaszczak czy Mateusz Morawiecki. Jak donosi „Fakt”, ten ostatni miał spędzić dwie godziny pod siedzibą PiS, czekając na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim.

Zaprzecza temu rzecznik prasowy rządu Piotr Müller. „Informacja „Faktu” dot. rzekomego oczekiwania Premiera na spotkanie w siedzibie PiS jest perfidnym kłamstwem. Gdy wczoraj redakcja mnie o to zapytała jednoznacznie zdementowałem ten fakenews” – napisał.

Kaczyński zapowiada czwartkowe oświadczenie

Po zakończeniu wieczornej narady Jarosław Kaczyński zapowiedział, że w czwartek o 12.30 wygłosi oświadczenie. Oficjalnie jego temat nie jest znany, wiele jednak wskazuje na to, że będzie dotyczył kwestii poruszonej podczas spotkania przy ul. Nowogrodzkiej.

Kuchciński latał rządowymi samolotami

W środę dziennikarze TVN 24 ujawnili listę osób, z której wynika, że wśród pasażerów rządowych lotów o statusie HEAD latających z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim byli: Zbigniew Ziobro, Stanisław Piotrowicz i jego żona Maria, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, Zdzisław Krasnodębski z małżonką oraz Karol Karski i szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska.

Marek Kuchciński w poniedziałek przeprosił wszystkich, „którzy poczuli się urażeni” doniesieniami o jego lotach, jednak zaznaczył, że działał zgodnie z prawem.

Przyznał również, że zdarzyło się, że samolotem leciała również jego żona – lot nie miał statusu HEAD i miał nie być specjalnie zamówiony. Marszałek Sejmu postanowił w związku z tym wpłacić kwotę pokrywającą pełen koszt lotu, a wyliczoną przez Ministerstwo Obrony Narodowej, tj. 28 tysięcy złotych na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. Jak jednak ujawnił TVN 24, dzień przed jego wykonaniem zostało złożone zamówienie na lot dla Doroty Kuchcińskiej.

W ramach zadośćuczynienia Marek Kuchciński w ubiegłym tygodniu przekazał również 15 tysięcy złotych rekompensaty na cele charytatywne – Caritas i fundację „Budzik” Ewy Błaszczyk.

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej

 

Syn Kuchcińskiego mieszka sobie w Sejmie, Morawiecki pozazdrościł ksywki Ziobry „Zero”, kontakty PiS z Kremlem za pośrednictwem Falenty. Pisowski rzyg

Polityk PSL podzielił się tymi informacjami w programie Poranek Radia TOK FM. „Jeżeli dzisiaj dyskutujemy o demoralizacji marszałka Kuchcińskiego, to może warto by było zapytać, gdzie mieszka pracujący syn marszałka. Czy w mieszkaniu sejmowym, które marszałek Kuchciński ma ze środków sejmowych, nie zamieszkuje cała jego rodzina? Zapytajcie państwo, czy przypadkiem w mieszkaniu służbowym Kuchcińskiego nie mieszka cała jego rodzina. Jeśli osoba pracująca, korzysta z mieszkania, które należy do posła, to jest kolejne nadużycie władzy” – stwierdził poseł.

Doniesienia Sawickiego wywołały spore zamieszanie na Twitterze. Większość internautów jest po prostu oburzona postawą Kuchcińskiego. „Panie Krzysztofie Brejza czy można sprawdzić kto mieszka w służbowym mieszkaniu, marszałka Kuchcińskiego? Jak podaje Radio TOK FM podobno lokal na nasz koszt zamieszkuje syn marszałka z rodziną. Czy ich też podatnik ma utrzymywać” – zapytała jedna z użytkowniczek serwisu.

To nie koniec szokujących doniesień. Jak się okazuje, „afera samolotowa” marszałka jeszcze się nie zakończyła. Do nowych informacji w tej sprawie dotarli dziennikarze „Faktu” i RMF FM. W drogich wyprawach Kuchcińskiemu towarzyszyć mieli prominentni politycy partii rządzącej, w tym Stanisław Piotrowicz, Krystyna Wróblewska, Bogdan Rzońca i Zdzisław Krasnodębski. W podniebnych podróżach uczestniczyły również małżonki Krasnodębskiego i Piotrowicza.

Wspólne loty Kuchcińskiego i Wróblewskiej były już wcześniej opisywane w mediach. Wszystko za sprawą głównej zainteresowanej, która opublikowała w social mediach zdjęcia z pokładu samolotu. Na fotografiach widoczny był także poseł Piotrowicz.

Także te informacje nie przyniosły PiS-owi pochlebnych wypowiedzi. „Loty marszałka zamieniają się w loty rodzinne PiS. – Kuchciński z żoną – Piotrowicz z żoną – Krasnodębski z żoną Oraz Krystyna Wróblewska i Bogdan Rzońca. Zapamiętajcie te nazwiska. Codziennie pracujemy, płacimy podatki żeby oni mogli się bawić. Praca, pokora, umiar” – tymi słowami jedna z internautek skomentowała wyczyny polityków „dobrej zmiany”.

O lotach Kuchcińskiego – jak podaje Wirtualna Polska – wiedziano już dwa lata temu, kiedy o sprawie poinformowano kierownictwo Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Formacja jednak zignorowała doniesienia i nie zajęła się sprawą.

Od czasu, gdy premier Morawiecki został jedynką na liście kandydatów do Sejmu w Katowicach, częściej można go spotkać na Śląsku niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy zajrzeć w jego grafik, a widać wzmożoną aktywność Morawieckiego właśnie w jego okręgu wyborczym. Stadion Górnika Zabrze, wizyta w Tychach, Jasna Góra, spotkanie z policjantami w Katowicach i harcerzami w Mysłowicach. Truskolasy, gdzie obiecał zbudować boisko, Gliwice i obietnica budowy czołgów, otwarcie autostrady A1, centrum medyczne w Zabrzu, rodzinny piknik w Bojszowach, Tour de Pologne w Katowicach.

Przyglądając się licznym podróżom premiera, zastanawiam się nad źródłem ich finansowania. Trudno nie zadać sobie pytanie, czy te wizyty są związane z obowiązkami premiera czy też to już jego kampania wyborcza.

A jeśli kampania to kto za to płaci? Borys Budka jest przekonany, że „ta niebywała aktywność na Śląsku premiera Morawieckiego to de facto kampania wyborcza i to robiona za środki publiczne”, a jeśli tak, to jest to chyba dość nieuczciwe, bo w tym przypadku całość kosztów powinna pokrywać partia, z której listy premier startuje do Sejmu. Niestety, nie można uzyskać odpowiedzi na te pytanie, bo Morawiecki nie odpowiada na pytania dziennikarzy i, jak to zwykle bywa w czasach rządów PiS, po prostu milczy.

A ja zastanawiam się jeszcze nad jednym. Jak udaje mu się połączyć obowiązki szefa rządu z aktywnością kandydata do Sejmu.  Czy to kandydowanie nie odbywa się kosztem pracy wynikającej z pełnionej funkcji?

Przyznam się, że podobne wątpliwości miałam i w odniesieniu do pani Ewy Kopacz, gdy była premierem i jednocześnie kandydatem do Sejmu, więc to nie jest tak, że się czepiam.

Po prostu chciałbym wiedzieć, kto płaci za podróże Morawieckiego i jak one się mają do jego pracy jako premiera.

Niecodziennym zainteresowaniem cieszy się jedna z najnowszych depesz Associated Press sugerująca, że w obaleniu rządu PO-PSL w 2015 roku „maczali” palce Rosjanie. Informację opublikowały już czołowe amerykańskie dzienniki: „The New York Times” i Washington Post„, odwołując się do książki dziennikarza „Polityki” Grzegorza Rzeczkowskiego.

Autor opisał jak dalece w aferę podsłuchową w latach 2014-2015 zamieszane były polskie służby. Nagrania miały według tych informacji zostać wykorzystane do zdobycia władzy przez PiS.

To zbiegało się z planami Rosji, dla której ówcześnie rządzący byli przeszkodą w sprawach eksportu surowców i realizacji polityki zagranicznej więc ochoczo wykorzystano okazję. Agencja dopuszcza, że mogło to być rosyjskim testem dla kampanii w 2016 roku, w wyniku której Donald Trump został prezydentem USA.

Na dowód, AP powołuje się na słowa Donalda Tuska z 2014 r. „Nie wiem, jakim alfabetem został napisany ten scenariusz, ale wiem dokładnie, kto mógłby być beneficjentem” – ocenił były polski premier w Sejmie tonem sugerującym rosyjski spisek.

W tym kontekście agencja napisała też o aresztowaniu Falenty i jego staraniach o ułaskawienie. W listach do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego, odgrażał się on, iż ujawni nazwiska członków rządu PiS, którzy stali za jego rekrutacją.
Aresztowany twierdził, że o podsłuchach w restauracjach wiedzieli politycy PiS, a grupa osób powiązana z prawicą zachęcała do ich kontynuowania, by doprowadzić do upadku rządu PO-PSL.

W listach do prezydenta, premiera i prezesa PiS biznesmen ujawnił szczegóły spotkań. Na razie bez oczekiwanego skutku.

Kończy się druga dekada XXI wieku, a my jesteśmy na etapie „państwa dziadowskiego”! Moralno – etyczna zgnilizna władzy zaczęła rozprzestrzeniać się również na obywateli, którzy zaczynają wsiąkać w bagno owego dziadostwa. Podajmy tu, jako dobry przykład, zdeptanie demokracji i państwa prawa, rozpadającą się armię, ale również niezdolność do przeprowadzenia reformy służby zdrowia, finansów, oświaty, szkolnictwa wyższego i deprecjację wszystkich niemalże uniwersalnych wartości. Podobne przykłady można byłoby mnożyć! Wszystko to nabrało tempa po wygranych przez PiS wyborach z 2015 r. Nie to jest jednak myślą przewodnią tych rozważań! Jest nią kwestia niszczenia morale oraz silnej do niedawna patriotycznej świadomości narodu polskiego. Postępując już od niemal czterech lat haniebnie, pisowska władza dała społeczeństwu przyzwolenie na to, by zatraciło wartości charakteryzujące wszystkie społeczeństwa cywilizowane! Zbrodni, przeciw narodowi, a tym jest to działanie, się nie wybacza! Co takiego się wydarzyło?!

Zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, określoną w tytule tego tekstu jest to, że:

Jarosław Kaczyński i PiS uruchomili mechanizm pozwalający ludziom słabym zerwać z przyzwoitością! Ich sumienia są więc „czyste”, bo akceptacja i przykład dziadostwa idącego z samej góry usprawiedliwia każde, nawet najbardziej podłe, działanie! Brak przyzwoitości połączona ze spolegliwością pisowskiej władzy stał się dziś w kraju nad Wisłą atutem predestynującym do najwyższych nawet zaszczytów, a już na pewno do dostatniego, kosztem reszty społeczeństwa, życia! Za moralny upadek społeczeństwa polskiego odpowiada obecny, niezwykle szkodliwy dla Polski oraz jej bezpieczeństwa, układ rządzący. To hydra, której dotąd nie odcięto jeszcze nawet jednej głowy! Za to przestępstwo zniszczenia wartości narodowych wymienianych, jako niezwykle ważne w procesie tworzenia bezpieczeństwa państwa polskiego powinna spotkać winnych bardzo surowa kara! Tylko głupiec nie rozumie jak ważne są takie kwestie dla więzi i spoistości narodu, jako całości!

Kaczyński lekceważy wszystkich i wszystko; sugeruje publicznie samej prokuraturze czy ta ma go przesłuchać, czy nie! Oczywiste niby przestępstwo, które polegało na wzięciu od austriackiego dewelopera nie ma tu najmniejszych podstaw, aby to poddawać w wątpliwość) koperty z 50 „tysiącami” złotych w ramach łapówki. Druga osoba w państwie, marszałek Sejmu Marek Kuchciński, traktując Polskę jak zwykły folwark „fruwa sobie” luksusowym samolotem za aż 2 miliardy złotych „na rosół” z Warszawy do Rzeszowa, zaś jego żona już sama wraca do stolicy tym samym środkiem lokomocji. Mało tego, ten facet nie ma sobie nic do zarzucenia! Za czasów MON Antoniego Macierewicza, pomocnik aptekarski zwalniał z pracy generałów! Istnieje niemal pewność co do tego, że PiS (nie mówię, że sam o to prosił, ale miał wiedzę o podsłuchach bardzo wysokich przedstawicieli poprzedniej władzy) wygrał wybory parlamentarne przy poparciu służb specjalnych Federacji Rosyjskiej i „mafii sołncewskiej”! Pisze o tym bardzo szczegółowo Tomasz Piątek w swoich dwóch książkach!

Prokuratorzy: generalny Ziobro i krajowy, Święczkowski systemowo oraz permanentnie niszczą organa ścigania i wymiar sprawiedliwości. Stworzyli (według słów prokuratora Krzysztofa Parchimowicza „układ od Tatr do morza”! Najnowszy Raport Prokuratorów Lex Super Omnia udowadnia to i prezentuje w sposób merytoryczny oraz nie budzący najmniejszych wątpliwości. Pytanie nasuwa się samo: gdzie my żyjemy? Czy to jeszcze Polska, czy matrix, w którym za chwilę obudzić się możemy w gułagach i obozach pracy?

Aby naród przetrwał i mógł się pokojowo rozwijać, we współpracy z demokratycznymi państwami Europy i świata, musi mieć podstawy moralno – etyczne na wymaganym w tych czasach poziomie! Poziom obozu rządzącego, tzw. zjednoczonej prawicy – dobrej zmiany – jest prawdopodobnie poziomem najniższym w Unii Europejskiej. Przykłady, niemal codzienne, łamania konstytucji i prawa pochodnego, prześladowanie środowisk prawniczych, w tym zwłaszcza przyzwoitych sędziów i prokuratorów są dowodem na kolejne zbrodnie popełniane na Polakach. Tak popularna już i powszechna polityczna korupcja uwolniła u wielu ludzi najniższe instynkty, na czele z nienawiścią do innych. Zwłaszcza do tych, którzy są inni lub nie godzą się na łamanie przez władzę (przy ścisłej współpracy z hierarchią Kościoła Katolickiego), ogólnie przyjętych i głoszonych przez prawdziwych katolików (choćby Papieża) zasad; wynikających zarówno z przepisów, norm i zwyczajów prawnych, jak też z Dekalogu! Za to grozi odpowiedzialność karna, bo wobec prawdziwego (a nie pisowskiego) prawa, my wszyscy jesteśmy równi! Warto o tym pamiętać panowie Kaczyński, Ziobro, Kuchciński, Święczkowski etc!

Chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju – mówi ekspert od wizerunku i marketingu politycznego dr Mirosław Oczkoś. Rozmawiamy nie tylko o losach marszałka Kuchcińskiego, ale też zastanawiamy się, co powinna zrobić opozycja. – Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak jego politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji. Duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął – twierdzi rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego “przepraszam tych, którzy czują się urażeni” marszałka Kuchcińskiego?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Przyznam, że jestem zaskoczony nie tylko bezradnością marszałka, bo on rzeczywiście sobie nie radzi w wystąpieniach publicznych i tu mieliśmy tego świetny przykład. Marszałek przeczytał coś z kartki, ale jego mowa ciała pokazywała, że robi to pod przymusem. Pewnie kierownictwo PiS-u przystawiło mu pistolet do głowy, może nawet sam Jarosława Kaczyński, i

MARSZAŁEK MUSIAŁ PRZEPROSIĆ, CHOCIAŻ NIE BARDZO SAM CHCIAŁ.

Po drugie, chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek. Można oczywiście zastanowić się, do kogo było adresowane oświadczenie marszałka, bo to też jest ważne, ale bez przesady. W sytuacji kryzysowej jest kilka punktów, nad którymi warto się zastanowić: co się dzieje, dlaczego i co z tego wynika? Nie widzę refleksji nad żadnym z nich, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju.

JEŻELI NAZYWAMY RZECZY PO IMIENIU, A PIS MIAŁ GĘBĘ PEŁNĄ FRAZESÓW W STYLU “WYSTARCZY NIE KRAŚĆ”, “TANIE PAŃSTWO” ITP., TO PAN GRZEGRZÓŁKA PUBLICZNIE KŁAMIE, BO TEGO JUŻ NIE MOŻNA NAZWAĆ MIJANIEM SIĘ Z PRAWDĄ, TYLKO KŁAMSTWEM,

a pani szefowa Kancelarii Sejmu tłumaczy, że “mieliśmy taką wiedzę na stan obecny”, to są to ludzie, którzy nadają się do wymiany.

Usuwanie informacji ze strony to strzał w stopę?
Przyznam, że gdy przeczytałem, że loty nie zgadzają się z wykazem i dokumenty są zdejmowane ze strony Sejmu, to mi ręce opadły. To znaczy, że druga osoba w państwie ma, mówiąc delikatnie, słabe kwalifikacje mentalne i intelektualne do sprawowania tej funkcji. Teraz rozumiemy, dlaczego marszałek się odgrodził w Sejmie: kotary, chodzenie w ochronie, nawet dziennikarze nie mogą podejść do marszałka z pytaniem i już wiemy, dlaczego. Każde pytanie dziennikarskie kładzie pana marszałka na łopatki.

Tu sytuacja jest dużo gorsza dla partii rządzącej, bo niedługo są wybory. Być może tak jak ośmiorniczki były niszczące dla rządu PO-PSL, tak Kuchciński będzie dla PiS-u. Nic tak nie wkurza elektoratu jak nadużywanie władzy, a tu mamy do czynienia z paroma rzeczami na raz. Przede wszystkim

PRZEZ 4 LATA PIS NIE MIAŁ POWAŻNEJ SYTUACJI KRYZYSOWEJ, JEŻELI JUŻ SIĘ COŚ SZYKOWAŁO, TO W ZARODKU BYŁO WYCINANE.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to “dwie wieże” Kaczyńskiego, ale ponieważ prezes uznał, że nie widzi sensu, aby go przesłuchiwać, sprawa została zamieciona pod dywan. Przypuszczam, że ludzie z PiS-u uwierzyli, że są nieśmiertelni, zresztą każda władza w pewnym momencie tak sądzi i PiS nie jest tu wyjątkiem. Teraz może się okazać, że o jeden raz za dużo, bo samoloty zostały kupione bez przetargu, za co PiS, będąc w opozycji, krytykował bardzo mocno. Pomijam już, że wycięto przy okazji Caracale i nikt już nawet nie jest w stanie zliczyć wszystkich dat, które Antoni Macierewicz podawał jako datę zakupy nowych maszyn.

Teraz kupiono Boeinga i Gulfstreamy bez przetargu i PiS-owi znowu się upiekło, nikt tego nie wałkował. A przypominam, że do tej pory po 1989 roku jak chciano kupić samoloty dla VIP-ów, to natychmiast tabloidy rozpisywały się, ile inkubatorów można za to kupić. Ponadto

MAMY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ KŁAMSTWO.

W PR zawsze powtarzamy, że możesz nie powiedzieć całej prawdy, ale nie kłam, bo kłamstwo prędzej czy później zawsze wypłynie. Do tego wszystkiego bezradność pana marszałka, która zaczyna być porażająca.

Sytuacja rozwija się w taki sposób, że marszałek zaczyna nie dawać wyboru prezesowi Kaczyńskiemu, bo teraz zaczyna to przypominać wielką skórkę od banana, na której PiS może się poślizgnąć. Doradzanie, żeby zdejmować dokumenty ze stron Sejmu, jest absurdem, bo dziś nic w sieci nie ginie.

To nie pierwsza wpadka kancelarii, która wcześniej okłamywała opinię publiczną.
Marszałek Kuchciński wpisuje się tu w szerszy kontekst, i to jest ta druga sprawa, na którą warto zwrócić uwagę. Moim zdaniem ludzie zaczną się przyglądać pozostałym wysoko postawionym ludziom władzy, którzy chyba zapomnieli przestawić wajchę i nie pamiętają, że już nie są w opozycji.

CIĄGLE MÓWIĄ, ŻE “CI RZĄDZĄCY ZA PO TO BYLI STRASZNI”, ALE TO BYŁO 4 LATA TEMU. TERAZ CI RZĄDZĄCY TO ONI.

Proszę zwrócić uwagę, jak wygląda w tym kontekście zaginięcie dokumentów z wypadku pani Szydło, gdzie zaatakował ją seicento. To wszystko zaczyna być groteskowe, a mówimy o 36-milionowym kraju w środku Europy, będącym w NATO itd. To nie jest podwórko z czasów hipisowskich panów marszałków, że szef komuny powie, dokąd idziemy. To jest zarządzanie państwem i jako mieszkaniec tego kraju boję się, że wszyscy ulegli takiemu ubezwłasnowolnieniu Jarosława Kaczyńskiego, który za nich wszystko robi.

Za nich myśli?
Przede wszystkim. I przez to nikt nie musi się zastanawiać, co zrobić, bo i tak zrobi tak, jak uważa prezes. Najpierw mamy 23 loty, marszałek wpłaca 15 tys. na Caritas, teraz okazuje się, że leciała sama żona, to wpłaca 28 tys. I najważniejsza sprawa;

CZĘŚĆ LOTÓW MIAŁA ODBYWAĆ SIĘ ZE STATUSEM HEAD. TO OZNACZA, ŻE NIE WYCIĄGNĘLI ŻADNYCH WNIOSKÓW Z KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ. TO, CO SIĘ DZIEJE, TO LEKCEWAŻENIE INSTRUKCJI.

Zresztą minister Błaszczak najpierw napisał jedną instrukcję HEAD, teraz zapowiedział, że w obliczu kontrowersji lotów marszałka napisze drugą. Naprawdę gratuluję pomysłu. Szczególnie pomysłu, że rodziny mogą latać, jak zapłacą stawkę za bilet tanich linii lotniczych. Powiem szczerze, że jak się na to patrzy, to bardzo wiele pan marszałek i jego otoczenie zrobili, aby sami się kopać po łydkach. I to prezent dla opozycji, która musi tylko to pokazać. Zresztą strategia obrony, że marszałek Borusewicz i Donald Tusk też latali, jest kuriozalna, bo o tym już dziś nikt nie pamięta, a poza tym za tej władzy miało być inaczej.

A może Kuchcińskiemu i PiS-owi to ujdzie na sucho, jak wiele innych afer, bo PiS kupił społeczną moralność transferami socjalnymi?
Oczywiście, że możemy tu spekulować, ale do tej pory wszystko, co wypływało na światło dzienne, co kompromitowało władzę, nie było tak namacalne.

TU POJAWIA SIĘ EWIDENTNE NADUŻYCIE WŁADZY. DODATKOWO LOTY ŻONY BEZ MARSZAŁKA TO ZŁAMANIE PRAWA. PROSZĘ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, CO WIDZI PRZECIĘTNY POLAK – MARSZAŁEK KRĘCI.

Skoro nie złamał prawa, jak twierdzi, to po co te wpłaty na Caritas i na fundusz modernizacji sił zbrojnych. Według logiki PiS-u z czasów opozycji, gdy czegoś nie ma, to znaczy że “skradziono” albo “dowody zniszczono”. To wizerunkowa bomba i może się okazać, że to będzie miało znaczenie. Być może marszałek będzie zmuszony do podania się do dymisji.

Wielu spodziewało się, że w poniedziałek poda się do dymisji. To byłoby rozbrojenie tej bomby?
Ja nie spodziewałem się dymisji, bo rzeczywiście wiele rzeczy uchodziło PiS-owi na sucho i uważam, że woda sodowa uderzyła jednak PiS-owi do głowy.

Co się takiego z nami stało, że kiedyś minister Nowak za sprawę zegarka wyleciał z polityki, a marszałek Kuchciński za airtaxi nawet nie podaje się do dymisji?
To jest pytanie bardziej do socjologa, niż specjalisty od wizerunku, ale konstatacja jest smutna, dlatego że przesunęliśmy “granice bólu”.

TO ŚWIADCZY NIESTETY FATALNIE O NAS WSZYSTKICH I WYGLĄDA NA TO, ŻE RACJĘ MIAŁ MATEUSZ MORAWIECKI, ŻE WYSTARCZY DOSTAĆ MISKĘ RYŻU I ŚWIĘTY SPOKÓJ. JAK WŁADZA SIĘ TROCHĘ Z NAMI PODZIELI, TO WSZYSTKO MOŻNA WYBACZYĆ.

To rzeczywiście wygląda na pewne przesilenie i chyba Kaczyński znalazł na to klucz i kupił Polaków ich własnymi pieniędzmi, bo przecież nie swoimi i nie partii. Ogólnie jakość życia publicznego skarlała, co widać chociażby po przeklinaniu w miejscach publicznych. Proszę też pamiętać, do kogo skierowany jest ten przekaz marszałka, np. do chuliganów, których nazywa się dziś patriotami.

Drugą sprawą jest edukacja. Żyjemy w czasach fake newsów i nikt nie uczy nas, jak odróżnić źródła wiarygodne od tych niewiarygodnych. Każdy żyje w swojej bańce informacyjnej, jedni czytają wyłącznie “Gazetę Polską”, inni “Wyborczą”.

Co powinna robić opozycji?
Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak ich politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji, a duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął.

Morawiecki i Kuchciński zakłamani do trzewi

O tym, jaka przyszłość czeka marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który z przysługujących mu przywilejów postanowił wycisnąć najwięcej jak się tylko da, dowiemy się pewnie na początku nowego tygodnia. “Na mieście” mówi się, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to jego rezygnacja “ze względów osobistych”, bowiem każde inne rozwiązanie byłoby dla PiS fatalne w skutkach. Odwołać go nie mogą, bo przyznaliby opozycji rację, bronić z mównicy sejmowej w najbliższy piątek, gdy odbędzie się debata nad jego odwołaniem też nie, bo jego zachowania tłumaczyć po prostu nie sposób. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są jednak powoli przygotowywani na szok, jakim będzie odejście formalnie drugiej osoby w państwie i dziś w ten proces włączył się także premier Mateusz Morawiecki.

Podczas odbywającego się w Bojszowach na Śląsku pikniku PiS, szef rządu przekonywał swoich sympatyków że drobne błędy, jakie popełnia ekipa rządząca nie mogą przesłonić wielkich sukcesów, jakie odniosła.

“Chcę żeby Polska rozwijała się w najszybszym możliwym tempie, żeby polityka była dla ludzi, żeby ludzie to czuli, że jesteśmy razem z wami. Nawet, jak się potykamy, popełniamy błędy, chcemy się przyznawać do nich i żeby te drobne błędy, nie przesłaniały tych wielkich naszych osiągnięć, które się udały” – powiedział Morawiecki. Dodał przy tym, że rząd PiS chce kontynuować realizację programów socjalnych. – “500 plus, wyprawka, fundusze dróg samorządowych, emerytura plus. Chcemy te programy kontynuować, chcemy przeznaczać coraz więcej środków na te cele i w tym kierunku idziemy” – oświadczył premier.

Słowa szefa rządu wywołały gorącą reakcję internautów na Twitterze, którzy bezlitośnie wypomnieli mu, że PiS ma na sumieniu znacznie więcej, niż jedynie “drobne błędy”. Lista spraw, które obciążają rządzącą niepodzielnie partię Jarosława Kaczyńskiego jest gigantyczna i tylko dzięki temu, że Jacek Kurski i rządowa TVP dba o to, by wielu Polaków w ogóle się o nich nie dowiedziało, PiS może się wciąż cieszyć dużym społecznym poparciem.

Nieznana we współczesnej Polsce skala żerowania na publicznym majątku (gigantyczne premie dla ministrów, wiceministrów i działaczy w SSP), buta i arogancja władzy, upolitycznienie prokuratury i stworzenie w niej parasola ochronnego dla najważniejszych osób w państwie (sprawa Kaczyński kontra Birgfellner, SKOKi Biereckiego), służby antykorupcyjne ślepe na ukrywanie majątku przez polityków PiS (Morawiecki, Dworczyk) czy uwolnienie demonów nacjonalizmu i rasizmu to wszystko bezpośrednio obciąża ekipę władzy. Nie są to żadne “drobne błędy”, tylko działania które zasługują na Trybunał Stanu i rozliczenie przy urnie wyborczej. I tego będziemy się domagać od przyszłej władzy.

Znany z lat osiemdziesiątych utwór Kultu „Po co wam wolność” wybrzmiał na nowo podczas sobotniego koncertu zespołu na Pol’and’Rock Festivalu. Wszystko za sprawą obrazów, jakie pojawiły się na telebimach.

Kiedy Kazik śpiewał „Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję”, uczestnicy koncertu zobaczyli fotomontaże przedstawiające Jacka Kurskiego, Danutę Holecką i Michała Adamczyka w mundurach.

 

Bardzo naturalnie wyglądali” – komentuje Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”. Transmisja koncertu prowadzona była na YouTubie, a w sieci krążą z niej screeny.

Internauci bardzo żywiołowo zareagowali na przekaz. „Kult skończył z polityczną poprawnością i wprost wali w PiS-owską władzę” – można m.in. przeczytać w mediach społecznościowych.

Do ilustracji utworu odniósł się także szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, Jarosław Olechowski. „Kazik znów odleciał. Czego to człowiek nie zrobi dla pieniędzy…” – napisał na Twitterze

Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”

W Suchym Lesie pod Poznaniem doszło do włamania i zbezczeszczenia kościoła. Krzysztof Pilas z rady ekonomicznej parafii mówi, że znana w okolicy kobieta poprzewracała wszystko na ołtarzu, zniszczyła krzyż i paschał, zerwała z ołtarza sukno. Notariusz Kurii Metropolitalnej w Poznaniu ks. Łukasz Kędzierski podkreśla próbę rozbicia tabernakulum i rozerwanie ksiąg liturgicznych. W relacjach z tego wydarzenia czytamy o bezprecedensowym akcie profanacji. A prawda jest taka, że w sztok pijana kobieta wybiła szybę i nie bardzo wiedząc gdzie weszła, wykonała małą demolkę, po czym usiadła na schodach i aż do przyjazdu policji doprawiała się alkoholem bełkocząc i wykrzykując obelgi do przechodniów. Do profanacji nie doszło, ale msza pokutna z udziałem licznych parafian wstrząśniętych dramatyczną relacją z tego wydarzenia, okazała się niezbędna…

Na warszawskiej Pradze ktoś zniszczył figurkę Matki Boskiej Pogorzelskiej. Prawicowe media i portale wszczęły larum: oto jesteśmy świadkami bezprecedensowego ataku na naszą katolicką wiarę, takie są skutki promowania lewackiej tolerancji światopoglądowej!  Policja zatrzymała sprawcę dewastacji religijnego symbolu. Jak poinformował Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych jest to narodowiec związany ze skrajną prawicą, który postanowił dokonać prowokacji sugerując, że symbole katolików atakuje się w Polsce i niszczy, a katolicy są prześladowani.  Policja nie potwierdza tej informacji, ale jej nie zaprzecza i nie oferuje żadnej konkurencyjnej, poza wiadomością, że sprawca nie przyznaje się do winy.

Diecezja Włocławska zawiadomiła, że na terenie parafii w Turku cztery osoby napadły na księdza wikariusza, który próbował wyjaśnić, że nie może przyjąć od nich aktu apostazji. Jeden z napastników „chwycił jedną ręką stojący na regale krzyż, a drugą zrzucił prezbitera z fotela na podłogę”, używając wulgarnych epitetów pod adresem kapłana i Kościoła. Diecezja podkreśliła, że był to kolejny „atak na tle religijnym”, do jakiego doszło w diecezji włocławskiej, bo niedawno sprofanowano kościół świętego Maksymiliana w Koninie i zniszczono znajdujący się obok świątyni pomnik oraz namalowano bluźnierczy napis na murze kościoła w Brzeźnie koło Konina. Publiczne i prawicowe media w te pędy nagłośniły komunikat diecezji, dokładając do niego pikantne szczegóły dowodzące rozwydrzenia i demoralizacji sprawców. Ale policja nie potwierdziła tych bulwersujących doniesień.  Okazało się, że do plebanii przyszła zwyczajna rodzina z prośbą o wykreślenie ich z ksiąg parafialnych. Wobec sprzeciwu przybysz wziął do ręki krzyż i pokazał go księdzu, co miało przypomnieć o jego misji i obowiązkach. Policję wezwano, ponieważ rodzina nie chciała opuścić plebanii bez załatwienia swojej sprawy. Ksiądz nie zgłosił jednak napaści i nie złożył żadnego doniesienia, więc policja – w odróżnieniu od setek hejterów odsądzających niewierzących od czci i godności – uznała sprawę za wyjaśnioną i zamkniętą.

Trzej pijani mężczyźni umyślili sobie okraść szczecińską Bazylikę św. Jana Chrzciciela, atakując po drodze proboszcza oraz dwie inne osoby, które uniemożliwiały realizację planu.  Wielce nagannym, ale w gruncie rzeczy dość banalnym epizodem natychmiast zajęły się „publiczne” i współpracujące z władzą media, nadając sprawie rangę wstrząsającego wydarzenia. Po wprowadzeniu do fabuły kilku poprawek ogłoszono, że oto grupa moralnych degeneratów, pozostająca pod wpływem ideologii LGBT, postanowiła ukraść szaty liturgiczne, aby odprawić diabelskie nabożeństwo. Polska Agencja Prasowa zacytowała rzekomą wypowiedź zakrystianki, że napastnicy zamierzali udzielić sobie homo-ślubu.  Prawicowe media cytowały prałata bazyliki ks. Aleksandra Ziejewski ego: „Rzucił się na mnie, zaczął mnie atakować (…) Gdyby mnie trafił, to pewnie by zabił. Oni byli w jakiejś diabelskiej furii”. W odpowiedzi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki ogłosił list: „Moje najwyższe zaniepokojenie budzą coraz częstsze akty nienawiści wobec ludzi wierzących, ze smutkiem dostrzegam eskalację wrogich zachowań wobec ludzi wierzących, w tym stosowanie przemocy symbolicznej i fizycznej”. Głęboki smutek hierarchy nie uszedł uwadze ministra Ziobro, który ogłosił, że śledztwo w tej sprawie objęła nadzorem Prokuratura Krajowa. W ślad za swoim szefem wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik w rozmowie z Dorotą Kanią stwierdził, że w tej sprawie niesposób wykluczyć wątku ideologicznego i nie zaprzeczył tezie prowadzącej wywiad, że w „paradach równości środowisk LGBT uczestniczą dawni funkcjonariusze SB, co powoduje, że istnieje ryzyko prowokacji”.

Mimo „najlepszych chęci” przełożonych, prokurator prowadzący tę sprawę nie dopatrzył się w niej niczego poza trywialną kradzieżą rozbójniczą i naruszeniem nietykalności cielesnej, choć na wszelki wypadek ubrał te zarzuty w motywację „z powodu przynależności wyznaniowej pokrzywdzonych”.  

Ten domyślny motyw, rzucona na żer klakierom obecnej władzy, jest wątkiem wspólnym wymienionych wyżej i z braku miejsca niewymienionych incydentów, w których ludzie Kościoła czują się poszkodowani bądź kreowani są na ofiary. Kryminalne zajścia, kradzieże, włamania i napady nigdy nie omijały obiektów kultu religijnego ani księży, jednak ostatnio można odnieść wrażenie, że jest na te zdarzenia jakiś szczególny popyt.  Łączy je nie tylko szczególne zainteresowanie dyżurnej sfory pseudodziennikarzy rzucających się na każdy incydent który dałoby się nazwać atakiem na Kościół. Łączy je nie tylko charakterystyka sprawców, którzy niemal w każdym przypadku opisywani są jako aktywiści partii opozycyjnych, wyznawcy „ideologii LGBT”, a często wręcz zboczeńcy oszaleli z nienawiści do tronu i ołtarza.  Wspólnym mianownikiem jest również czas – kampania wyborcza, w której PiS walczy o ostateczne zawłaszczenie państwa i o bezkarność dla swego bezprawia.

Od dłuższego czasu widać wyraźnie, że PiS nie zamierza walczyć na programy, fakty i argumenty. Program ma niezbyt porywający, argumenty coraz bardziej niewiarygodne, a fakty głoszone przez prezesa, prezydenta, premiera i funkcjonariuszy partyjnych nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością. Nie bez racji Prezes RP uznał, że skuteczniejsze od bezpośredniej konfrontacji z opozycją będzie wykreowanie nowego wroga, którego da się przykleić do opozycji.  Tak urodził się kolejny „obcy”. Przez wiele tygodni PiS szczuł na ludzi odmiennej orientacji, straszył potworem Gender i groził zalewem „ideologii LGBT”.  Ale wygląda na to, że przekombinował. Coś nie zagrało. Miała być masowa akcja sprzeciwu samorządów wobec agresji wrogiej ideologii, której sprzyja PO, Nowoczesna i reszta lewactwa opozycyjnego. Okazało się jednak, że uchwały przeciw nieheteroseksualnej nawale i w obronie dzieci zagrożonych seksualizacją , nawet w rejonach zdominowanych przez PiS, podjęto tylko w niewielkiej części gmin i powiatów. Nie udało się też sprowokować do walki „zwyczajnych” obywateli. Na gejów i lesbijki oraz tych, którzy wspierają ich dążenie do równouprawnienia, rzucili się w Bydgoszczy i innych miastach tylko ci, co zawsze: wzmożeni pismacy, żule, damscy bokserzy, ukryci sadyści, bezmózgowcy na sterydach, nawiedzeni , psychicznie niepełnosprawni, niezrównoważeni i kibole – inna sprawa, ze z większą niż dotąd ochotą, bo w poczuciu bezkarności. A zdecydowana większość społeczeństwa na akty agresji zareagowała współczuciem wobec bitych, kopanych, opluwanych i dyskryminowanych.

Kaczyński nie lubi przegrywać. Szybko zrozumiał, że prześladowanym koniecznie trzeba odebrać życzliwość, a jednocześnie należy wzmocnić narrację sięgając po dodatkowe wsparcie. Jego Plan B nosi tytuł „Tylko PiS obroni Polski Kościół, atakowany przez lewaków i LGBT ze wsparciem PO”.  Projekt ten ma dodatkowy atut – obiema rękami i z większym niż dotąd zapałem będą wspierać PiS hierarchowie, którzy od czasu ujawnienia pedofilskich afer z udziałem księży i pomagających im biskupów, sami już zaczęli przebąkiwać o wojnie wypowiedzianej Kościołowi przez polskie i unijne lewactwo. Nadzieja, że w bitewnym dymie rozmyją się i unieważnią nieprawości ludzi Kościoła, spełnia się już dzisiaj. Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że narracja o wrogach Kościoła, ukrywających się w szeregach LGBT, opozycji i przedstawicieli Unii, będzie narastać w miarę zbliżania się daty wyborów.  Z pewnością będziemy świadkami niejednego jeszcze incydentu. Trzymam zakład, że wykonawcami rozmaitych akcji – szturchnięcia księdza, oplucia biskupa, czy publicznego spalenia ewangelii przez całkowicie nieznanych sprawców ogłaszani będą nieheteroseksualni lewacy. Obawiam się też, że dojdzie do działań odwetowych, być może nawet do kolejnych po Białymstoku zamieszek pachnących pogromem, bo trzecie prawo Newtona dotyczy także relacji między ludźmi. Mam wrażenie, że bardzo się o to starają rządzący, a i niektórzy purpuraci jakby oczekują nienawistnych reakcji nadpobudliwych wiernych.  Bo czemu innemu służyć miało szczucie metropolity krakowskiego, który w 75. rocznicę powstania warszawskiego straszył „tęczową zarazą” LGBT, która zastąpiła „czerwoną zarazę” bolszewizmu?

Obiema rękami powstrzymuję się tu przed konstruowaniem jakiejś spiskowej teorii, ale co poradzę, kiedy w trakcie pisania kołacze mi się z tyłu głowy historia człowieka, który podczas ciszy wyborczej sparaliżował Warszawę podkładając w uczęszczanych miejscach fachowo sporządzone atrapy bomb. Nazwano go Gejbomberem, bo do kilku redakcji przyszedł mail podpisany „GayPower” oraz „SilnyPedał”. List zatytułowany: „Kaczyński = Wojna. Podłożyliśmy 15 bomb w Warszawie” zawierał protest przeciw zablokowaniu Parady Równości. Prawicowej propagandzie udało się wcześniej okrzyknąć Lecha Kaczyńskiego człowiekiem silnej ręki, szeryfem i młotem na przestępców. Bombera w 2 osobach nigdy nie złapano, ale w atmosferze niepokoju i obaw właśnie Lech Kaczyński został prezydentem RP.

Przed kolejnymi wyborami trafił się Falenta z niesympatycznymi nagraniami polityków PO, które – jak twierdzi – zlecili mu politycy PiS. Również w tej sprawie nie dowiemy się chyba jak było naprawdę, bo prokuratura uznała, że wykonawca zlecenia jest niewiarygodny. A niewiarygodnym jest, ponieważ kiedyś, gdy był na wolności i uważał, że umowa ze zleceniodawcą zapewnia mu bezkarność, nie mówił tego, co mówi teraz, gdy uważa, że zleceniodawca go oszukał i nie dotrzymał umowy. Prokuratura zignorowała poważne oraz prawdopodobne doniesienie i zarządziła badania psychiatryczne autora zarzutów.

Są na świecie kraje, gdzie przeciwników politycznych lub osobistych wrogów rządzących pakuje się do psychuszki – na lata, a czasem i do końca życia. To te same państwa, gdzie zdarzają się prowokacje polegające na tym, że władza napada na samą siebie, by uzyskać pretekst do ograniczenia praw obywateli.  Polska PiS dopiero eksperymentuje. Wynik eksperymentu zobaczymy, a być może również doświadczymy, po wyborach. Ale może nie?