Ciemno jak w de, czyli faszyzm w Polsce

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski „powinien stanąć przed sądem”- powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Gazety Prawnej” prawicowy dziennikarz, szef Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz – komentując zamieszki towarzyszące Marszowi Równości w Białymstoku. Dodał, że samorządowiec sam „stworzył powszechne zagrożenie” i „sprowadził agresorów do Białegostoku”.

Prezydent miasta zapowiedział, że z publicystą spotkają się w sądzie. „Generalnie same kłamstwa i pomówienia, spotkamy się z Tomaszem Sakiewiczem w sądzie” – napisał na Twitterze.

„Dowiedziałem się o tym, że jest przygotowywana jatka co najmniej za wiedzą prezydenta Białegostoku. Niestety za późno. Choć policja i tak zrobiła wszystko, aby przy tym bezrozumnym człowieku, albo niestety rozumnym, specjalnie chcącym wywołać awanturę, ochronić marsz LGBT” – mówił Sakiewicz w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

Podkreślając, że zezwolenie na marsz kibiców wydał prezydent Truskolaski zapytał, jak można było do tego samego miejsca, w którym po dwóch godzinach ma przejść marsz LGBT, sprowadzić kilka tysięcy kibiców?

Dodał, że jego zdaniem podobne „marsze nie powinny się w ogóle odbywać. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazania marszów i nie doprowadzić do bijatyki” – doradzał prezydentowi Sakiewicz.

Już nie sąd, a prokuratura zdecyduje, czy podejrzany po wpłaceniu kaucji będzie mógł wyjść z aresztu – taką zmianę w kodeksie karnym uchwalił Sejm, zajmuje się nią Senat. A przy okazji prawdopodobnie przywróci poprawkę, że prokurator będzie mógł doprowadzić do zmiany sądu zajmującego się sprawą, jeśli uzna, że jest stronniczy.

To w praktyce daje prokuraturze możliwość wyboru sądu. I blokowania wyjścia na wolność osoby, która zapłaci kaucję. Prokuratura zyskuje coraz więcej władzy nad sądami, bo z nimi władza PiS sobie od dawna nie radzi. Prokuratura zaś zależy całkowicie od rządu.

Przepis dotyczący zamiany aresztu na kaucję do tej pory działał tak, że gdy sąd zgodził się na zamianę, podejrzany mógł wyjść na wolność zaraz po wpłaceniu pieniędzy. Gdy prokurator się sprzeciwiał – od sądu zależało, czy podejrzany wyjdzie od razu, czy będzie czekał do rozpatrzenia odwołania prokuratora. Teraz, jeśli Senat przyjmie (co jest raczej formalnością) rządową zmianę, podejrzany wyjdzie na wolność dopiero po rozpatrzeniu odwołania. Może to trwać kilka tygodni. W ten sposób prokuratura nie tylko dostaje władzę, którą do tej pory miał sąd, ale też dodatkowy instrument nacisku na podejrzanego. W czwartek posłowie PiS nie zgodzili się na wykreślenie tego pomysłu z projektu nowego kodeksu postępowania karnego.

Prokuratura nie zajmie się listami Falenty. Działa tak, jak zarządzi władza

Kolejna groźna poprawka PiS może wrócić

Druga zmiana jest znacznie bardziej drastyczna, ponieważ bezpośrednio godzi w konstytucyjne prawo do sądu. Właściwość sądu określa ustawa – to zabezpieczenie dla każdego z nas, że sprawa będzie rozpatrzona przez bezstronny sąd. O zmianie właściwości sądu, ze względu na ważny interes wymiaru sprawiedliwości, może zdecydować tylko Sąd Najwyższy (w sprawach karnych – Izba Karna) na wniosek właściwego sądu.

Tymczasem do rządowej ustawy PiS wniósł w Sejmie poprawkę (nowy art. 37a), która daje prokuraturze na etapie śledztwa możliwość wnioskowania o zmianę sądu, jeśli „z uwagi na przedmiot postępowania lub osoby nim objęte zachodzi obawa, że zachowanie obiektywizmu przez sąd może być zagrożone”. Takie stwierdzenie daje prokuraturze niemal wolną rękę we wnioskowaniu o zmianę sądu. A decydować ma o tym nie Izba Karna SN, ale Izba Dyscyplinarna, w całości złożona z neo-sędziów wybranych przez neo-KRS. A więc wszystko zostanie w rodzinie.

Sejm nie wykonuje wyroku. Listy poparcia do KRS wciąż tajne

PiS przejmuje sądy „metodą salami”

Możliwość zmiany sądu przyda się prokuraturze np. przy przedłużaniu aresztu tymczasowego, jeśli prokurator podejrzewa, że dotychczasowy sąd go nie przedłuży. Albo np. jeśli aresztant wnioskuje o zamianę aresztu na grzywnę. Prokurator będzie też mógł wybrać przychylniejszy sobie sąd, który oceni jego decyzje – np. o odmowie wszczęcia śledztwa lub postanowieniu o jego umorzeniu.

Ta poprawka po ostrej krytyce zniknęła z projektu na etapie obrad w Sejmie. Ale teraz ustawa jest w Senacie i chodzą słuchy, że zostanie przywrócona. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł nie potwierdza i nie zaprzecza. Tak – powoli, metodą „krojenia salami” – władza sądu przejmowana jest przez prokuraturę.

Posłanka PiS Małgorzata Gosiewska, od niedawna wicemarszałek Sejmu, „miała objawienie” – za burdy podczas białostockiego Marszu Równości winę ponosi… Rosja.

Czego by nie myśleć o „wydarzeniach” w Białymstoku, już widać, że dały one do myślenia przynajmniej niektórym politykom. I to – o dziwo – także tym ze „strefy wolnej od LGBT”. Mało tego. Odnotowano nawet jeden potwierdzony oficjalnie przypadek objawienia, które zdarzyło się takiemu politykowi w konsekwencji ulicznej bijatyki w stolicy Podlasia. A raczej polityczce, bo to kobieta była, posłanka Gosiewska Małgorzata.

Akt ów został potwierdzony publicznie przez samą zainteresowaną w trakcie rozmowy w Polskim Radiu, gdzie pani posłanka wyznała rodakom, że w dymach rac, wśród ogłuszających, transowych okrzyków „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wy……ać”, objawił się jej… cień Putina. I wtedy zrozumiała wszystko. „Białystok” to nie była wina Tuska! Ani też – wyjątkowo – Sorosa, światowego żydostwa, liberalno-lewackich zachodnich elit i ekoterrorystów. O dziwo, zdaniem posłanki nie stało za tym nawet światowe homolobby.

Rządzący też nie, ale to chyba oczywista oczywistość. Bo przecież powszechnie wiadomo, że formacja władzy nie ma żadnego interesu w tym, by Polska była przedstawiana w opinii publicznej państw zachodnich jako „kraj zacofany, nacjonalistyczny i brutalny w stosunku do niektórych środowisk”. No skądże…

Przeciwnie. „Nowogrodzkiej” zależy, żeby opinia publiczna tychże państw miała o Polsce jak najlepszą opinię. A tu tymczasem w Białymstoku przeszedł Marsz Równości i cóż – wyszło, jak wyszło. Było Marszu zakazać, jak sugerował minister Piontkowski, i kompromitujące zdjęcia z polskich ulic nigdy nie trafiłyby na czołówki zachodnich dzienników. Ale to się nie mogło udać, bo „wydarzenia białostockie” to była prowokacja, za którą – zdaniem pani posłanki z PiS – stanęły interesy nie Brukseli, ale… Moskwy. Bo to przecież absolutnie niemożliwe, żeby agresję tłumu wobec środowiska LGBT sprowokowali politycy formacji władzy, a zwłaszcza osobiście jej prezes, znany pogromca „zboczeńców” i obrońca „naszych dzieci” przed ich „seksualizacją”.

Tym bardziej nie mają z tym nic do czynienia hierarchowie Kościoła katolickiego, zwłaszcza ci, którzy tak serdecznie dziękowali po fakcie patriotycznej młodzieży, dzielnie walczącej na ulicach Białegostoku w obronie „chrześcijańskich wartości”.

Całkiem bez winy są też publicyści z kręgów zbliżonych do władzy, którzy nazywają „zboczeńców” zboczeńcami w imię misji publicznej, wolności słowa oraz sprzeciwu wobec lewacko-masońskiej idei politycznej poprawności. A już zupełnie bez żadnego związku z białostockim „incydentem” pozostaje kolportowana przez organ prasowy partii władzy (jako znaczącego udziałowca) naklejka: „Sfera wolna od LGBT”.

No, ale ktoś przecież musi być winny temu, że Polską wstrząsa „konflikt światopoglądowy i moralny”. Ten sam „ktoś” celowo prowokuje też rodaków do „konfrontacji, destabilizacji i chaosu”. Po co? Otóż zdaniem pani posłanki – „w celu oczernienia ugrupowania rządzącego”, czyli że jakieś tajemne siły skonfliktowały Polaków ideologicznie, a teraz zarządzają społeczną agresją, by skompromitować formację prezesa!

Ba, ale jakie to siły i jaki w tym mają interes? No, jak to jakie? To Rosja, oczywiście. To wysłannicy Putina rozpętali nad Wisłą kampanię nienawiści przeciw (w kolejności niealfabetycznej): sędziom, Puszczy Białowieskiej, nauczycielom, wiatrakom, niepełnosprawnym, posłowi Nitrasowi, elitom, kardiologom, polskojęzycznym mediom, redaktorowi Piątkowi, wegetarianom, TVN24, dzikom, redaktorowi Sekielskiemu, genderowi i – oczywiście – środowiskom LGBT. I to oni wymyśli „gorszy sort”, co zresztą oczywiste, bo słowo „sort” to wszak rusycyzm.

A chodzi im o to, żeby zdestabilizować Polskę i nie tylko Polskę, bo resztę świata też. Ponieważ z takim podzielonym, wstrząsanym konfliktami, skłóconym przeciwnikiem łatwiej konkurować. Weźmy Donalda Trumpa. Sam się o przyjaźń naprasza i nawet chce Putinowi z wdzięczności za pomoc w wyborach postawić Platynowy Trump Tower na Placu Czerwonym. Choć po prawdzie, to kierownik Kremla wolałby chyba jakiś Putin Village w East Village…

Wracając zaś do wątku moskiewskiego, to niby żadna w tym rewelacja. Od początku rządów PiS, a nawet wcześniej, bo od „Sowy i Przyjaciół”, a w zasadzie to już od pierwszych rządów partii pana prezesa, piszą o tym i mówią i zachodni, i polscy dziennikarze, komentatorzy, publicyści oraz – osobiście – redaktor Piątek. Ale do tej pory obóz władzy jakoś dziwnie milczał w kwestii „rosyjskich tropów” w polskiej polityce. Aż tu nagle „wydarzył się Białystok” i posłanka Gosiewska doznała olśnienia. Późno trochę. Ale lepiej późno, niż wcale. Ciekawe tylko, jak zareaguje na te rewelacje Antoni Macierewicz…

Reklamy