Macierewicz, Jędraszewski i wartości chrześcijańskie postawione na głowie

>>>

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Paraliż państwa. Takie jest dokonanie władzy PiS

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa ze względu na to, że… homofobiczne słowa polityka miały podobać się zgromadzonym na wiecu osobom.

Lider PiS obraził homoseksualistów podczas wystąpienia na Pikniku Rodzinnym w Stalowej Woli. Kaczyński dziękował arcybiskupowi Jędraszewskiemu (autorowi słów o „tęczowej zarazie”) i ostro atakował środowiska LGBT. Zdaniem prokuratury Kaczyński nie popełnił jednak przestępstwa. Pracownicy OMZRiK więcej o sprawie napisali na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku.

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Prokurator odmawia ścigania Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy kruczków prawnych, argumentując to tym, że nie będzie ścigał przestępstwa, bo podobało się wielu osobom, które były świadkami jego popełnienia” – napisano w social mediach Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Jak się okazuje, prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, nawet gdy OMZRiK odwołał się od jej decyzji. „Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia, a gdy się odwołaliśmy, odmówiła również przyjęcia zażalenia twierdząc, że Ośrodek nie jest instytucją społeczną, którą naturalnie jest”.

To jednak nie koniec tej kuriozalnej sytuacji. Okazuje się, że – zdaniem prokuratury – homofobiczne opinie Kaczyńskiego podobały się… katolikom, a nawet tysiącom rodzin z dziećmi. „Jednak to, co najbardziej bulwersuje w dokumencie przesłanym nam przez prokuratora Adama Cierpiatkę to końcowe uzasadnienie, w którym funkcjonariusz twierdzi, że nie zamierza ściągać sprawcy, bo czyny karalne, które popełnił, podobały się katolikom, a konkretnie tysiącom rodzin z dziećmi” – poinformowała antyrasistowska organizacja.

Aktywiści Ośrodka są mocno zaniepokojeni ostatnimi poczynaniami prokuratury i PiS-owskiego państwa. Przestrzegają nawet przed narodzinami w Polsce dyktatury o prawicowym charakterze. „Proszę Państwa na naszych oczach rodzi się reżim totalitarny” – przestrzega w swoim oświadczeniu stowarzyszenie.

Zaniepokojeni decyzją prokuratury są również internauci. „Nie mamy tego płaszcza i co nam pan zrobisz? Bareja przewraca się w grobie. Kto jeszcze będzie darł japę, że daleko nam do dyktatury?”, „Czyli jak na koncercie deathmetalowym artysta podrze Biblię, to od dzisiaj prokuratura nie będzie wszczynać postępowania, bo czyn podobał się zgromadzonej tam publiczności? Prokuratura pisowska ma iście moralność Kalego” – to tylko niektóre komentarze oburzonych użytkowników sieci.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

W obliczu końca pierwszej kadencji rządu sformowanego przez Prawo i Sprawiedliwość oraz wobec tego, co ten rząd uczynił z polskim systemem politycznym, mając na względzie niebezpieczny i głęboki podział społeczny, który powstał wskutek polityki prowadzonej przez tę władzę w sposób świadomy i konsekwentny, wobec tego, co wydarzyło się w latach 2015 – 2019, ośmielę się twierdzić, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości nie jest „poglądem politycznym”.

Poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości i oddawanie swojego głosu na to ugrupowanie jest świadomą, nieodpowiedzialną i w swojej istocie głęboko antydemokratyczną postawą poparcia dla ludzi, którzy w celu zdobycia i utrzymania się przy władzy gotowi są pozakonstytucyjnie, w sposób bezprawny i poza proceduralny zmieniać legalnie ustanowiony ustrój państwa, z ustroju demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy jako naczelną zasadą jej sprawowania, na fundamentalistyczne państwo wyznaniowe z katolicyzmem jako religią panującą oraz faszystowskim modelem państwa ze wszystkimi atrybutami tego rozwiązania systemowego to znaczy z wszechogarniającą kontrolą wszystkich dziedzin życia społecznego, policyjnym charakterem państwa, przemocą sankcjonowaną przez władzę i dokonywaną w „obliczu prawa” i „zgodnie z prawem” oraz z nową elitą tej władzy złożoną z ludzi posłusznych i oddanych, którzy swoje błyskawiczne kariery zawdzięczają lub zawdzięczać będą wyłącznie tej władzy w oderwaniu od swoich faktycznych kompetencji formalnych oraz postaw etycznych.

Dla oburzonych moim „niesprawiedliwym” potraktowaniem wyborców oddających swoje głosy na Prawo i Sprawiedliwość wyjaśniam, że według mnie taka decyzja jest wynikiem ignorancji i braku znajomości historii Europy i Świata przynajmniej w zakresie ostatnich osiemdziesięciu lat. Ponieważ podobne sytuacje miały już miejsce, a ogólnonarodowe wzmożenia, nacjonalizmy i religijny fundamentalizm sprowadzał już pasma nieszczęść i „tragiczne końce” na obywateli takich państw jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Chile czy Argentyna. Natomiast totalitaryzm w ogólności wyrządził niepowetowane szkody w takich państwach jak Związek Radziecki, Węgry, Rumunia, Czechosłowacja, Bułgaria, Albania, Jugosławia, NRD i w końcu Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzega lub relatywizuje tamte wydarzenia i ich konsekwencje wciąż popierając antydemokratyczne, kato-faszystowskie ugrupowanie polityczne w imię budowania „dobrej zmiany” to informuję, że to się skończy w sposób, który doskonale znamy, to znaczy: głębokim kryzysem ekonomicznym, gigantycznym zadłużeniem państwa, destabilizacją polityczną, której konsekwencje mogą być krytyczne, a wynikające z niej konflikty mogą mieć charakter międzynarodowy i zbrojny, a rozpad więzi społecznych spowoduje, że ponowne powstanie „społeczeństwa” w miejsce jego zredukowanej wersji tj. „ludności”, zajmie dziesięciolecia.

Ja sobie zdaję sprawę, że ten walec już się toczy, ale trzeba mówić głośno i bez politycznej poprawności, po czym ten walec sunie i że winni jego działania będą wszyscy ci, którzy w październiku nie powiedzą: Stop!

To nie jest ordynarna agitacja polityczna. To kategoryczna odmowa uznania czyichś wyborów za „pogląd polityczny” oraz nazwanie takiej postawy współsprawstwem. To, co się właśnie w Polsce wydarza, to jest, Szanowni Państwo, doskonały przykład tego, do czego prowadzi brak wiedzy, brak znajomości historii oraz zaniedbania w tym zakresie, do których doszło w okresie ostatnich trzydziestu lat. Tylko że kiedy już wyborcy Prawa i Sprawiedliwości obudzą się z pustą lodówką i z ręką w nocniku, na refleksję i płaczliwe „skąd mogliśmy wiedzieć” będzie już za późno.

Z podręczników do historii – mogliście wiedzieć. Z podręczników do historii. Po prostu.

Przerażające jest to, z jaką łatwością rządząca partia wyłącza kolejne bezpieczniki, które zostały przewidziane w ustawie zasadniczej, by żaden obóz nie mógł rządzić niepodzielnie i na własną modłę. Niestety od czterech lat byliśmy świadkami totalnego demontażu i atrapizacji takich organów jak Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, policja, służby specjalne, sądy, czy media publiczne, razem z nadzorującą ich misję publiczną Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Właśnie staliśmy się świadkami demontażu ostatniej instytucji kontroli państwowej, jaką jest Najwyższa Izba Kontroli, dzięki której w ostatnich latach poznaliśmy multum przypadków niegospodarności czy ordynarnych wręcz wałków na publicznej kasie. Dziś widać, że działalność instytucji kierowanej do końca sierpnia przez Krzysztofa Kwiatkowskiego partii Jarosława Kaczyńskiego była niewygodna.

Jak donosi dzisiejsza “Rzeczpospolita”, po zaskakującej i niezgodnej z ustawą o NIK czystce w kierownictwie Izby i powołaniu w miejsce trzech wiceprezesów tylko jednego, w osobie mało znanej i niewiele znaczącej w strukturach Małgorzaty Motylow, NIK została sparaliżowana. Powód jest kuriozalny – jedyna wiceprezes Izby nie ma dostępu do dokumentów o klauzuli “ściśle tajne”, a to uniemożliwia jej zapoznanie się z szeregiem ważnych, oczekujących na podpis raportów, a tym samym ich zakończenie. Jak pisze dziennik, nawet jeśli teraz wiceprezes złoży wniosek, to na decyzję będzie musiała poczekać.

– Postępowanie powinno być ukończone w ciągu trzech miesięcy, ale to termin instrukcyjny – mówi osoba ze służb. Brak certyfikatu „ściśle tajne” może spowodować paraliż pracy w NIK. – Wiceprezes nie będzie mogła podpisać protokołów objętych klauzulą, nie będzie więc można zakończyć niektórych kontroli – twierdzą nasi rozmówcy. – Dziś nie ma żadnego członka kierownictwa NIK, który mógłby ją w tym zastąpić.

Tym samym nie ma cienia ryzyka, by jeszcze przed wyborami pokazały się miażdżące dla PiS raporty z kontroli, a i przyszły ich los jest niewiadomy.

Zamordyzm Kaczyńskiego możemy oddalić tylko my

„Chodzi o to, żeby chwycić kraj za mordę. To jest plan, który przedstawia PiS”

Do takiego komentarza Romana Giertycha skłonił m.in. jeden z punktów programu PiS. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra wybory, zamierza złożyć w Sejmie „wniosek o zmianę treści art. 105 ust. 2-3 a także ust. 5 Konstytucji RP w ten sposób, iż poseł lub senator będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a także zatrzymany lub aresztowany, decyzją podjętą na wniosek Prokuratora Generalnego, skierowany do Sądu Najwyższego”.

Zdaniem Giertycha, chodzi tu o „zastraszanie”. – „Jasnym jest, że jeżeli parlamentarzysta będzie wiedział, że od decyzji politycznej zależy jego wolność, to zawsze będzie się wycofywał, będzie się bał. Taka jest cecha immunitetu, że ma zagwarantować pewną niezależność i brak strachu po stronie parlamentarzystów” – stwierdził w TVN24.

Zwrócił uwagę na zapis, że wniosek od Prokuratora Generalnego miałby trafiać do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, która utworzona została na mocy pisowskiej ustawy. – „Jeżeli mamy do czynienia z ludźmi tak powiązanymi politycznie, którzy najczęściej są nieudacznikami zawodowymi i dostali się na te stanowiska tylko dlatego, że zapisali się politycznie do określonej grupy, to orzeczenia można przewidzieć. Chodzi o to, żeby chwycić kraj za mordę. To jest plan, który przedstawia PiS – powiedział Giertych.

Odniósł się także bliskich związków Kościoła z partią obecnie rządzącą. – „Ja odmawiam prawa Jarosławowi Kaczyńskiemu do tego, żeby zwracał się do kogokolwiek w imieniu katolików. Jestem katolikiem, zawsze będę i nie uważam, żeby mnie w najmniejszym stopniu reprezentował Jarosław Kaczyński” – podkreślił Giertych.

„Dalszy mariaż Kościoła katolickiego w Polsce z władzą doprowadzi do tego, że większość społeczeństwa, która nie głosuje na PiS będzie odrzucona od tego Kościoła. Jeżeli katolik chce, żeby został w Polsce zniszczony Kościół katolicki, to niech głosuje na PiS” – uważa Roman Giertych. W podobnym tonie wypowiadał się niedawno jego ojciec Maciej Giertych – „Głosowanie na PiS to pewna droga do zniszczenia Kościoła Polskiego i pewna droga do nieszczęść dla Polski”.

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Groźna ideologia” zagrażająca Polsce była motywem przewodnim podczas przemówienia Jarosława Kaczyńskiego we Wrocławiu. Według prezesa owa ideologia czai się na obywateli dosłownie z każdej strony, a najbardziej narażona na niebezpieczeństwo jest polska rodzina.

Nie możemy pozwolić, by ta specyficznego rodzaju ideologia opanowała Polskę, chociaż próbuje. Musimy obronić polską rodzinę przed biedą, niedostatkiem, ale także przed tą groźną ideologiczną ofensywą, którą podejmują także nasi polityczni przeciwnicy” – tłumaczył z mównicy szef Prawa i Sprawiedliwości.

Zaapelował również do swoich partyjnych kolegów, aby do samych wyborów nie ustawali w ciężkiej pracy, pokazywali Polakom owoce „dobrej zmiany” i przestrzegali rodaków przed kwestionowaniem rodziny.

Ta rodzina w ramach pewnej akcji socjotechnicznej jest kwestionowana. Nie pozwolimy na to, by nas oszukiwano, oszukiwano naród polski” – grzmiał we Wrocławiu Kaczyński i zapewniał, że wszystkim zdezorientowanym Polakom „trzeba pokazać, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Zjednoczona Prawica nie zagrażają polskiej wolności i demokracji, ale dają też szansę, której dotąd nie wykorzystano!”

Program PiS tutaj czytaj >>>

Ostatnio pojawił się nowy, tajemniczy i przerażający – a więc bardzo pożyteczny wróg: Niszczyciel Polskich Rodzin

Na spotkaniu polskich władz z młodymi działaczami PiS Jarosław Kaczyński mobilizował swoich małoletnich bojowników zapewniając, że już niedługo będzie u nas tak bogato jak na Zachodzie. Będzie nawet lepiej, bo Polska stanie się „wyspą wolności, a w krajach zachodnich różnie z tym bywa”. Wprawdzie Prezes nie podzielił się ze słuchaczami swoją definicją wolności i nikt o nią nie zapytał, można jednak przypuszczać, że jest ona zbliżona do formuły używanej przez władze PRL w latach młodości Kaczyńskiego. Potwierdzenie tej tezy znalazłem w pracy doktorskiej Kaczyńskiego, gdzie autor odwołuje się niemal bezkrytycznie do wypowiedzi Gomułki, Bieruta, Cyrankiewicza, Kliszki i innych ideologów PRL oraz cytuje referaty na zjazdy i plena PZPR, a w bibliografii powołuje się nawet na twórczość Jerzego Urbana.

Wiele wskazuje, że wojujący antykomunista Kaczyński tak naprawdę wspomina komunę ze skrywaną nostalgią i z nieskrywanym rozrzewnieniem. Właśnie ogłosił, że na Zachodzie nie ma mowy o demokracji, w odróżnieniu od Polski, demokratycznej dziś w każdym calu. Tam lud pracujący miast i wsi jęczy wyzyskiwany przez rządzących, a u nas, w Rzeczpospolitej Kaczyńskiej, naród swobodnie wybiera swoich przedstawicieli, którzy dniem i nocą troszczą się, by kraj rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Tylko patrzeć jak prezes – pomny wielowiekowych tradycji udziału Polaków w wojnach za wolność waszą i naszą – wezwie rodaków do walki o wyzwolenie gnębionych narodów zachodniej Europy. Może nawet reaktywuje Związek Bojowników o Wolność i Demokrację? Tak czy owak, znając jego dobre serce, można się spodziewać jakiejś akcji wspierającej społeczeństwa krajów Unii. Są to bowiem społeczeństwa nie tylko pozbawione wolności, ale w dodatku tak zindoktrynowane, że nawet nie wiedzą, że tej wolności nie mają.  Trzeba w tej sprawie coś zrobić i prezes na pewno coś zrobi, bo nie może być gorszy od Jerzego Urbana, który w stanie wojennym, w odpowiedzi na amerykańską akcję wsparcia Polaków i rozsypującej się polskiej gospodarki, wysłał do Nowego Jorku partię śpiworów dla tamtejszych bezdomnych.

Przed wyborami Kaczyński wyznaczył Polakom dwa cele: dobrobyt i wolność. I od razu wyjaśnił, że o dobrobyt nie muszą się martwić, a najlepiej, żeby się Polacy gospodarką nie interesowali, bo dopóki PiS rządzi, to w razie czego zawsze wydrukuje tyle banknotów, ile będzie trzeba. Inaczej jest z polską wolnością. O wolność zawsze się walczyło, więc i teraz wypada. Tyle że do walki niezbędny jest wróg. A najlepiej wrogowie. Im więcej, tym lepiej, bo cenniejsze jest wtedy zwycięstwo – zwycięstwo partii Kaczyńskiego, rzecz jasna.  A jeśli wrogów wolności nie ma, to trzeba ich wyznaczyć. Nie jest to zadanie trudne, bo wrogiem może być każdy, kto inaczej niż PiS definiuje wolność. Jednak najpierw naród musi się dowiedzieć, że prawdziwa wolność, to nie jakieś tam „róbta co chceta”, to nie wyuzdane formy demonstrowania swoich poglądów czy opinii, to nie możliwość posiadania własnych odmiennych preferencji, ani prawo do wypisywania w gazetach tego, co byle pismakowi do głowy wpadnie i co nakażą obcy właściciele koncernów medialnych. A już na pewno nie jest wolnością wszechobecna nienawistna krytyka rządu i rządzenia, ani permanentne szkalowanie władzy demokratycznie wybranej, uprawnionej do arbitralnego definiowania dobra i czyniącej to dobro z woli ludu i dla ludu.

Wróg nie musi mieć twarzy. Nawet lepiej, jeśli jej nie ma, bo nieznane zło straszy skuteczniej niż zło znajome i oswojone. Mało użytecznym wrogiem jest dzisiaj Tusk, Schetyna, czy inny Brejza, bo prawdziwych haków na nich nie ma, a wszystko, co można było o nich zełgać, już poszło w lud i nie przyniosło spodziewanych efektów. Wspaniałym wrogiem okazał się natomiast enigmatyczny Lewak, którym zostać może każdy, kto ośmiela się myśleć i mówić inaczej niż funkcjonariusze dobrej zmiany w TVP. Niezły jest również Ideolog Gender, który co prawda istnieć nie może, bo gender to zwyczajna gałąź nauki, ale nazwa brzmi groźnie i dzięki zmasowanym wysiłkom wspaniale się kojarzy ze zboczeniami i pedofilią.  A ostatnio pojawił się nowy, tajemniczy i przerażający – a więc bardzo pożyteczny wróg: Niszczyciel Polskich Rodzin. Nikt nie wie, kim jest, ale już sieje w narodzie pożyteczną grozę.

Kaczyński głosi, że wymyślona przez niego Wolność jest zagrożona i sama się nie obroni, zatem niezbędna jest mobilizacja wszystkich zdrowych sił narodu. Potrzebni są przede wszystkim nowi oficerowie, bo ci poprzedni jakoś się do Kaczyńskiego nie garną, albo okazują się przyzwoici, a takich nam przecież nie trzeba. Rewolucja wymaga ofiar i te ofiary trzeba znaleźć.  Najlepiej szperać wśród niedocenianych, nieudaczników i w środowiskach emocjonalnie wzmożonych. Wybrani, docenieni i obdarowani stanowiskiem będą wdzięczni i lojalni. I będą się bić do upadłego za swoich protektorów, bo wiedzą, że w razie klęski pogrążą się wraz z nimi.  W walce o wolność przydatni są również prości żołnierze. Najlepiej tacy, którym nie trzeba tłumaczyć, co się w kraju wyprawia, bo i tak nie zrozumieją, a jak przypadkiem zrozumieją, to nie zapamiętają – ale za to, gdy wskaże im się wroga i zapewni bezkarność, będą go straszyć, grozić, hejtować, a jak trzeba, to i po mordzie dadzą. PiS wie, że „o tych trzeba dbać, których wróg ma się bać”. Za pośrednictwem ekipy Ziobry troszczy się więc o zadymiarzy, kibolów, faszyzujących narodowców i rozmaitych nawiedzonych, którzy na przepisy prawa się nie obejrzą, a zrobią, co trzeba, i nie będą mieli żalu, gdy w razie wpadki nikt się do nich nie będzie chciał przyznać.

Nieocenionym sojusznikiem Kaczyńskiego w walce o jego wymarzoną Wolność jest część hierarchicznego Kościoła. Mam na myśli tych dostojników, którzy nie wiedzą czym się z reguły kończy symbioza ołtarza z tronem. Myślę o tych, którym nie chce się sprawdzić, dlaczego w tak wielu krajach, tak nagle odeszło od wiary aż tylu wiernych – również tam, gdzie nie zanotowano wielkich afer pedofilskich. Sojusznikami prezesa są hierarchowie, którym brakuje wyobraźni, by przewidzieć reakcję wiernych w chwili, gdy PiS poniesie nieuchronną klęskę, gdy objawi się pełny obraz bezprawia tej partii, gdy funkcjonariusze Kościoła również staną wobec pytań o współudział w czynieniu zła. A ludzie bez wątpienia będą ich pytać o powody braku reakcji na zło, na kłamstwo, podłość i ludzką krzywdę. Dziś jeszcze, wspólnie z funkcjonariuszami władzy, przyklaskują oświadczeniu Kaczyńskiego, że poza Kościołem jest tylko nihilizm, i godzą się na jego koncepcję wykluczającą niewierzących. Wspierają kolegę arcybiskupa straszącego tęczową dżumą. Akceptują brednie o gejach, którzy „mają dzieci dla zabawy”. Nie reagują na bezrozumne nauki serwowane na religii, m.in. pierwszoklasistom II LO w Krośnie, że „LGBT to ruch opłacany przez sekty”, że „osobom transpłciowym należy się pomoc psychiatryczna”, że Robert Biedroń „nie jest gejem, tylko udaje, żeby zdobyć głosy” oraz że zwolennicy gender „nie wahają się przeprowadzać eksperymentów na dzieciach”.

Powszechne oburzenie wzbudził happening Dariusza Mateckiego, zatrudnionego w Ministerstwie Sprawiedliwości kandydata PiS na posła, który w obronie katolickich rodzin wezwał do zdezynfekowania placu, gdzie zbierali się uczestnicy parady równości w Szczecinie. Okazało się, że pomysł „oczyszczenia z zanieczyszczeń i szkodników” pochodzi od tamtejszego księdza Tomasza Kancelarczyka, który przecież nie wychyliłby się z taką podłością, gdyby nie równie niegodziwa wypowiedź abp Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. Arcybiskup natomiast nie palnąłby zapewne podobnej nikczemności, gdyby nie usłyszał opinii swojego wielkiego donatora i wspólnika w dziele rechrystianizacji Jarosława Kaczyńskiego, który wyznacza dziś kolejnych śmiertelnych wrogów – swoich, swojej partii, Polski i Kościoła przy okazji.

Pomysł wskazania ludzi spod tęczowego sztandaru jako odpowiedzialnych za wszelkie zło tego świata nie jest nowy, oskarżenia takie padały w sąsiednim zachodnim kraju już prawie 90 lat temu, a ich skutek był koszmarny. Tym razem jednak mam wrażenie, że natchnienie przyszło ze wschodu, z putinowskiej Rosji, gdzie ostrzegają turystów, by nie nosili się zbyt kolorowo, a już broń Boże, żeby mężczyźni nie smarowali publicznie ust ochronną pomadką wazelinową, bo to skutkuje poważnym uszkodzeniem ciała. Skrajnie homofobiczna Rosja wydaje się bliska sercu Kaczyńskiego, nie tylko dlatego, że domagając się dawno zapłaconych reparacji od Niemiec nie zażądał od Putina odszkodowania za dziesięciolecia realnej okupacji, za masowe mordy i rabunek polskiego mienia. Również dlatego, że zdaje się garściami czerpać z doświadczeń tamtejszej demokracji, odwzorowując szczegóły ich zamordystycznej definicji wolności.

Metropolita rosyjskiego Tweru Sawwa postanowił niedawno ustrzec swoich wiernych przed zgubnymi skutkami cudzołóstwa i alkoholizmu i w tym celu wzniósł się nad swoje miasto samolotem, by skropić mieszkańców 70 litrami wody święconej. Skuteczność takiej formy umacniania „rządu dusz” jest równie wątpliwa, jak efektywność starań Jarosława Kaczyńskiego o wrobienie Polaków w wyniszczającą batalię o Wolność w wersji kalekiej i absurdalnej. Różnica jest taka, że polska koncepcja obrony społeczeństwa przed szkodliwymi miazmatami i grzesznymi nawykami wyróżnia się bardziej dojrzałym cynizmem i znacznie bezczelniejszą arogancją.