Rozpoczął się Polexit

Proponowane przez PiS zmiany w ustawie o sądach powszechnych godzą w podstawy ustroju RP i stanowią próbę obejścia norm zakodowanych w Konstytucji. Dlatego warto rozważyć jakie konsekwencje prawne mogą spotkać tych, którzy przyczynią się do wejścia tej nowelizacji w życie – piszą karniści, adwokaci Jacek Dubois i Michał Zacharski

Wiele już powiedziano i napisano o tym, co oczywiste: projekt nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych oraz o Sądzie Najwyższym – wprowadzający represje dla strzegących praworządności sędziów i uzależniający władzę sądowniczą od legislatywy i egzekutywy, godząc w zasadę trójpodziału władzy – jest niekonstytucyjny i sprzeczny z prawem unijnym.

Mamy do czynienia z ideami, których wdrożenie nie przyszło do głowy architektom PRL, gdyż nawet oni nie ustanowili zakazu rozproszonej kontroli konstytucyjności. Przyjęcie, że deliktem dyscyplinarnym jest, (jako „oczywista i rażąca” obraza przepisów prawa) odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny,

stanowi punkt wyjścia do popełnienia konstytucyjnej zbrodni doskonałej.

Po zamknięciu sędziom ust, jedynym organem, który będzie mógł stwierdzić zgodność aktów normatywnych z Konstytucją stanie się Trybunał Konstytucyjny. Ten zaś jest całkowicie sparaliżowany i kontrolowany przez władzę.

Jeśli zostaną uchwalone ustawy zmieniające ustrój z pominięciem trybu przewidzianego w art. 235 Konstytucji, nikt tego ruchu nie będzie mógł skutecznie zakwestionować.

To tak, jakby ustalono prawo mówiące: „nie możecie nas sądzić za zło, które czynimy, bo my tak postanowiliśmy”, albo tak, jakby sprawca przestępstwa sam zadecydował, który kolega spod celi będzie go sądził.

Mistrz Stanisław Bareja włożył w usta szatniarza z „Misia” tekst o płaszczu. Wnioskodawcy noweli uderzającej w ustrój RP zdają się mówić podobnie:

„nie mamy waszej konstytucji, i co nam zrobicie?”.

Co grozi za pomoc w nowelizacji ustawy o sądach

Debata w Sejmie nad rzeczonym projektem dopiero przed nami. Mając, zatem na uwadze, że proponowane zmiany godzą w podstawy ustroju Rzeczypospolitej i stanowią próbę obejścia norm zakodowanych w Konstytucji, warto pójść o krok dalej i rozważyć, jakie konsekwencje prawne mogą spotkać tych, którzy przyczynią się do wejścia przepisów tej nowelizacji w życie.

Zakładając, że sytuację tę może na jakimś etapie badać prokuratura, postanowiliśmy jej pomóc w przyszłych decyzjach, i  jako karniści postanowiliśmy przeanalizować z perspektywy prawa karnego sytuację:

  • (1) autorów projektu,
  • (2) posłów, którzy złożyli go w Sejmie,
  • (3) oraz posłów i senatorów, którzy zagłosują za przyjęciem nowelizacji.

Trzeba przyznać, że ustawodawca na etapie tworzenia kodeksu karnego z 1997 roku nie przewidział wprost sytuacji, w której zwycięska partia polityczna będzie usiłowała zlikwidować trójpodział władzy poprzez podporządkowanie sądów władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Treść art. 127 § 1 kodeksu karnego – w myśl, którego kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności – dotyczy w interesującym nas zakresie zmiany konstytucyjnego ustroju RP przemocą.

Wydaje się, że zabezpieczeniem prawnokarnym przed obecną sytuacją byłoby zastąpienie słowa „przemocą” wyrażeniem „w sposób bezprawny” lub analogicznym.

Sytuacja posłów i senatorów

Zauważmy jednak, że zarówno posłowie, jak i senatorowie są funkcjonariuszami publicznymi. Zgodnie zaś z art. 231 § 1 kodeksu karnego funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Brak złego zamiaru nie zwalnia od odpowiedzialności, albowiem zgodnie z art. 231 § 3 kodeksu karnego, jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie i wyrządza istotną szkodę, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Zgodnie z art. 2 ust. 1 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora przed przystąpieniem do wykonywania mandatu poseł składa na posiedzeniu Sejmu ślubowanie następującej treści:

„Ślubuję uroczyście, jako poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej”.

Analogiczne ślubowanie składa senator.

Podejmowanie próby zmiany ustroju konstytucyjnego za pomocą ustaw z pominięciem przewidzianego w art. 235 Konstytucji trybu stanowi naruszenie porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Stąd zachowanie się parlamentarzystów, polegające z jednej strony na zgłoszeniu jawnie antykonstytucyjnego projektu, z drugiej zaś na głosowaniu za jego przyjęciem, powinno być poddane analizie pod kątem niedopełnienia obowiązku przy jednoczesnym działaniu na szkodę interesu publicznego, co wyczerpywałoby znamiona przestępstwa z art. 231 § 1 k.k.

W odniesieniu do posłów, którzy wnieśli projekt nowelizacji ustaw sądowych do laski marszałkowskiej (jest ich 32, lista jest w projekcie ustawy), powinna być przeprowadzona analiza, czy takie działanie, jeśli miało na celu naruszenie Konstytucji i było przeprowadzone w ramach grupy wspólnie realizującej niedozwolony cel, wyczerpywało znamiona czynu zabronionego polegającego na udziale w zorganizowanej grupie albo związku mających na celu popełnienie przestępstwa (art. 258 kodeksu karnego).

W myśl art. 18 § 2 kodeksu karnego odpowiada za podżeganie, kto chcąc, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, nakłania ją do tego. Jeśli przyjmiemy powyższą perspektywę, naturalnym wyda się konieczność zbadania czy ktoś nakłania posłów lub senatorów do wniesienia omawianego projektu nowelizacji, czy też głosowania za jego przyjęciem, a jeśli tak było, sprawdzenie, czy nie odpowiada za podżeganie do przestępstwa z art. 231 § 1 k.k.

A co z autorami projektu?

Sytuację autorów projektu powinna być przeanalizowana z punktu widzenia art. 18 § 3 kodeksu karnego, zgodnie, z którym odpowiada za pomocnictwo, kto w zamiarze, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, swoim zachowaniem ułatwia jego popełnienie, w szczególności dostarczając narzędzie, środek przewozu, udzielając rady lub informacji; odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie.

Czy tym razem immunitet ochroni posłów i senatorów?

Dostrzegamy, że pewną tamę na drodze pociągania do ewentualnej odpowiedzialności karnej parlamentarzystów, w sytuacji gdyby prokuratura dopatrzyła się naruszenia prawa, stanowi immunitet posła i senatora.

Gdy chodzi o immunitet formalny, polegający na ograniczeniu odpowiedzialności ze względu na pełnioną funkcję na czas jej pełnienia – nic nie trwa wiecznie, nawet mandat parlamentarny.

Z kolei, gdy mowa o immunitecie materialnym, który polega na tym, że poseł lub senator nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu, z zastrzeżeniem art. 6a, warto zwrócić uwagę właśnie na treść art. 6a ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora.

Otóż stanowi on, że poseł lub senator, który, podejmując działania wchodzące w zakres sprawowania mandatu, narusza prawa osób trzecich, może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu lub Senatu. Okazuje się, że czyn naruszający jakiekolwiek uprawnienia (prawa) innych osób nie jest chroniony immunitetem materialnym.

A czy trzeba kogokolwiek przekonywać, że po wprowadzeniu proponowanych zmian ustaw sądowych każdy klient wymiaru sprawiedliwości pozbawiony zostanie prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd?

Wszystkim, którzy wezmą udział w debacie sejmowej, a następnie przystąpią do głosowania nad projektem nowelizacji ustaw o sądach, serdecznie życzymy, by nie skończyło się, jak we fraszce prof. Tadeusza Kotarbińskiego:

„Tyranie, lud Twój cierpi, żale jego rozpatrz!

– Kłamiecie! Skarg nie słyszę, karta życzeń pusta. –

Odrzekli: – Jakoż mogła dojść do głosu rozpacz,

Skoroś kazał rzecznikom zakneblować usta…”.

Dlaczego kraj należący do Unii Europejskiej nie może wprowadzać rozwiązań, które planują posłowie PiS? Specjalnie dla OKO.press wyjaśnia to prof. dr hab. Piotr Mikuli z UJ, konstytucjonalista.

Poselski projekt ustawy dyscyplinującej, zwanej też „kagańcową”, który został opublikowany na stronach Sejmu w nocy z 12 na 13 grudnia i jest obecnie procedowany w parlamencie, zakłada między innymi wprowadzenie odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów za dokonywanie samodzielnej  oceny, czy przepisy, na podstawie których orzekają, są zgodne z konstytucją, prawem międzynarodowym i prawem unijnym.

Projekt zakłada, że jeśli  sędziowie orzekną, że przepisy nie są zgodne i odmówią ich stosowania, będą podlegać karze.

Wprowadzenie takich rozwiązań w Polsce to krok do wyjścia z Unii Europejskiej. Przestrzegali przed tym m.in. Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego i Rzecznik Praw Obywatelskich, dziekani wydziałów prawa 13 uniwersytetów w całej Polsce, Komitet Helsiński i Polskie Towarzystwo Prawa Konstytucyjnego.

Opinie prawne przygotowane przez Sąd Najwyższy, Biuro Analiz Sejmowych i RPO również wskazują na niezgodność projektowanych zmian z Konstytucją i podstawowymi zasadami polskiego porządku prawnego, prawem międzynarodowym i prawem unijnym.

Dlaczego kraj należący do Unii Europejskiej nie może wprowadzać rozwiązań, które planują posłowie Solidarnej Polski i PiS?

Te kwestie wyjaśnia dr hab. Piotr Mikuli, profesor UJ*, kierownik Katedry Prawa Ustrojowego Porównawczego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W wywiadzie dla OKO.press tłumaczy, że:

  • Prawo UE w razie konfliktu z prawem krajowym ma pierwszeństwo;
  • Zasada pierwszeństwa prawa UE ugruntowała się przez lata i jest zasadą kardynalną. Jeśli państwo jej nie przestrzega, nie może należeć do Unii Europejskiej;
  • W żadnym kraju UE trybunał konstytucyjny czy sąd najwyższy nie negował, ani nie ograniczał prawa sędziów krajowych do rozstrzygania na korzyść prawa wspólnotowego czy unijnego w przypadku kolizji krajowych przepisów ustawowych z przepisami prawa UE;
  • Prawo polskich sędziów do dokonania takiej oceny wynika wprost z art. 91 konstytucji;
  • Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego przepisu, który zabrania sędziom stosowania się do zasady pierwszeństwa prawa unijnego jest przesłanką do opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej.

Tłumaczy też, dlaczego sędziów nie wolno karać za dokonywanie oceny, czy ustawa jest sprzeczna z konstytucją – co również jest w planach Solidarnej Polski i PiS.

Ekspert demaskuje również, co kryje się za wypowiedziami polityków, którzy twierdzą, że Polska nie musi przestrzegać prawa unijnego czy wyroków TSUE, ponieważ prymat powinna mieć konstytucja.

Wyjaśnia, że Polska, wstępując do UE, zgodziła się na pierwszeństwo prawa unijnego. I ma na gruncie prawnym wszelkie możliwości – ze zmianą konstytucji włącznie, co już miało miejsce –  żeby zawsze doprowadzić do zgodności prawa krajowego, w tym konstytucji, z prawem UE.

Wniosek? Dla prawników, rozbieżność między prawem krajowym a europejskim jest zawsze do rozwiązania. Za argumentem polityków, że te dwa komplementarne porządki są nie do pogodzenia, stoi polityczna wizja opuszczenia przez Polski Unii Europejskiej.

Odebranie sędziom możliwości poszanowania zasady pierwszeństwa prawa UE to krok do wyjścia z Unii

Anna Wójcik: Czy sędziowie mogą odmówić zastosowania przepisu prawa krajowego, jeśli jest niezgodny z prawem europejskim?

Dr hab. Piotr Mikuli: Oczywiście mogą, to jest podstawowa zasada prawa UE, wynikająca z utrwalonego orzecznictwa najpierw Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), a później po zmianie nazwy tego sądu, Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE).

Prawo UE w razie konfliktu z prawem krajowym ma pierwszeństwo. Ta kardynalna zasada po raz pierwszy została wyraźnie sformułowana w sprawie z 1964 roku Costa przeciwko ENEL, a w kilka lat później, w 1970 roku, rozwinięta w głośnej sprawie Internationale Handelsgesellschaft.

ETS zaznaczył, że żaden kraj nie może powoływać się na niezgodność prawa ówczesnych wspólnot europejskich – Unia Europejska powstała później – z własnym prawem krajowym, w tym z prawem konstytucyjnym.

Wspomniana zasada została zaakceptowana przez orzecznictwo krajów członkowskich UE, w tym również w Wielkiej Brytanii. Ze względu na obowiązującą tam zasadę suwerenności parlamentu i brak konstytucji w znaczeniu formalnym sprawa pierwszeństwa prawa UE była szeroko dyskutowana i przez część doktryny kontestowana. Niemniej, kwestię tę ostatecznie rozstrzygnięto w głośnej sprawie Factortame. Izba Lordów, pod wpływem odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane ETS, uznała, że w wypadku kolizji prawo wspólnotowe ma pierwszeństwo przed ustawami parlamentu.

W państwach członkowskich trybunały konstytucyjne bądź sądy najwyższe starały się pogodzić zasadę supremacji konstytucji krajowej z zasadą nadrzędności prawa wspólnotowego.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny rozstrzygnął relacje prawa krajowego i wspólnotowego m. in. w sprawach Solange I oraz Solange II. Niemiecki trybunał – a także sądy konstytucyjne w innych krajach – rezerwowały sobie prawo oceny zgodności z konstytucją przepisów wspólnotowych, ale na zasadzie wyjątku: w hipotetycznej sytuacji, gdyby prawo UE nie spełniało podstawowych standardów konstytucyjnych, takich jak ochrona podstawowych praw człowieka.

Natomiast w żadnym kraju UE trybunał konstytucyjny czy sąd najwyższy nie negował, ani nie ograniczał prawa sędziów krajowych do rozstrzygania na korzyść prawa wspólnotowego czy unijnego w przypadku kolizji krajowych przepisów ustawowych z przepisami prawa UE.

Prawo polskich sędziów do dokonania takiej oceny wynika wprost z art. 91 konstytucji.

Czy kraj Unii Europejskiej może zdecydować, że zasada pierwszeństwa prawa unijnego w nim nie obowiązuje?

Zasada pierwszeństwa prawa UE ugruntowała się przez lata i jest zasadą kardynalną. Jeśli państwo jej nie przestrzega, nie może należeć do Unii Europejskiej

W Sejmie złożono projekt ustawy, który zakłada, że sędziowie w Polsce będą odpowiadać dyscyplinarnie za odmowę zastosowania przepisu polskiego prawa, który jest niezgodny z prawem unijnym.

Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego przepisu, który zabrania sędziom stosowania się do zasady pierwszeństwa prawa unijnego, jest przesłanką do opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. W tym sformułowaniu nie ma cienia przesady.

Projekt nowelizacji zakłada też odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów sądów powszechnych za dokonywanie samodzielnej oceny, czy przepis polskiej ustawy jest zgodny z konstytucją.

Do niedawna znaczna część przedstawicieli nauki prawa konstytucyjnego twierdziła, że Trybunał Konstytucyjny powinien mieć monopol oceniania zgodności przepisów ustaw z konstytucją RP. To znaczy, że w sytuacji, gdy sąd ma wątpliwości, czy ustawa jest zgodna z konstytucją i chciałby odmówić jej zastosowania, to sam nie powinien tego czynić, tylko zwrócić się z pytaniem prawnym do TK. Zadanie takiego pytania prawnego przewiduje art. 193 konstytucji. Sam byłem zwolennikiem tego poglądu.

Natomiast uważam, że w przypadku delegitymizacji TK, gdy dokonuje się manipulacji w zakresie ustalania składów orzekających, gdy zasiadają w nim osoby, które nie są sędziami TK, mamy do czynienia z diametralnie odmienną sytuacją. Twierdzę obecnie zatem, że sądy powinny wziąć na siebie ocenę zgodności przepisów ustaw z konstytucją.

Jeżeli sąd bowiem zadałby pytanie TK, które następnie rozstrzygałby skład, w którym zasiada osoba nieuprawniona do orzekania w TK, to taki wyrok TK mógłby być podważony. Zresztą istnieją wątpliwości, czy to w ogóle byłby wyrok. Jaki byłby zatem dziś sens zadawania TK takiego pytania?

Chciałbym też zaznaczyć, że nawet jeśli nie bylibyśmy w tym wyjątkowym kontekście, w jakim jesteśmy w latach 2015-2019, gdy na niespotykaną skalę atakowana jest niezależność sądów, to przepis ustawy „dyscyplinującej”, który zakłada karanie sędziego za to, że nie zadał pytania TK, a sam rozstrzygnął kwestię zgodności przepisu ustawy z konstytucją, byłby niedopuszczalną ingerencją w niezawisłość sędziowską. Tym bardziej, że nigdy nie było w tej sprawie jednolitego stanowiska w nauce prawa. Wiele prominentnych przedstawicieli doktryny opowiadało się od początku wejścia w życie konstytucji za prawem sądów do takiego jednostkowego kontrolowania przepisów ustawowych tzn. aby w konkretnej sprawie sąd mógł nie zadawać pytania, tylko sam rozstrzygnąć o niekonstytucyjności.

W marcu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że procedura wyboru nowej KRS jest zgodna z konstytucją. Natomiast w 2020 roku Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok, w którym oceni status nowej KRS. Zakładając, że TSUE oceni, że neo-KRS nie spełnia standardów niezależności w rozumieniu prawa europejskiego. Jak to będzie rzutować na wyrok TK? 

Trzeba zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, TK stwierdził zgodność z konstytucją sposobu wyboru nowej KRS. Natomiast TSUE – jeżeli zechce ocenić status KRS przy okazji rozpatrywania skargi złożonej przez Komisję Europejską dotyczącej postępowań dyscyplinarnych sędziów – dokona tej oceny z perspektywy prawa UE.

Jeżeli jakieś państwo chce być członkiem UE, to przepisy tam obowiązujące muszą być nie tylko zgodne z konstytucją, ale także i z prawem unijnym. To, że TK wypowiadał się o konstytucyjności przepisów ustawy o KRS, zupełnie nie przeszkadza TSUE w uznaniu, że te przepisy są niezgodne z prawem unijnym.

Druga istotna kwestia: TK w marcu tego roku orzekał w składzie pięcioosobowym, w którym zasiadał m.in. pan dr hab. Justyn Piskorski, który nie jest sędzią TK (tzw. „sędzia dubler”). Wobec tego powstaje pytanie, czy ta decyzja trybunału jest w ogóle wyrokiem. W doktrynie są różne poglądy na ten temat. Jeśli to jest wyrok, to co najmniej wadliwy. Ale nawet, gdybyśmy założyli, że ten wyrok nie jest wadliwy, i tak fakt, że przepis o kreowaniu składu KRS został oceniony jako zgodny z konstytucją, nie przeszkadza, żeby status nowej KRS został oceniony przez TSUE z perspektywy prawa europejskiego.

Czyli w sytuacji, gdyby TSUE orzekł, że nowo utworzona KRS nie spełnia wymogów prawa europejskiego, to ustawodawca powinien doprowadzić do zmiany ustawy o KRS, aby nie było wątpliwości, że powołania sędziowskie, a w rezultacie sądy w Polsce, spełniają standardy unijne.

Czyli TSUE nie odbierze żadnej kompetencji naszemu TK?

Naturalnie. Ten wyrok TK – jeśli w ogóle to jest wyrok – to w tym zakresie wyrok afirmatywny, potwierdzający zgodność z konstytucją. Natomiast funkcjonowanie w obrębie UE wymaga zgodności przepisów z prawem unijnym.

Niektórzy politycy i media często podnoszą argument, że konstytucja stoi lub powinna stać ponad prawem unijnym.

Jeśli chce się być w UE, trzeba respektować wartości i standardy europejskie. Konflikt między konstytucją a prawem europejskim może się oczywiście pojawić. Mówił o tym polski TK w orzeczeniu, w którym oceniał zgodność traktatów z polską konstytucją. Jak stwierdził TK byłby to jednak niezwykle wyjątkowy przypadek, ponieważ oba porządki – polski, konstytucyjny i europejski, są oparte na tych samych wartościach.

Jeśli dojdzie do sytuacji, w której przepis konstytucyjny jest jaskrawo z sprzeczny z prawem unijnym, i nie da się tej niezgodności usunąć w wyniku wykładni, to jeśli państwo chce dalej funkcjonować w ramach UE, musi zmienić konstytucję. Ale to są, jak podkreślam, sytuacje dość rzadkie. Znane są jednak takie przypadki.

W Niemczech konstytucja została zmieniona pod wpływem wyroku ETS w głośnej sprawie Tanji Kreil. W niemieckiej ustawie zasadniczej funkcjonował przepis, który wykluczał możliwość służenia w Bundeswehrze kobietom, gdy w grę wchodziło użycie broni. ETS uznał, że taki przepis narusza prawo UE. I pod wpływem tego wyroku przepis niemieckiej Ustawy Zasadniczej zmieniono.

W Polsce zresztą też raz zmieniliśmy konstytucję pod wpływem prawa UE, żeby móc wprowadzić Europejski Nakaz Aresztowania. TK uznał za niezgodny z konstytucją przepis ustawowy, który włączał do Polski mechanizm europejskiego nakazu aresztowania, ponieważ konstytucja explicite wykluczała ekstradycję obywatela polskiego. Nie było wówczas wątpliwości, żeby zadecydować o stosownej nowelizacji konstytucji.

Czy zatem spór jest do rozwiązania, o ile taka jest wola polityków?

Oczywiście. Jeżeli ktoś się uprze i chce wykazywać wyższość konstytucji nad prawem UE to, oczywiście, jest to możliwe. Ale wtedy trzeba zastosować mechanizm z art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej, czyli rozpocząć procedurę wystąpienia z Unii Europejskiej.

Jeśli się uda zabić niezależny wymiar sprawiedliwości, to kto zabroni PiS napisać identyczną ustawę o zawodzie dziennikarza, lekarza czy nauczyciela i zapisać w niej, że prawo do wykonywania zawodu traci każdy, kto skrytykuje „konstytucyjne organy państwa”?

Tysiące ludzi protestowało przeciw zmianom w prawie o ustroju sądów powszechnych. Zmianom, które, jeśli wejdą w życie, praktycznie zlikwidują niezależne sądownictwo w Polsce, podporządkują sądy, w tym Najwyższy, specjalnym komisjom powoływanym przez polityków i umożliwią prokuratorom ściganie sędziów i „opiniowanie”, czy powinni orzekać.

Umożliwią także podobne uderzenie (w niedalekiej przyszłości) w inne zawody, krytykujące władzę, a nawet strajkujące przeciw niej. Bo jeśli się uda zabić niezależny wymiar sprawiedliwości, to kto zabroni PiS napisać identyczną ustawę o zawodzie dziennikarza, lekarza czy nauczyciela i zapisać w niej, że prawo do wykonywania zawodu traci każdy, kto skrytykuje „konstytucyjne organy państwa”? Czyli rząd?

Wielu krytyków PiS, w tym ja, spodziewało się takiego obrotu sprawy, niektórzy jednak sądzili, że partia Kaczyńskiego wstrzyma się z takimi pomysłami na czas kampanii prezydenckiej, nie chcąc mobilizować elektoratu opozycji. Nie wstrzymała się. To oznacza, że Jarosław Kaczyński jest tak pewny siebie lub tak zdesperowany, że – zupełnie jawnie – ma w nosie obywateli, opinię publiczną, komentatorów, politycznych konkurentów, konstytucję, gremia międzynarodowe, Parlament Europejski, który we wtorek 17 grudnia debatował o praworządności w Polsce.

Uchwalenie tego prawa oznacza wyjście Polski z Unii Europejskiej, ponieważ przewiduje ono ściganie sędziów za wykonywanie wyroku TSUE dotyczącego KRS (każdy, kto zapyta, czy wyrok wydany przez sędziów, w których skład wchodził bezprawnie wybrany sędzia z pisowskiej KRS będzie miał nieprzyjemności – zresztą nie „będzie miał”, tylko „ma”, bo to już się dzieje). A każdy kraj, który nie wykonuje wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE, wylatuje z Unii.

Słyszałam dziś komentatorów mówiących, że „jeśli PiS się nie opamięta, wylecimy z Unii”. Zadumałam się nad tą nadzieją niektórych, że „PiS się opamięta” bo ja, w przeciwieństwie do wielu moich kolegów po fachu uważam od jakiegoś czasu, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii i że to jest jego świadomie i konsekwentnie realizowanym celem. Nie nazywa tego tak i nie nazwie, będzie zaprzeczał do końca, że to robi, nie zrobi tego formalnie, jak rząd brytyjski (a więc bez oficjalnego polexitu), ponieważ członkostwo w UE cieszy się dużym poparciem Polaków – niemniej to właśnie zrobi. Nie będzie nas w UE, bez względu na to, czy odbędzie się formalny polexit, czy nie.

To gotowanie żaby znamy przecież od początku rządów PiS, zaczęło się wtedy i trwa – po sędziach, i tego też jestem pewna, przyjdzie kolej na dziennikarzy, a potem na innych.

Celem PiS nie jest Polska w UE, tylko na Wschodzie, w strefie wpływów Rosji. Na to właśnie wskazuje wieloletnie, konsekwentne postępowanie tej partii. Słowa zaprzeczają, ale wobec takich czynów, takich faktów, słowa są bez znaczenia, stanowią tylko zasłonę dymną. To już się dzieje, to już trwa i jeśli pozwolimy PiS zniszczyć sędziów, już po nas.

Pisowska prawda

Na rynku w Przemyślu policjanci wynieśli mężczyznę, który krzyczał „Precz z polskim faszyzmem”.

W ten sposób protestował przeciwko osobom, które przeszkadzały w happeningu na rzecz dialogu polsko – ukraińskiego. Postawiono mu zarzuty za obrazę polskiego narodu.

Happening był zorganizowany przez Annę Dąbrowską ze stowarzyszenia Homo Faber.

Celem wydarzenia było przypomnienie o Ukraińcach mieszkających w mieście oraz rozwijanie dialogu polsko – ukraińskiego. W wydarzeniu brał również udział prezes Związku Ukrainców w Polsce – Piotr Tyma. Wydarzenie było zgłoszone władzom miasta, ale prezydent – Wojciech Bakun (Kukiz15) nie zgodził się na nie. Decyzję tłumaczył, że organizatorzy nie dopełnili formalności.

Jednak po interwencji Biura Rzecznika Praw Obywatelskich happening się odbył, a ludzie na rynek przynosili flagi polskie, unijne i ukraińskie. W miejsce, gdzie odbywało się wydarzenie przyszły również osoby ubrane w tzw. odzież patriotyczną i puszczali antyukrainską muzykę oraz krzyczeli na zgromadzonych „banderowcy”.

„Mec. Elżbieta Kosińska-Kozak, Maciej Ślusarek i Michał Zacharski wnieśli pozew przeciwko TVP w imieniu 10 osób, których wizerunkami pozwana posłużyła się do partyjnej propagandy w wyniku ogórekgate. Połączone kancelarie pod patronatem kanc. Dubois i wspólnicy działają pro bono” – poinformowała na Twitterze jedna z działaczek Ewa Borgońska. Wspólnie z innymi aktywistami 2 lutego tego roku protestowała przed siedzibą TVP przeciw partyjnej manipulacji w przekazywanych informacjach.

Podczas manifestacji – według TVP Info – mieli oni rzekomo „atakować” Magdalenę Ogórek. Ich wizerunki wraz z danymi zostały upublicznione w głównym wydaniu „Wiadomości” i innych programach informacyjnych TVP. O tym w artykule „Widzę, że [„Wiadomości” TVP] nowe standardy dna wyznaczają”. W sprawie interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich, który uznał, że naruszono ich prawa do prywatności.

Osoby, w imieniu których złożono pozew przeciw TVP, uważają, że zostały naruszone ich dobra osobiste, dobre imię i godność osobista. – „Wykorzystano w sposób bezpośredni ich imiona, nazwiska, wizerunki, a także zajmowane stanowiska zawodowe, co miało w jeszcze większym stopniu spowodować napiętnowanie powodów i uznanie ich za persona non grata w społeczeństwie”– napisano w pozwie.

„Obóz władzy nie odpuszcza. Teraz pora na to, by wyśmiać dziewczynkę, która ma czelność protestować przed Sejmem. Rezolutny przedstawiciel obozu władzy pisze, że trudno nazwać ją „rezolutną”. Może to czytać ona, jej rodzice, dziadkowie. Okropne czasy” – skomentował na Twitterze Janusz Schwertner z onet.pl. Po chwili dodał: – „Poseł J. Gowina śmieje się, że 13-latka protestująca przed Sejmem nie wygląda na rezolutną. Jego fani: „biedne dziecko”, „nie umie składać zdań”, „kurator powinien odwiedzić jej rodziców”. Na Boga, co wy robicie?”. To jeden z wielu komentarzy, które pojawiły się po tweecie Kamila Bortniczuka z partii Gowina Porozumienie. – „Trudno o tej dziewczynce powiedzieć: „rezolutna”. Równie trudno uwierzyć, że to jej własna inicjatywa” – napisał poseł Bortniczuk, oceniając filmik z nagraną jej wypowiedzią.

O rozpoczętym przez 13-letnią Ingę Zasowską „Wakacyjnym strajku klimatycznym” w artykule „Nastolatka protestuje przed Sejmem przeciw „politykom, którzy nie walczą ze zmianami klimatu”. A Kamil Bortniczuk w wyborach 2015 r. nie dostał się do Sejmu, zajął trzecie tzw. niemandatowe miejsce. Posłem został dopiero po ostatnich wyborach samorządowych, kiedy zasiadł w parlamencie na miejscu posła, który został burmistrzem Namysłowa. Dodajmy, że Bortniczuk to ojciec czworga dzieci.

„Człowieku zrób to lepiej. Pokaż wszystkim, w tym swoim dzieciom, że wiesz jak ważna jest dbałość o środowisko. Chyba, że nie wiesz i masz to w nosie. Twoje dzieci się za Ciebie wstydzą lub będą wstydziły”; – „Co w tym, co ta dziewczyna mówi, jest głupiego? Pan na czworo dzieci. Trudno mi uwierzyć, że ten tweet wyszedł spod ręki ojca czwórki”;

„Jeżeli Kamil Bortniczuk nie ogarnia wyobraźnią, że mogą być tak rezolutne dziewczynki i rozumiejące, co to jest globalne ocieplenie to tylko z powodu, że jego środowisko, w którym się kręci jest mocno zaślepione bzdurami artykułowanymi przez Morawieckiego”; – „W obozie władzy nie ma inicjatyw bez pozwolenia, dlatego nie rozumieją jak nastolatka może to robić z własnej inicjatywy”; -„ Niesamowite jest to dążenie Totalnej Władzy (PIS) do unicestwienia samodzielnego myślenia. Nauczyciele źli, sędziowie źli, naukowcy źli. To bardzo jasny i czytelny obraz” – pisali oburzeni internauci.

Jaka poprawność polityczna zabrania nazwać publicznie kłamcą tego, komu dowiedzie się kłamstwa, a oszustem tego, kto oszukuje?

Doświadczenie uczy, że bardzo trudno jest wygrać wybory nie oferując atrakcyjnego projektu przyszłych rządów, bez wizji kraju, w którym wyborcy bez trudu dostrzegą miejsce i korzyść dla siebie. Jednak nawet tak fascynująca wizja, która mogłaby porwać naród na równe nogi, a przeciwnika na strzępy, nie zapewni wyborczego zwycięstwa, jeśli wizjonerskiemu ugrupowaniu zabraknie wiarygodności. Wie o tym prezes i dlatego aparatczycy PiS stają na głowach by przekonać Polaków o własnej wiarygodności i równocześnie odebrać ją konkurentom.

Prorządowe szczujnie potrafią zmajstrować horrendalną aferę z byle potknięcia opozycji i ukręcić łeb grubym przekrętom we własnej formacji. Okazało się, że sprawa wspierającej PiS firmy GetBack, gdzie tysiące ludzi ulokowało swoje oszczędności i straciło 2,5 miliarda, to mały pikuś w porównaniu z wielką aferą obyczajową prezydent Gdańska, którą złapano na zakupie dwóch butelek wódki.  Do dzisiaj wypomina się ludziom z PO, że jedli ośmiorniczki (do kupienia w każdej Biedronce w cenie podrzędnej wołowiny) i że jeden z nich to nawet miał drogi zegarek i go nie zgłosił, za co słusznie wyleciał z ministerialnej posady. Natomiast minister z PiS, który w zeznaniach o dochodach nie mógł się doliczyć własnych hektarów o wartości setek tysięcy zł, bez trudu otrzymał mandat europosła, podobnie jak minister, która rozłożyła na łopatki polski system oświaty, i jak premier, która sama sobie przyznawała sowite premie, bo jej się należały.

Z braku spektakularnych potknięć opozycji aparatczycy PiS sięgają do bogatego zasobu kłamstw.  Bo dzisiaj nie są już potrzebne preteksty, by opluć przeciwników politycznych i odebrać im wiarygodność. Wystarczy skonstruować odpowiednio intrygujące kłamstwo i powtarzać je tak intensywnie i tak długo, aż stanie się prawdą i z obiegu sterowanego przez inżynierów dusz wspieranych przez partyjne trolle wejdzie do spontanicznego obiegu publicznego. Ludzie to kupują, bo prawda jest na ogół nudna, a atrakcyjnie podane kłamstwo, nawet tak nieprawdopodobne, jak podejmowane przez TVPiS próby obarczenia odpowiedzialnością polityków PO i Jurka Owsiaka za zamordowanie prezydenta Adamowicza, nobilituje w środowisku i pozwala poczuć się „dobrze poinformowanym”.  I nie ma znaczenia, że kłamstwo się wyda. Znacznie więcej ludzi zapamięta, że „znany belgijski dziennikarz” po francusku nazwał Donalda Tuska niemieckim zdrajcą, a o wiele mniej widzów dowie się potem, że to fałszywka, bo ów dziennikarz jest w rzeczywistości pracownikiem telewizji Jacka Kurskiego.

Szkalowanie konkurencyjnych formacji politycznych jest łatwe, bo politykom nie wierzy się z definicji. Jest też skuteczne, ponieważ oceny zerojedynkowe ułatwiają percepcję i szybciej pozwalają ułożyć sobie obraz rzeczywistości – fałszywy, ale kompletny i zrozumiały . Natomiast opluskwianie ludzi z pierwszych stron gazet podnosi samoocenę odbiorców, budząc uczucie satysfakcji, że VIP i celebryta okazuje się zwykłym człowiekiem, takim jak ja, albo nawet gorszym. Te oczywiste prawidła psychologiczne bez żenady wykorzystują aparatczycy PiS, nie cofając się przed budzeniem i podsycaniem w ludziach mrocznych instynktów agresji, nienawiści wobec obcych, zawiści wobec lepszych od siebie i żądzy odwetu wobec tych którzy ośmielają się dowodzić nieprzyzwoitości i bezprawia.

PiS zyskuje wiarygodność powtarzając przy każdej okazji, że jest formacją prawą i sprawiedliwą, w odróżnieniu od opozycji, która kłamie, kradnie i oszukuje. Każdego dnia przybywa kłamstw, które mają dowodzić tej tezy, a każde z nich powielane jest w tysiącach egzemplarzy. Nie jest odkryciem, że kłamstwo powtórzone setki razy staje się prawdą. Odkryciem jest natomiast – przynajmniej dla opozycji – że reguła ta działa w obydwie strony. Również każda prawda kwestionowana przez rządzących może się przebić do świadomości odbiorców, jeśli powtarzana będzie po wielokroć i jeśli argumenty poddające ją w wątpliwość będą uporczywie obnażane. Niestety, aktywność partii koalicyjnych, zderzających się z kolejnymi przejawami robaczywej wyobraźni aparatczyków PiS, sprowadza się często do wzruszenia ramionami, krótkiej opinii o absurdzie oskarżenia lub do konferencji prasowej informującej, zarzut mija się z prawdą, a oskarżenie jest oburzające.

Co się stało z jedyną bodaj skuteczną akcją odkłamywania polskiej rzeczywistości na objazdowych banerach? Dlaczego podczas kampanii do Europarlamentu sądy, które mogłyby w trybie wyborczym weryfikować kalumnie PiS, były niemal bezrobotne? Czemu myślący przecież ludzie opozycji tak często tracą głowę w telewizyjnych programach gadających głów, dają się przytłoczyć fali kłamstw i niezdarnie tłumaczą, że to nie tak, bo prawda jest inna? Dlaczego dotąd żaden z nich nie zwrócił się wprost do widzów, by wyjaśnić, że to co słyszą od rozmówcy z PiS jest tekstem wymyślonym przez speców od propagandy i agitacji, który tego dnia można usłyszeć od każdego funkcjonariusza PiS, że zostali oni przeszkoleni, by krytyczne uwagi kontrować atakiem na poprzedni rząd, by przerywać kłopotliwe pytania, podnosić głos i zakrzykiwać niewygodne zarzuty? Czemu tak rzadko żąda się na wizji dowodów kłamliwej informacji i pozwala się utopić ją w powodzi kolejnych łgarstw? I wreszcie, jaka poprawność polityczna zabrania nazwać publicznie kłamcą tego, komu dowiedzie się kłamstwa, a oszustem tego, kto oszukuje?

Grożąc sądem naukowcom z Krakowa, którzy ośmielili się skrytykować projekt nowelizacji Kodeksu Karnego, Zbigniew Ziobro argumentował, że proces będzie formą obrony ministerstwa, rządu i wszystkich Polaków przed kłamstwem. Wobec powszechnego oburzenia Kaczyński nakazał wycofanie pozwu, ale zarzutu, że prawnicze autorytety naukowe z Krakowa kłamią, nikt nie cofnął. I chyba nie będzie procesu Ziobry o zniesławienie, skoro nie ma już sprawy.  Podobnie wątpliwe jest, by Jarosław Kaczyński odpowiedział przed sądem za idiotyczne oskarżenie byłego premiera Krzysztofa Bieleckiego (który uczestniczył w rozwiązaniu Układu Warszawskiego), że chciał zlikwidować polską armię. Będzie zapewne ubolewanie, że ktoś coś wyrwał z kontekstu i nie ma sprawy. Tyle, że sprawa jest. I to o wiele poważniejsza niż autorytet krakowskich koryfeuszy prawa i dobre imię byłego premiera.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>