Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju, odsuwając od władzy tych ancymonków

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Reklamy

Patologie PiS i Kościoła kat.

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Morawiecki i Szydło, czyli skunks i koza

Beata Szydło nie zostanie wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego – tak wynika z nieoficjalnych informacji RMF FM. Była wicepremier nie jest kandydatką na to stanowisko frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE, do której należy PiS. Osobą wyznaczoną przez PiS ma być Zdzisław Krasnodębski.

Co więcej, Szydło nie jest nawet brana pod uwagę przy obsadzie władz frakcji EKR. Na wiceprzewodniczącego tego klubu wysunięto Ryszarda Legutkę, a kwestorem ponownie ma zostać Karol Karski.

Kpinom i żartom internautów z byłej wicepremier nie było końca: – „Jedna z najważniejszych kobiet na świecie, a tak jej nie doceniają we własnej frakcji…”; – „Szydło już zaliczyła potężną klęskę w PE”; – Żeby chociaż posadę szatniarki lub bufetowej dostała…..”; – „Znowu prezes oszukał bidulkę… i to w dniu swojego święta hahahaha”.

„Miejmy nadzieję że Polacy nie dadzą się nabrać na te sztuczki… Bo gdyby nie wybory, nie ustąpiliby i następnym razem znowu spróbują zaszkodzić festiwalowi” – skomentowała na Facebooku jedna z internautek.

To jedna z wielu podobnych reakcji na tweet Mateusza Morawieckiego: – „Po rozmowie z Joachimem Brudzińskim i minister Elżbietą Witek, w trosce o bezpieczeństwo uczestników festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, poleciłem ministrowi Andrzejowi Adamczykowi przygotowanie pociągów, które dowiozą uczestników na miejsce. Będzie on także zabezpieczony przez służby podległe MSWiA”.

Do tego polecenia odniósł się na Facebooku Jerzy Owsiak. – Mówiąc krótko – zwyciężył zdrowy rozsądek! (…) Dziękujemy bardzo mocno wszystkim Rodakom, którzy tak pięknie i spontanicznie, a przede wszystkim – natychmiast odpowiedzieli na nasz apel i ruszyli pomóc fanom muzyki w dotarciu do Kostrzyna nad Odrą. (…) To jest festiwal nas – setek tysięcy Polaków w różnym wieku, a także dziesiątek tysięcy gości z całego świata, którzy podziwiają polską organizację, oraz jego muzyczną, a przede wszystkim edukacyjną stronę” – napisał m.in. szef WOŚP.

Internauci w komentarzach pod wpisem Owsiaka sceptycznie komentowali decyzję premiera: – „To przedwyborcza ustawka z tymi pociągami. Naraz dobry wujek PINOKIO się znalazł. Gotowy na dużej scenie z Kurskim zagrać na gitarach”; – „Troszkę spóźniona troska jaśnie panującego nam Premiera, zrobił to wyłącznie pod słupki wyborcze, pomijając fakt, że lokalni opozycyjni politycy załatwili sprawę dojazdu kilka dni wcześniej”

 „W jakim kraju żyjecie, aby Premier decydował o pociągach… To jest Alternatywy 4?”; – „Zakazać czegoś, zmienić zdanie i ogłosić sukces. Zorientowali się, że ten zakaz nic nie da. Ludzie potrafią się zorganizować na przekór władzy”; – „Zwyciężyła kalkulacja polityczna, a nie zdrowy rozsądek. Mogli zabłysnąć wojewodowie gorszego sortu, a prezes nie może dopuścić, żeby spadła na nich chwała w tak głośnej sprawie… Słowem: Mateusz stworzył problem po to, żeby go spektakularnie rozwiązać…”.

Choć po latach niepowodzeń politycznych, dziś prezes PiS Jarosław Kaczyński może się uznawać za człowieka sukcesu, to dziś, gdy obchodzi 70. rocznicę swoich urodzin, woli chwalić się życiorysem swojego brata. Tylko tak można wytłumaczyć zdecydowanie przesadnie huczne obchody urodzin zmarłego w 2010 roku Lecha. Budowanie jego legendy, wbrew faktom i dokonaniom stanowi istotny element dogmatycznego otoczenia obecnej władzy.

Dziś pod pomnikiem nieżyjącego prezydenta kwiaty złożyły delegacje rządowe, a także ministrowie oraz politycy. W porannych uroczystościach na placu Józefa Piłsudskiego w Warszawie brał udział premier Mateusz Morawiecki w asyście ministrów Michała Dworczyka oraz Marka Suskiego. Wieńce złożyli także m.in. wiceprezes Rady Ministrów Jacek Sasin, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Można wręcz było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś niezwykle ważnym dla wszystkich Polaków świętem państwowym.

W całej tej sytuacji zadziwiające i jednocześnie absurdalne jest to, że sam prezes PiS próbuje nieustannie przekonywać, że on sam obchodzić urodzin nie chce, dba o swoją prywatność a partyjnym podwładnym zabrania organizowania mu wystawnych przyjęć rocznicowych, w stylu politycznego i biznesowego sojusznika ojca Tadeusza Rydzyka. Nawet w tej sytuacji próbuje się on chować za budowanym mozolnie i nie zawsze w zgodzie z faktami wizerunkiem swojego brata, pozostając w jego cieniu.

Dlatego też korzystając z okazji ja życzę mu, by w końcu z tego cienia wyszedł i wziął odpowiedzialność za swoje działania. Będzie wówczas znacznie prościej go z nich rozliczyć…

Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej

Nie ulega dla nikogo wątpliwości, że przyszłość Polski zależy od wyników nadchodzących wyborów. Niestety, wybory do Parlamentu Europejskiego są fatalnym, wręcz złowróżbnym prognostykiem. Nie chcę udawać wielkiego specjalisty od wyborów, lecz chciałbym się podzielić swymi uwagami na temat tego, co powinna i co może zrobić opozycja.

Prawdziwa „burza mózgów” wydaje mi się zadaniem pilnym, więc na miejscu Grzegorza Schetyny i innych liderów dołożyłbym starań, żeby zaprosić grono prawdziwych specjalistów, którzy mogliby pomóc w formułowaniu haseł i celów kampanii, a także w konstrukcji profesjonalnego (!!) sztabu wyborczego.

Takie zgromadzenie mogłoby wnieść dużo – a w każdym razie pozwoliłoby na orientację co do możliwości kampanijnych.

Jednakże moim swego rodzaju „konikiem” jest wołanie o to, aby uruchomić oddolne siły społeczne. Po raz nie wiem już który nawołuję, aby Kluby Obywatelskie PO uruchomić na znacznie większą skalę, przede wszystkim w Polsce powiatowej – chodzi o to, aby stały się platformą dyskusji publicznej, gdzie przychodzą ludzie bez względu na swe orientacje wyborcze – a więc także z PiSu, a może położyć akcent, żeby część tych wyborców się na dyskusjach pojawiła. Ich celem powinna być konfrontacja propagandy z wiedzą – bowiem kłamstwo i nieprawda tak się rozpanoszyły, że już nikt nie jest niczego pewien. Spotkania ze specjalistami – ale właśnie z przewagą informacji nad interpretacją – mogą pozwolić na osłabienie tak uderzającego „podziału informacyjnego” w Polsce. Co przez to rozumiem? Sądzę, że Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej. Oczywiście, nie jest ona tak jednolita, jak poprzednia, ale jednak zróżnicowanie nie likwiduje zasadniczego podobieństwa postaw. Naruszenie spójności pisowskiego obrazu świata to początek samodzielnego myślenia, zwłaszcza, jeśli zarazem będzie skojarzone z lokalnymi, konkretnymi sprawami.

Ale to nie koniec oddolnego działania. Już w 2015 roku kampania PiSu uruchamiała w dużym stopniu swoich zwolenników na prowincji. Powtórzyło się to w ostatnich wyborach w spektakularny sposób. Też już pisałem o Mławie, gdzie byłem tydzień przed wyborami i gdzie rozliczne płoty prywatnych posesji udekorowane były plakatami kandydatów PiSu, i to od centrum miasta aż po opłotki. Rzecz jasna, że Koalicja Europejska nie miała niczego, choć jej zwolenników tam nie brakło. W dodatku, mniejszość, umiejętnie przygotowana, zmotywowana może obudzić w sobie naprawdę dzielnego ducha, by starać się pokazać niechętnej większości. Uruchomienie lokalnej inicjatywy, pomysłów, aktywności „lokalsów” może przynieść pozytywne efekty, znacznie przekraczające oczekiwania. I dać może dużo bez dodatkowych kosztów.

A co „od góry”? Zgodnie z moimi przypuszczeniami, teraz już wiemy, jak głęboką i dobrą diagnozą socjologiczno-wyborczą dysponuje PiS. Nie ma żadnej możliwości, aby to nadgonić, nawet przy dużych nakładach finansowych, a te są przecież znacznie mniejsze niż rządzącej partii, na pewno wykorzystującej również możliwości państwowe… Jednak można osiągnąć w stosunkowo niedługim czasie dobre rozeznanie poprzez analizę istniejących badań. CBOS często się krytykowało ostatnio, uważając, że wyniki wyborcze tej firmy są nieprawdziwie wysokie dla PiSu. Wyniki wyborów do PE – jak sądzę – pokazały, że akurat w tej kwestii – stopnia poparcia dla „tego okropnego PiSu” – CBOS był najbliższy prawdy. Piszę to dlatego, że w dostępnych badaniach CBOSu jest ogromna ilość ważnych informacji, których umiejętne przetworzenie i zinterpretowanie dać może bardzo dobrą bazę wiedzy socjologicznej, przydatną w wyborach. A jeszcze, jeśli dodać do tego badania Kantaru – to na pewno można mieć świetny obraz Polaków. Najważniejsze: skonstruowanie zespołu, który byłby w stanie należycie dane zgromadzić i przetworzyć, i to na innym poziomie, jak pewne badania wyborcze z 2014 roku dla PO, z których wynikało, że PiS to, jak stara wiejska chata, a PO to nowoczesne, szklane wieżowce… A wynik był w istocie dla Platformy już wówczas niekorzystny – ale nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków i przegrano w sposób – powiem to, jako choć trochę specjalista – skandaliczny. I to pomimo tego waloru, który z wyrachowaniem i cynizmem użył Jarosław Kaczyński: populistyczne datki społeczne. Ale nawet i te datki były świetnie ulokowane w wiedzy o tym, czego chcą Polacy.

Dalej. PO i Koalicja Europejska uczyniła krytykę rządów PiSu i mobilizację przeciwko PiSowi główną treścią swego przekazu. Owszem, coś tam się mówiło o planach na przyszłość oraz składało przyrzeczenia, że populistyczne datki społeczne będą utrzymane. Już co do tego można było mieć wątpliwości, bo nadejście spadkowego cyklu w gospodarce po prostu uniemożliwi każdemu rządowi zachowanie aktualnego status quo, przynajmniej, jeśli nie wzrośnie znacząco w tym czasie dochód z działalności gospodarczej (a na to się, póki co nie zanosi). W tym czasie kampania PiSu konstruowała obrazy kolejnych zagrożeń, jakie stwarza opozycja dla narodu i społeczeństwa, i dla Polski w Europie. Jeśli więc element antypisowski ma być treścią kampanii, to niechże będzie adekwatną odpowiedzią na akcje PiSu: powinno się w możliwie prosty i przemawiający do zdrowego rozsądku sposób wskazać, jakie zagrożenie niosą ze sobą te rządy. Ale to powinno się formułować w postaci jednoznacznego, oskarżycielskiego komunikatu, którego treść będzie jednak oparta na rzeczywistych, prawdziwych przesłankach. Np., ile będzie wynosiła emerytura obecnej 30 – albo 35 latki? Jeśli walczyć z PiSem to równorzędną bronią: pokazać, jakim wrogim dla narodu zagrożeniem są rządy PiSu i co spowodują za kilka lat.

Jednakże najważniejsze jest zaproponowanie nowej wizji narodowej. Podkreślam to słowo, bo wydaje się kluczowe. Chodzi mi o to, aby zaapelować do „narodu” inaczej określonego, inaczej scharakteryzowanego niż naród pisowski. A ponieważ opozycja nie dysponuje możliwościami przekupstwa wyborczego, typu +1000 dla każdego emeryta, powinna to zrekompensować wizją lepszej przyszłości. Wiem, że to tak łatwo się mówi, ale przecież już z samego stanowiska opozycji wobec destrukcji demokracji w Polsce można zbudować spójny obraz lepszej demokracji. I skoro PiS obiecał 500+, można obiecać zwiększony udział obywateli w podejmowaniu decyzji, a nawet wstępnie wyłożyć pewne ogólne procedury, które miałyby temu służyć. I wykorzystać do ilustracji ich działania przykłady złych przypadków, do których by nie doszło, gdyby obywatele mieli więcej do powiedzenia. Nade wszystko warto pomyśleć i przedstawić wizję lepszego państwa – państwa, którego biurokracja nie jest przeciw obywatelom, ale nawet, gdy coś przebiega uciążliwie – to prowadzić musi do dobrego wyniku. Tematów jest wiele, w tym – także – realny projekt zmian w systemie służby zdrowia.

W Anglii, po rezygnacji Margaret Thatcher torysi wygrali i wybrali Johna Majora – głównie z powodu jego błyskotliwej kampanii o zmianach w działaniu administracji państwa pod kątem równości i życzliwości dla obywatela. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać – oczywiście jako inspirację – tamte wzory dla sfomułowania obietnic wyborczych. Ale to też wymaga natychmiastowego uruchomienia poważnej dyskusji ze specjalistami i to nie tylko „fachurami od kampanii”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Tusk rozjechał pisowskie ancymonki

Wiemy nie od dziś, że komisje śledcze są dla wielu polityków szansą zaistnienia. Częściej przypominają show niż prawdziwe rozwiązywanie problemów.

Poniedziałkowe posiedzenie komisji śledczej również nie było wolne od żartów czy uszczypliwości. Przyznać jednak trzeba, że przebiegało w dość kulturalnej atmosferze.

Przed komisją śledczą ds. VAT stanął szef RE Donald Tusk. Przesłuchiwany był nie tylko przez posłów z obozu władzy, ale również przez członka komisji z PO, Zbigniewa Konwińskiego. Podczas przesłuchania poseł Platformy przypomniał politykom PiS, że oskarżając jego formację o sprzyjanie przestępcom VAT-owskim, zapomnieli, że sami głosowali za nowelizacją ustawy, o której dziś mówią, że sprzyjała przestępcom.

Chodzi o przyjętą w 2008 roku nowelizację, zgodnie z którą zniesiono tzw. 30 proc. sankcje VAT. Do czasu przyjęcia tej nowelizacji możliwe było nakładanie kar na podatników, którzy naruszali przepisy czy też się pomylili. Dziś PiS uważa, że właśnie ta nowelizacja przyczyniała się do powiększenia luki VAT.

Podczas przesłuchania Konwiński zauważył, że: „za tym projektem, który miał się przyczynić do grabieży, mówiąc językiem paskowym z TVP Info, 250 miliardów, głosowali pan minister Błaszczak, Antoni Macierewicz, Beata Szydło, Tchórzewski Krzysztof, Ziobro Zbigniew. I dalej dodał: „Można wyciągnąć z tego wniosek, że np. Beata Szydło uczestniczyła w grabieży 250 mld zł”.

Na to Donald Tusk, będący w dobrej formie intelektualnej, stwierdził:

„Jestem przekonany, że TVP zgodnie z wysokimi standardami przekaże te informacje dokładnie, jak wygląda sprawa sankcji”. A po chwili dodał„Żartuję sobie trochę”.

Na koniec jednak z ust szefa RE padły mniej śmieszne słowa:

„Dzisiaj ofiarami mogą być wasi poprzednicy, jutro ofiarami takiego myślenia będziecie wy, a tak naprawdę ofiarą będzie Polska. Takiego nieustannego ścigania się nawzajem. A pretekst zawsze się znajdzie. I to jest moja uwaga, którą dedykuję wszystkim”.

Więcej Tuska >>>

O innym łajdaku nie możemy zapominać – o Ziobrze.

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że obecna władza co rusz łamie granice normalnej debaty politycznej, jednak to, co działo się w ostatnich dniach w kwestii szykowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości pozwu przeciwko profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego przeszło wszelkie oczekiwania. Abstrahując już od faktu, że przeciwko prawniczym autorytetom stają często marni magistrzy, którzy z trudem ukończyli aplikacje prawnicze, sam zamiar pozwania naukowców za napisanie subiektywnej opinii prawnej na temat fatalnej nowelizacji kodeksu karnego jest wydarzeniem bez precedensu.

Na resort Zbigniewa Ziobry spadły gromy ze strony środowisk naukowych i mediów. Jeszcze dziś rano wydawało się, że buta jednak wygra i pozew zostanie złożony. Przecież w Polsce PiS nie wolno władzy krytykować, ani publicznie podważać jej prawdziwych motywów.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny musiał sobie jednak przypomnieć, że w procesie przejmowania kolejnych instytucji państwa nie udało się jednak zdobyć kontroli nad orzecznictwem sądów, a ewentualna przegrana w sprawie mogłaby mieć miejsce w gorącym przedwyborczym okresie. Poinformował właśnie media, że w zasadzie to on tylko tak sobie żartował a resort wcale żadnych kroków prawnych przeciwko profesorom z UJ podejmować nie zamierza.

Kolejny raz siła Zbigniewa Ziobry okazuje się iluzoryczna…

I co najważniejsze. Naukowcy chcą pozwać Ziobrę.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Obecnie widzimy, jak wciry dostaje Marcin Horała, który szefuje komisji ds. VAT. Tusk punktuje go i posyła na dechy. Spektakl jest jednostronny i gdyby to był boks, Horała odesłany zostałby do narożnika już w pierwszej rundzie.

Przesłuchanie Tuska uzmysławia, że mamy dwie Polski. Nie tylko polityczne, jedną Polskę otwartą, ambitną, z różnymi mniej i więcej zdolnymi ludźmi. A z drugiej strony Polskę załganą, której patronuje prezes Jarosław Kaczyński, lgną do niego postaci, które nie mają większych talentów, acz chcieliby przeszwarcować się przez politykę i życie, jak wspomniani Wassermann i Horała.

Horała może i przygotował się do przesłuchania Tuska, lecz w nocy musiały dopaść go koszmary. Zapamiętamy go, iż do Unii Europejskiej zaliczył Lichtenstein i Andorę. Niespecjalnie to różni się od wiedzy Beaty Szydło, który nie wiedziała, kiedy to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej.

Precyzyjnie Tusk wyłożył, o co chodzi w tych spektaklach: „Tu nie chodzi o żadne szukanie sprawiedliwości. Oni nawet nie wierzą w to, co mówią, w te zarzuty, które formułują. Wszystko podporządkowane jest wyłącznie propagandzie”.

Z pewnością Tusk to postać wybitna, ale także inne osoby pokonałyby takich ludzi jak Horała i Wassermann, czy też Mateusz Morawiecki. Albowiem kłamstwa obnażają ich mierność. Tusk: „Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Po PiS – czy to na jesieni, czy później – cały kraj będzie długo wychodził z tej traumy. Będziemy na nowo uczyli się, czym jest praworządność, co to Konstytucja, a w mediach publicznych dziennikarze na nowo formułować prawdę o faktach politycznych.