PiS to taki syf, który obecnie rządzi w Polsce

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.