Zdemolowana Polska

„Wstyd mnie ogarnia, że ktoś, kto mieni się Pierwszym Prezesem SN może opowiadać takie rzeczy o Polsce. Wstyd za to, kto w ogóle został na [ten] urząd wybrany. Na szczęście niedługo zmiana” – tak w TVP Info mówił o prof. Małgorzacie Gersdorf urzędujący prezydent Andrzej Duda. Kpił i prowokował „panią sędzię Gersdorf”. Nie hamował się także na inne tematy

Po umiarkowanym kandydacie Andrzeju Dudzie nie ma śladu. W rozmowie z Michałem Rachoniem w programie „Woronicza 17” w TVP Info, urzędujący prezydent pokazał się jako całkowicie lojalny wobec PiS zwolennik zmian w sądach, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym.

Karkołomnie bronił Izby Dyscyplinarnej w SN. Wyraził pełne poparcie dla przyjętej przez Sejm ustawy dyscyplinującej. Niczym syn marnotrawny tłumaczył się ze swoich dwóch wet w 2017 roku. Atakował, obrażał i podważał pozycję Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego. Sędziów chciałby nadzorować i surowo karać.

Więcej na temat wywiadu Dudy tutaj >>>

Główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab złożył wniosek do powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej przy SN o zawieszenie trzech sędziów z Krakowa, którzy chcieli zbadać legalność nowej KRS. Rzecznik chce też zawieszenia sędzi z Warszawy, która uznała, że nie chce orzekać razem z rzecznikami dyscyplinarnymi ministra Ziobry

Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab o skierowaniu wniosków o zawieszenie sędziów za dozwoloną działalność orzeczniczą, poinformował w niedzielę 22 grudnia 2019. Data nie jest przypadkowa. Rzecznik z kolejnymi represjami wobec sędziów wystąpił dwa dni po przyjęciu przez PiS w Sejmie ustawy kagańcowej wobec sędziów, co najprawdopodobniej zachęca go do jeszcze ostrzejszego kursu wobec niepokornych sędziów

Dzieje się to też na dzień przed posiedzeniem Izby Dyscyplinarnej w sprawie sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna. Izba w poniedziałek 23 grudnia – w przededniu Wigilii – będzie decydować, czy do czasu rozpoznania dyscyplinarki Juszczyszyna zawiesić go w czynnościach służbowych oraz czy na ten okres zmniejszyć mu wynagrodzenie w granicach od 25 do 50 procent.

Więcej >>>

Konstytucja 3 maja wprowadziła trójpodział władzy. Zasadę tę złamali: prezydent Andrzej Duda w projektach ustaw o KRS i SN w 2017 roku, posłowie PiS w latach 2017 i 2018, minister Zbigniew Ziobro i prezydent Andrzej Duda przeprowadzając zamach na Sąd Najwyższy w 2018 roku. Polska demokracja zaczęła się 637 lat temu. Właśnie się kończy – pisze Krzysztof Łoziński

Gdy chodziłem do szkoły, a było to za twardej komuny, próbowano nam, uczniom, wszelkimi sposobami obrzydzić historię Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Tymczasem było to państwo, jak na tamte czasy, niezwykle nowoczesne. Rzeczpospolita Obojga Narodów, federacja najpierw Polski i Litwy, a w szczytowym momencie nawet siedmiu państw, była demokracją szlachecką i państwem prawa.

Oczywiście trzeba patrzeć na zjawiska z perspektywy epoki. Dziś mielibyśmy wiele zastrzeżeń zarówno do tej demokracji, jak i do tego prawa, ale to tak, jakbyśmy porównywali ówczesne pojazdy do dzisiejszych i mieli pretensję, że nie znali silnika Diesla albo sprzęgła. W prawie, i w ustroju państwa, też trzeba było wiele rzeczy wynaleźć.

A w Rzeczpospolitej Obojga Narodów dokonano szeregu zmian nowatorskich. Gdy opowiadamy o tej historii ludziom z innych krajów Europy, są zaskoczeni, że istniało wówczas tak nowoczesne państwo, niemal prototyp Unii Europejskiej.

A WIĘC PRZYPOMNIJMY:

1. Początek polskiego parlamentaryzmu (demokracji szlacheckiej) to lata tysiąc trzysta osiemdziesiąte. Sejm walny Królestwa Polskiego po raz pierwszy pojawił się w latach 1382–1386. 2 lutego 1386 roku na jednym z pierwszych sejmów walnych w Lublinie sejm po raz pierwszy wybrał króla, Władysława Jagiełłę.

PO 637 LATACH, w 2017 roku, rozpoczął się proces stopniowej likwidacji reprezentatywnego parlamentu: barykadowanie Sejmu przed obywatelami, ograniczanie praw posłów opozycji. Ograniczanie czasu wypowiedzi posłów do 30 sekund, nakładanie kar za wypowiedzi niepodobające się partii rządzącej.

2. Rok 1505. Konstytucja Nihil Novi wprowadza obowiązek publikowania wszelkich aktów prawnych (w tym wyroków sądów i dokumentów dotyczących prawa). OBOWIĄZYWAŁ OD 513 LAT.

ZASADĘ TĘ ZŁAMAŁA PREMIER BEATA SZYDŁO W 2016 ROKU. ZŁAMANO JĄ JUŻ WIELE RAZY ZA OBECNYCH RZĄDÓW, NP. ODMAWIAJĄC PUBLIKACJI LIST POPARCIA DO NOWEJ KRS.

3. W 1578 roku powstał Trybunał Główny Koronny, pierwszy niezależny od władzy królewskiej sąd. W 1578 roku Stefan Batory zrzekł się uprawnień najwyższego sędziego na rzecz utworzonego jednocześnie Trybunału Koronnego. Wcześniej najwyższym sędzią był król, który w swym sądzie nadwornym mógł sądzić sprawy wszystkich rodzajów i wywołać przed swój sąd każdą sprawę w królestwie. Po raz pierwszy ustanowiono władzę sądowniczą niezależną od władzy wykonawczej (króla).
OBOWIĄZYWAŁA OD 441 LAT.

DZIŚ DOKONUJE SIĘ ZAMACH WŁADZY WYKONAWCZEJ I USTAWODAWCZEJ NA NIEZAWISŁOŚĆ SĄDÓW. POJAWIA SIĘ TEŻ PRAKTYKA NIEWYKONYWANIA I KWESTIONOWANIA PRAWOMOCNYCH WYROKÓW SĄDÓW PRZEZ WŁADZĘ WYKONAWCZĄ.

4. Rok 1776. Sejm wprowadza zakaz stosowani tortur i uznawania dowodów uzyskanych za pomocą tortur. Zarazem pierwszy polski akt prawny zakazujący uznawania za dowody w sądzie informacji zdobytych w sposób nielegalny. Polska, wraz z USA, była drugim, po Austrii, krajem świata wprowadzającym ten zakaz.
OBOWIĄZYWAŁ OD 243 LAT.

ZASADĘ TĘ ZŁAMAŁ W 2017 ROKU ZBIGNIEW ZIOBRO W PROJEKTACH USTAW O PROKURATURZE I ZMIANACH W KODEKSIE POSTĘPOWANIA KARNEGO, A PIS-OWSKI SEJM TE ZMIANY UCHWALIŁ. W KODEKSIE POSTĘPOWANIA KARNEGO ZMIENIONO ARTYKUŁ ZAKAZUJĄCY UZNAWANIA NIELEGALNIE ZDOBYTYCH INFORMACJI NA OBOWIĄZEK UZNAWANIA NIELEGALNIE ZDOBYTYCH INFORMACJI ZA DOWODY.

5. Rok 1791. Konstytucja 3 maja wprowadza trójpodział władzy: Art. V „…trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży i władza sądownicza w jurysdykcyjach na ten koniec ustanowionych lub ustanowić się mających…”. Polska konstytucja była drugą, po konstytucji Stanów Zjednoczonych nowoczesną ustawą zasadniczą.
OBOWIĄZYWAŁA OD 226 LAT.

Zasadę tę złamali: prezydent Andrzej Duda w projektach ustaw o KRS i SN w 2017 roku, posłowie PiS w latach 2017 i 2018, minister Zbigniew Ziobro i prezydent Andrzej Duda przeprowadzając zamach na Sąd Najwyższy w 2018 roku.

ZASAD TYCH NIE UZNAWALI: ROSYJSCY ZABORCY, NIEMIECCY OKUPANCI, KOMUNIŚCI I PIS.

Polska demokracja zaczęła się 637 lat temu. Właśnie się kończy. Trzeba zrobić wszystko, by zatrzymać władzę cofającą Polskę o setki lat.

Tak naprawdę chodzi o polityczne podporządkowanie trzeciej władzy nawet już nie władzy ustawodawczej, tylko wykonawczej, a może nawet i to nie, tylko tzw. centralnemu ośrodkowi dyspozycji politycznej – mówi w rozmowie o prawnej rzeczywistości państwa PiS prof. Jerzy Zajadło, filozof prawa z Uniwersytetu Gdańskiego. – Ostatnio widziałem wpis, że pan prezydent powiedział, że czuje się osłabiony. Przyznam, że ja też czuję się osłabiony jako filozof prawa, bo przestaję nim być, a zaczynam być paleontologiem. Mamy skamieliny w rodzaju centralizmu demokratycznego, suwerenności ludu pracującego miast i wsi, praworządności socjalistycznej i kierowniczej roli partii – podkreśla

Więcej prof. Zajadło >>>

Wszelkie interpretacje prawa odmienne niż Kaczyńskiego są niesłuszne.

Ustawa antysędziowska wpadła w sejmowy wentylator i powiało smrodem, jakiego Polacy od 30 lat nie wąchali. Na forum publicznym krzyżują się teraz pytania oraz liczniejsze od pytań odpowiedzi. Co się dzieje? Dlaczego oni to robią? Jak na to wszystko reagować?  Czy posłuchać polityków przestrzegających przed gwałtownymi prowokacjami i czekać na reakcję Unii, czy rację ma Władek Frasyniuk, który uważa, że trzeba skończyć z poprawnością polityczną, bo nadszedł czas przekształcenia grzecznych pokojowych demonstracji w manifestacje radykalnego sprzeciwu?  Czy w Polsce mamy już do czynienia z dyktaturą – jak twierdzą profesorowie Friszke, Turko, Śpiewak i inni, czy „ależ skąd, daleko nam jeszcze do dyktatury”, jak uważa prof. Dudek, który zdaje się widzieć ogromną różnicę między wydzieraniem z Konstytucji pięciu kartek albo zaledwie czterech?

(…)

Gdy Jarosław Kaczyński doszedł do władzy powiedział, że „sądownictwo ma służyć polskiej racji stanu”. Niedługo potem wyjaśniło się, że gdyby rządził kto inny niż on, racja jego stanu byłaby już niepolska.  I że wszelkie interpretacje prawa odmienne niż Kaczyńskiego są niesłuszne. Tym samym prezes postawił Polaków przed wyborem między opiniami TSUE, SN, światowych autorytetów prawniczych i wszystkich liczących się wydziałów prawa w Polsce – a nie znoszącym sprzeciwu werdyktem „gówniażerii” ministra Ziobry.

Więcej >>>

Orędzie marszałka Grodzkiego przejdzie do historii, czytaj tutaj >>>

Srebrna Kaczyńskiego nie jest jego własnością i PiS. Tak manipuluje się prokuraturą

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

I chyba – niestety – to jest jedyne wyjaśnienie takiego powodzenia pisowskiej i kleszej mafii w naszym kraju…

„Jędraszewski STOP” – to główne hasło marszu, który przeszedł z krakowskiego Rynku Głównego pod kurię. Uczestnicy demonstracji domagali się odwołania arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z funkcji metropolity krakowskiego i reakcji Kościoła na mowę nienawiści.

Demonstrujący stanęli pod oknem papieskim, przy wejściu do kurii przy ul. Franciszkańskiej. Przynieśli ze sobą kartki z napisami: „Jędraszewski, twoja wielka wina”, „Miłuj bliźniego jak siebie samego”, „Hipokryzja”, „Stop nienawiści”, „Jędraszewski! Precz z Krakowa!”.

„Protestujemy przeciwko polityce Jędraszewskiego. Pod kurią na Franciszkańskiej spotkaliśmy się z modlącymi się oponentami, którym przewodzi małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Czy to jest rola kuratora? Czy to jest wizja edukacji MEN? Wstyd i hańba!” – napisał podczas demonstracji na Twitterze jeden z jej uczestników Artur Mazur.

Po drugiej stronie Franciszkańskiej bowiem stanęli zwolennicy Jędraszewskiego.

A postaci małopolskiej kurator oświaty naszym czytelnikom nie trzeba przybliżać. „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

W pewnym momencie jedna z organizatorek demonstracji przeciw Jędraszewskiemu podeszła do modlących się kontrmanifestantów z propozycją pojednania. Nikt nie chciał podać jej ręki…

„Pasy zapięte? Kto ma słabe nerwy niech nie czyta. Oficjalny szacunek wysokości emerytur w przyszłości jaki dostałem z ZUS. Teraz dostajemy 53,8% ostatniej pensji (ok. 2,2tys.zł). W 2045 będzie 32%,w 2060-24,9%,a 2080-23,1%. To będzie ok.1 tys. zł na mc (na dzisiejsze pieniądze)” – napisał na Twitterze były wiceminister pracy w rządzie PiS Bartosz Marczuk.

W kolejnym wpisie „próbował” łagodzić sytuację: – „Dlatego trzeba dodatkowo się zabezpieczać. Dbać o zdrowie, kształcić, oszczędzać (PPK to idealny produkt), mieć więcej dzieci, przygotować się na dłuższą pracę”. No to przypomnijmy nasz artykuł o tym „idealnym produkcie”: „Fiasko nowego programu PiS. Aż 60 proc. Polaków nie chce PPK”.

Wpis Marczuka wywołał falę komentarzy. – „Pan były podsekretarz stanu w rządzie dojnej zmiany nagle wrócił z innej rzeczywistości na Ziemię i się zdziwił? No, no…”; – „Były wiceminister rodziny, obecnie w Polskiej Fundacji (Niedo)Rozwoju płacze, że jego wspaniali koledzy wywinęli taki numer z emeryturami. W przeciwieństwie do milionów Polaków Marczuk sobie sporo zapewne odłoży”; – „Najpierw Szydło mydliła oczy i obniżyła wiek emerytalny, teraz chłopcy rozmontowują OFE i majstrują w emeryturach, bo kasy na wytwory wiedzy ekonomicznej prezesa brak, a teraz zaczyna się straszenie, bo ludzie nie ufają rządowi”; – „Czyli rząd, w którym i pan był, po prostu rozpierniczył Polakom emerytury. Więc pytanie: pan się tym wpisem naśmiewa z tego, co ludziom zrobiliście, czy przyznaje się do winy?” – pisali internauci.

Komentowali też dziennikarze. – „Były minister pracy piszący w tłicie, że ZUS to wielkie oszustwo to jednak nowa jakość…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. – „Czy rząd PIS właśnie nas informuje, że ta partia, przekonując do obniżenia wieku emerytalnego, świadomie skazała miliony Polaków na głodowe emerytury i tragedię w ostatnich latach życia?” – zapytał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Dziennikarz w 2014 ostrzega, aby nie obniżać wieku emerytalnego. Polityk od 2015, wiceminister pracy bierze udział w obniżaniu wieku emerytalnego. 2019 jako twitterowicz? ostrzega: emerytury będą niskie” – podsumował gen. Jarosław Stróżyk. Tak rzeczywiście przebiegała kariera zawodowa Bartosza Marczuka. Dodajmy tylko, że z resortu pracy przeniesiono go do Polskiego Funduszu Rozwoju, w którym Marczuk zajmuje się właśnie wspomnianymi wyżej Pracowniczymi Planami Kapitałowymi.

Niedzielny konkurs Eurowizji Junior wygrała Wiktoria Gabor. To drugie pod rząd zwycięstwo Polski w tej imprezie, co niezwykle ucieszyło nie tylko młodziutką wokalistkę, jej fanów i widzów, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego, który nie omieszkał przypisać sobie cały sukces za tę wygraną. Przypomniał, że jako prezes obiecał „odbudowę siły i prestiżu TVP”.

„To podwójne, rok po roku, zwycięstwo w Eurowizji jest esencją i kulminacją tej odbudowanej pozycji” i to on podjął decyzję, by to widzowie „Szansy na sukces” wybrali reprezentanta Polski na Eurowizję, więc zwycięstwo młodziutkiej wokalistki to wielki sukces właśnie jego Telewizji.

Kurski towarzyszył Wiki Gabor w spotkaniu w „Gościu Wiadomości” i całkowicie je sobą zdominował. Dziewczynie udało się podziękować rodzicom i fanom, ale prowadząca spotkanie szybko skierowała rozmowę na zasługi prezesa telewizji i Jacek Kurski zaczęło się.

Realizacja lepsza, niż niejednej Eurowizji dla dorosłych. Krótko mówiąc, to jest odbudowa potęgi Telewizji Polskiej” i to właśnie „Myśmy mieli odwagę odbudować siłę Telewizji Publicznej”. 

Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu Wiktorii, prowadząca zapytała ją, czy śpiewa „od dziecka, ale czy czujesz, że poniekąd Telewizja Polska wskazała ci drogę przez Twoje poprzednie sukcesy?” i znowu zwróciła się do swojego prezesa, który podkreślił, że od początku widział w 12 – latce gwiazdę, bo to „kwestia intuicji, i pewnej odpowiedzialności jednak w telewizji, w zarządzaniu”.

Jak słusznie zauważył jeden z internautów „Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć, że prawdziwym zwycięzcą Eurovision Junior jest Jacek Kurski, który odkrył Wiki Gabor, napisał jej tekst, nauczył śpiewać, a nawet przygotował choreografię”.

Każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza

Kilka dni temu wszystkie stacje telewizyjne nadały pierwszy odcinek szóstego sezonu serialu pt. „Sejm według PiS”. Zapowiadano nowych wykonawców i poważne zmiany batalistycznej dotąd fabuły. Faktycznie, zobaczyliśmy sporo nowych twarzy, bo w sukurs oblężonym przybyły posiłki, które osaczyły najeźdźców zarówno z lewej, jak i prawej flanki, i od razu zaczęły kopać ich po kostkach. Jednak scenariusz nie obfitował zbytnio w nowe wątki, tyle że armia napastników po latach zwycięstw przegrała właśnie jedną potyczkę. Obudziło to pewne nadzieje na przełom, bo okazało się, że napastnikom zaczyna brakować amunicji, której nowi obrońcy maja nadmiar, wystrzeliwując ją czasem celnie, a czasem w płot albo na wiwat. Nie zmieniły się natomiast dialogi, obfitujące na przemian w argumenty i inwektywy, często na żałosnym poziomie.

Mimo kulawego scenariusza i amatorszczyzny wielu wykonawców, w pierwszym odcinku nowej edycji nie wiało nudą. Interesujące były zwłaszcza zaciekłe próby konfrontacji nadziei i marzeń z twardymi realiami ponurej rzeczywistości. Fascynująca była zwłaszcza wędrówka zawiłymi meandrami wyobraźni jednego z głównych wykonawców, artysty Mateusza Morawieckiego, grającego w serialu rolę premiera.

Były w tym odcinku sekwencje straszne, były fragmenty podniosłe i scenki naprawdę ucieszne.  Strasznie było, gdy udający premiera pokrzykiwał groźnie, że biada tym, którzy chcą uczyć dzieci tego czegoś, czego uczą się dzieci w każdej szkole każdego cywilizowanego kraju. Biada im, bo są to terroryści, podkładający pod całą Polskę gigantyczny ładunek wybuchowy obcego pochodzenia. Grozą powiało również, gdy Morawiecki odkurzał starą „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, zapowiadając po raz kolejny przekop Mierzei Wiślanej, budowę CPK, Via Carpatia, promów i jeszcze paru przedsięwzięć bezsensownych lub takich, bez których spokojnie możemy się obejść, a na które wydawać będziemy pieniądze których nie ma, co rzecz jasna oznacza równoczesne odbieranie środków projektom absolutnie nieodzownym.

Podniośle było, kiedy reprezentanci rządzących jeden po drugim bohatersko stawali na przedpiersiach okopów prężąc muskuły w obronie rozmaitych wartości wykrzykiwanych dużymi literami. Szło jak od wieków o Tradycję i Wiarę, ale i o nowszy wynalazek PiS – Rodzinę, która powstaje z kobiety i mężczyzny od chwili poczęcia aż do naturalnego rozwodu. Czyli ponad jedną czwartą polskich dzieci, ze związków partnerskich lub zrządzeniem złego losu wychowywanych przez jednego rodzica, PiS pozbawił rodziny! Smutne to bardzo.  Śmiesznie natomiast bywało, gdy rządzący przekonywali zebranych, że to co jest i będzie nadal, to normalność, gdy chwalili się demokratycznym usposobieniem i nieprzemożną potrzebą praworządności, a szczególnie, kiedy swoje zwycięstwa i sukcesy ogłaszali również na zrujnowanych terenach objętych klęską żywiołową, takich jak choćby służba zdrowia czy edukacja. A wyjątkowo zabawny był kadr ukazujący na galerii sejmowej Mariana Banasia przyjmującego do akceptującej wiadomości płynące z mównicy zachwyty nad sukcesami administracji skarbowej.

Nowe odcinki serialu „Sejm według PiS” to program z cyklu dla każdego coś miłego. Bo jest równocześnie filmem wojennym i melodramatem, filmem przygodowym, rozrywkowym i science fiction, a nawet oświatowym z filozoficznym przesłaniem. Pierwszy odcinek szóstej edycji popularyzował np. całkiem nową teorię względności, dowodzącą, że nie ma na świecie zjawisk niewątpliwych ani wartości stałych, bo wszystko jest niejednorodne, wielowymiarowe, płynne i wzajemnie się wykluczające.  Czyli w skrócie: każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza. Na przykład: w konkurencji krajów najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów Polska zajmuje miejsce piąte – i równocześnie czterdzieste, ale bardziej piąte. W rankingu mało znanej firmy doradczej Conway Analytics awansowaliśmy ostatnio na szczyty, a w znacznie bardziej prestiżowych, ale dla premiera mało wiarygodnych badaniach „The Global Competitiveness Report” i „Doing Business” w ostatnim roku spadliśmy aż o 7 miejsc. Inny przykład: powrót wielu Polaków mieszkających dotąd za granicą jest – do wyboru – wyłączną zasługą rządu PiS, co ma być prawdą, lub skutkiem Brexitu, co traktowane jest jedynie jak półprawda. Tyle tylko, że w 2018 roku z samej Wielkiej Brytanii wyjechało PONAD 100 tys. mieszkających tam Polaków, a z całego świata powróciło NIESPEŁNA sto tysięcy… Spora „nadwyżka” emigrantów nie uwierzyła w wizję PiS-owskiej krainy szczęśliwości, uchodźcy z GB woleli szukać nowego domu z dala od Polski.

Realizując ambicje oświatowe scenarzystów serial krzewi nowe hasła encyklopedyczne, zastępujące zużyte, nieaktualne pojęcia. „Wolność dla przedsiębiorców” nie oznacza już rynkowych swobód ani trwałych i czytelnych przepisów, tylko prawo drukarzy do odmowy druku tekstów, które im się nie podobają.  Zapowiedziane „przyciąganie zagranicznych inwestorów” i ich kapitału polegać ma m.in. na repolonizacji, czyli po prostu nacjonalizacji prywatnych firm i naruszaniu prawa własności.  Deklarowana głośno „troska o ekologię” to dalszy wzrost produkcji energii na bazie węgla, zaoranie programu farm wiatrowych i … powołanie pełnomocnika ds. odnawialnych źródeł energii z gabinetem, biurkiem i paprotką do podlewania. „Normalność”, to bezprawne powtórzenie przegranego przez PiS głosowania w sprawie skierowania do Trybunału Konstytucyjnego ludzi bez kwalifikacji formalnych i moralnych.

Radykalnie zmieniło się znaczenie pojęć opisujących sferę opieki nad słabymi, ubogimi i wykluczanymi. Radośnie głoszone „wyrywanie rodzin ze skrajnego ubóstwa” oznacza wzrost liczby osób żyjących na poziomie minimum egzystencji z 4,3 proc. do 5,4 proc. w ciągu roku. Czteroletnia „walka z nierównościami dochodowymi” skutkuje niemal najwyższym w Europie rozwarstwieniem. Jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. W tej kategorii PiS zrealizował obietnicę dogonienia Ameryki: polskie nierówności społeczne stały się porównywalne z amerykańskimi – i nadal rosną.

***

W expose premiera nie zgadzały się liczby, daty, ani fakty. A przecież w nowej edycji telenoweli o parlamencie, Polsce i demokracji w wersji PiS, artysta Morawiecki dopiero się rozkręca. Ciekawe, jak skończy się ten serial. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza ostatniego odcinka, to wmontowałbym tam scenkę finałową, trochę przerobioną z kabaretowego skeczu :

Do premiera podchodzi poseł PiS, pokazuje mu szkolny zeszyt i prosi:

– Mateusz, ty masz smykałkę do rachunków, rozwiąż mi proszę zadanie mojego syna, ja nie daję rady, a dziecko walczy o tróję!

– O tróję walczy, powiadasz… czyli tak jak Agamemnon! – życzliwie komentuje premier, z wykształcenia historyk.

– No nie – odpowiada poseł. – Agamemnon walczył przecież o Troję.

– I co, zdał? – zaciekawił się Morawiecki…