Głódź, Banaś, Senat – pisowsko-katolskie przekręty

Reportaż TVN24 wystawia świadectwo nie tylko metropolicie, ale przede wszystkim Kościołowi jako instytucji, która wyniosła abp. Głódzia na szczyty.

Telewizja TVN24 poświęciła reportaż w magazynie „Czarno na białym” nieprawościom arcybiskupa gdańskiego. Dużo było o hołdowaniu przez niego materialistycznym wartościom. Przejawiają się one zarówno w wystawnym stylu życia (rezydencja, bez której obywali się wszyscy dotychczasowi biskupi gdańscy, specjalne wymagania kulinarne), jak i w pazerności na pieniądze (wymuszanie wysokich danin na proboszczach, powiązanie awansów z wysokością przekazywanych hierarsze kwot). Było też o dogadzaniu sobie, przedkładaniu własnych potrzeb i odsuwaniu na plan dalszy tych dotyczących diecezji oraz jej duchowieństwa (miał powstać dom emerytów dla księży, ale ważniejszy był arcybiskupi pałac w Gdańsku-Oruni).

Wreszcie o stosowaniu przemocy w stosunku do podwładnych, zwłaszcza młodych, z samego dołu kościelnej hierarchii. O upokarzaniu, publicznym poniżaniu, ubliżaniu podwładnym wulgarnymi słowami. O łamaniu charakterów, niszczeniu zdrowia tym mniej odpornym psychicznie. Słowem: o stosunkach folwarcznych wprowadzonych przez abp. Głódzia.

Ikona Kościoła oderwanego od współczesnego świata

Podwładni oskarżają Głódzia

Mówili o tym wszystkim duchowni, których tożsamość została przez dziennikarzy starannie ukryta (zaciemniona twarz, zniekształcony głos). Z otwartą przyłbicą wystąpił tylko jeden śmiałek – ks. prof. Adam Świeżyński, filozof pracujący na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nie pierwszy raz zabrał głos. Kilka lat temu stanął w obronie młodego księdza skierowanego do posługi w rezydencji arcybiskupiej i tam poniżanego. Pojechał wtedy do stolicy przekazać swoje świadectwo ówczesnemu nuncjuszowi apostolskiemu. To samo mieli zrobić inni duchowni. Ale chyba zabrakło odwagi. I tak, sądząc po najnowszym reportażu, pozostało do dziś. A rezultat wizyty ks. Świeżyńskiego u nuncjusza okazał się żaden.

Prawdę mówiąc, w reportażu TVN24 nie było wiele nowego. Chyba tylko to, że duchowni przedstawili niedawno swoje zarzuty pod adresem metropolity w listach do obecnego nuncjusza watykańskiego w Polsce. Ale czy pod nazwiskiem, czy też anonimowo? Cała reszta jest znana od lat. Fragmentarycznie i całościowo złe zachowania abp. Głódzia prezentowały różne media (z „Polityką” włącznie). Może tylko w tej najnowszej odsłonie materia zła była szczególnie skoncentrowana.

Głódź ubliża, Watykan milczy

Właśnie to, że o stylu bycia, życia, zarządzania diecezją przez abp. Głódzia wiadomo nie od dziś i nie od wczoraj, można uznać za sprawę kluczową. Coś, co najbardziej porusza w całej tej historii. Wystawia świadectwo nie tylko metropolicie, ale przede wszystkim Kościołowi jako instytucji, która wyniosła go na szczyty. Nie da się powiedzieć, że nikt niczego nie wiedział, skoro abp Tadeusz Gocłowski, człowiek zupełnie innego pokroju niż Głódź, usłyszawszy, kto ma zostać jego następcą, pisał do kard. Tarcisio Bertone, ówczesnego sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, o przemyślenie tej decyzji. Krok niesłychany, niemniej bezskuteczny. Dlaczego? Zaważyły kościelne gry kadrowe w kraju? A może znajomości, relacje, jakie abp Głódź (dusza towarzystwa wobec ludzi równych sobie albo tych, którzy od niego nie zależą) zdołał nawiązać podczas wieloletniego pobytu w Rzymie?

Późniejsze informacje o tym, co się działo i dzieje w archidiecezji gdańskiej, też pozostawały bez echa. Ot, kolejny „pancerny” bohater, tyle że nie świata polityki. Raz jeden przeprosił – za to, że film braci Sekielskich o pedofilii duchownych skomentował słowami „nie oglądam byle czego”. I tak jak pancerność nowego prezesa NIK źle świadczy o rządzących, tak pancerność abp. Głódzia stawia w złym świetle Kościół.

Metropolita Gdański znany jest jako skuteczny administrator, który potrafi zadbać nie tylko o siebie, ale także o dobra doczesne Kościoła. A to, jak widać, jest dla tej instytucji ważniejsze niż jej autorytet moralny, niż piękne słowa i gesty wykonywane przez papieża Franciszka.

Kościół nie reaguje na własne zło

Ks. prof. Świeżyński mówił o tym, że biskup to dla księży ktoś taki jak dla rodziny ojciec. Odwołując się do tego porównania, można przyjąć, że diecezja gdańska ma przemocowego ojca. Współczesne społeczeństwo, nawet to nasze, bardzo katolickie, jakoś sobie radzi z przemocą w rodzinie. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale reaguje. Gdy zwleka, zdarzają się dramaty, ze śmiercią włącznie. Kościół w Polsce (generalnie, nie licząc wyjątków) sprawia wrażenie niezdolnego do reakcji na zło w swoich szeregach. Ciekawe, ilu wiernych musi odpłynąć w siną dal, ile seminariów musi opustoszeć, żeby cokolwiek w tej materii się zmieniło.

PiS nie może się pogodzić z wynikiem wyborów i próbuje ukraść Senat.

Nie mogę wyjść z zadumy, patrząc na zadymę, którą robi PiS. Partia rządząca nie chce pogodzić się z senacką porażką. Przypomina mi to historię sprzed pięciu lat, kiedy po wyborach samorządowych PiS ustami Jarosława Kaczyńskiego zakrzyknął, że wybory zostały sfałszowane. W Radiu Maryja szef PiS powiedział: „Wybory zostały sfałszowane, a państwo, w którym fałszuje się wybory, nie jest państwem demokratycznym”. Dodał, że „widać to gołym okiem, tylko trzeba ustalić, kto to zrobił”.

Europosłowie popędzili na skargę do Brukseli, gdzie załamywali ręce nad demokracją w Polsce, wśród nich obecny minister prezydenta Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski i Zdzisław Krasnodębski. Z kolei nieoceniony Ryszard Czarnecki powiedział w 2014 r., że wybory w Polsce są coraz mniej transparentne i uczciwe.

Od tamtej pory minęło pięć lat, w tym cztery lata rządów PiS, w czasie których prokuratura znalazła się w ręku władzy i – jak widać – nie znaleziono złoczyńcy, który ośmielił się dać wielką wygraną PSL.

PiS tworzył nowe państwo przez cztery lata. Minister spraw wewnętrznych wybrał komisarzy wyborczych, jest nowa PKW. I co? I znowu ci sami ludzie nie wierzą w prawdziwość ogłoszonych wyników. Tym razem nie padło słowo o fałszowaniu, ale – jak mówi wicemarszałek Terlecki – „chcemy sprawdzić z ciekawości, no i warto przeliczyć te głosy”.

Zaspokajaniem ciekawości PiS ma się zająć nowo powołana Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Sędziowie będą się musieli pochylić nad sześcioma wnioskami PiS i trzema PO, z tym że we wnioskach PiS nie ma żadnych konkretów. Przykładem jest sprawa Stanisława Gawłowskiego, który 320 głosami pokonał konkurenta z PiS. We wniosku czytamy: „10 proc. głosów zostało uznanych za nieważne. Zaś w rzeczywistości powinny być uznane jako głosy poparcia dla kandydata KW PiS”. Dziwi mnie skromność wnioskodawcy – dlaczego tylko 10 proc. należy się PiS? A może 80 proc. się należy?

We wniosku jest również mowa o interesie społecznym, który nakazuje przeliczenie głosów, bo przecież w interesie społecznym jest, żeby Senat dalej był maszynką do głosowania, żeby jacyś zadymiarze nie utrudniali pracy PiS, bo – jak mówi w RMF marszałek Karczewski – z izby zadumy zrobią izbę zadymy.

Jak można podważać coś, co się wydarzyło? Jak można podważać fundamenty demokracji? Doszło do tego, że zastanawiamy się, czy sędziowie nowej izby będą uczciwi.

Panowie i panie, warto się pogodzić z porażką, a nie na siłę chcieć ukraść Senat.

Niezadowolony z wyniku wyborów PiS obawia się trudności w rządzeniu i przegranej w 2023 r. Dlatego zastanawia się, co zrobić, by władzy raz wziętej nie oddać.

Walka o przyszłość Polski nie została jednak na dłużej rozstrzygnięta – stwierdza we wstępniaku „Sieci”, trybuny nowogrodzkiej, Michał Karnowski. W publicystyce obozu dobrej zmiany czuć pewne rozczarowanie, współbrzmiące z tonem wypowiedzi wodza z wieczoru wyborczego. Począwszy od zdania: „Poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać, mimo ewidentnych osiągnięć”, po pełne goryczy zdanie: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”. Te cytaty z prezesa krążą po wielu tekstach w „Sieci”  i „Do Rzeczy” podsumowujących wybory.

Ocena wyborów dokonana przez publicystów dobrej zmiany sprowadza się do tego, co możemy zobaczyć na okładce „Sieci”. Główny tytuł to „Triumf i ostrzeżenie”, a podtytuł wyjaśnia, o co chodzi: „Rekordowe poparcie dla PiS i władza na kolejne cztery lata! Ale bitwa o Polskę nie została ostatecznie rozstrzygnięta. Przed nami decydujące starcie o prezydenturę”.

Kaczyński był przekonany – jak wynika z analiz powyborczych publicystów obozu władzy – że zdobędzie co najmniej 45 proc., a tu nie dość, że to się nie udało, to i d’Hondt był w tych wyborach nieżyczliwy, i mandatów w Sejmie jest tylko 235 – a to nie daje możliwości PiS-owi wetowania decyzji ewentualnego prezydenta nie-Dudy. No i w dodatku opozycja odbiła Senat.

Te wybory miały być definitywnym dobiciem wroga i wzięciem całej puli, stąd nastrój nie jest triumfalistyczny. Wydaje się, że niedosyt w obozie zwycięzców powoduje, że po krótkim nasładzaniu się zdobytymi głosami (8 051 935) jego publicyści wypatrują nowych trudności, szukają błędów i proponują różne korekty, aby nie stracić prezydenckiego fotela. Oto przykłady.

Błędy przedwyborcze i wyborcze

„Brak było wystarczającej troski o tę otoczkę społeczną i gospodarczą, która buduje soft power każdej formacji. Już po roku widać było, że można grać na nosie na uczelniach, w szkołach, w kulturze w samorządach” (Michał Karnowski, „Sieci”).

Jedyne pozytywne przykłady budowania tej otoczki Karnowski znajduje w działaniach resortu Piotra Glińskiego i Zbigniewa Ziobry. To oznacza, że spustoszenia, czystki i marnacja publicznego grosza, która dokonywała się przez cztery lata w kulturze i sprawiedliwości, zasługuje na naśladownictwo w innych obszarach. To jest ten właściwy kierunek wskazany przez Karnowskiego. Złowrogo brzmi jego opinia: „jednego zrozumieć się nie da: finansowania z zasobów obozu władzy radykalnych, ewidentnych jego wrogów”. Czyli państwowa kasa ma być tylko dla swoich.

  • „Partia Jarosława Kaczyńskiego cierpi na problem, który narasta od lat. To zmniejszenie się medialno-polityczno-intelektualnej otuliny wokół tej partii – intelektualistów, liderów tweeterowej opinii, publicystów” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”). Skąd się to bierze? Komentator widzi to m.in. w stosunku partii do mediów publicznych: „Sposób i obcesowość wpływania przez PiS na media publiczne zraziły do tej partii wiele autorytetów”.
  • „Nietrafionym pomysłem była zapowiedź tak znaczącego i szybkiego podniesienia płacy minimalnej – odstraszyło to od PiS szczególnie drobnych przedsiębiorców” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • „To nie pierwsza kampania, w której zapowiedzi dotyczące biznesu [podwyższenia płacy minimalnej] wpędzają PiS w kłopoty” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „W miarę upływu czasu można było odnieść wrażenie, że PiS traci swoją dawną ideową wyrazistość, że niechętnie bierze udział w wojnie cywilizacyjnej” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Problemem kampanii PiS była „swego rodzaju rutyna, powtarzalność i formy, i treści przekazu w ostatnich tygodniach i dniach. (…) PiS wpadło w pułapkę kampanii dobrej, nawet bardzo dobrej, ale jednocześnie w jakiś sposób płaskiej, przewidywalnej. (…) przyniosła ona efekt w postaci znudzenia wyborców, także gorących sympatyków. Ile razy można bowiem wysłuchiwać tych samych przemówień” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „Najbardziej dotkliwe jest nadwerężenie PiS jako partii ludzi o czystych rękach” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”). Publicysta wymienia: „zachowanie szefa KNF Marka Chrzanowskiego”, „zignorowano zarzuty o nieprawidłowościach w Polskiej Fundacji Narodowej”, „niewyjaśniona do końca sprawa używania systemu inwigilacji Pegasus” i „najgorsza dla prestiżu PiS afera szefa NIK Mariana Banasia”.

Efekty powyborcze

  • „Wybory wzmocniły, a nie osłabiły dwa sojusznicze ugrupowania Zjednoczonej Prawicy – Porozumienie Jarosława Gowina i Solidarną Polskę Zbigniewa Ziobry. (…) nie ułatwia to prezesowi Kaczyńskiemu zarządzania partią” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Przegrana w Senacie: „Nie wiadomo, czy opozycji uda się z niego zrobić swoją twierdzę. Gdyby się tak stało, wojna polityczna się zaostrzy. Senat nie tylko będzie maksymalnie przeciągał prace legislacyjne (…) senatorowie zastosują wszelkie możliwe triki i kruczki, byle tylko utrudnić życie rządzącym” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Trudniej w Sejmie: „Pojawiła się grupa radykalnych lewicowych posłów i posłanek (…) będą starali się wprowadzić »postępowe« rozwiązania ideologiczne i obyczajowe”. Ale też „pierwszy raz od lat PiS będzie musiało się zmierzyć z konkurencją po prawej stronie” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).

Co robić dalej?

  • „Teraz PiS musi szybko ruszyć do przodu, pokazując, że mimo utraty Senatu – również być może tymczasowej – może nie tylko skutecznie rządzić, ale również zmieniać Polskę, także tam, gdzie napotka silny opór”(Sygnalista nadaje, „Sieci”). Ale Sygnalista nie wskazuje kierunku szybkiego marszu do przodu. Chyba że jest to zwycięstwo Dudy, bo pisze: „Jeśli prezydent wygra, to opozycję czeka marny los”.
  • „Dla dalszego rozwoju sytuacji politycznej kluczowe znaczenie będzie miała kampania prezydencka” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”). „Teraz walka o prezydenturę stanie się walką o śmierć i życie – opozycyjny prezydent, mając poparcie większości senackiej, byłby dla niewielkiej większości sejmowej niezwykle groźnym przeciwnikiem”.
  • „W przyszłości tę właśnie dziedzinę [biznes] należy potraktować jako szczególnie niebezpieczną, wymagającą wyjątkowej staranności i precyzji” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „Co PiS chce zrobić ze swym oddziaływaniem na wielkie miasta?” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”).

Jak zły omen wraca do PiS pytanie, czy skupiać się na małych miastach i wsi, czy też zmierzać ku centrum z powolnym zdobywaniem dużych miast jako bonusem.

  • „Przed PiS stoją teraz do wyboru trzy drogi. Pierwsza to kontynuacja tego, co w pierwszej kadencji: głębokich, ale najczęściej punktowych reform, duża ostrożność, pozostawienie całych obszarów w stanie nienaruszonym (…). Druga droga to reformy znacznie głębsze i szersze, przeprowadzane ze świadomością, że można się wywrócić nawet przed końcem kadencji. (…) Wreszcie opcja trzecia: polityka jeszcze spokojniejsza niż dotychczas, skupiona na łagodzeniu emocji i zamazywaniu najostrzejszych podziałów, zmierzająca faktycznie do pozyskania jakiegoś istotnego koalicjanta” (Jacek Karnowski, „Sieci”). Ale Karnowski ucieka od wskazania, która droga wydaje mu się najlepsza, pisze: „Wszystko dopiero przed nami”, co należy czytać, prezes nie podjął jeszcze decyzji.
  • „Przed Zjednoczoną Prawicą stoi wybór: albo dotychczasowymi metodami zapewni sobie poparcie na poziomie 9 mln głosów, co wydaje się bardzo trudne, albo utrzymując poparcie na poziomie ok. 8 mln głosów, stworzy możliwość zawarcia jakiejś koalicji, a co za tym idzie, doprowadzi do zburzenia jednolitego opozycyjnego frontu” (Stanisław Janecki, „Sieci”). Komentator rozwija tę myśl: „Realnie istnieje jakaś możliwość współpracy z PSL oraz Konfederacją, gdyż nie ma tu wyraźnych podziałów ani w kwestiach ideowych, ani dotyczących modelu funkcjonowania państwa”. Dodatkowo wzmacnia to „tajemną wiedzą” z Nowogrodzkiej: w kierownictwie Zjednoczonej Prawicy „całkiem poważnie jest też analizowana kwestia posiadania partnera po opozycyjnej stronie, nawet gdyby nie było konieczności podzielenia się z nim władzą przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r.”.

„Dobra zmiana” zaostrzy kurs?

Te analizy pokazują, że lęk przed utratą władzy kieruje myśleniem taktycznym i strategicznym PiS. Stąd nadzieja na odzyskanie Senatu – jeśli nie od razu, to za jakiś czas – i jawne deklaracje polityków i publicystów obozu władzy, że może uda się przeciągnąć jednego czy dwóch senatorów na swoją stronę. Stąd składane protesty wyborcze, bo a nuż się gdzieś uda. Stąd wreszcie natychmiastowy remanent powyborczy, aby naprawić błędy i znaleźć pomysł nie tylko na kampanię prezydencką, ale też strategię na wybory 2023.

„Dobrozmianowi” publicyści już szukają nowego paliwa wyborczego: „Dla rządzącego obozu wydaje się całkiem jasne, że dotychczasowa polityka socjalna (wielomiliardowe transfery) praktycznie wyczerpała swoje możliwości. To, co rozpoczęto, musi być zrealizowane, ale poza polskim modelem państwa dobrobytu powinien być jeszcze tworzony i wzmacniany ideowy kościec tego państwa w ogóle” – pisze w „Sieciach” Stanisław Janecki. I wskazuje kierunek działań, przywołując wypowiedź Patryka Jakiego, który postawił parę dni po wyborach twarde pytanie: „Dlaczego mimo obiektywnych sukcesów (…) dalej większość osób wybiera partie opozycyjne? A wzmocniona lewica wraca do Sejmu?”. Jaki zna odpowiedź, dostrzega tego przyczynę w wartościach III RP, które trzeba wykarczować: „nie sięgamy do fundamentów III RP, np. tego, że trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na »tęczową«, społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie”.

A więc kierunek rządzenia, który ma wzmocnić władzę, to wypalenie „wrogiej socjalizacji”. Gdy to czytam, to ciarki chodzą mi po plecach, bo już widzę tę świętą wojnę prowadzoną przez państwo PiS.

Dlatego najwyższy czas, by opozycja przetrawiła swoje błędy i bez krwawych rozliczeń wypracowała swoją długotrwałą strategię działania w obronie państwa prawa i społeczeństwa obywatelskiego. Ale dziś najważniejsze są wybory prezydenckie i porozumienie sił demokratycznych w sprawie mocnego kandydata. Bez tego zwycięstwa trudno będzie zatrzymać pisowski czołg – z powiewającą biało-czerwoną flagą – rozjeżdżający „wrogo zsocjalizowane społeczeństwo”.

Drżyj młodzieży, bo PiS z Kościołem tak was wyedukują seksualnie, że… klękajcie narody.

W dzisiejszej Polsce nie można się nudzić. Afera goni aferę. Prezes PiS nie będzie rozliczony za kopertę z łapówką, współpracownicy Banasia zamieszani w VAT-owską mafię, „rozlatany” Kuchciński, KNF pod lupą, zadłużenie, deficyt, ale… to wszystko nic.

Tematem numer jeden jest seks, a konkretnie to, co z tym seksem wyprawia partia rządząca i wspomagający ją Kościół. W ramach walki z pedofilią rządzący wraz z panami w sukienkach chcą przejąć całkowicie pieczę nad edukacją seksualną dzieci i młodzieży, by chronić niewinne dusze i wbić im do głowy, że seks nie ma być przyjemnością, ale służyć tylko prokreacji i być podwaliną rodziny, w której tatuś to władca, a mamusia ma zasuwać, by tatusiowi dogodzić.

Warto więc przyjrzeć się, jak za kilka lat młodzi ludzie będą wyedukowani seksualnie, z jaką wiedzą wkroczą w dorosłe życie.

Po pierwsze – seks. Uczeń ma wiedzieć, że „seks jest zły, bo nie rozwija człowieka, nie przynosi dobra, nie daje bliskości z drugą osobą. Seks powinien dotyczyć małżeństw. Łączyć się z miłością”. Mało tego, jeśli człowiek za bardzo skupia się na swojej cielesności to łatwo nim manipulować. Należy więc walczyć z tą nieszczęsną seksualnością, bo tu chodzi o przyszłość naszej cywilizacji (konia z rzędem temu, kto wyjaśni, co miał na myśli prezes Kaczyński, wrzucając taki tekst). Ten, kto myśli o seksie i obraca się w „brudach erotycznych” to idiota i matołek. Każdy, komu zamarzy się odrobina seksu musi wiedzieć, że „rozkosz erotyczna trwa krótko, lecz wprowadza nerwy w stan wysokiego napięcia, wskutek czego organizm wyczerpuje się szybko, a gruntownie. Przede wszystkim zużywa się rdzeń pacierzowy, najbardziej zainteresowany w przeżyciach erotycznych, wiotczeją mięśnie, umysł traci swą świeżość”. No i najważniejsze. Dziecko ma się uczyć ku chwale wodza i partii, a nie demoralizować się jakimś seksem. Fujjjj…

Po drugie – swoboda seksualna. Absolutnie nie wolno rozpoczynać współżycia zbyt wcześnie, to znaczy przed ślubem. To nic innego jak narażanie się na „negatywne skutki psychiczne i fizyczne, od rozczarowania, zawodu przez uzależniania, antykoncepcję (!) i aborcję po załamanie psychiczne, korzystanie z pomocy społecznej, niemożność stworzenia rodziny i zaburzone odróżnianie dobra od zła”. Jak twierdzi Władysław B. Skrzydlewski, u mężczyzny, który ulega żądzom, rozwija się niezaspokojenie, zanika ofiarność i drastycznie wzrasta egoizm, a rozwiązłe kobiety doznają wstrząsu i tracą zdolność oddania się całkowicie ukochanemu mężczyźnie, rozumienia innych oraz chęci pełnienia roli opiekuńczych, do których z racji płci są zobowiązane. W jednym z podręczników religii do klasy VII („Błogosławieni, którzy szukają Jezusa”) znajduje się niezwykle sugestywny przekaz, co się dzieje z młodym człowiekiem, gdy seks mu w głowie zakręci. Trzynastolatkowie dowiadują się z biblijnego cytatu, że „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe oko twe jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła”. Nie ma co, aż strach się bać.

Po trzecie – antykoncepcja, która jest złem sama w sobie. Prowadzi ona do depresji, chorób wątroby, nadmiernego owłosienia, nowotworów złośliwych, wylewów krwi, choroby wieńcowej, zawałów serca i nawet zgonów. Prezerwatywy nic nie dają, bo mają tzw. mikropory, przez które plemniki z łatwością się przedostają, podobnie jak i choroby zakaźne. Dziateczki muszą zapamiętać, że antykoncepcja prowadzi do aborcji, a to nic innego jak zwykłe morderstwo milionów wręcz tycich maluszków. Uczniowie muszą też wiedzieć, że jedynym dobrym i skutecznym środkiem antykoncepcyjnym jest metoda naturalna – objawowo-termiczna Rötzera.

Po czwarte – zapamiętanie, jaka jest rola dziewczynek, a jaka chłopców w dorosłym życiu. Od najmłodszych lat trzeba wbić dzieciaczkom do głów, że różnica miedzy kobietą i mężczyzną polega na tym, iż faceci umieją oddzielić myślenie od emocji, a kobiety nie. Tak więc dziewczynki nie muszą być mądre. Wystarczy, że są ładne. Jeśli wydarzy się coś, co można nazwać molestowaniem, a nawet gwałtem, to jest to wina właśnie dziewczynek, bo prowokują ubiorem i zachowaniem chłopców, którym czasami jest trudno zapanować nad pożądaniem bliźniej swojej i… nieszczęście gotowe. Dziewczynki muszą pamiętać, że ich rolą jest przede wszystkim rodzić. Jak tłumaczył ksiądz Marcin Różański w audycji w Radiu Maryja pt. „Jak być dobrą żoną w sypialni”, mają rodzić z uśmiechem, bo każde dziecko to dar boży. Mają też podporządkować się mężowi, a gdy ten dopuści się na niej gwałtu, to trzeba to zaakceptować, bo przecież „nie może on być przez żonę traktowany jak oprawca, gdyż powinnością kobiety jest udostępnianie swojego ciała mężczyźnie”. Oczywiście, kobieta może powiedzieć mężowi, że dzisiaj nie ma ochoty na seks, ale to będzie oznaczać, że „jest egoistką i myśli o własnym dyskomforcie, zamiast o potrzebach małżonka”.

Tak drodzy Państwo. To nie konfabulacja z mojej strony, ale fakty. Tak prezes ze swoimi kumplami z partii i Kościoła widzi edukację seksualną w szkołach. Edukację, która ma cofnąć dzieciaki w mroczne czasy średniowiecza, stojącą w całkowitej sprzeczności nie tylko z nauką XXI wieku, ale i z zupełnie inną rolą kobiet we współczesnym świecie. Kobiet, które kształcą się, pracują zawodowo, są coraz bardziej aktywną częścią życia publicznego. Jak widać, marzeniem sfrustrowanych facetów, niezaspokojonych seksualnie, jest sprowadzenie ich do roli darmowych gospodyń domowych, biegnących na każde skinienie swego pana i władcy.

Mało tego, ci szaleni panowie, wspierani przez nieliczne grono pań, mających wielki problem z oceną rzeczywistości, zapragnęli, by polska młodzież rosła w duchu czystości, takiej w ich rozumieniu, by ze wstrętem odwracała się od własnego ciała, była znerwicowana, depresyjna i pełna poczucia winy, jeśli tylko nieopatrznie uległaby tej strasznej „żądzy”, jaką jest seks. Młodzież bojąca się dotyku, odrzucająca wszelkie przejawy zbytniego zbliżenia. Młodzież rodząca gdzieś w krzakach niechciane dzieci, wyśmiewana i szykanowana z powodu przypadkowej ciąży. Młodzież popełniająca samobójstwa, przerażona tym, co się zadziało, próbująca na własną rękę usunąć owoc miłości fizycznej. Młodzież okaleczoną emocjonalnie przez te wbijane jej do głowy bzdury.

Jestem ciekawa, dlaczego prezes i całą reszta są głusi na słowa papieża Franciszka, który tak pięknie mówi, że „seks jest darem od Boga, nie potworem, miłość jest darem od Boga. Inną kwestią jest to, że niektórzy używają go, by zarabiać pieniądze i wykorzystywać innych. Ale musimy zapewnić rzeczową, nienacechowaną ideologicznie edukację seksualną. (…) Trzeba nauczać o seksie jako o darze od Boga. Wychowywać to nauczać tak, by wyciągać z ludzi to, co w nich najlepsze i po drodze im pomagać” i jednocześnie zwraca uwagę na dobór odpowiednich podręczników do edukacji seksualnej, bo przecież „są rzeczy, które pomagają dojrzeć, ale też takie, które szkodzą”?

Kaczyński ponad prawem. Oto definicja bezprawia PiS

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że jest zwodzony i oszukiwany.

Ale Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie wystarczyły nagrania jednoznacznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (typu „nie chcę nikogo oszukać, ale…”) i dziesiątki dokumentów przedstawionych przez Birgfellnera – potwietrdzających, że wykonał zamówioną przez Kaczyńskiego pracę i nie dostał zapłaty.

Śledczy mieli sprawić, by Kaczyński nie został przesłuchany i nie stanął przed sądem. Dlaczego jednak odmowa wszczęcia śledztwa zajęła prokuraturze blisko dziewięć miesięcy, czyli o osiem dłużej pozwalają przepisy kodeksu postępowania karnego?

O tym jest ten tekst.

Daty mówią same za siebie

Na pierwsze przesłuchania Birgfellnera wezwano jeszcze w pierwszej połowie lutego. Nic dziwnego – zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura powinna wydać postanowienie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia śledztwa w ciągu 30 dni od złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zatem przepisowy termin upłynął z końcem lutego 2019 roku. W marcu 2019 nadal nie było rozstrzygnięcia, ale Renata Śpiewak, prokurator prowadząca sprawę, została awansowana z prokuratury rejonowej do okręgowej.

„Sytuacja jest o tyle komiczna, że niektórzy prokuratorzy mieli w tym czasie dyscyplinarki za przekraczanie tego 30-dniowego terminu. Taki zarzut postawiono na przykład Krzysztofowi Parchimowiczowi” – komentuje dla OKO.press pełnomocnik Birgfellnera, adwokat Jacek Dubois.

W ciągu tych rekordowych prawie dziewięciu miesięcy, gdy prokuratura nie mogła podjąć decyzji w sprawie wszczęcia postępowania austriackiego biznesmena przesłuchano siedem razy, w tym raz w Wiedniu (za pośrednictwem austriackiej prokuratury). Sesje trwały razem ponad 50 godzin.

„Nie spotkałem się jeszcze z tak wydłużanym postępowaniem. W tym czasie ukryć można było wszystkie dowody. Próbowano straszyć pana Birgfellnera. Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze w pokoju obok czekało trzech urzędników skarbowych” – relacjonuje mec. Dubois.

Prokurator Renata Śpiewak kilkukrotnie nakładała także na Gerarda Birgfellnera grzywny za niestawiennictwo. Każda w wysokości 3 tysięcy złotych. Birgfellner nie mieszka w Polsce i jego pełnomocnicy uprzedzali prokuraturę, że wyznaczony termin jest niedogodny. Wszystkie grzywny uchylał sąd.

„W sytuacji poważnych zarzutów przesłuchiwana jest osoba, która twierdzi, że jest ofiarą określonej działalności. Przesłuchiwana jest tyle razy i tak intensywnie, że powstaje pytanie, czemu to ma służyć” – komentował sprawę w kwietniu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Kaczyńskiego, który jest głównym bohaterem tej historii, nie przesłuchano dotąd ani razu.

„Żeby przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego trzeba wszcząć postępowanie. W przypadku takich rzeczy, jakie nagrano na taśmach, nie wyobrażałem sobie, żeby do tego miało nie dojść. Ale całe działanie prokuratury skupiało się na tym, by uchronić pana Kaczyńskiego przed stawieniem się przed organami wymiaru sprawiedliwości i składania wyjaśnień pod odpowiedzialnością karną” – komentuje Jacek Dubois.

Przypomnijmy – na nagraniach sporządzonych przed Geralda Birgfellnera słychać, jak Jarosław Kaczyński mówi, że chciałby mu zapłacić za wykonaną pracę, zwrócić koszty, ale potrzebuje podstawy. Ale oficjalnie zleceniodawcą była spółka-córka Srebrnej – Nuneaton, która nie była wypłacalna. Jako dobrą drogę do tego proponuje pozwanie Srebrnej do sądu i obiecuje, że zezna w sądzie na korzyść Birgfellnera.

„Przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas” – mówi prezes PiS. Wiele razy potwierdza, że praca, jaką wykonał Birgfellner była przez niego zamówiona, została wykonana, ale niezapłacona.

Potwierdza to 50 dokumentów, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwa, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami, jakie w prokuraturze złożyli pełnomocnicy. W nagranych rozmowach sam Kaczyński twierdzi, że te dokumenty to „mocne argumenty”, które przekonają sąd, że zapłata od Srebrnej się należy.

Dla prokuratury okazały się jednak niewystarczająco mocne.

Jak działa taka prokuratura

Prowadzenie sprawy „wież Kaczyńskiego” przez prokuraturę pokazuje, jak dalece uzależniona jest ona od władz. Kieruje nią Prokurator Generalny, który jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i partyjnym partnerem osoby, wobec której pada poważny zarzut.

Zwierzchnikiem prokuratorów jest Prokurator Krajowy, którego powołuje premier na wniosek Prokuratora Generalnego. Szeregowych prokuratorów powołuje na stanowiska Prokurator Generalny na wniosek Prokuratora Krajowego.

Dyscyplinuje prokuratorów z kolei Sąd Dyscyplinarny, którego przewodniczącego i zastępcę powołuje Prokurator Generalny. W drugiej instancji orzeka z kolei Sąd Najwyższy w składzie: dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jednego ławnika SN powołanych przez neo-KRS i Senat.

Po pierwszej sesji przesłuchań Birgfellnera, 10 i 11 lutego 2019, doszło do słynnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, odwrotnie niż ma w zwyczaju, nie zaprosił Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego na Nowogrodzką, ale sam odwiedził go w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Ten zbieg terminów musiał być zupełnie przypadkowy, Zbigniew Ziobro publicznie zapewniał, że „Jarosław Kaczyński nie zapoznawał się z aktami sprawy pana Birgfellnera”.

Skąd data odmowy?

W kwietniu na łamach OKO.press sposób działania prokuratury komentowała prof. Anna Rakowska-Trela z Uniwersytetu Łódzkiego: „Czynności sprawdzające są w tej sprawie przeciągane poza nie granice tylko kodeksowe, ale i granice zdrowego rozsądku”.

Ale jakiś „rozsądek” w tym był. Prokuratura miała na celu uniknięcie skandalu przed wyborami.

Wszczęcie śledztwa oznaczałoby przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w charakterze świadka, rzecz dla PiS niedopuszczalna. Ale gdyby prokuratura podjęła decyzję o niewszczynaniu postępowania w przepisowym terminie, czyli do końca lutego, czy choćby w kwietniu albo maju, sąd mógłby uchylić to postanowienie jeszcze przed wyborami. A przy okazji opublikować uzasadnienie niewygodne dla władzy.

Dlatego prokuratura podjęła decyzję 11 października, czyli niby przed wyborami parlamentarnymi 13 października. Ale wysłano je do skarżących prawie 10 dni później.

Pełnomocnicy sugerują, że ta data może być nieprzypadkowa z jeszcze jednego powodu.

Droga się wydłużyła

Birgfellnerowi i jego pełnomocnikom przysługuje oczywiście zażalenie na odmowę wszczęcia śledztwa, z którego zamierzają niezwłocznie skorzystać.

Tak się jednak złożyło (nie rozstrzygamy czy to przypadkowy zbieg okoliczności, czy nie), że 21 lutego 2019 roku, czyli trzy tygodnie po złożeniu przez Birgfellnera zawiadomienia w prokuraturze, do Sejmu wpłynął rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i innych ustaw.

Nowelizację uchwalono w lipcu, a przepisy weszły w życie 5 października 2019. Zmiany dotyczyły właśnie m.in. art. 55 par. 1 i art. 330 par. 2, które dotyczą wnoszenia tzw. subsydiarnego aktu oskarżenia (przez osobę poszkodowaną).

Do tej pory art. 55 § 1 zd. 1 kpk brzmiał następująco:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Obecnie brzmi on:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu prokuratora nadrzędnego o utrzymaniu w mocy zaskarżonego postanowienia wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Do tej pory art. 330 § 2 kpk brzmiał:

„Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia. W takim wypadku pokrzywdzony, który wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a [stanowią one o zażaleniu], może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”.

Obecnie przepis ten brzmi: „§ 2. Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia.

Postanowienie to podlega zaskarżeniu tylko do prokuratora nadrzędnego.

W razie utrzymania w mocy zaskarżonego postanowienia pokrzywdzony, który dwukrotnie wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a, może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”

Co to oznacza?

Dotychczas pokrzywdzony miał prawo złożyć subsydiarny akt oskarżenia w przypadku, gdy po złożeniu zażalenia, prokuratura ponownie wydaje postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

Obecnie pokrzywdzony, który otrzymał odpowiedź odmowną na swoje zażalenie może je zaskarżyć tylko do prokuratora nadrzędnego. Możliwość wystąpienia do sądu z oskarżeniem subsydiarnym przysługuje dopiero po kolejnej odmowie prokuratury.

To zasadnicze wydłużenie ścieżki tej formy dochodzenia sprawiedliwości.

Sytuacja wygląda bowiem następująco. Aż dziewięć miesięcy zajęło prokuraturze podjęcie decyzji. Teraz postępowanie sądowe będzie trwało kolejnych kilka miesięcy. Zakładając, że sąd uchyli postanowienie o niewszczynaniu śledztwa, prokuratura może znowu nieprzepisowo czekać miesiącami z kolejną decyzją.

A jeśli ta znowu będzie negatywna, sprawa ponownie wyląduje w prokuraturze, ale wyższego szczebla. Oznacza to, że nawet dwa lub trzy lata może zająć Gerardowi Birgfellnerowi skierowanie sprawy na drogę sądową. O ile w ogóle się uda.

Kilkaset osób – fanatycznych posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych i kompletnie impregnowanych na wiedzę – próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

Od dawna jest dla mnie oczywiste, że w edukacji seksualnej nie chodzi wyłącznie o edukację seksualną. Choć jest niezmiernie ważne, żeby ona była. Żeby dorastające dzieci wiedziały, jak funkcjonuje ich ciało i ciała ludzi płci przeciwnej, że seks jest czymś naturalnym i zdrowym, jak jedzenie czy spanie, i że tak jak one, dla dobra naszego własnego i innych ludzi, powinien być ujęty w pewne ramy. Żeby dowiadywały się, czym są relacje między płciami i czym są granice, nasze i innych, że oprócz przyjemności seks niesie też konsekwencje, że nie ma wartościowego „tak” bez umiejętności mówienia „nie”, że dorosłym nie wolno dotykać dzieci w pewien sposób i że jeśli tak się stanie, trzeba alarmować, wreszcie, że oprócz niechcianej ciąży istnieją także choroby przenoszone drogą płciową, którym można zapobiegać i które można leczyć.

Jest jednak jeszcze inne oblicze wielkiego tematu, którym jest dla Polaków edukacja seksualna – polityczne i symboliczne.

Bo oto teraz kilkaset osób – posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych, fanatycznych przekonaniach, kompletnie impregnowanych na wiedzę, próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

I w tym momencie dyskusja przestaje dotyczyć edukacji, a zaczyna być o czymś innym. O prawie dostępu do nowoczesnej wiedzy medycznej i psychologicznej, o tworzeniu bezczelnie, pod samym naszym nosem zrębów fundamentalistycznego państwa religijnego, o ograniczaniu naszych praw i wolności, jak prawo do decydowania o sobie i swoich dzieciach na podstawie wszystkich możliwych informacji, o prawie do postępowania, jak nam się podoba i wydaje właściwe, a nie jak podoba się księżom i politykom, którym księża pomagają w kampaniach wyborczych.

Stara i głupia śpiewka, że edukacja seksualna to temat zastępczy jest po to, by uśpić naszą czujność, byśmy nie dostrzegli zagrożenia i nie zauważyli, jak krok po kroku buduje się, tuż pod naszym nosem, przerażające i złowrogie państwo religijne, w którym nikt oprócz księży katolickich, polityków PiS, Konfederacji, faszystów i nacjonalistów nie ma prawa głosu.

W demokracji nie istnieją tematy zastępcze – wszystko, o czym opinia publiczna chce mówić, jest ważne, a o wadze tematu świadczy poruszenie, jakie wywołuje. W wolnym kraju, jeśli chcesz o czymś rozmawiać, możesz o tym rozmawiać bez protekcjonalnych połajanek facetów u władzy lub facetów w sutannach twierdzących, że to temat zastępczy. Jeśli cię łają i tobą manipulują, to chcą ci coś zabrać. A kiedy próbują ci coś narzucić w dziedzinie, która zwyczajnie nie jest ich sprawą, wówczas sygnał alarmowy w każdym państwie prawa powinien zacząć wyć jak syrena.

Artykuł 48 konstytucji mówi jasno, że rodzicie mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Co oznacza, że każdy rodzic, który chce, żeby dla jego dziecka własna cielesność i zagrożenie pedofilią nie były tematami tabu, ma do tego pełne prawo. Dlatego sądzę, że ewentualny zakaz edukacji seksualnej będzie niekonstytucyjny.

Pamiętajcie – politycy zawsze chcą ograniczać nasze prawa i wolności, bo im mniej ich mamy, tym więcej władzy trafia w ich ręce. Ale ograniczanie prawa do zwykłej elementarnej wiedzy jest już cechą dyktatur i autorytaryzmów.

Edukacja seksualna nie jest żadnym tematem spornym ani zastępczym – w dzisiejszym świecie to norma cywilizacyjna.

Prawdziwym tematem, który należy zepchnąć na margines, tam gdzie jego miejsce, są bezczelne ciągotki bigotów i hipokrytów, którzy sami wyprawiając niewyobrażalne brewerie, także seksualne, chcą nam narzucać, jak mamy żyć. Między innymi po to, by nie zajmować się prawdziwymi problemami jak nadchodzący kryzys gospodarczy, zagrożenie państwa prawa, biurokracja, prawa pracownicze i sytuacja w Europie, bo wtedy jeszcze wyszłoby na jaw, że nie mają o niczym pojęcia.

„Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania” – mówi OKO.press Anna Godzwon. „Przy takiej wadze sprawy potrzebna jest jawna rozprawa” – ocenia mec. Małgorzata Szuleka

„W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację” – mówi OKO.press Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Do końca dnia w poniedziałek 21 października 2019 do Sądu Najwyższego wpłynęło 38 protestów wyborczych. Sześć z nich złożyło Prawo i Sprawiedliwość.

„PiS próbuje ukraść wybory” – napisał na Twitterze europoseł Platformy Obywatelskiej Radosław Sikorski.

„Teraz dopiero zobaczymy czy właśnie dlatego PiS na siłę przepychał reformę Sądu Najwyższego” – skomentował Robert Biedroń (Wiosna/Lewica).

Czy jest się czego bać? Czy PiS może przejąć Senat wbrew wyborcom?

Protestami zajmie się nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. O tym, kto w niej zasiada, pisaliśmy szczegółowo w tekście:

Na temat protestów rozmawiamy z dwom ekspertkami od prawa wyborczego.

Anna Godzwon była rzeczniczką Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego. Małgorzata Szuleka to prawniczka związana z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, przeprowadziła wiele badań dotyczących dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Obie rozmówczynie OKO.press zgadzają się, że wniesienie protestów przez PiS (i innych) nie narusza zasad demokracji. Jednak zgłaszają też wątpliwości:

  • nie wiadomo, czy PiS przedstawił dowody naruszenia procedury wyborczej;
  • trwa postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, dotyczy m.in. powoływania sędziów Sądu Najwyższego przez neo KRS, zatem sam fundament funkcjonowania SN jest niepewny;
  • ocena protestów wyborczych może się odbyć na niejawnej rozprawie;
  • Sąd Najwyższy stwierdzi nie tylko, czy doszło do naruszeń, ale też, czy miały one wpływ na wynik wyborów.

Anna Godzwon: Na wnoszącym protest spoczywa ciężar przedstawienia dowodów

Agata Szczęśniak, OKO.press: Czy złożone dziś protesty zablokują prace Senatu?

Anna Godzwon: Nie. Senatorowie zostali wybrani, ich mandaty są potwierdzone obwieszczeniem PKW. Senat zbierze się dokładnie w takim składzie, w jakim został wybrany. Rozstrzyganie protestów nie blokuje prac Senatu.

Do kiedy będziemy czekać na decyzję Sądu Najwyższego i jak będą wyglądały jego prace w tej sprawie?

Sąd Najwyższy ma 90 dni, czyli do 13 stycznia, na wydanie postanowienia o ważności wyborów. Od Sądu zależy, czy wykorzysta cały ten czas.

Procedura w Sądzie Najwyższym ma dwa etapy. Pierwszy to rozpatrywanie każdego protestu z osobna. Trzech sędziów pochyli się nad każdym protestem. Następnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w pełnym składzie na rozprawie publicznej i po zapoznaniu się z opiniami oraz sprawozdaniem PKW rozstrzyga o ważności wyborów.

Głosy zostaną ponownie przeliczone?

Zależy, co zdecyduje Sąd Najwyższy. Zgodnie z prawem wyborczym SN może nakazać ponowne przeprowadzenie niektórych czynności wyborczych. To może oznaczać ponowne przeliczenie głosów.

Wtedy komisje obwodowe musiałyby się ponownie zebrać, otworzyć worki z kartami wyborczymi, sprawdzić krzyżyki na kartach, policzyć je. Ale tak nie musi być. Sąd może nakazać zliczenie protokołów.

Skrajnym przypadkiem byłoby powtórzenie wyborów w okręgach, w których wyniki są kwestionowane.

Powtórzenie wyborów w jednym okręgu nie zatrzymuje prac całego Senatu? A w sześciu okręgach?

Też nie. Senatorowie pełnią swoje mandaty dopóty, dopóki nie zostaną one wygaszone na podstawie ewentualnej uchwały Sądu Najwyższego o nieważności wyborów w okręgu ich powtórzeniu

Pojawiły się głosy, że składając protesty, PiS kwestionuje zasady demokracji.

To nie jest kwestionowanie zasad demokracji. To jest działanie zgodne z kodeksem wyborczym. Tryb postępowania z protestami został jednomyślnie uchwalony w 2011 roku, kiedy kodeks powstawał. Demokratycznie uchwalony kodeks daje prawo każdemu obywatelowi, żeby zgłaszał protest. Jeśli ktoś ma wiedzę o przestępstwie przeciwko wyborom, to jest droga, żeby zaprotestował.

I tu jest ważna sprawa: to na wnoszącym protest spoczywa ciężar sformułowania zarzutów i przedstawienia dowodów. Mówi o tym art. 241 par. 3: „Wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania.

Małgorzata Szuleka: Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego trafiają protesty

„Protest nie jest zamachem na demokrację, tylko prawem każdego wyborcy. To forma kontroli prawidłowości przeprowadzenia wyborów – ich rzetelności, uznawana zarówno w polskim prawie, jak i w standardach międzynarodowych.

Wolne wybory to jedna z podstaw demokracji, a to, czy wybory były wolne i rzetelne, powinno być poddane kontroli niezależnego organu. W przypadku Polski tym organem są sądy.

Protesty wyborcze są ugruntowane w polskim prawie. Mimo że już za rządów PiS mieliśmy zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące urządzenia Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego, przepisy dotyczące protestów nie zmieniły się.

Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego protesty trafiają.

1. Czy sędziowie Izby Kontroli zostali powołani legalnie?

Po pierwsze, istnieją wątpliwości co do legalności powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego w związku z powołaniem sędziów Izby przez nową KRS. W sprawie ukształtowania nowej KRS toczy się postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czekamy na orzeczenie Trybunału i nie wiemy, jak szerokie ono będzie tzn. czy Trybunał odniesie się do kwestii wszystkich sędziów powołanych przez nową KRS.

Niemniej jednak wątpliwości co do samego powołania sędziów pozostają.

2. Czy będzie jawna rozprawa?

Druga sprawa sprawa dotyczy jawności postępowania. Protesty można składać po każdych wyborach – przy czym protesty po wyborach samorządowych rozpoznawane są przez sądy powszechne, a po wyborach do Europarlamentu czy Sejmu i Senatu przez Sąd Najwyższy.

W Fundacji Helsińskiej prowadzimy projekt dotyczący protestów wyborczych. Po wyborach samorządowych obserwowaliśmy, że w co najmniej kilkunastu przypadkach sądy decydowały o rozpoznaniu sprawy na rozprawie, co powodowało, że była możliwość obserwowania ich przez publiczność.

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego protesty Sąd Najwyższy rozpatrywał na posiedzeniach niejawnych.

Sąd ma do tego prawo – nie jest zobowiązany do rozpatrzenia sprawy na rozprawie. Niemniej w tak ważnych sprawach, jak rozpatrzenie zastrzeżeń co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów, wydaje się zasadne skierowanie sprawy na rozprawę.

W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację.

3. Czy naruszenia miały wpływ na wynik?

I wreszcie trzecia, równie ważna kwestia: nie każde naruszenie przepisów o organizacji wyborów będzie miało wpływ na ich ważność. Mogło się zdarzyć, że karta była nieostemplowana albo głos był źle policzony, ale to sąd oceni, czy te naruszenia miały wpływ na wynik wyborów. W okręgach senackich rywalizacja była dość zaciekła, więc sąd będzie musiał bardzo skrupulatnie rozważyć wszystkie dowody zebrane w postępowaniu”.

To książki, które – poza jednym wyjątkiem – nie traktują bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie najlepiej opowiadają o tym, co dzieje się tu i teraz.

Zapewne masz już za sobą lekturę miliona powyborczych komentarzy publikowanych na Facebooku, Twitterze i w prasie. Masz wyrobione zdanie, czy PiS odniósł ogromne zwycięstwo, czy „tylko” wygrał i co zamierza zrobić przez najbliższe cztery lata. Czy lewica znacząco zwiększyła swój stan posiadania (nie bardzo, ale dobrze, że weszli) i czy największą katastrofą tych wyborów jest wynik Konfederacji (owszem). Powoli zaczynasz mieć dość i jesteś tym dzikim targowiskiem opinii zmęczony/zmęczona.

A gdyby tak na chwilę odłożyć całą tę gonitwę i sięgnąć do książek, dzięki którym szanse na szersze spojrzenie wzrosną? Nie traktują one – poza jednym wyjątkiem – bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie opowiadają o tym, co tu i teraz się dzieje.

1. Charlie LeDuff – „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”, przeł. Kaja Gucio, wyd. Czarne, Wołowiec 2019

Charlie LeDuff, ekscentryczny reporter nagrodzony Pulitzerem za wcześniejsze „Detroit”, zamiast zza redaktorskiego biurka mówić ludziom, co mają robić, jak myśleć czy – tym bardziej – na kogo powinni głosować, woli wziąć ekipę telewizyjną i zjechać z nią swój kraj po to, by dowiedzieć się, czym żyją i co mają w głowach współobywatele z różnych części Stanów Zjednoczonych.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że co druga książka poświęcona USA jest w jakiejś mierze również książką o Polsce. „Shitshow!” oczywiście nie jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły.

Spór elity kontra lud? Jest. Bunt wykluczonych i żyjących na marginesie? Jak najbardziej. Coraz bardziej wyniszczająca wojna kulturowa, która powoli przekształca się w rzeczywistą wojnę domową? Proszę bardzo. A wszystko podane bez zbędnego teoretyzowania. LeDuff przeklina i przegina, nie unika irytujących populistycznych wstawek i ani na moment nie pozwala nam zapomnieć o tym, że oprócz podzielonej Ameryki jego książka ma jeszcze jednego niezwykle ważnego bohatera, którym jest oczywiście on sam.

LeDuff: Nie musimy do siebie strzelać. Ameryka jest popieprzona i fantastyczna

Więc tak, jest nasz reporter showman wkurwiający (posługuję się nomenklaturą LeDuffa), wyprowadza nas z równowagi i dobrego samopoczucia, jak również masakruje media i ich wyrobników, ale oderwać się od „Shitshow!” i tak nie sposób.

2. Didier Eribon – „Powrót do Reims”, przeł. Maryna Ochab, wyd. Karakter, Kraków 2019

Didier Eribon, francuski filozof i socjolog, biograf Michela Foucaulta i autor kilkunastu innych książek, który wykładał m.in. w Berkeley czy Cambridge, raczej nie znalazłby wspólnego języka z dzikusem LeDuffem. Ale nie zmienia to faktu, że napisany dystyngowanym i miejscami zbyt przeintelektualizowanym językiem „Powrót do Reims” to jednak przede wszystkim poruszająca opowieść o awansie społecznym, wykluczeniu i upokorzeniu.

Eribon opowiada tu o wyrwaniu się (czy wręcz ucieczce) z prowincji do Paryża, gdzie zaczął robić karierę uniwersytecką, a następnie dziennikarską i pisarską. W tym samym czasie odcina się od swojej „zostawionej w tyle” rodziny, zrywa z nią kontakty, przez lata nie rozmawia z ojcem. Dopiero jego śmierć sprawia, że Eribon zaczyna konfrontować się z historią swej rodziny i swego wstydu.

Francuski pisarz opowiada o podwójnej obcości. Jesteś obcy w świecie, z którego wyszedłeś (bo masz wyższe wykształcenie, inne poglądy, nie chodzisz do kościoła etc.) i prawdopodobnie zawsze będziesz obcy w świecie, w którym przebywasz obecnie (zawsze będziesz ze wsi i prędzej czy później „twoje pochodzenie cię dopadnie”).

Eribon pisze m.in. o „zakłopotaniu i zażenowaniu, jakie się czuje kiedy wraca się do rodziców po tym, jak się porzuciło nie tylko rodzinny dom, ale też rodzinę i świat, do którego mimo wszystko nadal się należy, oraz to zbijające z tropu poczucie, że się jest u siebie, a jednocześnie w obcym świecie”. Albo w innym miejscu: „Łatwo przekonywać samego siebie, abstrakcyjnie, że nie podamy ręki komuś, kto głosuje za Frontem Narodowym, i nie odezwiemy się do niego słowem… Ale co zrobić, kiedy okazuje się, że chodzi o naszą rodzinę? Co powiedzieć? Co myśleć”.

Bez książki Eribona, która mimowolnie uruchamia osobiste wspomnienia i wkłuwa się bezlitośnie nawet w to, co wyparte, prawdopodobnie nie napisałbym nigdy żadnego tekstu o swej kaszubskiej rodzinie, której spora część głosuje na PiS. Nigdy nie wykonałbym żadnej pracy nad próbą zrozumienia wyborów politycznych dokonywanych przez mojego tatę, jego braci, ich żony, ich sąsiadów. I nigdy nie usłyszałbym wypowiedzianych pół żartem, pół serio, ale jednak bolesnych słów od jednego z wujków, z którym – przy okazji pracy nad tekstem – rozmawiałem pierwszy raz od lat: „Gdyby nie PiS, tobyś o nas dalej nie pamiętał”.

3. Michał Paweł Markowski – „Wojny nowoczesnych plemion”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Nie dość, że obszerna, to jeszcze niesamowicie gęsta i miejscami wymagająca (np. chaszcze rozdziału z Heglem w roli głównej), ale absolutnie warta podjęcia tego wysiłku książka profesora Markowskiego, teoretyka literatury, filozofa i eseisty, a od lat także szefa wydziału Studiów Polskich, Rosyjskich i Litewskich na University of Illinois w Chicago. Perspektywa życia i pracy w USA i Polsce, a więc w dwóch krajach rozrywanych przez wojnę kulturową, a do tego erudycja, talent pisarski i temperament polemiczny profesora sprawiają, że trudno wyobrazić sobie właściwszą osobę do opisu naszych plemiennych wojen, zwaśnionych obozów politycznych, triumfalnego pochodu współczesnych populizmów czy coraz bardziej przerażającego dyktatu opinii, które zastąpiły z powodzeniem dążenie do Prawdy.

Zdaje się, że Markowski – gdyby tylko mógł – polikwidowałby wszystkie prasowe czy portalowe działy opinii, a miejsce po nich oddałby np. ekspertom zajmujących się fact checkingiem, weryfikacją danych, poszukiwaniem prawdy obiektywnej.

Trochę żartuję, ale Markowski zupełnie na serio pokazuje przerażające konsekwencje upadku debaty publicznej, w której trójcę rozum – wiedza – fakt zastępuje na dobre (a raczej na złe) uczucie – wiara – opinia. W jaki sposób to zmienić? Jak łagodzić współczesne konflikty? Czy wojna kulturowa jest niezbędną składową demokracji? Jak dyskutować raczej ze sobą niż obok siebie czy przeciw sobie? Czy możliwa jest rozmowa z kimś, kto głosi „prawdziwszą prawdę”, i co zrobić w sytuacji, gdy właściwie wszyscy zostaliśmy takimi pewnymi swego głosicielami?

„Głosuj na PiS, a my Ci wybaczymy zdradę!”. Grzegorz Wysocki odwiedza rodzinę

Markowski ma rozmach, ogromną wiedzę i porywający styl. Na przestrzeni jednego akapitu pędzi od Kaczyńskiego do Trumpa, od Rymkiewicza do Michnika, od Mickiewicza do Nietzschego, od „Marsjanina” z Mattem Damonem do „Seksu w wielkim mieście”. W jednym kotle miesza politykę, historię, literaturę, film, filozofię i osobiste wyznanie.

Mamy październik, więc nie mam już wątpliwości, że to jedna z najlepszych, najmądrzejszych i najbardziej potrzebnych książek tego roku. Lektura obowiązkowa dla polityków i wyborców, dziennikarzy i odbiorców, konserwatystów i liberałów.

4. Agata Sikora – „Wolność, równość, przemoc”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Rozumiem, że można protestować, gdy proponuję równoległe czytanie Eribona i LeDuffa, ale jestem przekonany, że w przypadku zasugerowania wspólnej lektury książek Markowskiego i Sikory taki opór już nie będzie miał miejsca. Oboje podejmują podobne tematy (wojna kulturowa, wolność i bezpieczeństwo, polityki tożsamościowe, przemoc symboliczna, represja), a nawet czytają i cytują tych samych autorów (np. Norbert Elias czy, jakżeby inaczej, przedwcześnie kończący historię Francis Fukuyama).

Zapewne z perspektywy Sikory czy Markowskiego zbieżność publikacji ich książek może być pewnym problemem, ale z perspektywy czytelnika uspokajam, że to dwie – pójdźmy na całość – wybitne, dopełniające się i nieświadomie ze sobą dialogujące książki eseistyczne.

Sikora, kulturoznawczyni stale współpracująca z internetowym „Dwutygodnikiem” (to tam opublikowała jeden z najciekawszych i najbardziej poruszających tekstów po pamiętnym Marszu Równości w Białymstoku), od lat żyjąca i pracująca w Wielkiej Brytanii, zastanawia się nad tym, czego nie chcemy sobie dzisiaj powiedzieć (poprawność polityczna, tabu, stadne myślenie, ograniczenia środowiska, w którym żyjemy etc.), i próbuje zrozumieć, jak znaleźliśmy się w klinczu pomiędzy polityką tożsamości a uniwersalistycznym liberalizmem.

Autorka otwarcie przyznaje we wstępie, że w ostatnich latach często się gubiła, „śledząc debaty wokół kontrowersyjnych zagadnień, które w potocznym rozumieniu są wiązane z wojnami kulturowymi – od poprawności politycznej po #MeToo”: „Na poziomie intelektualnym rozumiałam argumenty i racje różnych stron sporu, empatyzowałam z przeciwstawnymi punktami widzenia. Nie potrafiłam jednak rozstrzygnąć nawet pojedynczych kontrowersji na własny użytek (nie wspominając o wypracowaniu spójnego stanowiska, które można by przedstawić na forum publicznym)”.

Lektura obowiązkowa, nie tylko niezbędnik inteligenta i inteligentki, ale przede wszystkim rzecz dla tych, którzy nie bardzo wiedzą, jak pogodzić hasło „wierzę ofiarom” z domniemaniem niewinności czy mają ambiwalentny stosunek do poprawności politycznej.

5. Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata”, wyd. Polityka, Warszawa 2019

Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, publicyści od lat związani z tygodnikiem „Polityka”, w swoim prawie 400-stronicowym zbiorze tekstów przyglądają się rządom Jarosława Kaczyńskiego. Autor wstępu Jerzy Baczyński przypomina, że obaj autorzy często byli atakowani za „straszenie PiS-em”: „Ale każdy miesiąc »dobrej zmiany« przynosił potwierdzenie tezy, że PiS nie tworzy po prostu kolejnego rządu RP, ale, w swoim przekonaniu, rząd ostatni, pieczętujący moralny i polityczny triumf dobra nad złem”.

Oprócz obszernego wyboru artykułów poświęconych PiS-owskim celom i metodom, mediom i retoryce, technikom władzy czy polityce historycznej Janicki i Władyka proponują czytelnikom także napisany specjalnie do książki 50-stronicowy opis panującej dzisiaj w Polsce ideologii państwowej. Piszą tu m.in. o diagnozach Kaczyńskiego, Smoleńsku jako paradoksalnie niedocenionym wydarzeniu politycznym, postępującej brutalizacji polskiej polityki, zasadach „dobrej zmiany” czy podziale na szyderców i patriotów.

Wydawanie w formie książkowej archiwalnych artykułów publicystycznych, które były pisane na gorąco, może się wydawać pomysłem osobliwym, ale też trzeba przyznać, że czyta się te kolejne teksty bezboleśnie, narracja jest wartka i pełna zwrotów akcji, a do tego dochodzi walor w postaci uporządkowania wydarzeń politycznych ostatnich lat i pobudzanie przez autorów zapału polemicznego. Chociażby u tych czytelników, którzy za mocno upraszczającą i niesprawiedliwą uważają słynną definicję symetryzmu mieszczącą się właściwie w rymowance o treści: „PiS-PO, jedno zło”.

– Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne – mówi Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, w wywiadzie dla Gazeta.pl. Jak dodaje, ma dwoje faworytów w wyścigu o Pałac Prezydencki. – W rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na Małgorzatę Kidawę-Błońską, właśnie z tego powodu, że jest kobietą – podkreśla.

Jacek Gądek: Ma pan kaca po wyborach?

Jacek Karnowski: Mam niedosyt. Bo PiS, które okazało się partią nie do końca uczciwych ludzi, co widać po Marianie Banasiu, osiągnęło taki wynik.

Banaś akurat nie jest formalnie członkiem PiS.

Banaś jest związany z PiS-em i był ministrem w ich rządzie. Przypomnę, że Sławomir Nowak stracił fotel ministra przez fałszywe oskarżenia o zegarek, Pawła Adamowicza ścigano za niewpisanie do oświadczenia majątkowego mieszkania, a mnie za jakieś części samochodowe, które nie pasowały do mojego samochodu, a które miałam rzekomo w nim zamontować. Pan Banaś, choć ma kłopoty z dwoma kamienicami, awansuje i ma nawet certyfikat dostępu do tajnych informacji od ABW. Żona Marka Kuchcińskiego latała sobie rządowym samolotem, a Beata Szydło rozdawała nagrody, mówiąc, że im się po prostu należą.

Czyli jednak kac?

Przegranie z taką ekipą to nic przyjemnego. Ale jednak powstrzymaliśmy pochód Hunów niszczących demokrację, bo PiS nie poprawiło swojego stanu posiadania, mimo olbrzymiej kampanii. Momentami było ona zresztą tak głupia, że aż przeciwskuteczna. Widać Jacek Kurski faktycznie myśli, że ciemny lud wszystko kupi.

O zatrzymaniu czegokolwiek trudno jednak mówić. Może tylko spowolniliście pochód PiS – o 30 dni, przez które Senat może prowadzić prace nad ustawami.

Odbicie Senatu jest jednak przełomem. Cieszę się, że pomogła w tym olbrzymia mobilizacja samorządowców. PiS-owi marzyła się większość konstytucyjna, jednak udało się nam pohamować te zapędy.

Jakie błędy popełniła opozycja?

Uważam, że pierwszym i podstawowym błędem był brak porozumienia Koalicji Obywatelskiej z PSL-em o wspólnym starcie. Lewica musiała powstać i startować osobno i to naturalne, ale ludowców należało przekonać do wspólnego startu – to się jednak nie udało.

Druga rzecz: brak konsekwencji w przekazie programowym. Była „szóstka Schetyny”, ale szybko zgasła. A trzecia to zbyt późne wystawienie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w roli kandydatki na premiera.

To są trzy grzechy główne nas jako opozycji.

Opozycja musi nadal inwestować w Małgorzatę Kidawę-Błońską?

Pani marszałek jest teraz jedną z dwóch osób, które mogą z ramienia Koalicji Obywatelskiej startować na prezydenta.

A drugą jest…

…Rafał Trzaskowski.

Czy wybory parlamentarne były do wygrania przez opozycję?

Były do wygrania. Bez obciążenia tymi trzema grzechami, o których wspomniałem, zwycięstwo było w naszym zasięgu. „Szóstka Schetyny” była dobrym pomysłem programowym. Ja się nawet dziwię, że mając po drugiej stronie taką ekipę jak PiS, nie wygrywamy  wyborów.

„Szóstki Schetyny” nie pamiętał nawet sam Grzegorz Schetyna. Może to jest podstawowy problem PO – kiepskie przywództwo?

Ocenią to już członkowie PO, a nie ja. PO jednak dalej jest największym klubem na opozycji. Na szczęście jest to formacja demokratyczna.

Z pewnością dużym plusem Grzegorza Schetyny było najpierw zbudowanie Koalicji Europejskiej, a potem Koalicji Obywatelskiej. Ale brak jednoznacznego przekazu już nie. Co ja mam panu więcej powiedzieć?

To, co pan sądzi. Między oczy.

Miedzy oczy to należało jak mantrę powtarzać tych sześć punktów. Jestem daleki jednak od tego, aby za wszystko obwiniać Grzegorza Schetynę.

Schetyna nawet nie pamiętał swojej „szóstki”. Czy powinien teraz odejść z fotela szefa Platformy?

Nie jestem członkiem PO. Nie dziwmy się, że w demokratycznej partii są krytycy i różnice zdań. Zagłosują i zostawią bądź wybiorą nowego przewodniczącego. Faktem jest, że PiS jednak został zahamowany. Wygrana w Senacie daję wielką nadzieję.

Pan jest zadowolony ze swojej współpracy z PO w sztabie wyborczym?

Ja sobie zawsze pracę znajdę i myślę, że choć miałem mniejszy wpływ na całą kampanie sejmową, to na senacką już zdecydowanie większy. Oczywiście mogę powiedzieć, że mogliśmy zrobić więcej albo „a nie mówiłem”. Wiemy, co poprawić przy wyborach prezydenckich.

Szefem sztabu był Krzysztof Brejza, ale wszyscy wiedzą, że nie on podejmował decyzje. Prawda?

Były dwa etapy kampanii. Na pierwszym etapie Brejza wykonał ogromną pracę i jeździł po Polsce. A w drugim – po wściekłym ataku TVP na niego – już skupił się na własnej kampanii. Lekcja jest taka, że kampanię powinien prowadzić ktoś, kto sam nie startuje w wyborach.

PiS już będzie ogłaszać skład sztabu Andrzeja Dudy, a na opozycji nie wiadomo, jeszcze kto będzie startował. To wygląda na proszenie się o kolejną porażkę?

Na 100 proc. będzie startował Władysław Kosiniak-Kamysz. Na 90 proc. Robert Biedroń albo Adrian Zandberg. I będzie też ktoś z Koalicji Obywatelskiej.

„Ktoś”? By myśleć o zwycięstwie, należałoby już szykować kampanię pod konkretną osobę.

Stawiam na Małgorzatę Kidawę-Błońską. Albo na Rafała Trzaskowskiego.

Ale decyzji KO nie ma. Kiedy będzie?

Będą zapewne zlecane badania społeczne, kto ma większe szanse i jeszcze w tym roku trzeba ogłosić kandydaturę.

A dlaczego nie wymienia pan Donalda Tuska jako potencjalnego kandydata?

Dobrze by było, gdyby zdecydował się na start. Skoro jednak obecnie ubiega się o stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPL), to nie będzie zaraz potem też startował na prezydenta Polski. Co powie ludziom z EPL za pół roku? „Na chwilę tylko jestem u was, bo chcę startować w Polsce”? Przecież to nielogiczne.

Tusk nie sprawia wrażenia skłonnego do startu na prezydenta?

Wydaje mi się, że nie jest zainteresowany kandydowaniem.

Pan nie wierzy w powrót Tuska, a Radosław Sikorski wcale tego nie wyklucza.

Gdyby Donald Tusk chciał wrócić, toby już wracał, a nie starał się o fotel szefa EPL. Przestańmy się łudzić i zastanawiać, czy Donald Tusk wróci jak Anders na białym koniu. Trzeba brać sprawy we własne ręce. Jeśli będą prawybory w KO, a Donald Tusk zgłosi chęć ubiegania się o nominację od partii, to w nich wystartuje. A badania pokażą, czy ma największe szanse, czy jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, Rafał Trzaskowski albo jeszcze ktoś inny.

Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne.

Zastępy ludzi, którzy czekali i może wciąż czekają, aż Tusk osiadła białego konia, są jednak duże. Zwłaszcza w szeregach PO i części środowiskach opiniotwórczych.

Donald Tusk jest odpowiedzialnym człowiekiem. Jeśli będzie decydował, czy startować na prezydenta, to wcześniej spojrzy na badania socjologiczne. Ale ja nie wierzę, że się zdecyduje, choć jako sopocianin cieszyłbym się, że mój krajan ma szansę przejąć Pałac Prezydencki.

Czy prawybory to dobry sposób na wyłonienie kandydata?

Prawybory na całej opozycji – nie. Prawybory w samej Koalicji Obywatelskiej albo na lewicy – tak, to bardzo dobry pomysł, bo mobilizuje całe środowisko. Rywalizacja pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim była bardzo dobrym pomysłem, sprawdziła się.

Czy opozycja powinna rzucić absolutnie wszystkie siły na kampanię prezydencką?

Tak – nie tylko siły, lecz także całą swoją mądrość. KO musi się oprzeć na profesjonalistach.

A czy Władysław Kosiniak-Kamysz byłby dobrym kandydatem? Donald Tusk nieprzypadkowo stwierdził ostatnio, że trzeba wskazać „kandydata, który będzie miał największe szanse przekonać tych, którzy dziś głosują na PiS oraz wahających się, i wygrać”.

Zobaczymy, czy wybory rozstrzygną się w I turze i wygra kandydat opozycji, czy rozstrzygną się w II – wtedy wszystkie ręce na pokład. Według mnie mówienie o jednym kandydacie opozycji już w I turze to błąd i niepotrzebne demobilizowanie części elektoratu. Przecież gdyby wystawić tylko Władysława Kosiniaka-Kamysza, to elektorat lewicowy będzie zdemobilizowany. Albo tylko Małgorzatę Kidawę-Błońską lub Rafała Trzaskowskiego – wtedy elektorat ludowy będzie rozprężony.

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak wynika z rankingów zaufania – nie zna aż 24 proc. Polaków. Jest sporo do zrobienia, jeśli ma walczyć o Pałac Prezydencki?

A ile nie znało Andrzeja Dudy, gdy ruszał z kampanią? Większość. Małgorzatę Kidawę-Błońska zna tymczasem 3/4 wyborców, osiągnęła rekordowy wynik w wyborach, deklasując Jarosława Kaczyńskiego. Według mnie najlepszy scenariusz jest taki: badania socjologiczne, prawybory wyłaniające kandydata Koalicji Obywatelskiej. W pierwszym rzędzie będę kibicował Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, a w drugim Rafałowi Trzaskowskiemu.

Bo?

Obydwoje mają odpowiednie, wysokie kompetencje. Jednak w rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na panią marszałek, właśnie z tego powodu, że jest kobietą.

Gdyby padła propozycja, toby pan wszedł do sztabu kandydata KO?

Oczywiście, że tak. Nigdy nie pchałem się do sztabów wyborczych, ale teraz walka idzie o demokrację w Polsce.

W wyborach do Sejmu opozycja – nie licząc Konfederacji – zdobyła więcej głosów niż PiS…

…i to wskazuje, że możemy wygrać wybory prezydenckie.

Czego pan się spodziewa po początku rządów PiS?

Chichotem historii są słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że w Senacie będzie trzeba zachować inne standardy niż w Sejmie. Mam nadzieję, że nasza wygrana w Senacie i opozycyjny marszałek Senatu doprowadzą do tego, że dobre zwyczaje parlamentarne wrócą do polityki. Bo wcześniej PiS wysadziło je w kosmos.

Najpierw wygrana w Senacie, a zaraz potem kłótnia o to, kto ma być jego marszałkiem. Kiepsko to jednak wygląda?

To demokracja. Sam miewam dyskusje w radzie miasta Sopotu o tym, kto ma jej przewodniczyć. Nie ma w tym niczego dziwnego.

Ale marszałek stanie się automatycznie jednym z liderów opozycji. Funkcja jest bardzo prestiżowa i politycznie ważna.

Dogadają się. Radzę, aby czterech liderów – KO, PSL, lewicy i samorządowców – spotkało się przy kawie i to ustaliło. Jerzego Buzka też łatwo nie wybierano na premiera. Ostatecznie Marian Krzaklewski wyciągnął pudełko po butach i do niego posłowie wrzucali kartki z nazwiskiem swojego faworyta do objęcia teki premiera.

Schetyna koniecznie chciał Bogdana Borusewicza i miał jego nazwisko jako kandydata na marszałka ogłosić na konferencji prasowej, ale w ostatniej chwili się wycofał. Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że bez PSL nie ma decyzji. Przepychanka.

KO ma największy klub w Senacie i powinna proponować marszałka, a z mniejszymi klubami trzeba się porozumieć co do obsady foteli zastępców i szefów komisji senackich. To naturalna rzecz. Osobiście uważam, że Bogdan Borusewicz jest najlepszym kandydatem.

I nie jest dla pana tajemnicą, że „Borsuk” nie jest fighterem, a w polemikach się nie sprawdza.

Jestem przekonany, że – jak wielokrotnie pokazał – jest z jednym z najbardziej odważnych polityków. Ma być marszałkiem, a nie fighterem. Nie może my stosować takich reguł, które wprowadziło PiS.

Na ten moment jak pan ocenia szanse kandydata opozycji?

51 do 49 dla naszego kandydata, że pokona prezydenta Andrzeja Dudę. Czeka nas zapieprz i bardzo ciężka praca. A wcześniej musimy jeszcze – każde z ugrupowań na opozycji: KO, PSL, Lewica – przejść demokratyczne procedury wyłaniania własnych kandydatów. Warto to wszystko zakończyć jeszcze w tym roku i od początku 2020 r. pracować już w kampanii prezydenckiej.

Czyli nie popełniać błędu ze spóźnionym namaszczeniem Kidawy-Błońskiej?

Przepraszam, ale powiem to bardzo po męsku: warto się spotkać kilka razy i nawet dać sobie po gębach. Porozmawiać, nawet ostro. Ale potem pójść do przodu. Byle szybko!

Powyborcze rozliczenia w PO. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak broni szefa partii Grzegorza Schetyny przed gniewem lokalnych działaczy. Jednocześnie prowadzi swoją wojenkę z przewodniczącym PO w Wielkopolsce Rafałem Grupińskim.

Po wyborach w regionalnych strukturach PO – podobnie zresztą jak w całej Polsce – narasta gniew. Platforma odzyskała co prawda Senat, ale wybory do Sejmu z PiS przegrała.

Koalicja Obywatelska niby wygrała, ale przegrała Platforma Obywatelska

Bastion PO został obroniony. W Poznaniu na KO zagłosowało 45 proc. wyborców, na PiS – tylko 25 proc. Ale to pozorny sukces. Bo mandatów jest mniej. Po wyborach w 2015 roku PO miała pięciu posłów, a Nowoczesna dwoje. Apetyty były dużo większe niż pięć mandatów. W kampanii Rafał Grupiński mówił, że KO idzie po sześć, a nawet siedem mandatów w Sejmie. Nic z tego.

Jeden z polityków PO: – Mamy pięć mandatów, ale tylko dwa dla polityków PO – Grupińskiego i Dzikowskiego. Stąd taka wściekłość w naszych strukturach. Wynik liderki też nie powala.

Joanna Jaśkowiak zdobyła 67 tys. głosów. Niby dużo, ale w partii mówią, że lokomotywą listy nie była. Tak naprawdę imponują tylko dwa wyniki – Adama Szłapki (51 tys. głosów) i Franka Sterczewskiego (25 tys.). Za rezultat całej listy odpowiedzialność ponosi Grupiński. Nie pomaga mu to, że sam miał kiepski wynik. Z drugiego miejsca zdobył tylko ponad 17 tys. głosów. Przeskoczył go nawet startujący z czwórki odwieczny rywal poseł Waldy Dzikowski (19 tys.).

Kampania, pieniądze, lista – nic się nie zgadzało

Niezadowolenie rośnie. Działacze chcą nie tylko odejścia Schetyny, ale też Grupińskiego. Tuż po wyborach w partyjnych grupach Platformy na Facebooku wrzało. Lista była źle skonstruowana – pisali działacze.

„Gdyby jedynkę mieli Sterczewski lub Szłapka, wynik byłby lepszy”, „Tylko oni dali nam nowe głosy, reszta to kanibalizm” – to niektóre z komentarzy. „Wygrali polityczni celebryci i nieroby” – stwierdziła żona Szymona Ziółkowskiego, który stracił mandat.

Do tego dochodzi kiepska kampania. I pieniądze. Działacze PO są wściekli, bo choć Joanna Jaśkowiak miała największe finansowe limity na kampanię, to jej kampania była najmniej widoczna. W dodatku Jaśkowiak i Grupiński mieli najwięcej pieniędzy, a reszta musiała radzić sobie inaczej.

Prezydent Jacek Jaśkowiak na wojnie. O co mu chodzi?

W tym wszystkim prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak walczy na dwóch frontach.

Broni Schetyny i krytykuje tych, którzy chcą go rozliczać. „Gdyby nie jego determinacja w dążeniu do wspólnej listy opozycji, PiS zdobyłby również Senat. Przeforsował otwarcie naszych list na osoby spoza partii” – pisał tuż po wyborach.

To jednak głos tych, którzy w Poznaniu są dziś w mniejszości. – To, że te wybory – pod względem wyniku, ale też organizacyjnym – skończyły się klapą, jest dla mnie oczywiste. Każdy, kto myśli, musi wyciągnąć taki wniosek. Jaśkowiak się kompromituje – mówi nam polityk PO.

Prezydent broni Schetyny, bo jest blisko szefa PO. To u niego „wychodził” jedynkę dla swojej byłej żony. Musi stać murem za Schetyną, ale też bronić wyniku całej listy, na której kształt miał wpływ. Jakby na potwierdzenie tych słów mówi „Wyborczej”: – Wynik listy KO w Poznaniu oceniam bardzo dobrze. Liderka zrobiła jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich kandydatów KO w Polsce.

Jednocześnie Jaśkowiak grilluje Grupińskiego, swojego politycznego ojca. Od miesięcy obaj są w konflikcie. W PO mówią, że prezydent zerwał się ze smyczy. Jaśkowiak uderza w Grupińskiego, bo daje mu do tego pretekst słaby wynik posła. W piątek krytykował go w telewizji WTK. Grupiński odpowiedział: – Nie rozważam odejścia.

– Startując z dwójki, powinien uzyskać wynik między 52 a 67 tys. głosów. Efekt jest kilka razy gorszy, prześcignęło go trzech kandydatów z dalszych miejsc – mówi „Wyborczej” Jaśkowiak. A pytany o przyszłość Grupińskiego dodaje: – Powinien zadać sobie pytanie, dlaczego z wyborów na wybory uzyskuje coraz gorsze wyniki. Analizie powinien zostać poddany wynik KO w Wielkopolsce. Rafał Grupiński jest za niego odpowiedzialny. Powinien wiedzieć, na ile wywiązał się ze swojego zadania jako lider i co należy zrobić, by ten wynik poprawić. Kolejne pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć, to dlaczego kandydaci PO wypadli tak słabo.

Kto zastąpi Rafała Grupińskiego?

Rafał Grupiński rządzi PO od 2010 roku. Czy straci stanowisko? To dziś powszechne oczekiwanie. Czy na rzecz Jaśkowiaka? Możliwe. Ale powalczyć o fotel szefa PO może też kaliski poseł Mariusz Witczak, szara eminencja partii w regionie, skarbnik PO i stronnik Schetyny.

Wszystko zależy od tego, czy Schetyna zachowa stanowisko. Jego przeciwnicy myślą już o swoim kandydacie na szefa wielkopolskiej PO.

Wybory szefa regionu mogą odbyć się w styczniu, razem z krajowymi. O ich terminie zdecyduje rada krajowa.

Tusk, Kidawa-Błońska, pisowskie dewotki od zabraniania seksu i Banaś

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej. Jego zwolennicy przekonują, że był to gest roztropny i szlachetny, który działacze powinni docenić. Nie przez przypadek Schetyna podczas wieczoru wyborczego ogłosił, że teraz KO idzie po wygraną w wyborach prezydenckich, które odbędą się już wiosną.

– Wbrew pozorom Schetyna ma wciąż bardzo mocne karty. Ludzi w regionach, kontrolę nad finansami partii, ludzi w samorządach, pulę posad i ludzi, którzy są mu wdzięczni – słyszymy od ważnego polityka Koalicji. – Ma też Małgorzatę Kidawę-Błońską, którą słusznie, choć za późno, zrobił twarzą kampanii. Są dogadani. W scenariuszu bez Donalda Tuska, na który się zanosi, to ona będzie kandydatką na prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, jak Kidawa-Błońska tonuje rewolucyjne nastroje w partii. Ta kandydatura zostanie ogłoszona bardzo szybko, by nie dać czasu wewnętrznej opozycji. Pozamiatane na jedną albo na drugą stronę będzie do grudnia.

Inny dorzuca: – Schetyna musi wystawić kandydata, nim zaczną się porachunki. Opowiem, jak to będzie. Już za chwilę wyjdzie pan przewodniczący, obok kandydatka, z tyłu duże logo KO i ludzie machający partyjnymi chorągiewkami, może baloniki. Wszyscy będą się uśmiechać. Do tego przekaz – fantastyczny wynik Kidawy-Błońskiej, ponad 400 tys. głosów, najlepsze nazwisko do walki o prezydenturę, słowa przewodniczącego: Koledzy, zróbmy to razem!

Tuska raczej nie będzie

Czy Tusk może jeszcze wejść do gry? – Żeby zatrzymać rząd PiS w robieniu szkód, trzeba mieć siłę prezydenckiego weta – mówił w środę w Brukseli szef Rady Europejskiej. – Czy ja jestem człowiekiem, który może przekonać wątpiących? Nie wiem, wcale nie byłbym o tym tak bardzo przekonany. Przyjąłbym absolutnie bez żadnego żalu inną interpretację, że są kandydaci, którzy może budzą mniej entuzjazmu, ale na końcu wezmą więcej po tej stronie, która rozstrzygnie te wybory. Na pewno jest kilka nazwisk, które rokują nadzieję na zwycięstwo.

Głosami głównie PiS, przy protestach osób zebranych przed gmachem parlamentu, Sejm skierował do dalszych prac obywatelski projekt ustawy mającej pozwolić na karanie za edukację seksualną. Bo ta rzekomo przyczynia się do deprawacji i demoralizacji dzieci oraz młodzieży.

– Dlaczego wprowadzacie taki gniot legislacyjny, ideologiczny? Dlaczego z premedytacją wprowadzacie ludzi w błąd, zrównując edukację seksualną z pedofilią? – pytała tuż przed głosowaniem Joanna Scheuring-Wielgus (Teraz!). To ona złożyła wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. – Jako matka trojga dzieci chciałabym powiedzieć: wara od naszych dzieci! – dodawała.

– To projekt, który nie ma nic wspólnego z przeciwdziałaniem pedofilii – dodawała Monika Wielichowska (PO-KO). – To o waszej wolności, o waszym życiu i o waszym dostępie do edukacji jest ten projekt! – zwracała się do uczniów.

Oficjalnie chodzi o „publiczne propagowanie lub pochwalanie podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”, za co – wedle projektu ustawy – mogłoby grozić do dwóch lat więzienia. Jeśli odbywałoby się to „za pomocą środków masowego komunikowania” – już trzy lata. Podobnie jak w przypadku osoby zajmującej się edukacją czy leczeniem młodych (one odpowiedzą już nie tylko za propagowanie „obcowania płciowego”, ale również „innej czynności seksualnej”).

Jednak już w uzasadnieniu obywatelskiego projektu, pod którym podpisało się ponad 263 tys. osób, czytamy: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. ‚edukacji’ seksualnej”.

Fundacja Pro – Prawo do Życia, która stoi za projektem, przestrzega: „Odpowiedzialne za ‚edukację’ seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Edukacja seksualna. Debata wśród protestów

Podczas wtorkowej debaty projekt zachwalali przedstawiciele PiS i Konfederacji. Zresztą partia rządząca mówiła o podniesieniu górnej granicy kary do nawet pięciu lat. W środę przeciw wnioskowi o odrzucenie projektu opowiedziało się 243 posłów, głównie z PiS, Kukiz’15 i Konfederacji. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek skierowała go do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Jako że jest to projekt obywatelski, posłowie będą mogli zająć się nim w kolejnej kadencji.

– W projekcie bardzo mętnie jest określone, co jest nawoływaniem do współżycia seksualnego, a co nim nie jest. To rodzi pole do uznaniowości w stosowaniu prawa i manipulacji, a w praktyce ta ustawa jest młotem, który ma zniszczyć jakąkolwiek edukację seksualną – przemawiała we wtorek Scheuring-Wielgus.

Arkadiusz Myrcha (PO-KO): – Uzasadnienie projektu jest wypełnione twierdzeniami niepopartymi jakimikolwiek dowodami. To bardziej manifest lub oświadczenie polityczne niż merytoryczne uzasadnienie projektu ustawy. Brakuje jakichkolwiek badań, analizy orzecznictwa, samej oceny zjawiska, opinii ekspertów.

W środę, w czasie kiedy posłowie decydowali o losach projektu, przed Sejmem zebrali się obywatele protestujący przeciw „jesieni średniowiecza”.

„Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, których dzieci cierpią z rąk pedofilów, także tych w sutannach – wciąż bezkarnych – żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich, zamiast pozwalać państwu na karanie syna/córki za uprawianie seksu ze swoją dziewczyną/chłopakiem” – napisali organizatorzy protestu, a więc Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Na Facebooku zainteresowanie bądź chęć wzięcia udziału w warszawskim wydarzeniu zadeklarowało ponad 50 tys. osób.

Prawo młodzieży do rzetelnej edukacji seksualnej

Do projektu krytycznie odniósł się m.in. Sąd Najwyższy. W opinii przesłanej Sejmowi wskazał, że wedle prawa podejmowanie obcowania płciowego lub dopuszczanie się innej czynności seksualnej wobec osób, które mają już 15 lat, nie jest karalne; zaś zgodnie z wykładnią słownika PWN słowo „propagować” ma wydźwięk neutralny, „związany z poszerzaniem wiedzy i przekazywaniem jej innym osobom”.

„Samo propagowanie rozumiane jako upowszechnianie wiedzy zdaje się także realizować konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia wyrażone w art. 68 ust. 1 Konstytucji RP, jak również prawo wolności badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników wyrażone w art. 73” – czytamy w piśmie sygnowanym przez I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

SN przypomina, że wiedzę o życiu seksualnym człowieka czy metodach i środkach świadomej prokreacji wprowadza do programów nauczania ustawa z 1993 r.: „Racjonalny ustawodawca nie może przewidywać jednocześnie z jednej strony w ramach obowiązku realizowania programu nauczania szkolnego przez nauczyciela przekazywania pewnych treści, a z drugiej kryminalizować tego zachowania”.

Do odrzucenia projektu wezwała Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, która pisze wprost, że celem proponowanej zmiany jest z jednej strony zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia, z drugiej – uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji.

„Mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja kodeksu karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki ‚po’) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków” – przestrzega Ponton.

Mikołaj Czerwiński, koordynator ds. równego traktowania w Amnesty International Polska: „Brak dostępu do edukacji seksualnej w szkołach i jej społeczne napiętnowanie skutkuje tym, że młodzi ludzie pozostawieni są sami sobie wtedy, gdy najbardziej potrzebują rzetelnej informacji”.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka.

„Stary“ Sejm zaskoczył nas wielokrotnie. Nocnymi głosowaniami, sposobem procedowania projektów ustaw, językiem, przy którym lapsus marszałka Zycha („kurwa“ przy włączonym mikrofonie) jawi się jako wspominany z sentymentem obraz dawno minionej epoki, czy sposobem traktowania przez rządzącą partię przeciwników politycznych. Pewne było, że zaskoczy nas i nowy Sejm, w którym skrajni, twardogłowi konserwatyści objęli 11 mandatów. A jednak to, co wydarzyło się na ostatnim, odwieszonym posiedzeniu tego Sejmu, stanowi kuriozum w swojej własnej klasie, której standardy ustanowiły „zdradzieckie mordy“.

To, że 15 października odbędzie się czytanie kuriozalnego projektu „Stop pedofilii“, który przewiduje karę trzech lat więzienia za edukację seksualną, było wiadome. Ale to, że PiS zażąda zwiększenia wymiaru kary do lat pięciu, jest pewnym novum. Zaskakuje także argumentacja – jeśli o zaskoczeniu w przypadku surrealnego projektu można mówić.

Chodzi o projekt nowelizacji art. 200b kodeksu karnego, który traktuje o karach za „pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim“. Jako pierwsze o sprawie napisało Okopress.

W paragrafie 4 napisano: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3“.

Teraz posłowie PiS chcą, by edukatorzy seksualni i wydawcy magazynów, dziennikarze, pisarze, którzy podejmują temat seksu i antykoncepcji, byli zagrożeni nie tylko ogniem piekielnym, z którym, być może, byliby w stanie sobie jakoś poradzić, ale także perspektywą spędzenia pięciu lat za kratami.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka, tylko penis i pochwa, a nastolatek – że od ciąży nie uchroni pięć zdrowasiek i różaniec, tylko antykoncepcja.

To kłóciłoby się z „ochroną życia od poczęcia“. Życie po poczęciu interesuje posłów PiS-u jakby mniej, a widać to w dziurawej argumentacji. „Jak widzimy – obecna ochrona jest niepełna i niewystarczająca” – mówił, cytowany przez OKO, poseł PiS Andrzej Matusiewicz.

„Projekt zapewnia pełniejszą realizację praw człowieka, realizuje ochronę dóbr dziecka, poszanowania godności, wolności od przemocy psychicznej, ochrony jego prywatności i wrażliwości. To wszystko wartości konstytucyjne. Projektowana zmiana w pełni realizuje prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z przekonaniami” – dodał.

Ci, którzy ten zły, szkodliwy i zwyczajnie głupi projekt napisali, chcą sprzeciwić się „demoralizacji i seksualizacji dzieci“. Świetnie. Niech maszerują natychmiast do tych, którzy mówią o seksualności publicznie: arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który z ambony mówi o „tęczowej zarazie“, do abp. Michalika, który opowiadał w kontekście pedofilii bzdury, jak to „dziecko lgnie do drugiego człowieka“ czy autorów podręczników szkolnych, którzy w książkach dla dzieci umieszczają złote myśli w rodzaju „homoseksualizm to choroba“. Po drodze – niech zahaczą o katechetów, którzy chętnie straszą dzieci wiecznym potępieniem za to, że są ciekawe świata.

W następnej kolejności niech idą na pielgrzymkę do fundacji i osób, które pomagają ofiarom pedofilów w sutannach, i do Amnesty International, która chce zmienić definicję gwałtu w kodeksie karnym, by opierała się na braku zgody, nie zaś oporu, jak jest w tej chwili (w 2015 roku do prokuratury trafiło 23 proc. spraw). Niech zasuwają do domów samotnych matek, gdzie chronią się kobiety z dziećmi, które doświadczyły przemocy (łatwo znaleźć, ośrodków pomocy ofiarom przemocy w rodzinie jest w Polsce ledwie 35 – dane za lata 2015-17, jak wynika z raportu NIK), a jest w nich 591 miejsc, przy czym rocznie (dane za 2017 rok) przemocy w rodzinie doznało 93 tys. osób (głównie kobiet i dzieci). Niech wpadną z duszpasterską wizytą do ofiar gwałtów i zapytają, co słychać i jak się miewa ich „demoralizacja“ po tym, jak ktoś, kto pozostał bezkarny, zabrał im wszystko. Niech zapytają matkę z małym dzieckiem, jak jej się żyje z mężem potworem, który bije tak regularnie, jak chodzi do kościoła. Niech pójdą do rodziców, których dziecko odebrało sobie życie, bo nie mogło się dodzwonić tam, gdzie wiedziało, że ktoś je wysłucha.

I niech uważają na tego potwora LGBT, bo w końcu, w całej swojej potwornej łagodności, ich połknie. Przeżuje i wypluje. Żeby zatrzymać demoralizację. I nawet jeśli dostanie za to pięć lat więzienia – zrobi to.

Anja Rubik: Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Anja Rubik od dwóch lat działa na rzecz poprawy edukacji seksualnej w Polsce. Zainicjowała ruch #sexedpl i wydała pierwszy w Polsce podręcznik (pod tym samym tytułem) do edukacji seksualnej dla młodzieży i ich rodziców (non profit). To bestseller, który od ponad roku jest topem w księgarniach. Do rozmów zaprosiła edukatorów seksualnych, psychologów, psycholożki, psychoterapeutów, seksuolożki. W jej książce nie ma tabu. Jest masturbacja, pierwszy raz, rozmowa z dzieckiem o seksie, antykoncepcja, świadoma zgoda, badanie w kierunku HIV, LGBT+, aborcja. Tymczasem PiS zapowiedział, że będzie pracował nad ustawą, która kara więzieniem edukatorów seksualnych: – Musieliby nas wszystkich aresztować – mówi Anja Rubik.

W kampanii #sexedpl wzięli udział m.in.: Maciej Stuhr, Magdalena Szumowska, Mary Komasa, Marta Frej, Dorota Masłowska, Robert Biedroń, Sebastian Fabjański. Wystąpili w filmach, które wyreżyserowała Rubik.

–  Polskiej młodzieży należy się rzetelna edukacja seksualna. Brakuje jej w szkołach, a rodzice nie rozmawiają z dziećmi w domu – mówi Anja Rubik. – Wielu nastolatków wciąż myśli, że po pierwszym razie nie można zajść w ciążę i że kalendarzyk małżeński to skuteczna metoda antykoncepcji. Skąd to wiem? Kiedy ruszyłam z kampanią #sexedpl, tysiące młodych ludzi pisało do mnie, czego dowiadują się w szkole na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W 180-stronicowym podręczniku do tego przedmiotu słowo „seks” pojawia się dwa razy, w negatywnym kontekście. Na zajęciach nastolatki słyszą, że jeśli kobieta naprawdę nie chce zajść w ciążę, to nie zajdzie. A jeżeli zaszła w ciążę przez gwałt, to znaczy, że jednak tego chciała.

Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że prawie połowa 18-latków nie potrafi poprawnie odpowiedzieć na pytania dotyczące budowy narządów rozrodczych. 37 proc. rodziców  jest skrępowanych, kiedy ma rozmawiać z dzieckiem o seksie.

– Bez edukacji seksualnej młodzi ludzie stają się bezbronni wobec przemocy seksualnej i bezradni wobec progagandy, która próbuje wpędzić ich w poczucie winy za to, kim są i kogo kochają – mówi Anja Rubik. – Dajemy młodym ludziom wiedzę, odpowiadamy na tysiące pytań, widzimy uczucie ulgi, które pojawia się na ich twarzach, kiedy słyszą od nas, że są normalni, że wszystko jest w porządku, że nie trzeba mieć poczucia winy, kiedy w czasie dorastania pojawia się jakiś niepokój.

Już przed wyborami alarmowała, że projekt nowej ustawy zakładającej nawet trzy lata (wczoraj posłowie mówili już o pięciu) więzienia dla edukatorów seksualnych trafi do Sejmu zaraz po wyborach. I trafił.

– To jeden wielki absurd – mówi Anja Rubik. – Osoby, które wyszły z pomysłem tego projektu, kompletnie nie wiedzą, czym jest edukacja seksualna. Atakują równość, różnorodność, zapominając, że zgodnie z konstytucją każdej osobie należy się szacunek. To wbrew prawu. W Polsce można uprawiać seks z osobą, która skończyła 15 lat, a nie można z nią porozmawiać na temat seksu, dopóki nie ukończy osiemnastki? Przecież to kompletna bzdura.  Poza tym, żeby zakazać edukacji seksualnej, to trzeba najpierw zmienić ustawę antyaborcyjną z 93 roku, która gwarantuje w Polsce edukację seksualną. Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Prawicowe portale atakują Anję Rubik za to, że „seksualizuje młodzież” i boi się zakazu edukacji seksualnej.

– Niczego się nie boję. Nie wycofam się ze swoich działań i ruchu #sexedpl. Nie poddam się. Od dwóch lat wspólnie ze wspaniałym zespołem edukatorów seksualnych wykonujemy robotę, którą tak naprawdę powinno wykonać państwo – odpowiada.

Przed Sejmem odbył się protest przeciwko projektowi ustawy, który wprowadza karę więzienia za edukację seksualną. Posłowie w trakcie manifestacji przegłosowali skierowanie projektu do dalszych prac w komisji.

Przed budynkiem parlamentu zgromadziło się w środę około tysiąca osób, które protestowały przeciwko projektowi zmian w Kodeksie karnym. Jego autorzy żądają więzienia za edukację seksualną nieletnich. W trakcie protestu Sejm, głównie głosami posłów PiS, skierował do dalszych prac w komisji obywatelski projekt ustawy.

Manifestację pod hasłem „Jesień średniowiecza” zorganizował Ogólnopolski Strajk Kobiet. Uczestnicy przynieśli plakaty „Strajku kobiet”, tęczowe flagi i kartony z hasłami „Nie dla zakazu edukacji”, „Karzcie lepiej za pedofilię w kościele”, „Edukacja prawem”, „Witamy w Średniowieczu”, „Lepiej w szkole niż z pornosów”, „Pornhub dla posłów, edukacja seksualna dla dzieci”. Policja zamknęła dla ruchu ulicę Matejki.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet otworzyła zgromadzenie przy Wiejskiej. – Tym, co dzieje się w parlamencie zarządzają fundamentaliści z Ordo Iuris, w których agendzie jest zakaz aborcji i walka z osobami homoseksualnymi. Teraz wzięli na warsztat edukację seksualną – powiedziała ze sceny Marta Lempart. Tłum skandował: „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”.

– Są ludzie, którzy chcą mówić o chorobach przenoszonych drogą płciową i to ich chcą wsadzać do więzienia. Wiedza to potężna broń – mówił Tomasz Piątek. Tłum zaczął skandować: – Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek.

Na proteście pojawiła się Anja Rubik, która została przywitana entuzjastycznymi brawami. – Żadna władza nie może nam odebrać prawa do edukacji. Edukacja seksualna nie jest deprawacja seksualną. Deprawacja to pozbawianie młodych wiedzy o ich ciałach i uczuciach. Bez edukacji jesteśmy bezbronni wobec propagandy, która mówi, żebyśmy czuli dyskomfort. Rząd prowadzi wojnę z niewinnymi i przerażonymi dzieciakami – mówiła ze sceny Anja Rubik.

– Ja się nie boję. Mówimy o prawach człowieka, żadna ustawa nie może nam tego odebrać. Nie pozwolimy na to – dodała. Tłum zaczął krzyczeć: „Edukacja seksualna”!

Sędzia Jarosław Wyrembak oficjalnie zażądał dymisji prezes TK Julii Przyłębskiej – podaje Onet.pl w tekście Andrzeja Stankiewicza.

Stało się to 17 września na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Podczas posiedzenia sędzia Wyrembak przekazał na piśmie wszystkim członkom Trybunału swoje oświadczenie. Zarzucił Przyłębskiej „łamanie prawa”. Napisał też – jak podaje Onet – o podejmowaniu działań, dla których nie znajduje żadnej legitymacji prawnej, które rażąco naruszają elementarne reguły praworządności”. Twierdzi też, że prezes TK unika dyskusji o sytuacji Trybunału. Zaapelował o jej dymisję.

Wyrembak ma 50 lat. Jest karnistą i doktorem habilitowanym nauk prawnych zatrudnionym na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. W przeszłości pracował na UW, był adwokatem, później został notariuszem i prowadził własną kancelarię notarialną. W 2010 r. wstąpił do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Ten fakt nie przeszkadzał PiS zgłosić go w 2015 r. najpierw do Trybunału Stanu, a potem do Trybunału Konstytucyjnego.

W TK zajął miejsce sędziego Henryka Ciocha, który zmarł w 2017 roku. Cioch był dublerem, a zatem Wyrembak został dublerem dublera. Wszedł na jedno z trzech prawomocnie obsadzonych miejsc sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, od których prezydent Andrzej Duda nie odebrał przysięgi.

Jeszcze w ubiegłym roku, przed wyborem, chwalił Przyłębską.

– Chcę podkreślić, że wysiłkiem pani prezes Julii Przyłębskiej w TK przywrócono pewną normalność. Chciałbym podkreślić, że wysiłkiem pana prezydenta i Sejmu udało się przywrócić względny spokój wokół funkcjonowania Trybunału – mówił podczas posiedzenia komisji, która oceniała jego kandydaturę.

Prezes NIK Marian Banaś nie chce złożyć rezygnacji ze stanowiska. Po południu CBA miało ogłosić wyniki kontroli jego oświadczeń majątkowych. Zwlekało. PiS najwyraźniej pogodził się, że plan „ratowania” NIK będzie trudniejszy – dowodzi tego ogólna treść wydanego w końcu komunikatu.

CBA zakończyło swoje czynności, a teraz „Pan Marian Banaś ma 7 dni na zgłoszenie uwag do zastrzeżeń CBA, które nie zostały wyjaśnione w trakcie trwania kontroli oświadczeń majątkowych” – tyle wynika z komunikatu. Jakie są te zastrzeżenia? Nie wiadomo. Nie ma też na razie mowy, by CBA kierowało na Banasia zawiadomienie do prokuratury.

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb specjalnych, mówi „Wyborczej”, że wyniki kontroli nie muszą być podane do wiadomości publicznej.

Ogólna treść komunikatu dowodzi, że w PiS pogodzili się z tym, że nie uda się Banasia skłonić do rezygnacji z funkcji. Tym samym opisany wczoraj przez „Wyborczą” plan „ratowania” NIK przez partię rządzącą jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Rano na stronie NIK ukazało się oświadczenie dementujące wtorkowe informacje o dymisji Banasia. „Informacja ta jest nieprawdziwa. Prezes NIK przebywa na urlopie bezpłatnym, a zadania Najwyższej Izby Kontroli realizowane są zgodnie z przyjętym planem pracy” – podało biuro prasowe NIK.

Ultimatum dla Banasia

Dobrowolna rezygnacja była częścią planu PiS, który chciał ratować stanowisko prezesa NIK i szybko zastąpić Banasia swoim człowiekiem. Byłoby to możliwe tylko za zgodą obecnego Senatu, gdzie PiS ma większość. Nowy Senat wybrany 13 października daje już większość opozycji. Do zaprzysiężenia nowego parlamentu jest jeszcze prawie miesiąc, więc szansą na wybór prezesa NIK po myśli PiS byłoby zwołanie posiedzeń obu starych izb przed 13 listopada.

To, że rezygnacja Banasia była już podpisana, potwierdzają nasi informatorzy. – Banaś dostał we wtorek ultimatum. Miał do południa złożyć do PAP oświadczenie, że rezygnuje z powodu stanu zdrowia, kierując się odpowiedzialnością za państwo – mówi jeden z nich.

Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że plan ratowania NIK został uznany za „niemal niewykonalny”. Przeszkodą jest regulamin Sejmu oraz Ustawa o NIK. Regulamin określa na 21 dni czas zgłaszania kandydatów na prezesa. Ustawa mówi, że wybranego przez Sejm kandydata Senat zatwierdza w ciągu miesiąca. W PiS uznano, że nie da się tak nagiąć prawa, by zmieścić się w tych terminach. Tym bardziej że sam Banaś nie kwapił się do złożenia rezygnacji. Był do tego nakłaniany od wtorkowego poranku m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nie chciał się poddać.

Obawy opozycji

Mimo to opozycja wciąż podejrzewa, że PiS rzutem na taśmę będzie chciał, by przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu stary parlament wybrał następcę Banasia. O tym, że szykowane jest dodatkowe posiedzenie starego Sejmu, mówiła „Wyborczej” Izabela Leszczyna (KO-PO) Podobną informację podał w TOK FM poseł Cezary Tomczyk (też KO- PO). Jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, reprezentująca w Sejmie Koalicję, mówi nam, że na razie nie ma wniosku o kolejne posiedzenie.

„Obciążenie dla PiS”

Co będzie dalej?  W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS mówią, że Banaś jest dla partii obciążeniem. Otwarcie mówił to w TVN24 Kamil Bortniczuk, poseł Porozumienia, wybrany z list PiS. Zaznaczył, że rezygnacja Banasia byłaby „dobrym rozwiązaniem”. W podobny sposób wypowiedział się Patryk Jaki (też w TVN24). Stwierdził, że Marian Banaś powinien „co najmniej rozważyć dymisję”. – Uważam, że ta sprawa była niedostatecznie przez niego wyjaśniona – podkreślił. Przyznał też, że dymisja prezesa NIK jest możliwa i „nie można wykluczyć, że coś się będzie działo w najbliższych dniach”.

Czy Banaś wróci z urlopu?

Kontrolę oświadczeń Banasia wszczęto w kwietniu 2019 r., ale tempa nabrała po wrześniowym materiale TVN. W filmie „Pancerny Marian i pokoje na godziny” stacja pokazała nieznane oblicze Banasia, który przez całe lata pełnił odpowiedzialne funkcje w resorcie finansów. Był tam wiceministrem, szefem służb skarbowych, a przed wyborem na szefa NIK ministrem finansów. Jak ustalił TVN, Banaś w swoich oświadczeniach majątkowych manipulował informacjami o 400-metrowej kamienicy, którą posiada w Krakowie. Kamienicę przez lata wynajmowali od niego ludzie z półświatka, oferując tam „pokoje na godziny” wykorzystywane przez prostytutki. To nie wszystko. Jak się okazało, kamienicę Banaś przez lata wynajmował po zaniżonej cenie, co jest oszustwem skarbowym. Sprzedał ją dopiero w sierpniu 2019, tuż przed wyborem na prezesa Izby.

Po wybuchu afery Banaś udał się na urlop. Miał się on skończyć po ogłoszeniu wyników kontroli CBA. W poniedziałek „Rzeczpospolita” podała, że kontrola nie wypadła korzystnie dla Banasia, jego majątek Banasia „nie spina się” z jego dochodami, a „kontrola majątku Mariana Banasia zakończy się najprawdopodobniej zawiadomieniem do prokuratury”. Na razie jednak CBA unika potwierdzenia tych informacji.

Czy teraz – po skończonej kontroli – Banaś wróci na stanowisko? Tak deklarował. PiS może argumentować (takie głosy już się pojawiały przed wyborami), że poprzedni szef NIK, Krzysztof Kwiatkowski, dwa lata swojej kadencji przepracował, mając prokuratorskie zarzuty o udział w ustawianiu konkursów na urzędników Izby. Nie podał się do dymisji, a bez prawomocnego wyroku w sprawie karnej prezes NIK jest nieusuwalny.

Widać wyraźnie, że PiS nie jest w stanie poradzić sobie ze sprawą Mariana Banasia. W trakcie kampanii wyborczej, dzięki kreowaniu go na ofiarę mafii VAT, deklaracji „o wzięciu urlopu” i propagandowym przykrywkom udało się ukryć niebywały skandal. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli, najważniejszej instytucji kontrolnej państwa polskiego, decyzją PiS, został polityk, w którego kamienicy był hotelik na godziny kierowany przez gangsterów. Banaś, wcześniej szef Krajowej Administracji Skarbowej i minister finansów, unikał płacenia podatków, a jego oświadczenia majątkowe są mętne.

Problem Banasia może służyć za symbol sposobu działania państwa PiS – nadmiar wiary w „polityczną wolę” przy braku szacunku do instytucji, zasad demokracji i zaufania do ludzkiej inteligencji.

Tego problemu nie da się „modelowo rozwiązać”

Wszak w czasie debaty nad kandydaturą Mariana Banasia przedstawiciele opozycji ustami posła Roberta Kropiwnickiego alarmowali, że kandydat PiS ma niewyjaśnione kwestie majątkowe i trwa postępowanie CBA. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyłączyła mu wówczas mikrofon, uznając, że od tych informacji i troski o państwo ważniejsze jest wypełnianie partyjnych poleceń. Tak powstał „problem Banasia”.

PiS, gdy miał kłopoty, zwykł argumentować: każda partia ma swoje problemy, jednak PiS rozwiązuje problemy modelowo – szybkimi decyzjami o dymisji. Tylko że problemu szefa NIK nie da się „modelowo rozwiązać”. To stanowisko jest szczególnie chronione. W zasadzie jedyny sposób odwołania prezesa Izby ze stanowiska to jego rezygnacja. Potem powinna nastąpić procedura wyboru nowego szefa, która trwa minimum około 21-30 dni, bo tyle trzeba na zgłoszenie kandydatury i opinie komisji. PiS chce jednak wybrać „swojego” szefa NIK, by zaakceptował go jeszcze „swój” Senat.

PiS może wybrać drugiego „Banasia”

Jeśli PiS będzie chciał wymóc dymisję Banasia i wybrać swojego szefa NIK, zapewne zaproponuje opozycji udział w kolejnym sejmowym galopie bez oglądania się na procedury, bez rozpatrywania wątpliwości.

Czy opozycja powinna to akceptować? Wręcz przeciwnie, powinna zrobić wszystko, by procedury związane z wyborem zostały zachowane. Nie ma bowiem żadnych gwarancji, że PiS w ten sposób nie wybierze sobie drugiego „Banasia” kompromitującego kraj.

Stoimy nie przed alternatywą: NIK z Banasiem czy bez Banasia. Ale przed alternatywą: albo pisowski Banaś, albo szanowany przez polityków wszystkich ugrupowań prezes NIK wybrany z zachowaniem demokratycznych procedur przez nowy Senat.

Jarosława Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Ostatnie posiedzenie Sejmu tej kadencji jest naprawdę dziwne. Poseł Platformy Sławomir Nitras ogłosił, że na biurku marszałek Elżbiety Witek jest już dymisja prezesa NIK Mariana „Mam kamienicę z pokojami na godziny” Banasia. Witek tę informację zdementowała, obrady Sejmu zostały przerwane, a posłowie PiS kpili z fake newsa. Tyle że informację o dymisji – i że następcą Banasia ma zostać minister rozwoju Jerzy Kwieciński – potwierdziło mi poważne źródło rządowe. Polityk PiS spoza rządu przyznaje zaś, że szef NIK był do dymisji namawiany.

PiS po wyborach się spieszy

Partia rządząca chciała posprzątać w NIK jeszcze w tej kadencji, bo potem może być ciężko z wyborem nowego prezesa, gdyż nie da się tego zrobić bez zgody Senatu, a tam większość zdobyła opozycja. Informacja o dymisji – choć podana przez posła PO – mogła zatem być wypuszczona z obozu władzy. Żeby spalić Kwiecińskiego? Ocalić Banasia? Żeby pokazać siłę przed negocjacjami składu rządu? Koniec tej kadencji byłby w takiej sytuacji zapowiedzią kłopotów PiS w przyszłej.

Po czterech latach rządów przy dobrej koniunkturze, po rozdaniu kilkudziesięciu miliardów, przy wsparciu finansowym największych spółek i po końskiej dawce prorządowej propagandy w mediach publicznych PiS wylądował w niemal tym samym miejscu w 2015 r. – z 235 posłami, za to bez większości w Senacie. Nic zatem dziwnego, że Jarosław Kaczyński w znamiennym przemówieniu na wieczorze wyborczym nie brzmiał jak zwycięzca wyborów. Brzmiał jak człowiek zły, rozczarowany i bezradny; o czymże innym świadczą bowiem słowa: „Jeśli przed nami kolejne cztery lata rządzenia, to czeka nas najpierw refleksja nad tym wszystkim, co się udało, ale także nad tym, co się nie udawało i co spowodowało, że poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać”, a także fragment jeszcze dobitniejszy: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.

Kaczyński brzmiał jak człowiek, który po długiej wspinaczce zdobył szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że teraz może już tylko schodzić. Nie ma komfortowej większości, nie udało się wykończyć PSL, wypączkowała Konfederacja. PiS po długiej i udanej kampanii na finiszu popełnił błędy. Obietnica podniesienia płacy minimalnej wystraszyła przedsiębiorców (bo to oni mieli te płace podwyższać), co sprawnie wykorzystał PSL w spotach. O tym politycy PiS mówią chętnie; bez zahamowań krytykują też Jacka Kurskiego, widząc w nim akuszera sukcesu konfederatów (bo TVP na finiszu zaczęła poświęcać im bardzo dużo miejsca).

Nikt głośno nie powie natomiast, że wynikowi PiS zaszkodził sam Kaczyński, który w ostatnim tygodniu zlitował się nad Koalicją Obywatelską i postanowił zmobilizować jej zwolenników głośną obietnicą piętnowania elit, które „pracują dla wrogów”. To był dobry, stary prezes, który przez większość kampanii krył się za maską dobrotliwego ojca narodu.

Więcej posłów dla Ziobry i Gowina

Zły humor prezesa po zwycięskich wyborach można też tłumaczyć nadmiernym z jego punktu widzenia rozrostem Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. W porównaniu z 2015 r. PiS stracił, a oni zyskali: Solidarna Polska i Porozumienie mają po 18 posłów. I myślą o następnych. Ziobryści rozmawiają ponoć z paroma konfederatami, gowinowcy kuszą platformersów. Ani Ziobro, ani Gowin nigdzie się na razie nie wybierają, ale stanowią siłę, z którą Kaczyński musi się liczyć przy podziale tortu w rządzie, urzędach wojewódzkich i spółkach. Ziobro domaga się co najmniej drugiego ministerstwa („ważniejszego niż sport”, jak to ujął jeden z moich rozmówców), za co łaskawie zgodzi się na nominację dla Mateusza Morawieckiego. Gowin Morawieckiego popiera, ale w zamian chce stanowisk w spółkach oraz ważnego resortu gospodarczego lub prestiżowego MSZ. A więcej kawałków tortu dla koalicjantów to mniej syty PiS, bo pula stanowisk jest ograniczona.

Powie ktoś, że w poprzedniej kadencji było podobnie, ale to nieprawda. Obaj koalicjanci byli wówczas dużo słabsi, a bezpieczeństwo PiS zapewniał klub Kukiz ’15, który co głosowanie dzielił się na frakcje pro- i antyrządową, aż się podzielił całkiem. Ziobro w 2015 r. miał ledwie kilku posłów i łatkę zdrajcy – dziś to jeden z najpotężniejszych polityków w Polsce, który stworzył sobie całą armię. Jej częścią są posłowie bliscy Patrykowi Jakiemu: młodzi, radykalni i zapatrzeni w europosła, który wspierał ich w kampanii. To m.in. Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta, Paweł Kowszyński czy Aleksandra Szczudło. Na tę gromadę z respektem spoglądają pisowcy. O ile bez problemu pokpiwają sobie – nawet w rozmowach z „Polityką” – z Gowina, o tyle do Ziobry podchodzą z niejakim szacunkiem. A otoczenie Morawieckiego patrzy – wręcz z lękiem.

Jak rządził premier Kaczyński

– Moim marzeniem jest wyeksportowanie go za granicę na jakieś stanowisko, którego nie będzie mógł nie przyjąć – mówił na Kongresie 590 w Rzeszowie rozmówca zbliżony do premiera, przyznając tym samym, że Morawiecki nie będzie miał nic do powiedzenia w sprawie przyszłości Ziobry w rządzie. Ziobryści ze swej strony podgryzają premiera. – W 2017 r. Ziobro nie chciał, żeby Morawiecki zostawał premierem, bo uważał, że byłoby nieroztropnie dawać tę funkcję komuś, kto w którymś śledztwie może zmienić status świadka na podejrzanego – mówi prominentny ziobrysta. Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka zatem niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kaczyński i rewolucja seksualna. Sisiorki i piczki związać, zakneblować

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Uzasadnienie projektu wprost mówi o edukacji w szkole: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej. Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Dalej autorzy powołują się na słynną już, lansowaną przez PiS i Kościół po podpisaniu przez prezydenta Warszawy Deklaracji LGBT plus, interpretację Standardów Edukacji Seksualnej WHO, że od czwartego roku życia należy prowadzić naukę masturbacji.

Jak przeciwnicy edukacji seksualnej widzą świat

W uzasadnieniu projektu uderza przede wszystkim przerażający opis współczesności, pełnej zagrożeń dla dzieci i rodziny, gdzie seksualność człowieka służy do zniszczenia obecnego porządku i jest narzędziem sił ciemności walczących o dusze i ciała. Przerażający jest obraz dziewczynek wpychających sobie do pochwy ostre przedmioty lub masturbujących się tak intensywnie, że ich „łona” stają się sine. Przyczyną takich zachowań jest, oczywiście, edukacja seksualna. Także prowadzona przez rodziców, którzy nie reagują właściwie (czyli zakazami i zawstydzaniem) na masturbowanie się przez dzieci.

Nie dziwię się przerażeniu i determinacji ludzi, którzy tak widząc świat, napisali ten projekt, ani tym, którzy go podpisali. Ta wizja jest w istocie koszmarna. Mało tego, uzasadnienie projektu przywołuje dowody, przykłady z życia na to, że edukatorami seksualnymi są pedofile, którzy w ten sposób rekrutują swoje ofiary.

„Benjamin Levin był wiceministrem edukacji kanadyjskiej prowincji Ontario i doradcą premier Ontario Kathleen Wynne, lesbijki i działaczki LGBT. Pod ich kierownictwem napisano program »edukacji« seksualnej dla dzieci, w ramach którego uczniowie mieli opanować takie tematy jak masturbacja, stosunek analny, seks oralny, nawilżanie pochwy i homoseksualizm. Gdy program wprowadzano do szkół, Benjamin Levin został aresztowany przez policję. W jego domu znaleziono dziecięcą pornografię. Levin był bardzo aktywny na pedofilskich stronach internetowych, gdzie jako ekspert z zakresu »edukacji« seksualnej »doradzał« innym pedofilom. Udzielał instrukcji, jak przygotować dzieci na seks i jakich technik manipulacji użyć, aby obejść naturalne u dzieci blokady i zahamowania”.

Ta historia jest prawdziwa, tyle że jednostkowa – takich mogą być na świecie może dziesiątki, ale nie dziesiątki tysięcy. Tymczasem – jak pokazują doświadczenia wielu krajów, które zdobyły się na uczciwe potraktowanie tematu – pedofilia duchownych i ukrywanie jej przez kościelną hierarchię, łącznie z Watykanem, to zjawisko masowe, a nie jednostkowe. Ale to samo środowisko, które chce karalności edukacji seksualnej, nie przyjmuje do wiadomości zagrożenia ze strony księży (a precyzyjniej mówiąc: zagrożenia polegającego na przedkładaniu przez Kościół interesu tych księży i Kościoła nad dobro dzieci).

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”

Argumenty przeciwników edukacji seksualnej

Kolejny przykład, który dowodzi, że dzieciom grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony edukatorów seksualnych, to organizacja LGBT Youth Scotland. Podobno miała prowadzić zajęcia w szkołach (nie znalazłam potwierdzenia – szkoliła, owszem, ale fachowców), a jej szef James Rennie został skazany na dożywocie za wielokrotne molestowanie dziecka znajomych. Rzeczywiście, został skazany, ale czy dowodzi to pedofilskiego charakteru organizacji? Czy to, że były prezes fundacji Nie lękajcie się oszukał jedną z podopiecznych, wyłudzając od niej pieniądze, oznacza, że problem pomocy ofiarom księży pedofilów jest wymyślony? I że unieważnia dorobek fundacji w sprawie udzielania pomocy i nagłaśniania problemu?

Dalej czytamy, że edukacja seksualna prowadzi do legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe, a to do wykorzystywania seksualnego adoptowanych dzieci. Tu autorzy projektu opisują parę australijskich gejów, Petera Truonga i Marka Newtona, którym matka surogatka urodziła dziecko, a oni je seksualnie wykorzystywali. Znowu: historia prawdziwa, tyle że w Australii (i nie tylko) są tysiące przypadków takich „adopcji”, a tak patologiczny okazał się jeden. 90 proc. dzieci wykorzystywanych jest w rodzinach heteroseksualnych. Zaś jeśli już pozostać przy przykładzie Australii, to znacznie większym echem odbiło się tam skazanie za pedofilię abp. George′a Pella, metropolity Melbourne, gdzie przy okazji ujawniono skalę pedofilii w Kościele i system ukrywania problemu.

Uzasadnienie projektu wiąże edukację seksualną nie tylko z masturbacją, ale też z uzależnieniem od pornografii. Kwestia punktu widzenia, bo równie dobrze można powiedzieć, że uzależnienie od pornografii jest efektem braku edukacji seksualnej, braku otwartej rozmowy na temat seksu i wychowania przez zawstydzanie.

Uzależnienie od pornografii to choroba

Deprawacja czai się wszędzie

Ściganie edukacji seksualnej jest, zdaniem autorów projektu, konieczne dlatego, że owa edukacja – czyli deprawacja – czai się wszędzie, używając rozmaitego kamuflażu: „Tematy inspirowane Standardami Edukacji Seksualnej w Europie pojawiają się w polskich szkołach między innymi w trakcie lekcji, apeli, zajęć i warsztatów na takie tematy jak: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, homofobia, tożsamość płciowa, gender. Tematyka o charakterze deprawacji seksualnej pojawia się również w trakcie wyjść pozaszkolnych, m.in. na pokazy filmów, sztuk teatralnych oraz wycieczek do siedzib stowarzyszeń, fundacji i organizacji zajmujących się tematyką »edukacji« seksualnej. Zamieszanie i dezorientację potęguje fakt, iż »edukatorzy« seksualni zakładają w Polsce liczne stowarzyszenia i fundacje o pozytywnie brzmiących nazwach, które dobrze się kojarzą i nie budzą podejrzeń. Podają się za wychowawców, psychologów i pedagogów, którzy w swojej ofercie mają przeprowadzanie ciekawych zajęć na terenie szkoły lub przedszkola. Często legitymują się dyplomami wyższych uczelni lub zaświadczeniami o ukończeniu kursów na temat wychowania i edukacji. W rezultacie zarówno rodzicom, jak i nauczycielom ciężko jest rozpoznać zagrożenie i podjąć adekwatne działania”.

Przypomina mi się koniec lat 90. i wzmożenie pod hasłem walki z „sektami” – sekty widziano ukryte m.in. w kursach angielskiego, jogi i medytacji, w rozmaitych terapeutycznych metodach pracy z ciałem, a także w wegetarianizmie nazywanym „wyniszczającą dietą”.

Na koniec autorzy przekonują, że zakaz edukacji seksualnej realizuje ochronę praw dziecka, w tym ochronę jego prywatności i wolności od demoralizacji. A także broni praw rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnym światopoglądem.

Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Co z wychowaniem w zgodzie z poglądami

Jeśli uchwalone zostanie prawo, w założeniu którego edukację seksualną uznaje się za demoralizację, to spokojnie można sobie wyobrazić odbieranie czy ograniczanie władzy rodzicielskiej z powodu demoralizacji przez edukację seksualną. Zdarzało się, że sądy orzekały ograniczanie praw rodzicielskich z powodu diety wegetariańskiej i to bynajmniej nie z powodu stwierdzenia u dziecka niedożywienia. A więc prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnym światopoglądem nie byłoby wspierane, ale zagrożone. A naruszone będzie wprost, jeśli np. rodzice poślą dziecko do społecznego lub prywatnego przedszkola czy szkoły, gdzie będzie edukacja seksualna. Taka placówka mogłaby bowiem zostać decyzją kuratora (podlegającego ministerstwu edukacji) zamknięta, a dyrekcja i nauczyciel – skazani.

Można to wszystko obśmiać. Można współczuć autorom życia w wyobrażonym świecie opresji. Ale można sobie spokojnie wyobrazić, że to prawo zostanie uchwalone. A wtedy realnie znajdziemy się w opresji.

Edukacja seksualna według katolickich ortodoksów

>>>

Niezłe zamieszanie w sieci wywołało zdjęcie, które jedna z internautek opatrzyła takim podpisem: – „Nostalgicznie…. Białystok, końcówka lat 70-tych. Przyszły naczelnik Polski wybiera się na pochód pierwszomajowy (od Marek Skwarski fb)”. – „Kaczyński od roku akademickiego 1976/77 był przez kilka lat adiunktem w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. To by się zgadzało” – skomentował ktoś inny.

I nawet jeśli to tylko żart, to fotografia stała się dla internautów inspiracją do wielu komentarzy. – „Oczywiście; symbolicznie stał półkroczek z tylu podkreślając tym samym osobista pogardę”; – „Ech… jak ten czas leci. Toż to już 50 lat jak walczy z komuną… I ta walka była i jest tak zacięta, że nawet nie pozwoliła mu znaleźć normalnego zatrudnienia…”; – „Jarek w każdym systemie potrafi się ustawić. III RP głównie ze względów ambicjonalnych i osobistych bardzo go uwierała. PRL to taka arkadia młodości i miłości. On PRL kochał, ale na użytek wyborców, twierdzi że nienawidził”; – „Jaśniejące Słońce XXI wieku, Wieczny Marszałek, Król Porannej Gwiazdy, Wskazujący Drogę Promieniowi Słońca”.

– „Maszerując z czerwoną kokardą na pochodzie z okazji 1 Maja nasz najdroższy przywódca wykonywał misję Wallenroda odstraszając innych swoim płaszczem. To był element jego ukrytej, ale skutecznej walki z komunizmem” – podsumował na Twitterze Roman Giertych.

Internauci komentowali też szczegóły garderoby Kaczyńskiego: – „Ten płaszczyk taki chińsko-północnokoreański. Jakby żywcem ściągnięty z Przewodniczącego Mao lub szlachetnych pleców Umiłowanego Przywódcy”; – „On od zawsze chodził w ubraniach o kilka numerów większych?”; – „O, już wówczas miał słabość do butów”.

Pojawił się też wątek innego „zasłużonego” w walce z komuną: – „Podobnie jak Piotrowicz, on też będąc prokuratorem pomagał Solidarności”. „Piotrowicz i Krynicka nie mają sobie nic do zarzucenia. „Przeszłość mam piękną, przysłużyłem się Polsce”.

Po przejęciu przez opozycję Senatu dotychczasowy marszałek Stanisław Karczewski w niedługim czasie przestanie nim być. A to oznacza na przykład, że będzie musiał wyprowadzić się z zajmowanej przez niego w Warszawie połowy wilii przy ul. Parkowej, której wynajęcie kosztuje nas podatników prawie 6 tys. zł miesięcznie.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak obywatele w „czynie społecznym” postanowili pomóc marszałkowi Karczewskiemu w wyprowadzce. „Lotna brygada opozycji” stawiła się przed bramą willi przy Parkowej. Działacze przynieśli kartony oraz drabinkę, żeby mógł zdjąć obraz ze ściany.

Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

– „Panie hrabio Karczewski! Pan nie zapomni zabrać portretu za 7.700 złotych polskich z pałaców senackich! Szkoda by się zmarnował” – radził jeden z internautów.

Internauci mieli też inne rady dla Karczewskiego: – „I może popracuje na jakimś SORze dla idei. Lekarzy brakuje w Ojczyźnie naszej przecież…”. Jak pamiętamy, Karczewski „radził” protestującym młodym lekarzom rezydentom, żeby pracowali dla idei.

Posłanka PO Izabela Leszczyna przypomniała o jeszcze jednej sprawie. – „Pan marszałek Karczewski nie rozliczył jeszcze usług gastronomicznych z willi przy ul. Parkowej, do korzystania z których nie przyznał się, wmawiając nam, że sam kupuje bułki dla Żony” – napisała na Twitterze. A chodzi o doniesienia medialne, z których wynikało, że marszałek z budżetu Kancelarii Senatu miał wydać ponad 300 tys. na „greckie frykasy”.

Spójrzmy szerzej i głębiej. Wynik tych wyborów może zacząć powoli zmieniać scenę polityczną w Polsce. Wzrośnie znaczenie nowoczesnej Lewicy, jej aspiracji, odważnej artykulacji problemów i chęci prawdziwej walki o nowe prawa, rozwiązania oraz przyszłość, na miarę wyzwań roku 2030/2040. Ważne – by zachować demokratyczną otwartość na dyskusję i nie zajechać się na śmierć nieadekwatnymi już dziś niektórymi spojrzeniami na świat.

PSL ma szanse przeobrazić siebie w ugrupowanie centrowe, z nowoczesnym rozumieniem konserwatyzmu, osadzone w miastach i wśród liderów w końcu emancypującej się wsi. Ale musi też pamiętać, że kluczem do politycznych celów jest utrzymywanie siły i sprawności całego obozu demokratycznego, który w tej kadencji znalazł się w Sejmie, i głównie w Senacie. Na razie widać niedobre napięcia dotyczące przywództwa w Senacie – co szczerze mówiąc może przekreślić szanse tej Izby na udział w odnowie demokratycznej Polski.

PiS pozostanie partią wspólnoty czujących kiedyś swoje przegrane, dumę ze spowolnienia procesu zmian, silnie tożsamościowo osadzoną w przeszłości.

Koalicja Obywatelska, jeśli nie zmieni wizerunku, programu i przywództwa – stanie się po 20 latach od powstania Platformy odpływającym w niebyt kontynentem. Najlepsze w jej kampanii były kobiety i Małgosia Kidawa-Błońska, ale to na przyszłość może nie wystarczyć.

Wynik tych wyborów utrwalił polaryzację w Polsce – i to jest największe wyzwanie.

Nie chodzi o to, by dezawuować którąkolwiek ze stron. Ale zrozumieć, iż polaryzacja w takiej skali zabija szanse rozwojowe Polski. Jeżeli po jednej stronie trwa rewolucja narodowo-katolicka małych miast i wsi (w symbolicznym, choć nie tylko ujęciu), której celem jest leczenie po-transformacyjnych cierpień i doświadczeń związanych z utratą busoli oraz poczucia pewności i stabilności, bolesnością zbyt szybkich zmian (i nie chodzi o powiedzenie, że one były niepotrzebne – były niezbędne) – to rewolucja spowolnienia, zatrzymania procesów, także np. zmian obyczajowych będzie dalej kontynuowana. A socjalne rozdawnictwo jest tej rewolucji nie tylko ozdobą, nagrodą, ale i paliwem.

 

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego będzie trwała. Ludzie żyjący w tym świecie są i będą Polsce potrzebni. Dziś ufają Prezesowi, telewizji państwowo-propagandowej i proboszczom. Czy tak musi być zawsze….

Co więc można zrobić – wśród tych, którzy zbudowali sukces Polski po 1989 roku, którzy stali się pracowitymi nosicielami sukcesu (to ludzie różnych grup społecznych i dochodów, też nie zawsze przez te 30 lat doceniani), dla których tożsamościowym symbolem jest równocześnie flaga europejska i polska, którzy uczą się żywego uczestnictwa w codziennej demokracji, którzy wygenerowali wielki po 2015 zryw obywatelskiego oporu, a teraz mówią, że potrzebna im będzie odporność ?

Nie mogą się zniechęcić i odpuścić.

Ale partie polityczne muszą stać się ich partnerami, a nie fałszywymi ojcami chrzestnymi. Partie, jeśli chcą odnowić demokrację – muszą same stać się demokratyczne, bo nie są. Muszą uczyć się, jak obywatele mogą uzupełniać politykę, bo to obywatele są źródłem wiedzy władz i administracji. Wtedy będzie szansa na odnowienie demokracji. A o to dzisiaj chodzi, a nie już tylko o prostą obronę demokracji. Lata ostatnie nauczyły nas, część z nas – szacunku dla Konstytucji, jakiego w historii Polski nigdy na taką skalę nie było. Więc rozsiewajmy tę wartość dalej.

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego musi się odnowić. Ale przede wszystkim musi się otworzyć na potencjał rozmowy z tą Polską, która stoi koło sklepu wiejskiego, jest obecna w aktywności kół gospodyń wiejskich, jeszcze stara się spotykać wokół Orlików, walczy o drogę i szkołę gminną, czy średnią szkołę zawodową i dobry szpital w powiecie.

Tam trzeba być na co dzień i siać wartość rozmowy, wysłuchiwania się wzajemnego, ale też i może wspólnego rozwiązywania wspólnych problemów, małych problemów.
Tam trzeba być i żyć. Ale nie w formie odwiedzin, by strzelić sobie fotkę z bazarku. Tylko z zadaniem i poczuciem sensu budowy wspólnej tożsamości – przez małe kina, małe lokalne radia internetowe, dostępność sieci w każdej zagrodzie i uczestnictwo w Internecie, aktywność domów kultury. Ktoś powie – utopia. Nie da się, nie odzyskamy tej Polski.

Pewnie, że to nie jest łatwe. Partyjniacy tego nie zrobią. Ale obywatele z samorządowcami – tak. A partie muszą zacząć nadążać. Wektor się musi zmienić – to machiny partyjne muszą zacząć nadążać za społecznościami, a nie na odwrót.

To zajmie czas – jak kluby Gazety Polskiej, które potrzebowały 10 co najmniej lat, a Radio Maryja prawie 25, by budować swoistą i swoją tkankę społeczną.

Dlaczego to jest potrzebne, dlaczego należy pochylić się nad ludźmi oraz razem zresztą z nimi samymi nad sobą ! By osłabić dawne lęki transformacyjne… i zacząć odbudowywać demokratyczną tkankę społeczną oraz wiarygodność świata przyszłości.

Bo w świecie, w cywilizacji idą takie czasy, że zmiany będą musiały zachodzić coraz szybciej – przyjdzie konieczność turbotransformacji.

I jeśli chcemy świadomie ją wykorzystać ( zamienić niepewności na szanse), bez błędów, z których lekcję z przeszłości powinniśmy wyciągnąć – to trzeba iść do przodu mądrze i z ludźmi, a nie przeciw nim.

A jakie to wyzwania niesie świat, które musimy w Polsce naprawdę usłyszeć, by nie spaść na margines Historii ?

To potrzeba odnowienia ładu demokratycznego w jego nowej, sprawiedliwej wersji. To potrzeba naprawdę poważnej odpowiedzi na rewolucję cyfrową i nie odpuszczenia kontroli człowieka nad technologiami. To konieczność radykalnego odwrócenia zabójczych trendów w środowisku, które zabiją człowieka i mogą zniszczyć Ziemię. To wreszcie konieczność odbudowania ładu demograficznego, a przynajmniej osłabienia zagrożeń w tej dziedzinie, co wymaga innego podejścia do współpracy między pokoleniami oraz otwarcia w mądry sposób na migracje.

No, to startujemy !

Przejęcie Senatu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji. Do jej pełnej formy potrzebny jest jeszcze opozycyjny prezydent. Była wicemarszałek Sejmu ma największe szanse w starciu z Andrzejem Dudą.

Zdobycie 408 766 głosów i najwyższy wynik wyborczy to nie czysta statystyka, tylko realna decyzja indywidualnych ludzi, którzy postawili na Małgorzatę Kidawę-Błońską. W tym sensie jest ona drugim obok Jarosława Kaczyńskiego zwycięzcą wyborów. Jarosław Kaczyński wygrał Sejm. Wygrał mocą swojego autorytetu. Ale zabrakło tego autorytetu na Senat. W tym sensie Senat wygrał Grzegorz Schetyna, bo nie byłoby formalnej czy niedopowiedzianej koalicji senackiej, gdyby nie lider Platformy Obywatelskiej.

Ale oderwijmy się na chwilę od personaliów. Wynik wyborczy powoduje wyłom w systemie monowładzy Prawa i Sprawiedliwości. Nie przeceniając ustrojowej roli Senatu, sam fakt przejęcia wyższej izby parlamentu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji, o czym pisałem już na łamach „Plusa Minusa na wybory”. A kohabitacja odzwierciedla ducha naszego systemu konstytucyjnego i chroni państwo przed pokusą nadmiernej dominacji i autokratyzmu. Dziś wiemy, że pojawiła się szansa, by niezależny Senat uczestniczył w poprawianiu jakości legislacji, czynnym obsadzaniu stanowisk państwowych czy rozliczaniu instytucji, których sprawozdania mocą konstytucji akceptuje.

Ale niezależny Senat to nie jest pełna forma kohabitacji. Pełna – to niereprezentujący monopartii władzy prezydent. Czy pierwszy obywatel Andrzej Duda spełnia to kryterium? Jeśli będzie startował z poparciem partii rządzącej, to nie. Jedynym więc wyjściem dla opozycji jest prezydent wywodzący się z jej szeregów. A tu mamy praktycznie dwie kandydatury. Były premier i aktualny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i liderka wyników wyborczych Małgorzata Kidawa-Błońska. Oboje mają zalety, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie była wicemarszałek Sejmu ma większe szanse. Po pierwsze, po wyborach parlamentarnych ma wysoką rozpoznawalność i realny mandat demokratyczny, podobny do tego, jaki niedawno miała wybrana do Parlamentu Europejskiego z gigantycznym, półmilionowym, poparciem Beata Szydło. Po drugie, MKB, w przeciwieństwie do wiecznie hamletyzującego Donalda Tuska, może wystartować z kampanią już jutro, a nie w grudniu, co byłoby możliwe w wypadku przewodniczącego Rady Europejskiej. A data startu kampanii jest kluczowa. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło ją dzień po wyborach. Zatem i opozycja nie powinna się ociągać.

Po trzecie i najważniejsze, MKB jest dużo trudniejsza do „ustrzelenia” przez przeciwników niż „czarny Piotruś” z politycznej narracji PiS – były lider Platformy. Tusk jest i zawsze będzie obciążony nie tylko swoim sukcesem, ale też błędami. Nie wydaje się, że w kampanii mógłby się wyzwolić z negatywnego wizerunku, jakim obciążali go przez lata przeciwnicy. I sprawa ostatnia. W drugiej turze wyborów prezydenckich (w pierwszej pewnie konkurować będą również Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń) sukces kandydata opozycji będzie możliwy tylko z poparciem wszystkich formacji kontestujących kandydata PiS, a do tej roli zdecydowanie bardziej nadaje się MKB niż Donald Tusk. I to właściwie tyle, prócz pełnej świadomości tego, że MKB ma jako kandydat pewne słabości. Są jednak moim zdaniem do pokonania, kiedy otoczy się ją sztabem profesjonalistów i dobrze zaplanuje kampanię. Bez wątpienia mają szanse wygrać jej atuty. Jeśli oczywiście kampania zacznie się dostatecznie szybko i będzie, co nawet w PO jest możliwe, pełna wigoru i profesjonalna.

Te wybory to dopiero wstęp. W niedzielę wieczorem Lewica zaczęła rozbieg do najważniejszego skoku, który wykona za cztery lata.

Jeszcze w wakacje nie było wiadomo, czy w Sejmie IX kadencji znajdzie się w ogóle lewicowa reprezentacja. Dziś Lewica zjednoczona na listach SLD wraca do parlamentu z dwucyfrowym wynikiem jako trzecia siła polityczna w kraju. Jeden z jej liderów Adrian Zandberg w kluczowym stołecznym okręgu osiąga rewelacyjny wynik 137 tysięcy głosów.

PiS i Koalicja Europejska powtarzały w tej kampanii, że to najważniejsze wybory od 1989 roku. Dla Lewicy jednak najważniejsze będą nie te, ale następne. W tych pokazała, że ciągle liczy się jako istotna polityczna siła. W przyszłych pokaże, czy jest w stanie podjąć realną walkę o udział we władzy i przekształcenie kraju zgodnie z własnymi wartościami i poglądami. W niedzielę wieczorem Lewica tyleż zamknęła kampanię, co rozpoczęła rozbieg do nowej – do kluczowego dla własnej przyszłości skoku.

Jakie ma szanse, by odnieść sukces? Na jej korzyść przemawia kilka aktywów, choć jednocześnie będzie musiała wykonać dużo pracy, by poradzić sobie z już dziś widocznymi ograniczeniami jej potencjalnego wzrostu.

Aktywa Lewicy: ludzie i słabość rywali

Na pewno zasobem jest to, kogo Lewica wprowadziła do parlamentu. Do Sejmu wchodzi wyrazista reprezentacja pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, grupa świetnie wykształconych ludzi, sprawnie posługujących się językiem nowoczesnej Lewicy. Do tej pory działali poza parlamentem: w trzecim sektorze, akademii, ruchach społecznych, samorządzie. Dzięki obecności w Sejmie zyskają nowe narzędzia działania i niedostępną wcześniej widoczność. Ich doświadczenie z aktywności społecznej przyda się w umacnianiu przyczółków Lewicy w społeczeństwie obywatelskim.

Wiele tych młodych osób ma też ekspercką wiedzę – Magdalena Biejat na temat trzeciego sektora, Agnieszka Dziemanowicz-Bąk – edukacji, Maciej Gdula – nauki i szkolnictwa wyższego, Hanna Gill-Piątek – mieszkalnictwa i samorządu, Krzysztof Śmiszek – polityki antydyskryminacyjnej. To może się przełożyć na bardzo merytoryczną opozycję wobec PiS zdolną szachować rządzącą partię przemyślanymi, obchodzącymi ją z lewa pomysłami.

Kolejnym atutem Lewicy jest słabość KO. Nie oszukujmy się – to ona jest głównym przegranym tych wyborów. Tworzącą trzon KO Platformę czeka teraz trudny czas powyborczych rozliczeń. Ich efektem będzie albo walka o schedę po Grzegorzu Schetynie, albo dalsze dryfowanie partii pod jego przywództwem. W tej sytuacji wielu centrowych wyborców będzie naturalnie patrzyć w kierunku lewicy jako głównej siły zdolnej potencjalnie powstrzymać PiS. W takiej sytuacji wybrani z list KO Zieloni czy aktywiści obywatelscy będą spoglądać ku lewej stronie parlamentu, szukając tam przestrzeni dla swoich przyszłych działań.

To nie Balcerowicz jest teraz wrogiem

Tu jednak pojawia się pierwsze stojące przed Lewicą w najbliższych czterech latach wyzwanie: prawidłowego zdefiniowania tego, kto jest jej politycznym wrogiem. Wyniki z niedzieli wyraźnie pokazują jedno: nie jest, a przynajmniej nie powinna być nim Polska liberalna. Antagonistą w najbliższych czterech latach będzie nie Balcerowicz, ale Kaczyński. Nie polski neoliberalizm rodem z lat 90., ale konserwatywno-paternalistyczny projekt „polskiego państwa dobrobytu”, gdzie selektywne transfery socjalne służą umocnieniu głęboko reakcyjnego porządku społecznego.

Jeśli Lewica chce kiedyś wrócić do władzy w Polsce, jeśli chce przebić szklany sufit kilkunastu procent, musi lepiej komunikować się także z elektoratem liberalnym. Co oznacza z jednej strony współpracę z konserwatywno-liberalnym centrum w takich kwestiach jak np. praworządność, z drugiej zaś cierpliwe wychowywanie sobie potencjalnych wyborców z liberalnego centrum. Do czego? Po pierwsze, do tego, by w takich kwestiach jak prawa osób LGBT czy zdrowie reprodukcyjne byli faktycznie liberalni, a nie konserwatywni. Po drugie, do tego, by zrozumieli, że system wymaga głębokiej solidarystyczno-socjalnej korekty – ta nie zawsze oznacza „populizm” i „nieodpowiedzialne rozdawnictwo”.

Tu pojawia się kolejne wielkie zadanie dla Lewicy: musi ona znaleźć język, który pozwoli sformułować jej cywilizacyjną propozycję nowoczesnego państwa dobrobytu w taki sposób, by dotarła do szerokich grup wyborców. Będzie to wymagało połączenia wiedzy, intuicji, instynktu, szczęścia. Trudno powiedzieć dziś, jak konkretnie miałby ten projekt wyglądać. Na pewno musi zawierać modernizacyjne aspiracje, przedstawiając wydatki na usługi społeczne i infrastrukturę jako długofalowe inwestycje w rozwój. Z drugiej strony powinien też się odwoływać do języka praw człowieka i godnościowych rewindykacji, który tak sprawnie w ostatnich czterech, pięciu latach nauczył się politycznie obsługiwać PiS.

Wyjść ze swojej bańki

Kolejne wyzwanie stojące przed Lewicą to, paradoksalnie, konieczność nawiązania kontaktu z ludowym wyborcą. Exit poll pokazały, że po Koalicji Obywatelskiej to Lewica ma w swoim elektoracie najwięcej absolwentów wyższych uczelni. Lepiej niż wśród bezrobotnych czy emerytów radzi sobie wśród specjalistów i przedsiębiorców.

Nie jest to wyłącznie cecha polskiej lewicy. Badania Thomasa Piketty’ego z 2018 roku, oparte na analizach przepływów elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku dekadach, wyraźnie pokazały, że o ile prawica na Zachodzie reprezentuje osoby zamożniejsze, to lewica nie tyle ubogie, ile lepiej wykształcone.

Także w Polsce centrolewica nie będzie wyłącznie partią plebejską. Jako taka nigdy nie usadowi się w miejscu, z którego można efektywnie sprawować władzę. Musi postarać się budować ponadklasowy pakt na rzecz bardziej społecznie sprawiedliwej, inkluzywnej, egalitarnej, a przy tym szanującej prawa człowieka i osobiste wolności Polski. By to się udało, trzeba połączyć ogień z wodą, połączyć w jednym bloku część ludowego elektoratu PiS i wyborców odebranych liberalnemu centrum.

Sukces takiego projektu jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia szans Lewicy, ale także przyszłości demokracji w Polsce. Dzisiejsze związanie uboższego elektoratu nastawionego na sprawiedliwość społeczną i transfery, z partią kierującą się populistyczną, skrajnie konserwatywną, mniej lub bardziej autorytarną agendą jest głęboko toksycznym splotem zdolnym generować wyłącznie kryzysy.

Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna

Zanim jednak Lewica zabierze się do pracy na wszystkich tych polach, musi poradzić sobie z jednym problemem, bez rozwiązania którego nie ma co marzyć o dalszych sukcesach: jednością. Lewica wróciła do parlamentarnej gry, bo na czas kampanii była w stanie zakopać historyczne, personalne i polityczne spory. Jeśli w Sejmie IX kadencji spory te ponownie odżyją, jeśli Lewica zajmować się w nim będzie wyłącznie sobą, błyskawicznie zaprzepaści szansę, jaką dostała w niedzielę.

Pewnie tworzenie od razu jednej partii z Razem, Wiosny i SLD byłoby przedwczesne. Być może ma nawet sens – choć osobiście bym tego Lewicy nie doradzał – utworzenie przez szóstkę posłów i posłanek Razem własnego koła w Sejmie. Niezależnie od tego, czy ono powstanie, czy nie, Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna w parlamencie i poza nim – przede wszystkim w wyborach prezydenckich. Wystawienie więcej niż jednego kandydata skończy się bowiem zupełną, bardzo politycznie kosztowną katastrofą. Jeden lewicowy kandydat – dziś najpewniej Robert Biedroń, choć może warto byłoby pomyśleć o jakiejś kandydatce – ma zaś szansę na co najmniej mocne trzecie miejsce.

Polska to nie Portugalia, gdzie rząd tworzą trzy startujące osobno lewicowe i centrolewicowe partie. Nawet jeśli zachowanie organizacyjnej odrębności Partii Razem czy SLD ma swoje racjonalne przesłanki, partie te nie mogą startować przeciw sobie w wyborach. Grają o zbyt podobny elektorat. Liderzy lewicy muszą teraz zrozumieć, że są na siebie skazani, a elektorat nie wybaczy im frond i rozłamów. Jeśli Lewica wróci kiedyś do gry o władzę, to tylko jako bardzo wielki namiot gromadzący ludzi o bardzo różnych biografiach, priorytetach i wrażliwościach.

Opozycja ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – W przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia “sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Oficjalne wyniki wyborów pokazują, że będzie samodzielnie rządzić nami ugrupowanie, które nie ma większości.

PROF. UW RAFAŁ CHWEDORUK: W demokracji trudno wyobrazić sobie inną sytuację, może poza krajami, gdzie mamy system dwupartyjny, jak Malta. Gdyby korzystać z tego argumentu, to w zasadzie żaden rząd po 89 roku nie cieszył się poparciem większości Polaków, nawet tylko tych uczestniczących w wyborach. Prawdą jest, że przy rekordowej frekwencji PiS zrobił rekordowy wynik.

Mamy natomiast do czynienia z innym paradoksem. PiS wygrał przy rekordowej frekwencji i takim rezultatem, a mimo to najwyraźniej w tej partii dominuje ambiwalencja w ocenie wyniku. Trochę to przypomina sytuację po wyborach samorządowych rok temu. Co do pozostałych partii opozycyjnych, to one przegrały wybory, ale każda z osobna ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma  żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić. Nie ulega też wątpliwości, że tak jak

PIS DOSTAŁ MOCNY MANDAT DO RZĄDZENIA, TAK OTRZYMAŁ SŁABSZE NIŻ POPRZEDNIO PODSTAWY DO SPRAWOWANIA WŁADZY. TA SYTUACJA BĘDZIE WYMAGAŁA BARDZO DUŻEJ EKWILIBRYSTYKI OD PIS-U.

I jeszcze jedno: mieliśmy rekordową frekwencję, ale mało kto zauważył, że mieliśmy też najniższą w historii ilość ogólnokrajowych komitetów. Zatem do wielkiego pulchnego wyborczego tortu było zaledwie 5 chętnych konsumentów i myślę, że największe partie nie uwzględniły tego w swojej kalkulacji.

Problem PiS-u polega na tym, że mając niewielką większość mandatów będzie miał do czynienia z dwoma biegunami po obu stronach. Z jednej strony będzie Konfederacja, która choć dostała się, korzystając głównie z retoryki libertariańskiej, skoncentrowana na kwestiach ekonomiczno-społecznych, to będzie w kwestiach kulturowych atakowała PiS i to z radykalnie konserwatywnej pozycji – np. aborcja, migranci, ustawa 447, prowokując PiS do licytacji. Jeżeli partia rządząca wejdzie w taką licytację, to z pewnością utraci poparcie olbrzymiej części umiarkowanych wyborców, którzy doszlusowali do PiS-u, zainteresowanych bardziej kwestiami społecznymi. Jeżeli nie podejmie, to Konfederacja będzie próbowała tych najbardziej radykalnych prawicowo-konserwatywnych wyborców od PiS-u oderwać. Na drugim biegunie znajdzie się PSL, którego zwycięski lider zapewniał o szacunku dla wszystkich, nie przedstawiał w wielu kwestiach konkretów, a jedynie dystansował się od głównych podmiotów politycznych w kraju i to, jak się okazuje, wystarczyło na przyzwoity wynik wyborczy i solidny klub. PSL będzie atrakcyjny dla wahających się wyborców.

PIS ZNAJDZIE SIĘ ZATEM MIĘDZY DWOMA BIEGUNAMI, CO BARDZO UTRUDNI FUNKCJONOWANIE TEJ PARTII NA CO DZIEŃ, ZWŁASZCZA ŻE WKRÓTCE WYBORY PREZYDENCKIE I PRAWIE Z MARSZU PRZYSTĄPIMY DO KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

W mijającym Sejmie ze względu na obecność Kukiza i kryzys PSL, który dostał dużo gorszy wynik poprzednio, a także ze względu na upadek Nowoczesnej, większe partie miały skąd czerpać posłów, teraz tak prosto nie będzie.

Czyli dobrze i łatwo dla partii rządzącej już było. Ja dołożyłabym do tego jeszcze kryzys gospodarczy, który widać na horyzoncie. Czy ten Sejm przetrwa zatem 4-letnią kadencję?
Mogę sobie wyobrazić sytuację, że gdyby kryzys gospodarczy nieuchronnie do Polski zmierzał, PiS mógłby spróbować wcześniejszych wyborów, aby ponowić swój mandat. Tym bardziej, że każdy z 3 podmiotów opozycyjnych będzie dążył do przedstawienia swojego kandydata na prezydenta. To będzie rodziło konflikt na stronie opozycji i sprzyjało PiS-owi. Ale to jedyny czynnik, który działać może na plus tej partii w obecnym składzie parlamentu.

Dodajmy jeszcze, że

PIS BĘDZIE MIAŁ TAKŻE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ SYTUACJĘ WEWNĘTRZNĄ: PARTIE GOWINA I ZIOBRY DYSPONUJĄ WIĘKSZĄ ILOŚCIĄ POSŁÓW NIŻ W POPRZEDNIEJ KADENCJI. TEGO PROBLEMU PIS KOMPLETNIE NIE MA JAK OBEJŚĆ. A TO OZNACZA, ŻE KOSZTY SPRAWOWANIA WŁADZY BĘDĄ DUŻO WIĘKSZE.

Po raz pierwszy od czasów Sejmu kontraktowego mamy inną większość w Senacie niż w Sejmie. Na ile to ważne?
Myślę, że ze wszystkich pozytywnych aspektów dla opozycji ten ma wymiar bardziej symboliczny. Wobec wyzwań, przed którymi stanie PiS, to nie jest największy problem dla tej partii.

Czyli bardziej porażka wizerunkowa niż faktyczna?
Tak, to coś, co kierownictwo PO może przedstawiać jako nadzieję na przyszłość.

Do Sejmu wraca lewica. Na ile to znaczący powrót?
Przyznam, że dla mnie ten powrót jest zaskoczeniem, bo choć od wejścia SLD do sejmików rok temu było jasne, że ta partia wróci, natomiast wynik ponad miliona innych niż SLD-owskich wyborców jest moim zdaniem niespodzianką. Lewica zawdzięcza to zarówno wysokiej frekwencji, ale też temu, że wiele środowisk opiniotwórczych, które od lat wspierały PO przeciw Lewicy, tym razem zachowała względną neutralność w tym sporze. Dla Włodzimierza Czarzastego i pozostałych to niewątpliwie olbrzymi sukces. Wszelkie narzekania, że to 12 proc., a nie 15 czy 16, nie mają żadnych podstaw bytu. Przypominam, że Lewica przystępowała do kampanii z realnym poparciem w przedziale 7-9 proc.

DO WYBORÓW PREZYDENCKICH NA PEWNO WSZYSTKO BĘDZIE PROSTE, JEDNAK JEŻELI ROBERT BIEDROŃ ZAJĄŁBY NIŻSZE NIŻ TRZECIE MIEJSCE, TO MOGĄ POJAWIĆ SIĘ STRUKTURALNE PROBLEMY WEWNĘTRZNE.

Lewica trafiła na dobry moment?
Niewątpliwie wielkim sukcesem jest wykorzystanie okazji. W polityce to jest bardzo ważna umiejętność. Pamiętajmy, że ta koalicja powstała niejako z przymusu, a nie w zaplanowany sposób. Na pewno Lewica w Polsce, jak i w całej Europie stoi przed dylematami dotyczącymi tego, czy bardziej iść w stronę lewicowości kulturowej czy społeczno-gospodarczej. W Polsce to dodatkowo musi być skorelowane ze stosunkiem do historii, tym razem udało się różne grupy wyborców, często od siebie odległe, połączyć. Już na podstawowych analizach na poziomie geografii wyborczej widać, że to już nie tylko tradycyjny elektorat SLD. W przypadku ostrej konkurencji z PO i PSL dużo pracy będzie wymagało utrzymanie wspólnego mianownika wśród tych wyborców. Warto zwrócić uwagę, że Lewica powinna dbać o kwestie programowe, tożsamościowe, pracować cały czas z grupami społecznymi, które ją wsparły, a nie orientować się na wielki przełom, bo póki co

TO PLATFORMA ZDUBLOWAŁA WYNIK LEWICY. NAJPRAWDOPODOBNIEJ SAMA PO SKRĘCI WYRAŹNIE W LIBERALNĄ STRONĘ W KWESTIACH GOSPODARCZYCH, CZEGO OCZEKUJE ZNACZNA CZĘŚĆ KLASY ŚREDNIEJ W POLSCE.

Czy możemy spekulować, że PiS osiągnął maksimum swoich możliwości, czyli niewiele ponad 8 mln wyborców?
Moim zdaniem tak – w przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia „sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia. Zaangażowanie ludzi i środków, bardzo mocne argumenty, jakie PiS miał za sobą, bo oprócz obietnic miał też argument sprawstwa; to wszystko pozwoliło zmobilizować rekordową liczbę wyborców, także tych biernych. Teraz powstaje oczywiste pytanie, czy sprawując dalej władzę uda się ponawiać taką mobilizację.

Do tej pory PiS był teflonowy i wychodził ze wszystkiego niemal bez szwanku. Teraz to się zmieni?
Z dzisiejszej perspektywy rywalizacja PiS-u z KOD-em czy z ówczesnymi partiami opozycyjnym z udziałem PO i Nowoczesnej wydaje się wyzwaniem jednak trochę mniejszym.

PIS PRZETRWAŁ I POKONAŁ OPOZYCJĘ WYBORCZO, DZIŚ JEDNAK SKALA WYZWAŃ JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA.

Problem PiS-u nie bierze się ze słabego wyniku tej partii czy super wyniku PO czy SLD. Problem tej partii bierze się stąd, że są w Sejmie dwie partie mniejsze. Absencja chociaż jednej z nich podwyższyłaby wynik PiS-u w mandatach. Partii Kaczyńskiego nie udało się pozbawić podmiotowości PSL, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że zagnanie na polityczne meandry Kukiza nie wystarczyło. Sądzę, że dla wszystkich obserwujących politykę ta kadencja Sejmu będzie o wiele ciekawsza niż poprzednia, i to nie tylko dlatego, że rząd będzie miał mniejszą przewagę mandatów nad opozycją w Sejmie niż poprzednio.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>