Czy Kaczyński będzie siedział?

Jak poinformował w mediach społecznościowych Roman Giertych sprawą oszustwa na szkodę Geralda Birgfellnera zajmie się prokuratura w Wiedniu.

„Otrzymaliśmy informację od austriackiej prokuratury, że wpłynął do nich wniosek o przesłuchanie Pana Birgfellnera. Pismo zostało skierowane przez prokuratorów Renatę Śpiewak i Bogdana Święczkowskiego. W porozumieniu z prokuratorem austriackim ustaliliśmy termin przesłuchania. Odbędzie się 12 sierpnia 2019 roku w Wiedniu” – napisał Roman Giertych na swojej stronie na Facebooku.

Cały tekst Giertycha >>>

Dodał również, że zostanie złożony wniosek o wszczęcie postępowania karnego w Austrii. „Po zrealizowaniu wniosku polskiej prokuratury będzie można wyłączyć sprawę naszego zawiadomienia. Pozwoli to przeprowadzić odrębne postępowania i normalne śledztwo” – skomentował Giertych.

Giertych chciałby, aby jako pierwszych przesłuchano Jarosława Kaczyńskiego i ks. Rafała Sawicza. Całą sprawę podsumował wpisem „Tak więc 12 sierpnia tego roku zaczynamy nowy rozdział tej historii”.

Nowa eurodeputowana w PE, Beata Szydło, która swego czasu wyprowadziła flagę UE, pojawiła się w studiu Polskiego Radia 24, aby opowiedzieć o politycznych planach PiS w Brukseli.

Co ciekawe rozmowę z Szydło przeprowadzał były europoseł PiS, prof. Zdzisław Krasnodębski.

Jak można się domyślać rozmowa pełna była samozachwytów nad sukcesami polityki partii rządzącej, które, według europosłanki, będą zaszczepiane na gruncie europejskim.

Jeżeli będziemy potrafili skutecznie i sprawnie zaproponować w Parlamencie Europejskim różnego rodzaju dobre rozwiązania np. społeczne, takie jak wprowadziliśmy w Polsce, to ta kadencja Parlamentu Europejskiego może się zakończyć sukcesem. Przed Unią Europejską jest duża szansa” – przekonywała swego partyjnego kolegę była premier.

Ten wyjątkowy „wywiad” partyjnych kolegów od razu wyszydzili internauci. „PiS robi karykaturę z radia publicznego. Jeden europoseł PiS przeprowadza wywiad z drugą europosłanką PiS. Nawet w PRL coś takiego aparatczykom nie przyszłoby do głowy” – napisał na Twitterze m.in. Tomasz Siemoniak.

Rządzącej kaście życzmy przegranej w jesiennych wyborach. Nie tylko dla dobra Polski, lecz także w jej własnym interesie.

W zasadzie prawo w Polsce już nie istnieje. Z rozpędu przestrzegane są jeszcze różne przepisy, jednak prawo jako spójny system norm przestało funkcjonować i stopniowo jest zastępowane przez samowolne decyzje władzy. To tylko kwestia czasu, kiedy PiS-owscy aparatczycy i mianowańcy na wszystkich szczeblach struktury państwa i gospodarki zorientują się, że piekła nie ma, więc hulaj dusza.

Tę nowo-starą filozofię rządzenia (nową, bo od 1989 r. nie mieliśmy z czymś takim do czynienia, a starą, bo dobrze znamy to z historii, w której roiło się od absolutyzmów i dyktatur wszelkiej maści) wyłożył ostatnio Andrzej Duda (ponoć prawnik!), który publicznie oświadczył, że Trybunał Konstytucyjny (ten prawdziwy, a nie jego dzisiejsza atrapa) złamał konstytucję, „kiedy orzekał, że podwyższenie wszystkim Polakom wieku emerytalnego wbrew ich woli jest zgodne z Konstytucją. Czy to był Trybunał, który działał dla polskiego społeczeństwa i dla polskiego państwa? Czy dla jakiejś wąskiej kasty rządzącej, która wtedy akurat miała taki interes?” – pytał Duda, dając do zrozumienia, że zgodność z konstytucją polega na wypełnianiu „woli ludu”. Gdy jakaś decyzja z wolą ludu się kłóci, wówczas jego zdaniem jest niezgodna z konstytucją.

Teraz jeszcze pozostaje tylko dopowiedzieć, że wolę ludu wyraża PiS (tak jak wolę klasy robotniczej wyrażała w PRL jej awangarda zorganizowana w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) – i właściwie budowę nowego ustroju możemy uznać za zakończoną.

Prawo ma krępować tzw. wolę ludu

W cywilizowanym państwie prawa konstytucja jest m.in. właśnie po to, by nałożyć kaganiec na tzw. wolę ludu i na władzę, która chciałaby się na nią powoływać. Prawo w takim państwie ma ustanowić sztywne reguły i ograniczenia, które nie pozwolą władzy zrobić różnych rzeczy, mimo że miałaby na to wielką ochotę. Tak rozumianego prawa w Polsce już nie ma. Władza coraz częściej łamie te sztywne reguły wprowadzając różne regulacje nadzwyczajne lub po prostu je ignorując.

Opozycja organizuje demonstracje, które nam nie odpowiadają? To uchwalimy ustawę o zgromadzeniach cyklicznych, żeby jej to uniemożliwić. Nie możemy przejąć Muzeum Westerplatte, bo stanowi własność samorządu Gdańska? To uchwalimy ustawę, która odbierze ten teren Gdańskowi. Nie możemy postawić pomnika Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego w Warszawie? To zmilitaryzujemy plac jako obszar o szczególnym znaczeniu dla obronności i przekażemy go pod zarząd naszego wojewody. Nie da się postawić pomnika premiera Olszewskiego w Alejach Ujazdowskich bez zgody władz Warszawy i konserwatora zabytków? My go i tak postawimy na rympał i zobaczymy, co się będzie działo. Nie możemy, postawić przy ulicy Srebrnej dwóch wież symbolizujących wieczną chwałę ogarniętego manią wielkości psychopatycznego wodza i jego zmarłego brata? To uchwalimy, że…

A nie, przepraszam, tu jeszcze nic nie uchwalili. Ale na pewno coś uchwalą, żeby wrogowie klasowi nie blokowali tej postępowej inwestycji, która wyraża wolę ludu pracującego miast i wsi. Sam jestem ciekaw, co wymyślą.

Polskie dekady – od wybuchu do wybuchu mijało na ogół 10 lat

Polskie doświadczenia drugiej połowy XX wieku pokazują, że w takich systemach dyktatorskich od miłych złego początków do całkowitej demoralizacji elity władzy mija z grubsza dziesięć lat. Tyle mniej więcej czasu potrzeba, by pozbawiona wszelkich hamulców i ograniczeń kasta rządząca przekształciła się w niepohamowaną w swych apetytach, skrajnie cyniczną i pazerną narośl, bez skrępowania pasożytującą na organizmie społeczeństwa.

Od buntu do buntu w PRL mijała z grubsza dekada: 1956, 1968-70, 1980 – te lata owocowały wybuchami społecznego gniewu. Płonęły komitety partyjne, a najbardziej znienawidzeni dygnitarze musieli się salwować ucieczką. Przerażeni rządzący obiecywali poprawę: teraz już będziemy skromni i pokorni, będziemy przestrzegać przykazań moralnych i zasad prawa – mówili. A potem mijało 10 lat – i znów to samo: płonące komitety, demonstrujące tłumy, uciekający w panice sekretarze.

Prawo bowiem nie tylko zabezpiecza rządzonych przed samowolą rządzących. Także rządzącym gwarantuje bezpieczeństwo: możecie stracić władzę w cywilizowany sposób, w demokratycznych wyborach, ale nikt was na kopach nie wyniesie z waszych gabinetów ani nie spali wam komitetów partyjnych. Nie wylądujecie w więzieniach i będziecie mogli ubiegać się o powrót do władzy.

Dlatego życzmy ludziom PiS przegranej w jesiennych wyborach. Nie tylko dla dobra Polski, ale także w ich własnym, dobrze pojętym interesie. Jeśli bowiem wygrają, poczują się już całkowicie bezkarni. Rozzuchwaleni triumfem stracą wszelkie hamulce. A potem przyjdzie moment, kiedy będą się musieli salwować ucieczką z płonących komitetów.

Kaczyński specjalizuje się w ubieraniu byle czego i byle kogo w przepyszne patriotyczne, narodowe szaty

Podczas katowickiej konwencji PiS pod hasłem „Myśląc Polska” Jarosław Kaczyński zażartował, że nasz kraj jest dzisiaj wyspą wolności i będzie nią nadal, jeśli tylko PiS się nie ugnie i odrzuci zagrażającą nam ofensywę zła. Nikt się nie śmiał, bo jedni nie mają poczucia humoru, inni przyjęli tę wypowiedź jak prawdę objawioną, a jeszcze innym w ogóle nie jest dziś do śmiechu. Na sali obrad dostrzec można było zaskakująco wielu, którzy nie uczestniczyli w iście gomułkowskim fetowaniu przywódcy za pomocą wyreżyserowanej feerii skandowanych oklasków na stojąco. Chyba jednak przybywa ludzi, którzy sięgają wyobraźnią dalej niż pojutrze.

Celem konwencji programowej PiS jest wymyślenie nowego projektu dla Polski. Na początek nawymyślano przeciwnikom politycznym. Potem ujawniony został zarys planów, zarówno na najbliższe 4 lata, jak i „daleką przyszłość”.  Mateusz Morawiecki, który dotąd specjalizował się w opowiadaniu baśni o czasach minionych oraz facecji osadzonych w teraźniejszości, sprawdził tym razem swoje zdolności futurystyczne: – Za 8 lat dogonimy Włochy, za 10 Hiszpanię, za 13 Francję, a potem już tylko Niemcy… Dokonamy wielkiego skoku cywilizacyjnego. Nowe inwestycje sfinansowane zostaną przez wielkie korporacje, które dotąd korzystają z ulg, nie płacą odpowiednich podatków i wysyłają zyski za granicę… Premier nie zauważył, że wielkie korporacje wcale nie są do Polski przyspawane i nawet sam Prezes RP nie zmusi inwestorów by nadal funkcjonowali i inwestowali w naszym kraju. Morawiecki nie dostrzegł również, że wydatków socjalnych, lawinowo rosnących przed wyborami, nie da się pokryć bez napływu świeżego kapitału zagranicznego, którego nie zwabi grzebanie w portfelach inwestorów. Zresztą Unia i państwa zachodnie i tak nie pozwolą na łupienie swoich biznesmenów metodami Janosika. A skoro tak, i jeśli równocześnie łamiąc prawa UE narażamy się na wstrzymanie dotacji unijnych, to w jaki sposób dokonamy owego Wielkiego Skoku, przy założeniu, że PiS to jeszcze nie partia w stylu KPCh, a Polacy nie są karnymi Chińczykami?

Otóż okazuje się, że to nieważne i nikogo nie obchodzi żadna realizacja czegokolwiek. Dzisiaj, przed wyborami, liczą się wyłącznie ambitne cele. Możliwie najambitniejsze. Takie, jak prezentowany niedawno wielki projekt dokończenia budowy pełnej sieci autostrad, jak obiecywany wcześniej milion polskich aut elektrycznych, jak kanał na Mierzei Wiślanej, jak budowa w polskich stoczniach floty wycieczkowców oraz wojennej korwety, i jak sto innych obietnic o których już wiadomo, że są nie do zrealizowania nawet w czasie wyznaczonym na dopędzenie Włoch i Hiszpanii.

Kaczyński z Morawieckim bredzą o świetlanej przyszłości zakładając, że do tej przyszłości daleko i kiedyś tam nikt tych obietnic nie będzie pamiętać. Nie zdają sobie sprawy, że przyszłość przestaje być niewiadoma. Przyszłość już się zaczęła. Przybywa prognoz, które przestają być prognozami od chwili gdy prawdopodobieństwo zmienia się w pewność, że się sprawdzą. Ludzie już wiedzą, że obniżenie wieku emerytalnego to dla wielu na 100 procent minimalna emerytura. Zablokowanie przez premiera unijnego projektu, ograniczającego zanieczyszczenie powietrza, oznacza bez wątpienia znacznie więcej śmiertelnych ofiar rocznie, niż dotychczasowe 35 tysięcy Polaków zabijanych trującym smogiem. Wiadomo też, że zwycięstwo wyborcze PiS to gwarantowane zawłaszczanie niezależnych mediów, zaciekła wojna z Unią, pełzające przejęcie władzy sądowniczej i nowe pomysły chrystianizacji kraju, podobne do koncepcji szefa gabinetu prezydenta RP Krzysztofa Szczerskiego, który wymyślił wprowadzenie dla Polaków ‚katolickich paszportów’, zawierających m.in. modlitwy i informacje o duszpasterstwach.  Spytać trzeba – w imię czego? Czy to są rzeczywiste cele rządzących? Czy ich działania wynikają z przemyślanych projektów politycznych?

Zdaniem znanego polsko-angielskiego pisarza, dziennikarza i politologa, Christiana Daviesa, wielką naiwnością jest twierdzić, że PiS kieruje się jakimikolwiek przekonaniami politycznymi. Davies uważa, że partia rządząca Polską żadnych przekonań nie ma i robiłaby to samo, co robi, bez względu na pryncypia moralne, polityczne czy prawne. Baz wahania złamałaby nawet napisaną przez siebie konstytucję, gdyby w czymkolwiek jej przeszkadzała. Ale teraz już się nie spieszy, by formułować wizję swojej ustawy zasadniczej i możliwe, że jej uchwalenie przestanie być priorytetem nowej kadencji. Szkoda czasu, skoro własny Trybunał Konstytucyjny i tak przyklepie każdą ustawę jako zgodną z obecną, zbiorowo gwałconą konstytucją.

PiS staje się zwolna sektą Najwyższej Prawdy, wyspecjalizowaną w tworzeniu nowej rzeczywistości. Ma na nią patent. Każda odmienna opinia staje się kłamstwem, a jej głosiciel – wrogiem. Nie wrogiem PiS, tylko narodu. Bo rządzący są tego narodu emanacją. Nerwowo reagują, gdy ktoś identyfikuje władzę jako „rząd PiS”, bo to jest przecież rząd polski wybrany przez Polaków. Tyle że Polacy nie głosowali za rządami bezprawia.

Kaczyński specjalizuje się w ubieraniu byle czego i byle kogo w przepyszne patriotyczne, narodowe szaty. Potrafi też przekonywać ludzi, że wcale nie chcą tego, czego chcą, tylko bardzo chcą czegoś, czego nie potrzebują. Potrafi wmówić, że chcąc tego czegoś niepotrzebnego, ludzie dostępują jakiegoś wtajemniczenia, awansują do patriotycznej elity, stają się pierwszym sortem obywateli. Polityka nie jest dla Kaczyńskiego sztuką rządzenia państwem, ani demokratycznym działaniem, zmierzającymi do zdobycia i utrzymania władzy. Polityka to dla Kaczyńskiego krucjata. To zbrojna wyprawa przeciw złym elitom, złemu prawu, złej Europie, złej opozycji i przeciw „ofensywie zła”. Nie warto pytać co to za ofensywa i jakie wojsko w niej uczestniczy. Ta ofensywa jest po prostu konglomeratem tego wszystkiego, co Kaczyński postanowił nazwać złem, bo uznał, że zagraża rządom „czystego dobra” – jak sam się kiedyś określił. Niby żartem, ale pewności nie ma.

Reklamy

4 myśli na temat “Czy Kaczyński będzie siedział?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s